Król Henryk VI. Część I (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Król Henryk VI. Część I
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom II
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AKT DRUGI.
SCENA I.
Orlean.

(Pokazują się w bramie: francuski sierżant i dwóch szyldwachów).

Sierżant.  Tu wasze miejsce, a czujność, koledzy!
Gdy się do murów żołnierz jaki zbliży,
Dajcie natychmiast znaki odwachowi.
I Szyldw.  Dobrze, sierżancie. (Wychodzi sierżant).
Zawsze biedny ludek,
Kiedy w wygodnych chrapią inni łożach,
Straż musi trzymać na słocie i mrozie.

(Wchodzą: Talbot, Bedford, książę Burgundyi z drabinami szturmowemi; ich bębny biją marsz głuchy).

Talbot.  Lordzie regencie i książę Burgundyi,
Z którym przymierze zapewnia nam przyjaźń
Ziemi Wallońskiej, Artois i Pikardyi,
Francuz używa sobie teraz wczasu,
Bo pił i hulał cały dzień poprzedni.
Z przyjaznej pory trzeba nam korzystać,
Aby ich dumę skarcić ze zwycięstwa
Odniesionego sztuką i czarami.
Bedford.  Tchórzliwy Francuz! jak swej szkodzi chwale,
Gdy rozpaczając o sile swej ręki,
Z czarownicami, z piekłem się sojuszy.
Ks. Burg.  Zwykli to wszystkich zdrajców sprzymierzeńcy.
Lecz ta Dziewica, o której czystości
Tyle nam prawią, kto ona prawdziwie?
Talbot.  Dziewka, jak mówią.
Bedford.  Dziewka, a tak bitna?
Ks. Burg.  Bodaj nie była tylko dla nas mężem,
Jeżeli zbrojna i później jak teraz
Będzie pod Franków służyła sztandarem.
Talbot.  Niech z piekielnymi łączą się duchami;
Bóg naszą twierdzą; w jego święte imię

Po szczeblach drabin na mur się ich drapmy.
Ks. Burg.  Bądź pierwszym, pójdziem za tobą, Talbocie.
Talbot.  Nie wszyscy razem i nie w jednem miejscu.
Lepiej próbować losu w różnych stronach;
Jeśli jednego zawiedzie fortuna,
Drugi, szczęśliwszy na karki im wpadnie.
Bedford.  Zgoda. Ja w tamten pójdę kąt.
Ks. Burg.  Ja w tamten.
Talbot.  A tutaj Talbot na mur się ich wdrapie,
Lub grób swój znajdzie. Teraz, Salisbury,
Walczę za ciebie, za prawa Henryka;
Z bożą pomocą pokażę tej nocy,
Jak mi są drodzy: król mój i przyjaciel.

(Anglicy wdzierają się na mury z okrzykami: Święty Jerzy! Talbot
i wszyscy wbiegają do miasta).

Szyldwach  (za sceną). Do broni! Anglik szturmuje do miasta!

(Francuzi przeskakują mury to koszulach. Wbiegają z różnych stron: Bękart, Alençon, Reignier, na pół ubrani).

Alençon.  Jak to, panowie wszyscy rozebrani?
Bękart.  Radzi, że mogli i tak się ratować.
Reignier.  Zbudzić się czas był i opuścić łoże,
Gdy słyszeliśmy u drzwi naszych alarm.
Alençon.  Jeszcze, jak oręż noszę, nie słyszałem
O przedsięwzięciu tak jak to zuchwałem.
Bękart.  Ten Talbot musi być dyabłem z dna piekieł.
Reignier.  Jeśli nie z piekła, to niebo z nim trzyma.
Alençon.  To Karol! Patrzcie tylko, jak on pędzi.

(Wchodzą: Karol i Dziewica).

Bękart.  Święta Joanna była jego stróżem.
Karol.  Toż sztuki twoje, zdradliwa niewiasto?
Najprzód schlebiałaś małą nam wygraną,
Ażeby teraz strata nasza była
Dziesięćkroć większa?
Dziewica.  Dlaczego się Karol
Na przyjaciółkę swoją niecierpliwi?
Zawszeż jednaką ma być ma potęga?
Mamże zwyciężać i śpiąc i czuwając?
Mamże za wszystkich błędy odpowiadać?

