Komornicy/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

Było im dobrze razem. Jedna drugiej naoscymała, gdy bieda jaka przyszła i chwilami zdawało się im, że przecie życie nie jest takie złe doznaku, jak opowiadają. Ziemniaki miały jeszcze, dzięki Bogu, a że jałowe — to trudno. Nie wszystko naraz Pan Bóg daje, bo by się człowiek zwydrzył. Zdałoby sie mu, że Paniezus musi dbać o niego i przestałby się modlić. Tak bywa. Lepiej pomału, a zawdy.
— I omasta sie najdzie, jak sie Panu Bogu bedzie podobać — mówiła Jagnieska. — Nie nasza, ino Jego święta wóla niech sie dzieje...
— Też o to gra, że roboty ni ma nijakiej — skarżyła się Margośka — przeszłej zimy kądzieli naniesły...
— Nie tróbujcie sie gosposiu, bo sie najdzie.
— Mocny Boże! Poradzisz to z ludźmi, Jagnieś...
— Popróbuję...
— Szkoda zachodu...
— O, dyć ino! Bedziemy widzieć, co Bóg da... W Drapie zebrały lnu nie mało, nie oprzędą same nijakim sposobem. Na Dolinie co roku dają prząść z chałupy, to ja zajrzę...
— No dyć idź! Ale po szczęściu, żebyś co przyniesła...
— O dy przecie!
Poszła Jagnieska po wsi za lnem, a zbliżając się do chałup nuciła sobie cicho:

»W Twoim ręku Wszechmogący,
Szczęścia mego losy,
Który spuszczasz dla pragnącej
Ziemi deszcz i rosy...«

I nie zawiodła się na Boskiej ufności. Nazdawały jej kobiety sporo przędziwa, że unieść nie mogła na narączku. Nie rozpowiadała jednak, że z Margośką będzie prząść do spółki, boby jej tyle nie dały. Margośce trzeba płacić gotowizną — wiedziały dobrze. Jagnieska zaś (poćciwa kobiecina!) uprzędzie i bez zapłaty, jak zawdy. Co kto woli? One wolały nie płacić.
Ucieszyła się Margośka wielce, gdy Jagnieska wyłożyła z łoktusy dwie duże kitki.
— Te cienkie, a te grubsze, te znowu pacześne...
— Ho, ho! Chwała Bogu! Będzie dość przędziwa...
— No widzicie...
Poszukały przęślic za łóżkiem, ponawijały lniane garstki i prządziel gotowa.
— A mnie przęślice... mamo! — upierała się Zosia.
— Ty posiedź! Masz co robić w izbie.
— Ja nie chcę! Ja wolę prząść!
— Przyjdzie czas, że i prząść bedziesz...
— Kto wie, kiedy! — tróbowała się Zosia.
Mając jednak nadzieję, że to wnet nastąpi, nie wybiegała na tracz do watry, tylko sprzątała w izbie za matkę i pozierała ku niej z niemą prośbą. Gdy wrzeciono wypadło której prządce z ręki, chwytała je w lot i podawała, kręcąc w drobnych paluszkach, jakby chciała rzec: »Wicie i ja potrafię obracać...«
Cóż, matka tego nie rozumiała i nie zwracała na córkę uwagi. Skinęła jej głową, ale rozmowy z Jagnieską nie przerywała.
Mówiły zaś w czasie przędzy bezustanku. Miały sobie co opowiadać, wracając pamięcią do lat pasterskich i dalej jeszcze — do kołyski w chałupie ojców.
— Tak, widzisz, Jagnieś, ostawili mnie sierotą zawczasu. Nie było mnie komu wykarmić, ani chować...
— A z gruntem co?
— Nie było wiela. I to przeszło w niepile[1] ręce...
— Mocny Boże!
— Zabrał taki, co najmniej prawa miał do tego.
— A z wami co?
— Ja sie chowała sama. Bóg mie chował. Dziwię sie, żech z głodu nie usnęła na wieki... Tak, tak Jagnieś. Skoroch ci już odrosła od ziemi, toż to naleźli sie ludzie, co mnie wzięli, niby za swoją, boch już paść zdolała...
— No wicie!
