Król-Duch (Słowacki)/Pieśń druga

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Król-Duch
Rozdział Pieśń druga
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom IV
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Drukarnia i litografia Pillera i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI

Cały tom IV
Indeks stron
PIEŚŃ DRUGA.

I.

Xiężyc był pełny i gwiazdy świeczniki
Świeciły jasno na niebios lazurze,
W trawach śpiewały skrzeczki i świerszczyki,
Zamek stał cichy na piaskowéj górze;
Zimno północne i traw zapach dziki,       5
I serce smętne bijące w naturze
Dwa razy mocniéj zagadało do mnie,
Gdy ona przy mnie... i koń koło mnie.


II.

Na jednym ręku niosła swe warkocze;
A drugą, północ wskazało odludną.       10
Na to Ja rzekłem: na północ nie wkroczę
Bo tam jednemu przeciw burzom trudno;
Lecz w koniu do krwi ostrogi umoczę
I będę pędził aż drugą tak cudną
Jak ty pokażą mi ziemskie narody,       15
Choćby królowę ognia albo wody!


III.

Jeśli nie... wrócę jak straszydło krwawe.
A ty pamiętaj jaki stąd ucieka
Cień obalony miesiącem na trawę
Z konia, ze skrzydeł orlich i z człowieka.       20
Miesiąc mu daje tę straszną postawę,
Wiatr stąd wypędza, a nieszczęście wścieka;
A jeśli Pan Bóg go wichrem oszczędzi,
Może na powrót grom go tu przypędzi.


IV.

To mówiąc, ręką pogroziłem światu,       25
A tém wścieklejszy, że sam i bezsilny.
Gwiazdy na polach czystego bławatu
Oczy otwarte i słuch miały pilny.
Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu
Świeciła... szarym równinom omylny       30
Kształt nadawając — że pod owe zorze
Tak się zdawały płynące — jak morze.


V.

Dyanna — jak liść wierzby — już zielona,
Już jako róży liść różano-złota,
W ognistych się mgieł zanurzała łona       35
Zmienna, jak w sercu młodzieńczém tęsknota.
A jam skrzydlate obrócił ramiona
Wschodowi — chciwy nowego żywota,
I uciekałem, jak duch z bladą twarzą,
Więcéj przed myślą moją — niż przed strażą.       40


VI.

Dzisiaj przez ducha świat odkryty,
Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy
Jak upiór złoty a we krwi umyty
Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,
A krwią ochydzał wszelki czar zdobyty,       45
Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy
Gdyś go uścisnął, — a tarczy błyśnieniem
Takiś wywołał strach jak objawieniem.


VII.

Po ciemnych puszczach gdziem się błąkał — gnana
Wichrami straszna przyszłości orlica!       50
Kto mię napotkał — myślał że szatana!
Bo wszystko widział wprzód, niż moje lica
Zbroję i skrzydła i młot u kolana,
I dzidę która gorzała jak świeca
Między sosnami, samych niebios blisko,       55
Miedziane mając ostrze — jak ognisko.


VIII.

Na jednym pustym śród sosen smętarzu
Spotkałem smętne i dzikie Germany...
O! duchu! dawnéj przeszłości malarzu!
Ty jeszcze widzisz te sosnowe ściany,       60
Wozy, ogniska, twarze przy rozżarzu,
I rzymskie z białych piszczeli kurhany;
A na nich orły wydarte legionom
Podobne lampom złotym i koronom.


IX.

Ty jeszcze widzisz i dziś pytasz siebie:       65
Kto ci przyczynił głosu i języka?
Liczni — krzyknąłem — jak gwiazdy na niebie!
Straszni jak piorun gdy niebo odmyka!
Przez was świat wytnę! pod wami pogrzebię!
Ja, syn popiołów — ojciec mogilnika! —       70
Urra ha!... Gwiazdę pokazałem białą
Dnia wschodzącego lasom. — Wszystko wstało!...


X.

Wszystko! — Dziesiątki całe groźnych kroci
Wstały gotowe na rzeź urahanną...
Wszystko!... Na boku tylko śród paproci       75
Białością swoją mnie zadziwił szklanną
Kształt jakiś, śpiący, cudownéj dobroci
I ciszy, zorzą oświecony ranną,
Zwalony w dzikich trawach, przy strumieniu,
Posąg... w jutrzenki światłach jak w płomieniu...       80


XI.

