Kolorowe obrazki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Kolorowe obrazki
Wydawca Redakcya Przeglądu Tygodniowego
Data wydania 1868
Druk J. Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BIBLIOTECZKA KOLEI ŻELAZNYCH


Wiktor Gomulicki.


KOLOROWE OBRAZKI
KILKA POWIASTEK I SZKICÓW.
Biblioteczka Kolei Żelaznych logo.png



WARSZAWA.
Nakładem Redakcyi Przeglądu Tygodniowego.
1868.
Cena kop. 10 (groszy 20).
Дозволено Цензурою.
Варшава, 15 Августа 1868 года.

Druk. J. Jaworskiego. — Krak-Przedm. No-415.





DWIE.
(OBRAZEK POWIEŚCIOWY).


W jodłowym borku, pod strażą granicznego kopca i opiekuńczym znakiem Męki Pańskiej, krzyżują się dwie białe drogi. Krzaki tarniny i dzikich malin plączą dokoła gałązki okryte kwieciem; na gałązkach, o zmroku, słowiki dzwonią urocze nokturny. Żółte i czerwone motyle krążą nad kwiatami, złocąc w słońcu drobne skrzydełka, z głębi lasu zalatuje mocny zapach żywiczny. Duch ciszy i spokoju gości w tej ustroni, w tym zbawczym dla zmęczonych burzami świata porcie.
Słuchajmy. Po lesie, srebrnych tonów kaskadą, płynie wesoła piosnka; rozsypuje się niby perłami w powietrzu i kona gdzieś daleko, daleko, w ledwie słyszanem pianissimo.
Patrzmy. Na białej drodze zjawia się wiejska dziewczyna z dzbankiem jagód w ręku i lekkim krokiem z piosenką na świeższych od maliny ustach, dąży ku krzyżowi.
Stanęła — i nagle urwała śpiewanie; na czole jéj przemknęła chmurka zadumy; dzbanek postawiła na ziemi i rękami, na znak widać umówiony, po trzykroć klasnęła. Z głębi ciemnych jodeł odpowiedziano podobnem hasłem i po chwili, gałązki leszczynowe rozstąpiły się, a z po za nich wyjrzała pomarszczona twarz starej cyganki. Niespokojnem okiem rozejrzała się w około, potem przystąpiła do dziewczęcia.
— O mój ptaszku złoty! — śpiewnym zawiodła głosem, — sfrunęłaś przecie do cyganichy, niech ci za to Najświętsza Mateczka da dużo szczęścia...
Dziewczę smutno się uśmiechnęło.
— Za dobre słowo Bóg wam zapłać Semeno, ale mnie się zaś widzi, że dla Marysi nie ma szczęścia tu, na ziemi... — i pochyliła główkę na piersi.
— Et, co znowu gadasz — odrzekła stara, — alboż tobie kiedy bieda dokuczała; lub źli ludzie krzywdę wyrządzali? kaprysisz moje dziecko, nic więcej; podnieś no oto lepiej ładne oczki i pokaż rękę, to ci co ciekawego o twoim przyszłym wywróżę.
Marysia wzdragała się przez chwilę, wreszcie spłonąwszy jak leśny goździk, wysunęła rękę.
— A masz talizman? — spytała cyganka.
Dziewczę wydostawszy zza gorsetu srebrną dwuzłotówkę, położyło ją na ręku.
Semena zabrała pieniądz, przeżegnała go i poczęła wpatrywać się pilnie w gzygzakowate linje krzyżujące się na dłoni dziewczęcia.
Marysi serduszko uderzało mocno, niby młotkiem. Drugą ręką podniosła brzeżek czerwonego fartuszka i tarła nim łzą wilgotne oczki.
Po chwili cyganka powoli i z powagą zaczęła mówić:
— Mateczka Święta widno cię wzięła pod swą opiekę, bo na rączce tyle szczęścia, co ziarnek w makowej główce; same kwiaty, same róże przed tobą, a sidełka mocno nawiązujesz, bo się w nie złapał śliczny złotopióry sokół....
Dziewczę aż podskoczyło z radości.
— Złapał się w nie złotopióry sokół, — ciągnęła dalej — ale trzeba mu bardzo dogadzać: trzeba mu dawać kryształową wodę i srebrne ziarna zboża, a na szyję różową nawiązać wstążeczkę, żeby się na wolność nie wyrwał...
— Semeno droga, powiedzcie, kto to taki?....
Cyganka pokręciła głową tajemniczo.
— Kto taki?... chciałoby się wiedzieć? hm... może nikt a może... Jonek...
— Jonek?!... krzyknęła Marysia i poskoczyła w las, jak spłoszona sarenka, śmiejąc się szalenie i klaskając rękami z radości.
Za chwilę znów tysiącem wibracji falowała w powietrzu wesoła piosenka, a ciemne jodły do wtóru jej szumiały.
Semena stała na kopcu, starożytnej Sybilli podobna i patrząc przymglonemi oczyma za Marysią, drżącą ręką kreśliła krzyżyki, szepcząc tajemnicze zaklęcie, czy też jasne, a tak potężne słowa modlitwy.


