Komornicy/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Na drugi dzień Wojtka nie było.
Myśleli wszyscy, że się schował po wczorajszej wieczerzy, przy której ojciec urwał pasek. Szukali go w szopie, na boisku... napróżno!
— Pewnie na wieś poszedł na wander...
— On tu wróci! — rzekł stary — sam przydzie do ręki...
Nadchodzi południe — Wojtka niema... Nadszedł i wieczór — o, Wojtka nie widać!
— Cóż to takiego — myśli stary, ale się wnet uspokaja: — On tu przydzie na noc!
Układał już sobie naprzód, jak go ma przyjąć.... Po wieczerzy jeszcze długo siedzieli w milczącem oczekiwaniu, ale nikt nie nadszedł.
Nazajutrz, skoro świtało — zerwał się Chyba z legowiska...
— Jest Wojtek? — spytał cicho.
— Ani Wojtka, ani żywej duszy... — odpowiedziała zaspana Haźbieta, opasując jedyną spódnicę.
— Kiż dyabli! — począł się stary niepokoić. — Już drugi dzień... Kanyż Jasiek?
— E na traczu! Kanyżby inędy?
Ugotowała śniadanie i bydłu polała jadło w cebrzykach.
Skoro wstali od miski, odezwał się Chyba, tłumiąc gniew:
— Idźno Haźbieś, idź po tego hycla... Niech przydzie! Powiedz, że mu wszystko daruję.
— Uwierzy mi?
— Idź, kie ci gadam!
— A polanie?
— Pomoże ci zanieść, jak przydzie. Ja nie na to synów chował, cobych za nich robił!
— Kanyż pódę?
— Wszędy idź i szukaj, dopokąd nie najdziesz. Ani mi sie pokazuj bez niego!
Haźbieta zaszemrała cicho, zaodziała chustkę i poszła.
Chyba tymczasem izbę uprzątnął i usiadł na ławce. Nie mógł jednak długo usiedzieć; gniew go szarpał za gardło. Godziny szły, słonko się podnosiło zwolna.
— Kiż to dyabli! — powtarzał, wyzierając przed sień.
Uspokoił się potem. Zdało mu się, że już lada chwila nadejdą.
— Nie porada, żeby dłużej siedzieli... już połednie!
Teraz ino to miał na myśli, jakby tu godnie Wojtka przyjąć...
— Paska nowego szkoda... Czemby go tu...
Pozierał po ławach i po kątach. Nic takiego nie znalazł.
— Aha! Już wiem...
Zbaczył se, że ma stare portczyska w komorze. Pamięta, że był przy nich pasek. Musi być, jeżeli go Wojtek nie oderżnął... Poszedł, wydostał je z pod sąsieka...
— Jest! Chwała Bogu — szepnął.
Przyniósł do izby, siadł i począł wypruwać ośniedziały rzemień.
— Zjesz mi ty, aj, mi ty zjesz! — myślał sobie. — Ją cie tu przecie raz nauczę przykazań boskich: Nie uciekaj z domu rodzicielskiego, hyclu, kie ci dobrze... To ja sie na to o ciebie starał ciężko nie letko, żeby takie mieć skrzepienie na starość? Na toch cie chował od maleńkości — huncfocie! Nie bedziesz ty robił swoim dumem... Raz sie to musi skończyć! Bedziemy widzieć, czyje na wierchu... Aboś ty ociec, abo ja! — wrzasnął na końcu groźnie i spojrzał ku drzwiom.
Kot przerażony, który przed chwilą usiadł na progu, schował się milczkiem za drzwi. »W takich razach najlepiej zejść z oczu« — pomyślał se i długo nie pokazywał się w izbie, choć mleka jeszcze nie dostał... Ta nie zginie! co się odwlecze...
Chyba siedział i czekał. Już się mu to za długo zdawało... niechno wrócą!
— Matko Boska! Dejże też, co by wnetki przyszli, bo mie krew zaleje doznaku... Porachuję ci kości, to cię żadną miarą nie ominie — huncfocie! Co mie ty zdrowia kosztujesz!... Tamten zbój taki nie był — a widzisz co z niego? Marnie skapie i zgnije... Tegom się doczekał — Chryste Panie! Zmiłuj sie nademną... Choć kto powie: Zły ociec, nie bije, nie karze... Dyć karz! Jak ci ręka upada, a ten swoje robi... Popamiętasz ty nie rok, nie dwa, ino mi przydź do garści!
