Komornicy/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Późną nocą przyszedł Józek do chałupy. Spali już. Nie chciał ich budzić, otworzył drzwi do sieni i cicho wszedł do izby... Ale matka oczujnie śpi!
— Kto tam? Ty Józek? — ozwała się.
— Ja matusiu.
— Czego tak późno?
— Późno to?
— Dyć sie pytaj! Już bedzie po północku, abo więcy...
— Chryste Panie! To ja sie długo zbawił...
— Dyć se powiedz!
— Ha no, trudno.
— Każeś był?
— Nikany daleko... Ale pocóż wy matusiu wstajecie?
— Dyć przejesz co, boś pewnie nie wieczerzał...
— Nie, nie strójcie! Leżcie... ja już pojadł!
— Kany? czego?
— Jutro wam powiem. Spijmy!
— Czy ci sie co stało, abo co... mówże przecie!
— Co by mi sie stało? Lążcie już...
Ułożył się do spania. Matka czekała chwilę, czy nie przepowie co do niej... Wreszcie poleciła Bogu i Aniołowi Stróżowi chałupę i dzieci i przyłożyła głowę do pościeli. Nie długo i tak zdrzemnie, bo trza wstawać.
Na dzień się namieniało, kiedy zaświeciła kaganiec i poczęła przystrajać drwa na ogień.
— Trza Józusiowi zwarzyć jakie śniadanie, bo wczorajsza wieczerza już pewnie wydrewniała... Trza mu też zwarzyć, chlipnie co i pódzie ta do lasa... znowu na calutki dzień... mocny Boże!
Rozpaliła ogień na nalepie i przystawiła wodę w garnku. Robiła cicho, bez hałasu.
— Ta jeszcze czas, niech leży... bo sie dość we dnie namitręży. Biedne chłopczysko!
Po dużej chwili, gdy już woda wrzała, Margośka, siedząc przy nalepie, poczęła śpiewać Godzinki, któremi zwykle codzień budziła Józka. Przy pierwszej zwrotce zeskakiwał i biegł do konewki po wodę. Potem się obuwał, śniadał co — i do lasa...
Myślała matka, że i dziś tak będzie. Ześpiewała cząstkę pierwszą — Józek śpi... Ześpiewała drugą, Józek śpi... Cóż to takiego? Czy nie chory przypadkiem?
Podeszła ku jego wyrkowi.
— Józuś!
— Co?
— Nie śpisz przecie?
— Ho! Odkąd ja nie śpię!
— To wstań, bo już czas bedzie na ciebie. Teraz dzień krótki, wnet przeleci. Musisz co ześniadać, a potem przewdziać sie. Wstań, wstań moje dziecko...
— Matusiu!
— Co? Czegóż chcesz? — wróciła się ku niemu.
— Ja dziś do lasa nie pódę.
— Czy... czyś chory?
— Nie, ino... — usiadł na pościeli. — Ja pódę do Pesztu!
Stała chwilę, uderzona tak niespodzianą odpowiedzą... do Pesztu!
— I... i jakże tam pódziesz?
— Tak jak chodzą insi, prościutko koleją...
Matka dopiero teraz przyszła do siebie.
— Co też ty mówisz dziecko... do Pesztu? To nie tak blizko, żeby przefurgnąć, jak ptak... a cobyś tam robił bez zimę?
— Ho! Tam roboty nie brak. Fabryk pełno... ino rąk brakuje. Przy cegielni katędy mogę dostać pracę i nie tak, jak tu. Bo zarobię z papierka, abo i więcy...
— Któż ci to dziecko naopowiadał takie bzdurstwa?
— Mówili ci, co byli... a zresztą ja sam nad tem nie mało myślał.
— Rąk we świecie nie brak, moje dziecko. Narodu więcy, jak roboty...
— Ludzie mrą...
