Konfederat (Zachariasiewicz, 1904)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Konfederat
Data wydania 1904
Wydawnictwo Krakowskie Towarzystwo Oświaty Ludowej
Druk drukarnia Związkowa pod zarz. A. Szyjewskiego.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KONFEDERAT
OPOWIADANIE
Jana Zacharjasiewicza.
Konfederat (Zacharjasiewicz) poge0002.png



KRAKÓW.

Nakładem Krakowskiego Towarzystwa Oświaty Ludowej.
Skład główny w księgarni Spółki wydawniczej polskiej.

1904.




W Krakowie, czcionkami drukarni Związkowej pod zarz. A. Szyjewskiego.







J


Jadąc ze Lwowa ku zachodowi, za dzień drogi stajemy na popas w małem, ubogiem miasteczku. Biedne, pochylone domki i pokrzywione dachy ukazują, że mieścina strasznie się postarzała i podupadła. Wprawdzie tu i ówdzie bieleje domek z cegły, płaskim nakryty dachem, ale to nie jest domek dawnego polskiego mieszczanina, to dom propinatora lub liweranta szutru, albo siedziba starego, pensyonowanego wojskowego. Pierwotni tego miasta mieszkańcy przenieśli się powoli na cmentarz za mały kościółek, reszta zbiedniała i wynędzniała.
O kilkaset kroków za cmentarzem widzisz kupę rozsypanych gruzów i przegniłych belek. Dzikie zielsko porosło te gruzy, a zapadły loch okazuje, że dawny mieszkaniec tego domku nietylko o głównych potrzebach życia myślał, lecz także i o wygodzie. Miejsce to po dziśdzień nazywa się Konfederatówką, a kronika małego miasteczka opowiada o niem dziwne rzeczy.
Przed stu prawie laty mieszkał tu szanowany powszechnie mieszczanin, Szymon Radysz. Dawniej miał on dom w samem mieście, ale licho jakieś napadło go, sprzedał dom i za cmentarzem, daleko od miasta, wystawił sobie chałupę i płotem dokoła ogrodził. Różnie sobie w mieście tłómaczono te fantazye Radysza. Jedni mówili, że Radysz, który był bednarzem z rzemiosła, wycinając razu jednego łozy na obręcze za cmentarzem, trafił na skarb zakopany i, aby tem dogodniej dalsze pod ziemią robić poszukiwania, kupił tam grunt i na nim dokoła się ogrodził. Inni znowu podejrzywali bednarza o mniej szlachetne zamiary. Za cmentarzem ciągnął się szeroki parów, zarosły odwiecznie krzakami leszczyny. Leszczyna należała do dziedzica wsi poblizkiej. Otóż, aby tem dogodniej zaopatrywać się bezpłatnie w dobry bednarski materyał, wybrał sobie Radysz to ustronie na mieszkanie, z którego miał do parowu czynić nocne wycieczki.
Czy tak czy owak ludzie mówili, zawsze jednak było coś w tem prawdy, bo chudy i blady niegdyś bednarz zaczął czerwienieć na twarzy i tuszy przybierać, a nawet sprawił sobie siwe futro z krymskich baranów, jakiego nawet i cechmistrz żaden w mieście nie miał.
Podejrzenia sławetnej rady miejskiej musiały wreszcie dojść do uszu bednarza i mocno go zmartwić, bo od niejakiego czasu zerwał wszelkie stosunki z miastem, a nawet z cechem, i tylko na ręce młodszego brata cechowego składał dwa dukaty w złocie holenderskiem na ofiarę św. Szymona Judy, patrona cechu. I stało się, że, co pierwej tylko półsłówkiem do uszu sobie szeptano, powtarzano teraz głośno na radzie miejskiej, a mianowicie na każdej stypie, kiedyto człowiek mimowoli o sprawę z sumieniem trąci.
Mimo to miał Radysz powodzenie w całej okolicy. Jego obręcze były łykowate a giętkie jak rozpalone żelazo, jego beczki i cebry słynęły na jarmarkach w okręgu mil pięciu. Ale w miarę tego, jak się towar jego między ludzi coraz więcej rozchodził, coraz mniej miał bednarz znajomych i przyjaciół, a wkońcu ujrzał się tak osamotnionym jak lipa przy drodze. Nikt do niego nie przychodził, w drodze nikt go nie pozdrawiał, ani nawet „pochwalony“ nie powiedział. Bednarz zaczął znowu blednąć na twarzy, brzuch mu spadł, a siwe futro jakoś poszarzało. I mówili znowu ludzie między sobą na stypie, że złe sumienie wysysa tłuszcz z człowieka i czyni go chudym jak deska.
Walenty Serdak, szewc z profesyi, który najbliżej bednarza mieszkał, opowiadał co piątek zgromadzonym w szyneczku mieszczanom, że u jego sąsiada jakieś dziwne dzieją się rzeczy.
Razu jednego, odmawiając wieczorem Anioł Pański, jakoś mimowoli zaszedł aż do wysokiego płotu, który ogradzał szerokie podwórze bednarza. I mimowoli rzucił okiem przez dziurę w płocie i obaczył ogromne stosy wystruganych drążków, które bednarzowi do niczego nie są potrzebne. A gdy w nocy przez okno wyglądnął, aby obaczyć, czy już świta, ujrzał przed domem u bednarza kilka latarń, które tu i ówdzie się kręciły, a gdy ucho nadstawił, słyszał wyraźnie, że kilka wozów z podwórza wyjeżdżało, a przy tem coś niby szabla zabrzęczało.
— Że tam coś niechrześcijańskiego się święci, dałbym sobie za to dwa zęby wybić — zawołał Mateusz Piróg, nieprzyjaciel i współzawodnik Radysza. — Bo i cóżto, święty Antoni, albo to moje obręcze gorsze, czy co? Każdą z nich jak strunę opaszę wkoło palca, a jak opaszę beczkę, to i sam lucyper jej nie rozbije! święty Antoni...
— Mówicie kumie jak z kantyczek — odparł Serdak — ale gdybyście widzieli i słyszeli, co ja widzę i słyszę...
Piróg pokręcił ucho z radości, kazał dać nową kolej i przysunął się do szewca, aby go z całą uwagą wysłuchać. Oblizał się od ucha do ucha na samą myśl, że, wykrywszy jakąś niesłychaną zbrodnię przed radą miejską, będzie mógł pozbyć się swego współzawodnika w kunszcie bednarskim.
