Komedja o człowieku który zaślubił niemowę/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Komedja o człowieku który zaślubił niemowę
Pochodzenie Teatr dla wszystkich
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów i Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. La Comédie de celui qui épousa une femme muette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT II.

SCENA PIERWSZA.
LEONARD, MISTRZ ADAM FUMÉE.

Fumée. Dobry wieczór wam, panie sędzio. Jak wasze zdrowie?
Leonard. Nieźle; a wasze?
Fumée. Jak najlepiej. Wybaczcie mą natrętność, szanowny sędzio i kochany mój dawny kolego. Czy rozpatrzyliście sprawę mojej pupilki, ograbionej przez swego opiekuna?
Leonard. Jeszcze nie, mistrzu Adamie... Ale co wy mi powiadacie? Wyście ograbili waszą pupilkę?
Fumée. Boże uchowaj! Jeżeli mówię „moja pupilka“, to jedynie z czystej życzliwości. Ja jestem jej adwokatem. I jeśli odzyska swój majątek, który jest niemały, wówczas ją zaślubię; byłem już tak przezorny, iż zapewniłem sobie jej miłość. Dlatego też byłbym Wam bardzo wdzięczny, gdybyście chcieli rozpatrzeć jej sprawę w jak najkrótszym czasie. Wystarczy wam do tego przeczytać mój memorjał; znajdziecie tam wszystko, czego wam potrzeba.
Leonard. Wasz memorjał, mistrzu Adamie, spoczywa tam, na stole. Byłbym go już z pewnością załatwił, gdyby nie to, że byłem zajęty. Podejmowałem w swoim domu kwiat fakultetu lekarskiego, i to z waszej porady nabawiłem się tego całego kłopotu.
Fumée. Co chcecie przez to powiedzieć?
Leonard. Zawezwałem słynnego lekarza, o którym mi wspominaliście, mistrza Szymona Colline. Zjawił się wraz z chirurgiem i aptekarzem; zbadał Katarzynę, moją żonę, od stóp aż do głowy, aby przekonać się, czy jest niemą. Następnie chirurg podciął wiązadełko mojej drogiej małżonce, aptekarz dał jej lekarstwo i przemówiła.
Fumée. Przemówiła? I na to potrzeba jej było zażywać lekarstwo?
Leonard. Tak, z przyczyny wzajemnej sympatji organów.
Fumée. A!... Ale najważniejsze jest to, że przemówiła. I cóż powiedziała?
Leonard. Powiedziała: „Przynieś mi zwierciadło“. A widząc mnie pełnego wzruszenia i radości, dodała: „Mój aniołku, kupisz mi na moje imieniny suknię jedwabną i czapeczkę obramioną aksamitem“.
Fumée. I potem już mówiła?
Leonard. Nie przerwała ani na chwilę.
Fumée. I nie dziękujecie mi za radę, którą Wam udzieliłem! Nie dziękujecie mi za to, iż zaleciłem wam owego wielkiego lekarza! Nie jesteście szczęśliwi, słysząc głos waszej zacnej małżonki?
Leonard. Ależ owszem! Dziękuję wam z całego serca, mistrzu Adamie i jestem bardzo szczęśliwy, słysząc głos mojej małżonki.
Fumée. Nie! wy nie okazujecie tyle radości, ileby należało. Jest coś, czego nie chcecie powiedzieć, a co was gryzie.
Leonard. Skądże wam to się przywidziało?
Fumée. Z waszej twarzy... Co was jeszcze trapi? Czy wasza pani nie mówi dość dobrze?
Leonard. Mówi dobrze i dużo. Przyznam się wam, mistrzu Adamie, iż obfitość jej wymowy niepokoiłaby mnie, gdyby miała się utrzymać na tym stopniu, jaki osiągnęła z samego początku.
Fumée. Miałem przeczucie czegoś podobnego, szanowny panie sędzio. Ale nie trzeba tak zaraz rozpaczać. Być może, iż ten wypływ uspokoi się zczasem. To pierwszy wybuch źródła, które niespodzianie zostało otwarte... Moje uszanowanie, panie sędzio. Moja pupilka zowie się Ermelina de la Garandiére. Nie zapominajcie jej imienia; bądźcie względni dla jej sprawy, a nie spotkacie się z niewdzięcznością. Powrócę dziś wieczorem.
Leonard. Żegnam was, mistrzu Adamie; natychmiast przystąpię do rozpatrzenia waszej sprawy.


SCENA DRUGA.
LEONARD, potem KATARZYNA.

Leonard (czytając). „Memorjał w sprawie panny Ermeliny-Jacenty-Marty de la Garandiére“.
