Komedja o człowieku który zaślubił niemowę/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Komedja o człowieku który zaślubił niemowę
Pochodzenie Teatr dla wszystkich
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów i Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. La Comédie de celui qui épousa une femme muette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT I.

SCENA PIERWSZA.
GILLES BOISCOURTIER, ALIZON, potem MISTRZ ADAM FUMÉE i LEONARD BOTAL.

Gilles Boiscourtier (zajęty jest gryzmoleniem i ziewaniem, gdy zjawia się służąca Alizon, z dużym koszykiem na każdem ramieniu. Na jej widok Gilles rzuca się na nią natychmiast).
Alizon. Święta panienko, czy to się godzi rzucać się tak na kogo, jak jaki wilkołak, i to w pokoju otwartym na wszystkie strony?
Gilles (który wyciąga z jednego z koszów butelkę wina). Nie rób krzyku, mała gąsko. Nikt cię nie myśli oskubać. Nie wartaś tej fatygi.
Alizon. Zostawisz ty wino pana sędziego, nicponiu! (Stawia koszyki na ziemi, odbiera butelkę, wymierza policzek sekretarzowi, podnosi koszyki i umyka do kuchni, której piec widać przez drzwi. Wchodzi imćpan Adam Fumée).
Mistrz Adam Fumée. Wszakże tutaj mieszka imćpan Leonard Botal, sędzia w sprawach cywilnych i kryminalnych?
Gilles. Tutaj, proszę pana, i właśnie mówisz pan z jego sekretarzem Gillem Boiscourtier, do usług pańskich.
Fumée. Dobrze więc, mój chłopcze; chciej zatem powiedzieć panu, że jego dawny kolega, pan Adam Fumée, adwokat, pragnie z nim pomówić w pewnym interesie.
(Słychać z zewnątrz głos wywołujący śpiewnie: Ziele dla ptaszków).
Gilles. Właśnie mój pan idzie.
(Leonard Botal schodzi wewnętrznymi schodami, Gilles cofa się do kuchni).
Fumée. Witajże mi, panie Leonardzie; cieszę się, iż cię znowu widzę.
Leonard. Dzieńdobry, mistrzu Adamie, jakże się miewasz od owego dłuższego czasu, odkąd nie miałem szczęścia cię oglądać?
Fumée. Doskonale! I pan również, jak mam nadzieję, panie sędzio.
Leonard. Cóż za szczęśliwy traf sprowadza cię tutaj, mistrzu Adamie?
Fumée. Przybywam umyślnie z Chartres, aby Wam przedłożyć memorjał w sprawie pewnej młodej sieroty, która...
Leonard. Czy pamiętasz, mistrzu Adamie, owe czasy, kiedy to wertowaliśmy razem prawo na uniwersytecie w Orléans?
Fumée. Jakżeby?!... Kiedyśmy to grywali na flecie, wyprawiali kolacje z damulkami i tańczyli od rana do wieczora... Przybywam, szanowny sędzio, a drogi mój kolego, aby Wam wręczyć memorjał w sprawie młodej sieroty, która to sprawa przypadnie Wam niebawem do rozsądzenia.
Leonard. A czy sprawa jest dobra?
Fumée. To młoda sierota...
Leonard. To słyszałem. Ale czy sprawa jest dobra?
Fumée. To młoda sierota, ograbiona przez swego opiekuna, który jej zostawił tylko parę oczu, aby łzy mogła wylewać. Jeżeli wygra proces, stanie się znowu bogatą i wówczas okaże bardzo wymownie swą wdzięczność.
Leonard (biorąc memorjał, który mu podaje mistrz Adam). Rozpatrzymy jej sprawę.
Fumée. Dziękuję Wam, szanowny sędzio i drogi dawny towarzyszu.
Leonard. Rozpatrzymy ją z całą bezstronnością.
Fumée. Tego nawet nie potrzeba powiadać... Ale mówcież mi o sobie. Czy wszystko idzie po waszej myśli? Zdajecie mi się czegoś frasować. A przecież posiadacie urzędzik wcale nie najgorszy.
Leonard. Zapłaciłem zań dobrą cenę i nie oszukałem się; to prawda.
Fumée. Może wam się przykrzy samotne życie. Czy nie zamyślacie się żenić?
Leonard. Jakże, mistrzu Adamie, toż wy nie wiecie, iż dopiero co właśnie, jak się ożeniłem? Zaślubiłem w zeszłym miesiącu młodą panienkę z prowincji, z dobrego domu i wcale nie szpetną, Katarzynę Momichel. Na nieszczęście jest niemową. To mnie bardzo martwi.
Fumée. Wasza żona jest niemową?
Leonard. Niestety!
Fumée. Zupełną niemową?
Leonard. Jak ryba w stawie.
Fumée. Czyżeście tego nie zauważyli, nimeście ją mieli poślubić?