Przed sienią ozwały się kroki. Chyba wstał, złożył pasek we troje i czekał. Haźbieta weszła do izby.
— Kanyż on?
Trząsł się cały i groźnie pozierał.
— Wojtka nima...
— Co pleciesz?!
— Pojechał do Pesztu.
— Nie gadaj mi!!
— Dy idźcie, jak mi nie wierzycie. Tamtej nocy pojechał z Jaśkiem od Cichorza...
— A! Przeklęta godzino! Tegom sie doczekał...
Począł w głos desperować... Padł na ławę, zerwał się znowu, chciał gdzieś lecieć... Opamiętał się wreszcie, ale wściekłość go nie opuszczała.
Haźbieta znikła zaraz. Sam zaniósł polanie do stajni, stał przy krowach, gdy jadły, i laskę doznaku połamał na ich kościach. Cielę zbił, że ryczało, a wychodząc — konewkę cisnął na próg z taką siłą, że ino dągi zostały, rozsypane.
Uspokoił się wreszcie, ale niezupełnie. Chodził po osiedlu i szukał, sam nie wiedział — czego.
— Komornicy! psie dusze! Oni temu winni! Ściągali go do siebie... Słuchał ich ten huncfot! Ale ja kiep, żech cierpiał tych dziadów przeklętych!... Ten z Pesztu mu naschlebiał, naobiecował... i usłuchała gadzina! Bo jak taki? Rozumu ni ma za pół centa. Psie dusze! Nie daruję! Chałupę ozwalę! Niech umarzną! Niech skrepną!
Zrobiłby to może, ale wcześniej. Teraz ino klął i pomstował, aż rozlegało się po całej wsi... Ludzie wiedzieli, że to już ostatki gniewu. Najgorszy wtedy, jak nic nie gada — powiadali...
I do izby Margośki dolatywały przekleństwa starego. Przerażone, słuchały przez okno głośnych przezwisk...
— Co onemu? — szepnęła Jagnieska.
— Musiał Wojtek pojechać... Juści, że tak... Słyszysz?
— Ale o cóżby na was?
— Dyć on zawdy taki. Stanie mu sie co — to nikt, ino ja winna.
— Nie obezwiecie sie?
— Cobych sie obzywała! Jeszczeby mnie zbić gotów niesłusznie... Po co Boga obrażać?
— Ja mu powiem...
— Siedź-że, siedź, nie wychodź. Wyklnie sie i ustanie. Dyć nieraz tak. Boże! co ja już wycierpiała... niechże i to bedzie na większą cześć i chwałę Twoją!
Wiatr przynosił głośne klątwy.
One milczały siedząc każda przy swojej robocie. Jagnieska przędła jeszcze pozostałe kłaki, Margośka ziemniaki skrobała na obiad. Co dzień jedno! Jedno i to samo.
— No i, widzicie, Wojtek poszedł — poczęła Jagnieska.
— Miał sie obrócić, nie obrócił... Kto wie, czy on ta powie Józusiowi?
— O, powie! Coby miał nie pedzieć?
— Ino, kto wie, czy zajdzie do Pesztu...
— Chyba nie on!
Zosia się nagle rozpłakała.
— Co ci to, Zosiu?
Przelękła się matka.
— Obiecał mi cosi pedzieć! — mówiła, zawodząc serdecznie.
— O bajano! bajano! Cóżby ci powiedział? Śpasował...
— Ehę! Juści! Bo wy go nie znacie...
— I o to sie ślimaczysz? — śmiała się już matka.
A Zosi takie łzy szczere płynęły z oczu, jak rzadko. Ale nie dużo ich było i wnet się ustanowiły.
— Dziwne te dzieci — myślała matka. — Już płacz... już śmiech, na zawołanie!
— A ten Peszt... daleko to? — spytała Zosia tak poważnie, że i Jagnieska roześmiała się przy kądzieli.
— O dziecko! dziecko... przeżegnajże sie też!
Odtąd Zosia nie pytała się o nic. Ale posmutniała bardzo.
— Co on mi też miał pedzieć? — rozważała sobie cichutko.
Minął dzień wartko i jeden i drugi. Przekleństwa starego Chyby poszły w niepamięć. I on już zapewne nie myślał o Wojtku. Wyrzekł się go przy ludziach, a co się w jego sercu działo, to nikt nie wie. Spochmurniał jeszcze bardziej i zaciął się w sobie.