— Pasałach ci ja owce na pustaci bez siedem roków. Jedzenie mi ta nie zawdy przynosili. Zabaczyli se czasem, toch nie jadła... Ale jagód było dość po lesie...
— Chwałaż Bogu!
— Nazbierałach se nieraz pełniutki podołek...
— Widzicie, jak to Bóg i o najmniejszym chrobaczku pamięta!
— Oj pamięta, Jagnieś, pamięta! Ludzie nieraz opuszczą, świat zawiedzie...
— Oj zawiedzie, gosposiu, zawiedzie!...
— Dyć mi dobrze było, nie powiem! bo mnie zawdy radzi mieli, że rety!... Musiałach sie narobić, co prawda, ale dyć nika spoczynku ni ma...
— Oj ni ma!
— Chcieli mnie trzymać do śmierzci...
— Ehę!
— Nic, ino: »bedziesz u nas i bedziesz, nie tróbuj sie«, padali mi... Alech w te czasy poznała Szymka, jak i mojego nieboszczyka, co u Chyby służył... Juścić skończyło sie wszystko i poszłach...
— Na tę biedę nieszczęsną...
— Na tę biedę.
W przerwie gdzieś mucha brzękła sennym głosem, albo wrzeciono zafurczało w powietrzu.
— Dyć i ze mną tak, moiściewy — mówiła Jagnieska. — Nie bieda mnie z chałupy wygnała, ba ludzie źli nie dobrzy... Miałach ci ja ojców u Gąsiora, dyć wiecie...
— Cobych nie wiedziała!
— Macocha była zajadliwa okrutnie, bijała mnie raz na dzień i więcy. Oj, bijała!... Ociec nieboszczyk nie wiedzieli o tem, abo nie chcieli wiedzieć, kto ich ta wie... Dość, żech przeszła niejedną mękę Pańską na tym biednym świecie, już zawczasu...
— Biedna biedo!
— Skoroch ci już podrosła, juści nie porada było wysiedzieć w chałupie. Poszłach na służbę. Służyłach za lasem, u gdowca, co miał dziesięć morgów pola. Byłach u niego calutkie pięć roków. On też, widząc, moi kochani, żem robotna i nie ciążam se pracy, chciał sie ze mną ożenić...
— No i jakże?
— Dyć wam powiem. Ożeniłby sie był na pewno, ni ma co gadać. Ale miał spłacić niewielki dłużek, toż to chciał ze mną choć ze trzydzieści reńskich. Ja do chałupy, pytam ojca: »Dejcież mi tatusiu trzydzieści reńskich, to sie wam usunę...« ale cobyś poradził! Macocha odrazu zapobiegła, ociec też pedział wyraźnie, że sie na mnie tracił nie bedzie... Cóż było robić? Sługowałach jeszcze po wsi długi czas. Tatuś był chory, nie pedzieli mi nawet, nie poszłach. Przy destamencie zabaczyli se o mnie doznaku. Myśleli może, że mnie nie było na świecie, czy co... Przyrodnim poostawiali wszystko, mnie ino zagon pod ziemniaki i to jeszcze na prośby chrzestny ojca. (Niech mu tak Bóg da zdrowie, bo już nie żyje.)
— Hm, hm...
— Tak, moi kochani, skoro ociec pomarł, to i zagon przysiedli...
— Mogłaś nie dać!
— E, prawujcież sie ta z nimi! Dam to rady? Ja jedna, onych telo... nie poradzę, nie, moiściewy.
— A prawo kany?
— Nie jedno prawo na świecie, moi drodzy, nie jedno... Insze la biednych, la bogaczów insze...
— Coby zaś!
— Dyć spróbujcie i wy prawować sie z Chybą, a zobaczycie, kto wygra?
— Pewnie, że on.
— To widzicie. Na ziemi ni ma la nas sądu sprawiedliwego...
— Mocny Boże!
— Ja też ino telo sie zemszczę na nich, że spomstuję, zwyczytam, co ino wlezie... niechże mają! Ale mnie tu — biła się pięścią w serce — tu mnie boli, jak se wspomnę na to...
— Dyć wierzę!
