Komornicy/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Dziwnie mieszkają, jak i ci Satrowie... Chałupinę mają na brzyzku niedużą, starą. Gonty z dachu powylatywały, szparami mógłby woły wewieść rogate... A oni w traczu deski rżną dzień po dniu.
— Mogliby chałupę pokryć.
— Nie pilno! — odpowiadają ludziom. — Niech ta stoi do wóle Boskie...
W zimie pokryje śnieg, a w lecie nie ma czasu i tak schodzi.
— Kto ostanie w chałupie, to se niech stawia... — myśli sobie każdy z nich po cichu. — Ja by się ta dokładał! To nie moje...
I zarabiają w lesie, a chałupa stoi »do wóle Boskie«, póki stoi... W oknach ino dwie szyby całe, a reszta deszczółkami zabita. Zmiłował się nad niemi Jantek i pozabijał, bo wpierw onuckami zatykali tak, że w jedną niedzielę nie było już co obuć do kościoła... Taka bieda!
Myślałby kto, że wewnątrz... Panie ratuj! Z powały wiszą z roku na rok sadze; pająki mają o co zaczepiać postawę. Ze szpar mech się usuwa; temu to muchy mają codzień świeże powietrze. Koło ścian idą ławy, z grubsza ociosane, a pod ławami grzybów pełno: czy zima, czy lato. Podłoga, z ubitej gliny, zawdy mokra, bo z konewek ciecze. Ku nalepie dojść trudno, trza się stermać na oślizgłe wzgórze; za to zejść daleko łatwiej — samo jedzie. Piec, oblepiony czarną gliną, rozpada się powoli; już się dość nastał w jednym kącie. W przeciwnym rogu stoi łóżko, jedyny przedmiot rodzinny, który ich łączy... Kolebka trzech pokoleń! Obszerne, jak koszar, chwierucze się na wszystkie strony. Z boku kołkami zbite, popodpierane stołkami ze spodu — może jeszcze długo służyć czwartemu pokoleniu... ojej!
W izbie, prócz Satrów i komornicy, chowa się jeszcze dziesięć par królików, pół kopy kur i cielę, tyle narodu. Cielę z królikami żyje zgodnie, choć mu siano z cebrzyka wykradają; za to ludzie swarzą się codzień.
Matka chciałaby »dzieci« krótko trzymać, a one starają się wmówić w nią, że już dorosły. Stąd piekiełko w chałupie.
— Ja wam gadam — powtarzała codzień zrana — że pokiela mie ta święta ziemia nosi, nie chcę słyszeć o żadnej synowej! Rozumiecie?!
— To nas chowajcie na pośmiewisko ludzkie — mruczał Romek.
— Ja ci powiem, ty siwcu! Co ci sie dzieje? Ni masz co zryć?
— Edy zryjcie! — klął Jantek.
— Cit! Mon merr moje słowo!!
Milkli wtedy i żaden nie odmarkował. Zabijała ich cudzoziemską gwarą. Małe to babię umiało sobie radzić z trzema chłopami. Im większa złość jej była, tem dziwniejsze najdowała wyrazy. I musieli jej słuchać, a jak nie, to...
— Reksom kierdaj!! Do roboty!
Tupnęła nogą na środku izby, jak trusica na odmianę i wtedy milczkiem jeden za drugim pomykał w pole.
Najwięcej miała kłopotu z Romkiem, potem z Jantkiem, najmniej z Michałem.
— Michałek, dziecko mamine! — mawiała. — Nie prze sie do żeńby.
Ludzie zaś mówili, że skróś Michałka już niejedna dziewka z krzykiem od Satrów odeszła. Choć Satrowa nie dała nic powiedzieć na swoje dziecko. Któż wie, czyja prawda? Może i jej — bo ostatnia służąca dlatego odeszła, że nie miała gdzie legać...
— Widzisz Wiktuś — mówiła jej Satrowa — ja by cie chętnie i na zimę ostawiła, ale kanyż bedziesz spać?
— Choć kany!