Gdyby czujniejszą straż trzymało wojsko,
Nagła ta klęska nie spadłaby na nas.
Karol.  Książe Alençon, odpowiesz mi za to,
Że będąc straży dowódzcą tej nocy,
Twoich szyldwachów nie dojrzałeś pilniej.
Alençon.  Gdyby tak wszystkie były posterunki,
Jak mój strzeżone, hańbiący ten napad
Nigdy Anglikom nie byłby się udał.
Bękart.  Mój był bezpieczny.
Reignier.  I mój, mości książę.
Co do mnie, większą nocy tej połowę,
Między Dziewicy a mem stanowiskiem,
Obchodząc wartę po warcie, spędziłem.
Jakąż więc drogą wdarli się do miasta?
Dziewica.  Jak, jaką drogą, nie pytajcie teraz,
Dosyć wam wiedzieć, że znaleźli miejsce
Słabo strzeżone i wbiegli do miasta.
Dla nas jedyne zostaje zbawienie:
Zebrać co prędzej rozproszone wojsko,
O nowym planie ataku pomyśleć.

(Alarm. Wchodzi jeden angielski żołnierz wołając: Talbot! Talbot! Francuzi uciekają, zostawiając odzież).

Żołnierz.  Pozwolę sobie wziąć, co zostawili.
To imię Talbot, za oręż mi służy;
Zostałem panem bogatego łupu,
Za broń jedyną mając jego imię (wychodzi).

SCENA II.

Orlean. W mieście.

(Wchodzą: Talbot, Bedford, książę Burgundyi, kapitan i inni).

Bedford.  Zaczyna świtać, a noc już ucieka,
Co czarnym płaszczem ziemię otuliła.
Wstrzymajmy pogoń, dajmy znak odwrotu.

(Trąbią na odwrót).

Talbot.  Salisburego przynieście tu zwłoki,
Złóżcie je w środku przeklętego miasta,

Na jego rynku. Dopełniłem teraz
Ślubów złożonych wielkiej jego duszy:
Za każdą kroplę krwi z niego wylanej
Pięciu przynajmniej poległo Francuzów;
Ażeby wiekom potomnym przekazać,
Jaką ruiną śmierć jego pomściłem,
W ich katedralnym wystawię kościele
Grobowiec, w którym ciało jego złożę,
A jego napis czasom najpóźniejszym
Opowie grabież miasta Orleanu,
Zdradziecki sposób gorzkiej jego śmierci,
I jak był groźnym Francuzów postrachem.
Ale, panowie, dziwna, że wśród rzezi
Ni się Delfina zdarzyło nam spotkać,
Ni nowej jego cnotliwej rycerki,
Ni wiarołomnych jego sprzymierzeńców.
Bedford.  Mówią, że ledwo poczęła się bitwa,
Z sennego łoża nagle rozbudzeni,
Z tłumem żołnierstwa, by ratunek znaleźć,
Przez mury skacząc uciekli na pole.
Ks. Burg.  Ja sam, o ile zdołałem rozpoznać
Pośród mgły gęstej i śród kłębów dymu,
Delfina z kumą jego wypłoszyłem,
Właśnie gdy, ręka w ręce, nadbiegali,
Niby turkawek zakochanych para
Nierozłączonych i we dnie i w nocy.
Jak tylko w mieście wszystko urządzimy,
W pogoń za nimi z całą pójdziem siłą.

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Pozdrawiam panów. W tem książęcem kole,
Którego dzielnym zowiecie Talbotem,
Przez wielkie czyny w całej słynnym Francyi?
Talbot.  Oto jest Talbot; co mu chcesz powiedzieć?
Posłaniec.  Cnotliwa dama, hrabina Auvergne’i,
Ze skromnem chwały twojej uwielbieniem,
Przez moje usta prosi, byś ją raczył
W biednym jej zamku nawiedzić, milordzie,
By się poszczycić mogła, że widziała

Wielkiego męża, który swoją sławą
Cały świat jasnym napełnia rozblaskiem.
Ks. Burg.  Czy tak? To widzę, że się nasze wojny
Wkrótce w spokojne zmienią krotofile,
Gdy na spotkanie zapraszają damy.
Nie możesz, lordzie, grzeczną wzgardzić prośbą.
Talbot.  Ani też myślę. Czegoby wymową
Świat cały mężczyzn nie wymógł ode mnie,
Uprzejmość jednej każe mi niewiasty.
W mem też imieniu złóż jej naprzód dzięki,
Powiedz, że będę woli jej posłuszny.
Czy towarzyszyć chcecie mi panowie?
Bedford.  Nie, to jest więcej, niż zwyczaj pozwala.
Wszak powiadają, że gość nieproszony
Najmilszy wtedy, gdy się z nami żegna.
Skoro więc niema już na to ratunku,
Sam grzeczność damy tej na próbę stawię.
Mam ci powiedzieć słowo, kapitanie.