— Bo to widzicie, kumie, — prawił dalej do szewca — nasze miasto, to jakby zgraja łotrów i rozbójników. Węgrzynek, co to w wilią Matki Boskiej złamał mi dwa żebra, to szubienicznik. Mówią, że żyda jakiegoś zabił i pieniądze po nim chapnął. A ten Drawicz, co to taki ogromny brzuch niezasłużenie przed sobą nosi — na sam święty Jędrzej sprawę z nim przegrałem — to urwipołeć, jakich mało. Mówią... ale co mi tam do tego! A Damian Szeląg, który dwa cale z mego gruntu mi ukradł, a mimo to zasądzili mnie na koszta procesu, ten Szeląg... to włosy na głowie stają, kumie... włosy na głowie stają! Jakem Piróg!
Szewc pokiwał głową i uśmiechnął się, jakby chciał mówić: Wszystko to niczem jeszcze, wiem ja coś więcej o Radyszu!
Piróg zrozumiał uśmiech Serdaka, oblizał się jeszcze raz, a chcąc szewcowi język rozwiązać, prawił dalej:
— Święty Antoni! albo familia Mruków, która mi posag pierwszej żony zabrała, to sami złodzieje. Ich wielki przyjaciel i opiekun, sławetny pan Łaskota, który cztery razy był wójtem, a w sam dzień św. Michała z izby sądowej za drzwi mnie wypchnął, no ale niech o nim nic nie mówię, bo nikt wierzyć nie będzie. Niktby nie pomyślał, że tak przyzwoity i tłusty obywatel miasta ma pod kapotą dyablą duszę... ale o tem potem...
I tak prawił Piróg, a szewc pił jedną szklanicę po drugiej, mrugał siwemi oczyma do swego przyjaciela, a gdy już czupryna trochę mu się rozgrzała, potarł ręką po czole i rzekł:
— To wszystko nic, panie Mateuszu, ale Radysz... o hoho! Radysz...
— Domyślam się — wtrącił z radością Piróg — ten parów za cmentarzem...
— O hoho!... parów — dodał szewc i sięgnął po szklankę.
— Mówią, że niegdyś w tym parowie zabito kogoś.
— O hoho!... jeszcze gorzej.
— Święty Antoni!... a Radysz wygląda tak... tak...
Szewc wytrzeszczył na bednarza siwe oczy i zamilkł. Piróg kręcił się na stołku z niecierpliwości, a szewc jak patrzał tak patrzał.
Po chwili daremnego oczekiwania trącił Piróg szewca łokciem i szepnął mu do ucha:
— Możebyśmy przeszli do alkierza... tu ludzie słuchają. Szewc kiwnął głową, a Piróg, wziąwszy obie szklanice do ręki, poprowadził przyjaciela do wązkiej, ciasnej komórki na poufną pogadankę.
Obejrzawszy się wokoło jak człowiek, który wielką tajemnicę ma na sercu, zaczął Serdak:
— Już od roku dzieją się u mego sąsiada dziwne rzeczy, w które nikt nie chciał wierzyć.
Piróg przysunął się do szewca.
— Zaraz, jak tylko śnieg stajał — ciągnął dalej szewc — wybrał się Radysz w drogę i aż dwa tygodnie bawił. Potem wrócił i nic nikomu ani słówkiem o tej podróży nie wspominał.
— Ale wy przecież wiecie — przerwał bednarz.
— Gdzie tam, jak w rogu... nic nie wiem! — odparł szewc, popijając ze szklanicy.
Piróg skrzywił się na takie opowiadanie szewca, lecz widząc, że przyjaciel jego znowu wargami ruszać zaczyna, słuchał go dalej z wyrazem największej ciekawości.
— Razu jednego, — ciągnął dalej szewc — w niedzielę po nieszporach, poszedłem sobie ponad wodę, aż wtem coś koło mnie mignęło i chyłkiem prosto do Radysza pobiegło.
— I cóż to było? — zapytał w pocie czoła bednarz.
— Był to wieprz tłusty z czarnym płatkiem na grzbiecie, tak... dwuroczniak — odparł szewc, popijając ze szklanki. — Wprawdzie wieprz ten nie należy do rzeczy, ale zwróciwszy moją uwagę...
— I cóż dalej? — zagadnął zniecierpliwiony bednarz.
— Bo to widzicie, kumie, przy tłustym wieprzku przypomniałem sobie, że młynarz Stefko obiecał mi zemleć ziarno do karmienia prosięcia, które na św. Judę kupiłem. Otóż przypomniawszy sobie to wszystko, puściłem się do młynarza, a że to już był późny wieczór, więc nie szedłem ścieżką przez cmentarz, ale wygonem ponad wodą. W młynie zastałem Stefka i dziesięcioro jego dzieci i pogadawszy z nim o tem i owem, zabierałem się właśnie do wychodu, gdy do młyna wszedł żyd z długą siwą brodą i siwemi pejsami.
Piróg zagryzł usta z niecierpliwości. Szewc tymczasem wycedził do dna szklanicę i, dając tym sposobem do poznania swemu przyjacielowi, że mu w opowiadaniu gardło wysycha, odchrząknął i mówił dalej:
— Zrazu myślałem, że to Abraham z Koniowa, ale, gdy mu się dobrze przypatrzyłem, okazało się, że to żyd wcale obcy, który przyjechał mleć pszenicę na mace. A że to jest rzecz każdemu znana, że w takim razie łapią żydzi tłustego dzieciaka i krwi mu nieco upuszczają...
— Święty Antoni! — krzyknął bednarz — już się wszystkiego domyślam! Radysz żydowi dał dziecko na zabicie! Zbrodnia, święty Antoni, niesłychana zbrodnia! To gardłem pachnie!
— Hola! hola, kumie — zawołał szewc — tego ja nigdy nie mówiłem, bo nic o tem nie wiem. Tylko to właśnie przyszło mi na myśl, gdym owego żyda obaczył, i nawet młynarzowi szepnąłem do ucha na pół żartem, aby na swego Wojtka uważał, bo, nie przymierzając, chłopiec jak prosię! A on mi na to:
— Nie bójcie się. I sam Radysz go nie złapie, choć mówią, że z dyabłem ma spółkę.
— Wiem, Radysz łapie dzieci i sprzedaje... — cedził niby od niechcenia Piróg.
— Czy łapie, czy nie łapie, ja tam już tego nie wiem — mruknął szewc, niekontent z próżnej szklanki — ale że to młynarz powiedział, na to mogę dwa palce do góry podnieść i ukrzyżowanego Chrystusa pocałować.
— I cóż właściwie wiecie o Radyszu — zapytał bednarz, który począł się obawiać, że jego przyjaciel nic a nic o Radyszu nie wie.