Opowiadały sobie dalej szare koleje życia, aż po dziś dzień i z boleścią wspominały chwile różnych kłopotów: jaki to świat był dla nich niewdzięczny, jak ich to ludzie uczyli rozumu... A czas migiem leciał przy kądzieli. Dopiero było rano — już wieczór! I tak codzień zmniejszały się godziny ku zimie... Słonka nie długo widać, coraz to krócej... Za to może w innych krajach świeci, myślały sobie.
— Tam, kany mój Józuś... — dodawała Margośka. — Nie widać listu!
— Może przyjedzie, abo przyśle co piniędzy — pocieszała Jagnieska.
— E, po szczęściu! Żeby choć doniósł co o sobie...
— On tu doniesie, nie tróbujcie sie! Ino, wicie, nima kogo, coby mu napisał...
— Tam są nasi...
— Któż wie, kany! Dopiero proś, kłaniaj sie. Najlepiej, żebyś umiał sam...
— Bieda i nie umieć, wielka bieda! Ale szkół nie było drzewiej... któż nauczył?
— Dyć też o to, moiściewy! Bieda człeku.
Labiedziły nad sobą i światem całym... Zawdy miały o czem gadać. Tematów nie zbrakło. Było im nieźle razem, bo wieczory długie, drzemanie nadlatuje samo. Odpędzały je gwarą, przędły i polecały Bogu wszystko złe na świecie. Zosia łuczywo ucierała w świeczniku — i nieraz zesiedziały razem do północka, albo i dłużej...
W jeden wieczór niespodzianie przyszła synowa Chyby.
Margośka się uradowała, zobaczywszy ją w progu.
— Idzie Haźbieta z kądzielą! — zawołała. — Bedzie nam weselej...
— Dyć idę, bo nie porada jednej nici uprząść...
— Cóż sie tam dzieje?
— Breweryje, padam wam, że ani... ani słyszeć nie chcę.
— Siądźże na ławce! — podała jej przęślicę. — Czy sie co stało, czy co, żeś taka nie swoja?...
— To nic nie wiecie?
— No nic. Dyć sie nie ruszamy nika z chałupy...
— O, czy was też!... Edy cała wieś gada o tem...
— O czem? — spytały obie naraz, wstrzymując wrzeciona.
— Dziandziary Sobka wzięni...
— Ratunecku! E, za co?
— Przyszli dziś, jak wieczerzał i pojęli go ze sobą do heresztu...
— Cóż on takiego zbroił? Wszyscy święci!
— Ho! Co zbroił... pytajcie sie! E, zabił chłopa na Skalistnem.
Słuchającym oddech się zatrzymał.
— Zbój taki, że i szkoda heresztu la niego. Powiesić hycla, to sie upamięta...
— Co ja słyszę! co ja słyszę! — szepnęła Margośka.
— Niech was Bóg broni, jaki to obwieś był zawzięty! Co ja od niego wycierpiała...
— Ale nie wiesz, jak sie to stało?
— Co bych nie wiedziała! Pili razem w karczmie z Tomkiem ze Skalistnego, z tym, wiecie, co to po niebożyczce Tekli...
— Dyć-ech znała. Wieczne odpoczywanie!
— Pili razem i pili, aże sie zmrokczyło...
— Kiedyż to było?
— Dy przedwczora, kie to taki wiater był straszny...
— Z poniedziałku na wtorek.
— No i, wicie, przy pijatyce jeden drugiemu cosi pedział, ino nie wiem, kto zaczął, bo żyd mówi tak, a chłopy znowu inaczej... trudno wymiarkować. Dość, że sie, wicie, pokłócili rzetelnie. Oniby sie byli już w karczmie bili, ino ich chłopy ozerwały... Z tego jankoru Sobek począł pić i pić, wreszcie żyd mu nie chciał dać okowity. Toż to on na żyda! Żyd uciekł do alkierza i zamknął sie na skóbel. Z tej złości Sobek rozbił szynkwas i potłukł wszystko szkło na drobne kawałeczki...
— Co to za dusza wściekła!
— Dy powiedźcie!... Wreszcie ni miał już co robić i poszedł. A na małą chwilę przed nim wyszedł Tomek...
— I tak sie zeszli!