— I rodzą sie! A rodzi sie ich więcy... I u nas, widzisz, co tu ludzi, a zarobku mało. Czy myślisz, że tam insze kraje? Tak biedni są, jak i tu... Bogatszych może więcy, niż u nas, ale co to płaci na takie miasto? Tam ściąg narody mają, zewsząd idą i wydzierają jedni drugim ten kawałek chleba...
— Ale tam łatwiej wydrzeć, niż tu...
— Kto ma zdrowie!
— I ja mam, chwała Bogu.
— Aleś jeszcze płony... daleko ci do chłopa!
— A za chłopa robić muszę... nie pomoże! Co sie nadźwigam, jak i w lesie, to inszyby sie z dziesięć razy złamał.
— Dyć sie narobisz dziecko, bo sie trza narobić. Aleś przecie w chałupie, to jakosi łatwiej... Widzi sie, jakbyś poszedł, że wszystko bedzie gorzy...
— Coby! To sie ino tak zdaje. Nima sie na co spuszczać, bo tu o zarobek trudno. Dobrze, pokiela buki wożą fabryce... a jak fabryka stanie, to co bedzie? Powiedzcie!
— Dyć bieda tak i tak bieda. Ale zawdy swoja bieda lepsza... Bo jak przydzie, tak przydzie, to masz przynajmniej na czem legnąć... A u ludzi!...
— Nie taki ta świat obcy! Nie wierzcie. Wszędy chwalą Pana Boga i dwojacy są: źli i dobrzy.
— Natrafić ino trudno.
— Zawdy przecie ja od nikogo łaski potrzebował nie bedę. Żeby mi ino Bóg dał zdrowie...
— Matka Najświętsza!
— A jak też bedę i robił, co zdolę, to mię nikt za psa nie weźmie, ba za człeka! Tu robię telo roków, a da mi kto poćciwe słowo, abo co?
Uniósł się na wyrku.
— Mocny Boże! — szepnęła Margośka.
— Ja przecie od nikogo za darmo nic nie wezmę, nawet za dobre słowo podziękuję... A tu hycle są, nie ludzie! padam wam... Nikany nie wstępuj, na oczy im nie właź, bo cie zjedzą! Abo ukąszą tak, że ochota do życia odlatuje... Pany! W harendę wzięli świat od Pana Boga i nie dadzą sie używić nikomu, kto im sie nie okupi... Oni mają honory, dostojności wszelakie, reszta ma skakać przed nimi na piesku... La nich uciechy, tańce, zabawy i karczmy, la komorników nic! psia buda u gnoja...
— Może cie kany kto napastnął? Powiedz!
— E, napastnął!...
— Mówże przecie!
— Ja tu nie gadam o jednym razie, bo sie to widać całe życie tak dzieje...
— Nie właź pomiędzy nich!
— Dyć każ pódę? Swojego świata ni mam, żebych po nim chodził...
— O dyć nie masz, nie, dziecko, nawet kawałeczka!
— To też dorobić sie muszę!
— Mocny Boże! Dorobisz sie ta!
— A dorobię! Jak ino zdrowie bedzie...
— Choćbyś i zdrowie miał...
— Wóla Boska! Ja pódę, kany świat szeroki i bedę szukał pracy, pokiela nie najdę...
— Józuś! Józuś!
— Nie płaczcie. Ja sie przecie wrócę... i z końca świata przylecę, jak napiszecie po mnie...
— O, dyć tak! Mocny Boże! Łatwo to powiedzieć!
— Bedziecie widzieć, że sie wrócę...
— Świat nie mały, kto wie, co ci sie może przytrafić...
— Wóla Boska! Dyć i tu śmierzć człeka nie minie. A mam sie całe życie poniewierać, to wolę rok, dwa roki między ludźmi przebyć i dorobić sie telo, coby se żyć przystojnie. Mam tu ludziom z pod nóg ustępować, jak pies głodny, abo co! Żebych to czucia ni miał, to by mnie krzywda nie bolała. Ale i pies ma czucie, a człowiek ma i duszę! To go boli...