— Com wiedział, tom powiedział i kwita — odburknął Serdak, nienawykły rozmawiać na sucho. — Alboż to nic, co młynarz mówił, hę? A żyd stary, z długą siwą brodą, to nic, hę?... a wieprz z czarnym płatkiem na grzbiecie, to także nic, hę? Szkoda dla was gęby, Mateuszu; czas się straciło i w gardle sucho!
Rzekłszy to, wysunął się szewc z alkierza, a Piróg nawet tego nie spostrzegł. Zawiedziona nadzieja usłyszenia czegoś nadzwyczajnego popsuła mu humor i wprawiła go w czarną melancholię. Już od kilku lat przemyśliwał nad tem, jakimby sposobem pozbyć się strasznego swego współzawodnika, który chleb mu odbierał.
Wszystkie jednak praktyki nic nie pomogły. Napróżno w cechu i przy każdej stypie prawił o złych ludziach, którzy biednemu człowiekowi na świecie żyć nie dają. Napróżno nakładał na Radysza największe składki, gdy był podcechmistrzem, nareszcie czernił go i ogadywał jako człowieka bezbożnego; wszystko to nic nie pomogło. Radysz z każdym targiem miał większy odbyt, a konewki i beczki Piroga rozsychały się i ciekły.
Spostrzegł wreszcie bednarz, że szewc z alkierza się wysunął. Jakkolwiek nic się od niego nie dowiedział, coby jego współzawodnikowi zaszkodzić mogło, tajemniczy jednak sposób mrugania szewca, gdy o Radyszu mówił, utwierdzał go w przekonaniu, że u Radysza dzieją się rzeczy niestworzone, o których jednak Serdak nic powiedzieć nie chciał. W okamgnieniu przyszła bednarzowi szczęśliwa myśl do głowy.
Postanowił sam zakraść się pod okna Radysza i na własne oczy obaczyć to, co w rozognionej miodkiem fantazyi już jasno widział. Napiwszy się więc jeszcze na ochotę z pierwszym lepszym powroźnikiem, który mu się pod rękę nawinął i wybiwszy żonkę, która już zmrokiem po niego do szynku przyszła, wyszedł tylnemi drzwiami z alkierza, aby jak najprostszą drogą udać się pod okna Radysza.
Z poza stodoły Mikołaja Stopy wychylił się księżyc, a że była pełnia na niebie, to świecił Pirogowi jasny i duży jak dno od beczki. Mrucząc sobie coś pod nosem i wymachując rękami, szedł bednarz śmiało i odważnie wązką uliczką poza ogrodem Bartosza Czapki. Gdy przyszedł do cmentarza, zrobiło mu się jakoś ckliwo. Na cmentarzu ukazują się zazwyczaj złym ludziom duchy i biorą ich z sobą do grobów. Jakby mrowie przebiegło przez pacierz bednarza, zacząwszy od wielkiego palca aż do łysiny.
Zatrzymał się na chwilę, a nawet wytrzeźwił trochę ze strachu. Do tego jeszcze samym środkiem cmentarza szło coś czarnego. Bednarz przycupnął do ziemi i już chciał drapnąć do żony, gdy mu nagle na myśl przyszło, że duchy zazwyczaj biało chodzą, a tu coś niby w czarnej idzie kapocie. Ciekawość jego wzięła górę nad bojaźnią, gdy obaczył, że ta czarna postać prosto ścieżką zmierza do domu Radysza. Nabrał więc ducha i kilku susami dopadł krótszej drogi przez zarośla.
Księżyc podniósł się tymczasem na niebie i zmalał jak krążek od faski. Bednarz, podwinąwszy poły kapoty, przedzierał się przez krzaki jak mógł najciszej, przeskoczył wreszcie głęboki rów i stanął na wygonie, który prosto prowadził do zagrody Radysza. Zaledwie bednarz odsapnął i poły kapoty na dół spuścił, gdy nagle usłyszał za sobą jakby brzęk szabli. Obrócił się więcej ze strachu, niż z ciekawości. Zdało mu się, że włosy wyrosły mu z łysiny i kołkiem stanęły do góry. Tasama czarna postać, którą widział na cmentarzu, stała tuż za nim.
Był to żyd chudy, wysoki, z długą białą brodą i długimi pejsami, kubek w kubek takisam, jak go Serdak widział we młynie. Najokropniejsze myśli przebiegły przez łysą głowę bednarza. Nogi zachwiały się pod nim, zęby dzwonić poczęły. Do tego niby od niechcenia odwinął żyd poły kaftana, a długa zakrzywiona szabla błysnęła do księżyca.
— Kto jesteś i czego tu chcesz? — zawołał żyd wcale nie żydowskim akcentem.
Bednarz chciał w tył skoczyć przez rów i dostać się do leszczyny, ale nogi zdrętwiały pod nim. Nie mógł ruszyć się z miejsca.
— Kto jesteś, gadaj! — powtórzył żyd tak czystym polskim akcentem i tak jakoś po polsku przyłożył rękę do szabli, że bednarz mimo to, iż był prawym katolikiem, zgiął się we dwoje i żyda za kolana ułapił.
— Sławetny i wielmożny Panie — bełkotał w strachu — ja jestem Mateusz Piróg, bednarz z profesyi, obywatel tego miasteczka, który ot tak wyszedłszy z domu, bo mam złą żonkę i aby jej pasyi nie dać powodu... wyszedłem ot tak, dla świeżego powietrza...
Żyd zaśmiał się głośnym, szczeropolskim śmiechem, aż mu siwa broda z jednej szczęki oderwała się. Bednarz prosił w duchu Boga, aby się ziemia pod nim rozstąpiła, ale ziemia była twarda jak opoka, musiał stać i oko w oko patrzeć na tajemniczego żyda.
— Nie po katolicku kłamiesz, Mateuszu Pirogu — zawołał śród śmiechu nieznajomy, poprawiając fałszywej brody — ty, o tym czasie tu, w tym parowie... o hoho! ptaszku, nie wywiniesz się z łapki...
Bednarz poskrobał się w łysinę, aby jaki szczęśliwy koncept z niej wydobyć i rzekł po chwili:
— Znają mnie tu wszyscy ludzie, byłem przez dwa lata podcechmistrzem, ożeniłem się raz drugi z Małgorzatą, rodzoną siostrą byłego naszego cechmistrza, sławetnego Mikołaja Kryłosa, który ma dwa domy w samem mieście i jest najgrubszym obywatelem miasteczka.
— O hoho! — zaśmiał się znowu nieznajomy i sięgnął ręką pod kaftan, gdzie była duża zakrzywiona szabla.