(Rozmawia z nim na stronie).

Pojmujesz?
Kapitan.  Całkiem, i co trzeba, zrobię. (Wychodzą).

SCENA III.

Auvergne. Dziedziniec zamku.

(Wchodzi : Hrabina i jej Odźwierny).

Hrabina.  Odźwierny, pomnij wykonać rozkazy,
A gdy wykonasz przyniesiesz mi klucze.
Odźwier.  Przyniosę, pani (wychodzi).
Hrabina.  Zrobiona zasadzka.
Jeżeli wszystko po mej pójdzie woli,
Tak sławną będę, jak przez śmierć Cyrusa
Była scytyjska królowa Thomyris.
Wielkie ma imię straszliwy ten rycerz,
I równie wielka czynów jego sława.
Świadectwo uszu okiem pragnę stwierdzić,
I dziwne wieści własnym sprawdzić sądem.

(Wchodzą: Posłaniec i Talbot).

Posłaniec.  Pani, powolny twemu zaproszeniu,
Lord Talbot przybył.
Hrabina.  Z radością go witam.
To on?
Posłaniec.  Tak, pani.
Hrabina.  Toż jest bicz Francuzów?
Toż jest ów Talbot którego imieniem
Francuskie matki dzieci swoje straszą?
Widzę, że błędną, bajeczną wieść była.
Myślałam ujrzeć surowe oblicze
Alcyda, albo drugiego Hektora,
W ogromnych ciała i członków rozmiarach,
A tu ja widzę małego karzełka.
Nie, pomarszczony i słaby łokietek
Nie mógł siać trwogi w szykach nieprzyjaciół.
Talbot  Daruj mi, pani, natrętną wizytę;
Gdy do rozmowy wczasu teraz nie masz,
Pozwolę sobie powrócić w czas lepszy.
Hrabina.  Co on zamierza? Idź, spytaj, gdzie idzie?
Posłaniec.  Lordzie Talbocie, pani moja pyta,
Co do nagłego skłania cię odejścia?
Hrabina.  Gdy się twa pani tak w swych myli sądach,
Idę jej dowieść, że Talbot jest w zamku.

(Wchodzi odźwierny z kluczami).

Hrabina.  Jeśli nim jesteś, to wiedz, żeś jest jeńcem.
Talbot  Jeńcem? A czyim?
Hrabina.  Moim, krwawy lordzie,
Do mego zamku na to cię zwabiłam.
Cień twój oddawna w mojej już był mocy,
Twój bowiem portret w mej galeryi wisi:
Los cienia teraz podzieli istota.
W kajdany ujmę nogi te i ręce,
Co tak okrutnie, przez tak długie lata,
Kraj mój niszczyły, mordowały ludzi,
Mężów i dzieci nasze w jassyr słały.
Talbot  Ha! ha! ha!
Hrabina.  Jak to? Śmiejesz się, milordzie?

Śmiech twój niedługo na jęk się przemieni.
Talbot.  Twoja mnie, pani, rozśmiesza prostota,
Jeśli przypuszczasz, że co więcej trzymasz,
Niż cień Talbota, by się nad nim pastwić.
Hrabina.  Czyż nim nie jesteś?
Talbot.  Jestem niewątpliwie.
Hrabina.  Więc oprócz cienia trzymam i istotę.
Talbot.  Nie, nie. ja tylko cieniem moim jestem;
Lecz wierzaj niema tu mojej istoty,
Bo co tu widzisz, najmniejszą jest cząstką,
Drobnym jest tylko człowieka ułomkiem.
Gdybym tu stanął w całej mej postaci,
W takbym olbrzymich zjawił się rozmiarach,
Że zamek cały objąćby mnie nie mógł.
Hrabina.  U ciebie, widać, zagadek jak w sklepie:
Jest tu i nie jest; jakże to pogodzić?
Talbot.  Natychmiast, pani, wszystko wytłómaczę.