— O boli! boli...
— To widzicie, że darmo! Ostawać ni mogę... Ci z przeciwka bogacze zajedli sie na nas i robią despet, kany sie ino trafi. Stary Chyba wie dobrze, że nas nikt nie broni, że sie nikt za nami nie ujmie... Całe życie wymawia, że na jego siedzimy kamieńcu, na tych skałach przeklętych... Coby miał z nich? powiedzcie! A nie wspomni se przecie, że nieboszczyk nasz tata krwawo zarobił ten kamieniec!... Nie wspomni se! Chciałby, żeby mu robić bez lato za darmo, a nie spyta sie, czy mamy na zimę łyżkę strawy! Zdychajcie, pada, komorniki, żeby sie ino mnie dobrze działo...
— Dyć tak, mocny Boże!
— Takie życie, a nijakie, to jedność... Lepiej odrazu skrzepnąć kany...
— Nie bluźnij!
— Wysługować sie całe życie, nie wiedzieć komu, robić od rana do nocy, bez ustanku, i ni mieć za to co do gęby włożyć?! Pódę we świat, niech bedzie, co chce! Jak zarobię, to przydę...
— Józuś! Józuś!
— Nie krzyczcie. Nic mi sie nie stanie. Tam ludzie są i od nas...
Wstał z wyrka, odziewał się i perswadował matce, żeby się nie trapiła.
— Ale cóż ono ci tak przyszło na myśl? — spytała, gwałtem wstrzymując łzy. — Nic-eś nie gadał, jak i dawniej...
— Mówili mi chłopczyska u kościoła...
— Zbierają sie?
— Dyć ich nie mało pódzie. Namawiali mnie, coby jutro... Juści ja im ta nie przyobiecał, boch sie na was obzierał, co powiecie...
— Co powiem! mocny Boże...
— Myślałech nad tem idęcy do kościoła...
O karczmie nie wspominał, dla siebie schował obrazę. Czuł, żeby stracił upór, który mu dawał siłę, gdyby się wygadał.
— Bedziecie widzieć psie krwie, — myślał sobie — jak ja wam zaśpiewam!
— I tak myślisz już iść do tego światu? — spytała żałośnie po chwili.
— Pódę mamo. Niech bedzie, co chce!
— No dyć dobrze... — zawahała się. — Pódziesz na wólę Boską, to my sie tu musimy bez ciebie obejść... Ale, dyć piniędzy ni ma nijakich... jakże bedzie... Przecie o niczem nie pódziesz tele światy. Trza na drogę...
— Juści trza! — zadumał się Józek. — Wiecie co, matusiu? Przedajcie kozy...
Uląkł się jednak propozycyi i patrzał na matkę nieśmiało, nie wiedział nawet, skąd mu ta myśl przyszła. Może temu, że nic nie było inszego.
Te dwie kozy stanowiły calutkie gospodarstwo. Żywiły ich przez lato.
— I tak na zimę musicie je przedać, bo nima potrawy... — zauważył.
— Kozy przedać — zamyśliła się matka. Stanęły jej na myśli długie, jałowe tygodnie bez mleka. — Juści darmo! Inszego nie ma... Przedać trzeba, nic nie pomoże. Choćby się żywiły cierniakami ku zimie, to, jak mrozy przydą i zaspy, czym je chować? Nie poradzisz człeku, ino tak musi być, jak się konieczności podoba... Kież to jarmak? — spytała.
— Jutro!
— Prawda, wtorek... Tobyś ty jutro szedł?
— Juści, że tak. Bedą czekać na mnie u kościoła.
— Ha! Niech sie dzieje wóla Boska... Zosiu! wstawajże, bo już rano. Nie widzisz, kieli to dzień!
Zbudziła dziewczę, otarła łzy, przyschłe na licu, westchnęła ciężko i poszła rozpalić ogień na nalepie, bo wygasł doznaku.