∗                              ∗

Słuchajmy. Łamią się gałęzie leszczynowe, zdaleka dobiega głuchy łoskot kół powozowych, parskanie koni i głośne trzaskanie z bicza.
Patrzmy. Na białej drodze wzbija się obłok kurzawy, a rozwiany podmuchem wiatru pokazuje, niby za odchyleniem zasłony elegancki powóz, zaprzężony parą ślicznych gniadoszów. W powozie siedzi troje osób: dwie kobiety i naprzeciw nich, obrócony tyłem do koni młody mężczyzna. Starsza z kobiet ma lat czterdzieści parę, młodszej zaledwie siedmnasta zakwita wiosna. Pierwsza, może nieco zbyt pretensjonalnie ubrana, nosi jeszcze na twarzy ślady niezwykłej, chylącej się jednak ku zachodowi piękności, i prowadzi głośną, francuską konwersację ze swojem vis-à-vis. Druga, w całej pełni dziewiczego wdzięku o bladej twarzy i jasnych blond włosach, rozgląda się dużemi, niebieskiemi oczyma po lesie i zasłaniając wzgardliwie jakoś ułożone usteczka wiązką leśnych kwiatków, od czasu do czasu lekko ziewa.
Młodzieniec „petit-crevé très chic“ ubrany elegancko ze słodziuchnym żurnalowym uśmiechem na bladych ustach i szkiełkiem w przygasłem nieco oku, trzyma na ręku szal jednej z kobiet, a na kolanach małego king-charles’a naszczekującego ustawicznie. Co chwila szczerzy białe ząbki i czystym, paryzkim akcentem odpowiada na pytania starszej kobiety.
Kiedy powóz nadjechał na rozstajne drogi, jasne słonko, niby naumyślnie wychyliło się z za chmurki i obsypało złotem cały obraz, wraz z ożywiającą go postacią starej cyganki.
Kobiety poczęły się przypatrywać z widocznem zadowoleniem temu idyllicznemu obrazkowi, wreszcie starsza westchnąwszy, ozwała się:
Ah, mon Dieu! — jak tu ładnie...
Przypomniało jej to zapewne jakie stereotypowe malowanie, zdobiące ściany złoconego buduaru.
Młodsza niecierpliwie przygryzła różowych ustek i milczała.
Młodzieniec przetarł szkiełko, umieścił je ostrożnie w oku, westchnął i wycedził z amfazą:
Ah! c’est une peinture de Ruisdaël!-que c’est joli! que c’est charmant! que c’est...
Zbrakło mu słów na opisanie wielkiej admiracji, więc zamilkł.
Mais regardez lá cher monsieur et dites-moi, que voyez vous? spytała starsza, pokazując małą rączką, obciśniętą w paljową rękawiczkę, Semenę stojącą na kopcu.
Vraiment chère comtesse, c’est une fée... odpowiedział uśmiechnąwszy się żurnalowy elegant, zadowolony widocznie ze swego porównania.
Tymczasem jasnowłosa dziewica prosiła towarzyszki:
— Mamo, niech ona tu przyjdzie...
Odpowiedziano potwierdzającem skinieniem głowy. Usłużny elegant kazał przystanąć woźnicy i kiwnął ręką na cygankę.
Za chwilę Semena stała przy drzwiczkach powozu.
Une bohémienne! c’est bon — szepnęła hrabina.
— Jak się nazywacie, dobra kobieto — spytała życzliwym głosem hrabianka.
— Semena mnie zowią jasna panienko — zawiodła cyganka.
— Semena — drôle de nom, zauważył młodzieniec a po chwili dodał.
— A umiesz wróżyć?
— Bóg dał mi tę łaskę, jasny panoczku, może pokażecie ładną rączkę, to wam co ciekawego powiem.
Dowcipniś wysunął rękę nie zdejmując rękawiczki i śmiejąc się rzekł.
— No spiesz się, słucham.
Blada piękność drwiąco nań spojrzała.
— Jasny pan żartuje z biednej cyganki, — ozwała się uszczypliwym jakoś głosem Semena, — ale jak Bóg pozwoli, to cyganka i bez wszystkiego przyszłość odgadnie — i wpatrując się w gładką skórkę paryzkiej rękawiczki, rzekła powoli.
— Było nic, jest nic — będzie... nic.
Dziwnie przymuszonym uśmiechem skrzywił się na to panicz, hrabina przygryzła malowanych ustek, a chmurna dotąd piękność szczerze i wesoło się zaśmiała.
Zapanowała chwila milczenia, przerwało ją „nic.”
— Dowcipna jesteś moja stara, a że ja lubię dowcipnych, więc masz.
I cisnął jej garść drobnych, srebrnych pieniędzy.
— Bóg zapłać, ja pieniędzy za wróżenie nie biorę, — rzekła Semena zwracając mu je, potem dodała:
— A jasny gołąbek nie chce dać starej cygance śnieżnej dłoni?
Hrabianka spojrzała na matkę, a wyczytawszy w jej oczach przyzwolenie, podała wróżce drobniutką, liljowej białości rączkę.
Stara popatrzyła przez chwilę na rękę, potem na oczy hrabianki, potem objęła wzrokiem całe towarzystwo powozowe i kiwając smutnie głową, rzekła dziwnie uroczystym głosem:
— Oj, łzawe dni twoje, biała gołąbko, łzawe, bo zaczaił się na ciebie brzydki ptak nocny, a choć barwnem puszy się pierzem, czarną ma jednak duszę i białe piórka gołąbki oddechem swym chce splamić. Strzeż się go, jasny ptaszku, bo jak się ułoży, to będzie słodki, przyjemny, ujmujący, a potem pierś zakrwawi, serdeczną krew z niego wyssie i porzuci, lecąc na bory i lasy...
J’en ai assez — odezwała się z niechęcią hrabina i wziąwszy dłoń córki z rąk cyganki, rzekła gniewnie do tej ostatniej:
— Dziecinna jesteś moja kobieto ze swemi postrachami, idź w drogę, a bądź nadal ostrożniejsza, bo...
I pogroziła kształtnym paluszkiem.
Powóz ruszył z miejsca.
W chwilę potem na rozstajnych drogach było cicho, jakby makiem zasiał. Słonko, niby świecznik teatralny po skończonem przedstawieniu, schowało jasną głowę za drzewa, pogrążając okolicę w przejrzystym półcieniu, a duch błogiej ciszy spłoszony na chwilę, znowu białemi skrzydły powiał do koła uroczysty spokój i milczenie.