— Nie wiedzieć, jak to było. Bo Sobek powiada, że spotkał idęcy Tomka i wsuł mu parę pięści, nic więcy...
— Czegóż trza było!
— A insi znowu mówią, że go młócił potela, pokiela zdołał. Co zemglał, powiadają, to go krzesił wodą i tłukł, pokiela nie dobił...
— Prędzej, że tak...
— Nic my w chałupie nie wiedzieli. Aże dziś dopiero sam sie wygadał. Ale on nie wiedział, czy ten żyje, abo co, dopiero dziandziary pedziały, że umarł...
— Bedzie on miał za swoje!
— Ba! Człeka zabić, to przecie nie co inszego...
— A cóż stary?
— E, wścieka sie nie wiedzieć na kogo! Sam wychował takiego zbója...
— Od czasu nie wróżyli dobrego Sobkowi, od czasu! Ale ociec winien. Bo wiecie, jak on go uczył od mała? »Jak cie kto napastnie« — powiada — »weź kamienia i wal w łeb!...«
— Nie poszła w las nauka...
— Dy widzicie!
— Skąd też ta takiego sumienia wziął, moiściewy! — mówiła Jagnieska. — Człek przecie nie bydlę, ani co, żeby sie tak pastwić!
— Skąd też to taka straszna zewziątka?
— Pytajcie sie! — odrzekła Haźbieta.
— Dyć trudno miał tak bez powodu...
— Wiecie, że na dnie złego babski powód siedzi...
— Może i to być...
— Nie gadam, bo nie wiem — ciągnęła Haźbieta — ale mi sie wszystko widzi, że tu o Hankę poszło...
— Kozerową?
— Juści, że o nią... bom słyszała, że jej Tomek odniepadł, skoro sie dowiedział, że już chodzić ni może...
— To z nią tak źle?
— My już widziały od miesiąca. Lada dzień może sie spodziewać...
— Moiściewy! Któż ją tak unieszczęśliwił?
— A no szczęście, skoro je nalazła. Nie trza daleko szukać...
— Pewnie Sobek?
— Dy nie kto inny...
— No wicie, wicie, co ja to nie słyszę! — cudowała się Margośka. — Bedzie ta miał Kozera pociechę... Mocny Boże!
— Jego wodziło, a córkę uwiedło...
— Hej!
— Dyć tak banował za Sobkiem. To mu Bóg nagodzi Sobusia... niechże ma.
— O ludzie! ludzie! Co sie to dzieje na tym świecie... raty przeraty!
Przędły jeszcze długo we wieczór, ale nici nie wiele przybyło na wrzeciona. Opowiadania za to snuły się bez przerwy, jedne z drugich. Siedziałyby do rana, ino że świecić nie ma czem.
Rade nie rade złożyły kądziel o północy. Haźbieta się odziała.
— Nie chodź jeszcze! — prosiła Margośka. — Posiedzimy se po ciemku i bedzie.
— Kiedy muszę!
— Dyć kanyż ci tak pilno? Żal ci chłopa...
— Boże! Z takim chłopem... Ani mi nie gadajcie!
— Dobry człek...
— Dyć dobry... ale co mi z tego?
— Talant ma...
— Wieczny dumac! Przejęty myśliciel!... Eh, szkoda i gadać. Bądźcie zdrowi!
— Uciekasz?
— Muszę! Bo jakby stary postrzegł, że mnie nima, miałabych za swoje!
— No to idź z Panem Bogiem... ale jutro przydziesz?
— Jak ino chwilki doprasnę... przylecę! Dobrą noc miejcie!
— Dobrą noc, Haźbieś...
— Poćciwe kobiecisko! — mówiły, gdy wyszła. — Zajrzy ta przecie do nas...
— Niech jej Bóg nadgrodzi!
Haźbieta co wieczór przychodziła z kądzielą. Przędło im się dobrze we troje. Zosia na boku stała cichutko, ucierając węgle na ślajzach[2]. Łowiła każde słowo skwapliwie, choć niby nie rozumiała wiele z tego, co mówiły.
Dowiedziała się jednak, że Haźbieta nie rada Jaśkowi, że Chyba klnie i psioczy i o byle co Wojtka bije, że nie porada wytrzymać przy starym, jak się zaje — dużo, bardzo dużo się dowiedziała.