(Uderza w róg. Słychać bębny, a następnie odgłos działa. Przez wysadzone bramy wchodzą żołnierze).

Co mówisz, pani? Czy wierzysz mi teraz,
Że Talbot cieniem samego był siebie?
Oto istota, żyły, dłonie, siły,
Któremi zgina buntownicze karki,
Pali i z ziemią miasta wasze równa,
I spustoszenie na około sieje.
Hrabina.  Przebacz obeldze, zwycięski Talbocie;
Czuję, że sławie twojej jesteś równy,
A wyższy nad twej postaci świadectwo.
Nie karć surowo mej zarozumiałości,
Bo płaczę nad tem, że cię nie przyjęłam
Z poszanowaniem, jakie ci należy.
Talbot.  Nie trwóż się, pani, i nie sądź tak mylnie
Duszy Talbota, jak sądziłaś ciało.
W uczynku twoim nie widzę obrazy.
A na odpłatę wymagam jedynie,
Żebyśmy mogli z twojem pozwoleniem,
Win twych skosztować i twoich łakoci,
Bo zawsze głodny żołnierski żołądek.

Hrabina.  Z całego serca. Honorem jest dla mnie,
Gościa takiego w mym częstować domu.


SCENA IV.

Londyn. Ogród Templaryuszów.

(Wchodzą: hrabiowie Somerset, Suffolk i Warwick; Ryszard Plantagenet, Vernon i inny prawnik).

Plantag.  Co to milczenie znaczyć ma, panowie?
Nikt serca nie ma prawdzie dać świadectwo?
Suffolk.  Zbyt wrzawy było w Templaryuszów sali;
Ogród ten zda się na to dogodniejszy,
Plantag.  Powiedzcie śmiało, czy mówiłem prawdę,
Czy nie był w błędzie kłótnik ten Somerset?
Suffolk.  Nigdy ja w prawie zbyt nie byłem mocny,
Nigdym do niego woli nie mógł ugiąć,
Do mej też woli uginałem prawo.
Somerset.  Lordzie Warwicku, bądź więc naszym sędzią.
Warwick.  Może mam dosyć rozumu, by sądzić,
Który z sokołów dwóch wzbija się wyżej,
Który z ogarów dwóch lepiej cukruje,
Która z dwóch szabli hart lepszy posiada,
Który z dwóch koni jeźdźca lepiej nosi,
Która z dwóch dziewczyn wzrok ma swawolniejszy
Lecz w prawnych kruczkach wyznaję, panowie,
Gawron wam lepiej ode mnie odpowie.
Plantag.  Ba, ba, chcesz tylko zręcznie się wywinąć,
Bo tak mej sprawy słuszność oczywista,
Że i krótkowidz musi ją zobaczyć.
Somerset.  Z mojej jest strony prawda tak dowodna,
Tak czysta, jasna i tak wyrazista,
Że blask jej nawet ślepego uderzy.
Plantag.  Skoro wam usta tak trudno otworzyć,
To niemym znakiem myśl waszą objawcie;
Niech każdy, który prawym jest szlachcicem,
A dba o honor swego urodzenia,
Jeśli uznaje, że przy mnie jest prawda,

Niech ze mną razem białą uszczknie różę.
Somerset.  Kto tchórzem albo pochlebcą być nie chce,
Dosyć ma serca, aby prawdy bronić,
Czerwoną różę niech uszczknie wraz ze mną.
Warwick.  Nie lubię wcale rzeczy farbowanych,
A więc baz farby podłego pochlebstwa
Z Plantagenetem białą zrywam różę.
Suffolk.  A ja czerwoną z młodym Somersetem,
Uznając głośno sprawy jego słuszność.
Vernon.  Stójcie, panowie, nim rzecz pójdzie dalej,
Zgódźmy się wprzódy, że po czyjej stronie
Mniej róż się znajdzie, ustąpi drugiemu.
Somerset.  Mości Vernonie, przyjmuję twój wniosek,
Z róż mniejszą liczbą ustąpię w milczeniu.
Plantag.  I ja.
Vernon.  Więc w imię szczerości i prawdy
Zrywam ten kwiatek dziewiczy i blady,
I sąd wydaję na rzecz białej róży.
Somerset.  Tylko zrywając nie ukłuj się w palec,
Bo krwią zamienisz białą na czerwoną,
I mimowoli będziesz mym stronnikiem.
Vernon.  Jeśli wyleję krew dla mych przekonań,
Me przekonania będą mi lekarzem,
Przy mej mnie stronie wiernie utrzymają.
Somerset.  No, dobrze, dobrze; rwij różę. Kto więcej?
Prawnik.  Jeśli mnie sąd mój, książki me nie mylą,

(Do Somerseta).

