Koncert w Krynicy (Kraszewski, 1884)
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Koncert w Krynicy |
| Pochodzenie | Mozajka |
| Wydawca | Teodor Paprocki i S-ka |
| Data wyd. | 1884 |
| Druk | Władysław Szulc i Spółka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |

— Pan dobrodziej daruje — jeżeli, może w niewłaściwą porę, ośmieliłem się go inkomodować. Okoliczności nadzwyczaj naglące, skłoniły mnie do tego kroku.
Z tym frazesem trochę wyszukanym na ustach, stał przedemną, w skromnej ciupce, w której w r. 1866 mieściłem się w Krynicy — unikając nieprzyjemnych odwiedzin pruskich w Dreźnie — człowieczek nie wielkiego wzrostu, fizyognomii ożywionej, blady, ogolony, ale przed trzema dniami, z włosami niepewnego koloru rozrzuconemi fantastycznie do koła twarzy zmizerowanej, z oczami których wyraz trochę obłąkanego przypominał. Ubranie jego było najosobliwszą mięszaniną ubóstwa i elegancyi. Na kołnierzu od bardzo zbrukanej koszuli zawiązana była niedbale, rażąco niebieska chusteczka, ręce nie myte ozdobione były dwóma dużemi pierścieniami, paltocik z kieszeniami powypychanemi, pomięty, zszarzany, leżał na nim obwisło, a reszta ubrania z pod niego wyglądająca, niegdyś stalowego koloru, dziś i rozmiarami i barwą wiele zostawiała do życzenia.
Buty naostatek, może niegdyś lakierowane, popękane, wykoszlawione, kazały powątpiewać, czy pod niemi znajdowały się podeszwy. W ręku trzymał cylinder zrudziały i chustkę fularową ogromną, której czerwoność nie mogła już skryć brudu.
Pomimo tej powierzchowności, obudzającej i litość i powątpiewanie o człowieku, minę miał jak najwyśmienitszą, uśmiech na bladych ustach, wiele ognia w wejrzeniu i ruchy śmiałe, a niemal poufałe. Było w nim coś wędrownego, biednego artysty, — pół-waryata, a lekki zapach kminu i atmosfera wódczana, — mówiły, że świeżo gdzieś pokrzepić się musiał.
— Czemże panu służyć mogę? rzekłem trochę sucho.
— Pozwoli pan dobrodziej naprzód, że się wytłumaczę, przerwał żywo — niechciałbym być posądzonym o jakieś natręctwo nikczemne.
Tu pochwyciwszy za blisko stojące krzesełko, przysunął je sobie, siadł na niem, kapelusz na ziemi pod opieką szeroko rozsuniętych nóg, ustawił, starł pot fularem, chrząknął i mówić zaczął.
— Niewiem czy panu dobrodziejowi znajome jest imie moje, chociaż ma ono pewien rozgłos w świecie.
Mikołaj Dereczko!
Widząc, że w milczeniu chłodnem słucham, sięgnął do kieszeni paltota, dobył z niego plik mocno zatłuszczonych papierów i zabierał się poświadczyć niemi, gdy ruchem ręki wstrzymałem go — i natychmiast archiwum to podróżne nazad wpuszczone zostało do kieszeni.
— Tak! Mikołaj Dereczko — dodał z westchnieniem — to dosyć powiedzieć! Wirtuoz na gitarze i skrzypcach, uczeń Ernsta. Tak jest.
Uśmiechnął się dumnie.
— Ofiara przeciwnych losów, które się na niego spiknęły. Oprócz tego swego czasu poeta, liryczny i dramatyczny. Rozmaitości lwowskie drukowały niektóre moje utwory. Napisałem poemat „Obrona Olsztynu,“ dwadzieścia cztery pieśni, dotąd niewydany. Nieszczęściem zastawić go musiałem u Igla. Potomność go ocenić potrafi, nie obecnie! nie! Smak dziś jest zepsuty i świat ostygły. Tak, czcigodny panie, ofiara losu!
Tu parę razy powtórzona czkawka przerwała mu potok wyrazów, które jak lawa gorąco z ust mu płynęły.
Chciałem zapytaniem przerwać mu — aby rozmowę zwrócić do właściwego kierunku, nie mogąc znieść zapachu kminu ani anyżu, — lecz pan Mikołaj Dereczko, prosił o cierpliwość. Potarł czoło i włosy.
— W tym nieszczęśliwym kraju, który się na niczem nie zna, a o wszystkiem chce wyrokować — rzekł z westchnieniem — potrzeba koniecznie przybyć z patentem z za granicy aby zostać uznanym, a w dodatku mieć palto eleganckie i niewyglądać jak ja... negliżowo!!