Zosia zeskoczyła z ławy, na której w kącie miała pościelone grochowe badyle i umyła się wodą z konewki.
— To już teli dzień! ratunecku!
— Dziwuj sie! dziwuj! — rzekła matka.
Niezadługo ustroiła śniadanie i zasiedli wszyscy troje, pożywając w milczeniu dar boski...
Po śniadaniu jęło się każde pracy.
Zośka kozy pognała...
— Ino je napaś! — wołała za nią matka. — Bo jutro nie bedziesz.
— Laczego?
— Kozy pódą na jarmak...
— Na przedaj? — zasmuciła się Zosia.
Józek patyki zwłóczył na ogień i przystrajał, co mógł, przez cały dzień. Margośka porządki robiła koło izby i popłakiwała cicho po kątach. Powoli wlókł się ten dzień smutny. Dużo robót skończyli, zanim noc nadeszła.
Na drugi dzień zrana jeszcze smutniej było w chałupie za wodą.
Józek się zbierał, choć nie dużo miał do zbierania: parę koszul, płócienki i pół kwarty masła.
Nie sporo mu było i dziwna bojaźń przed nieznanem ściskała mu serce.
— Moc Boska! — powtarzał często, starając się zapanować nad sobą i nie pokazać wzruszenia zapłakanej matce.
Robiła ona, co mogła, przystroiła mu na drogę wszystko i kozy napasła świtaniem, ale ciężar wielki przysiadł jej serce i nie ustępował.
— Widzi mi się i widzi, że kogoś wynoszą... — mówiła smutno, pozierając na Józka.
— Bajecie! — odpowiadał z bojaźnią.
— Józuś! Józuś!
— Nie krzyczcie... dyć sie przecie wrócę.
Zosia też pomagała matce płakać, choć nie wiedziała, czemu... Jej się zdawało, że Józek pójdzie, jak na odpust i wróci niedługo. Dziwiło ją tylko, że się z takim smutkiem wybiera. Mówi, że po piniądze jedzie, a smuci się — myślała. Dziwiła się potem, że ją uściskał na ostatku i przeżegnał się w progu.
Matka wyganiała kozy z komórki, kiedy wpadł Wojtek.
— Na jarmak?
— Nie. Do Pesztu...
— Tak daleko?
— Nie blizko...
Wojtek się zastanowił i stanął na boku. Kozy wyszły, za niemi Józek z matką.
— Do Pesztu!... — dumał Wojtek.
Wyskoczył za Józkiem.
— Józuś! — szepnął mu cicho. — Przygotuj tam robotę, to przyjadę...
— Siedź w chałupie, kie ci dobrze...
— Aha, juści! dobrze!
— Co ci jest?
— Z ojcem nie poradzę. Bije mnie...
Odprowadził ich na drogę i wrócił do Zośki.
Józek niósł zawiniątko, szedł obok matki i kozy popędzał na jarmark.
— Kielo dadzą, myślicie?
— Kieby choć dwanaście...
— Trza sie targować...
— Dyć jak? Żeby Bóg opatrzył kupcem...
— Żeby ino Rabczanów nie było!...
— Też to! Gorsi, niż żydzi...
— Żyd oszuka we dwoje, a Rabczan w pięcioro.
— Taki naród okpiśny.
— Choć to krześcijany...
Szli na dół Koninkami i rozmawiali o sprzedaży, to o zimie zawziętej i mroźnej, na jaką wszystko pokazuje. Ale rozmowa urywała się szybko, gdyż oboje myśleli o czym innem. Chwilami matka odwracała się niby nos wysiąkać i ocierała łzy ukradkiem.
Przecie je dostrzegł Józek i starał się oscymać..
— Dyć już nie płaczcie, mamo...
— Tak mi sie samo płacze...
— Przecie tam wiekował nie bedę.