— Dobrze, pokiela było ciepło. Wtuliłaś sie do szopy, abo kany i było. Ale w zimie trudno sie mamy wszyscy gnieść na tym jednym łóżku... dyć powiedz! Na ziemi w izbie? Dyć dobrze, ale jak cieląt Pan Bóg nagodzi, jakże bedzie? Nie urada, nie, Wiktuś...
Wikta też, niewiele myślęcy, pozbierała swoje łachy i poszła.
— Ubyło jedne gęby na zimę... Chwała Bogu! — pomyślała Satrowa i poczęła medytować, jakby się pozbyć Jagnieski. — Jej strachem nie odżenie, bo ta się zimna nie lęka, ani mrozu... Co tu począć? — myśli sobie... — Na zimę trzymać jej nie ma po co, bo nie ma i roboty. Zepchła ta w lesie kielo telo, ale co to płaci? Tego nie znać, ani nic...
Myśli... myśli, nareszcie wymyśliła.
— Do rozumu gadać jej nima co, bo tego nie zrozumie, co ja chcę pedzieć... Darmo! Trza jej do serca przemówić, to uwierzy... Serce ma dobre i poćciwe... Strasznie dobre kobiecisko z tej Jagnieski! Jaże mi jej żal... doprawdy.
I pewnego dnia, kiedy się chłopi zabrali do lasu, powiedziała jej otwarcie:
— Musisz se Jagnieś poszukać komory, bo nam też bedzie ciasno...
— Spodziewacie się kogo?
— Boże uchowaj! — odrzekła Satrowa. — Ale, widzisz, izba mała, a krzątania dużo... Jak sie poschodzą wszyscy, to sie trudno obrócić... sama widzisz! Teraz i prosięta zastąpią, to sie ich bedzie puszczać do izby i kanyż sie podziejemy wszyscy?... Uważ se!
Jagnieska też pomyślała, że przez całe lato było przestronno — naraz sie robi ciasno.
— Ja wam najmniej zajmuję tego miejsca — ośmieliła się wyrzec.
— Boże uchowaj, żebych ci co gadała... Widzę sama, jak sie skurczasz.
— No wicie...
— Ale gawiedzi przybywa coraz więcy, bo na zimę, to sie wszystko pcha do izby... trusie, kury, prosięta, dwoje kociąt i cielę, no i nas pięcioro... Patrz, kielo to narodu! Zauważ se sama...
— To mnie gosposiu wyganiacie doznaku?
— Nie wyganiam. Broń Boże! Dyć by mnie Pan Bóg skarał, Matka Najświętsza! Ino ci mówię zawczasu, żebyś se komory poszukała, bo nam ciasno... Nam bedzie lepiej i tobie.
— Mocny Boże!
— Nie labiedź, bo nie masz o co. Kielo to chałup, co mają przestrono! U Gąsiora, u Sroki, w Drapie... Wszędy cie przyjmą, boś robotna.
— Na lato, ale na zimę wyżeną...
— Nie baj, nie, Jagnieś. Coby cie wyganiali! masz ty rozum?
— Też temu, że rozumu ni mam, tak mi sie dzieje...
— Dyć mi cie żal, bo żal i nie puściłabych cię za żadne piniądze. Ale trudno. Nie my, ino wóla Boska wszystkiem rządzi... tak Jagnieś, tak. Nie desperuj, nie, ino sie bier pomału, póki widno... Dźwigać ni masz co...
Jagnieska podumała chwilę, szepnęła parę razy: »Mocny Boże!« i cóż miała robić? Nie chcą jej, to widoczne. Trza szukać schroniska jakiego... może najdzie! Bóg litościwy... zawdy... przecie...
Pozbierała swoje łachy, związała do łoktusy i obłapiła Satrową niziutko za nogi.
— Moja gosposiu! Niechże was też Pan Bóg nie opuści za to, coście mie tak długo mieli...
— Nie schylaj sie, nie!
— Ostańcie z Bogiem!
— Z Panem Bogiem idź Jagnieś. A chowaj sie ta i krzep jako, to może Bóg dać na wiesnę, że cię przyjmę...
— Bóg wam zapłać stokrotnie! żeście tacy...
Wzięła zawiniątko na plecy i poszła drogą na dół, ku wodzie. Ani jej żal nie było, ani smutno... Ile to razy odchodziła tak, na gorszym czasie!