Naprzód słuchać nie raczą, a potem złego od dobrego, miernego od genjalnego nie mogąc rozeznać — takich skromnych męczenników genjuszu jak ja — wprost za drzwi wypychają.
Bo, że mam genjusz, to nie ulega wątpliwości, czuję go w piersiach moich, pod tem czołem!
Ale z losem walczyć!
Przerwałem mu nieśmiało.
— Czemże mu służyć mogę?
— W tej chwili, naprzód odrobiną cierpliwości — przerwał śmiejąc się. Widzi pan, walczę mężnie z losem. Gdybym był sam, niczem by to było, ale anioł niewiasta związała los swój z moim, zwierzyła go mnie. Mam dziecinę śliczną... a tu — niesposób dobić się do niczego!
Uśmiechał się mówiąc to.
— Nie rozpaczam — dodał — daleki jestem od tego. Gdybym nawet został pochłonięty przez fale i poszedł na dno — anioł mój weźmie w spuściźnie imie, ― które kiedyś wypłynie...
Dziś — niepodobna się wybić z tłumu. Poezyi Milikowski drukować nie chce, kompozycyi moich nie mogę wydać — aby koncert dać, potrzeba środków i poparcia.
Dorozumiewając się o co chodziło, zwolna zacząłem dobywać pugilares, lecz zobaczywszy ten ruch, pan Dereczko, rzucił się gwałtownie.
— Niechże mnie pan wysłucha — zawołał — nie idzie tu o żadną żebraninę, ale o objawienie się ludziom, o wyzwanie ich sądu. Pomiędzy zebranemi tu choremi, jest wielu znawców i miłośników muzyki, może się ktoś znajdzie co zechce jej słuchać nie patrząc na człowieka..
Pragnąłbym dać koncert.
Poczciwy Deszkiewicz, gramatyk, pan dobrodziej go zna — chce się nim zająć — przyjdź mi pan w pomoc...
— W jaki sposób? — odezwałem się. — Jestem tu prawie obcy, znajomości nie mam i nie zabieram... Gdybym chciał.
— Przyjdź pan na koncert — dodał Dereczko.
— Z największą chęcią — dodałem ujęty tą nędzą uśmiechniętą, choć od niej kminkówkę czuć było. Będę się starał nawet namówić innych, jeżeli mi się uda.
— Ja, o więcej nie proszę — westchnął Dereczko. Domagam się od ludzi sprawiedliwości posłuchania, najbiedniejszemu z ludzi odmawiać się go nie godzi. Prawda! wyglądam bardzo nie obiecująco... (uśmiechnął się) ale trzeba przezwyciężyć uprzedzenie.
Nie chciałem już podsycać rozmowy, i spytałem tylko o czas i miejsce, gdzie się miał koncert odbywać.
Dereczko wskazał mi nowo pobudowaną willę, trochę oddaloną od deptaka i naszych gospód, gdzie był salon dosyć duży — i — co rzecz główna, fortepian naówczas może w Krynicy jedyny.
— Szukam jeszcze miłosiernej duszy i palców, któreby mi akompaniować chciały... kto wie? może je znajdę. Fortepian trzeba podstroić, to już sam dopełnię.
Czkawka się powtórzyła.
— Niech pan dobr. nie zważa na to, że mi ta przeklęta czkawka dokucza — rzekł żywo — chcąc się jej pozbyć napiłem się wódki, i musiałem się czemś pokrzepić, bo — siłę mieć potrzeba aby grać, a obiad — jest bardzo problematyczny.
Pospieszyłem z ofiarą za bilety, co Dereszko przyjął w milczeniu, jako rzecz naturalną.
Zerwał się potem z siedzenia, skłonił się z daleka z wyrazem bardzo miłym biednej twarzy, i zniknął.
Na deptaku spotkałem kilka osób i wspomniałem o koncercie. Ruszano ramionami.
— Ale któżby na niego poszedł? odzywali się wszyscy prawie. W ostateczności bilet wziąć — cóż robić? jest to podatek — jałmużna, ale iść, słuchać!
— Znaż go kto z panów?
Nikt a nikt nie słyszał nigdy tego nieszczęśliwego Dereczki, ale nikt też posłyszeć go nie był ciekawy, i dać biednemu nietylko jałmużnę grosza, ale ucha jałmużnę.
Około restauracyi zobaczyłem go na ławce wśród małego gronka milczących ludzi, którym opowiadał coś żywo. Był w humorze tym wesołym, który mnie serce krajał, śmiał się i niezmiernie wydał mi się ożywionym. Minąłem go idąc dalej.