∗                              ∗

Minęło lato, zwarzyła je chłodna jesień; minęła i jesień, a widmo w białej płachcie, o sinej twarzy i skostniałych palcach, lodowem berłem władzy nad światem potrząsło.
Brylantowe gwiazdki śniegu skrzyły się na ciemnozielonych, niby aksamitnych gałązkach jodeł; kruki i wrony, ta „służba pogrzebowa“ obumarłej ziemi, żałośnie krakały; zresztą, w jodłowym borku cicho było, jak i dawniej, kiedy w gęstwinie rozkochane śpiewały słowiki.
Z trzaskiem i hukiem, hałaśliwie, niby scena z włoskiego karnawału, przemknął pod krzyżem, powracający z kościoła orszak weselny. Na przodzie sunęło kilka karet w czwórkę, białym lejcem kierowaną. W pierwszej siedziała blada hrabianka z wyświeżonym obok „żurnalowym elegantem.“ — Chmurna była jak dawniej, bezmyślnym wzrokiem błądziła po lesie, a kiedy ujrzała znajomy wzgórek i krzyż na nim, ścięła sine usteczka, a modre jej oczęta perłowémi zaszły łzami. Towarzysz jéj miał minę człowieka na śmierć znudzonego; milczał i wąchał niekiedy bukiecik z białych kamelji, które, choć to zima, frak mu zdobiły.
Śnieg zaskrzypiał pod saniami, obładowanemi postrojonem biesiadników gronem, ptastwo zimowe spłoszone z wrzaskiem pozrywało się z gałęzi i głębiej w las pierzchnęło. Zrobiło się na chwilę gwarno, krzykliwie, ale nie trwało to dłużej nad mgnienie błyskawicy.
Nie ucichł jeszcze całkiem gwar oddalających się weselników, gdy znowu wiatr przyniósł ochoczy głos skrzypków i na rozstajne drogi, nadjechało kilka prostych sań, wiozących „chłopskie wesele.” Konie z pękami kolorowych wstążek przy łbach, raźno parskały; na pierwszych saniach siedzieli państwo młodzi. Ona, to znajoma nam z pod krzyża Marysia, a on?... jużcić nie kto inny, tylko Jonek... złotopióry z wróżby sokół. Na wysłanych słomą saniach, szczerzej jakoś się śmiano, niż w karecianych pudłach. Ale i ten obrazek przemknął szybko, zostawiając zabłąkane między drzewami, pojedyńcze nuty skocznego obertasa...