Leonard. Jakżeżby można nie zauważyć czegoś podobnego? Ale wówczas nie trapiłem się tem tak, jak dzisiaj. Uważałem, że jest ładna i że nie jest bez grosza, i myślałem tylko o korzyściach, jakie mi przyniesie i o przyjemności jakiej z nią zażyję. Ale teraz względów tych nie odczuwam już równie żywo i wołałbym, aby umiała mówić; byłoby to z rozkoszą dla mego umysłu, a z korzyścią dla mego domu. Czegóż to potrzeba w mieszkaniu sędziego? Miłej, uprzejmej żony, któraby przyjmowała przychylnie skarżących i zapomocą zręcznych natrąceń doprowadzała do tego, iżby znosili podarki, by uzyskać zbadanie swojej sprawy z tem większą troskliwością. Ludzie dają tylko wówczas, gdy się ich po temu ośmieli. Żona, w słowach swych zręczna, a w postępkach ostrożna, łacno wyciągnie z jednego szynkę, z drugiego sztukę płótna, z innego wino lub zwierzynę. Ale tej biednej Kasi niemowie nigdy nic nie kapnie. Podczas gdy kuchnie, spiżarnie, stajnie i spichrze moich kolegów ledwie mogą pomieścić ich dostatki, mnie się ledwie tyle oberwie, ile trzeba na ugotowanie cienkiej zupki. Widzisz więc, mistrzu Adamie, jakem się złapał na tem, iż wziąłem żonę niemowę. Mój urząd wart jest przez to o połowę mniej... A co najgorsze, że staję się sam coraz bardziej nieswój i melankoliczny.
Fumée. Nie macie powodu po temu, panie sędzio. Zastanowiwszy się dobrze, możnaby w waszem położeniu dopatrzyć się korzyści wcale nie do pogardzenia.
Leonard. Nie wiecie co to jest, mistrzu Adamie. Kiedy trzymam w moich ramionach moją żonę, której postać jest tak piękną, jak najładniejszy posąg, no i która nie więcej od niego się odzywa, doznaję jakiegoś dziwnie niemiłego uczucia; sam nie umiem sobie zdać sprawy, żali nie mam do czynienia raczej z jakimś posągiem, automatem, lalką sztuczną, z jakąś machiną czarnoksięskim kunsztem utworzoną, niż z żyjącem boskiem stworzeniem; niekiedy też, rankiem, bierze mnie chętka wyskoczyć z łóżka, aby umknąć od tego djabelstwa.
Fumée. Cóż za przywidzenia!
Leonard. To jeszcze nie wszystko. Żyjąc ciągle obok niemowy, człowiek sam staje się niemym. Niekiedy chwytam się na tem, iż, podobnie jak ona, wyrażam się znakami. Któregoś dnia w sądzie zdarzyło mi się wydać wyrok na migi i skazać człowieka na galery zapomocą samych min i gestów.
Fumée. Nie macie się co nad tem rozwodzić, panie Leonardzie. Rozumie się samo przez się, że rozmowa z osobą niemą nie może być zbyt urozmaicona. Człowiekowi wnet sprzykrzy się gadać, kiedy nie może się doczekać odpowiedzi.
Leonard. Rozumiecie teraz, jaka jest przyczyna mojego smutku.
Fumée. Nie chcę się z wami sprzeczać i przyznaję, iż ta przyczyna jest słuszna i zrozumiała. Ale może istnieje jakiś sposób, aby na to zaradzić. Powiedzcież mi: czy wasza żona jest równie głucha, jak niema?
Leonard. Kasia nie jest bardziej głucha od was albo ode mnie; a nawet mniej; jeśli można tak powiedzieć: słyszy jak trawa rośnie.
Fumée. W takim razie trzeba mieć dobrą nadzieję. Lekarze, aptekarze i chirurgowie, o ile kiedy mogą przywrócić mowę głuchoniememu to i tak zawsze język jego pozostaje równie tępy, jak jego słuch. Nie słyszy ani tego, co się do niego mówi, ani tego, co on sam mówi. Całkiem jest inna sprawa z niemymi, którzy słyszą. Takiemu rozwiązać język, to jest dla doktora zabawką. Operacja kosztuje tak niewiele, że robi się ją codziennie na małych pieskach, które nie umieją szczekać. Trzebaż było, aby taki mieszkaniec zapadłej prowincji, jak ja, musiał was pouczać, że pewien sławny doktor, który mieszka stąd o kilka kroków, mistrz Szymon Colline, słynny jest z tego, iż podcina języczki damom paryskim. W jednem mgnieniu oka sprawi, iż z ust waszej godnej małżonki popłynie jasny potok dźwięcznych wyrazów, podobnie, jak odkręcając kurek, daje się folgę strumieniowi wody, który wymyka się z łagodnym szmerem.
Leonard. Prawdę powiadacie, mistrzu Adamie? Nie ołgujecie mnie? Nie zdaje się wam, że jesteście przed sądem?
Fumée. Mówię do was, jak przyjaciel i powiadam wam najszczerszą prawdę.
Leonard. Sprowadzę przeto tego sławnego lekarza. I to bez chwili zwłoki.
Fumée. Jak wasza wola. Ale zanim go sprowadzicie, zastanówcie się, jak należy nad tem, co chcecie uczynić. Bowiem, wszystko wziąwszy pod uwagę, jeśli żona niemowa ma swoje niedogodności, ma również i swoje zalety. Dobranoc, szanowny panie sędzio, a dawny mój kolego. Uważajcie mnie za swego szczerego przyjaciela i przeczytajcie mój memorjał, proszę was o to. Jeśli sprawiedliwość wasza przechyli się na korzyść nieletniej sieroty, ograbionej przez chciwego opiekuna, nie będziecie tego żałować.
Leonard. Powracajcie rychło, mistrzu Adamie, przygotuję tymczasem mój wyrok. (Mistrz Adam wychodzi).