Rzekłem więc: Czy to jaka jest królowa
Wyrżniętych ludów? nieskalanéj bieli?
Którą tu smętnie czarujące słowa
Na fijołkowéj uśpiły pościeli? —
Wtém barbarzyniec ją tak ciął, że głowa,       85
Jak lampa która ciemność rozweseli,
Skoczyła... chwilę na błękicie trwając
Jak gwiazda... potém błysnęła spadając...


XII.

A ja zawrzawszy gniewem... i brzeszczota
Dobywszy... tego barbarzyńca w czoło       90
Tnę tak, że jako grenada się złota
Rozwali ów łeb... tu połą... tam połą...
A ja ów zegar widzący żywota
Z tajemnicami, żył czerwonych zioło.
Idące jeszcze wszystkich sprężyn ruchy:       95
Porównywałem dwie głów jak dwa duchy.


XIII.

Ledwom uczynił to.. nowe mi moce
Zaledwie statuy zwołane zemszczeniem
Przybiegły w pomoc... tak, że chociaż proce
Cisnęły na mnie za ów mord kamieniem;       100
Jam był jak piorun gdy lasy druzgoce!
I napełniłem ten lud przerażeniem,
A w przerażeniu takim wielkim żarem,
Że mię ukochał i nazwał — Kiejzarem.


XIV.

Dziś tam głęboki sen w téj puszczy lata!       105
A może jeszcze posąg biały leży!
A może jaka nad Istrowa chata
Mówi powiastkę moją — i nie wierzy! —
Ani wie, jako na zniszczenie świata
Posąg zemszczony przysłał mi rycerzy?       110
I obaczywszy mnie jako burzę ciemną...
Duchy gwiażdżące zawiesił nademną.


XV.

Nie wiedzą ludzie przez jakie ja tony,
Przez jakie czyny? przez jakie męczarnie
Zebrałem owe duchów milijony?       115
Które gdy wezwę, to mię strach ogarnie!
Bo ze słońc różnych są i z różnéj strony...
Jako girlandy w chmurach i latarnie
Pokazują się — kiedy sam nie zdołam
Czynić — a one na pomoc przywołam.       120


XVI.

Z barbarzyńcami — sam — na uroczyskach —
Człowiek... Duch... pilnie uważałem cuda
Które się jawią przy Ludów kołyskach,
A nikną, gdy się szczep na drzewie uda;
Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach       125
Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,
Które panują takim chwilom świata,
Trwożą — jak pjanie kurów u Piłata...


XVII.

Zda się: że ciągle ptaki ranne pieją...
A pjanie smutne jest jak krzyk dziecinny;       130
Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,
Więcéj wychodzi gwiazd na błękit siny...
Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją,
I przerażeni cichością godziny
Gotowi zaprzeć się Bożego ducha,       135
Obzierają się jak zbójce — czy słucha?


XVIII.

Jam to czuł, mimo że krew moja biła
Jak piorun w żyły, że hełm od niéj dzwonił,
Kita się ogniem czerwonym paliła,
A młot skry takie jak miesiące ronił;       140
Koń gadał... dzida rosła... szabla żyła...
Wiatry dawały rady... obłok bronił...
O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze...
O dobrym złote żórawiane klucze. —


XIX.

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany       145
Wpadłem na ziemię moją nieszczęśliwą:
Lech nie żył; a lud jego zabijany
W Królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą...
Ona też pancerz złoty, malowany
Kwiaty różnemi jak słoneczne dziwo       150
Pokazywała w strasznych walk kurzawie,
Podobna białéj Anhelicy — Sławie.


XX.

Koło niéj ciągły tabor z żywych ludzi,
Zbrój czarnych, mieczów, tarcz; nad nią sztandary.
Ilekroć wieczór mgłami się zbrudzi,       155
To jako ptaki nocne albo mary
Wstają po bagnach Wenedy i Czudzi,
Żółte Połowce, nadmorskie Tatary,
I w twarze nasze strzał tysiącem brzęczą:
A nic gdy biją — straszniejsi gdy jęczą.       160


XXI.

Jeszcze pamiętam ten wrzask i to wycie
Różnych narodów i różnych języków...
Gdy te Ludyszcza, przy Wisły korycie
Przyparłem do fal falą moich szyków.
Aż mi o jasnym wyprawili świcie       165
Najstarszych z wojska swego tysiączników
Prosząc o pokój i o ziemi bryłę
Taką... że ledwo dla nich — na mogiłę.


