Przejdź do zawartości

Kochankowie nieba/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Baliński
Tytuł Przedmowa
Pochodzenie Kochankowie nieba
Data wyd. 1858
Druk M. Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Karol Baliński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Bracie Ludwiku!

Od dawna już nabyłeś prawa do wdzięczności mojéj, a zaległość ta Twoja u mnie zwiększyła się dziś tém jeszcze: że Tobie to winien jestem poznanie Kalderona i chęć przełożenia kilku jego chrześcijańskich dramatów na język ojczysty. Poczuwam się więc do miłego obowiązku podziękowania Ci za to serdecznie, publicznie, a zarazem, do złożenia Ci pokrótce sprawy z wrażeń których w ciągu tej pracy doznałem.
Otóż — nieraz wpatrzywszy się głęboko w tych „Kochanków nieba“ — i spostrzegając się sam jak ten dramat żywo mię zajmuje, zadawałem sobie pytanie: dla czego ta rzecz tylu wiekami od nas oddzielona, ta tragedja w początkach jeszcze ery chrześcijańskiej odegrana, tak mocno mię porywa, takie silne zajęcie obudza?
Odpowiedź przyszła bardzo łatwo: dramat to dzisiejszy, odgrywający się nie na deskach teatru, ale na widowni świata — w życiu — na ziemi. —
Ktokolwiek całą duszą wpatrzy się w ten obraz Kalderoński, spostrzeże i poczuje że sam jest nietylko widzem, ale i aktorem zarazem w tym wielkim żyjącym dramacie, a własne sumienie powie mu wyraźnie jaką on w nim rolę odgrywa.
Wszystkie tu przez Kalderona wywołane osoby żyją obecnie, żyją i działają jak niegdyś, słowo w słowo, powtarzają się nawet też same wyrażenia — zmiana jest tylko w nazwiskach. — Łatwo sprawdzić to smutne spostrzeżenie, łatwo dostrzedz niestety! i Polemiuszów, onych przeciwników wszelkiego chrześciańskiego postępu, potępiających prawdę dla tego jedynie, że się ich niskim, osobistym widokom sprzeciwia, że ich do wyższego życia, do wyższej ofiary powołuje; i Eskarpinów, owych materjalistów, u których po nad ziemią, po za grobem nic nie ma — bez których nie byłoby Polemiuszów.
Łatwo, powtarzam, dostrzedz i Klaudjuszów, onych niby poczciwych marzycieli, goniących wciąż za fałszywemi ideałami po chmurach fantazji, a nie chcących widzieć i pełnić prawdy na ziemi; modlących się nawet do męczenników o wstawienie się za nimi, ale zatykających uszy na głos Karpoforów, wołający:

Bóg pomaga tylko temu,
Kto sam walczy przeciw złemu.

A oneż Cintie i Nisidy, te smutne a wierne reprezentantki fałszu w życiu, w sztukach i w poezyi — nie sąż to nam dobrze znajome postacie płci obojej? Kalderon kreśląc te wszystkie osoby, musiał mieć doprawdy jasnowidzenie czasów dzisiejszych.
Podobieństwo to chwili obecnej z przeszłością tak odległą, smutne jest i bardzo smutne, ale Chrześcijanin, w bojaźni Bożej na wszystko patrzący, nawet i pod tym smutnym obrazem, dopatrzy się jeszcze pociechy. — Pod całunem zimy, mrozu, śmierci, odkryje on: wydobywający się ku słońcu plon nowej wiosny. Są to konieczne cechy dopełniania się epoki jednej, a poczynania się drugiej, wyższej — i tak dalej, następnie, przez wieki, aż do kresu Słowem Bożem naznaczonego.
A ten Krisanto! cóżto za nauczająca postać, jakiż to upokarzający przykład dzisiejszym mędrkom! — Poganin to z początku, a chociaż poganin, pokorny, a pokorny właśnie dla tego, że wciąż za wyższem życiem tęschniący. — Wielką on pracą dobił się pewnika, że rozum nie jest wcale najwyższym rozeznawcą i sędzią, że są tajemnice, przeciw którym ludzki rozum za słaby, i wyższych a silniejszych potrzebuje pomocy, aby mu drogę utorowały. — To też gdy tego poganina uderzy zdanie, myśl, książka, której pomimo wszelkich swoich usiłowań zrozumieć nie może, on chociaż poganin, nie woła jednak: to głupstwo! to szaleństwo! to wymysł osłabionych umysłów! — Nie, — jemu sąd taki ani przez myśl nie przejdzie. — On tylko powie sobie po prostu: to przechodzi siły moje, rozum tu mój za słaby, ale jeszcze popróbuję, jeszcze pracować będę, pracować choćby przez całe życie, albo poradzę się drugich, zapytam starszych, doświadczeńszych, świadomszych tej rzeczy, oni mi pomogą do rozwiązania tej tajemnicy. — I męczy się, pracuje usilnie, aż wreszcie długą tą a bezowocną walką zmęczony, uznając niemoc swoję, zwraca się w gorącej modlitwie do Boga, wołając z głębi duszy:

Ty coś jest życiem, światłością.
Daj mi światło, daj mi życie!

