Kocia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Kocia
Pochodzenie Poezje Wiktora Gomulickiego
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KOCIA.


1.

Znam takich, co swą młodość sprzedaliby chętnie
Każdemu, jak podarte buty lub tużurek;
Znam innych, co przy serca przyśpieszonem tętnie
Wzdychają, jak ojcowie nieposażnych córek;
Znam splinników, co mdleją, gdy ich śmiech doleci,
Znam głupców, rozgniewanych, że im słońce świeci...

2.

Ja nie jestem z ich liczby. Gdy na wiosnę, ranem,
Jaskółek głośny pacierz ze snu mnie ocuci,
Gdy ptaszę jakieś polne, z pierzem malowaniem,
Za szybami, na gzemsie „oto maj” zanuci,
Gdy słońce rzeką światła wpłynie w moją celę,
Jak dziecko ja się wtenczas zrywam i weselę.

3.

Wiosna i młodość — jedno. Każda z nich otwiera
Bramy ziemskiego raju, nic nie biorąc za to.
O róże! o dziewczęta! o święta i szczera
Miłości serc dziecinnych!... Może łysy Plato
O duchów mówiąc związku bezkrwistym miał rację,
Co do mnie jednak, wolę konkretną kolację.

4.

Z szatankiem tym, co modre jak cherub ma oczy,
Usta jak krew, a zowie się słodziutko: „Mania“...
I gdy wiosna wygrywa swój koncert uroczy,
Na deser są piosenki i pocałowania,
Gdy nie słychać Tartuffe’ów wężowego świstu,
Przekładam jedną Manię nad Platonów trzystu...

5.

Wiem, że ta strofa grzeszy przeciw moralności,
A co gorsza, ma ostry zapach parodoksu...
Co tam! niech jespan krytyk zżyma się i złości,
Ja jej z miejsca nie ruszę. Wiem, że dymem koksu
Gdybym wiersze wypełnił, zyskałbym oklaski,
Lecz przekładam sen cichy nad wiwatne wrzaski.

6.

Ratuj-że mnie, Jowiszu i ty Afrodyto,
Bo spostrzegam, żem drugą powiedział herezję!
Wszak Heinego okrutnie do krzyża przybito
Za to, że śmiał rozkiełznać niemiecką poezję,
I że pozwolił muzie chodzić po ulicy
W porannym dezabilu, z fajką i w szlafmycy.

7.

Furda! Choć zadrżą białe duszyczki dewotek,
Świat nie runie, bo Atlas go trzyma, nie baba —
A zaś co do Heinego, to choć żądła plotek
Za życia go kąsały, jednak dusza słaba
Poety gorzej stokroć cierpiała po zgonie,
Kiedy Bóg ją za karę osadził... w Mironie.

8.

A mego brata w Febie niech to nie obraża,
Bo i większych od nich skarżę o to samo.
Rzadko dziś czysty kruszec spotykać się zdarza,
I najczęściej poety duch jest amalgamą:
Dowodem czarodziejska „Balladyny” lira,
Na której grał Słowacki — palcami Szekspira.

9.

Toż Musset, kiedy mówił: „z własnej piję szklanki”
Zapominał, że Bajron napełnia ją winem,
Goete w greckim Olimpie miał swoje kochanki,
Molier Arystofana rodzonym był synem,
Nie mówiąc o „Manfredzie” bajronowem dziecku,
Które „Prometeuszem” zwało się po grecku.

10.

Trudniej o myśli nowe, niż o nowe suknie —
A ci, co dziś, wzdychając, klecą polskie rymy,
Choć który z nich, jak szampan, czemś głośniejszem puknie,
Muszą ginąć, rzuceni w te błękitne dymy,
Które z trzyramiennego wychodzą świecznika,
Jak z ablowej ofiary. — Metafora dzika,

11.

Lecz domyślny czytelnik łatwo ją zrozumie.
O ty! nad klasycyzmu wyrosła mogiłą
Trójco wieszczów, podobna trójcy wież na tumie!
Przecz do ziemi nas zginasz piorunową siłą?
— Tak się skarżą nocami, z żałosnem westchnieniem,
Drobne krzewy, nakryte wielkich dębów cieniem...