Katarzyna (która weszła i usiadła przy swoim kołowrotku tuż koło stołu. Mówi z nadzwyczajną płynnością). Co ty tam robisz, mój drogi? Zdajesz się być zajęty. Wogóle ty dużo pracujesz. Czy nie lękasz się, że ci to zaszkodzi? Trzeba wytchnąć od czasu do czasu. Ale nie odpowiadasz mi; co ty tam robisz, mój drogi?
Leonard. Aniołku, to...
Katarzyna. Czyż to taka tajemnica? Czy nie wolno mi tego wiedzieć?
Leonard. Aniołku, ja...
Katarzyna. Jeśli to tajemnica, to proszę cię, nic mi nie mów.
Leonard. Ależ dajże mi chwilkę czasu, abym ci mógł odpowiedzieć. Rozpatruję pewną sprawę i gotuję się do wydania wyroku.
Katarzyna. Czy to ważna rzecz, wydawać wyrok?
Leonard. Bez wątpienia. Nie tylko honor, wolność, a niekiedy i życie ludzkie zawisło od tego; ale prócz tego sędzia roztacza w nim głębokość swego umysłu i wytworność swego wysłowienia.
Katarzyna. Zatem rozpatruj swoją sprawę i sporządzaj swój wyrok, mój aniołku. Już nic nie powiem.
Leonard. Doskonale. (Czytając). „Panna Ermelina-Jacenta-Marta de la Garandiére...“
Katarzyna. Mój drogi, jak ty myślisz, w czem mi będzie bardziej do twarzy, czy w sukni z adamaszku, czy w kostjumie tureckim, całym z aksamitu?
Leonard. Ja nie wiem, ja...
Katarzyna. Mnie się zdaje, że satynka w kwiatki byłaby stosowniejsza do mojego wieku, zwłaszcza o ileby była jasna, a kwiatki bardzo drobne...
Leonard. Być może! ale ja...
Katarzyna. I czy nie myślisz, mój drogi, że nie miałoby sensu, żeby robić za wiele zakładek w spódnicy. Oczywiście, że trzeba, żeby się fałdowała, inaczejby człowiek wyglądał nieubrany i materji na spódnicę nie powinno się skąpić. Ale czyżbyś chciał, mój, drogi, żebym nosiła fałdy, w którychby się mogło zmieścić dwóch kawalerów? Ta moda upadnie; przyjdzie pora, że prawdziwe damy ją porzucą a mieszczki pójdą za ich przykładem. Czy nie myślisz?
Leonard. Owszem! ale...
Katarzyna. Za to, co się tyczy trzewiczków, to muszę je wybrać bardzo starannie. Z nóżki sądzi się kobietę i prawdziwą elegantkę poznaje się po trzewiku. Czy nie przyznajesz tego?
Leonard. Bez wątpienia; ale...
Katarzyna. Układaj swój wyrok. Już nic nie powiem.
Leonard. Doskonale! (Czytając i robiąc notatki). „Tedy opiekun pomienionej panny, pan Hugon Tomassin de Piédeloup, ograbił tęż pannę z jej...“
Katarzyna. Mój aniołku, jeżeli to, co mówi pani prezydentowa de Montbadon jest prawdą, to świat jest dziś bardzo zepsuty; okropne rzeczy się dzieją: dzisiejsi młodzi ludzie zamiast myśleć o uczciwem małżeństwie, nadskakują starym babom siedzącym na złocie, a przez ten czas uczciwe panienki osiadają na lodzie. Czyż to jest możliwe? Powiedzże, mój aniołku?
Leonard. Moja droga, zechciej przez chwilkę być cicho, albo idź mówić gdzie indziej. Nie wiem już doprawdy, gdzie moja głowa.
Katarzyna. Bądź spokojny, aniołku. Nie powiem już ani słowa.
Leonard. Chwała Panu Bogu! (Pisząc). „Tenże pan de Piédeloup, tak przy koszeniu siana, jak przy wybieraniu kartofli“.
Katarzyna. Mój aniołku, mamy dziś na kolację potrawkę baranią i resztkę gęsi, którą dostaliśmy od strony skarżącej. Czy to dosyć, powiedz? Czy ci to wystarczy? Nienawidzę sknerstwa i lubię stół dostatni, ale pocóż przyrządzać stosy potraw, które wracają nietknięte do kredensu. Życie robi się coraz kosztowniejsze. Na targu drobiu, na targu jarzyn, u rzeźnika, u owocarki, wszystko tak podrożało, że niedługo taniej wypadnie posyłać po obiad do traktjerni.