∗                              ∗

Tegoż dnia wieczorem, w pałacu hrabiostwa X., w wiosce graniczącej z jodłowym borkiem, okna rzęsistem jaśniały światłem. Na szybach przesuwały się liczne sylwetki postrojonych gości. Wewnątrz były światła, kwiaty, muzyka, były tańce i gwar balowy, był szampan i wiwaty, ale nie było tego, co jest duszą, zabawy, nie było: szczerej, serdecznej wesołości. Szczególniej mroziła szał balowy smutna postać panny młodej, która wśród postrojonego tłumu wyglądała, jak na biesiadach faraonów mumje protoplastów gospodarza ustawione przy stole, z wypisanem na niemych ustach: momento mori...
Szczęście jest jak kamień słoneczny z nieba upadły; nie doleci on nigdy do ziemi w całości, ale się zawsze na drobne rozbije kawałki, i dopiero te okruchy filozoficznego „kamienia szczęścia“ los różnie i częstokroć dziwnie między ludzi rozrzuca.
Nie było pełnego szczęścia na błyszczącem weselu u hrabiego, zbywało mu bowiem na tem, co się nazywa naturalną, niesztuczną wesołością, a co właśnie posiadał tenże sam uroczysty i radosny razem obchód u rodziców Marysi. Na tym ostatnim brakowało znowu balowych akcesorjów: kryształowe świeczniki zastępował ogień strzelający na kominie; w niedostatku szampana, wódką prostą i miodem spełniano zdrowie nowożeńców, były to braki bezwątpienia dotkliwe dla ludzi konwenasowych, prostacze jednak grono, ani na chwilę o nich nie pomyślało. Bawiono się tu wybornie, a świadczyły o tem rozpromienione twarze biesiadników. Marysia po ochoczej muzyce żydków z miasteczka, raźno uwijała się w tańcu, wiewając białemi wstążkami, co stroiły jej ładną główkę.
Jednocześnie tedy związano stułą liljowe rączki bladej hrabianki i silne dłonie rumianej mołodycy; — jednocześnie błogosławiono im na nową drogę życia, i namaszczono krzyżem ludzkich życzeń, ale... ścieszki, któremi później pobiegły, nie poszły w jedną, stronę, jeno rozminęły się, jak rozstajne drogi pod krzyżem....
W rok potem, pod słomianą strzechę nowy, a upragniony gość zawitał, Marysi, teraźniejszej „pani Janowej“ urodził się synek. Uciechy było co niemiara, widocznie błogosławieństwo Boże napełniło ściany niskiej chałupki. A w tym samym czasie, kiedy młoda matka oblewała nowonarodzone dziecię łzami radości — innemi łzami w złoconym pałacu płakała blada i mizerna hrabianka. Bawiła ona już od miesiąca u rodziców, bo mąż jej na szaloną rozpustę stracił całe mienie, a chcąc się pozbyć nienawistnej, bo stojącej mu przed oczyma, niby skarga milcząca żony, rozpoczął z nią sprawę rozwodową.
Złamana boleścią młoda kobieta, siedziała w fotelu oparta bezsilnie o poręcz; oczy zakryła chusteczką i co chwila wybuchała spazmatycznem łkaniem.
Matka stała przy niej z flakonem orzeźwiających perfum i koiła cierpienia pękającego z bólu serca, francuzkiemi, z Jana Jakóba czerpanemi frazesami. Widząc jednak, że środki jej niewielki skutek odnoszą, wyszła mrucząc: Capricieuse efant!...
Po jej odejściu, płacząca odjęła chustkę i podniosła duże, łzami zwilgocone oczy, na obraz ukrzyżowanego Zbawcy świata. Wpatrywała się długo w siną mękami przedśmiertnych konwulsji twarz Jego i powoli z czoła jej znikał wyraz wewnętrznej burzy, a zastępowała go cicha rezygnacja. Złożyła błagalnie ręce i ustami poruszyła, szepcząc słowa modlitwy. Potem przystąpiła do okna, powiodła smutnym wzrokiem po okolicy, a zatrzymawszy go na siniejącym w dali borku jodłowym wyszepnęła:
— Semeno, wróżba twoja spełniona!...






Z DRAMATU ŻYCIA.

I życie powszednie ma swoją tragedję.
Andersen.
I.