12.

Ale trzeba przystąpić do rzeczy. Zacząłem
Od wiosny, bo na licach miał ją mój bohater.
Był to dzieciak niewinny, z białem jak śnieg czołem:
Szesnaście lat i serce jak drzemiący krater.
Niedawno ze szkolnego wyfrunął mundurka,
Więc swobody używał ptasiej — i tużurka.

12.

Papierosów nie palił, i choć czytał wiele
O miłości, nie wiedział bynajmniej co miłość.
Słyszał, że trzeba mówić do lubej: „aniele!”
Że... lecz tutaj już dziwną spostrzegał zawiłość,
I czując, zapłoniony, szybkie pulsów bicie,
Powtarzał: „ach! jak wielką tajemnicą życie!”

14.

Mówiąc tak, filozofem stawał się bezwiednym,
Bo jeszcze co jest życie, nie odgadł nikt z ludzi.
Życie jak cierpień pasmo objawia się jednym,
Drugich szczęścia blademi promykami łudzi,
Lecz nikomu całego nie odkryło lica —
O tak! życie to wielka, wielka tajemnica!

15.

Jeszcze o bohaterze słówko. Przed miesiącem
Rzucił wieś, polowanie, ojców biały dworek,
Żeby z życiem Warszawy poznać się błyszczącem —
Ale jak na powierzchnię brudnej wody korek,
Tak wypływał nad wiru stołecznego męty,
Rozpusty pocałunkiem wszetecznym nietknięty.

16.

Znajomych nie miał wcale. Do przeróżnych osób
Przywiózł wprawdzie od wuja i stu ciotek listy,
Lecz w przyjaźń z nimi wchodzić, było ach! nie sposób;
Bo tych, co na karjery wiodąc go szlak mglisty,
Wysokie w społeczeństwie zajmowali stopnie,
Jak turkawka jastrzębia tak się bał okropnie.

17.

W ich szeregu był prezes żółty jak cytryna,
Mecenas do goryla podobniutki z twarzy,
Sędzia z nosem kobuzim, wreszcie pół tuzina
Protektorów: eks-radców i eks-dygnitarzy;
Wszyscy szklami błyszczący albo czaszką nagą,
Wszyscy mocno wydęci winem i powagą.

18.

Do każdego z nich chłopiec, rad ojcowskich pomny,
Chodził z listem w kieszeni i pokorą w mowie;
Dobre robił wrażenie jego układ skromny,
Rzucano mu po jednym uśmiechu i słowie;
On za uśmiech i słowo wdzięcznym być przyrzekał,
Kłaniał się — i czemprędzej do domu uciekał.

19.

Zwykle takie stosunki trwały bardzo krótko.
Raz tylko, od prezesa, co miał żółtą cerę,
Sześdziesiąt wiosen, kaszel i żonę młodziutką,
Odebrał zaproszenie (Bóg to wie, czy szczere,
Choć prezesowa przy niem miała słodką minkę)
Żeby do nich przychodził czasem „na godzinkę.”

20.

Więc bywał tam niekiedy. Wspomnę tu nawiasem,
Że prezesowa z siostrą Ottona na pensji
Żyła w ścisłej przyjaźni, lecz ochłódły z czasem
Te stosunki dla jakichś „żalów” i „pretensji”,
I że teraz, zrobiwszy rachunek z pamięcią,
Wskrześć tę przyjaźń gwałtowną zapłonęła chęcią.

21.

Otton miał w tem odegrać niebezpieczną rolę
Pośrednika, gdyż planik jej polegał na tem,
Żeby rzecz, na kobiecej dyplomacji pole
Przeniósłszy, w swych działaniach zasłaniać się bratem,
I po Ottonie, jak po telegrafu drucie,
Do serca przyjaciółki wyprawić uczucie.

22.

Może przy starym mężu więdnąca z tęsknoty
Inne jeszcze marzenia w ładnej główce snuła...
Może ziemskiego nieba błysł jej promień złoty...
Może... dość, że dla chłopca była dziwnie czuła,
I prezesowi, kiedy badał ją zdradziecko,
Mówiła wciąż, że Otton „bardzo miłe dziecko”...

23.