Coraz mniej ludzi przychodziło na tracz, do młyna tylko przynosili ziarno z konieczności. Na traczu pustki były, tramów nie zwozili. Satrowie czasem rżnęli, ale coraz rzadziej... Mimo to Chyba coraz częściej na traczu przesiadywał. Majstrował coś przy kołach, to przykopę naprawiał — ale najczęściej łaził tylko bez żadnego celu. I nieraz się na Jaśka zapatrzył przy robocie i nieraz pół dnia przestał, lub na deskach przesiedział nad wodą...
Zima. Śniadanie jedli wczas, odbyli bydło wartko, a zresztą w izbie nie było co robić. Haźbieta wybiegała do rodziców, albo z kądzielą na chałupy. Nie bronił jej stary Chyba...
— Iść możesz... ino mi sie nie waż za wodę! ani krokiem! Bo jak cie tam dojrzę... rozumiesz?!
Haźbieta, mimo chęci, nie ważyłaby się po takiej zapowiedzi ani spojrzeć w tę stronę... cóż dopiero iść!
I odtąd nie zajrzała do Margośki.
Za wodą jednako czas płynął — dzień po dniu... Śniadanie i obiad, wieczerza i spanie i dwa razy na dzień te same paciorki. Doba za dobą mija bezpowrotnie, a każda wlecze za sobą coraz większe znużenie i ospałość.
— Kiedyż sie ta zima skończy? Mój Boże!
— Dopiero sie zaczęła...
— Taka długa!
— Jak życie mizernego człeka.
— Nikt nie zajrzy, nie obróci sie do nas...
— Dyć tak, moi kochani — dodała Jagnieska. — Jak lato przydzie, to nas widzą i najdą katędy. W zimie siedź, abo zdychaj — nikt sie nie popatrzy...
— Ani do kogo wyjść! Ani z kim zagadać...
— Nieurada gosposiu! Nieurada... Gaździne mogą chodzić, odwiedzać sie wzajem... to ich święto! nie nasze.
— Dyć tak, nie inaczej.
— Komornicy powinni najmniej miejsca ludziom zajmować na świecie, bo tak już Bóg przykazał...
— Dyć nie stoi w piśmie...
— Cóż z tego, że nie stoi? Ale życie powiada, że tak! moiściewy... Do mysie dziury wleźć i to za dużo! Ino żeby sie stracić doznaku, z kretesem!...
— Bajże, baj!
— O wierzcie mi! Bajtek nie układam. Ani mi o siebie nie chodzi... bo cóż ja tam jedna mała odrobinka znaczę? Bedzie mie — czy nie bedzie, to światu jednako... A nawet wam cichutko powiem, żeby sie tu doznaku bezemnie obeszło...
— Co też pleciesz!
— Ino mi o tych idzie, co im żyć nie wolno...
— Któż im broni?
— O, je nikt... Ludzie im nie przeczą. Ale da Ociec niebieski człowiekowi to życie, a sposobów nijakich do życia... i żyjże tu!
— A rozumu nie daje?
— Cóż biednemu po rozumie? Moiściewy! telo, że więcej czuje, co go boli...
Przegadywały się tak nieraz i długi czas, a potem obie spłakały się nad swoją dolą komorniczą. Zaś innym razem mówiły o ziemi, o tej ziemi, co jej tak dużo na tym świecie...
— Nie la wszystkich!
— O Jagnieś! cóżby wszyscy mieli? Nie dostałoby sie im ani...
— Choć po morgu!
— Cóż to płaci?
— Nie byłoby przynajmniej zazdrości na tym świecie...
— Ęhę! musiałabyś chyba naturę ludzką przeinaczyć.
— Nie wiem, ktoby sie też zajadał, jakby miał telo, kielo mu potrzeba?
— A wiesz ty, kielo mu potrzeba?
— Coby wyżył...
— Też o to idzie, że jednemu świat za mały, a drugi ni ma kany głowy skłonić i nie krzywdzi se.
— Bo je głupi!
— To my wszyscy głupi. Ale darmo! Cóż bedziemy robić? Nie my, ino wóla Boska nami rządzi.
— Edyć tak, tak. Ale, gosposiu! Żeby to były moje rządy na tym świecie...
— Oj, biedna biedo!
— Musiałabych przecie tak zrobić, żeby sie nikt nie skarżył...
— ?