— Nie wiem co, ale mnie sie widzi, że cie już nie zobaczę...
— Moc Boska! Tak nie mówcie. Jeszcze sie dość nacieszymy ze sobą. Przydzie wiesna, to przydę, przywiezę piniędzy i bedzie nam lepiej na tym świecie. Wierzcie mi!
— Mocny Boże! — westchnęła.
— Kupimy se kawałek pola, zasiejemy zbożem i pomału, pomału przydziemy przecie do jakiego majątku. Początek ino trudny, potem samo sie nam bedzie wiedło... Wierzcie mi!
— Dyć dałby Bóg...
— Tak mamo. Nie trapcie sie, nic sie nie trapcie, mówię... Na zimę, to wam przyślę, jak ino zarobię... Nie bedziecie biedować, jak mi Bóg da zdrowie...
I począł roztaczać przed oczyma spłakanej matki barwne tęcze nadziei i złotych planów na przyszłość. Nie rozweselił jej tem, ale uspokoił.
Ludzie się przyłączali ku nim, szli razem ku kościołowi... na jarmark.
Na jarmarku ścisk panował wielki. Ludzie na rynku stali gromadami, a głośną ich gwarę zalewały kłótnie targujących, beki cieląt i nawoływania przekupniów.
Za wodą, na kamieńcu, gdzie miejsce dla bydła, jeszcze większy hałas panował. Kwiki prosiąt przeraźliwe, jakby je ze skóry łupiono, mieszały się z posępnym rykiem wołów i żałośnym bekiem owiec. Istny sąd! Skargi, lamenty zwierzęce tworzą chaos jarmarczny i wypełniają powietrze całe.
Ze zgiełku powszechnego dobywają się wyrazy ludzkie, jak z potoka hucznego bełkoty ciche i częste. Swarzą się całe gromady, to się dwóch przegaduje przy kupnie... Tu jakiś gazda zachwala woły swoje drugiemu, ten gani... Tam Josel, rzeźnik, pod nogi pluje bratu swemu, który go zręcznie podkupił i przeklina w głos cały:
— Żeby się pod tobą ziemia rozstąpiła! A jak ty w te jame bedziesz leciał... żeby cię jeszcze szlag trafił!...
Najgłośniej słychać Rabczanów. Zaklinają się śmiało i w oczy, sto razy przysięgną za prawdę, a dwieście razy oszukają... Plemię, które od kilkudziesięciu lat zajmuje się handlem, plemię chłopskie.
Stanęła Margośka przy płocie. Kozy trzymała na powrózku.
Obskoczyli ją Rabczanie dookoła.
Bojaźliwem okiem szukała Józka, stracił się jej... Musi sama sprzedawać.
— Wiele za to?
— Dyć piętnaście...
— Kpiny, czy co?!
Poczęli się rzucać.
— Na sumienie mojego ojca daję siedem!
— Ja półosma!
— Ja dam osiem!
— Ani centa!
— Żebych nogi połamał, jak dam więcy!
Kłócili się przez kwadrans, wszyscy dla jednego. Otumanili Margośkę doznaku i zapłacili wreszcie dziesięć reńskich.
— No, chwałaż Bogu! — szepnęła Margośka, czując w ręku pieniądze. — Gotowi byli nic nie dać... Co za naród!
Obejrzała się z miłością na kozy, przeżegnała je na ostatku i poszła szukać Józka. Znalazła go. Stał pod ratuszem z parobkami. Wszyscy już byli gotowi do drogi.
— Przedaliście?
— Z wólą Boską...
— Za kielo?
— Nie za dużo Józuś, nie. Za dziesięć...
— Chwała Bogu.
— Już idziecie?
Popatrzyła na niego żałośnie.
— Dyć ino na mnie czekają...
— Poczekajże...
Sięgnęła ręką do zanadrza, wyjęła gałganek, rozwinęła i poczęła rachować.
— Jeden, dwa, trzy... masz calutkie dziesięć. Naści-że!