Powiedz mi, czytelniku, czy się dziwisz fali
Że płynie naprzód? różom że się w słońcu złocą?
Słowikom że śpiewają? ogniowi że pali?
Czy się gniewasz, że gwiazdy przyświecają nocą
A słońce dniem? czy mówisz, że jest winien kary
Piorun, gdy z pośród ludzi wybiera ofiary?

24.

Trzykroć nie! bo wiesz przecie, że ciążą nad światem
Prawa (ach! któż mi powie: szatańskie czy boże?)
Co rządzą i piorunem i gwiazdą i kwiatem,
I których ludzka siła przełamać nie może,
Prawa, co każą, wyższej posłuszne mądrości,
Orłom dążyć do słońca, sercom — do miłości.

25.

Wiesz to, a więc dla bliźnich bądź wyrozumiały,
Nie dziw się motylowi gdy całuje różę,
I choćby prezesowa w swojej piersi białej
Pod osłoną batystu kryła pragnień burze,
I choćby próg sypialni przebiegła marzeniem —
Na jej główkę maleńką nie rzucaj kamieniem.

26.

Są tacy, co z miłości szydzą — tym nic wierzcie;
Komu uczucie w piersiach zgorzkło i zwiędniało,
Ten ludzi przeklnie, Boga zaprzeczy, a wreszcie
Ukocha... psa. Pozornie inną miłość ciało,
Inną ma duch, lecz prawdą jest, że związek ścisły
Niewidzialnemi nićmi z duchem wiąże zmysły.

27.

Wyczekując, aż radców zgrzybiałe kohorty
Oplączą go więzami nudnego zajęcia,
Otton zgiełku miejskiego słodkie zwiedzał porty:
Teatr, ogród, koncerta; czasem wniebowzięcia
Miewając, gdy mu w loków złocistej obręczy
Jakiś anioł zabłysnął i zgasł, nakształt tęczy...

28.

Zwykle po takiej wizji nie mógł spać noc całą.
W myślach zamęt burzliwy, w piersi czuł płomienie,
Widmo twarzy dojrzanej jak cień go ścigało,
Chciał zapomnieć — i w głębsze zapadał marzenie. —
Trawionego tak wewnątrz niszczącem zarzewiem,
Gdyby spytać: co tobie? — odszepnąłby: nie wiem...

29.

Takich, co z czary uciech nie pili zbyt rano,
Nawiedza czasem, myśli niszczący pogodę
Smutek dziwny, którego dotąd nie nazwano
W medycynie, choć niszczy organizmy młode;
Brat cichej melancholji, co się z wiosną budzi
W sercach kobiet, poetów i nerwowych ludzi.

30.

Stan taki i u dziewcząt zjawia się niekiedy,
A znika zagłuszony balów pustą wrzawą;
Jeśli wszakże rodzicom dużo sprawia biedy,
I nie da się już spłoszyć strojem i zabawą,
Ślubnego trzeba wtenczas mirtu i kobierca...
Jabym taką chorobę nazwał „głodem serca.”

31.

Ottona głód ten trawił. Chudł i sypiać nie mógł,
Jak rabin się zamyślał, wzdychał jak poeta,
Werteryzm wszystkie inne uczucia w nim przemógł,
Omdlewał, gdy na niego spojrzała kobieta,
I czując jak żar pali zmysłów klatkę lichą,
Czasem palce gryzł do krwi — czasem płakał cicho...

32.

„Bzik!” mówili sąsiedzi — co zaś do sąsiadek,
To każda niewymownie była zachwycona
(Wszystkim relację zdawał stróż, naoczny świadek)
Młodością i dziwactwem sąsiada Ottona;
Jedne zwłaszcza kwiaciarkę z djamentowym wzrokiem,
Nasz bohater współczuciem przejmował głębokiem.

33.

Kwiaciarka była dzieckiem miłości i słońca;
Łączyła ona w sobie z pasterki prostotą
Wdzięk markizy, i idąc przez życie śmiejąca
Instynktem omijała manowce i błoto;
Matce jej świecił grudzień w życia kalendarzu,
A ojciec miał już kącik cichy na cmentarzu.

34.

