Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Ustęp z życia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
Ustęp z życia (r. 1829 — 1831).

Zanim przyjrzymy się dalszym postaciom stworzonym przez poetę, musimy raz jeszcze zajrzeć w głąb jego serca i drgnienia jego, o ile uwydatniły się silniéj, policzyć.
Jeżeli mamy zawierzyć biografom, którzy czasami zanadto wyzyskują przysłowiową wrażliwość dusz poetyckich, Mickiewicz niejednokrotnie czuł choć chwilowy tylko pociąg ku rozmaitym pięknym twarzyczkom zarówno w Wilnie jak w podróży krymskiéj, zarówno w Moskwie jak w Petersburgu; przytaczają nawet imiona i nazwiska tych wyróżnionych przez poetę kobiet; szczegóły jednak podawane przez nich są tak nieliczne i tak mało znaczące, że niepodobna utworzyć z nich sobie dokładniejszego obrazu zarówno ich postaci jak i natury uczucia, jakie w sercu Mickiewicza wzbudzały. To ogólnikowe wspomnienie niech wystarczy na scharakteryzowanie tych chwilowych upodobań.
Inaczéj rzecz się miała z uczuciem, którego doznał poeta nasz w Rzymie, a które było jesiennym jakoby kwiatem miłości; nie tak świeżém i głębokiém jak uczucie dla Maryli, ale zawsze szczerém i prawdziwém. O niém mamy dosyć dokładne sprawozdania zarówno w Listach z podróży Antoniego Edwarda Odyńca, jak i we wspomnieniach saméj bohaterki, spisanych przez Sewerynę Duchińską. Prócz tego i „Korespondencya“ poety ogłaszana od r. 1871 do 1885 (cztery tomy) rzuciła dużo światła na wewnętrzną stronę życia, która na umysł i serce poetów większy pospolicie wpływ wywiera aniżeli zewnętrzne losu koleje. Promienie tego światła rozpraszają między innemi niektóre ciemne punkty z chwili życia Mickiewicza, rozpoczynającéj się w końcu maja roku 1829 od wyjazdu jego z Petersburga, a kończącéj się na wyjeździe z Rzymu w kwietniu 1831 roku.
Chwila ta jest nadzwyczaj ważna z kilku różnych powodów. Wówczas-to bowiem umysł naszego poety wzbogacił się naoczném oglądaniem wielu krain, znanych mu dotąd jedynie z książek i opowiadania podróżników; wówczas widział Mickiewicz zabytki rzeźby, architektury i malarstwa, nagromadzone w kościołach, muzeach i galeryach stolic europejskich; wówczas poznał owo włoskie niebo, do którego wzdychały i wzdychają dusze poetyczne; wówczas wszedł w świat salonowy różnorodniejszy i większy, aniżeli były salony Moskwy i Petersburga; wówczas wreszcie doznał stanowczego wpływu na swoje uczucia religijne, co go późniéj do mistycyzmu doprowadziły.
Zresztą chwila ta bogata była i skądinąd w przewroty zarówno zewnętrzne (np. rewolucya lipcowa paryska i inne) jak i wewnętrzne (np. rozwój klerykalizmu, liberalizmu, saint simonizmu i mnóstwa odcieni różnorodnych przekonań); co wszystko nie mogło oczywiście przejść bez śladu w umyśle takiego człowieka, jak Mickiewicz.
Nim jednak wielkie wypadki dziejowe zaczęły zajmować wybitniejsze miejsce w duchu poety, rozgrywały się tymczasem w sercu jego niehałaśliwe komedye i dramata, z całkowitym łańcuchem wypadków jego żywota drobnemi ale silnemi ogniwami związane.
Przypatrzmy się bliżéj tym ogniwom, które w języku przywiązania, przyjaźni i miłości mogą być ochrzczone nazwiskami trzech kobiet: księżnéj Zenejdy Wołkońskiéj, Anastazyi Klustin (późniejszéj hrabiny Circourt) i Henryety Ewy hrabianki Ankwiczównéj.
Pierwsza z nich, księżna Zenejda, była dawną znajomością poety jeszcze z Moskwy, gdzie bawił w roku 1826 i 1827. Zenejda znacznie przewyższała wiekiem Adama, kochała w poecie człowieka, uznawała jego rozum, podziwiała gieniusz. Dom swój i stosunki oddała na jego usługi, błagając go niemal, ażeby w jéj pałacu zamieszkał, ze znajomości jéj korzystał, w cierpieniach swoich do niéj się uciekał. Dla niéj-to poeta napisał wiersz: Na pokój grecki. Po opisie wspaniałym rzeźb i malowideł, zdobiących tę starożytną komnatę, po nawiasowém wspomnieniu gwiaździstego wzroku i najpiękniejszego czoła „nimfy-przewodniczki,“ poeta nie mógł zapomnieć o bożku miłości, Amorze, co uciekłszy z Afrodyty łona, drzemał ssąc rubinowe piersi winogrona, nie mógł o nim zapomnieć i zawołał:

Wielki grzech bez ofiary minąć bóstwo twoje!
O piękna nimfo! bądźmy nabożni oboje.
Niestety! przewodniczka chłodnym rzutem oka
Jak laską Merkurego uderza zwysoka
I duszę mą lecącą w rozkoszy raj błogi
Wypędza bez litości za nadziei progi.

Cóż opowiem wrócony do śmiertelnych kraju?
Ach, opowiem, że byłem wpół-drogi do raju,
Z duszą napoły tęskną, napoły radośną,
Słyszałem już tę rajską rozmowę wpół-głośną
I widziałem te rajskie pół-światła, pół-cienia
I doznałem, niestety, tylko pół-zbawienia...

Wyrażenia wiersza i uczucia w nim wyśpiewane są z natury poezyi przesadne nieco i nie dają zapewne prawdziwego obrazu rzeczywistości.
Jaką zaś była rzeczywistość, moglibyśmy wnosić po części z listów wieszcza naszego do księżnéj Zenejdy, gdyby drukiem były ogłoszone. Na nieszczęście, listów tych wcale nie posiadamy; a pełne czułości i troskliwego opiekowania się losem Mickiewicza wyrażenia księżnéj mogą jedynie świadczyć o stanie własnego jéj serca.
Bezwątpienia, prawdopodobną jest rzeczą że nasz poeta, ujęty jéj przyjacielskiém postępowaniem, pierwszy raz wszedłszy na dłużéj w arystokratyczne sfery, olśniony był na chwilę nowemi dla niego przedmiotami; późniéj atoli nie mógł odpłacać swojéj opiekunce uczuciami, któreby w stopniu natężenia nie pozostawały dłużnikami...
Księżna zachodząc w lata stawała się wielce pobożną, i to w duchu katolickim. Jeden z przyjaciół poety, Szewyrew, nazywa Zenejdę jego aniołem, niewiadomo, czy w przesadnéj frazeologii uczuciowéj, jaka wówczas była w modzie, czy téż (co prawdopodobniejsza) używając wyrazu anioł w znaczeniu anioła stróża, którym przez czas jakiś dla Mickiewicza księżna była rzeczywiście. Poeta nasz przyjmował jéj opiekę z uczuciem przyjaźni i umiał być za nią wdzięcznym; z listów jego dowiadujemy się, że jak dawniéj w Moskwie tak i późniéj w Rzymie bywał u niéj częstym gościem i korzystał z jéj uprzejmości nieraz.
Stosunek z Anastazyą Klustin był całkiem inny. Panna światowa, bogata, myśląca jedynie i wyłącznie o uprzyjemnieniu sobie życia, oczytana zresztą, korespondentka wielu znakomitości, wychowana w atmosferze pochlebstw i komplementów, dziesiątą muzą nazywana, nie wymagała zapewne ani czułego przywiązania, któreby się jéj wydawało zanadto sielankowém, a zatém co najmniéj śmieszném, ani téż gorętszego afektu, któryby przełamał ten silny choć z niczego zbudowany mur, co się regułą konwenansu nazywa. Z nią potrzeba było być zawsze w dobrym humorze, żartować i dowcipkować, o rzeczach poważnych myśleć niewiele, a przynajmniéj nie mówić, słowem być un chevalier servant w pełném znaczeniu tego romantyczno-salonowego wyrażenia. Poeta nie potrzebował tu szafować uczuciem, szafował tylko dowcipem.