SCENA DRUGA.
LEONARD, potem GILLES, potem KATARZYNA.

Leonard (wołając). Gilles! Gilles!... Nie słyszy ten hultaj; pewnie już w kuchni, swoim zwyczajem krząta się koło rondla i służącej. To żarłok i rozpustnik. Gilles!... Gilles!... nicponiu... gałganie!
Gilles. Do usług, panie sędzio.
Leonard. Mój kochanku, lećno mi zaraz do tego lekarza, który tu mieszka opodal na placu Buci, mistrza Szymona Colline, i proś go, aby przybył natychmiast zająć się kuracją kobiety niemej.
Gilles. Słucham, panie sędzio.
Leonard. Tylko żebyś mi szedł prosto i nie zboczył koło mostu, gdzie kuglarze dają swoje widowiska. Bo ja cię znam, ty włóczykiju jeden; do tego toś ty najpierwszy...
Gilles. Niesprawiedliwie mnie pan sądzi, panie sędzio.
Leonard. No; leć i przyprowadź tutaj tego sławnego doktora.
Gilles. Do usług, panie sędzio. (Wychodzi).
Leonard (siedząc przed stołem, na którym leżą stosy aktów). Mam dziś wydać jeszcze czternaście wyroków, nie licząc orzeczenia w sprawie pupilki mistrza Adama. A to jest praca niemała, bo wyrok wówczas tylko przynosi zaszczyt sędziemu, kiedy jest misternie ułożony, zgrabny, wytworny i przystrojony wszystkiemi ozdobami stylu i umysłu. Trzeba, aby w nim myśli uśmiechały się, a słowa igrały rozkosznie. Gdzież lepiej człowiek może dać folgę swemu wrodzonemu dowcipowi, niż w wyroku?
Katarzyna zeszedłszy po wewnętrznych schodach, siada przy swoim kołowrotku tuż koło stołu. Uśmiecha się do męża i przygotowuje przędzę. Leonard przerywając pisanie):
Leonard. Jak się masz, koteczku... Nie słyszałem nawet, kiedyś weszła. Jesteś, jak te postacie z bajki, które zdają się płynąć w powietrzu, albo, jak te sny, które, według opowieści poetów, bogowie zsyłają szczęśliwym śmiertelnym. (Słychać głos wieśniaka, który wywołuje: Rzerzucha. Rzerzucha! Sześć liardów za wiązkę! sześć liardów za wiązkę!) Moja koteczko, ty jesteś prawdziwym dziwem przyrody; jesteś osobą pod każdym względem doskonałą; brakuje ci jedynie mowy. Czy nie byłabyś zadowolona, gdybyś ją mogła uzyskać? Nie byłażbyś szczęśliwa, gdyby przez twoje usteczka mogły przepływać wszystkie te piękne myśli, które odgaduje się w twoich oczach? Nie byłażbyś kontenta, że możesz okazać cały przyrodzony dowcip twojego umysłu? Nie byłożby ci przyjemnie móc powiedzieć twemu małżonkowi, że go miłujesz? Nie byłożby ci słodko nazywać go swoim skarbem i swojem serduszkiem? (Słychać przekupnia, który przechodzi ulicą, wykrzykując: Knoty z bawełny! Knoty świecące jaśniej, niż gwiazdy na niebie!) Słuchaj zatem, koteczko, przynoszę ci dobrą nowinę... Przyjdzie tu za chwilę dobry lekarz, który ci przywróci mowę... (Katarzyna daje oznaki zadowolenia). Rozwiąże ci język bez najmniejszego bólu. (Katarzyna wyraża swoją radość wdzięcznemi a niecierpliwemi poruszeniami rąk i nóg. Słychać ślepca, który przechodzi ulicą przygrywając na kobzie):