To jeszcze o niej powiem, że nosek gryzetki,
Chód pliszki i „Kopciuszka“ drobną miała stopkę,
Że zajmowała z matką dwie skromne izbetki,
Że przy ustach Bóg czarną napisał jej kropkę,
Że była marzycielką czasem,czasem trzpiotką,
I że jedni ją zwali Kocią, drudzy „Kotką.”

35.

„Kotka” ta nie kochała dotąd. Nigdy nawet
Żaden kuzynek ust jej nie dotknął zuchwale,
A jej kibić dziewiczą ściskał tylko... bawet.
Znagła, pierś jej płomienne ogarnęły fale,
I burza dziwnych pragnień wybuchła wśród łona,
Gdy marzonego we snach ujrzała Ottona.

36.

Nożyczkami jedwabne wykrawając płatki,
W okienku ona swojem siadała z robotą.
Czasem wiła girlandę, czasem sztuczne kwiatki
Dzierzgała jak promieniem plecioneczką złotą,
Niekiedy znów, zmęczone opuściwszy ręce,
Pozwalała cichutkiej płynąć z ust piosence,

37.

A jej źrenic ognistych nieumyślne groty
Raniły marzącego w swem oknie sąsiada...
On, słuchając, ze zwykłej budził się tęsknoty,
I krwi falą twarz mu się rumieniła blada,
Wzdychał, do śpiewającej chciał lecieć powietrzem,
A potem — z licem wstawał od ścian swoich bledszem.

38.

W takich chwilach krew wszystka do serca mn biegła.
Pragnął, lecz pragnień swoich nie pojmował jasno;
Moc jakaś od wybuchu jego młodość strzegła,
Widział tylko, że gwiazdy w jego duszy gasną,
Ustępując przed słońca wielkim majestatem...
Dziecię rosło w młodzieńca. Tak na niebie, latem,

39.

Płoną przy sobie barwy różowa i biała:
Wschód i zachód. Rzecz można, iż miłość tych dzieci,
W przeczuciach i w niewinnym śnie zamknięta cała,
Była jak blask djamentu, co zimny choć świeci,
Lub jak nocna pieśń ptaków, co przez gąszcz złowrogą
Wołają się, a trafić do siebie nie mogą...

40.

Króciutka, a już przecie miała swe wspomnienia.
Na schodach raz, o zmroku mistycznej godzinie,
Kiedy ciemność kształt każdy fantastycznie zmienia,
A świerszczyk łzawą piosnką skarży się w kominie,
On szedł zwolna pod górę, tęskny, zamyślony,
Kiedy nagle, z przeciwnej wyfrunęła strony. —

41.

Kotka. Wąziutką drogę gęste kryły cienie...
Bieg szybki trudno było powstrzymać... niechcący
Zetknęli się i dziewczę na jedno rzęs mgnienie,
Drżąc, do piersi Ottona przypadło gorącej...
On zachwiał się, i oczy mgłą mu zaszły krwawą,
Krzyknął: ach! — ale dziewczę odskoczyło żwawo,

42.

I głośniej odkrzyknąwszy, jak wicher uciekło.
Otton w nocy rozmyślał o tej nerwów burzy,
Co mu w duszę rzuciła dziwnych myśli piekło,
I o tem, że jej włosy miały zapach róży,
I o tem, że go, biegnąc, musnęła sukienką —
A wspomnienia te rajem były mu i męką.

43.

Innym razem, z jej okna upadł mu pod nogi
Bukiecik. Czy przypadkiem, czy może umyślnie
Ten tłómacz niemych uczuć zleciał, wiedzą bogi!
Ale lica dziewczyny płonęły jak wiśnie,
I do kwiatów oczyma przypadła pilnemi,
Kiedy Otton się schylił, by je podnieść z ziemi.

44.

Potem ust jej korale rozśmiały się słodko,
Kiedy chłopiec na kwiatach pocałunek złożył,
Potem trzymaną w ręku skryła twarz robotką,
Kiedy wbiegłszy po schodach, cicho drzwi otworzył;
Wreszcie brewki ściągnęła gniewnie, gdy do matki
Podszedł, i szepnął: „Zwracam.. upuszczone... kwiatki...”

45.

