Koncert egotyczny (poemat)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Sebyła
Tytuł Koncert egotyczny
Podtytuł Poemat refleksyjny
Pochodzenie Koncert egotyczny
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1934
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: Pobierz Cały poemat jako ePub Pobierz Cały poemat jako PDF Pobierz Cały poemat jako MOBI
Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub Pobierz Cały tomik jako PDF Pobierz Cały tomik jako MOBI
Indeks stron
IV

Znów mi się oto poplątała mowa
i płyną słowa... słowa... słowa...
Czyżbym ja?... Czy to znaczy, że uciekam
w świat, gdzie jest wszystko logiczne i proste,
i łatwe?... Czy to znaczy, że mi świat przecieka
przez palce nieudolne, jak woda pod mostem
w śpiewnym bełkocie, a ja, podobny do pala,
odbijam się, nie wiedząc, że nurt się oddala?

A może w ciszy domu pogrążony słucham,
jak za oknami wzbiera zawierucha
i chmur gradowych warczą czarne zwały...
Czyżby świat, co mi za szybą narasta, —
— jak sen męczący, w którym się zmieszały
dzieciństwo, dawne rany, i odgłosy miasta,
i twarze zmarłych, — był bardziej zawiły,
niż przedzieranie się przez myśl nad siły?

Czyżbym ja?... Kiedy porą burzliwą spozieram
w drzwi nocy, które piorun naoścież otwiera,
widzę zmętniałe nurty wielkiej rzeki,
zamiatane wichurą od brzegu do brzegu

majaczejący w deszczu pień wierzby kaleki,
i wypiętrzone fale, zatrzymane w biegu.
Tak — kiedy burza serce mi zakrwawi,
myśl odpowiada wielkiem milczeniem błyskawic.

Wiem, runie na mnie świat, który rozwala
zmyślone prawdy, jak kruche skorupy
jaj ptasich, który niesie na spienionych falach
zadumanych pływaków niepotrzebne trupy,
który toczy się z grzmotem, jak strumień opiły
od długich deszczów i walący w wieczność
słonego morza czarnoziemne iły
łożyskiem, które rzeźbiła konieczność.
Lecz nim dosięgnie mnie skrzydłem zamieci,
już poprzez siebie wyjdę mu naprzeciw.

A teraz bredzę skroś siebie, przed siebie,
zapoznanemi ścieżkami śród żyta,
po pochłoniętem przez jezioro niebie,
po starym sadzie, który już okwita,
po zwiędłych trawach, podbiałach i chwastach,
po zatoniętych we mnie dawnych miastach,
wpatrzony w siebie, zasłuchany w dzwony,
które tam biją, choć zatopione.

Dokąd te drogi, idące nad wodą,
pokrzywą i łopuchem zarosłe zawiodą?

Czy na pachnące sianokosem łąki?
czy w las, gdzie głucha króluje niemota?
czy w pola, nad któremi śpiewają skowronki?
na ociężały, żniwny łan, czy w błota
zdradzieckie, co się zemkną nad wędrowcem,
tak, jak słowa nad myślą, wpędzoną w manowce?

Gdziekolwiek wiodą — od wezbranej rzeki
szum fal i lasu zapach niedaleki,
pośpiew wiatru podobny do skrzypiec i prosty
jak lot jaskółki, wybrzeże obrosłe
trawą, z pośrodka której wystrzelają osty,
i trud rybaka, robiącego wiosłem,
uległą wodą zmywany dziób łodzi:
— ten świat ukrytym śpiewem mnie uwodzi.

Kto może wiedzieć, czy nie znajdę prawdy
patrząc w wodę, jak w siebie, patrząc na moczary
pełne kwiatów, jak w niebo, białych światów pełne;
kto wie, czy śledząc płynące bezmiary,
po których wicher przegania chmur wełnę,
nie dojrzę siły, która gwiazdy rodzi,
i wiąże, i jak słowa ze słów je wywodzi.

Nocami, kiedy chodzę nieprzytomny,
goni mnie cień mój po murach ogromny,
zabiega drogę, ucieka, znów ściga,

w czarnych kałużach płaszczy się z rozpaczy,
powstaje, po załomach murów drga w podrygach,
jak słowo, które pragnie zmienną rzecz oznaczyć,
a tylko tyle mówi o przemianie,
co o mnie cień mój, odbity na ścianie.

Gdzie jest prawda? Gdy nocą wyruszam na połów,
osaczają mnie chmary bezskrzydłych aniołów
i prowadzą przez ścieżki, zarosłe na głucho
pokrzywą i ziołami, więc staję w milczeniu,
oddany ich podstępnym, niecielesnym ruchom,
śledząc bezkształtny taniec cieni cieniów,
choć wiem, że cień to tylko rzeczy pozór,
a prawdą światło gwiazd Wielkiego Wozu.

Gdzie jest kraniec szukania i kiedy przebiję
głową mur cieniów, co są moje i niczyje?
I któż to może wiedzieć, czy nie przebrnę
przez siebie? Noc już chyli się ku dniowi,
wsiąkają w jaśniejącą wodę gwiazdy srebrne,
ostatni tryl pod skrzydło schował w gąszczu słowik
i zapachniało światłem... lecz poranna rosa
nie zetrze dotknięć nocnego anioła...
nie zgasi... próżno wołam... nie zgasi...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Sebyła.