Ze sfer słonecznych maj zstąpił na ziemię.
Smaragdową kanwę łąki utkał barwnemi kwiatami, wodę strumyka zmienił w kryształ płynny, jasne tło nieba w turkusową emalję, a w młodych sercach rozbudził jakieś dziwne, nieokreślone pragnienia....
W ogródku oplecionym wikliną, zakwitły bzy liljowe i śnieżne jaśminy. Zakwitły także róże.... na licach piętnastoletniej Zosi.
Kto była Zosia?
Zosia była... marzeniem Karolka, to dosyć.
Jeśli chcecie mieć próbkę miłości, wedle pojęć boskiego Platona — spójrzcie.
Na darniowéj ławeczce siedzi młodziuchna dzieweczka, o różowéj buzi i o złotych włosach. Stroi ją blado-zielona sukienka, spięta w pasie tegoż koloru wstążką — stroi ją lepiéj od sukni, wiosenny wdzięk lat piętnastu. W drobnych paluszkach trzyma stokrotkę i niby druga Grethen, skubie jéj listki szepcząc: kocha, nie kocha... Na twarzyczce, jak na niebie o zachodzie, mienią się blaski i cienie.
Chwila uroczystéj ciszy.
— Nie kocha!... wykrzyknęła z boleścią i twarz ukryła w dłoniach. Przez białe paluszki przecisnęły się łezki perłowe i spadły rosą na modre główki fijołków.
— Zosieńku droga! kto cię nie kocha? ozwał się tuż za nią świeży głos młodego chłopca.
Był to Karolek. Niepostrzeżony przyglądał się swemu marzeniu.
Zosia drgnęła, wychyliła z dłoni spłakaną twarzyczkę, a ujrzawszy go, spłonęła silnym rumieńcem.
— Powiedz mi aniołku, kto taki?... nalegał młody chłopiec.
Rumieniec znikł z jagód, zastąpiła go marmurowa bladość. Krew z twarzy zbiegła do serca.
Karolek ujął jéj drobne rączęta i miłośnie spojrzał w chabrowe oczki.
— Ależ Zosiu, czy jest na świecie taki, coby ciebie nie kochał?
— A jest... odrzekła, a w głosie jéj łzy czuć było.
— Może ojciec?
— Nie...
— Matuchna?
— Nie... nie...
— To już chyba ja...
Dziewczę rzewnie zapłakało.
— Zosiu! Zosieńku! Zoniu! nie myśl tak źle o mnie, bo już chyba z żalu.... zabiję się....
Płacz ustał.
— Ale kiedy kwiatek tak mi powiedział... patrz Karolku i ze smutną minką podała mu oskubaną łodyżkę stokrotki.
Karolek wziął ją do ręki, obejrzał — po chwili wykrzyknął radośnie:
— Patrz Zosiu!... nieprawda!...
Na łodyżce był jeszcze jeden listek.
— Ah! jak to się dobrze stało... odwtórzyła.
Karolek schylając się po kwiatek, mimo woli ukląkł przed nią.
— Więc ty mnie kochasz?... spytała cichym głosem, spuszczając oczki ku ziemi.
— Więcej jak ojca i matkę...
— Więc jakże?...
— Jak świętą na obrazku...
— Karolku! co też ty mówisz, ale kiedy tak to i ja ci powiem, że... że..
I lękając się wymówić świętego słowa, drobnemi rączętami oplotła mu szyję...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rzućmy zasłonę na ten eklogiczny obrazek, i cofnijmy się z szybkością iskry elektrycznéj wstecz o parę wieków do...
Myśląc całe życie nie odgadlibyście.
Oto, do pałacu Franciszka I w Chambord. Będąc już tam, przeczytajmy wyrazy pełne realnéj prawdy, a skreślone na szybie pałacowéj... czystéj wody brylantem. Brzmią one:

„Une femme souvent
N’est qu’une plume au vent!“

A teraz idźmy daléj.


II.

Stół, na stole jarzące świece w srebrnych lichtarzach, pęki świeżych kwiatów, butelki i kieliszki. W koło stołu grono biesiadników w fantastycznych pozach. Okna otwarte, parno. Pod sufit wzbijają się kłęby cygarowego dymu i dusząca woń pachnideł. Gwar, zamięszanie, chaos.
Amfitrjonem biesiady jest bogaty bankier, uczestnikami, „najdobrańsza“ młodzież stolicy, a bohaterką?...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Siedzi ona na pierwszem miejscu, obstawiona piramidą kwiatów, butelek i kieliszków. — To Zonia, niegdy Chloe sielanki, a dziś... Ubrana jest w atłasową, bogato koronkami obszytą suknię, koloru płomiennéj purpury. Włosy fantastycznie w duży kok wczesane, przystraja wieniec bachantki, w ręku zamiast stokrotki... tkwi długi kieliszek pełen pienistego szampana. Oczy dawniéj chabrowe, dziś barwy ciemnego szafiru, sieją blask żywy.
— Dziwna historja téj kobiety, szepcze jakiś blady adept poezji; mówią o niéj, że porzuciła dom rodzicielski i narzeczonego i że matka ze zmartwienia umarła, a pierwszy kochanek dostał obłąkania!...
— Zdrowie Zoni! krzyknął amfitrjon, służba rozlała wino.
Wszyscy powstali, mimo chwiejnych już nóg, i chrypliwym zawołali głosem: Niech żyje!


III.

