Komornicy/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII.

W jasną i mroźną noc, koło północy, szedł drogą od kościoła Józek Margoścyn... Na ramieniu dźwigał tobołek niewielki, szedł raźno po białym, wyszklonym gościńcu.
Przed nim występowały góry białe, oblane mglistym światłem...
— Hej góry! Moje góry!... Jak ja was dawno nie widział!
Z rozkoszą wdychał mroźne powietrze i szedł po skrzypiącym śniegu — prosto w Koninki. Mijał po drodze znajome osiedla...
— Tu Zapałowie — szeptał — hań Porębscy... Jeszcze kawałek do chałupy...
Po niebie za nim księżyc szedł, jasny i zimny, niby zwierciadło lodowe o stu oczach utkwionych w słońcu. Miliardy gwiazd na niebie płoną, połowa spadła na ziemię, rozsypując się w drobne kryształki. Postroiły one szatę ziemi w błyszczące diamenty.
— Jaka tu ładna zima! — szepnął Józek. — Zaczarowany kraj...
Z podziwem patrzał dookoła.
— Co tu dyamentów... Mój Boże! Kieby to prawdziwy był choć jeden! Zaniósłbych se matusi... Ukochaliby mnie... oj! wierzę... A ludzie by sie dziwowali...
Sposępniał nagle. Zbaczył se ową noc, kiedy to z karczmy uciekał przed ludźmi... Tą samą drogą szedł. Myślał wtedy, że idąc do światu, panem wróci i zakasuje wieś... Mocny Boże!
— Darmo se naprzód układać! — pomyślał. — Wszędy trza robić, jak i tu, a letko nic nie przydzie...
Przyspieszył kroku, a myśl wyprzedzała go, lecąc ku chałupie.
— Czy też ta zdrowi jako? — myślał. — Nie spodziewają się mnie... Bo Wojtek mówił, że na święta... A tu cóż było robić? Chcący przywieść pieniędzy — trza było iść, jak sie ino robota skończyła...
Z daleka dojrzał dwie ciemne topole nad Kozerowym okołem.
— Chwała Bogu, żech już tu... — szepnął. — Ani bez myśl nikomu nie przejdzie, że ja tu idę... Kto by sie spodział i o takim czasie! Wszyscy śpią... żywej duszy nie widać nikany... Ciekawym, co se ta Chyba poczyna bez Wojtka? Musiało go to złościć, że bez jego wóle... no, myślę!... Ale i Wojtek szelma! Ktoby to mógł pedzieć... Tak sie rwie sam do światu... I nie źle mu bedzie, chwała Bogu, lepiej, niż u ojca... bo cóż tu miał? Pasek na śniadanie, laskę na obiad, a kij na wieczerzę, jak sam powiadał... Gadał mi też, jak sie nie mylę, że Jagnieska u nas komoruje... Co ony tam wszystkie jedzą, to nie wiem... Może Jagnieska ma ziemniaki, abo jakie ziarno... ale skądby wzięna?... Muszą i bez omasty biedować... Bo ktoby im ta podał?