XXII.

Ja wtedy pod lwią skórą rudozłotą
Siedząc na prostéj powózce Germanów       170
Rzekłem: niech pierwéj dziewczęta rozplotą
Warkocze — córki najpierwszych Supanów,
Niech sama Wanda płaczem i tęsknotą
Zmiękczona przyjdzie nam do roztruchanów
Nalewać wina... Niech ją złotowłosą       175
Germany moje na tarczach podniosą:


XXIII.

A gdy przez ludy dzikie okrzykniona
Królową, z tarczy mosiężnéj xiężyca
Zaśpiewa nam pieśń na nowe plemiona!
I nasze dzikie dusze pozachwyca!       180
Ja wtenczas drżące otworzę ramiona,
Aby zleciała w nie jak gołębica
I wyprosiła usty różanemi:
Co chce!? niebiosa całe — i pół ziemi...?!


XXIV.

Z tém stary Swityn i Czerczak posłowie       185
Odeszli. A mnie jéj postać wprzód senna
Zaczęła jaśnieć jako słońce w głowie,
I coraz bardziéj jawić się płomienna.
Więc potém, kiedy ległem na wezgłowie,
Cała mi w oczach ognista Gehenna       190
Błysnęła ciągle piorunami pruta,
Ciemna, czerwona parami jak huta.


XXV.

Na piersiach darłem skórzane odzienie,
Ale do łoża byłem jak przykuty.
Wtém ona weszła w te straszne płomienie       195
Jak duch tęczami różnemi osnuty;
Nad nią niby z gwiazd grających pierścienie
Wiązały jedną pieśń na różne nuty —
Dzwoniące, cudne! jakieś gwiazdy śliczne!
Niby powietrzne narzędzia muzyczne.       200


XXVI.

Słysząc te głosy, z któremi dziewczyna
Szła na mnie, z ciała mego wyleciałem.
A ona w ogniu czerwona i sina
Obracająca powietrznym chorałem
Jako skrzydłami powietrznymi młyna       205
Kręcąc... przywiodła duch — że włosy rwałem;
Przez wszystkie jęki i tony i zmiany
Idący za nią w toń — jak zwarjowany...


XXVII.

Jeszcze noc była — a ja: hełm na głowę
Włożywszy, wsiadłem na koń... pędzę cwałem.       210
Pamiętam szare powietrze perłowe
I zamek wieży sterczący kawałem
Nad Wisłą... gdzie lud tę swoją królowę
Otoczył ludzkim i ceglanym wałem.
Tam przeleciawszy: w róg mosiężny dzwonię —       215
Grzmię aż mi wszystkie oderżały konie.


XXVIII.

Wychodzi siwy Swityn Wojewoda,
Ze snu czerwone przeciera źrenice:
Idź — rzekłem — bo mi słów wczorajszych szkoda,
Za nadto ostre pokazałem lice;       220
Niech mi królowa wasza jasna, młoda
Naleje czary, podniesie przyłbicę,
A może łatwo ten rozkaz wykona:
Pieśń mi zaśpiewać... paść w moje ramiona.


XXIX.

Nic nie rzekł Swityn: lecz mię brzegiem wody       225
Prowadził kędy stał tłum ludu mały.
Rybacy srebrne trzymali niewody:
Kilka świec (choć już ranek błyszczał biały)
Nieśli kapłani, z lutniami Rapsody
Siedli na zrębie jednéj małéj skały       230
Pod bladą wierzbą... mgłą ranną okryci.
Na wzgórzach w zmroku zapalono wici.


XXX.

Na łące dziewy i panny służebne
Ujrzałem tam i ów się krzątające.
Te niosły kwiaty, kadzielnice srebrne,       235
Dyadematów złotych półmiesiące;
Inne — bławatki do wieńca potrzebne
Zbierały się w trawach — kolorów tysiące
Rzucając w srebrne powietrze, w mgły szare,
Niby Wiślanym Duchom na ofiarę.       240


XXXI.

Dawny świat! Obraz dawny wywoływam!
Lecz ileż razy różaność przedwschodnia
I kwiaty które mgłą okryte zrywam,
I leśne ptaszki budzące się do dnia,
I tęcze których do myśli używam       245
Gdy się zapali mój duch jak pochodnia
Przypominały obraz on tak rzewny!...:
Ubranie martwéj na łąkach królewny...