Mglisty dzień jesienny rozpłakał się ku wieczorowi drobnym deszczykiem. Ołowiane niebo pokryły ciemne chmury, wiatr chłodny poświstywał na oddalonych uliczkach Warszawy. Słychać było grobowe krakanie wron, nadciągających stadami do miasta, plusk deszczu i łomotania wstrząsanych wichrem okiennic.
Środkiem pustéj uliczki wlókł się jednokonny karawan z ubogą trumną na wierzchu.
Za karawanem postępował dziwnie przystrojony człowiek. Głowę miał obwiązaną jakimś białym szmatem, ręce skrzyżowane na piersiach. Szklannym wzrokiem, z idjotycznym uśmiechem na ustach wpatrywał się w trumnę.
Noga za nogą, dowlókł się zbiedzony koń do bramy cmentarza i stanął.
Ocknął się drzemiący woźnica, ziewnął przeraźliwie i mruknął:
— Do kroćset...
Potém zawołał dziada; zdjęli oba trumnę i zanieśli ją w oddalony kąt cmentarza.
Człowiek z obwiązaną głową przypatrywał się temu wszystkiemu z widoczném zajęciem — od czasu do czasu uśmiechał się dobrotliwie...
Trumnę postawili nad głębokim gliniastym dołem do połowy napełnionym wodą deszczową. Zerwali z niéj blachę i porzucili na boku — potem obwiązali ją sznurami i klnąc spuścili, a raczéj wrzucili do dołu.
Woda plusnęła.
Nieznajomy postąpił parę kroków naprzód, zawsze uśmiechając się, stanął na brzegu i wlepił oczy w lśniącą blachę z napisem. Naraz drgnął konwulsyjnie, oczy zaszkliły mu się łzami.
— Zosiu!!!... krzyknął strasznym, rozdzierającym głosem.
W téj chwili dziad cisnął na wieko trumny szpadel mokréj ziemi, błota...
— Ha zbrodniarzu!... krzyknął powtórnie i rzucił się na niego.
Rozpoczęło się wściekle szamotanie, śmiertelna bójka nad dołem grobowym; jednemu z zapaśników pośliznęła się noga na mokréj ziemi, wpadł i pociągnął za sobą drugiego...
Zapadł już zmrok zupełny — wicher straszny giął drzewa na cmentarzu, z za chmur czarnych poszarpanych, wyjrzało trupie oko księżyca.
Plac bójki oblało żółtawe światło, niby gromnic pogrzebowych....
O Chryste! nie dozwól nam być kiedykolwiek świadkami podobnéj sceny...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Karol umieszczony w szpitalu warjatów, znalazł sposobność ucieczki, a błąkając się po ulicach, spotkał karawan wiozący ciało jego pierwszéj kochanki... reszta wiadoma.
Rodzice nie mogli przenieść ucieczki swojéj najmilszéj szczebiotki, długo błąkali się po ścianach pustego domku, przypominając ją sobie na każdym kroku. Długo polewali łzami więdnące kwiatki w ogródku, wreszcie boleść złamała ich... W maju tegoż roku słowik smutną piosnkę na świeżym grobie matki zanucił, a w parę tygodni potém, żółtym piaskiem i ojcu oczy zasypali... Świat cisnął kamieniem na Zosię — kamień trafił ją w serce, i zabił.






NA SCENIE I ZA SCENĄ.


W żyłach Niny ognista krew płynęła — w czarnych jej oczach tlał żywy płomień, ciskając na zewnątrz iskrami — świetnie białe ząbki cudnie odbijały przy koralowych ustach i śniadej twarzy.
Wioska w której dzienne światło ujrzała, rozkoszną była siedzibą: skryta w kępie drzew niby ptasie gniazdko, oblana dokoła kryształową rzeczułką, z widokiem na fioletowe szczyty Karpat, przypominała raj ziemski.
Na Ninie jednak ciche, poważne wdzięki natury, nie robiły wrażenia. Dzika jej dusza nosiła na sobie ognistemi głoskami wypisane słowo: skrzydeł!
Kiedy wiosennym rankiem mgła biała owionęła wioskę gazową zasłoną, kiedy słonko, ukośne rzucając promienie, złociło wierzchołki smukłych topoli, a skowronek dzwonił srebrną piosenkę — czarnookie dziewczę patrzało na to wszystko bez wzruszenia, z suchem okiem i spokojną piersią.
Ale kiedy w parny dzień letni, stada chmur czarnych nadpłynęły z zachodu i mrocznym całunem zakrywszy „jasne dnia oko” ryknęły szaloną burzą, lunęły potokami deszczu — wtedy Nina, z rozwianemi na wiatr włosami i płomiennym wzrokiem, wsłuchiwała się w gwar burzy, chwytała uchem wściekły łoskot gromów, goniła okiem za ognistą wstęgą piorunu i migotliwem światłem błyskawic... Drugim stygmatem jej duchowej organizacji była chęć błyszczenia... Lubiła przyglądać się w lusterku przez długie chwile swej twarzyczce, przeplatając czarniejsze od hebanu włosy kwieciem i wstążkami; lubiła się ładnie i bogato ubierać — wszystko to jednak w najniewinniejszej pod słońcem myśli. Młodzi mówili, że ma serce „kamienne” — a dla otaczających ją była „niepojęta.”
Z latami, charakter Niny przybierał coraz dziwniejsze rysy. Kiedy stary kasztan, zasadzony ręką nieboszczyka ojca przy jej urodzeniu, po raz szesnasty oblókł płaszcz ciemnej zieleni i na wiatr rozsypał białe kwiaty — ogniste jej oczy pokryła mgła wilgotna, a na całej twarzy rozlał się posępny cień tęsknoty..... I nie raz, bez przyczyny, — wsparłszy twarz na dłoni, rzewnie płakała i nie raz, gdy księżyc srebrem potrząsł drzewa ogrodu, błąkała się między niemi, nucąc jaką dziką, stepową piosenkę....
Było to szamotanie się duszy, która przyszedłszy do samopoznania, rwała się do lotu....
Jednej nocy Nina zniknęła!
W Kalince o tym wypadku różnie gadano — nie brakło domysłów najdziwaczniejszych...
I długo mieszkańcy wioski kiwali głowami, rozprawiając tajemniczo o Ninie — wreszcie dali pokój. Jedno tylko serce boleśnie zranione napróżno we łzach ulgi szukało — było to serce matki.
Upłynęło od tej chwili lat trzy.
Jakoś przy końcu trzeciego roku, w jednem z miasteczek Galicyjskich, zwykle spokojnie drzcmiącem, zrobił się rozruch. Na rogach ciasnych uliczek, porozlepiano olbrzymie czerwone afisze. — Afisze te, stylem napuszystym, donosiły o przybyciu „znanej całemu światu” trupy aktorów, która niebawem, da nader zajmujący spektakl.
Lewków miejscowych najwięcej zaintrygował ostatni numer programu. Brzmiał on:
....„Na zakończenie, sławna Nina Lauretta hiszpanka, zaangażowana czasowo do naszego towarzystwa, wykona narodowy swój taniec — kaczuczę.“
Ciekawość prowincjonalnych poczciwców nie miała granic. Na wzór ateńskich obywateli kupili się gromadkami po ulicach, rozprawiając z żywą giestykulacją o tym niesłychanym w kronice miasteczka wypadku.