— Zna mnie nawet ojciec gospodni z pod Opatrzności w Jarosławiu; — mówił dalej bednarz — robiłem dla niego na wino trzy beczki z suchej dębiny i napuszczałem nawet siarką dęgi, jak tego żaden bednarz, ani nawet Jakób z Krakowca, nie potrafi, ani nawet Radysz, który niezasłużenie ma reputacyę najlepszego bednarza...
Nieznajomy zaśmiał się, przez co tak zmieszał bednarza, że ten gębę zamknął i stał jak niemy. Widząc to nieznajomy, rzekł łagodniejszym już głosem:
— Po twoich nocnych wycieczkach w tym dzikim parowie widzę, że jesteś duch niespokojny, a takich mi właśnie trzeba...
— Święty Antoni! — krzyknął bednarz — jam najspokojniejszy obywatel w całem mieście! Mógłbym był wyprocesować majątek po pierwszej żonie mojej, ale dla miłego spokoju zrzekłem się. Sąsiad wlazł mi w grunt; dla miłego spokoju posunąłem się. Krewny mojej żony w uroczyste święto wypchnął mnie za drzwi; dla miłego spokoju nie zaniosłem na niego żadnej skargi. Jam człowiek najspokojniejszy!...
— Szczerość twoja podoba mi się, choć czuję pod ręką, że jesteś dyabelnie tchórzem podszyty i drżysz jak osika. Powiedzże mnie, mój ty Mateuszu Pirogu, co stanowi na ziemi całe twoje szczęście?
Bednarz poskrobał się w głowę. Nieznajomy przyszedł mu w pomoc:
— Nieprawdaż, że tłusta pieczeń wieprzowa i baranina duszona?
— Szpikowana czosnkiem i młodą słoninką, sławetny panie — wtrącił ośmielony bednarz.
— I kufel miodu na to, nieprawdaż?
— O święty Antoni! — krzyknął bednarz, oblizując się od ucha do ucha — toby już były specyały...
— Nim tych specyałów dostąpisz — przerwał mu nieznajomy, śmiejąc się głośno, aż się po parowie rozlegało — muszę cię pierwej pasować na szlachcica, bo jak szlachcicowi tak i każdemu dzisiaj człowiekowi najświętszą rzeczą w życiu powinna być... ojczyzna.
Rzekłszy to, wyłamał dość sporą gałąź leszczyny z pobliskiego krzaku i przeciągnął nią bednarza od łysiny aż do bioder.
Bednarzowi zrazu dech w piersi zaparło, ale widząc, że nieznajomy drugi raz się zamierza, jednym susem przesadził fosę i znikł w krzakach.
Wyszedłszy po niejakim czasie na brzeg parowu, widział na własne oczy, jak ów żyd wchodził do zagrody Radysza.
— Banda rozbójników — pomyślał sobie Piróg — a Radysz hersztem!
I chyłkiem pobiegł do miasta, aby nazajutrz rano całą tę sprawę przed radą miejską wytoczyć, a w razie potrzeby nawet ów kij fatalny w jak najwierniejszem odbiciu na grzbiecie okazać.
Podczas gdy Mateusz Piróg pod ciepłą pierzyną różne sobie o tem zdarzeniu układał relacye, które dnia jutrzejszego szanownej radzie miasta miał przedłożyć, na dębowej ławie u Radysza siedział ów mniemany żyd, ale tak się jakoś odmienił, że niktby go nie poznał. Nie miał ani pejsów ani brody siwej, był czerstwy i rumiany na twarzy, a czarne, w górę podkręcone, wąsy sięgały aż gdzieś do uszu. Ubiór jego składał się z ceglastego żupana, z boku wisiała tasama krzywa szabla, która przed chwilą takim strachem nabawiła biednego bednarza.
Po drugiej stronie stołu, oparty na rękach, siedział gospodarz. Był to mężczyzna w sile wieku, postawy ogromnej. Czarny, kędzierzawy włos i błyszczące oko znamionowały człowieka przedsiębiorczego. Na stole między siedzącymi stał dzban polewany, z którego koleją śród rozmowy popijali. Koło pieca na ławie siedziała staruszka. Stojące koło niej kule świadczyły, że biedaczka albo była kaleką albo na starość na nogi zaniemogła. Twarz jej była żółta jak pergamin, oczy patrzały w słup bez blasku i życia, a sine pomarszczone usta szeptały pacierze.
Gospodarz śród rozmowy rzucał często smutne spojrzenia na ławę pod piecem, a po każdem takiem spojrzeniu zdawało się, że wpadłszy w zamyślenie, nie słyszy mowy swego gościa. Ten zaś, popijając z dzbana, prawił nieustannie.
— To wszystko drapichrósty. Zaledwie rękę na nim położyłem, a już zadrżał jak przed cyrulikiem! Kołtun[1], jak wszyscy jemu równi i basta. Spać pod ciepłą pierzyną, rano kufel piwa ciepłego z serem, sztukę wieprzowiny i kołacz pszeniczny, to u was wszystko! A jak się zowie... Piróg! cha, cha, cha! to prawdziwy piróg. Kapuściana dusza zawinięta w tym pirogu!...
— Czy się zwie tak lub owak — zawołał gospodarz, podnosząc głowę i wstrząsając czarnymi kędziorami — czy się zwie tak lub siak, to przecież może być tak dobry, poczciwy i butny, jak każdy inny!
— Hola, mości Radyszu! — odparł gość — już to ani Piróg ani Kapusta nic wielkiego nie dokażą. Ja każdego dnia, gdy wstaję i pacierz mówię, dodaję w końcu te słowa: Marcinie, pamiętaj, że się zwiesz Popiel, a chociaż masz tylko pół włóki gruntu[2] to przecież musisz żyć tak czysto i uczciwie, jakbyś był królem polskim. Bo musicie wiedzieć, że Popielowie to familia królewska.
Bednarz machnął ręką i rzekł:
— Znałem ja i z waszych wielu nieuczciwych ludzi. Ot naprzykład Jakób Zawiła z Dąbrowy...
— To być nie może — przerwał mu Popiel. — Jakób Zawiła z Dąbrowy, którego wcale nie znam, jeżeli jest urwipołciem, to pewnie nie szlachcic, ale jakiś wtręt lub żydowin, a przynajmniej z matki Tatarki... albo...
— Panie Marcinie — rzekł bednarz, kładąc na ramieniu szlachcica szorstką, spracowaną rękę — wiem ja, mości Popielu, że każdy z was, co to tam w skrzyni jakieś papiery po ojcu chowa, jest butny i pyszny i na człowieka z góry patrzy. Wiem ja, że Piróg i wielu innych mieszczan nie są jak byli święci, o których w niedzielę w tej dużej książce czytam. Ale wam przecież nie godzi się wygadywać!...