XXXII.

Jak miesiąc była, kiedy z niego zetrze
Pierwszą pozłotę słońce w dzień w jesieni       250
A on się topi w błękitne powietrze
I lekko swego czoła zarumieni
I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze
Drżą liście złote przy liściach z płomieni,
Pełny — okrągły — blady się przemienia       255
W mgłę... jak cudowna twarz srebrnego cienia...


XXXIII.

Taka jéj bladość! nieco ku błękitom
Nachylona już zgonu okropnością,
Takie ust perły! Wisły Amfitrytom
Z upiorną niby odśmiechnione złością.       260
Zresztą — spokojnie się onym kobietom
Dawała stroić modrzewiów ciemnością,
Koroną złotą, wieńcami z bursztynu —
A strach powiększał trupa w oczach gminu...


XXXIV.

A cóż dopiéro! gdy Ja groźne lice       265
Odkryłem, z hełmu spójrzałem surowo
I połamawszy miecza... w błyskawicę
Cisnąłem jego kawałki nad głową!
Nademną ducha mrok i złote świéce
Miecza nad kitą moją purpurową       270
Jak zawierucha olimpijska wstały —
Mój duch... na hełmie stanął... w ogniach cały.


XXXV.

Krzyk pierwszy, który z ust wyszedł zwierzęcy,
Już niepodobny krzykowi człowieka,
Zbudził Germanów całe sto tysięcy:       275
I szli jak morze huczące zdaleka.
Stos wystawiłem okropny! xiążęcy!
Taki wysoki! że Wiślana rzeka
Na bladych trupów zatrzymana murze
Stanęła — cała jak upiór w purpurze.       280


XXXVI.

Lecz pierwéj nim ją oddałem płomieniom,
O! ileż strasznych słyszała lamentów!
„O! włosy! nie dam ja waszym pierścieniom
W ogniu z Wiślannych oschnąć dyamentów!
Każę podziemnym zamienić się cieniom       285
W gmachy filarów pełne i zakrętów...
W alabastrowéj Cię położę trumnie
Każę strzedz wieków śpiewaczce... kolumnie.


XXXVII.

Zbalsamowaną... wieczném zdjętą spaniem
Cicho na białych atłasach położę...       290
Sam przyjdę... jak lew legnę... i wzdychaniem
Śmiertelném twój sen śmiertelny zatrwożę.
Więc może wstaniesz? i pocałowaniem
Dasz mi ocknienia światłości i zorze?
I słuch mi weźmiesz w tych podziemnych cieniach       295
Coś czytająca... wiecznie... na kamieniach?...


XXXVIII.

W kraju bez słońca, bez gwiazd i xiężyca,
Gdzie wiecznie smętno, posępnie i głucho;
Ja rycerz jako śpiąca nawałnica
Z otwartą, szklanną źrenicą i suchą:       300
A ty — jak moja smętna czytelnica,
Perła po perle, ton, lejąca w ucho,
Taka wyrazów o pieśni mistrzyni!...
Że pieśń z tysiąca lat... chwilę... uczyni!...“


XXXIX.

Tom rzekł pośmiertne przeczuwając rzeczy       305
I głosy. I znów zajęty pożarem
Chciałem ją złożyć na gwieździcach z mieczy,
Upowić krwawym rycerskim sztandarem!
I z onéj ziemi, gdzie ciało kaleczy
Słońce niewczesnym i nieludzkim skwarem,       310
Uciec w Iślandów wyspę zamrożoną,
Ogniami siedmiu wulkanów czerwoną...


XL.

Tam ją — krzyczałem — gdzieś na lodowiskach
Złożę jako kwiat ujęty w krysztale!
I przy wulkanów rubinowych błyskach       315
Opłomienioną posadzę na skale —
A sam z dzikiemi orły na urwiskach
Dzikszy niż burze! straszniejszy niż fale!
Gdy góry będą swoje ognie zionąć.
Mrozom się dam zgryść! i ogniom pochłonąć!       320


XLI.

Tak mój duch w kształty się piramidalne
Wyrzucał, dawną tryskając naturą:
Tak nowe ciała łańcuchy fatalne
Targał i piorun zawsze miał pod chmurą. —
Potém więc Roki się zabrały walne       325
I mnie okryły Lechową purpurą.
Lud cały strachem ohydnie znikczemniał.
Jam siadł na tronie, zmroczył się i ściemniał.