Twój mi argument słabym się wydaje,
I białą różę wybieram na dowód.
Plantag.  A gdzie są teraz twoje argumenta?
Somerset.  Tu, w mojej pochwie; z dobrą ich pomocą
Czerwoną różę biało pomaluję.
Plantag.  Tymczasem kwiat mój na twych nosisz licach;
Zbladły od strachu, jakby chciały świadczyć
Za moją stroną.
Somerset.  Nie, Plantagenecie,
Gniew to nie trwoga. Lecz twoje oblicze
Od wstydu płonie, jest jak moja róża,

Chociaż twój język błędu nie chce wyznać.
Plantag.  Czy niema na dnie róży twej robaka?
Somerset.  A na twej kolca?
Plantag.  O! jest ostry kolec,
Który potrafi słuszności mej dowieść,
Kiedy twój robak własne toczy kłamstwo!
Somerset.  Znajdę przyjaciół mojej krwawej róży
Gotowych czynem prawdę słów mych poprzeć
Tam, gdzie fałszywy nigdy Plantagenet
Stanąć nie zechce.
Plantag.  Na ten kwiat dziewiczy,
Gardzę, dzieciuchu opryskliwy, tobą
I twą czeredą.
Suffolk.  Ku tej tylko stronie
Nie zwracaj wzgardy twej, Plantagenecie.
Plantag.  Zwrócę, Suffolku dumny, a w dodatku
I tobą gardzę.
Suffolk.  Moją część pogardy
W twe gardło wtłoczę.
Somerset.  Skończ, dobry Wilhelmie,
Zbytkiem honoru dla tego jest chłystka
Rozmowa z nami.
Warwick.  Nie, nie, Somersecie,
Krzywdzisz go; wszakże jego jest pradziadem
Lionel, książę Klarencyi, syn trzeci
Naszego króla, Trzeciego Edwarda;
Jakże z nasienia takiej dostojności
Mógł wykiełkować chłystek nie herbowy?
Plantag.  Gdyby nie ufność w przywileje miejsca,
Zajęcze jego serceby nie śmiało
Słów tych wymówić.
Somerset.  Jak jest Bóg na niebie,
Słów moich prawdę gotów jestem poprzeć,
W jakim chcesz kącie chrześcijańskiej ziemi.
Czyliż twój ojciec, Ryszard hrabia Cambridge,
Zdrad swych i spisków gardłem nie zapłacił?
A jego zdrada czy twej krwi nie kala,
Czy nie odziera z szlachectwa honorów?

W twojej krwi dotąd zbrodnia jego żyje;
Nim ci cześć zwróci rehabilitacya,
Zostaniesz chłystkiem.
Plantag.  Ojciec mój o zdradę
Był oskarżony, lecz nie przekonany;
Nie był też zdrajcą, choć jak zdrajca zginął.
Tego dowiodę, skoro czas dojrzeje,
Lepszym od ciebie mężom, Somersecie.
Ciebie zaś, z twoim sprzymierzeńcem Polem,
Do mej pamięci zaciągam tu księgi,
By za dzisiejszą skarać was obelgę.
Więc ostrzeżeni miejcie się na pieczy.
Somerset.  Nie trwóż się, zawsze znajdziesz nas gotowych,
Po tej nas farbie rozpoznasz jak wrogów,
Którą na przekór tobie będziem nosić.
Plantag.  I ja też różę tę, od gniewu bladą,
Na nienawiści mej znak krwi łaknącej,
Dopóty będę z przyjaciółmi nosił,
Dopóki ze mną w mym nie uschnie grobie,
Lub nie wybuja do mej wysokości.
Suffolk.  Pnij się, aż twoja zdusi cię ambicya.
A do pierwszego bywaj zdrów spotkania (wychodzi).
Somerset.  I ja cię żegnam, ambitny Ryszardzie (wychodzi).
Plantag.  Co za zuchwalstwo! i ja muszę znosić
Takie przechwałki.
Warwick.  Plamę twego domu
Zmaże parlament zwołany, by stwierdzić
Zgodę Gloucestera z biskupem Winchester.
Jeśli nie będziesz razem kreowany
Księciem Yorku, nie jestem Warwickem.
Tymczasem, jako miłości mej dowód,
Wróg Somerseta i Wilhelma Pola,
Znak twych przyjaciół, różę tę przypinam;
A przepowiadam, że spory w tej chwili
W Templaryuszów poczęte ogrodzie
Pomiędzy różą białą a czerwoną,
Tysiące ofiar rycerskich pochłoną.
Plantag.  Mości Vernonie, szczerze ci dziękuję,