Igra w wodzie rybeczka;
Kto ją złapie? hej! hej!
Igra w wodzie rybeczka;
Kto ją złapie? hej! hej!

Moja słodka dzieweczka
Co złowi, to jej!

(Poczem ślepiec grobowym głosem mówi): Litościwe dusze, wspomóżcie nieszczęśliwego, przez miłość Stworzyciela. (Następnie zjawia się na progu i śpiewa dalej):

Pójdziem razem nad rzeczkę —
Razem, razem, ho, ho!
Pójdziem razem nad rzeczkę —
Razem, razem, ho, ho!
Spotkamy młynareczkę
Będziem tańczyć z nią
Ho, ho!

(Katarzyna zaczyna tańczyć ze ślepcem).

Spotkamy młynareczkę
Będziem tańczyć z nią
Ho, ho!

(Nagle ślepiec przestaje śpiewać i tańczyć, aby wymówić głosem ochrypłym i przeraźliwym słowa): Litościwe dusze, wspomóżcie nieszczęśliwego, przez miłość Stworzyciela.
Leonard (który zagłębiony w swoich papierach nic nie słyszał, wypędza ślepca wołając): Włóczęgo, nicponiu, hultaju! (rzuca mu na głowę pliki aktów, do Katarzyny, która znów zasiadła przy kołowrotku): Moja duszko, od czasu, jak weszłaś do mojego domu, aby przy mnie zamieszkać, nie straciłem czasu po próżnicy; posłałem pod pręgierz czternastu mężczyzn i sześć kobiet, rozdzieliłem pomiędzy siedemnastu osobników... (rachuje): sześć.. dwadzieścia cztery... trzydzieści dwa... czterdzieści cztery... czterdzieści siedm a dziewięć, pięćdziesiąt sześć a jedenaście sześćdziesiąt siedm, a dziesięć, siedmdziesiąt siedm a ośm, ośmdziesiąt pięć, a dwadzieścia, sto pięć. Sto pięć lat galerów! Czyż to nie musi budzić wysokiego mniemania o potędze sędziego i czyż mogę nie doznawać uczucia pewnej dumy? (Katarzyna, która przestała prząść, opiera się o stół i patrzy na męża z uśmiechem. Następnie siada na stole pokrytym plikami aktów. Leonard, udając, iż chce wyciągnąć z pod niej papiery); Kochanko, zasłaniasz wielkich zbrodniarzy przed moją sprawiedliwością. Łotrów, morderców. Nie będę ich ścigał; miejsce schronienia jest święte. (Słychać kominiarza, który krzyczy na ulicy): Czyśćcie swoje kominy, młode damulki od góry do dołu! — (Leonard i Katarzyna całują się przez stół, poczem Katarzyna widząc wchodzących, umyka z pokoju wewnętrznemi schodami).


SCENA TRZECIA.
LEONARD GILLES, MISTRZ SZYMON COLLINE, JAN MAUGIER, potem SERAFIN DULAURIER, potem ALIZON.