Im bliżej był chałupy, tem ciekawość rosła. Radby wszystko wiedzieć odrazu. Tak dawno ich nie widział!
— Jak też mama wyglądają... czy nie chudzi? I Zosi pewnie przybyło? Wojtek mówił... Nie wiem, co on się tak Zośką interesuje?... Przejęty śkrab!
Droga się rozchodziła. Józek przystanął chwilkę, otarł pot rękawem i skręcił na lewo, ku Chybowemu osiedlu.
— Ho! Już wnetki! — pomyślał. — Zajdę niespodzianie... Zaburzę się do drzwi... »Kto tam?« — »Ja!« — »Jaki ja?« — »Nie poznajecie mnie« — »Wszelki duch....« Mama się rozpłaczą... bo oni zawdy radzi płakać przy takiej okazyi... Potem zaświecą... Ja zdejmę tobołek i położę pod oknem na ławie... Potem Zosia zbudzi sie i wyskoczy z łóżka... przyleci ku mnie... obłapi mnie za szyję... »Józuś!« — powie mi tak serdecznie, jak ona to umie... Potem zacznie z ciekawości majstrować koło tobołka... Ja jej powiem: »Nie rusz!...« Dopiero rano, jak już słoneczko wyjdzie, otworzę sam tobołek i zacznę wyjmować po jednemu... chustkę la mamy... chusteczkę la Zosi... ucieszy sie ta! Już ją widzę, jak bedzie skakać po izbie... A jak bedą pozierać: co jeszcze?... powiem, że nima nic... Dopiero po chwili, po dużej chwili, otworzę pulares i położę na oknie całą dziesiątkę... »Macie! to la was!...« Toż to bedzie uciecha!... Nawet Jagnieska bedzie rada... Potem...
Urwał nagle wątek uciesznej fantazyi, bo już przeszedł Chybową chałupę i swoją zobaczył naprzeciwko.
Z bijącym sercem minął ławę i stanął za wodą.
— Już ino parę kroków!
Nie szukał chodnika, lecz pobiegł prosto po śniegu i stanął przed sienią. Przeżegnał się parę razy — i zastukał do drzwi...
— Śpią... — szepnął.
Wstrzymał oddech. Słyszał wyraźnie uderzenia serca.
Po chwili zastukał drugi raz — i czekał.
— Nic nie widać!... Śpią twardo... Trzeba trochę mocniej...
Uderzył butem we drzwi — i drzwi się otwarły. Omało nie upadł na progu, takie straszne zimno owiało go ze sieni...
Strach objął go i serce uderzyło mocniej.
— Czy ni-ma ni-ko-go?... — dzwoniły mu zęby.
Ale się gwałtem przemógł i wszedł do sieni... Księżyc za nim poświecił... śnieg!
W najwyższej trwodze chwycił za skóbel i szarpnął. Drzwi zamrożone odskoczyły...
— Aaach! — zakrzyczał okropnie.
Zatrzasnął drzwi i wypadł w pole... Szalonym pędem biegł za wodę, a przed oczami jego stały wciąż w świetle księżyca wielkie, szklanne oczy...