Zaręczam, że się śmiejesz ładna czytelniczko,
Z dziecinnej bohatera mego naiwności,
Że myślisz: gdybym była z bajki tą księżniczką,
Co wspaniale skarbami rozrzuca miłości,
W ptaszynę się zmieniwszy taką ot, jak... Mania,
Uczyłabym go sztuki pieszczot i kochania...

46.

Gdy myślisz tak, i myśl te chcesz wcielić w uczynek,
Pośpieszaj, bo kto inny uprzedzić cię gotów...
Już bogini cypryjskiej uskrzydlony synek
Zranił serca tych dzieci ostrzem swoich grotów,
I bliski dzień już, w którym mocą wniebowzięcia
Bóg je porwie i rzuci w rozkoszy objęcia...

47.

Moc ta zestąpi na nich z góry, i snem będzie
Proroczym, albo książką, której białe karty
Powiedzą im o słodkim kochania obłędzie,
Albo kwiatów zapachem, kadzidłem Astarty,
Albo pieśnią słowika, od której drży łono
I oczy, jak djamenty, dziwnym żarem płoną..

48.

Odyby jednak zbyt późno zeszła?... gdyby losy
Stawiły między niemi mur strasznej ananke?...
Kotka zwiędłaby pewnie, jak róża bez rosy,
A Otton może inną znalazłby kochankę,
Kochankę wzdychającą do raju zamężcia,
I posiadłby z nią wszystko, wszystko... oprócz szczęścia.

49.

— Znałem dzieciaka, wiedzy trawionego głodem,
Który do lat dwudziestu w książkach więził ducha,
I jedną tylko żądzę w sercu chował młodem:
Sławnym zostać. Ten dzieciak książkę miał za druha,
Za matkę, za kochankę, za społeczność całą...
W pracy lica mu bladły, bo duch niszczył ciało.

50.

Matka, choć jej miłością nie płacił synowską,
Strwożyła się o dziecko, i wszedłszy w przymierze
Z lekarzem, wyprawiła go na wieś. O wiosko!
Komuż krew nie zagrała przy pól twoich szmerze?
Chłopiec na wsi omdlewał, tęskniąc, ale w końcu
Twarz mu zdrowiem zakwitła, jak róża na słońcu.

51.

Natura, książka ręką Boga zapisana,
Sprawiła, że się z życiem powszedniem pogodził,
I póty pił woń kwiatów, aż jednego rana,
Kiedy z ładną kuzynką po ogrodzie chodził,
I kiedy bukiet składać siedli na berżerce,
Dowiedział się zdziwiony, że ma w piersiach — serce.

52.

Z odkrycia tego romans wyrósł, jak grzyb z deszczu.
Kuzynka zapragnęła rozgrzać pierś odludka,
Lecz odludek, choć przeczuł z rozkosznego dreszczu
Miłość, nie zgadł, że władza jej, jak miraż krótka,
Znika, niezatrzymana czarem zalotności...
Jaśniej mówiąc, nie wiedział o „sztuce miłości”

53.

O sztuce, której Owid ułożył prawidła.
Ztąd zamęt. Panna bowiem, biorąc się namiętnie
Do rzeczy, na kuzynka zastawiła sidła,
A on (tak się jej zdało) przyjął obojętnie
Lep wdzięków... Biedny dzieciak nie pojmował zgoła,
Że ziemskiemi figlami łapie się anioła,

54.

Do sztucznych przeto westchnień, schadzek i serenad
Nie uciekał się, czułych nie smażąc też wierszy...
(Podobną zbrodnię karać zwykł dziewczęcy senat
Surowo, bo paragraf przestępuje pierwszy
Kodeksu miłosnego) kuzynka więc gniewna
Umyśliła zazdrością spalić tę pierś z drewna...

55.

Wkrótce potem nasz dzieciak rzucił wioskę. Praca
Poczęła zwolna płoszyć wspomnień mgłę ułudną;
Lecz nagle poczuł w ciszy, że jej obraz wraca
Do serca, że go wabi, i że mu już trudno
Bez niej żyć; przebiegł myślą drogich chwil wspominki,
Wtem — odebrał list z wieścią o ślubie kuzynki.

56.