Leonard. Proszę cię, duszko... (pisząc): „Sierota od urodzenia...“
Katarzyna. Zobaczysz, że do tego dojdzie. Fakt jest, że kapłon, kuropatwa, zając, mniej kosztują już naszpikowane i upieczone, niż kupione żywe jeszcze na targu. To stąd pochodzi, że traktjernicy, kupując je hurtownie, dostają je po niskich cenach i mogą sprzedawać bardzo przystępnie. Nie mówię, żebyśmy mieli posyłać na miasto po nasz codzienny obiad, to zawsze można ugotować w domu; ale kiedy się chce podejmować przyjaciół, kiedy się daje proszoną biesiadę, najtaniej i najpraktyczniej jest wziąć wszystko poprostu z miasta. Traktjernik i pasztetnik w niespełna godzinę gotowi są przyrządzić obiad na dwanaście, na piętnaście, na dwadzieścia osób; dostarczą ci wszystkiego; pieczyste, drób, przyprawy, torty, ciasta, desery. To bardzo wygodne. Czy nie uważasz tego, Leonardzie?
Leonard. Przez litość!...
Katarzyna. To nic dziwnego, że wszystko drożeje. Zbytek w jedzeniu robi się z każdym dniem niemożliwszy. Skoro tylko ktoś ma przyjąć w domu krewnego lub przyjaciela, nie zadawala się już zwykłemi trzema daniami: zupa, pieczyste, owoce. Już zaraz każdy chce mieć mięso przyrządzone na pięć czy sześć różnych sposobów, z takimi sosami, przystawkami, pasztetami, że z tego wszystkiego robi się prawdziwy bigos. Czy ty nie uważasz, że to nie ma żadnego sensu? Ja nie rozumiem poprostu, co w tem jest za przyjemność, aby się obładowywać tyloma mięsiwami. To nie znaczy, żebym miała gardzić dobrze przyrządzoną potrawą; owszem, lubię smacznie zjeść. Lubię mało, a wykwintnie. Lubię zwłaszcza nereczki z koguta i denka od karczochów. A ty, Leonardzie, ty znowu masz słabość do flaków i kiełbasek. Fe, doprawdy, jak można lubić kiełbaski?!
Leonard (chwytając się rękami za głowę): Oszaleję! Czuję, że oszaleję.
Katarzyna. Mój drogi, już nic nie powiem, bo mogłabym ci przeszkodzić w pracy.
Leonard. Obyś mogła tego dotrzymać!
Katarzyna. Ust nie otworzę.
Leonard. Doskonale.
Katarzyna. Widzisz mój złoty: już nic nie mówię.
Leonard. Widzę.
Katarzyna. Pozwalam ci pracować w spokoju...
Leonard. Pozwalasz.
Katarzyna. I układać bez przeszkody swój wyrok. Czy prędko będziesz gotowy?
Leonard. Nigdy nie będzie, jeżeli nie zechcesz być cicho. (Pisząc):Item, sto dwadzieścia lirów renty, które tenże niegodny opiekun wyłudził biednej sierocie...“
Katarzyna. Słuchaj! Cicho! Słuchaj! Czy to nie wołają do ognia? Zdawało mi się, żem słyszała. Ale możem się i pomyliła. Czy może być coś okropniejszego, niż pożar? Ogień jest jeszcze straszliwszy od wody. W przeszłym roku widziałam, jak paliły się domy w Pont-au-Change. Co za zamęt! Co za szkody! Mieszkańcy wyrzucali swoje sprzęty do rzeki i sami wyskakiwali przez okna. Nie wiedzieli sami, co robią; przestrach odbierał im rozum.
Leonard. Boże miej litość nade mną!
Katarzyna. Czego wzdychasz, aniołku? Powiedz mi, co ci dolega?
Leonard. Już nie mogę!...
Katarzyna. Odpocznij trochę, Leonardzie. Nie jest dobrze tak się przemęczać. To jest doprawdy nierozsądnie i źle czyni, kto...
Leonard. Czyż ty nigdy nie będziesz raz cicho?
Katarzyna. Nie gniewaj się, mój drogi. Już nie powiem ani słowa.
Leonard. Dałby Bóg!