— Wy, Szymonie, jesteście człowiekiem uczciwym — przerwał Popiel — ale nad swoją uczciwość nic nie rozumiecie.
— Czegóżbym nie rozumiał? — zapytał bednarz.
— Wasze całe szczęście jest tłuste podgardle wieprzowe i kiszki z kaszą — ciągnął dalej przybyły.
Bednarz ścisnął pięść i roziskrzonem okiem rzucił na mówiącego. Popiel jakby tego nie widział. Sięgnął po dzbanek i spory łyk z niego pociągnął.
— Wasz brzuch jest waszym Bogiem — mówił dalej, nie zmieniając tonu — to hodujecie go, jak dynię na grzędzie, aby był duży i tłusty jako wieprz karmny. A my, mości Szymonie, my, co to w skrzyniach papiery mamy po ojcach, jesteśmy zawsze gotowi nadstawić karku za Rzeczpospolitą i króla, a nawet dać sobie brzuch na wskróś rozpłatać.
— Gdyby tego potrzeba było — mruknął bednarz — to każdy człowiek poczciwy mógłby tosamo zrobić.
— Ba! — przerwał mu Popiel — gdyby tego potrzeba było!... Wy naprzód w waszej radzie miejskiej musicie długo radzić, czy potrzeba czy nie potrzeba, a wkońcu okaże się zawsze z narady, że nie potrzeba!
Bednarz spuścił głowę i zadumał się. Popiel tymczasem wypróżnił dzbanek, a ukroiwszy spory kawał chleba, który na stole leżał, posypał go solą i najspokojniej sobie zajadał. Po niejakim czasie odezwał się znowu:
— Ej, co tam nad tem myślicie, tak jakbyście co dobrego wymyśleć mogli!... Już to, co ja wam powiem, do waszej głowy nie przypadnie! Wasze miejskie głowy wyłysiały pod baraniemi czapkami, ale głupiuteńkie jak dynie!
— Marcinie, gdybyście nie byli w moim domu i z mego dzbana... — przerwał mu groźnie gospodarz.
— Tylko jedną rzecz pozwólcie sobie powiedzieć: Czy miłujecie wy matkę waszą?
Bednarz spojrzał na ławę pod piecem, a jego oczy napełniły się łzami. Jakieś dziwne wzruszenie owładnęło go śród rozmowy z swoim gościem.
— A jakżebym nie miłował? — odparł — toż ona jedna na świecie mi została.
— Otóż każdy z naszych — odparł potomek królewski — ma oprócz swojej matki jeszcze drugą matkę, którą więcej miłuje od pierwszej. A wiecie, kto jest ta matka nasza?
Bednarz podniósł głowę i z ciekawością patrzał na Popiela. Ten wstał i rzekł z naciskiem:
— Ta druga matka nasza jest ojczyzna, Rzeczpospolita, którą każdy prawy szlachcic aż do śmierci miłować w dobrej i złej doli i bronić własną krwią, a nawet życiem, jest obowiązany, jak to mówi Rej z Nagłowic... Otóż tego wy nigdy nie zrozumiecie, wy, którzy jecie co niedziela kiszki z kaszą i tłuste podgardla wieprzowe...
Bednarz wstał szybko i kilka razy przeszedł się po izbie. Potem zwracając się nagle do gościa, rzekł:
— A czy dobre były drzewca do lanc, które przed miesiącem do marszałka[3] wyprawiłem?
— Drzewca były doskonałe i zawiędłe, jak być powinny. Próbowaliśmy ich teraz z Pułaskim pod Lwowem na regałach[4]; za dwa tygodnie spróbujemy na innych. Przechodząc znowu tędy, zdam wam sprawę...
— Wy nie wiecie, co ja myślałem sobie, strugając te drzewca? — przerwał mu bednarz żałosnym głosem.
— Cóż takiego?
— Ot tak, gdyby to ja, w takiej jak wy macie konfederatce[5], mógł siedzieć na koniu i kłuć wroga psiąwiarę!...
— Zachciewa wam się nie swoich rzeczy — odburknął Popiel.
— Co nie swoich? — krzyknął bednarz i pięść podniósł do góry, ale wnet opamiętał się i z głową zwieszoną siadł na ławie.
Tymczasem, zjadłszy spory kawałek chleba, wstał Popiel i rzekł:
— Komu w drogę, temu czas. Mam ważne rzeczy zawieść do Lublina, a tu gotowi jeszcze schwytać człowieka. U was to każdy mieszczanin za kwartę gorzałki sprzedałby mnie.
Biorąc na siebie kaftan żydowski i przywiązując brodę, mówił dalej:
— Za gościnę niech wam Bóg zapłaci, a drzewca macie zapłacone.
I chciał już podać rękę bednarzowi na pożegnanie, gdy ten raptem skoczył z ławy i kontent jak człowiek, który nagle dobry koncept schwytał, ozwał się do gościa:
— Na to nigdy nie zezwolę, abyście chałupę moją opuścili, nie wypiwszy ze mną miodku, który ma lat dziesięć! Proszę was, usiądźcie, a ja zakręcę się koło wieczerzy.
Królewski potomek oblizał się na wspomnienie piastowskiego napoju, zrzucił pejsy i brodę i zasiadł znowu na dębowej ławie.
— Wprawdzie mam jeszcze kawał drogi przed sobą — mówił, drożąc się...
— Wyprowadzę was na ścieżkę, która jest dwa razy krótsza od zwykłej drogi — uspokajał go bednarz, a w oczach jego błyszczało coś szyderskiego.
— Pójdę nocą — rzekł Popiel — a z poczciwym człowiekiem, którego szkoda na mieszczucha, warto jeszcze pogawędzić i z gąsiorka łyknąć.
Bednarz zapalił łuczywo i poszedł do piwnicy po ten dziesięcioletni gąsiorek. Popiel obmacał gąsiorek, powąchał i przyznał, że w całej Popielówce nie ma podobnego gąsiorka. A gospodarz dogadywał szlachcicowi, nalewał kubki, a starej Maruszce nakazał przyrządzić kiełbasę z kwaśnym sosem.