Jużem się był oddalił kawał drogi, gdy usłyszałem chód prędki za sobą, i zobaczyłem pędzącego za mną Dereczkę; który podskakiwał, kapeluszem dając mi znaki. Musiałem się zatrzymać.
— Bardzo jestem szczęśliwym, że pana łapię — zawołał zdyszany. — Pan pozwoli, tu niedaleko, żonę moją, tego anioła, i cherubinka mego Stasieczka chcę przedstawić.
Niepodobna było odmówić — ciągnął tuż do domku na uboczu stojącego, i śmiejąc się poprzedzał.
Nie zajęte to dla wilgoci domostwo, dosyć opuszczone — było schronieniem Dereszki, który tu jedną izdebinę sobie wyprosił — nie darmo.
Wyprzedziwszy mnie, w otwartych drzwiach stojąc, wcale nie zakłopotany tem, że żonie uczyni przykrość, popisując się ze swem ubóstwem, zapraszał do środka.
Pokoik, w którym oddawna nikt nie stał, od tyłu, pełen woni, stęchlizny i pruchniejącego drzewa, z zapylonemi szybami, miał zaledwie parę stołków, lichy stoliczek, maleńkie na wysokich nogach łóżeczko, a w kącie garść słomy — widocznie posłanie genialnego wirtuoza, okryte zmiętym i dziwacznym płaszczem starym.
Kobieta wyżółkła, chuda, że smutnym wyrazem twarzy, tuląca dziecko do piersi, — zmięszana, zakłopotana, była tym zapowiedzianym aniołem i cherubinkiem.
W istocie młoda jeszcze twarz jej miała na sobie ślady piękności, niebieskie oczy pełne były wyrazu — lecz nędza nielitościwa już starła z tego oblicza ochotę do życia i wiarę w przyszłość. Była to cicha męczennica, za chwilę uniesienia odpokutowująca boleśnie, bo cierpiąca za dwoje. Dziecię które na ręku trzymała, smutne, chorobliwie wyglądające — zdawało się równie wygłodniałe i zmęczone jak ona.
Szybko chwyciła z łóżka chustkę dużą aby nią okryć trochę siebie i bardzo spraną i biedną sukienczynę. Wejrzenie jej zdawało się mężowi czynić wymówki, iż ją niepotrzebnie wystawiał na oczy ludzi.
Pan Mikołaj udawał że tego nie rozumie, i dumnym był, że się znalazła na świecie istota co mu zawierzyła, co los swój z jego losem związała.
— Liziu kochaneczko... gość...
Zarumieniona kobieta niewiedziała co począć z sobą. Dereczko gwałtem zapraszał i podawał stołek, z którego zrzucił na ziemię paczkę nut i gruby ręcznik.
— Pragnąłem koniecznie abyś pan Lizkę zobaczył — mówił ożywiony. Panie — to istota anielska! to dusza złocista... to święta i męczennica! Gdyby nie ona dawno by mnie na świecie nie było, ona i Stasieczek trzymają mnie na nim!
Dla nich ciernistą noszę koronę — i w walce nieustaję.
Otarł czoło, uśmiechnął się do żony, pocałował Stasieczka, który trochę przestraszony w początku, bułkę w rączynie ściśniętą na nowo zajadać poczynał. To przypomniało Dereszce, że w kieszeni niósł obiad dla nich i — wcale nie zważając na mnie, dobył w bibułę pozawijaną szynkę, chleb, salceson — sér... kawałek pieczonego mięsa. Wszystko to pospiesznie na stoliczku przy łóżku poskładał, stołek żonie podał i zawołał.
— Siadaj i jedzcie... Pan dobrodziej pozwolisz! kobiecisko głodne. Zapewne ciepła kuchnia, talerz rosołu... ba i befsztyk a pieczyste i melszpajs, lepsze by były — ale... treba żyt, kak nabeżyt! To święta niewiasta! Dla mnie i dla Stasieczka od gęby sobie odejmuje.
Jedz że, Lizko, niezważaj! szepnął cicho.
Głodny dzieciak tak się napierał, że biedna kobieta, uśmiechnąwszy się smutnie, jakby mnie przeprosić chciała, musiała siąść w istocie do tego zaimprowizowanego obiadu.
Dereszko patrzał z rozkoszą jak Stasieczek drżący, wypuściwszy z ręki bułkę, rwał się do mięsa. Żal mu jednak było tego kawałka upadłego na ziemię, i zręcznie podniósłszy schował go do kieszeni.