Można przypuszczać z pewną dozą prawdopodobieństwa, że Mickiewicz korespondując z dowcipną panną, musiał się wprawiać w ten ton żartobliwo-złośliwy salonów. Zazwyczaj w pismach jego widnieje jasne, serdeczne uczucie, wyrażane słowami prostemi, znanemi z potocznéj przyjacielskiéj lub uczonéj rozmowy; w korespondencyi z panną Klustin, próbował sprocentować zasoby dowcipu żartobliwego, lekkiego i lekkomyślnego, jaki nagromadził w czasie pobytu w Moskwie i Petersburgu. „Podpisany — powiada pisząc z Genewy — kupiec ubogi ale sumienny niesłychanie się trudził od jakiegoś czasu, by zapłacić monetą wartościową przesyłki materyałów i spirytuozów, których pani dom bogaty raczył mu codziennie dostarczać. Z naturalnego więc wyniku rzeczy poruszył wszystkie swoje zdolności rzeczywiste i domyślne i przymusił je wyrabiać bez przestanku liczbę wystarczającą komplementów, podziękowań, dowcipów i innych walorów mających kurs u płci pięknéj. Niestety, poznał wreszcie niedostateczność takich operacyj, ponieważ w handlu waszym macie obfity zapas dowcipów, żartów i trafnych odpowiedzi, a on je wyrabia z wielkim trudem i powoli; nie mówię już o improwizowanych konceptach, które kuje z większym jeszcze mozołem. Ostatni ładunek przesłany zastał go nieprzygotowanego; jest więc zmuszony zawiesić wypłaty; by zaś nie został oskarżony o upadłość zbrodniczą, wyznaje i oświadcza, że jest w posiadaniu znacznego zapasu wdzięczności, który należy się tylko pani bez podziału, lecz którego nie może inaczéj wypłacić jak tylko monetą sentymentów i uczuć“.
Nie zawadzi tu przypomnieć, że już w tym czasie w duszy Mickiewicza przebywał obraz kobiety, która miała zostawić żywsze i głębsze ślady w jego życiu aniżeli salonowe przekomarzania się z panną Klustin.
W tym samym czasie pisał z Genewy do pani Ankwiczowéj list pełen serdecznéj troskliwości o losy i zdrowie całego domu i dodawał: „Opuszczam Genewę w daleko innym humorze, aniżeli do niéj przybyłem; większa część przyjemności podróży mojéj już zgóry stracona i raczéj z nudy niż z ciekawości przedsiębiorę te nowe kursa“.
Znajomość tedy i częste bileciki od panny Anastazyi były zdawkową monetą życia, o któréj się zapomina niemal w téj saméj chwili, kiedy wyrazy wypowiedziano a widywanie się na czas jakiś przerwane zostało. Mickiewicz był wówczas galantem jak rzadko: sypał komplementami, chciał opiewać rymem wdzięki panny Anastazyi, którą admirował Thorwaldsen, bawił się drobnostkami, jakby nigdy poważniejszéj myśli nie zaznał.
Przy końcu roku 1830 panna Klustin wyszła za mąż za hr. Circourt, stosunków atoli z poetą nie zerwała; owszem utrzymywała je ciągle, jak świadczy kilka dochowanych listów poety do niéj, z których ostatni nosi domyślną datę 1847 r. W listach tych spotykamy gdzieniegdzie słabe przypomnienie poprzedniego okresu żartów i grzeczności, wogóle jednak więcéj w nich mowy o sprawach literackich i artystycznych. Mickiewicz sławi jéj gust i znawstwo w rzeczach artyzmu, nie wątpimy więc o jéj wykształceniu; dodać wszakże potrzeba, iż miało ono cechy dyletantyzmu salonowego z silną domieszką wrażliwości na utwory sztuki i względem samychże twórców. Czy po za tém życiem, które z listów Mickiewicza i Odyńca poznajemy, były jakie żywe i głębokie pragnienia, czy w umyśle dowcipnéj i artystycznie wykształconéj korespondentki falowały prądy wyższego świata; są-to pytania, na które sumiennie odpowiedzieć nie można ani tak, ani nie.