Wkrótce buchały białe kłęby z dużej na stole postawionej misy, a woń czosnku i octu rozchodziła się po izbie. Popiel chwalił kiełbasę i popijał miodku, a bednarz opowiadał mu z dziwnym wyrazem w oczach różne przygody swego życia. Mówił mu, jak mając lat dwadzieścia, polubił był Paraśkę, córkę chodaczkowego szlachcica, a gdy o jej rękę prosił, to mu odmówiono, bo nie miał żadnych papierów po ojcu. Dalej skarżył się, jak Paraśka mimo, że go miłowała, poszła za mąż i zamiast schudnąć i umrzeć, poczerwieniała i roztyła się i jest najgrubszą niewiastą w całym Zabłotowie. On zaś posmutniał i długo przemyśliwał nad tem, coby to te papiery, zostawione po ojcu, tak wiele znaczyć miały, i dlaczego poczciwy człowiek, który jest zdolny wszystko dobrze zrobić, byłby nikczemniejszym od drugiego. I tak zeszło mu lat dziesięć w tym smutku po Paraśce, odosobnił się od swoich, bo tam wiele plugastwa między nimi i dzisiaj sam jeden żyje na świecie, jak lipa przy drodze.
Popiel uśmiechnął się, słysząc gospodarza tak wyrzekającego, oświecał go nawiasem, co to jest szlachectwo i jak potrzeba być szlachcicem, aby coś dobrego zrobić dla Matki powszechnej, ukochanej Ojczyzny.
I tak mijała chwila po chwili, koguty zapiały raz i drugi, staruszka zasnęła wśród pacierzy. Już dobrze było po północy, gdy Popiel chciał na nogi powstać. Ale miodek jakoś wlazł w kolana i nie dał ich wyprostować. Widząc to gospodarz, uśmiechnął się złośliwie i prosił gościa, aby jeszcze chwilkę zaczekał. Sam zaś wyszedł do alkierza, z za obrazu św. Szymona Judy wziął pęk ziela i pokruszył je na proch w dłoni. A gdy gościowi nową nalewał szklanicę, nieznacznie wsypał proch ten do miodu.
Popiel zaklął się na św. Marcina, że to będzie ostatni kubek; przyłożył do wąsów i duszkiem w gardło wylał. Ale odsapnąwszy, uczuł we wnętrznościach jakieś gorąco nadzwyczajne. Przed oczyma poczerniało mu. Machnął ręką, jakby chciał kogoś od siebie odpędzić, wybełkotał kilka słów niezrozumiałych, poczerwieniał aż po czuprynę i na zydel upadł bezwładnie. Co widząc bednarz, uśmiechnął się pod wąsem, a wziąwszy gościa jak dziecko na ręce, położył go w alkierzu na tapczanie i szubą swoją nakrył. Popiel zaczął się pocić; krople wody jak śliwki zaczęły mu się sunąć po czole. Sapał jak miech kowalski, a gardło syczało mu jak rozpalone żelazo. Bednarz stał długi czas nad nim i zacierał ręce, jak cyrulik, który cieszy się, że napój jego skutkuje, nie myśląc wcale, czy choremu na dobre wyjdzie. Ale polskiego szlachcica nie tak prędko śmierć się czepi. Popiel sapał i część choroby jakoś wysapał, reszta wyparowała przez łysinę. Jeszcze nie zaświtało, gdy się przebudził i zdumionem okiem potoczył dokoła. Na stołku koło niego siedział bednarz. Miał łzę w oku i w jakiemś dziwnem zamyśleniu patrzał na mały tłómoczek, który koło niego na podłodze leżał.
— Tam do kata — krzyknął Popiel, otwierając szeroko oczy — jakoś zmrzyło mi się, a tu trzeba w drogę. Pojutrze muszę stanąć na miejscu... mam ważne z sobą papiery od Pułaskiego. Tam do kata, a cóż znaczy ten węzełek Szymonie?
— Przygotowałem się do drogi — odparł sucho bednarz.
— Do jakiej drogi? — zapytał szlachcic, usiłując z tapczana się podnieść.
— Do drogi, w którą wyście iść mieli, a w którą ani dzisiaj ani jutro nie pójdziecie! — odparł obojętnie Radysz.
— Jakto! ja nie pójdę?... — krzyknął Popiel, aż myszy pod podłogą zadrżały.
I chciał równemi nogami stanąć na ziemi, ale głowy ani o włos nie podniósł od poduszki. Zdawało mu się, że ktoś do jego łysej pałki nalał ołowiu albo przynajmniej przybił go do tapczana trzema gwoździami. Wiercił się i kręcił zdumiony szlachcic, ale ani ręka ani noga nie słuchały go i leżały martwe jak drzewo. Krzyknął: Jezus, Marya, Józef! Krzyknął ku otrzeźwieniu: Polska Królowo; ale ani jedno ani drugie nic nie pomogło. Spocił się nie ze strachu, ale z oburzenia nad samym sobą, przeklął miód bednarski i kufle bezdenne, lecz wszystkie te praktyki nie ruszyły go z miejsca.
— Matko Boża! — zawołał z rozpaczy — mam ważne papiery, a tu ani rusz! Trzeba może pić rumianek i tyzannę[6] cały dzień!
Bednarz z nieznacznym uśmiechem patrzał na wiercącego się na tapczanie szlachcica, który w tej chwili wydawał mu się podobnym do św. Wawrzyńca na rozpalonej kracie, jak to na obrazie w kościele widział. I zdawało się, że nie mniejsze od św. Wawrzyńca cierpi męki poczciwy szlachcic, który obowiązku nań włożonego nie mógł w tej chwili wypełnić.
— Rumianek i tyzanna! — jęczał szlachcic, krzywiąc się, jakby mu dyabli rozpaloną smołę do gęby lali.
— I to nie jeden dzień ani dwa — ozwał się bednarz.
— Co mówisz!
— Walenty z Zabłotowa pił za wiele tego samego miodu i leżał cały miesiąc!
— Chryste na krzyżu!
— Jeżeli ważne macie papiery — mówił dalej bednarz — a macie mnie za uczciwego człowieka, to dajcie, a ja z nimi pójdę w imię Boga. I tak droga niebezpieczna, a ja bednarz przesunę się wszędzie. Stara Marucha będzie przy was, nie braknie wam niczego. W chorobie będzie wam smażyła pirogi na młodej słonince, które same do gardła lezą.
— Nie! to być nie może, — krzyknął Popiel — ja sam muszę oddać to pismo.
— To mi dacie wasz stary papier, co wam ojciec zostawił, a ja umiem przecież gadać i powiem, żem Popiel, szlachcic od Sambora.
Popiel skrzywił się i szyderczo spojrzał na mieszczanina. Po chwili zamyślił się.
— Wszak was tam daleko nikt nie zna — mówił dalej bednarz.
— To prawda, ale...
— Jeśli idzie o sprawę Ojczyzny, jak sami mówicie, — ciągnął nieśmiało bednarz — to przecież...
— Nie! to być nie może...
— Więc niech tam hetmana waszego czy marszałka na łeb pobiją, co mi tam! — ofuknął się bednarz.