Milcząca pani Dereszkowa, budziła wielkie współczucie — była jakąś istotą skromną, bojaźliwą a znękaną niezmiernie. Wirtuoz usiadł przy mnie i począł szeptać wskazując na nią.
— Ona jedna — geniusz mój potrafiła ocenić — poświęciła dla niego wszystko... Panie — anioł to jest... a jeśli ja chcę się do czegoś dobić to tylko dla niej... Córka zamożnych ludzi, u których dawałem lekcye muzyki, ale to szlachta, dziedzice, ani przystępu. Pogniewali się, córce nic nie chcieli dać, ani ją widzieć na oczy. Wszystko zniosła! Złożył ręce. — Ale i im się też nie poszczęściło — dodał — z kretesem stracili co mieli i pomarli. Teraz my oboje sieroty. Niegodziwi ludzie rozchwytali co pozostało.
Westchnął.
— Rajskie to były chwile — szepnął cicho i w oczach mu się łzy zakręciły — gdy ja i Lizka schodziliśmy się, aby wieczorami pomówić z sobą, jak dwie dusze pokrewne. Stawała przy oknie mojej izdebki, sparta na krawędzi... czatując czy kto nie podgląda. Bzy kwitły i jaśminy, słowik śpiewał. Jednej takiej nocy wykradliśmy się do wiejskiego kościołka...
Westchnął, czoło mu się zasępiło.
— No — i poczęliśmy życie pielgrzymką o chłodzie, o głodzie.
Kobieta była tak dzieckiem zajętą, że nic nie słyszała. Dereczko w oczach miał łzy. Zerwał się nagle i otrząsnął.
— Geniusz zwyciężyć musi! — zawołał, podnosząc rękę.
W obrazku, który miałem naówczas przed sobą, a nigdy go zapomnieć nie będę mógł — tyle było zarazem trywialności i tragiczności, realizmu straszliwego i poezyi krwawej, tak się to dziwnie w całość zlewało — żem doznał wrażenia nadzwyczaj boleśnego.
Sam bohater zarazem śmieszny i obudzający pene[1] współczucie dla swej odwagi — i wiary w siebie — milcząca matka z dzieckiem, oboje na rozdrożu, bez przyszłości — na jutro nawet ani obiadu pewnego — suknie podarte...
Serca jak one — a przy tem wszystkiem ten uśmiech na pół wesoły, pół ironiczny na ustach...
Wyszedłem wzruszony.
Deszkiewicz ze swą długą brodą i białym płaszczem, który mu dawał fizyognomię dziada kościelnego — siedział w progu mieszkania. Pisał naówczas dyalogi historyczne, którym dawał tytuł dramatów.
— Zkądże pan Bóg prowadzi — zapytał.
Opowiedziałem mu o Dereczce.
— Ale ja znam dawno tego trutnia — zawołał. Żal mi go wielki, a większy jeszcze tej nieszczęśliwej kobiety — ale poradzić Dereczce nie ma sposobu. Istotnie ma talent, ale zarozumiałość większą jeszcze — pracować nie umiał nigdy, fantazya go niesie na bezdroża. Jutro można mu dać tysiąc guldenów, w tydzień ich nie będzie. Naprzód wystroi żonę i dziecko, potem sam się cudacko ubierze, będzie jadł i pił — dokazywał — szalał, aż wszystko straci.
— Żonaby go powinna wstrzymać — ma przecie nad nim władzę, bo do niej i do dziecka jest przywiązany — rzekłem, siadając.
— To głupia baba, zapozwoleniem — odparł nielitościwy Deszkiewicz. — Czy uwierzysz? zakochana w nim; nie śmie mu się sprzeciwić — adoruje go! Wszystko, co on robi — dla niej doskonałe... Napoił ją już goryczą dosyć — a pomimo to — ubóstwia go.
— No — ale i on ją kocha.
— Jeszczeby też! — krzyknął Deszkiewicz — najniewdzięczniejszym byłby z ludzi, gdyby nie umiał ocenić tego serca. Prawda to istotna, ja najlepiej wiem, bo historya ta się działa niedaleko od Łańcuta, była córką zamożnych dosyć rodziców, mogła zrobić partyę świetną... ten ją oczarował swojemi poezyami i muzyką.
Splunął stary gramatyk.
— Co to za koniec temu będzie? — odezwał się.
— Przewidzieć go łatwo — rzekłem. — Smutny być musi — a jednak nie godzi się utyskiwać nad losem dwojga ludzi, którzy choć o głodzie mieli błysk i chwilkę szczęścia.