XLII.

I któżby to śmiał w xięgi ludzkie włożyć
Dla sławy marnéj, a nie dla spowiedzi? —       330
Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,
Uderzyć w niebo tak jak w tarczę z miedzi,
Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć,
I kolumnami praw na których siedzi
Anioł żywota zatrząść tak z posady,       335
Aż się pokaże Bóg w niebiosach — blady...


XLIII.

A nie Bóg nad tą żywota fortecą
Zgwałconą twarzy pokaże? to przecie
Komety złote na niebie przylecą
I bliżéj oblicz ukażą na świecie.       340
Nad zamkiem swoje ogony zaniecą
Jak widma — jedno — i drugie — i trzecie...
Jeśli nie zlęknę się a krew mię splami...
Kto wie!?... jak słońca przyjdą tysiącami!


XLIV.

Niebiosa pełne widziadeł i twarzy       345
Słonecznych! może z krwawemi oczyma! —
A tu koło mnie powietrze cmentarzy
I ciągła burza, wiatr, ognie i zima,
Wichry skrwawione, głos trupów z kościarzy —
Słońce poblednie, xiężyc się zatrzyma —       350
Gwiazda zajęczy jaka lub zaszczeka!
Wszystko pokaże... że dba o człowieka!...


XLV.

Jeśli nie? rzekłem — jeśli z tym motłochem
Postąpię sobie jak król zwarjowany?
A żywot jak wąż schowa się pod lochem       355
Jak gdyby nie czuł w sobie żadnéj rany?
To ludzie są proch! i ja jestem prochem
Na jeden tu dzień jak miecz ukowany!
A tém straszniejszy — że go własne siły
Nie duchów ręce z ziemi wyrzuciły.       360


XLVI.

Zaledwo ta myśl poczęła się we mnie
Wzrok zaraz wydał ją... jasny... i suchy...
Wchodzący w myśli ludzkie potajemnie
Aby tam widział w kościach czy są duchy?
Więc naprzód Czerczak u nóg mi nikczemnie       365
Prosząc o łeb pod katów obuchy
Poszedł, a za nim jacyś dwaj prorocy,
Których dziś... krwawe łby... widuję w nocy...


XLVII.

Za wojewodą cały dwór i sługi
Posłałem... niby z nim będące w zmowach.       370
I z wież patrzałem na ten łańcuch długi
Idący na śmierć z świecami w okowach.
A niebios!... niebios błękitne framugi
Jakby o zdjętych nie wiedziały głowach
Patrzały na to ciche — obojętne!       375
Mnie się wszelako zdawało: że smętne!


XLVIII.

Ogromny szereg tych wymordowanych
Poszedł. Myślałem, że duchy zobaczę
Gdzieś do łabędzi podobne rumianych,
Od których jęczy powietrze i płacze:       380
Albo że ze ścian ogniem zapisanych
Wyjdą pająki z ognia... straszne tkacze!
Na ściennych ogniach się swych zakołyszą,
I wyrok jakiś ognisty napiszą!


XLIX.

Myślałem! że me noce niespokojne?       385
A dnie jak noce bez gwiazd będą czarne?
W ciemnościach jęki? albo chrzęsty zbrojne?
Tchnienia na czoło chłodne? albo parne? —
I nic!... Ten straszny duch, któremu wojnę
Wydałem, dziecko zostawił bezkarne;       390
A ja podniosłem pierś dumną i twardą
Gotów do końca walczyć z Bożą wzgardą...


L.

Przez dawne oczy to ohydne
Pierwszego ducha dzieło z czasów onych...
Gdy stepy całe dziś w mogiłach widne       395
Wzięły u ludu nazwisko Czerwonych...
Wtenczas ujrzano mię, że w ciele brzydnę
I biorę postać duchów utrapionych.
Ludzie myśleli, że mi gniją trzewa:
A jam był senny jak wąż gdy poziewa...       400


LI.

Czasami z góry... na kolec blaszany
Wieżycy wstąpię... i tak jako owce
Najpierwsze państwa Karacze, Supany
Każę prowadzić przez różne manowce.
Tam je kładziono w skrwawione kurhany,       405
Na stos znoszono chwast, czarne jałowce.
A ja bywało z góry, jak sęp dziki
Widzę te w ogniach ruchome mrówniki.