Popiel chciał się ze złości w łysinę uderzyć, ale ręka jego była bezwładna jak kloc drzewa. Gryzł wąsy i wargi i sapał za dwunastu. Długi czas milczeli obaj. Już na dworze zupełnie pobielało.
Bednarz wstał z ławy.
— Gdzie idziecie? — zapytał Popiel.
— Zbierać się na targ do Jarosławia — odparł bednarz.
— Poczekajcie, trzeba coś zrobić, coś uradzić... przeklęty dereniak!
— Niema innej rady. Dla mnie droga do Lublina, dla was rumianek.
— Możebyście tak jako bednarz poszli i powiedzieli, że Marcin Popiel upił się na dereniaku i sam nie mógł... Nie, nie... lepiej powiedzcie, żem umarł, żem zwaryował, powiesił się i utopił — jęczał nieszczęśliwy potomek królewski. Bednarz na to nic nie odpowiedział, tylko zaczął się na targ wybierać. Popiel był w rozpaczy.
— No, to czekajcie, — zawołał — trzeba coś zrobić, niema ani chwili do stracenia. Dam wam wszystko, co chcecie, pismo i papiery moje rodowe. Ale Szymonie, na rany Ukrzyżowanego, przysięgnij mi, że w drodze nie splamisz mego klejnotu[7], przysięgnij, że w karczmie nic nie ukradniesz, że przed każdą figurą zdejmiesz czapkę, że zdybawszy wroga, przed nim nie stchórzysz, tylko śmiało w łeb palniesz, że wzięty na tortury pisma nie zdradzisz i że zapłaty za twoje niebezpieczeństwo od nikogo nie weźmiesz. Rano i wieczór mów do siebie: Jestem Marcin Popiel, królewskiego rodu, prowadź go Panie Boże, jak na niego przystoi. Przysięgasz?
— Przysięgam, — zawołał bednarz i wzniósł dwa palce do góry. W jego oczach zamigotała dziwna radość.
— Ale i wy, Marcinie Popielu, przysięgnijcie mi, — rzekł po chwili bednarz.
— Popiel nigdy nie przysięga — przerwał z oburzeniem szlachcic — tylko daje słowo szlacheckie.
— A więc o to słowo szlacheckie was proszę.
— Na co?
— Abyście, wyzdrowiawszy, mieszkali tu w mojej chałupie i moją starą matkę pielęgnowali, jeśli mię jaki przypadek w drodze zatrzyma.
— To przecież nie potrwa długo?
— Dwa, trzy tygodnie najdalej, ale jeśli coś nadzwyczajnego, bo któż może wiedzieć...
— Dobrze, daję wam słowo szlacheckie.
— Że zostaniecie, dopóki nie wrócę, albo, czego Boże uchowaj, gdyby tymczasem matka moja stara zamknęła powieki, to ją uczciwie pochowacie a wtedy, oddawszy dom Maruchnie, możecie iść do swoich.
— Dobrze, dobrze, choć to się tak nie gada...
— Ale nie prędzej?
— Wszystko dobrze, tylko teraz nogi za pas, Szymonie, i drzyj, żeby aż paznogcie skrzypiały! — zakończył Popiel. — W kapocie pismo i papiery.
To rzekłszy, zamknął oczy, bo go jakaś niemoc owładnęła, a bednarz wyjął papiery, pocałował rękę śpiącej staruszki, pokropił się święconą wodą i zanuciwszy godzinki do Matki Boskiej wysunął się z domu.
Minął miesiąc. Szlachcic wyzdrowiał na rumianku i pirogach. Co dzień wychodził na brzeg parowu, ale bednarza jak nie było, tak nie było. Zalatywały go różne wieści o konfederatach. Szlachcic gryzł wargi i wąsy, a bednarz jak zginął, tak zginął. Do tego wlazł mu na kark Mateusz Piróg, który całe miasteczko na szlachcica podburzył. Przysiężni napadli go i przetrząsali dom od progu aż do krokwi, a szlachcic odżerał się jak mógł, wydając się za czeladnika bednarskiego, który u Radysza na służbę stanął. O Radyszu były wieści, że z beczkami gdzieś daleko pojechał. Ale to nie uspokajało Mateusza Piroga, który głośno wygadywał, że Radysz hersztem rozbójników, a jego czeladnik przynajmniej jest urwipołciem.
Kilka miesięcy minęło wśród tych kłopotów. Szlachcic popatrzył pewnego razu do beczki wody i ujrzał ze strachem, że posiwiał z kłopotów. Ale dało się słowo bednarzowi, matka jego żyła, nie można było domu opuszczać. Wreszcie potrzeba i grosza na życie. Szlachcic naładował wóz beczkami i faskami, które był znalazł w komorze, i wyjechał na targ do Jarosławia.
Na targu zamówiono kilka beczek na kapustę i kilka wiader do studni. Trzeba było wziąć z sobą czeladnika i zrobić zamówione beczki i wiadra.
I tak mijał jeden miesiąc po drugim. Szlachcic przypatrywał się czeladnikowi, jak strugał dęgi i obręcze zacinał. A bednarza jak nie było tak nie było, a staruszka zwiędniała jak śliwka w październiku, ale żyła. Mocno frasował się szlachcic, ale słowa dotrzymywał.
Wreszcie, w pół roku po odejściu bednarza, zaniemogła jeszcze więcej staruszka i położyła się na tapczanie. Szlachcic zmówił Ojcze nasz za myśl grzeszną, która do głowy mu przyszła, i rzekł w duchu do siebie:
— Każdy człowiek umierać musi. Staruszka kłapnie lada dzień. Sprawię jej pogrzeb przyzwoity z wszystkiemi cechami i odejdę stąd.
I codzień patrzał na tapczan szlachcic, codzień przepraszał Boga za myśl grzeszną, ale staruszka żyła, jakby o niej śmierć zapomniała.
Znowu minęło kilka miesięcy. Szlachcic strasznie posmutniał. Razu jednego nad wieczorem wyszedł do sadu i usłyszał puhacza przeraźliwie krzyczącego gdzieś w gruszy wypróchniałej. Szlachcic przeżegnał się krzyżem świętym; dreszcz zimny przeszedł mu przez plecy.
— No już teraz babulka kłapnie niezawodnie — pomyślał sobie — sowa nie na darmo woła. Wszyscy ludzie umierać muszą.
Przyszedłszy do izby, obaczył staruszkę dziwnie niespokojną.
— Sowa darmo nie woła, — rzekł do siebie z cicha — przed świtem jeszcze zadrze nogi biedna staruszka. Wszyscy ludzie umierać muszą...