Koncert był oznaczony za dwa dni.
Dereszko biegał, przysposobiając się do niego gorączkowo. Salę sobie wyprosił, fortepian wymodlił, panienkę jakąś do akompaniowania zdołał skłonić — tem, że i ona popisowemi waryacyami miała się do koncertu przyłożyć.
Wszystko to jednak było niczem, głównem zaś, aby znaleźć chętnych słuchaczy, co by choć po pół guldena dać chcieli.
Śmietanka towarzystwa nie myślała się kompromitować — słuchając nieznanego a niepozornego rzępoły...
Tam zaś, gdzie nie ma śmietanki i mleko bywać nie zwykło. Zostaje tylko serwatka w najlepszym razie, która często pięćdziesięciu centów nie ma do wyrzucenia, a dla której muzyka jest obojętną.
Liszt, albo węgierska kapela z czardaszem — śpiewaczka głośna, wirtuoz z orderami i laurami — ha! to jeszcze! ale taki nieznany biedaczysko...
Widziałem zawczasu z całego usposobienia, że na koncercie będzie pusto.
Nawet ci, co przymuszeni bilety pobrali, kręcili nosami. My ze starym Deszkiewiczem, bądź co bądź, obiecywaliśmy sobie placu dotrzymać Dereczce.
Spotykałem go biegającego z końca w koniec Krynicy, zdyszanego, zmęczonego, ale — dobrej myśli z tym wiecznym uśmieszkiem — który go w najgorszych nie opuszczał chwilach, a może mu je osładzał.
— Anonsuje się wcale nie źle — mówił mi spotykając się — bilety idą powoli, ale idą. Wiele osób w chwili ostatniej brać zwykło. Rachuję, że sala będzie plus minus pełna.
Postanowiłem zrobić siurpryzę. Pomiędzy elegią Ernst‘a, a karnawałem Paganiniego.
— Jakto! masz pan go na programie! — zawołałem zdziwiony.
— A cóż pan myślisz — ja go nawet gram najlepiej, bo jest w nim piekielnego szału dużo — a to odpowiada mojemu temperamentowi muzycznemu.
Otóż, pomiędzy Elegią Ernsta a karnawałem — odczytam epizod z mojego poematu — „Śmierć samobójcy!“
— Nie śmiem odradzać — ale przedmiot!
— Wzniosły, tragiczny, dramatyczny, bajronowski! Pisałem ten epizod w chwilach rozpaczy, gdym zwątpił o tym aniele moim... czy on zdoła poświęcić się dla mnie... Laudanum stało na stoliku... wiersz!... posłyszysz pan... Strach... jak wąż mieniący się wszystkiemi barwami wije się... Syczy, bryzga jadem rozpaczy... błyska oczyma fascynującemi... Nie chwaląc się, panie dobrodzieju — co to Słowacki przy mnie! Być może, iż nie jest to tak wykończone — ale ogień i siła — piekielne...
„Ziemio, ty krwi kałużo błotnista...
Zaczynał deklamować wśród ulicy, gdym go pożegnał, tłómacząc się, że nie chcę, aby mi przedwcześnie psuł wrażenie...
Nadszedł dzień przeznaczony na koncert... Pogoda, która trwała do wieczora, popsuła się o zachodzie słońca, mały deszczyk padać zaczynał.
Deszkiewicz, opiekujący się poczciwie niepraktycznym Dereczko, pierwszy się znalazł przy nim na miejscu.
Widząc mnie nadchodzącego wciągnął do pokoiku, w którym już Dereczko się znajdował. Przywdział on swój zwykły strój koncertowy. Ponieważ szło mu o to, aby i powierzchownością zajął publikę. Kazał się ufryzować.
Śmiesznie mu z tem było.
Koszula nieposzlakowanej, śnieżnej białości, krochmalna jak deska, okrywała piersi, spięta dwoma guziczkami pseudo-koralowemi. Frak mocno zużyty był przecież nie gorszy od tych, w których kelnerowie posługują. Chociaż zdaje się, że Dereczko zegarka nie miał, łańcuszek na kamizelce kłamał jego przytomność.
Buty były tak misternie wyświeżone, iż dawały się wychodzić od szewca.
Głowę podnosił ku górze — zawcześnie lubując się muzyką, którą miał nas napawać. Skrzypce swe, nosił już w rękach, coraz, to po strunach ich przebierając — i uchylając drzwi do sali, aby się przekonać, czy publika nie zaczyna przybywać.
W istocie zjawiła się dotąd tylko akompaniatorka z mamą. Panna słusznego wzrostu, z minką pogardliwą, strojna niesmacznie — kwaśna... znudzona.