Katarzyna (wyglądając przez okno). Oho, idzie pani de la Bruine, żona prokuratora; ma kapelusz obramiony jedwabiem i duży płaszcz na sukni z brokatu. Idzie za nią lokaj, — wyschnięty, jak śledź wędzony. O, Leonardzie, patrzy w tę stronę, wygląda, jakby tu wybierała się z wizytą. Uporządkujże prędko fotele na jej przyjęcie; trzeba każdego umieć przyjąć wedle jego znaczenia i stanowiska. Zatrzymuje się przed naszą bramą. Nie, mija; już minęła. Może mi się wydawało. Może to nie ona. Nie zawsze można tak poznać kogoś odrazu. Ale jeżeli to nie ona, to ktoś co ją przypomina, a nawet bardzo ją przypomina. Nie, gdy nad tem pomyślę, to jestem pewna, że to ona; niema w Paryżu drugiej kobiety, któraby była tak podobna do pani de la Bruine. Powiedz mi... mój drogi... czy byłbyś kontent, gdyby pani de la Bruine wybrała się do nas z wizytą? (Siada na stole). Ty, który nie lubisz kobiet gadatliwych, możesz się cieszyć, że się z nią nie ożeniłeś: gada, jak sroka, szczebiocze od rana do wieczora. Co za terkotka! I do tego opowiada czasem rzeczy, które nie świadczą o niej bardzo zaszczytnie. (Leonard, zrozpaczony wchodzi na drabinę ze swoim kałamarzem i siada na najwyższym stopniu, próbując pisać). Przedewszystkiem wylicza wszystkie podarki, jakie jej mąż dostaje od stron. Słuchać tego — to doprawdy nie jest zabawne. (Wchodzi z drugiej strony na podwójną drabinkę i siada naprzeciwko Leonarda). Co nas to może obchodzić, że prokurator de la Bruine dostaje zwierzynę, mąkę, ryby, lub głowę cukru? Za to pani de la Bruine nikomu nie opowiada, że jej mąż dostał pewnego dnia duży pasztet strassburski i, gdy otworzył, znalazł w środku jedynie wielką parę rogów.
Leonard. Głowa mi pęka! (Chroni się ze swoimi przyborami do pisania na szafę).
Katarzyna (na szczycie drabinki). Czy widziałeś tę prokuratorkę, — bo ostatecznie nie jest niczem więcej jak żoną prokuratora. — Nosi haftowany kapelusik, jak jaka księżniczka. Czy nie uważasz, że to jest poprostu śmieszne? Ale dzisiaj każdy chce żyć ponad swój stan, tak kobiety, jak i mężczyźni. Młode piszczyki z sądu chcą uchodzić za wielką szlachtę: noszą złote łańcuchy, złote okówki, kapelusze z piórami; pomimo to, każdy wie dobrze, za co ma ich uważać.
Leonard (na szafie): Jeszcze chwila a nie odpowiadam za siebie i czuję się zdolnym do popełnienia zbrodni. (Wołając): Gilles! Gilles! Gilles! hultaju! Gilles! Alizon! Gilles! Gilles! (Wpada Gilles); Biegnij prędko szukać słynnego lekarza z placu Buci, mistrza Szymona Colline i powiedz mu, aby natychmiast powrócił dla sprawy o wiele ważniejszej i bardziej naglącej, niż poprzednia.
Gilles. Idę, panie sędzio. (Wychodzi).
Katarzyna. Co tobie się dzieje, mój drogi? Wydajesz się jakiś podrażniony. To może z tego, że dzień jest tak parny. Nie?... No, to może wiatr wschodni, czy nie myślisz? Albo może ryba, którą jadłeś na obiad — —
Leonard (wydając na szafie oznaki szaleństwa). Non omnia possumus omnes! Każdy ma swoją właściwość: kramarze mierzą łokciem towary, mnichy żebrzą, ptaki wszędzie robią nieporządek, a kobiety paplają, jak obłąkane. O, jakżeż ja żałuję, sroko jedna, że ci pozwoliłem podciąć twój język. Ale bądź spokojna; ten wielki doktór zrobi cię z powrotem równie niemą, jak przedtem. (Chwyta garściami pliki aktów nagromadzone na szafie i rzuca je na głowę Katarzynie, która zbiega zręcznie z drabiny i ucieka po wewnętrznych schodach, krzycząc):
Katarzyna. Na pomoc! Mój mąż oszalał! Na pomoc!
Leonard. Alizon! Alizon!
Katarzyna. Na miłość boską, panie, czy pan chce zostać mordercą?
Leonard. Alizon, biegnij za nią, bądź wciąż koło niej, i nie pozwól jej zejść tutaj. Na Boga żywego, Alizon, nie pozwól jej zejść tutaj!!! Gdybym jej jeszcze chwilę słuchał, zwarjowałbym i sam Bóg nie wie, cobym mógł zrobić z nią i z tobą. Biegnij! (Alizon wchodzi po schodach).


SCENA TRZECIA.
LEONARD, MISTRZ ADAM, PANNA DE LA GARANDIÉRE (za którą idzie LOKAJ — z koszem).

