Przejdź do zawartości

Koniec świata (Gałczyński, 1929)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Konstanty Ildefons Gałczyński
Tytuł Koniec świata
Podtytuł Wizje świętego Ildefonsa czyli satyra na wszechświat
Pochodzenie „Kwadryga”. Miesięcznik literacki
R. III, 1929, nr 2
Wydawca Władysław Sebyła
Data wyd. listopad 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Bolesław Surałło (okładka)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KONIEC ŚWIATA
„WIZJE ŚWIĘTEGO ILDEFONSA,
CZYLI SATYRA NA WSZECHŚWIAT“


Apparebit repentina
Dies magna Domini
Fur obscura velut nocte
improvisos occupans.
(Śpiewka łacińska.)

W Bolonji na Akademji
astronom Pandafilanda
rzekł, biret zdejmując z włosów:
— Panowie, to jest skandal:
zbliża się koniec ziemi,
a może całego Kosmosu;
wszystko przed wami rozwinę:
perturbacje i paralaksy,
bo według mojej taksy
świat jeszcze potrwa godzinę.
Na te okropne słowa
podniósł się Imć Marconi,
najoświeceńsza głowa
w całej Bolonji.
I rzekł: — Areopagu
mędrców najznakomitszy,
wszystko, com słyszał, jest blagą
jak sześć to jest trzy i trzy;
wszem wobec, jako rektor,
oświadczam przeto, że kto
takie brednie lansuje,
na karę zasługuje,
że taki głupi argument
wymyślić mógł energumen,
szarlatan Pandafilanda.
Rumor się zrobił na sali:
wszyscy uczeni gwizdali,
wołali: — Skandal i granda
on tu nas chciał omamić,
nabujać, skorrumpować,
zaidjotyfikować —
poczekaj pan — kłamstwo plami,
nikt z czoła ci hańby nie zdejmie!
To mówiąc, wyszli, stuknąwszy pulpitami,
jak w polskim sejmie.

Zostały czarne pulpity
i czarny na ścianie krucyfiks
i na katedrze zgnębiony,
maleńki, pokurczony
astronom.
Bolało go bardzo w głowie,
więc zażył proszku „Z kogutkiem“,
potem przez chwile krótkie
nie podejmował powiek,
wiadomo: astronom też człowiek.
Potem się chwilę przechadzał
posępny niesłychanie,
mruczał coś: — Kończy się władza...
Albo na białej ścianie
kreślił cyfry i znaki,
logarytmy, zodjaki —
przez bardzo długie chwile
zawile.
W końcu w notesie u góry,
patrząc w cyferblat „Cyma“,
nakreślił dziwne figury
z miną olbrzyma.
A potem, wsparty na dłoniach
już tylko w okno poglądał:
za oknem była zielona
Bolonja.
I wieczór.
Daleko — w złotym birecie
student przygrywał na flecie —
było to w lecie.
Stop!
Bo gdy wypełniła się pora,
znaczy godzina szósta,
u bezbożnego rektora
popękały wszystkie lustra
i potrzaskały także u rentjerów i tapicerów
i u wszystkich w mieście fryzjerów,
a była to plaga za grzech.
Komiczne!: woźny Malvento,
egzaminując się w lustrze;
— Twarz mam na dwoje rozciętą!
wrzasnął. A to było w lustrze.
Więc widząc co się święci,
z kościołów uciekli święci,
salwując się fugą niepiękną,
jak lustra nie chcieli pęknąć;
uniosły się trwożnie do góry

ładne, gliniane figury
i poleciały do nieba.

Niema świętych, gdy potrzeba.

A tutaj w moich widzeniach
nastąpić powinna przerwa.

WIDZENIA NASTĘPUJĄ.

Koty, motyle i drzewa
tańczyły ze zgrozy w kółko,
skrzydła siwiały jaskółkom,
widziano krew na kamieniach.
Widziano, jak nawet rektor
ze strachu spuszczał zasłony
i płakał, jak narodzony,
a przecież nie był bylekto.

A już na wszystkich ulicach
krzyczano „Ginie Bolonja!“
widząc ten bayzel, policja
jęła cwałować na koniach;
długiemi pałkami z gumy
prażyli karabinjerzy,
niestety! wrzeszczały tłumy:
— ratuj się, kto w Boga wierzy!
I kto wierzył, szeptał „O Boże“,
a kto nie, „Strachy na lachy!“
Ciekawsi włazili na dachy
i nawet bydło w oborze
ryczało, ryczało, ryczało.
Ulicami szli biczownicy
w djesirycznej włosienicy
i umartwiali ciało.
Mówiono, że nawet papież
(tss!) szuka ucieczki na mapie,
że całe święte koncyljum
bije się w członki lilją.
Taki to dopust Pan dał
przez usta Pandafilanda.
Tylko weseli studenci
do strachu nie mieli chęci.
W tawernach, winem obrosłych
kochankom pisali akrostych,
a co wstydliwsze kochanki

przez wina dzikiego listek
całowali w same usta.
Ładnie! Ginie wszechświat wszystek,
a tutaj, panie, rozpusta.
Bo również konkretne zdrożności
przerabiali obustronne —
i pili kanalje konjak
i śpiewali
i na gitarach brzdąkali:
„Evviva Bologna,
citta delle belle donne!“

Tu pauza, bo konam z zazdrości.