Mama w czepku przedpotopowym, zajęła zaraz jedno z najlepszych miejsc w pierwszym rzędzie.
Tymczasem wirtuozka, przysiadała się do fortepianu i kilka razy przebiegłszy po klawiszach, dała nam przedsmak okropności które uszy czekały.
Waliła w ten nieszczęsny fortepian jakby rozbić chciała, a że pedał trzymała ciągle, rodziła się z tego przeraźliwa kakofonia.
Dereszko słuchając drżał i zżymał się.
Deszkiewicz klął dyabłami.
Muzyk stawał się niecierpliwszym coraz. Zmierzchało, świece pozapalano. Gramatyk, któremu o zmniejszenie kosztów chodziło — sprzeczał się, że dużo światła nie było potrzeba.
Dereszko chciał wystąpić świetnie.
Godzina o której miał się odbyć koncert nadchodziła, nadeszła — w sali oprócz dwu pań, znajdowało się dwie osoby w kącie z biletami gratisowemi.
Widząc zniecierpliwienie Dereszki i niechcąc patrzeć na nie, bo mi przykrem było, wysunąłem się do sali.
Widok był — przerażająco smutny.
Świece gorzały pogrzebowo. Całe rzędy poustawianych krzeseł — czekały. Panna chodziła w coraz gorszym humorze. Mama to wstawała do niej, to powracała na krzesło mrucząc, z obawy aby go kto nie zajął.
Zaczynało kapać z dachu złowrogo — nikt nie przybywał. Nastawiałem ucha ku sieni — grobowe milczenie.
Dereszko coraz to wyzierał z pokoiku i drzwi za sobą zamykał.
Nareszcie — słychać ocieranie nóg na progu, drzwi się otwierają — dwóch panów jeden otyły bardzo w taratatce, o kiju, łysy, drugi w surducie, chudy — wchodzą. Obejrzeli się po sali, zamruczeli coś do siebie.
Widocznie jeden z nich wotuje za wyjściem, drugi za zostaniem. Siedli w kącie.
Po chwili nie młoda kobieta z ogromnym parasolem, z którego ciecze... zjawia się, zajęta bardzo tym zabytkiem starożytnym, którego w sieniach zostawić się obawiała. Szuka dla niego kąta. Mruczy... usiadła w pośrodku.
Znowu milczenie. Wciska się jeden gratisowy słuchacz i zamaszysto potrącając krzesła — rozsiada się w rzędach ostatnich.
Niektóre świece zaczynają płynąć, jak gdyby los nieszczęśliwego Dereszki opłakiwały. Nieśmiem zajrzeć do niego. Żal mi serdeczny.
W tem panna akompaniatorka, która coraz żywsze dawała oznaki zniecierpliwienia, przybiega do matki. Schyla się jej do ucha, mówi żywo.
Nie słyszę nic — lecz przysiągłbym, że napiera się wyjść, że przed salą próżną popisywać się nie chce. Matka stara się ją utrzymać, przebłagać. Nie pomaga nic, nie piękna wirtuozka trzaskając drzwiami opuszcza salę, matka wynosi się za nią.
Dereszko na pół drzwi uchylił, zrozumiał ten despekt jaki ma go spotkać, lecz inpavidum ferient ruinae nie idzie prosić.
Wybiega gramatyk do sieni, aby gorącą wymową powstrzymać rozdąsaną niewiastę. Ale — niema sposobu.
Obrażona, rozpłakana z gniewu — uchodzi.
— Niech że ją kaci biorą — to sekutnica! woła dotknięty do żywego Deszkiewicz.
Żal mi się zrobiło biednego Dereszki, wszedłem do pokoiku.
Niepojęta rzecz — znalazłem go w pozie dramatycznej, uśmiechniętego, tulącego skrzypki do piersi — i wcale nie zmięszanego afrontem, którego doznał.
— Oczywista rzecz — rzekł, że tu deszcz winien wszystkiemu! To darmo, z losem walczyć — trudno. Lecz, ponieważ kilka osób naraziło się na błoto i niepogodę — zaprawdę, Dereszko nie zawiedzie ich zaufania.
Akompaniatorka — prawdę rzekłszy — szczęście że sobie poszła — nie potrzebuję jej. Zagram solo i w ten sposób cała czystość tonów i ich potęga wyjdą świetnie.
To mówiąc Dereszko przejrzał się w zwierciadle... i zuchwałym krokiem bohaterskim wpadł na salę.