— Szkoda Wojtka! — myślała se czasem. — Biją go tak i biją... mocny Boże! Ani skrzypiec nie weźmie do ręki, biedny Wojtuś! Czemu on do nas nie zajrzy? Pewnie sie boi... juści pewnie! Zbiliby go za to...
— Utrzyj węgiel! Od czego stoisz? — karciła ją matka — takie sie to tępe robi, nie wiem z czego. Wiecznie cosi mamra do siebie...
— E, jak dziecko! — broniła Jagnieska.
Zosia połykała wtedy łzy, nic nie mówiąc. Żal uczuwała do matki, a potem złośliwe zadowolenie, że przecie mama nie wie, o czem ona se myśli. Na despet jej nie powie... niechże biją!
Matka jednak mało na nią zwracała uwagi, mniej, niż się Zosia spodziewała. Za to o Józku myślała często.
— Biedny Józuś! Jak on tam co robi? Jak sobie tam radzi wśród obcych... Boże, Boże! Ujrzę ja go też kiedy? Żeby stać sie jaskółką, choć na małą chwilusię zalecieć... Ptakowi dałeś Panie skrzydła, a nam nie... wóla Twoja!
— Niezmierzone wyroki — szepnęła Jagnieska.
— Od czasu, jak pojechał... ani słóweczka! Ani marnej literki! Niedobre dziecko, oj niedobre! Napedziałach mu przecie, jak odjeżdżał we świat: »Pisz-że też Józuś, pisz! Nie zabaczuj o nas moje dziecko...« Ale cobyś! Ty matko gadaj, co chcesz, proś, zaklinaj... nie usłuchnie. Bo jemu świat pachnie i milsi ludzie obcy, niż swoi... Wykołysz to na rękach, naucz mówić, to ci sie tak odpłaci! Pokiela chodzić nie umie, to z daleka wyciąga ręce, szepleni »mamo, mamo!« i czołga sie na piesku... A jak odrośnie, mocny Boże! opuści z letkiem sercem, idąc we świat i nie obejrzy sie na ciebie... nie obejrzy! Dyć żeby choć jedno napisał: »Dobrze mi tu«, abo »Zdrów jestem, nie trapcie sie«, toby mi lżej było na sercu. A tak, łam głowę biedna matko! Nikt cie nie pocieszy... nikt cie... nie pocieszy...
Codzień tak labiedziła Margośka nad swoją dolą i nie raz na dzień płakała na samo wspomnienie.
Aż jednego dnia wpadł niespodzianie Wojtek, wołając w sieni głośno:
— List! list!
— Od Józusia? — skoczyła ucieszona matka.
— Ale wam nie dam! — śmiał się Wojtek — bo nie przeczytacie...
— Mocny Boże! Żebych to umiała!
Uczuła naraz wielki żal do kogoś... W jej sercu zrodził się cichy wyrzut, nie wiedziała dobrze, dla kogo.
— Żeby mnie uczyli! — szepnęła cicho. — Poznałabych se każdą literkę od Józusia...
— Co też ta pisze? moiściewy...
Zbliżyła się Jagnieska.
— Józuś! — wołała Zosia, gramoląc się na ławę, gdzie usiadł Wojtek i paznokciami obrywał brzeg koperty.
Trzy głowy pochyliły się nad nim, trzy serca uderzały niecierpliwym taktem.
— »Najukochańsza mamo!« — czytał Wojtek.
— O moje dziecko! — zaszlochała Margośka.
— Dyć słuchajcie, potem bedziecie płakać! — uspokajał Wojtek i czytał monotonnie:
»Najsamprzód pozdrawiam was po niezliczone razy i dowiaduję się o waszem zdrowiu i powodzeniu. Co się tyczy mnie, to dzięki Bogu jestem zdrów, a powodzenie moje, jak we świecie...«
— Chwałaż Bogu! — szepnęła Margośka.