Mistrz Adam Fumée. Pozwólcie, panie sędzio, abym, chcąc zmiękczyć wasze serce i poruszyć wasze uczucia, przedstawił wam tę młodą sierotę, która, ograbiona przez chciwego opiekuna, błaga waszej sprawiedliwości. Jej oczy lepiej przemówią do waszej duszy, od mojego głosu. Panna de la Garandiére przynosi wam swoje łzy i swoje prośby; dołącza do nich szynkę, dwa kacze pasztety, gęś i trzy zające. Ośmiela się oczekiwać wzamian przychylnego wyroku.
Leonard. Sprawa pani interesuje mnie coraz więcej... Czy ma pani jeszcze co do dodania na swoją obronę?
Panna de la Garandiére. Jest pan zbyt łaskaw, panie sędzio; zdaję się na to, co przed chwilą powiedział tu mój opiekun.
Leonard. Zatem to wszystko?
Panna de la Garandiére. Tak, panie sędzio.
Leonard. Dobrze mówi; mało mówi. Ta sierota jest istotnie wzruszająca. (Do lokaja): Zanieś to do kredensu. (Lokaj wychodzi). (Do Mistrza Adama): Mistrzu Adamie, gdyście się tu zjawili, układałem właśnie wyrok, który niebawem wydam w sprawie tej panienki. (Schodzi z szafy).
Fumée. Jakto? Na tej szafie?
Leonard. Sam nie wiem, co się ze mną dzieje; głowę mam, jak rozbitą. Czy chcecie posłuchać wyroku. Sam potrzebuję go jeszcze odczytać. (Czyta): „Zważywszy, iż panna de la Garandiére, sierota od urodzenia, ograbiła podstępnie i złośliwie pana Piédeloup, swego opiekuna, z dziesięciu pokosów siana, ośmdziesięciu funtów ryby w stawie, zważywszy, że niema nic bardziej przerażającego od pożaru, zważywszy, że p. prokurator otrzymał pasztet amieński, w którym znachodziła się para rogów...“
Fumée. Przez Boga! co to wszystko znaczy?
Leonard. Nie pytajcie, mistrzu Adamie; ja sam nic nie rozumiem. Mam uczucie, że djabeł mi na dwie godziny wpakował mózgownicę do moździerza. Stałem się zupełnym idjotą. A to z waszej winy, mistrzu Adamie... Gdyby ten dobry doktór nie był przywrócił mowy mojej żonie...
Fumée. Nie wińcie mnie, panie Leonardzie. Wszakci was ostrzegałem. Mówiłem wam wyraźnie, że trzeba nie raz i nie dwa się zastanowić, zanim się rozpęta język kobiety.
Leonard. Ach, mistrzu Adamie, jakżeż żałuję owego czasu, kiedy Katarzyna była niemową! Nie, cała natura nie ma straszliwszej plagi jak gadatliwa kobieta. Ale pokrzepiam się nadzieją, że lekarze cofną niebawem to swoje okrutne dobrodziejstwo. Kazałem ich zawołać: oto już widzę chirurga.


SCENA CZWARTA.
CIŻ SAMI, MISTRZ JAN MAUGIER, potem MISTRZ SZYMON COLLINE i M. SERAFIN DULAURIER; za nimi DWAJ MALI POMOCNICY APTEKARSCY.

Maugier. Panie sędzio, mam zaszczyt pana powitać. Oto mistrz Szymon Colline, który zjawia się właśnie na swoim mule, a za nim kroczy mistrz Serafin Dulaurier, aptekarz. Około niego tłoczy się lud pełen uwielbienia; dziewczęta służebne unoszące zgrabnie swoje spódniczki i kuchciki ze swymi koszami na głowie stanowią jego orszak. (Wchodzi mistrz Szymon Colline i jego towarzysze). O, jak sprawiedliwie mistrz Szymon Colline budzi to uwielbienie u ludu, gdy kroczy przez miasto ubrany w swą togę, biret i rabat na szyi! O, jakaż wdzięczność należy się tym dobrym lekarzom, którzy trudzą się niezmordowanie, aby utrzymać nas przy zdrowiu i pielęgnować nas gdy....
Mistrz Szymon (do mistrza Jana Maugier). Dosyć już, dosyć...
Leonard. Mistrzu Szymonie Colline, spieszno mi było was ujrzeć. Żądam bezzwłocznie waszej pomocy.
Mistrz Szymon. Czy dla was, panie sędzio? Cóż wam dolega? O cóż idzie?
Leonard. Nie! dla mojej żony; tej, która była niemą.
Mistrz Szymon. Czy doznaje jakich dolegliwości?
Leonard. Najmniejszych. Wszystkie dolegliwości są po mojej stronie.
Mistrz Szymon. Jakże więc? Pan jesteś cierpiący, a leczyć każesz mi swoją żonę?