Kiedy się działy dziwy te
szalone i nierozumne,
niesłychane, niesamowite,
cieśla Giovanni Lucco
bawił się swoją ciesiółką
i śpiewał i ciosał trumnę;
śpiewał Giovanni: — „Ciosaj,
trumno moja, się ciosaj;
położy się w tobie panna,
panna o złotych włosach“.

A kiedy ukończył pracę,
w oliwie umaczał placek
i jadł pomału, pobożnie;
a potem, polityk stary,
na oczy wdział okulary
z premedytacją, ostrożnie,
aby nie pękło włókienko,
związujące drucik z uszkiem,
i usta łącząc z cybuszkiem,
litery popychał ręką
do gadania niezaprawne;
znudził się, zamknął warsztat
i mrucząc: — Koniec świata...
hm... to wcale... zabawne, —
zasnął pod krzaczkiem w ogródku.
Śpij słodko Giovanni Lucco.

Ale w szpitalach nie spali
na sprężynowych łóżkach
i na miękkich poduszkach
chorzy.
Tylko krzyczeli, wołali,
kasłali i przeklinali:

— Gdzie są doktorzy?!
gdzie są ręczniki, spluwaczki,
wykałaczki i posługaczki!?
Nam coraz gorzej!
a my nie chcemy umierać,
ale się pięknie ubierać,
wiązać zielone krawaty —
nie chcemy bandaży i waty!
Protestujemy!
I coraz ciszej wołali,
aż w nocy poumierali.
Na białej, szpitalnej sali
spokój panował niemy...
A wtedy przez mały otwór
wścibił się Astralny Potwór,
lekarstwa pomieszał i zjadł.
Tutaj się kończy wizja.
Na dole przed Akademją,
w małe zebrane kupki,
płakały nad biedną ziemią,
rajcowały miejskie przekupki:
— Czy pani widzi?
Nie widzę.
Toć widać tam i tu:
coś takie idzie
niedobre.
Szu — szu!
Szu — szu!
Toć widziałam, moja pani,
szło wyraźnie od plebanji,
szło szło
szło szło
To.
W gazecie także stojało,
czarno na biało,
O!
Qui
Pro
Quo.
To kara boska...
Coco?
Coco?
A ten kosmos...
Biedna, stara Kosmoska.

Ściemnia się. Pomarańczą
księżyc wypływa z rzeki,

Drzewa, nad rzeką tańczą,
jak jednonogie kaleki.

I rzeka płynie i milknie,
— długie — niebieskie — słowo.
Księżyc wyfrunie, przylgnie
do drzewa gałązki jak owoc.

Lecz nie pomoże pełnia:
proroctwo się wypełnia.
Lecz nie pomoże fala:
biją dzwony na alarm.
I król i lud nie pomoże,
bo robi się coraz gorzej,
strach się podnosi jak morze.

Chmury po niebie — chmury —
ociężałe cwałują.
Idący gniew Natury
leniwe — zwiastują.
Ku miastu coraz bliżej,
ku ziemi coraz niżej
opadają złowrogie,
ogromne, wstrętne, ryże.
U świętego Michała
dzwony biją na trwogę.
Bolonja struchlała —
drży.

Bankierzy, piszcie testament:
Bóg zburzy banki Bolonji!
a wy skryjcie się w mysią jamę,
bluźniercy i masoni.

Widzę nadciągającą Grozę,
Xsiążę ciemności wbija w biegun rozłopotany sztandar.
Bo sprawdzi się od A do Z
proroctwo Pandafilanda:

Już sprawdza się, już się sprawdza,
niespokojne drżą telefony,
po zwierciadlanej sali
biega król przerażony
Hallo! hallo! hallo!
Czy to ty? czy to ty, Genowefo?
Tu ja, tu ja — Antonio!

Pomyłka! 405!
Czy to skład trumien?
Ach, pan mnie nie rozumie!
Ja jestem pański zięć
A konie wysłać wieczorem
Poczta Pinocchio tuzin 15 lir
Hallo! hallo! hallo!
Czy to królewska kancelarja?
To ty, kociaku?
Warjat!
Jestem minister spraw wojskowych!
Sire!
burzy się proletarjat.
Jestem gotowy.
Hallo! hallo! hallo!
Królu, twój jeden rozkaz
całe usunie zło
Jezus Marja!!!
Hallo hallo halllo.

Więc wojsko wysłali na miasto,
Maszerowało wojsko:

Piccolo-flet tak gwizdał jak kos,
mocne bębny biły biły tak:
— Kosmos kosmos ginie minie kosmos
bujdą skończy się niebborrak!