»Robię na cegielni od świtania do nocy, ino na obiad chwileczkę mam wolną. Zarabiam ino po śtyrycet grajcarów, bo teraz zima, to mniej płacą. Za to na wiesnę, da Bóg doczekać, zarobię więcy, to wam przyślę. Nie markoćcie se moja mamo, obchodźcie sie ta jako, bo i na mnie bieda. Trza robić ciężko nie letko, a płaca mała ledwo starczy. Ludzie się zewsząd garną po zarobki...«
— Nie gadałach mu, jak odchodził!
»A tu o robotę bardzo trudno. To się nie dziwcie, że wam piniędzy nie posyłam nijakich...«
— Mocny Boże!
»Zarobię co, to przejem, nie zwyży się nic nadto. Jak pojedzie Józek od Chlipały, to wam przyślę nim chustkę na głowę. Bedziecie se mieć do kościoła. Więcej nie ma nic ciekawego. Ino Leonowi z Brzyzku urwało nogę...«
— O ratunecku! Bedzie ta mieć biedna matka, aj bedzie!...
»Reszta są zdrowi, dzięki Bogu, i powodzi im się jednako. Mrozy wielkie i zimno, a w przeszłym tyźniu lało... Madziary, straśnie zajadły naród! Katędy biją naszych. Trza im zdaleka ustępować, bo człek życia niepewny przy lada okazyi...«
— Co za naród! widzicie...
»Za to Słowiaki straśnie rade nas widzą i niewiela odmiennie mówią od nas, ale dobrze trza uszów nadstawiać, by ich zrozumieć. No i tyle. Napiszcie mi, co u was słychać? Czyście zdrowi? Czy hrube śniegi zwaliły te zimy? Kto się ożenił! Kogo na smentarz zawieźli? Boch ciekawy!... Naostatku pozdrawiam was mamo i ciebie Zosiu. Słuchaj też mamy, słuchaj, pokiela żyją. A o mnie przecie nie zabaczujcie doznaku.
Kochający was Józek«.
— No i tyle!
Wojtek odetchnął ciężko.
— Dyć pono tu jeszcze cosi? — wskazała matka na parę rządków u dołu.
— To już la mnie, nie la was! — odrzekł z dumą Wojtek.
— Co ci pisze?
— Nie Józek, ino ten, co list układał...
— Nie powiesz nam?
Wojtek zawahał się chwilkę, wreszcie z uwagą odczytał:
»Nie wierzcie zgoła temu, co powyżej stoi, bo ja tak pisał, jak mi dyktowali...«
— Więcy nic?
— A nic.
— I któż podpisany?
— Nieznajomy znajomy.
Smutne milczenie stanęło na chwilę między niemi.
Margośka wsparła brodę na dłoni, zadumana.
— To nie prawda... — potrząsnęła głową. — Józuśby mie tak nie oszukował. To śpas, nic więcy...
— Pewnie, że śpas! — dodała Jagnieska.
— Mój Boże! Jaka to bieda nie umieć! Sam by se ułożył i napisał... No, ale chwała Bogu, że choć zdrowy. Lżej mi bedzie na sercu... drogie dziecko!
— Jak on to pisze, moi kochani? — pytała Jagnieska — że pono śtyrycet zarabia... Kielo to jest?
— Śtyry szóstki po naszemu...
— To mało!
— Bo roboty ni ma, jak w zimie...
Wojtek uśmiechał sie, rad z czegoś.
— Tam nie tak źle! — powtarzał.
— E hę! — przedrzeźniała mu Zosia. — To idź...
— A pódę! — śmiał się — pódę!...
— Trzaby mu odpisać — rzekła po chwili Margośka.
— Dyć jakże! — dorzuciła Jagnieska.
— Napisze sie mu, niech przyjedzie. Ma tam zmitrężyć zimę, toć i tu jest miejsce la niego. Zarobi telo, abo więcy, a na życie nie wyda...
— Słusznie macie! Na wiesnę potem jechać może...
— Jak bedzie chciał.
— Napiszcie!
— To też Wojtuś napiszesz — prosiła Margośka. — Powiem ci jak, ino, że papieru ni ma w chałupie...
— Dyć ja mu sam powiem, jak zajadę.
— Kanyż byś jechał?
— E do Pesztu!
— Nie bajże, dziecko, nie baj... Masz ty rozum?