Leonard. Mistrzu Szymonie Colline, za wiele gada. Trzeba jej było dać mowę, ale nie w takiej obfitości. Od czasu, jak ją wyleczyliście z jej niemoty, doprowadza mnie do szaleństwa. Nie mogę słuchać dłużej jej głosu. Wezwałem Was, abyście ją napowrót uczynili niemą.
Mistrz Szymon. To jest niepodobieństwo!
Leonard. Co mówicie, mistrzu! Nie jesteście w mocy odjąć jej mowę, którą samiście ją obdarowali?
Mistrz Szymon. Nie! Nie możemy. Sztuka nasza jest wielka, ale tak daleko nie sięga.
Mistrz Maugier. Tak; to jest niemożliwe.
Mistrz Serafin. Wszystkie nasze wysiłki byłyby tutaj daremne.
Mistrz Szymon. Mamy środki, aby rozwiązać język kobiety; nie mamy żadnych, aby ją zmusić do milczenia.
Leonard. Nie macie na to środka? Co wy mi mówicie? Wtrącacie mnie w czarną rozpacz.
Mistrz Szymon. Niestety, panie sędzio, niema eliksiru, balsamu, magisterium, opiatu, maści, plastra, przyżegania, okładu, któryby mógł uleczyć u niewiasty niepowściągliwość jej języka. Wszystkie drjakwie, wszystkie zioła opisane przez Dioskoridesa nie mają na to, żadnego działania.
Leonard. Prawdęż powiadacie?
Mistrz Szymon. Obraziłbyś nas, panie, swojem powątpiewaniem.
Leonard. W takim razie jestem człowiekiem zgubionym. Nie pozostaje mi nic, jak tylko rzucić się do Sekwany, z kamieniem u szyi. Nie mogę żyć w takim hałasie. Jeśli nie chcecie, abym się natychmiast utopił, musicie, panowie doktorzy, znaleźć mi jakieś lekarstwo.
Mistrz Szymon. Już wam mówiłem, że dla waszej żony niema żadnego. Ale dla panaby się znalazło, gdybyś się pan na nie zgodził.
Leonard. Wracacie mi odrobinę nadziei. Błagam was, tłómaczcie się jasno.
Mistrz Szymon. Na paplanie żony waszej istnieje jedno jedyne lekarstwo: głuchota męża.
Leonard. Co chcecie przez to powiedzieć?
Mistrz Szymon. To, co mówię.
Fumée. Nie pojmujecie? Ależ to najpiękniejszy pomysł na świecie. Nie mogąc uczynić waszej żony niemową, ten wielki lekarz ofiaruje się uczynić was głuchym.
Leonard. Głuchym, — tak na dobre?
Mistrz Szymon. Oczywiście. Wyleczę pana szybko i radykalnie z niepowściągliwości słownej pańskiej małżonki zapomocą kophozy.
Leonard. Zapomocą kophozy? Cóż to jest ta kophoza?
Mistrz Szymon. To, co pospolicie nazywa się głuchotą. Czy widzisz pan jaką niedogodność w tem, aby zostać głuchym?
Leonard. Spodziewam się, że ją widzę; bo też i jest.
Mistrz Jan. Tak pan uważa?
Mistrz Serafin. Jaką?
Mistrz Szymon. Jesteś pan sędzią. Cóż w tem jest za niedozgodność, aby sędzia był głuchym?
Fumée. Niema żadnej. Mnie możecie wierzyć: ja należę do ciała prawniczego. Niema żadnej.
Mistrz Szymon. Czy wynikłaby z tego jaka szkoda dla sprawiedliwości?
Fumée. Zupełnie żadna. Przeciwnie: pan Leonard Botal nie słyszałby ani wywodów adwokatów, ani też stron skarżących, nie groziłoby mu przeto niebezpieczeństwo wprowadzenia w błąd przez ich kłamstwa.
Leonard. W samej rzeczy.
Fumée. Sądzićby mógł tem sprawiedliwiej.
Leonard. To być może.
Fumée. O tem nie można wątpić.
Leonard. Ale jak się uskutecznia to...
Mistrz Jan. Leczenie...
Mistrz Szymon. Kophozę czyli głuchotę można osiągnąć w rozmaity sposób. Nawiedza ona człowieka wskutek cieczenia z ucha, albo przez obrzęk gruczołów, albo przez zapalenie ucha, albo przez zwapnienie albo zrośnięcie kosteczek. Ale te wszystkie sposoby są długie i bolesne.
Leonard. Odrzucam je! Odrzucam je ze wszystkich sił.