— Jeden se ostawcie... — szepnął Józek, odbierając.
— Na co?
— Przyda się, choć na sól...
— Schowaj! My sie ta obejdziemy. Prędzej sie tobie przyda...
— To wam przyślę.
— Proś Boga naprzód o zdrowie. Nie trap sie o nas. Wyżyjemy jako...
— No, idziemy? — ozwało się paru.
— Mój Józuś! Jeszczech ci też zabaczyła pedzieć, że sie też nie wdaj z byle kim, patrz roboty, a zdrowia se też szanuj, byś po niewczasie...
— No, no, dobrze!
— A pisz nam też tu, jako ci sie tam bedzie powodzić.
— Ostańcie z Bogiem!... — szepnął, całując ją w rękę.
— Józuś! Józuś! — załkała głośno.
Ujęła głowę jego pochyloną w obie dłonie, a łzy cióreckiem spadały na włosy.
— Niech cie Pan Bóg ma w swojej opiece... Matka Najświętsza...
Nie mogła słowa dalej wypowiedzieć. Ucałowała mokre włosy i przeżegnała krzyżem świętym.
— Bo już czas! — zawołali.
Józek się złączył z nimi i ruszyli gromadą na kolej. Zdala obejrzał się na matkę i rękawem otarł łzawe oczy.
— Moc Boska! — szepnął sobie, idąc za drugimi.
Margośka stała długo i, patrząc za Józkiem, gryzła trok lnianej łoktusy, którą była zaodziana. A łzy, jak groch okrągły, staczały się po dłoni na ziemię.
Potrącali ją ludzie. Usuwała się machinalnie i patrzała w tę stronę, gdzie Józek poszedł — do światu...
Wreszcie poleciła go myślą Bogu i poszła płaczęcy do chałupy.
Zosia wyleciała naprzeciwko niej, ku wodzie.
— Mamo! kanyż kozy?
— Przedane.
— A Józuś?
— Józuś... — nie mogła mówić, dławiły ją łzy. — Pojechał moje dziecko...
— Ale wróci wnet?
— Wróci.
— Żal wam tych kóz, mamusiu? — spytała, widząc łzy na oczach.
— Podź, podź dziecko. Nie gadaj...
Przyszły do chałupy.
Matka usiadła na ławie i nawet się jej zdjąć łachów nie chciało.
— Jak tu pusto w tej izbie! — szepnęła.
— Nie żałujcie, mamusiu, przydzie jarmak, to kupimy insze i bedzie...
— Moje dziecko... — przyciągnęła ją ku sobie. — Moje dziecko!...
Płakała nad nią długi czas, a Zosia pocieszała ją, jak mogła.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Szła zima mroźna, zima bez nadziei dla biednych komorników. Co kto miał, to zwiózł z pola i schował głęboko. Komornicy nic nie mieli do schowania. Bóg dobry, Matka Boska, to ich nie opuszczą...
Opustoszały pola i straszą dziką posępnością... Zdaje się, że świat cały jest jednym ugorem. Rzadkie, zielone płaty oziminy zdają się być nikłem, przyczajonem życiem, co się dopiero na wiosnę rozbudzi...
Martwica schodzi już na ziemię i w szkielety zamienia soczyste łodygi roślin.
Do słońca bielą się suche ściernie i szarzeją wilgotne, świeże ziemniaczyska. Pustka i pustka dookoła...
Szalone wichry gonią się po ugorach, wieszają po konarach i jęczą...
Słońce ostygło, nie dogrzewa, ziemia lodowacieje, mróz...
Przylatują z wiatrem płatki śniegu, bieluśkie, jak puch... Pewnie tam w niebie rozsypują pierze i leci, leci na tę ziemię. Żeby to manna dziś leciała, mój Boże! — myślą biedni. — Pan Bóg łaskawszy był drzewiej na ludzi... Nie inaczej!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.