— Zawdy tak bywało i bedzie... do skończenia świata! — pocieszała się, gdy jej bieda zanadto dokuczała.
Przez lato wszędy miała miejsce, a najbardziej więksi gazdowie radzi ją widzieli... Robotna była, że hej!
— Ino ta zima nieszczęsna, ta zima! — myślała nieraz. — Czemu to człek gackem sie nie urodził? Uwiesiłby sie katędy i przespał do wiesny. Nie kłopotałby se głowy... Mój Boże!
Na zimę prędzej znalazła schronisko u chałupnika niż u gazdy. Wiedziała o tem od dawna i teraz myślała o tem, stojąc przy ławie.
— Kany iść? — myśli sobie i rozważa długo. — Do Chyby ni ma po co, do Malarza równie... Do Kozery by poszła, ale to bałamut... niech Bóg broni... Juści, że do Margośki bedzie najporęczniej... Jedna bieda drugą biedę zawdy rada widzi.
Sprawdziło się, bo Margośka przywitała ją radośnie na samym wstępie.
— Chyba cię Jagnieś Bóg przyprowadził do mnie, żeś przyszła...
— Czyście chorzy?
— Nie chora. Ino mi się cnie okropnie...
— Skróś czego?
— Skróś tego, że Józka nima...
— Ehę! Bo on to do światu poszedł... moiściewy!
— Juści poszedł w tamten jarmak i nie pisze, nie wiem, co takiego...
— E pewnie nima co pisać.
— Czy ja wiem? Moja kochana... siądźże! Rozodziej sie. O, jak dobrze, żeś przyszła. Pobędziesz u nas, choć ze dwa dni...
— Dyć, moiściewy, ni mam ka być.
— Wygnali cie Satrowie?
— Ja nie wiem, jak wam pedzieć... Oni mie ta obces nie wyganiali, nie, ale i onym ciasno...
— U nas sie zmieścisz, choć izdebka nie duża. Siadaj!
Podała jej garnek z nalepy.
— Zajesz co...
— Nie szukajcie.
— Dyć, co Bóg nagodził... Weźże łyżkę! Ta nie omaszczone, nie, ale trudno! Kozy sie przedało w tamten jarmak.
— E za kielo?
— Za dziesięć. Prawie Józkowi na drogę.
— Moiściewy! Tak to, tak.
— Jedzże!
— Jem, nie raczcie... Zosia kany?
— E, dyć nie wiem, kany.. Cnie się jej wicie bez kóz, to nie usiedzi w chałupie, ino lata po całych dniach. Na traczu wysiaduje przy watrze, to Bóg wie, kany... Co sie jej nagadam, żeby posiedziała przy mnie... coby! Nie upytasz jej żadną miarą, takie uparte.
— Nie poradzicie, darmo! Dzieciska, jak dzieciska, nikany miejsca nie zagrzeją.
— Pokiela Bóg daje zdrowie...
— Tak to, tak.
— E jedzże!
— Już nie bedę.
— O, jakaś to!
— Nie raczcie, bo nie bedę.
Obłapiła nisko Margośkę za nogi i, ocierając trokiem brudnej paruchy usta, wodziła oczyma za krzątającą się koło nalepy. Chciała coś powiedzieć, nie śmiała, czy też nie wiedziała jak, z czego zacząć... Wreszcie, po długim wahaniu, gdy się Margośka nabliżyła ku niej, zesunęła się nagle ze stołka i objęła ją za kolana.
— Jagnieś! — odwróciła się ździwiona Margośka — cóż ty robisz? Dyć nie płacz, ino powiedz, o co ci idzie...
— Mo... moja gosposiu! — poczęła z płaczem Jagnieska. — Jaby też chciała, żebyście chcieli...
— Mówże śmiało!
— Kie mi was żal tak napastować.
— Nie bój sie!
— Ja by też chciała na zimę ostać u was...
— Laczego nie? Ostaniesz.
— Moiściewy!...
— Nie schylaj sie...
— Niech wam Bóg nadgrodzi.
Uszczęśliwiona, siadła pod oknem na ławie, a łzy jej długo jeszcze kapały na spodnicę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.