Mistrz Szymon. I ma pan słuszność. Daleko właściwiej jest osiągnąć kophozę zapomocą pewnego białego proszku, który mam w torebce i którego szczypta wprowadzona do ucha wystarczy, aby cię uczynić równie głuchym, jak pień albo jak niebo w chwilach swego gniewu.
Leonard. Dzięki wam, mistrzu Szymonie. Schowajże swój proszek. Nie chcę być głuchym.
Mistrz Szymon. Jakto, nie chcesz być głuchym? Jakto, odtrącasz kohozę? Uchylasz się od leczenia, o które błagałeś przed chwilą! O, jak często spotyka się i jaką boleść sączy w duszę dobrego lekarza widok nieposłusznego pacjenta, który odtrąca zbawcze lekarstwo...
Mistrz Jan. Wydziera się staraniom, które mogłyby mu przynieść ulgę w jego cierpieniach...
Mistrz Serafin. I nie chce wprost być wyleczonym.
Fumée. Nie postanawiaj zbyt pospiesznie o tej rzeczy, panie Leonardzie i nie odpychaj tak stanowczo przykrości, która mogłaby cię ochronić od innej — znacznie dotkliwszej.
Leonard. Nie, nie chcę być głuchym; nie chcę waszego proszku.


SCENA PIĄTA.
CIŻ SAMI, potem ALIZON, potem KATARZYNA.

Alizon (zbiegając po schodach i zatykając sobie uszy). Już nie mogę. Głowa mi pęka. Nie jest w ludzkiej mocy znosić dłużej podobne brzęczenie. Nie ustaje ani na chwilę. Mam uczucie, że od dwóch godzin jestem w kole młyńskiem...
Leonard. Nieszczęśliwa! Nie pozwól jej zejść. Alizon! Gilles! Niech ją zamkną!
Fumée. Och, panie sędzio!
Panna de la Garandiére. Och, panie, czy możesz mieć duszę tak czarną, aby chcieć uwięzić tę biedną istotę?
Katarzyna. Cóż za piękne i liczne zgromadzenie. Witam panów uniżenie. (Składa ukłon).
Mistrz Szymon. I cóż, proszę pani? Czy nie jest pani zadowolona z naszych usług? Czy nie dobrze rozplątaliśmy pani języczek?
Katarzyna. Wcale dobrze, moi panowie i bardzo wam jestem za to obowiązana. W pierwszej chwili nie mogłam wymawiać wyrazów dość płynnie. Ale teraz mówienie nie sprawia mi żadnych trudności; mimo to posługuję się niem umiarkowanie, bo kobieta gadatliwa jest istną plagą domową. Doprawdy, panowie, byłabym w rozpaczy, gdybyście mogli pomawiać mnie o gadulstwo i gdybyście przypuszczali, że dręczy mnie świerzbiączka ustawnego rozprawiania. Dlatego też, proszę was o pozwolenie usprawiedliwienia się zaraz tutaj w oczach mojego męża, który, uprzedzony przeciw mnie, nie wiem z jakiego pozoru, mógł sobie wyobrazić, że moje odezwania się były powodem jego przykrego roztargnienia w czasie układania wyroku. Był to właśnie wyrok na korzyść młodej sieroty pozbawionej w kwiecie swej młodości ojca i matki. Ale mniejsza o to. Siedziałam koło niego i mogę powiedzieć, że nie odzywałam się do niego ani słowem. Jedyną moją wymową była moja obecność. Czyż mąż może się na to uskarżać? Czyż może brać za złe swojej małżonce, że trzyma się blisko niego i poszukuje jego towarzystwa, jak to jest jej obowiązkiem? (Do swego męża): Im więcej się zastanawiam, tem trudniej mogę zrozumieć twoje zniecierpliwienie. Jakaż może być jego przyczyna? Nie próbuj opierać się przy pretekście mojej jakoby gadatliwości. To się nie trzyma jedno drugiego. Mój drogi, ty musisz mieć coś przeciw mnie, coś, czego przyczyn nie znam. Proszę cię, abyś mi to wprost powiedział. Należy mi się od ciebie wyjaśnienie i gdy będę wiedziała, co cię pogniewało, będę się starała postępować na przyszłość tak, aby ci oszczędzić tej przykrości z chwilą, gdy mi ją wyłożysz. Gdyż niczego więcej nie pragnę, jak tego, aby w niczem nie ściągnąć na siebie twego niezadowolenia. Moja matka mawiała: „Pomiędzy małżeństwem nie powinno być żadnych sekretów“. Miała wielką słuszność. Często zdarza się, że mąż lub żona, ukrywając coś jedno przed drugiem, ściąga na cały dom i na siebie samych najstraszliwsze nieszczęścia. Oto, co się naprzykład zdarzyło pani prezydentowej de Beaupreau. Chcąc zrobić swemu mężowi miłą niespodziankę, ukryła w swoim kufrze małego prosiaczka. Mąż usłyszał jego kwiczenie i myśląc, że to jest głos jakiegoś gaszka, wyciągnął szpadę i przeszył nią serce swojej żony, zanim mógł usłyszeć tłumaczenie nieszczęśliwej kobiety. Wyobraźcie sobie jego zdumienie i rozpacz, skoro otworzył kufer. Dlatego nie powinno się bawić w żadne ukrywania, nawet w dobrej intencji. Możesz wszystko wydobyć na wierzch przy tych panach. Nie mam nic na sumieniu i wszystko co możesz powiedzieć, ujawni tylko moją niewinność.