— Wiesz ty, jak to daleko... w obce kraje — mówiła Jagnieska.
— Dyć nie za morzem — odparł, stając na środku izby — a choćby i za morzem, to nie cuda! Na sam kraj świata ludzie idą...
— Masz to o czem?
— Pomagałech w kuźni Jaśkowi, toch zarobił. Na drogę mi wystarczy, nie bójcie sie!
— Pozwoli ci to ociec?
— Ęhę, bo sie go bedę pytał, myślicie? Coby mie zbił na odchodnem?... Nie głupich! Dyć by mie chrzestna matko, co dzień prał, żebych nie uciekał... Jak sie rozje na kogo, to na mnie odbije... taki ociec! Radbych wiedzieć, co on też ino z paskiem zrobi, jak mnie nie bedzie...
— Wojtek! — zaleciało z wiatrem od tracza.
— Haźbieta cie woła...
— Trza iść! Jak to słoneczko leci, to strach!... Już śródpołuń. Czuję, że mie ta bicie nie ominie... Ale niech ta! Niech se ociec użyje na mnie, choć ostatni raz...
— Nie gadajże!
— Ostańcie z Bogiem. Ja tu przylecą jeszcze, nim odejdę...
A nachylając się do zadziwionej Zosi, szepnął cichutko:
— Powiem ci cosi na ostatku...
— Teraz powiedz... no, powiedz!
Przytrzymała go za rękę.
— Nie, jaże pódę we świat...
Wydarł jej rękę, której się trzymała, jak pająk drobnymi paluszkami i zniknął w sieni za drzwiami.
— Co on mi też powie? — pomyślała Zosia i radowała się naprzód ciekawością.
Matka, kiwając głową, nie mogła wyjść ze ździwienia po niespodzianem oświadczeniu Wojtka.
— Spodziałbyś sie tu!
Jagnieska nie dziwiła się niczemu. Ona już dawno przestała się dziwić.
— Może on i naprawdę myśli o tem... przejęty śkrab!
— Dyć widzisz Jagnieś, tacy to ludzie teraz... ledwo sie odkołysze i już we świat!
— Z rozumem na świat przychodzą, moiściewy! Drzewiej, starego byś nie wygnał ze wsi kijem. Chciałoby się mu tłuc po świecie?
— Dyć widzisz! Młodzi idą sami. Dadzą se rady w obcych krajach.
— Co to nastaje na tym świecie!
— Wszystko sie przewraca...
— Ruminuje...
— Ja ta nie powiem, jak i Wojtkowi, żeby ostał. Niech idzie, a niech sie Chyba dowie, że nie na to są dzieci, coby je bić. Skoro go dłuższy czas nie ujrzy, to sie nauczy syna kochać. Sobka sie nie tknął... bo Sobuś! Za to tę pobłażliwość na drugim odbijał. Taki ociec!...
— Rozumu kijem nie wpędzi... to już darmo!
— Ale dyć rozum chłopak ma większy, jak insi... Nie kijów mu trza, ino ręki! Opiekuńcze ręki.
— Święta prawda! Bo i ja baczę, jak mnie za młodu prowadzili. Dobrością mógł mnie zawieść do piekła, za to złością nikt ze mną nie poradził. Czym więcy bili, tym ja gorsza! Tak było i z macochą...
— I zawdy tak bywa, jak ojce są ladaco...
— Nieinaczej!
— Co on mi też powie? — myślała Zosia, stawiając na oknie dom z cienkich patyczków.
Jagnieska doprządała kądziel, Margośka zaś nici uprzędzione zwijała na motowidło, licząc uważnie po trzydzieści na każde pasmo.
— Śtyry... pięć... sześć... Chwała Bogu, że choć zdrowy!... siedem... ośm... Bieda, jak se nie umie sam napisać... jedenaście... dwanaście... lepiej niech przyjedzie na święta... trzynaście... milej nam bedzie razem... piętnaście... to sie ucieszymy we troje... czworo... oho! już! Zmyliło mi sie...
Poczęła rachować od początku namotane nici.




Przypisy

  1. Niepile — obce.
  2. Ślajze — bukowe łuczywo (niem. Schleise).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.