W całej znanej nam literaturze dramatycznej europejskiej, nie wyłączając nawet Szekspira, nie widzimy równie potężnej i tak prawdziwie chrześcijańskiej sceny, jak ten pełen życia monolog Krisanta.
I modlitwa jego wysłuchana — bo każdy szczerze szukający prawdy znajdzie ją; „kto puka, będzie mu otworzono.“
Poganin staje się chrześcijaninem, bohaterem błogosławionym, wzorem do dziś dnia pod wielu względami. — Wie on, że Darja go kocha, i choć ona magnetycznie pociąga go ku sobie, choć pod tym jej wpływem nieraz chwieje się i słabnie, zwycięża jednak pociąg ten miłością wyższą, chrześcijańską, bo czuje, że prawdziwym ślubem, prawdziwym małżeńskim związkiem jest wspólna a żywa wiara w Boga prawdziwego i wynikające z tej wiary — życie wedle woli Bożej; czuje że to jest wspólna wzajemna pomoc w drodze jednej, ku celowi jednemu a najwyższemu, ku zbawieniu. — To też przedewszystkiem kocha on duszę Darji, to jest pragnie jej zbawienia jak swego. A w ostatku woli raczej męczeństwo własne i okropniejsze jeszcze żony swojej, niż wyprzeć się wiary w Chrystusa.
A dziś!... księże Witoldzie, „dziś inne zwyczaje,“ powiada z gorzkim Walenrod uśmiechem. A Darja? toć to także poganka, ale nie taka jak Cintia i Nisida, które w nic nie wierzą, w nic zgoła, których bóstwem jedynem jest zysk materjalny lub pycha. — Darja wierzy prawda że w fałszywe bóstwa, w słońce, księżyc, morze i t. p., ale wierzy szczerze, wierzy zawsze w coś po nad nią, w siłę jakąś wyższą nad jej rozum, nad jej piękność, nad jej wieńce, nad jej filozoficzne dzisiejszych Eskarpinów „Ja“. — Jest więc już w niej ona iskierka ognia świętego, na którą gdy zstąpi tchnienie Łaski Bożej, rozżarzy ją do płomienia ofiary, do męczeństwa. Przez tę to iskierkę poganka, niewiasta, istota tak słaba fizycznie, staje się żołnierzem niezłomnym, którego żołdem, jak mawiali Barscy, jest Chrystus. Przez męża podniesiona, nawzajem w chwili stanowczej daje mu prawdziwą podporę słowem i czynem, spełnia do końca powołanie swoje jako małżonka chrześcijańska, to jest towarzyszka wierna i czynna wspólniczka pracy, boju i zwycięstwa. — Prześliczna to postać i głęboko po chrześcijańsku pojęta. Za dotknięciem Łaski wszystko się nagle przed tą poganką rozwidnia; ręka Boża, wszechmoc Boża, myśl Boża, staje się dla niej widzialną wszędzie, nawet w zwierzęciu, w onym lwie, którego tak słusznie urzędnikiem Bożym nazywa; i jak ona do tego zwierza przemawia!
Przedmiot do tego dramatu i do kilku innych a najpiękniejszych, godnych takiego jak on, katolickiego pisarza, wziął Kalderon z podań kościoła. — Żywot Krisanta i Darji umieścił nasz proroczy Skarga w swoim Zbiorze Żywotów Świętych (wydanie wiedeńskie r. 1842. poszyt piąty str. 393.)
Co do niniejszego przekładu to tylko rzec mogę, że usiłowałem, aby był jak najwierniejszym. — Gdy jednak ona przezacna Rejów, Kochanowskich, Pawęzkich, Birkowskich i Potockich mewa tak dziś przewrócona, tak znaczenie odwiecznych wyrazów przekrzywione wewnętrznie, jak to już spostrzegł z boleścią nieodżałowany Brodziński, mówiąc: „wiele dziś rzeczy noszą zmienne nazwiska“, a to tak dalece, że prawda fałszem, siła słabością, mądrość głupstwem, rzeczywistość marzeniem się nazywa i odwrotnie, zmuszony więc jestem wytłumaczyć się pokrótce jak pojmuję znaczenie wyrazu: „wierność.“