List był gromem i strzaskał mu serce. Z tęsknoty,
Rzucił się w otchłań szalu. A ona.. przed światem
Póty kłamała szczęście, aż wpadła w suchoty...
Ten epizod dowodzi, że z miłości kwiatem
Nie trzeba nazbyt igrać, gdyż się w nim woń kryje
Która czasem uzdrowi, a czasem — zabije.

57.

O dwoistem działaniu pocisków Amora
Mógłbym dużo napisać; mam nawet gotową
Całą wiązkę porównań. — Ale wracać pora
Do powieści. Już wiecie, że nad dzieci głową
Grom wisi; że spadając, serca w popiół pali,
Że więc Otton i Kotka... Lecz czytajcie dalej.

58.

Raz, gdy niebo fijołków modrą miało barwę,
Gdy duszno było w murach, gdy śpiewały ptaki,
Otton książkę w kąt cisnął i rzekł: „Kwiatów narwę
(Dziecię wsi zawsze wzdycha do uciechy takiej)
Za miastem gdzie, na łące zielonej lub polu...
Narwę białej konwalji, dzwonków i kąkolu,

59.

Żeby niemi napoić izby mej powietrze;
A gdy będę zasypiał w falach kwietnej woni,
Przyśnią mi się lip rzędy szumiące na wietrze,
I ptaków chór, co na nich wieczorami dzwoni;
Przyśni mi się bluszczami obrośnięty ganek
I wyżeł i jeziorko i stada cyranek...

60.

Pobiegł. Warszawa była senna od gorąca;
Mieszczuchy, trawiąc obiad, drzemali przy siescie,
Kwiaty mdlały na skwerach od kurzu i słońca,
I zapach bzów kwitnących płynął w całem mieście.
W takie dnie dusza ludzka do rozkoszy skora.
Sama idzie, jak Psyche, w objęcia Amora...

61.

Otton prędko porzucił mury, i niebawem
Znalazł się w pełnej cienia i chłodu alei.
Cisza była tu wielka, tylko gdzieś nad stawem
Leniwie rechotały żaby. W epopei
Są ustępy liryczne, a tam gdzie fabryki
Wciąż dymią, są ogrody: miejskie bukoliki.

62.

W tem miejscu długim one ciągnęły się sznurem,
A każdy zdał się mówić: „smutnym być nie można!”
Ludzie kędyś się skryli, za to ptaków chórem
Odzywała się zcicha gęstwina przydrożna;
Na zamianie tej nigdy natura nie traci,
A ktoś rzekł: „Dobrze z braćmi, lecz lepiej bez braci”

63.

Hymn ptaków, żab i liści rozmarzył Ottona;
Zapomniał, że... zapomniał kiedy jadł śniadanie,
I na oczy różowa padła mu zasłona,
Przez którą wszystko widział pięknem niesłychanie,
Co mu dało tak dobry humor, że nad rowem
Usiadłszy, począł oczy niebem turkusowem,

64.

A uszy karmić wróbli fałszywą kantatą,
I wkrótce dał się cały miłemu far-nienie.
Wiatr przycichał, żab sejmy milkły, ale za to
Duch chłopca wznosił skrzydła do lotu rozpiętą
I pierś mu falowała uczuciem wezbrana...
Wtem z gąszczy ktoś zawołał głośno: „Budzę pana!”

65.

Piękną była Małgosia, kiedy ją z kościoła
Idącą, doktór Faust spotkał odmłodzony;
Piękną była z lokami u białego czoła
Zosia, gdy ją Tadeusz spłoszył na zagony;
Lecz piękniejszą nad obie dla oczu Ottona
Wydała się, w połowie z liści wychylona,

66.

Postać, którą zobaczył odwróciwszy głowę.
Stała ona za kratą ogrodu, i zwolna
Rozchylała przed sobą krzaki jaśminowe;
W kruczych włosach jej róża płoniła się polna,
A słomiany kapelusz z czoła zesunięty,
Stroił ją w aureolę, jak obrazek święty.

67.

Nie pragnę waszych myśli chwytać w sieć intrygi,
Gdyż się za dumasową nie ubiegam chwałą;
Zamiast więc z czytelnikiem rozmawiać na migi,
Prawdę przed nim wyjawię otwarcie i śmiało,
I powiem, tajemnicze rzucając półsłowa.
Że damą w kapeluszu była — prezesowa.