Zapalił więc gromnicę, jak na prawego katolika przystoi, i zaczął po cichu czytać psalmy za konających, zerkając od czasu do czasu na tapczan. Ale staruszka uspokoiła się i zasnęła i tak jakoś zdrowo wyglądała we śnie, że nieszczęśliwy Popiel z westchnieniem książkę zamknął i gromnicę zgasił.
I tak dzień biegł za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Szlachcic wypalił kilka gromnic; do wzgórza nad parowem wydeptał ścieżkę, wyglądając Radysza; Mateuszowi Pirogowi, który go zwał zawłoką, urwipołciem, złamał już trzy żebra i jedno wybił oko, a staruszka jak sobie żyła tak żyła, a bednarza jak nie było, tak nie było!
I tak minęło lat kilka.
Razu jednego, w wigilią św. Szymona Judy, siedział szlachcic na progu i strugał dęgi. Wtem jakiś podróżny w błyszczącym mundurze pojawił się przed progiem. Szlachcic przetarł oczy i krzyknął:
Matko Boża! Radysz!
— Czy żyje matka? — zapytał przybyły.
— Żyje — wybełkotał szlachcic.
— Ale nasza wspólna, a moja druga matka umiera![8]
— Co gadasz!
— Wszystko zabierają!
Nastąpiło długie milczenie. Bednarz i potomek królewski płakali, leżąc jeden drugiemu na piersi.
— No, opowiadaj... cóż?... ach! tyle lat... co to za mundur?... co ty bez jednej ręki? — zapytał szlachcic, gdy do izby już byli weszli, a syn z matką się przywitał.
— Powoli, powoli, mości Marcinie — odparł bednarz — bo mi się w głowie kręci. Z czasem to wam wszystko opowiem. A teraz macie tu wasze papiery. To wszystko wasze, a ja znowu bednarzem.
Popiel rozwinął pęk papierów.
— Co! to mianowanie na rotmistrza? Chryste Boże! „Marcin Popiel, rotmistrz...“ — czytał zdumiony szlachcic, a ręka drżała mu jak liść osiki.
— Matko Boża — krzyknął szlachcic — to ja mam żyć chlebem, co sobie drugi upiekł! Nie! pójdę do Warszawy, opowiem to wszystko królowi, on wam nada szlachectwo, boście na to zasłużyli. I jam na coś zasłużył, bom dotrzymał słowa... i to jak! pięć lat i sześć tygodni.
Na tem skończyła się dzisiaj ich rozmowa, bo staruszka chciała synem się nacieszyć, obmacując jego mundur i lśniącą szablę. Nazajutrz całe miasteczko było w nadzwyczajnym ruchu. Mieszczanie gadali to i owo, a Mateusz Piróg wytoczył Radyszowi jakiś proces. Rozniosło się, że Radysz był konfederatem i odtąd nie nazywano go nigdy inaczej jak „konfederat“. Niektórzy widzieli w tem nawet coś szyderskiego! Nie ich to wina, ale wina długich wieków...
Popiel odwiedził swoich, a gdy mu wszyscy tak znakomitej rangi winszowali, nie mógł znieść tego fałszu na sercu i wszystko co do joty opowiedział. A nawet, jak przyrzekł, poszedł piechotą do Warszawy, aby przed króla całą tę sprawę zanieść i bednarza wynieść do stanu szlacheckiego.
Ale jakoś nie gładko poszły mu jego zamiary. Czekał od roku do roku na rezultat swojej podróży. Tymczasem odwiedzał Radysza, a Mateusz Piróg widział z cmentarza, jak z nim strugał dęgi i nakładał obręcze.
W kilkanaście lat umarła wreszcie matka bednarza, mając lat sto czternaście. Popiel i Radysz płakali idąc za trumną, a nazajutrz płakali obaj nad śmiercią drugiej wspólnej matki. Od kwestarza z Jarosławia dowiedzieli się o złożeniu przez króla korony[9].
— Ej Szymonie! — zawołał wśród łez Popiel — naszej ojczyzny niktby tak gładko nie był zagarnął, gdyby tacy ludzie, jak ty, rozumieli sprawę naszą i byli w naszych szeregach!
Po tem widzeniu się postarzeli się znacznie obaj przyjaciele. Bednarz wkrótce umarł, a Piróg pił na jego stypie. Chałupa Radysza zapadła się, a pustkowie nazwali mieszczanie „konfederatówką“. Popiel żył jeszcze pięć lat. Na cztery lata przed śmiercią ożenił się i zostawił syna, któremu zamiast majątku zapisał w testamencie te słowa:
— „Pamiętaj, żeś Marcin Popiel, rodu królewskiego. Życie twoje i mienie należy do Rzeczypospolitej. Hasło Popielowe jest: Jezus, Marya, Józef — pal i wal! A gdy brat nieszlachcic chce koło ciebie stanąć, to mu się posuń i uściśnij jak brata. Tylko wszyscy razem, co jednym mówimy językiem, jesteśmy coś warci i czegoś możemy dokazać. A gdy się podzielimy, to nas zgniotą jak dziurawe orzechy. To miej w pamięci! Amen.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus“.
Prawnuk Popiela czytuje dzisiaj często te słowa swego przodka. Jest on w ósmej klasie i siedzi z młodym Pirogiem na jednej ławie szkolnej.


Konfederat (Zacharjasiewicz) poge0037.png


Przypisy

  1. Właściwie choroba włosów (plica polonica). Ponieważ trapiła ona noszących długie włosy, więc kołtunami nazywała pogardliwie szlachta mieszczan, bo sama podgalała głowy, zostawiając tylko czub na szczycie.
  2. Włóka, polska miara przestrzeni, obejmowała 30 morgów.
  3. Mowa tu o marszałku Konfederacyi barskiej, związku utworzonym w dniu 29 lutego 1768 r. na Podolu, w miasteczku Bar, „w obronie Wiary św. i Ojczyzny“ przeciw Rosyi. Na czele Konfederacyi stanęli Michał Krasiński, jako marszałek i Józef Puławski, jako regimentarz tj. najwyższy wódz.
  4. Tak nazywali konfederaci wojsko królewskie, które walczyło przeciwko nim razem z rosyjskiem.
  5. Czapka rogata, noszona przez Konfederatów.
  6. Odwar ziarn jęczmienia lub owsa nieco omielonego, używany dawniej jako napój chłodzący.
  7. Każdy ród szlachecki ma swój znak, herb, klejnot.
  8. Mowa o pierwszym rozbiorze Polski.
  9. Ostatni król Polski, Stanisław August, złożył koronę w dniu 25 listopada 1795 roku, gdy Austrya, Prusy i Rosya rozebrały pomiędzy siebie resztę niepodległej Polski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.