Leonard (który od kilku chwil usiłuje napróżno zapomocą gestów i krzyków zatrzymać potok słów Katarzyny i który dawał już oznaki najwyższego zniecierpliwienia). Proszek! proszek! Mistrzu Szymonie Colline, wasz proszek, wasz biały proszek... przez litość boską!
Mistrz Szymon. W istocie, nigdy jeszcze proszek na ogłuszenie nie był bardziej potrzebny. Zechciej pan usiąść, panie sędzio, Mistrz Serafin Dulaurier zadmuchnie ci natychmiast do uszu proszek ogłuszający.
Mistrz Serafin. Najchętniej, panie sędzio.
Mistrz Szymon. Oto i po wszystkiem.
Katarzyna (do mistrza Adama Fumée): Przemówcie memu mężowi do rozsądku, panie adwokacie. Powiedzcie mu, że musi mnie wysłuchać, że nikt jeszcze nie potępił swej żony, zanim jej nie wysłuchał, że nie godzi się rzucać worków z papierami na głowę (bo on mi rzucił na głowę worki z papierami) o ile się nie jest ku temu popchniętym przez jakieś gwałtowne poruszenie serca lub umysłu... Ale nie! ja sama mu to powiem. (Do Leonarda): Odpowiedzże, mój drogi, czy uchybiłam ci w czemkolwiek? Czy jestem złą żoną? Byłam wierną moim obowiązkom; powiem ci nawet, że wypełniałam je z zamiłowaniem...
Leonard (twarz jego wyraża uczucie błogości, spokojnie kręci młynka palcami). Jakie to rozkoszne! Nie słyszę nic.
Katarzyna. Słuchaj mnie, Leonardzie, kocham cię najtkliwiej. Otworzę ci moje serce. Ja nie jestem jedną z tych kobiet lekkich i płochych, które lada drobiazg zasmuci, lada drobiazg pocieszy i którym życie spływa na bagatelkach. Ja potrzebuję przyjaźni. Taka już moja natura; miałam zaledwie siedm lat, kiedy miałam pieska, małego żółtego pieska... Ty mnie nie słuchasz...
Mistrz Szymon. Pani, już on nie może usłyszeć ani pani, ani kogobądź innego. Nie słyszy wcale.
Katarzyna. Jakto, nie słyszy wcale?
Mistrz Szymon. Tak, nie słyszy wcale, wskutek lekarstwa, które pozwolił sobie zaaplikować.
Mistrz Serafin. ...I które wywołało u niego słodką i miłą kophozę.
Katarzyna. Już ja wam pokażę, że mnie usłyszy.
Mistrz Szymon. Nic pani nie wskóra; to niemożliwe.
Katarzyna. Zobaczycie... (Do swego męża). Mój drogi, mój złociutki, mój aniołku, moje serce, moja połóweczko... Nie słyszysz? (Potrząsa nim): Herodzie, zbójco, sinobrody, rogalu!
Leonard. Nie słyszę jej już uszami. Ale czuję ramionami, plecami i karkiem.
Mistrz Szymon. Wściekła się.
Leonard. Gdzie się schronić? Ukąsiła mnie i czuję, że sam staję się wściekły, jak ona.
(Słychać z zewnątrz głos ślepca, który wchodzi do sali śpiewając):

Ślepiec.

Pójdziem razem nad rzeczkę,
Razem, razem, ho, ho!
Pójdziem razem nad rzeczkę.
Razem, razem, ho, ho!
Spotkamy młynareczkę,
Będziem tańczyć z nią.
Ho, ho!
Spotkamy młynareczkę,
Ho, ho!

(Katarzyna i Leonard tańcząc i śpiewając kąsają wszystkich obecnych, którzy również uległszy wściekliźnie tańczą i śpiewają, jak opętani i zatrzymują się dopiero, aby wygłosić przez usta p. Leonarda Botala):
Leonard: Panie i panowie, zechciejcie mieć pobłażanie na błędy autora.

Kurtyna.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.