W galeryi pamiątek, duchem poety opromienionéj, wybitnieje postać Henryety Ewy Ankwiczówny, z którą Mickiewicz zapoznał się w Rzymie pod koniec 1829 roku. Zaproszony przez hrabiego-ojca bywał bardzo częstym gościem w jego domu na via Mercede. Zbierało się tu liczne towarzystwo Polaków, z któremi życie upływało bardzo przyjemnie a nawet pożytecznie. Z całego atoli towarzystwa najwięcéj zajmowała poetę 18-letnia hrabianka Henryka, w któréj zamiłowanie do rzeczy swojskich wzbudziły po raz pierwszy poezye wieszcza z Litwy. Nie była ona właściwie piękną co do rysów, ale miała jakiś poetyczny powab; a co najważniejsza, we wrażeniu ogólném całéj fizyognomii przypominała Marylę. Dusza jéj, o ile domyślić się można, czuła, serdeczna, ale hartu i energii nie posiadająca, zaczęła się napawać pięknościami ojczystéj twórczości i powoli przychodziła do przekonania, że nietylko zamorskie płody smakować mogą i powinny. Znała dawniéj nietylko z pism ale i osobiście Lamartine’a, Chateaubrianda, obecnie poznała Mickiewicza. Nie potrzeba sobie zresztą wystawiać, że literatura pochłaniała wszystkie godziny jéj życia. Bynajmniéj. Wizyty, rozmowy w salonie, zabawy, przejażdżki wzdłuż i wszerz Włoch: do Pizy, Florencyi, Liwurna; zwiedzanie Elby i Korsyki wypłacały daninę należną arystokratycznemu tonowi i wielkoświatowemu regulaminowi życia. Przejażdżki te i rozmowy nie pozostały oczywiście bez wpływu na 18-letni umysł panienki, która była „przewodniczym dla poety aniołem przez rzymskie bramy, groby i świątnice“. Miała błękitne oczy, któremi „odgadywała przeszłość z jednio wyrazu“.
W początkach zapoznania się z Mickiewiczem była milczącą czyli (jak się wyraża poeta) „nie grzeszyła wielomówstwem;“ powoli jednakże rozgrzeszyła się i długie prowadziła z poetą rozmowy, nie zaniedbując przytém fortepianu i gry w zielone. „Najniższy i najzieleńszy sługa“ — tak się tytułuje poeta w jednym z listów — przysięga na wszystko, co jest zielone, od mirtu aż do pokrzywy, że o każdéj z dwudziestu czterech godzin panna Henryetta znajdzie u niego kolor nadziei.
Rozmowy i zabawy połączone były z wycieczkami pieszemi i konnemi po Rzymie i blizkich okolicach. Panna Henryka, która już kilka lat w mieście tém przepędziła i tysiąca archeologicznych dysput się nasłuchała pod kierunkiem Viscontiego, mogła Mickiewiczowi wiele przedmiotów pokazać a nawet objaśnić. Tą okolicznością wywołany był wiersz naszego poety zatytułowany: Do mego Cicerone w Rzymie, napisany w r. 1830. Już w tym wierszu, tak miłym i potoczystym, przebija się głęboko ukrywane uczucie, które we wszystkiém miłéj dla siebie przepowiedni doszukać się pragnęło:

Mój Cicerone! oto na pomniku
Jakieś niekształtne, nieznajome imię
Wędrownik skreślił na znak, że był w Rzymie;
Ja chcę coś wiedzieć o tym wędrowniku.

Może go wkrótce przyjmie do gospody
Kłótliwa fala: może piasek niemy
Zatai jego życie i przygody
I nigdy o nim nic się nie dowiemy.

Ja chcę odgadnąć, co on czuł i myślił,
Gdy w księdze twojéj wśród włoskiéj krainy
Za cały napis to imię nakreślił,
Na drodze życia ten swój ślad jedyny.

Czy drżącą ręką po długiém dumaniu
Rył go powoli jak nagrobek w skale,
Czy go odchodząc uronił niedbale
Jako samotną łzę przy pożegnaniu.

Mój Cicerone! dziecinne masz lice,
Lecz mądrość stara nad twém świeci czołem.

Przez rzymskie bramy, groby i świątnice
Tyś przewodniczym był dla mnie aniołem.

Ty umiesz przejrzeć nawet serca z głazu,
Gdy błękitnemi raz rzucisz oczyma,
Odgadniesz przeszłość z jednego wyrazu,
Ach! ty wiesz może i przyszłość pielgrzyma!

Napróźno jednak poeta dopytywał się o przyszłość swoję; ani on znać jéj nie mógł ani téż jego cicerone. Cicerone poczuł w sercu silniejsze drgnienia, które oczy jego zwróciły z posągów bóstw starożytnych na żyjącego i gieniuszem swoim w sfery boskości wzlatującego poetę... Poeta zaś cieszył się całém sercem ze świeżo rozkwitającego życia. Dwoje młodych ludzi miało się dowiedzieć o swéj przyszłości z innego źródła, które dziwnym i niepodobnym do wytłomaczenia zbiegiem okoliczności zawierało prawdę, jeśli „zwierzeniom Ewuni“ mamy zaufać zupełnie. A było to tak:
Pierwszą wycieczkę po za miasto odbył Mickiewicz w towarzystwie, zaproszoném przez państwo Ankwiczów, do ujścia Tybru w Fiumicino. Cudna ta droga ciągnie się przez Kampanią rzymską. Zwiedzali razem piękny kościół Ave Maria Stella zbudowany na skale ponad rzeką. Szczególna niespodzianka czekała ich na Isola Sacra. Oglądali gruzy świątyni Jowisza, owéj świątyni, z któréj głosili niegdyś wieszczby starożytni augurowie. Henryka wraz z swoją nieodstępną towarzyszką Marceliną Łempicką zrywała mirty rosnące na zwaliskach. Mickiewicz poruszony widokiem miejsca zaimprowizował[1] wśród tych mirtów. Ledwie skończył, pojawia się dziwna postać. Słońce miało się już ku zachodowi; wtém z za ruin świątyni Jowisza występuje nagle cyganka, wysoka, czarna, z włosami w nieładzie, w jakimś czerwonawym łachmanie i wrzaskliwie dopomina się o jałmużnę, ofiarując się przytém przyszłość z ręki wywróżyć. Marcelina ani chce słuchać; ale Henryka porywa gwałtem jéj rękę i zarazem swoję podaje; cyganka powiada jéj, że będzie miała dwu mężów. Łatwo sobie wyobrazić zmieszanie i wstyd panienki... Przepowiednia ta sprawdziła się w zupełności... Lecz wówczas nikt w nią zapewne nie wierzył. Rozwój uczuć poety dla Henryki pozostawał w cieniu, dając znaki życia w symbolach i komplementach.