Żeś uszczknął kwiatek na rzecz mojej sprawy.
Vernon.  I na rzecz sprawy twej nosić go będę.
Prawnik.  Jak ja.
Plantag.  Dziękuję, dostojny mój panie.
Czas już na obiad. Nie minie czas długi,
A spór ten ludzkiej krwi wypije strugi. (Wychodzą).


SCENA V.

Londyn. Pokój w Tower.

(Dwaj stróże wnoszą Mortimera na krześle).

Mortimer.  Starości mojej stróże litościwi,
Konającemu spocząć tu dozwólcie.
Długie więzienie sparaliżowało
Członki me, niby bolesne tortury;
Zwiastuny śmierci, siwe moje włosy,
Przepowiadają koniec Mortimera,
Co w troskach przeżył lata Nestorowe.
Jak lampa resztą oliwy płonąca
Już oczy moje ciemnieją i gasną;
Ramiona słabną pod smutków brzemieniem;
Ręce bezsilne, są jakby winograd
Uschłe gałązki chylący ku ziemi.
Nogi me jednak, chociaż odrętwiałe,
Tej garstki gliny utrzymać nie zdolne,
Skrzydlatą żądzą do mogiły lecą,
Jakby wiedziały, że tylko tam spoczną.
Lecz powiedz, stróżu, przyjdzież mój synowiec?
I Stróż.  Przyjdzie, milordzie, Ryszard Plantagenet,
Właśnie mi przyniósł odpowiedź posłaniec,
Że cię nawiedzi.
Mortimer.  To jest dla mnie dosyć;
Uspokojenie dusza moja znajdzie.
Biedny synowiec! Wszak i jego krzywdy
Moim są równe: od dnia tego bowiem,
W którym koronę włożył Henryk Monmouth,
Ja, com wojenną chwałą przed nim jaśniał,

Za dom więzienie mam to obrzydliwe.
W dniu tym i Ryszard spadł z swej wysokości,
Swoje dziedzictwo, swe honory stracił,
Ale nakoniec, ten rozpaczy lekarz,
Śmierć dobroczynna, wyswobodzicielka,
Więzienia mego otwiera mi wrota.
Bodaj i jego skończyły się smutki!
Bodaj odzyskał wszystko co utracił!

(Wchodzi Ryszard Plantagenet).

I Stróż.  Twój przywiązany zbliża się synowiec.
Mortimer.  Przyszedł mój drogi Ryszard Plantagenet?
Plantag.  Tak jest, mój stryju, przyszedł twój synowiec,
Ryszard, przed chwilą ciężko pokrzywdzony.
Mortimer.  Przyjdź w me objęcia, niechaj cię uścisnę,
Niechaj wyzionę ducha na twych piersiach.
Powiedz, gdy usta moje lic twych dotkną,
Bym ci ostatni dać mógł pocałunek.
Wielkiego szczepu Yorków gałązko,
Coś mi powiedział przed chwilą? że byłeś
Ciężko skrzywdzony?
Plantag.  Na mem wprzód ramieniu
Ciało twe oprzej, potem ci opowiem
Moje strapienie. Dziś w prawnej dyskusyi
Ostro się ze mną przemówił Somerset,
Pośród tysiąca wyrzeczonych obelg
I śmierć mojego ojca mi wyrzucał;
To oskarżenie zamknęło mi usta,
Wzbroniło obelg obelgą odpłacić.
A więc przez pamięć na mojego ojca,
Na pokrewieństwo nasze i na honor
Plantagenetów, opowiedz mi, stryju,
Z jakich powodów na pień swą dał głowę
Ojciec mój, hrabia Cambridge?
Mortimer.  Mój synowcze.
Tenże sam powód, który mnie tu wtrącił
W lat moich kwiecie, w tem czarnem więzieniu
Kazał usychać w troskach i boleści,
Przeklętą śmierci jego był przyczyną.