W ogródku, wesoło przystrojonym zielenią, wystawiono teatrzyk. Scena znajdowała się na wzniesieniu opatrzonem w dach spiczasty trójkątny; osadzona na ostrym wierzchołku trójkąta blaszana chorągiewka ustawicznie skrzypiała. Przed estradą umieściła się doborowa — jak zapewniał afisz — muzyka (bęben niepomierną w niej odgrywał rolę). Pomiędzy drzewami ustawiono ławki; lóż i amfiteatru nie było.
Publiczność tłumnie zebrawszy się, opanowała wszystkie miejsca.
Grano jakąś komedyjkę tłómaczoną. — Publika składała się w większej części z profanów w rzeczach sztuki — stąd wynikło, że sypano oklaski aktorom, którzy prócz dobrych może chęci, innych zalet z pewnością nie posiadali. Po zapadnięciu kortyny wywołania końca nie miały.
Po długim antrakcie, zasłona znów się podniosła.
Szmer zadziwienia przebiegł po ławkach. Scenę zmieniono w jakiś pałac zaczarowany. Różnokolorowe lampki oświecały ją tajemniczem światłem, dekoracja przedstawiała lasek, pełen kwiatów, drzew figowych, pomarańczowych, krzewów lauru i kaktusu — w dali widać było urwiste gór szczyty.....
Widzowie nie ochłonęli jeszcze z wrażenia, gdy nagle, ziemi zaledwie tykając, strojna jak motyl wszystkiemi farbami tęczy, wbiegła czarująca hiszpanka.
Przywitano ją grzmotem oklasków. Cudneż bo to było stworzenie!
Lekka i powiewna jej spódniczka lśniła barwami kwiatów południowych; gorący pons, fiolet, szkarłat i purpura, walczyły na niej całą potęgą swych olśniewających blasków. Aksamitny kaftanik haftowany srebrem i złotem rzucał migotliwe światła dokoła. Przybiegłszy na sam brzeg sceny, zruciła z ramion czarną mantylę i stanęła w całym blasku jaskrawego stroju. Błysnęła czarnemi jak węgle oczyma — namiętny uśmiech zaigrał na usteczkach świetnie różowych, jak płomienny kwiat granatu. W tem muzyka zagrała żywiej, tancerka klasnęła kastanietami i z szybkością strzały puściła się w taniec... W szalonych ruchach kaczuczy, tysiącami barw mieniła się jedwabna jej suknia, oczy płonęły fosforycznym blaskiem, białe ząbki błyskały.... patrzącym na nią w głowie wirowało... Wreszcie przystanęła i z zadziwiająca giętkością przechyliła się w tył, wiewając nad głową różową szarfą.
I znowu odskoczywszy lekko parę kroków, rozpoczęła z większą jeszcze żywością śmiałe zwroty. — Zdawało się, że już jej sił niestarczy, że porwana wirem tańca skona....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Trudno opisać co się działo w chwili, kiedy zakończyła taniec. Dziwny zapał opanował wszystkich, od grzmotu oklasków aż liście z drzew spadały. Obsypano ją formalnym deszczem kwiatów, bukietów i wieńców.
Upojona temi owacjami, stała na środku sceny, do nieziemskiego zjawiska podobna, a twarz jej rozpromieniona, jaśniała szczęściem i serdeczną radością.