68.

Zkąd się wzięła za miastem, w ogrodzie z kratami?
Zapyta się niejeden i dowcip zaostrzy...
Zkąd się wzięła? Ach Boże! osądzicie sami,
Że się wzięła tam w sposób jak można najprostszy:
Była słaba i lica miała coraz bledsze,
Więc ją doktór wyprawił na świeże powietrze.

69.

Żyła tam w róż kompanji, sama jako róża.
Kiedy Otton ją ujrzał na tle krajobrazu
Czerwcowego, co w słońcu i we mgłach się nurza,
Fantastycznem zjawiskiem zdała mu się zrazu,
Więc powstawszy, „dzień dobry” szeptał jakby we śnie —
A ona rzekła z śmiechem: „Chodź pan na czereśnie!”

70.

Odmówić, znaczyłoby zostać hotentotem.
Poszedł więc — a pasterka z nimbem koło skroni
Zawiodła go w głąb sadu, gdzie przesiana zlotem
Półmroczna i jaśminu pełna dusznej woni
Rozciągała się w słońcu drzew i ziół gęstwina.
Poszedł — i od tej chwili gmatwać się poczyna

71.

Powieść moja, co dotąd szła prościutkim szlakiem.
Otton rwał rubinowy owoc, i uczenie
Rozmawiał z towarzyszką stojącą za krzakiem;
Ona zaś miała dziwne na twarzy płomienie,
I powtarzając ciągle: „ach! jak dziś gorąco”
Zasłaniała się dłonią, najwyraźniej drżącą...

72.

„Wiśnia — objaśniał Otton — zwie się po łacinie
Primus cerasus...” „Wiesz pan? — prezesowa rzekła,
Na lewo, pod kasztanem, kędy struga płynie,
Jest kącik pełen chłodu; chodźmy z tego piekła,
I usiadłszy na trawie, skosztujmy czereśni...”
Poszli. Za niemi pójdzie i muza tej pieśni.

73.

By wysłuchać i wiernie powtórzyć ich słowa
„Czyś pan gniewał się na mnie?“ „Czemu?” „Już tak dawno
Nie byłeś u nas...“ „Wszakże pani prezesowa
Wie dobrze...” „Ach, nie kończ pan; taką masz zabawną
Minę, gdy się tłómaczysz.” „Byłem raz wieczorem...”
„Dość już! wszakże pan stoisz nie przed profesorem!

74.

Powiedz mi co nowego.“ „Pogodę dziś mamy...”
„Siądź pan bliżej.“ „Już siedzę.” „Ależ bliżej jeszcze”.
„Nie chciałbym pognieść sukni.” „Teraz pogadamy...
Ale pan drżysz... co panu?” „Nie wiem, jakieś dreszcze

To ziębią mnie, to palą...” „Daj pan rękę.” „Prawą?”
„Którą chcesz.” Służę pani.” „Ach! ach! między trawą

75.

Lezie pająk szkaradny! Ach! jak ja się boję!”
„Wstańmy.” „Nie, nie wstawajmy: tak nam dobrze w cieniu!”
„Lecz suknia...” „Mniejsza o nią; ja nie dbam o stroje!
Ach, à propos.. czy wiesz pan, że i w tem schronieniu,
Odgrodzonem od świata drzew cienistych szańcem,
Króluje bóstwo zabaw z muzyką i tańcem?

76.

Jaśniej mówiąc: sąsiedzi wyprawiają bale.”
„To dla pani rozrywka.” „Nie, tylko kłopoty!”
„Wszakże taniec...” „Ach! tańca ja nie lubię wcale!
Przytem przy tualecie ileż to roboty!
Na zabawie naprzykład, co ma być we środę
Uradzono, że damy i starsze i młode

77.

Wystąpią wszystkie w kwiatach.” „To pomysł uroczy!”
„Dla siebie strój wybrałam z białych nenufarów,
Przytem suknię zieloną, jak nimf wodnych oczy.”
„Ach! pani sama nimfą będziesz wśród tych czarów!”
Pochlebca! Właśnie dzisiaj kwiaciarka z Warszawy
Ma przywieźć mi ubranie do przyszłej zabawy.