Plantag.  Mów jaśniej, stryju, powodów tych nie wiem,
Ani domyślić się ich jestem w stanie.
Mortimer.  Opowiem wszystko, jeśli ręka śmierci
Ust mi nie zamknie przed powieści końcem.
Dziad dzisiejszego króla, Henryk Czwarty,
Wytrącił berło z rąk swego synowca
Ryszarda, który najstarszym był synem
Księcia Edwarda, a prawym następcą
Swojego dziada, Edwarda Trzeciego.
Lordowie Percy, w sumiennej pewności,
Że Henryk grzesznym był przywłaszczycielem,
Na jego tronie chcieli mnie posadzić.
Walecznych lordów to było podnietą,
Że skoro Ryszard, występnie strącony,
Nie pozostawił żadnego dziedzica,
Ja byłem jemu najbliżej pokrewnym;
Bo przez mą matkę ród mój wywodziłem
Od Lionela, książęcia Klarencyi,
Trzeciego syna Edwarda Trzeciego,
Gdy on pochodził od Jana z Gandawy,
Czwartego syna króla bohatera.
Ale, gdy w śmiałem chcieli przedsięwzięciu
Berło prawemu wrócić dziedzicowi,
Ja wolność, oni utracili życie.
Długi czas potem, kiedy Henryk Piąty
Rządził po ojcu swoim, Bolingbroku,
Ojciec twój, hrabia Cambridge, pochodzący
Od księcia Yorku, Edmunda Langleya,
Gdy siostrę moją, a matkę twą pojął,
Nad moim twardym litując się losem,
Miecz znowu podniósł w moich praw obronie,
I chciał znów berło w ręce moje złożyć,
Lecz gardłem zamiar szlachetny opłacił.
Z nim zgasnął tronu dziedzic prawowity,
Dom Mortimerów.
Plantag.  Z którego, milordzie,
Jesteś ostatnim.
Mortimer.  Tak jest, a jak widzisz,

Nie mam potomstwa. Mój głos konający
Blizką mi śmierci zwiastuje godzinę.
Ty mym dziedzicem — a domyśl się reszty,
Lecz bądź ostrożny w trudnem przedsięwzięciu.
Plantag.  Twoje przestrogi nie zmarnieją u mnie.
Ale mym sądem, śmierć mojego ojca
Tyranii tylko krwawej była czynem.
Mortimer.  Mądrze, ze skrytą działaj polityką,
Bo dom Lancastrów na silnej podstawie
Stoi jak skała niczem niewzruszona.
Lecz twój stryj teraz w inne idzie strony,
Jak monarchowie, gdy ich zacznie nudzić
Na jednem miejscu przedłużony pobyt.
Plantag.  Ach, stryju, gdybym młodych lat mych cząstką
Mógł twej starości przedłużyć godziny!
Mortimer.  Nie bądź okrutnym jak rzeźnik, co ciosy
Zadaje mnogie, gdy mógł jednym zabić.
Jeśli cię dobro me nie smuci, nie płacz;
Pogrzebu tylko mego wydaj rozkaz.
Bywaj zdrów teraz! Niech Bóg błogosławi

Twym przedsięwzięciom w pokoju i wojnie!
(Umiera).

Plantag.  A duszy twojej da pokój nie wojnę!
Twoją pielgrzymkę w więzieniu odbyłeś,
Dnie twoje zbiegły, jak dnie pustelnika.
W głębinach piersi rady jego zamknę,
Jak myśli moje i moje marzenia. (Do stróżów)
Wynieście ciało, a ja mu wyprawię
Pogrzeb świetniejszy od jego żywota.

(Stróże wynoszą ciało Mortimera).

Tu zgasła blada Mortimera lampa
Nizkiej ambicyi przygaszona wpływem.
Lecz ja, za krzywdy, za gorzkie obelgi,
Przez Somerseta na mój dom rzucone,
Potrafię jeszcze z honorem się pomścić.
Do parlamentu co najprędzej śpieszę,
By, lub krew moją oczyścić od plamy,
Lub na mej krzywdzie wielkość mą gruntować.

(Wychodzi).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.