W dwie godziny później, w małej brudnej izdebce żydowskiego zajazdu, na krześle ze złamaną poręczą, przy kulawym o trzech nogach stoliku, siedziała młoda dziewczyna z twarzą ukrytą w dłoniach. Pierś jej rozdzierały bolesne łkania...
Łojowa, cienka świeczka, krzywo osadzona w lichtarzu rzucała do koła krąg żółto-czerwonego światła, pozostawiając kąty izdebki w zupełnym mroku.
Na stoliku leżał, rzucony w nieładzie.... kostjum hiszpanki. Leżał także obok aktorskiego przebrania list pomięty i skropiony łzami, a przy nim koperta z czarną pieczątką...
Nazajutrz niespodzianie, Nina opuściła „znane całemu światu” towarzystwo — i wyjechała do Krakowa.


Parny dzień czerwcowy kończył się cudnym wieczorem. Mrok już zaczynał pokrywać ziemię — z za lasu wypływała srebrna tarcza księżyca. Na niebie była pogoda. Od północy tylko zaciemniały błękit lekkie, przejrzyste chmurki. — Białą szeroką drogą, przerzynającą Kalinkę, toczył się zwolna powóz pocztowy. Konie były oblane potem — wierzch powozu bielił się od kurzu.
W pewnej odległości za wioską, skryty w wybujałej trawie i gęstej zieleni, spał cichym „snem bez marzeń“ cmentarz. Przed spruchniałą i do połowy wywróconą bramą jego powóz zatrzymał się.
Wysiadła z niego kobieta młoda i piękna, cała czarno i nadzwyczaj skromnie ubrana. Otworzyła pocichu furtkę drewnianą i chwiejnym krokiem weszła do sypialni zmarłych. Postępowała jakiś czas ścieżką wijącą się wężykiem po trawie — wreszcie przystanęła przed kamiennym nagrobkiem. Smutne westchnienie wybiegło z jej piersi, klęknęła, i pochyliwszy głowę, złożyła ręce do modlitwy.
W tej chwili księżyc wynurzył się z za lasu i tajemniczem światłem oblał cmentarz — na grobowym kamieniu błysnęły złocone głoski i pod zwykłym napisem można było wyczytać:

....„Umarła z żalu po córce.”

— Boże! jęknęła kobieta — tyś świadkiem, żem jaj niewinna... Bolesne łkania wstrząsnęły nią — osunęła się na ziemię i płomiennemi usty zaczęła całować zimny marmur.
Wtem puszczyk zajęczał złowrogo — bladą twarz księżyca zasunęła chmura, cień oblał wszystko. — Gdzieś z pod ziemi wyrwał się wiatr chłodny i wionął po cmentarzu, a wkradłszy się między suche trawy, zagrał jakimś dziwnym, krew mrożącym akordem.... Błędne ogniki poczęły na grobach swój taniec Makabra — hukanie puszczyka nie ustawało...
Twarz nieznajomej zrobiła się trupio-biała, chciała powstać — nie mogła; chciała krzyknąć — lecz z drżących ust wybiegł tylko cichy szept:
— Aneto!...
— Aneto!... odszepnęło echo.
I cisza zaległa do koła....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O północy zerwała się szalona burza.
Łoskot grzmotów przerwał sen twardy pocztyljona — zeskoczył on szybko z kozła i przybiegł do powozu, w którym oparta na miękkich poduszkach spała młoda dziewczyna. Obudził ją i spytał o panią. Dziewczyna szeroko otworzyła zaspane oczy i ze strachem odrzekła:
— Jest na cmentarzu...
Obejrzał się za siebie i okiem badał tę ciemną, tajemniczą, najeżoną nagrobkami i krzyżami przestrzeń, na której burza wściekle harce wyprawiała — i dreszcz śmiertelnej trwogi przebiegł mu snać po nerwach, bo zadygotał jak w febrze i rzekł dzwoniąc zębami:
— Ja tam iść nie myślę....
W tej chwili dały się słyszeć bolesne krzyki, zagłuszane jękiem wichru i przez otwartą furtkę wybiegła z cmentarza kobieta z rozwianym włosem i ubiorem w nieładzie....
Wciąż krzyczała okropnym, rozpacznym głosem:
— Ratujcie!.... ratujcie!...
Zbliżyła się do niej młoda dziewczyna i prawie przemocą zmusiła do zajęcia miejsca w powozie. — Skronie jej ogniem pałały, z ust spalonych gorączką wyrywały się słowa bez związku...
Pocztyljon zaciął konie — i powóz oddalił się szybkim pędem...


∗                              ∗

Piękny świat Krakowa zdziwił się niesłychanie, przeczytawszy w jednem z pism czasowych, następną wiadomostkę:
„Nina-Lauretta, prima ballerina naszej sceny, bawiąca obecnie w Karpatach, wstąpiła, jak nam donoszą, do klasztoru. Strata tej zdolnej i lubianej przez ogół artystki, zapewne nie tak łatwo da się powetować.“







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.