Koncert egotyczny (poemat)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Sebyła
Tytuł Koncert egotyczny
Podtytuł Poemat refleksyjny
Pochodzenie Koncert egotyczny
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1934
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: Pobierz Cały poemat jako ePub Pobierz Cały poemat jako PDF Pobierz Cały poemat jako MOBI
Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub Pobierz Cały tomik jako PDF Pobierz Cały tomik jako MOBI
Indeks stron
III

Przyszedł do mnie i pytał: — ktoś ty jest, człowieku? —
A przyszedł nocną porą, niepytany.
Za oknem z suchym trzaskiem pękały kasztany
i wiatr szeleścił liśćmi w betonowym ścieku.
On wiosennym bezwładem przez pokój przepłynął
i wonią przekwitłego już dawno jaśminu.

Więc słysząc, że za oknem wiatr zachodni ucichł,
i wiedząc, że tam stoją żółkniejące drzewa,
patrzyłem w mrok, jak człowiek, który się spodziewa,
że krzyk, rzucony w pustkę, echem nie powróci.
Wtedy, jakgdyby w myślach moich czytał,
powrócił po raz wtóry i szeptem zapytał:

— Zbudzić się na szerokich obszarach istnienia
i szukać słów pomarłych. Czy to szukać siebie,
zgubionego wśród rzeczy, rzuconych w przestrzeniach
nieobeszłych, skroś które gwiezdne wichry wieją?

Zamknąć oczy i w ciszy słuchać krwi dudnienia
i trzepotania myśli.
Czy to szukać siebie,
pośród spraw zgubionego, co się w ciszy dzieją,
czy tylko swego nieznanego cienia? —


Odpłynął. A tam wiatr znów drzewami zatargał,
sypnęły na podściółkę dojrzałe kasztany,
z kotłowiska chmur błysnął miesiąc pobielany,
i zostałem z pytaniem zamarłem na wargach,
wpatrzony w cienie liści na szybach i pewny,
że znów wyniknie z nocy i z poszumów drzewnych.

I wrócił. Lecz nie odszedł. Po pokojach przewiał
wiatrem jesiennym, grzybami i wrzosem,
wierzb nad wodą płaczących rozpuszczonym włosem
i szmerem igieł, lecących z modrzewia.
Tak myśli mi zmąciwszy, pokazał oblicze
ciemne jak niebo nocne i rzekł: — Jesteś niczem.

Czemu trudzisz się nocą, jak owi podróżni,
którzy chodzą światami, by się zgubić w tłumie?
Ty szukasz siebie w rzeczy, w słowie i rozumie,
aby na dnie wszystkiego dojrzeć oko próżni.

Czemu nie chcesz uwierzyć w noc zwisłą nad światem,
choć wiesz, że gdybyś własne serce rozciął,
znajdziesz w niem tylko to, co koniecznością.
A wolność? Puste słowo. Nic pozatem.


Potem dalej kłamliwem słowem szumiał w uszy.
(Dzwoniły padające za oknem kasztany,
po szybie błądził liścia cień rozkołysany,
psiem szczekaniem na kogoś wicher zawieruszył,
i patrzyłem mu w oczy głębokie i puste,
jakby w nich nocne wody stały czarnem lustrem):

— Kto ty jesteś, człowieku, który już nie szukasz,
który nie wątpisz, który już nie badasz
zapachu drzew, kwitnących na wiosnę po sadach,
nie słuchasz kosów pogwizdywań w bukach,
który na wszelkie z ciemnością zmagania
masz odpowiedzi, zawarte w pytaniach?

Osaczony przez rzeczy, przytomny konaniu
prawd starych, obłąkany rytmem gwiazdozbiorów,
zgubiony we mgle rannej nadmorskich ugorów,
i w oliwnem ciepłego morza kołysaniu,

uwiedziony przez wiosnę, oblany zarzewiem
zorzy zachodniej, w śpiewie ponocnym słowika
szukałeś prawdy świata, będąc pewien,
że kwiat z drzewa, jak słowo ze słowa wynika.


Gdzie jesteś? Nie w strumieniu, skaczącym po głazach,
niema cię w szumie drzew, w bezwstydzie kwiatów,
otwartych tajemnicą istnienia ku światu,
jakby wabieniem oczu ludzkich chciały wskazać,
że rozsiewanie nasion po polach i miedzach
to ich jedyna w walce z koniecznością wiedza.

Gdzie jesteś? Nie w myśleniu, i niema cię w mowie,
co ze zderzenia słowa ze słowem powstaje,
nie jesteś ptakiem, który na wyraje
leci, jak ciemną siłą opętany człowiek,
ku rok po roku opuszczanym polom.
Tyś ziarnem czynu i wolności wolą.

Tyś jest człowiek, ruch jakiś, wynikły z kurzawy
woli wszechświata. Słowo nie jest twoją miarą.
To wodospad szumiący przez szluzy z nadmiaru
wód wiosennych, od których napęczniały stawy.

Człowiek — wiatr, który wstaje z pustki, by uderzyć
w rzeczy, jak w piachu pustynnego zwały,
ruch jakiś, który czynem można zmierzyć,
upartą wolą czynu, co przenosi skały.


Biły we mnie te słowa ciemne, jak kamienie,
co plusnąwszy już potem idą cicho na dno,
niknąc, majacząc zielonawym cieniem,
póki między morszczyny miękko nie opadną;
a pozostanie po nich kilka kół szerokich
i odbite na fali obłoki.

Biły we mnie te słowa ciemne, jak kamienie,
co płoną w locie i tak krótko świecą,
że wiatr już ściera ślad na nocnem niebie
nim na spotkanie im oczy dolecą —
i zmagałem się z pustką niejasnych zapytań
aż dzień mi w twarz wybuchnął śmiechem świtu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Sebyła.