LII.

Dziesięć czasami gwiazd i słońc czerwono
Zagore... dziesięć wrzasków razem słyszę;       410
I nie podnosi mi się duchem łono
Ani się serce strachem zakołysze...
Jako Lucyfer z błyskotną koroną
Stoję... a zbrodni mojéj towarzysze
Na większą niż te wszystkie okropności       415
Patrzą — na mą twarz śmiertelnéj bladości.


LIII.

Dziwią się wszyscy: że jak pies nie szczekam?
Jak lew nie ryczę? jak człowiek nie zgrzytam?
Nie wiedzą, że Ja duch natchnięty czekam
Gwiazd, deszczów krwawych; i znów za miecz chwytam       420
I znowu cały świat na siebie wściekam!
I znów się niebios zamroczonych pytam:
Czy mieczem, który w łono ludzkie wrażam,
Którą tam władzę niebieską przerażam?


LIV.

Co tylko mocy ten mózg napięty,       425
Tom Ja na męki wynalazek użył.
Stosy, na Wiśle spękane okręty,
Kołowrót, który ciał długość przedłużył...
Wszystko w męczeństwie ten kraj niepojęty
Swą cierpliwością wytrzymał i zużył!       430
A niebo wszystko to cierpliwie zniosło,
Póki kruszyłem duchom: łódź i wiosło...


LV.

Poszedłem daléj... i w męki wyborze
Już nic nie mogąc straszniejszego stworzyć,
Zacząłem łamać większe prawa Boże,       435
Myśląc naturę samą upokorzyć.
Matkę mi z lasu stawiono na dworze...
A ja zamiast się u nóg jéj położyć
U téj w łachmanach podartej orlicy —
Ciała użyłem za knot smolnéj świécy...       440


LVI.

Rzekłem ludowi: że mnie czarowała,
Że serce jadła, że żony mi truła. —
Z włosem palącym się jak ptak latała
I zgasła. Wtenczas twarz mi się popsuła
I pokazała zielonością ciała       445
Że się Duchowi memu szata pruła:
On jednak w ciele nie wiedział o sobie,
W letargu niby i w czarnéj chorobie.


LVII.

Raz tylko byłem tak na siebie śmiały,
Że się przejrzałem, w tarczy patrząc lice.       450
A byłem cały jako trup sczerniały
Który stoletnią miał w ziemi trumnicę,
A już robaki z niéj pouciekały,
Bojąc się oczu jasnych jak gromnice;
I czerwonemi przerażone łzami       455
Trupa... i kości spruchniałych ogniami.


LVIII.

Lecz co dziwniejsze, że tak pruchniejący!
Taki upadły! i taki zużyty!
Czasem się czułem jak Anioł gorący
Gotów ukochać świat i nieść w błękity       460
Tę ziemię jako Anioł wzlatujący
Z pieśnią... co była jako szklanne zgrzyty
Harmonik... i szła w ton coraz boleśniéj
Aż upadała w śmiech — w szaleństwo pieśni...


LIX.

Gdy mię bywało taki czar omami       465
A stoję, ręce wyłamawszy z ramion,
Choć tylko pjana toczy się ze łzami
A usta milczą — to mój duch omamion
Wszystkiemi zda się kręci xiężycami,
A gwiazdy nakształt muzykalnych znamion       470
Chwyta... i w głosach to ziemskich wyraża:
Tworząc już nie Pieśń Sen, lecz Pieśń Mocarza.


LX.

Jeden był tylko przy mnie giermek mały —
Jeden był tylko i ta pieśń go struła.
Głosy okropne w niego wlatywały,       475
Kości roztrzęsły... pierś mu się popsuła.
Chodził i przez sen gadał i drżał cały,
Jak instrumentu cedrowa szkatuła,
Która muzykant napełnił przelotem
Tonów... i zamknął napełnioną grzmotem.       480


LXI.

A tymczasem mię Wielki Pan niebieski
Ubierał w grozę i w powagę strachu.
A strach był jakiś ciemny i królewski,
Który napełnił wszystkie kąty gmachu.
Pod stopą moją suche komnat deski       485
Grzmiały jak trumny. — O komnat zapachu
Gadał po wioskach z trwogą lud ciekawy:
Że był zaduszny, tajemny i krwawy.


LXII.