Prześwietna publiczność ze mną i gramatykiem składała się z osób ośmiu, lecz — zawsze byli to dobrej woli słuchacze. Ale, z powodu dezercyi akompaniatorki program musiał być zmieniony.
Zaszyłem się w kątek. Dereszko począł z furyą improwizować.
Gra to była osobliwa, oryginalna, czasem przypominająca cygańską, z niezmierną werwą i ogniem, niekiedy łagodna i delikatna, w której się nauczyciel Ernst przebijał.
Dereszko grał niepoprawnie, technikę miał dziwaczną, tony nie zawsze czyste, lecz niepodobna było nie uczuć w jego improwizacyi natchnienia i ducha, artystycznego temperamentu — talentu niezaprzeczonego.
Innego ostudziłaby ta sala pusta... on widocznie grał sam dla siebie, zapomniał gdzie był, czy go kto słuchał. Było to dla niego zupełnie obojętnem.
Skrzypce namiętnie przyciskał do piersi, oczy mu ogniem pałały, ręce poruszały się gwałtownie — dobywał tony dziwaczne, — latał, rwał się, — warczał...
Ani razu nie dostrzegłem żeby ku nam się zwrócił. Tej pomocy jaką dają oklaski niepotrzebował wcale, ognia miał tyle w sobie, że mu na opalenie tej ogromnej sali pustej starczyło.
Grał — grał — nie mógł skończyć. Nie stał w miejscu — poruszał się po estradzie i biegał, wyginał się, schylał — szalał.
Czyniło to wrażenie czegoś tak nie zwyczajnego, strasznego, że chwilami dreszcze przebiegały po całym ciele. Jemu pot się lał ze skroni...
Całą swą poranioną duszę, wszystkie swe zbolałe serce, historyą swojej doli i walki wyśpiewał tak — dla siebie samego.
Sił mu nareszcie nie stało, zachwiał się, oczyma dopiero po sali potoczył, opamiętał się. Sypnęliśmy oklaskami — uciekł.
Pierwsza część koncertu była skończoną.
Pobiegłem za nim.
Znalazłem go wyczerpanego, dyszącego, na jedynem krzesełku, jakie się tu znajdowało. Zobaczywszy nas wchodzących z Deszkiewiczem, — podniósł się z uśmiechem na ustach.
— A co? — krzyknął gorączkowo. — A co? grałem? Słyszeliście jakem grał. A te bałwany nie chcieli przyjść napoić się tą muzyką.
Mieli słuszność! — mieli! To muzyka nie dla tych, co noszą kalosze i chodzą z parasolami. Oni by jej nie zrozumieli. Trzeba mieć duszę, aby się ona w niej odbiła, a oni mają tylko — flaki w sobie. Ale kat ich bierz z oślemi uszami! ja ich nie potrzebuję! ja gram sobie...
Pan Bóg mnie słucha i rozumie. Jam się mu skarżył, a on mi odpowiadał. — Męcz się — męcz, bo gdybyś gnuśnie gnił, nie skosztowałbyś tych rozkoszy, które ci daje muzyka.
Zaschło mu w gębie i przypomniawszy sobie, że miał coś w butelce, pobiegł do kąta, przyłożył ją do ust, pociągnął długo. Twarz mu się cała okryła purpurą i poweselała jeszcze.
Schwycił skrzypce swe, starannie je ocierając fularem, tak jakby swojego Stasieczka pieścił. Wdzięczył się do nich.
— Czekajcie — rzekł — wyjdźcie do sali — rezonans tem lepszy, że pusta. Gdyby się tu tych kłód nawaliło, głos by się tak nie rozchodził. Zobaczycie zagram wam teraz — rozkosze niebieskie.
Proszę nie sądzić, że ja tylko piekło umiem grać, jak w pierwszej części – nie — nie. Kląłem ludzi, ale teraz zaśpiewam z aniołami.
Rozśmiał się i już nie patrząc na nas wybiegł do sali.
Szliśmy za nim.
W sali parę osób, zapewne domowych, zwabionych ciekawością przybyło. Do tych nowych słuchaczów należała dziewka, która dzbanek chowała za siebie i zasłaniała się fartuszkiem.
Poważny i spokojny wystąpił na estradę Dereszko. Znowu cały zatopił się w sobie i skrzypcach.
Poczęło się to jak oddalony szmer jakiś, łagodnie, lecz niewyraźnie, zbliżać zaczęło stopniowo. Jeden głos naprzód śpiewał pieśń nadzwyczaj prostą, połączył się z nim drugi — szły tak razem w parze, powoli — aż do chóru, który ten sam śpiew podjął z całą siłą, i wlał w niego charakter nowy.