∗             ∗

Poprzed Chybowe okna szedł pogrzeb Margośki. Dziwnie smętną żałobą płynęła w dal czyśćcowa pieśń...
Chyba uciekł do komory i zamknął się. Ale i tu doleciały go wyraźnie słowa:

»Możny i ubogi równy —
Nikt od śmierzci nie wymówny...
Któż wie, na kim kolej stoi?
Przeto niech się każdy boi...«

Oddalił się już smutny pochód i zniknął za okołem, a w uszach starego wciąż jeszcze dzwoniła żałobna nuta i przejmujące, ostre słowa wdzierały się do mózgu.
Wyszedł na izbę i rozpatrzył się dookoła... pusto! ani żywej duszy!... Chodził z kąta w kąt i nie mógł se nigdzie miejsca znaleźć. Wszędy czaił się utajony niepokój... z sieni, z pod ławy, z pieca — zewsząd wychylał ku niemu zagadkowe oczy... Wszedł do izdebki — on za nim... Stanął w piekarni — on już tu... Ani się go pozbyć! Opuścił izbę i wyszedł przed sień, a wiatr ku niemu przywiał z oddali:

»Któż wie, na kim kolej stoi?«

I zachichotał przeraźliwie...
Chyba zwrócił się na lewo i począł biedz ku wodzie — nagle stanął... bo zdało mu się, że Jasiek wszedł pod tracz, między koła.
Mróz przebiegł po jego ciele, bał się kroku naprzód postąpić.
— Przywidzenie! — mruknął i powoli zawrócił ku chałupie.
Wszedł napowrót do izby, ale coraz większy niepokój go ogarniał. Zdało mu się, że lada chwila skrzypnie ktoś drzwiami i stanie przed nim... To mu się zdało, że widzi w mrocznym kącie wielkie, szklanne oczy, patrzące ku niemu prosto, z niemym, strasznym wyrzutem...
Przerażony, zamykał wzrok... To mu znów poczęła w uszach dzwonić żałobna pieśń.
Nieznany lęk osiadał mu na piersi, mroził krew, czasami serce ścinał w lód.
Poczynał mówić głośno. Słowa dudniły w pustych izbach i przerażały jeszcze bardziej...
I począł bać się tej pustki okropnej... Sam! ani żywej duszy! Nikogo...
Chwilami zdało mu się, że ktoś jest przy nim... Wtedy martwiał cały i włosy podnosiły mu się na głowie.
Chciał pędzić gdzieś daleko, lecieć bez pamięci, ale wnet pomyślał, że nie ucieknie... darmo! Niepokój za nim pójdzie i na koniec świata... Choćby pod ziemię skrył się, to go najdzie.
Złamany — powlókł się w pole, usiadł na przykopie i oczy utopił w płynącej wodzie...
Długo tak siedział nieruchomie i odganiał uporczywie wdzierające się ciżbą myśli. Zwolna niepokój odszedł i lęk — a pozostał w nim tylko smutek i przygnębienie i jakaś bezgraniczna pustka...
Oczy biegły za wodą nieustannie, a on się zapatrzył w siebie i widział duszę swą opuszczonym ugorem, gdzie osty mogą wyrastać bez siewu...Widział ją tłokiem niezoranym, bez miedz, bez kęp, bez granic... Nic nie wyrośnie na nim, prócz ostów, ni trawa, ni jałowiec... bo ziemia, uprawiona krwią, trującymi wyziewami oddycha. Ptak nad nią nie przeleci, z daleka ominie...
Jak okiem dojrzeć — pustka, bezgraniczna pustka...
To jego dusza.
Zapatrzył się w nią długo i poczynał martwieć powoli... Dojrzał wieczność w tej duszy opuszczonej... jakieś nieznane, wielkie, dalekie, jak lądy, a tak niepojęte, niezbadane jak niezmierzone morskie dna...
Pstrąg uderzył go w nogę i rozbudził.
Chyba podniósł głowę i rozglądnął się dookoła.
— Taka sama pustka, ino większa... o! daleko większa...
Zdawało mu się, że stoi na tamtym świecie, śród ugorów i widzi mały skrawek tego świata, który mu pozostał...
— Taki mały! takie nic...
Obejrzał się daleko — jeden ugór... Na czem to ludzie żyją?... Spojrzał na rzeką... Po co ta woda płynie?... płynie... płynie... goworzy...
Wsłuchał się w ten odgwar cichy, daleki... i począł wracać za latami do ojcowskiej chaty... Potem zwolna przechodził życie od kołyski, wszystkie złe uczynki na świecie.
Czas upływał za wodą, a Chyba kończył milczącą spowiedź życia, zaczętą na Jaśkowym grobie... Oczy mgłą zachodziły — wargi drżały — głową pochylił na kolana i szeptał wodzie bez przerwy...
— Poniesie morzu... Bóg nie wysłucha... darmo!.. Na wieczną pustkę!... na śmierzć...
Szumiała woda na przykopie, wiater zawiewał szum...
Dwie łzy upadły w wodę...
Chyba zapłakał.
Po chwili głowę uniósł na ręku i oparł.
— Sam... sam jeden...
Przed oczami jego stała nizka chałupina za wodą. Zabrali się stamtąd ludzie — odeszli i drzwi nawet nie zawarli za sobą. Tak bywa.
Stary Chyba długo patrzał ku niej, jakby się spodziewał, że kto wyjdzie i stanie na progu... Wreszcie pokiwał głową osiwiałą i wyszeptał ze smutkiem:
— Dyć my tu na tym świecie wszyscy komornicy...



Poręba Wielka, w listopadzie 1898.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.