A za wojskiem, zgarbiony,
dziobaty, zamyślony,
w okularach, z miotełką
szedł towarzysz Mydełko
i miotełką z wikliny
czyścił ostatnie szyny;
i coś mruczał pod nosem,
jakieś tam słowa krztusił:
— Kosmos, panie kosmosem,
a porządek być musi.
A nad tym czyściszyną,
a nad temi szynami
gołąb skrzydła rozwinął
i poruszał skrzydłami.
A nad gołębiem księżyc
leciał, srebrząc kominy.
I tak szli i ginęli:
gołąb, tamten i szyny...
Het, na krańcach Bolonji
cień się tylko pochylał.


I do nich i tylko do nich
uśmiechnął się Pandafiland;
i nader idylliczny
stal się i zaczął marzyć:
— Mój Boże, jaki śliczny
proletarjacki pejzażyk.

Tego samego zdania
Byli Bolońscy poeci:
Przecież to niesłychane!
tramwajarz, no i śmieci.
Zaraz wiersze pisali,
deklamowali słodko:
— Choć źle ze światem
proletarjatem
pobawmy się jak grzechotką.
Bawcie się, bawcie, dzieci.

A tymczasem już grzmiało,
a tymczasem błyskało
i coś się niedobrego
wogóle gotowało.
Nie pomogły przekleństwa,
różne „porca madonna“:
Nadszedł kres bezeceństwa:
Świat konał.
Na bolońskich ulicach
kołysało się mrowie.
Zbierali się, radzili,
jakby temu zapobiec.
Próżna rada! nie wskórasz
w dzień ostatniej zagłady.
Przewracały się biura,
teatry, kolumnady,
sklepy, cyrki, świątynie
i różne ubikacje,
słonie w zoo i stacje,
nawet obrazy w kinie.
A u Giovanni Lucco,
który zasnął, jak wiecie
przewrócił się gołębnik
i gołąb zeń wyleciał
ten sam gołąb anielski,
który z tym tramwajarzem,
gdy Pandafil djabelski
patrzył w okno i marzył.
Ale kiedy bieg planet

stał się krzywolinijny,
uradzono nad ranem
pochód protestacyjny:

Wszyscy w nim udział wzięli
mniejsi, więksi i mali,
czarni, żółci i biali,
parlamentarni mówce,
krawcy i brzuchomówce,
Szatani i Anieli.
A jeszcze komedjanci,
a jeszcze policjanci
i księża i rabini,
siła, siła narodu.
A na czele pochodu
jechał rektor na świni;
z obnażonemi ch....i
szli ekshibicjoniści,
transparenty nieśli socjaliści,
a komuniści
dynamit.
Rzecz oczywista — anarchiści
nieśli maszyny piekielne
masony kielnie,
a dzieci
wianki z zielonych liści;
zakamieniali rojaliści
śpiewali „Evviva il Re“,
za nimi neopapiści,
co byli trochę marksiści,
też śpiewem „targali niebiosa“:
— Evviva bandiera rossa!
He, he!!
A wszystko składnie i ładnie,
w porządku, rzędem, gromadnie:
mityngi, wiece, masówki,
kukluksklany, bojówki,
kule dum-dum;
szły rezolucje, protesty,
rewolucje i manifesty.
Tłum.
Na samym końcu pochodu
szły pojednaczki narodów:
Międzynarodówki:
I, II i III,
IV, V i VI
i VII!!!

Szła Tęcza,
Zbawienie świata,
spóźnione:
Bo gdy za ręce się wzięli,
jak dzieci wystraszone,
zawirowali,
skamieniali
i z miljardowej gardzieli
wyrwał się ryk:
— Nie chce-my koń-ca świa-ta!
Na złość się zrobił koniec świata.
Sic!
Kosmiczna zaczęła się chryja
z całą straszliwą atmo-
sferą. Vide św. Jan,
Apokalipsa — Pathmos:
Słońca zagasły i gi-
nęły, tonęły w oddali.
Gwiazdy spadały jak figi,
a Żydzi je sprzedawał!.
W powyższej anarchji księżyc
naśladował planety inne,
znudziło mu także się żyć
i wskoczył w beczkę z winem;
dopieroż tam zabulgotał,
zamlaskał stary opój,
aż beczka zrobiła się złota,
aż się na fest utopił.
Wszystko się toto waliło
kosmiczne przeróżne draństwo,
aż pękło się, utopiło
boże, odwieczne państwo.
Wielka to była chwila
i tako rzeki Pandafilan:
— Skończyła się cała panika
i świat jak łódź bez steru,
jak potworny kadłub Tytanika
zatonął w odmętach eteru.

JA TO WSZYSTKO SŁYSZAŁEM
W NIEBIOSACH PRZEZ TELEFON
I W XSIĘGI ZAPISAŁEM
SŁUGA BOŻY ILDEFONS.


KONSTANTY I. GAŁCZYŃSKI




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Konstanty Ildefons Gałczyński.