Nie była to może muzyka aniołów, pomimo spokoju w pierwszej jego części, nadto z niej tryskało namiętności ziemskiej — a czasem smutek i tęsknota tętniała — ale pieśń była szeroka i wielka... Z chóru Dereszko spadł do duetu, do głosu jednego, który cichnął ― i umarł w szmerze niedosłyszanym.
Lecz w tej chwili gdyśmy mu brawo dać chcieli ― obudził się, drgnął, podniósł głowę. Przypomniał sobie, że czegoś nie dopowiedział. Na tle ostatniej pieśni począł coś szyderskiego, złego, kapryśnego, poplątanego dziwacznie, a ciągle zrywającego do śmiechu.
Śmiech to był tego tajemniczego ptaka, który czasem w puszczy, głos ludzki naśladuje szatańsko.
Dereszko na pożegnanie wylał resztki żółci z siebie...
Wódka czy wino, którego się napił przed wyjściem, grały w nim teraz wesołością niezdrową, krzykliwą, zbójecką...
I znowu latał po estradzie, a skrzypce te ukochane zdawało się, że w drobne kawałki pokruszy w rękach, na których nabrzmiałe żyły występowały jakby miały popękać i krwią wytrysnąć.
Deszkiewicz przestraszony tym wysiłkiem, wstał i poszedł ku niemu, chcąc go poskromić, uprowadzić ― ale Dereszko go odtrącił. Wszystkich jeszcze szatańskich śmiechów nie wyśpiewał, wszystkiego zgrzytania zębów nie wyrzępolił...
Jak długo to trwało, nie wiem. Na dworze deszcz w początku cichy, jakimś wichrem od gór zmienił się w burzę. Okna sali chwilami oświecone błyskawicami sinemi, stawały jak jakieś otwory płomienistych przepaści...
Kilka razy rozległ się grzmot przeciągły. Huk ten towarzyszący jego muzyce, zdawał się czynić Dereszce nadzwyczajną przyjemność.
Ludzie wprawdzie na koncert nie przyszli, ale burza przyleciała... i akompaniowała mu dzielnie.
Nawet ulewa strumieniami z dachów spływająca — dostrajała się do pieśni nieszczęśliwego wirtuoza...
Piorun uderzył tak blizko, że stara jejmość z parasolem, krzyknęła — a słowo stało się ciałem! —
W tejże chwili Dereszko skończył...
Skłonił się ku oknom oblanym blaskiem błyskawicy i noga za nogą powlókł się do pokoiku. Nimeśmy tu przyszli, już złożywszy skrzypce, dorwał się do butelki i wypił co w niej było do dna, roztrzaskał ją o podłogę i rzucił się na krzesełko.
Nie mówił nic. Wesołość jego znikła, a śmiech co go nigdy nie opuszczał, znikł z twarzy, zrozpaczony się zdawał, smutny i przybity.
Deszkiewicz począł coś mówić, odpowiedział mu potrząsając tylko głową.
Daliśmy mu spocząć naturalnie — po takim wysiłku, — ale spoczywając usnął, i gramatyk wziął go pod swoją opiekę, podejmując się odprowadzić do żony i dziecka.
Nazajutrz trochę niespokojny, co się z nieborakiem stało, nie mając się od kogo dowiedzieć, bo Deszkiewicza nie mogłem spotkać nigdzie, po południu poszedłem do domku, w którym Dereszko mieszkał.
Nie było tu już nikogo. Stancyjka przez nich zajęta stała otworem, i okna były także, jakby dla przewietrzenia szeroko poodmykane. Na łóżeczku leżało stare siano, po podłodze walało się mnóstwo papierków zatłuszczonych, sznurków i strzępek.
Nie miano jeszcze czasu przymieść po nich... ale gdzieindziej czyż wiele więcej pozostaje po życiu biednego człowieka?
Stałem zamyślony smutnie, gdy Deszkiewicz się przywlókł.
— A co? — zawołał spojrzawszy — nie mówiłem? Byłem pewny, że już go tu dziś nie będzie. Odprowadziłem wczoraj żonie i położyłem spać — jedno miał na myśli tylko, że — ślicznie grał!! Słuchał go kto, czy nie — mniej dbał o to.
— Nie udało się w Krynicy — rzekł do żony — no, to cóż? Trzeba próbować gdzieindziej... w końcu albo się gdzieś uda, albo wszystkie struny pękną i będzie — finał!!

- ↑
Błąd w druku; najprawdopodobniej winno być pewne lub ewentualnie pełne. W wydaniu z 1908 roku użyto słowa pewne.