Nie masz wierności bez miłości, a obie wypływają z wiary. Taka wierność jaka miłość, takie obie jaka wiara. — Jedna jest prawdziwa wiara, jak mówi Paweł Św., jedna więc tylko prawdziwa miłość i wierność, to jest chrześcijańska. Miłość chrześcijańska jestto gorące pragnienie dobra dla bliźniego, pragnienie zbawienia dla duszy jego jak dla naszej własnej; wierność więc chrześcijańska, wierność prawdziwa, jest to służenie bliźniemu w wolności i miłości prawdziwej, jest to praca dla jego zbawienia jak dla naszego: jest to wytykanie mu drogi do tegoż zbawienia słowem i własnym przykładem; jest to wykazywanie mu wszystkiego, co się temu celowi sprzeciwia, a wykazywanie w sposób najmiłościwszy, jako prawdziwa matka czyni z dziecięciem, choćby przez to przyszło cierpieć prześladowanie od tegoż bliźniego, a nawet od świata całego. Wszelka inna wierność jak wszelka inna miłość jest fałszywą, jest pogańską.
Tych to chrześcijańskich pewników trzymałem się i w przekładzie niniejszego dzieła. Usiłowałem przedewszystkiem umiłować Autora jak brata, przejąć się jego duchem, jego dobrem, jego pracą, i służyć mu po śmierci jakby za życia. — I słowo jest czynem, leczy ono lub truje, podnosi lub zniża. Wszystkie więc słowa niegodne Kalderona, jako złe uczynki które on sam dziśby niezawodnie zagładził, gdyby to było w jego mocy, usunąłem z jego dzieła; wszelkie zaś myśli zacne, prawdziwe, pomocne, lecz dla nawału pracy którą był obarczony, niewykończone nieraz, a czasem ledwie napomknięte, usiłowałem ile było w mojej mocy rozwinąć i wykończyć. — Co do słów usuniętych, wszystkie one wychodzą z ust Eskarpina. W swoim czasie i narodzie mógł mieć autor pewne usprawiedliwienie dla takich dowcipów, ale tłumacz polski powtarzając dziś takie słowa, niczemby się zasłonić i wymówić nie mógł, i byłby właśnie niewiernym i Kalderonowi i braciom czytelnikom. To pominięcie słów nie wielu, nie ubliża wcale ani sławie ani pamięci tego wielkiego chrześcijańskiego pisarza. Toć przecie żaden wydawca dzieł Jana Kochanowskiego nie powtórzy dziś w całości onych wdzięcznych, onych nieprzepłaconych jego Fraszek, a pewnie nikt wyrzutni tej nie poczyta za złe wydawcy, ani za ujmę wielkiemu poecie.
Jeśli to kogo zadziwi, że nad dramatem, nad dziełem literackiem, zatrzymuję się tak poważnie, przypisując słowu tak wysokie znaczenie, odpowiem: że czas już i wielki czas, aby literatura, aby słowo każde, a tem bardziej słowo do narodu, przestało być czczą igraszką; czas już, aby powróciło do prawdziwego swojego znaczenia i powołania. Czas już i wielki czas, aby chrześcijaństwo przeszło we wszystkie czynności nasze, a więc i do literatury i do krytyki, wszędzie zgoła. Czas już, aby nawet zabawa stała się chrześcijańską, to jest aby była ochłodą, orzeźwieniem, wytchnięciem chwilowem na tej drodze podgórnej, która się życiem nazywa, ale nigdy zboczeniem, nigdy zniżeniem.
Takie pojęcie rzeczy niepodoba się zapewne tym, którzy chcą sztuki dla sztuki, ależ to nie dla nich pisał Kalderon takie dramata jak niniejszy. Dla nich pisał on te wszystkie, które później chciał spalić, ale już było za późno.
W jednym z jego dramatów sakramentalnych (Autos sacramentales) gdzie Świat, Grzech, Światło, Łaska i t. d. wchodzą jako osoby działające, jako aktorowie, Światło (el Luzero) tak się odzywa do swej towarzyszki:

„W złą porę przychodzimy do świata bo w chwili gdy
zaślepiony i bez pamięci całą duszą oddaje się zabawom.“
[Aut. sac. de las Ordenes militares. Madr. 1690.]

Uczyniwszy tę uwagę, nieustają jednak w drodze, owszem, podchodzą śmiało ku światu.
Otóż kochany Bracie, i nam nie inaczej uczynić przystało. Powtórzywszy więc sobie nawzajem powyższe smutne słowa del Luzero, idźmy ku światu z tem światełkiem Kalderońskiem, bez względu jakie nas czeka przyjęcie.
22. Marca 1858. r.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Baliński.