— Nikogobych nie naganiała do roboty. Ale by każdy miał, co sie mu patrzy...
— Pan Jezus z ludźmi nie mógł se dać rady, a człekby se poradził? Nie wierz temu, Jagnieś...
— Bo mnie to gorzy, jak ja widzę, że tyle po wsi biedy...
— A jedni drugich obdzierają, jak wilcy, nie ludzie!
— Jakby miał każdy, co sie patrzy... jakby wszyscy mieli...
Bezdomni o chałupie — chałupnicy o roli myślą... a gazdowie?
Siedziały nieraz długi czas we wieczór, narzekając na ten świat niewdzięczny, reformując go podług przykazań boskich... aż ich drzemka nadlatywała niechcęcy. Szły spać, a na drugi dzień opowiadały sobie nawzajem dziwne sny.
— Zdało mi sie, — mówiła raz Jagnieska — że idę stromym urwiskiem ponad wodę i szukam czegoś, nie wiem — czego... Wtem słyszę koło siebie turkot wozu i dzwonek mię doleciał zniedaleka... Drapię się i stermam wśród jałowców, jażech sie wydostała na gościniec. Turlikanie wciąż słyszę, nie ustaje. Lecę ja za tym głosem, moiściewy, aż niedaleko mostu spotykam: wóz, konie czarniutkie i księdza... Pewnie do chorego! myślę sobie i klękam. Ale ksiądz woła, kiwa na mnie i woła: »Kobieto! kobieto!« Juścić podeszłach ku niemu. On, wicie, złazi z wozu, zdejmuje z piersi Pana Jezusa, wkłada na mnie i mówi: »W tej chałupie niziutkiej za wodą leży chory... Siadaj i jedź! Same konie cie powiozą...« Ja sie wymawiam, jak mogę, ale ten nic, ino: »Jedź i jedź bez most, bo ja niegodny — pada — żebych tę wodę przejechał...« Rady nie rady — co było robić?... Konie ruszyły, jadę, jadę... Przyjechałach na środek mostu, ściskam tego Pana Jezusa z taką czcią i bojaźnią... nagle — remps! most sie łamie — ja z wozem pod wodę...
— Ratunecku! — szepnęła Margośka.
— Wydobyłach sie przecie na wierch, ale wóz i konie zabrało... Ja sie gratam do brzegu wszelkimi siłami, a woda mię unosi coraz dalej... Modlę się, wołam na wszystkich świętych po imieniu — nikt nie przybywa! I w strachu wielkim, że mię woda weźmie i Pan Jezus utonie razem ze mną — przyciskam Go rękami do piersi, co sił... Wtem się ludzie zjawili, podali mi osękę i wyciągnęli na brzeg pół martwą...
— No, chwałaż Bogu!
— Alech nie poszła z nimi, ino, stojąc na brzegu, lamentowałach i pozierała smutnie ku nizkiej chałupinie za wodą. Zbudziłach sie, a jeszcze mię serce bolało...
— Coby to miało znaczyć?
— Bóg wie i Stróż anioł — odrzekła Jagnieska.
— To dziwne! bo i mnie sie podobnie śniło...
— Opowiedzcież!
— Kie już tak dobrze nie pamiętam...
— Choć troszeczkę! Mamusiu! — dopraszała się Zosia. — Ja tak rada słucham, a nigdy mi sie nie śnije...
— To słuchajże dziecko i ty Jagnieś...
— Mówcie, bo słuchamy.
— Śniło mi sie, żech była w kościele przed ołtarzem Niepokalanej... a miałach przy sobie Józusia, niby małe dziecko, takie, jak to matki na wywód noszą. Modliłach sie gorąco i ochwiarowałach to dziecię Przenajświętszej na Jej cześć i na chwałę. Ale mi ciężył na ręku, bardzo ciężył... Co ja nie robię! Zbliżam sie i kładę na ołtarzu, a potem wyjmuję sobie zęby po jednemu i daję mu do zabawy... I kiedych już ostatni ząb wyjęła la niego, wtedy widzę, jak sie Najświętsza Panna ku mnie z obrazu wychyla i przyzywa mie ręką do siebie... Zbliżam sie nieśmiało, z wielką trwogą, a Ona, patrząc na mnie litościwie, urywa kawałek świata, jaki miała pod stopami. »Skosztuj»« — mówi mi — »tego chleba, jakim ja na świecie żyła...»« Z przestrachem biorę, kładę do ust... gorżkie, jak piołun, twarde! Jak tu jeść, kiedy ni ma ani jednego zęba... ale Ona zachęca mnie wzrokiem, bych jadła. Juści gryzę dziąsłami, do krwi gryzę, a łzy mi sie toczą z boleści... Przełknąłach wreszcie. O! powiadam wam, jaka słodkość nastąpiła potem — to nie macie pojęcia! Coś takiego, jak gdyby samego nieba ugryzł, abo raju!