Na świecie o mnie śniono. — Śród czeladzi
W podziemnych kuchniach gadano: żem blady       490
Jak miesiąc gdy się przejrzy w krwawéj kadzi,
W któréj pływają gniazdem wężo-gady,
Że gwiazda złota jakaś mię prowadzi —
(Purpurowe tu tłoczącego ślady)
W ciemny kraj — gdzie się wszelka dusza wściekła       495
Na Króla Duchów czerwonych — do piekła.


LXIII.

A co dziwniejsza... że mię ukochano
Za siłę — i za strach — i za męczarnie.
Gdym wyszedł... lud giął przedemną kolano,
Lud owiec, który się k’ pasterzom garnie!       500
Przed twarzą moja straszliwą klękano
Widząc dwa skrzydła hełmu jak latarnie!
I między niemi w śrzodku zawieszoną
Tę twarz, jak lampę trupią i zieloną.


LXIV.

W powiekach rubin i błysk dziwny gore;       505
Powieki nożem zdają się rościęte;
A przez czerwoną rubinową korę
Patrzy Duch... widmo przeszłości przeklęte!..
Przez jakież Panie męki i pokorę?!       510
Przez jakież późniéj ciała z krzyża zdjęte
Musiałem ścierać strach z mojego czoła?!
Z oczu wydzierać ciemną skrę anioła?!


LXV.

Żem wyzwał słońca Twoje i xiężyce
I meteorów ogniska i burze,
I przeciw gniewom Twoim niósł przyłbicę       515
I chciał zobaczyć sługa — komu służę?...
Żem chciał zobaczyć Panie! twoje lice.
Cztery pioruny Twoje... świata stróże...
Wszystkie potęgi Twoje o świat drżące,
I wszystkie słońca i wszystkie miesiące:       520


LXVI.

Tyś mną pogardził Panie! i ominął,
I do straszliwéj śmierci doprowadził. —
Swityn żył jeszcze. Starzec sławą słynął,
Bił wrogi moje, winy moje gładził,
Granicę mego królestwa rozwinął,       525
Na dwu srebrzystych morzach mię posadził;
Stary — a miecza do pochwy nie chował.
Jam go jak ojca — kochał — szanował...


LXVII.

Pamiętam... biła północna godzina,
O konstellacja łabędź jak krzyż złoty       530
Nad wieżą, gdziem był, leciała... jedyna
Sufitów próżnych lampa śród ciemnoty:
Wtém myśl ohydna o śmierci Swityna
W serdeczne moje wstąpiła zgryzoty
Z taką potęgą!... żem wnet ku niéj dłoni       535
Podał, jak dziecko uśmiechnął się do niéj...


LXVIII.

Potém ją chciałem zmazać, ale ona
Już jako pani mego serca była...
„Sprobuj — wołała — jeżeli ten skona...
A żadna zorza-by nie zaświeciła?       540
A żadna gwiazda z tych gwiazd przerażona
Nie przyleciała? Krwi się nie napiła?...
To wtenczas będziesz spokojny o ducha:
Ziemia proch! — człek z niéj jak wulkan wybucha.


LXIX.

Płomieniom wolno chodzić po dolinach,       545
I błyskawicom wolno bić w cnotliwe.
Za myślą twoją idź — nie myśl o czynach!
Probuj czy niebo martwe jest czy żywe?“
Tak mi ktoś szeptał. — Gdyby w stu Switynach
Stu ojców moich własnych głowy siwe       550
Patrzały na mnie z grobu jego wzrokiem —
Nie byłbym cofnął się przed krwi potokiem.


LXX.

Wysłałem katy... lecz myśl gdy się kwieci,
W coraz straszniejsze rozwija się drzewo.
Posłałem drugie... dwór — żonę — i dzieci       555
Wyciąć. — Był ciemny dzień i grad z ulewą.
Czasami słońce ponuro zaświeci
I gradem złotym jak zwichrzoną plewą
O pancerz chłośnie i z kitą się zetrze —
Bom stał... czekając tych katów — na wietrze.       560


LXXI.

U progu mego żebractwo się szare
Skupiło. Patrzą... król na progu stoi.
Przez deszczu struny widzą jakąś marę
Jęczącą, gradem bijącym po zbroi. —
Wtém wyszło do mnie suche widmo stare...       565
Żebrak.. i blisko stanąwszy podwoi...
Jak posąg, który wiecznym być zaczyna,
Skościał... i podał mi list od Swityna...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.