78.

Ale ja pana nudzę...” „Pani mnie czaruje!”
Doprawdy?” „Klnę się na... na... na tych włosów sploty!”
„Ach panie, panie Otton, coś mnie strasznie kłuje
Pod brodą; pewnie komar — zabij go, mój złoty!...”
„Gdzie on jest?” „Gdzie on jest?” „Niżej.” „Czy tu?”, „Nie, na gołem ciele.”
„Tu?” „Jeszcze niżej...” „Pani!...” „Co panu” „Aniele!..”

79.

W tej chwili dwa donośne rozległy się krzyki:
Bas i sopran w duecie. Zaszumiały liście
I z kępy drzew fruktowych, zziajany i dziki,
Jak bomba wypadł... prezes. „Sto djabłów zjedliście!”
Wrzasnął — i pełen w oczach gorącego piekła
Rzucił się, klnąc, na żonę — lecz żona uciekła.

80.

Został Otton — z edenu na ziemię zepchnięty...
„Młokosie! — wpadł na niego prezes — mów mi zaraz
A szczerze, bo sto kijów wsypię ci — nie w pięty...
Coś robił z moją żoną?” Piekielny ambaras
Miał chłopczyna, więc drżący i blady jak mara,
Rzekł cicho: „Chwytaliśmy oboje komara..”

81.

„Jakto? — ryknął Otello — chcesz żartować zemnie?
Ja cię!... ja ci!... ja tobie!..” ale tyle było
Komizmu w twarzy chłopca, że prezes daremnie
Usiłował wybuchnąć. Coś go rozbroiło,
I rzekł tylko: „Młokosie, precz mi z oczu!” Zaczem
Otton za wrota raju wyszedł napół z płaczem.

82.

Ale biegnąc aleją, ostygł ze wzruszenia.
W sercu miał całe niebo szczęścia i zachwytu,
Czuł, że się jego życie łamie i odmienia,
Więc wyciągnąwszy dłonie w górę, do błękitu,
Zawołał (miał szesnaście lat tylko): „O Panie,
Już znam drogę do nieba! już wiem co kochanie!”

83.

A wraz z tą apostrofą, błysnął mu przed okiem
Obraz Kotki... „Ją tylko, ją kocham jedynie!“
Zawołał — i iść począł przyśpieszonym krokiem.
Gnało go, pragnął bowiem zwiastować dziewczynie
Jak najprędzej, że odgadł już sztukę kochania...
Wtem usłyszał w alei przytłumione łkania.

84.

Na ławce, z twarzą skrytą dłońmi i woalem,
Siedziała jakaś postać; oczy zapłakane
skrzyły się jak djamenty, łono drżało żalem,
A przy nogach, na ziemi, w kurzawę wdeptane
Leżały żółte lilje i róża — sierotka...
Otton podszedł — i krzyknął: „Ach!“ To była Kotka.

85..

„Pani! panno Konstancjo!..” jął mówić — lecz ona
Rzucając w piasek resztę girlandy liljowej
Przyskoczyła do niego, groźna, zapłoniona,
I syknęła, jak żmija: „Idź do prezesowej!”
A gdy chłopiec stał milcząc, martwy niby skała,
Rzekła jeszcze: „Wiem wszystko, bom wszystko widziała!”

86.

Otton zachwiał się, szepnął: „Kocham tylko ciebie!”
I na ławkę bez czucia padł i bez oddechu. —
Gdy się ocknął, już gwiazdy płonęły na niebie,
Gąszcz ponuro szumiała, i dwoił się w echu
Szyderski śmiech puszczyka... Rozejrzał się z trwogą,
Ale przy nim i za nim, nie było nikogo...

87.

Tak dziwnie się skończyła ta miłość dziecięca,
I tak samo też dziwnie kończy się ta powieść.
Kto chce, niechaj się nad nią lituje lub znęca;
Ja powiem, że nie chciałem niczego w niej dowieść,
Jeżeli zaś myśl jaka spoczywa tu na dnie,
Nie wskażę jej — czytelnik niech ją sam odgadnie...








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.