— I co potem?
— Obudziłach sie. Alech tę słodkość do rana w ustach miała...
— Wicie, wicie...
— Naprawdę! Mówię wam.
— Dyć wierzę! — kiwała głową Jagnieska z przekonaniem. — Coby nie!
A Zosia tak się zasłuchała głęboko, że jej pot drobną rosą na czoło wystąpił.
Długo potem rozbierały na różne sposoby znaczenie tych pokrewnych snów. Ale im dłużej myślały, tem bardziej oddalały się od zamierzonego rozwikłania. Więc, poleciwszy Bogu siebie i chałupę, przestały o tem myśleć. Bo i nowe zatrudnienia zajęły im czas.
Margośka ziemniaki z dołu dobywała, nosząc do izby koszykami, z obawy, żeby nie przemarzły pod śniegiem. Zimie, tak mroźnej, nie było co dowierzać, jak ją uczyło doświadczenie dawne.
Len oprzędły już przedtem — i na żerdce wisiało dwadzieścia cieńszych a ośm grubszych łokci.
Jagnieska zebrała się jednego dnia, by zanieść przędziwo, gdzie należy. Poskładała już łokcie w paruchę, kiedy weszła z pola Margośka.
— Pódziesz ze lnem?
— Juści trza iść...
— Zaczekajże, porachuję, kielo nam to przydzie. Dwadzieścia łokci cienkich... po kielo?
— Po szóstce.
— To dwa reńskie. A ośm hrubszych po pięć centów — to bedzie... śtyrdzieści.
— Chyba więcy!
— Nie, dobrze. Dostaniemy każda po dwanaście szóstek.
— La Boga! Cały miesiąc...
— Taki to zarobek! Ha, co robić? Żyć trzeba, to nic nie pomoże.
— To ja pódę.
— No idźże. Ale sie też wracaj!
— O, cóżbych tam robiła...
— Niech ci Bóg poszczęści!
Jagnieska poszła, brnąc po śniegu i zaspach po kolana. Z ciężką biedą dopchała się do chałup.
— Żeby ino zastać gospodynie!
Modliła się i rachowała drogą, wiele od której ma dostać za uprzędzione łokcie.
Pomyliła się jednak w niedużych nadziejach, bo żadna gaździna nie pochwaliła się jej, że ma w skrzyni jakie pieniądze. Wszystkie prawie były rade, że im tak wczas odniosła — raczyły ją śniadaniem, ale żadna nie napomknęła o zapłacie. A gdy Jagnieska, mając do jednej większą śmiałość, sama się przymówiła, usłyszała cierpką odpowiedź, że »ona przecie nie za światem, ba w tej samej wsi, a ludzie z ludźmi żyją...« Tylko ostatnia (już gdowa!) u Sroki obiecała zapłacić rzetelnie za oprzędzione łokcie. Potem zaczęła molestować Jagnieskę, by została u niej na tydzień.
— Pomożesz mi prząść, to ci dam jeść, zapłacę i bedzie.
— Dyć bych z chęcią, ale...
Zbaczyła sobie, że Margośka już mało ma ziemniaków i do świąt nie wystarczy... a ona tak siedzi u niej popróżnicy i pomaga jeść. Nie grzech to? Jeszcze wielki! Teraz wróci do niej z próżnymi rękami...
— No siadajże! Weź kądziel... O cóż ci to idzie?
— E dyć... nic mi... ino tak... Nie wiem, jak to bedzie...
— Z czem?
— Z Margośką...
— Bajano! Onych tam dwie, to se dadzą radę. Cobyś sie tróbowała? Pobędziesz u mnie tydzień, a choćby i dłużej... bo przędzenia mam kupę. Zdejmże chustkę i siadaj.
Jagnieska chustkę zdjęła i siadła przy kądzieli.
— Edyć taki ten dom, jak i tamten... Nikany wiekować nie bedę — pomyślała...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.