Gilles. Panie sędzio oto, ów wielki doktor, którego pan kazał zawezwać.
Mistrz Szymon. Tak, ja jestem mistrz Szymon Colline we własnej osobie... A oto, Jan Maugier, chirurg. Zażądałeś pan naszej pomocy.
Leonard. Tak panie, abyście dali mowę kobiecie niemej.
Mistrz Szymon. Bardzo dobrze. Oczekujemy jeszcze mistrza Serafina Dulaurier, aptekarza. Skoro tylko przybędzie, przystąpimy do operacji wedle naszej wiedzy i umiejętności.
Leonard. Doprawdy?! Potrzeba do tego aptekarza, aby rozwiązać język niemowie?
Mistrz Szymon. Tak, panie, i ktokolwiek wątpi o tem, zdradza zupełną nieświadomość stosunków pomiędzy organami i ich wzajemnej zależności. Mistrz Serafin Dulaurier nie omieszka tu przybyć niebawem.
Mistrz Jan Maugier (wykrzykuje nagle głosem Stentora). Och, jakaż wdzięczność należy się uczonym doktorom, którzy jak mistrz Szymon Colline, wytężają swe siły, aby zachować nam zdrowie i pielęgnują nas w razie niemocy! Och, jakżeż godni są pochwał i błogosławieństwa ci dobrzy lekarze, którzy wykonując swą sztukę, kierują się wedle uczonych reguł, wysnutych z prawideł fizyki i długiego doświadczenia!
Mistrz Szymon (kłaniając się lekko). Zbyt jesteście łaskawi, mistrzu Janie.
Leonard. Oczekując pana aptekarza, czy zechcecie się panowie czem pokrzepić?
Mistrz Szymon. Bardzo chętnie.
Mistrz Jan. Z przyjemnością.
Leonard. A zatem, mistrzu Szymonie, uskutecznicie małą operacyjkę, która sprawi, iż żona moja zacznie mówić.
Mistrz Szymon. To znaczy właściwie, że ja zalecę operację. Ja przepisuję, mistrz Jan Maugier uskutecznia... Czy macie ze sobą instrumenta, mistrzu Janie?
Mistrz Jan. Tak jest, mistrzu. (Pokazuje piłę długą na trzy stopy z zębami szerokimi na dwa cale, noże, kleszcze, nożyczki, rożen, olbrzymi świder itd. — Wchodzi Alizon, niosąc wino).
Leonard. Mam nadzieję, panowie, iż nie będziecie się tem wszystkiem posługiwać.
Mistrz Szymon. Nie powinno się nigdy zjawiać nieprzygotowanym przy łóżku chorego.
Leonard. Pijcie, panowie, jeśli łaska.
Mistrz Szymon. To winko jest sobie wcale niezłe.
Leonard. Jest pan nader łaskaw; to z mojej winnicy.
Mistrz Szymon. Przyśle mi go pan małą baryłkę.
Leonard (do Gillesa, który sobie nalał pełną szklankę). Nie kazałem ci pić, hultaju!
Mistrz Jan (wyglądając oknem). Oto, mistrz Serafin Dulaurier, aptekarz!
(Wchodzi mistrz Serafin).
Mistrz Szymon. A oto, jego muł!... Nie, doprawdy, to mistrz Serafin we własnej osobie. Zawsze się można pomylić. Pijcie, mistrzu Serafinie, niczego sobie.
Mistrz Serafin. Wasze zdrowie, zacni mistrzowie!
Mistrz Szymon (do Alizon). Dolejno, kochaneczko. Lej na prawo, lej na lewo, lej tu, lej tam! Którąkolwiek stroną się obróci, wszędzie pokazuje wdzięki równie bogate. Czy nie jesteś dumna, moja mała, żeś jest ukształtowana tak foremnie?
Alizon. Jest też z czego być dumną i dużo mi z tego przyjdzie! Wdzięki nie popłacają, o ile nie są okryte jedwabiem i brokatem.
Mistrz Serafin. Wasze zdrowie, mistrze!
Alizon. Z takiemi, jak ja, każdy lubi się pośmiać i pobawić, ale grais pro Deo.
(Wszyscy piją i dają pić Alizon).
Mistrz Szymon. A teraz, kiedy jesteśmy w komplecie, możemy udać się do chorej.
Leonard. Pozwólcie panowie, że wam pokażę drogę. (Wstępuje po wewnętrznych schodach).
Mistrz Szymon. Proszę, mistrzu Janie idźcie pierwsi.
Mistrz Jan (niosąc ze sobą szklankę). Idę pierwszy, ponieważ wiem, iż zaszczytniejsze miejsce jest drugie.
Mistrz Szymon. Proszę, mistrzu Serafinie, idźcie. (Mistrz Serafin idzie z butelką w ręku).
Mistrz Szymon wpakowawszy po butelce w każdą kieszeń swojej sukni i wyściskawszy Alizon, zaczyna wchodzić po schodach śpiewając.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.