Pamiętną téż w téj sielance jest wycieczka do Albano. Poranek był prześliczny. Na niebie różowo a przezroczysto, na ziemi zielono a świeżo; wiosna przedstawiłaby się w całéj okazałości, gdyby choć jeden skowronek, choć jakikolwiek ptaszek w całéj drodze przyśpiewywał towarzystwu; ależ i drzew nigdzie nie było aż do Frascati. Zato po obu stronach gdzieniegdzie ruiny i pyszne dwa wodociągi, stary i nowy, na wysokich arkadach, które wyglądały jak szereg wspaniałych przysionków: widok zakończony górami. Damy i hr. Ankwicz jechali na osiołkach, reszta zaś towarzystwa z młodzieży złożona trzymała za cugle te górskie rumaki lub same damy podtrzymywała na siodłach z poręczami nakształt krzesełek. W Tusculum czy téż w Albano Odyniec chciał zapisać jakiś szczegół. Henryka podała mu notyskę, którą zawsze ze sobą nosiła, przyczém śrubka odpadła od ołówka; szukano jéj napróżno; wtedy Odyniec zaczął pisać wierszyk na ton i miarę piosenki ludowéj o pastuszce gęsi, która włócząc się dzień cały po wsi z bębenkiem: „bębenek zbiła, gąski zgubiła“, a potém łamiąc ręce lamentowała: „ach! ja nieszczęsna, com ja zrobiła!“... Z powrotem z Albano Mickiewicz, zachwycony przepysznym zachodem słońca, „prozą improwizował dytyramby“; a wracał w powozie razem z paniami...
Podczas wycieczki do Subiaco w Abruzzach, gdzie droga prowadzi nad brzegami spadzistego Anio, szedł poeta znużony przy płochliwym mule Henryki; gdy panna zwracała jego uwagę na piękne okolice i szumiące kaskady, odpowiedział:
— Co mi tam kaskady, ja wolę patrzyć w błękitne oczy pani!
— Nie mów pan tego — odrzekła Henryka — a któżto niedawno napisał: „kobieto, puchu marny!“
— Kto pani dał to czytać? — zawołał poeta żywo — za młoda jesteś na to; te rzeczy nie dla ciebie..
Do otwartego jednak ze stron obu wyznania ani teraz ani potém nie przyszło. Kochali się, milcząc. Domyślać się można, że przyczyną milczenia ze strony poety była obawa rekuzy.
Hrabia Ankwicz, któremu żona na stosunek obojga oczy otworzyła, nie zaniedbywał niczego, ażeby Mickiewicza od domu swego odstręczyć. Razu jednego opowiadano o pani Guiccioli, mieszkającéj wówczas w Rzymie, jako o byłéj kochance Byrona; hrabia się odezwał: „Piękna mi chwała, żeby kto kiedy wytykał palcem moję córkę, jak dziś wszyscy palcem wytykają panią Guiccioli“. Zmieniał kilkakrotnie miejsce pobytu rodziny, nie mówiąc nic o tém nikomu obcemu; a gdy Mickiewicz, któremu hrabina sprzyjała, zawsze jakimś sposobem spotkanie do skutku doprowadzał, przyjmował go chłodno. Gdy raz odebrał z Galicyi list od któregoś z sąsiadów, który pisał: „rozchodzi się wieść, że wydajesz córkę za sławnego wieszcza polskiego“; rzucił go z gniewem i rzekł do żony: „a widzisz, nie powiedziałem, do czego to wszystko doprowadzi“... Ażeby odjąć Mickiewiczowi nadzieję otrzymania ręki Henryki, często powtarzał w jego obecności: „Muszę wracać do kraju, czas wydać za mąż córkę“. Wkrótce téż zapowiedział wyjazd do Galicyi.
Na pożegnalnym wieczorze, wyprawionym na cześć domu hrabstwa przez zwykłych jego gości, poeta i Henryka zrywali anemony nad jeziorem; on uwił dla niéj wieniec, ona dała mu bukiet róż i laurów, na co odpowiedział: „jedne zapóźno, drugie za wcześnie“.
Poeta darował nazajutrz Henryce dwa tomy swoich utworów wydania petersburskiego; na okładce napisał: „Ewie A. w dzień odjazdu z Rzymu“, na pierwszéj zaś kartce: „W bramie del Popolo: wyjeżdżamy z Rzymu, nie będziemy płakać ani w dzień ani w nocy, będziemy w dobrém zdrowiu; do widzenia“. Działo się to 4 maja 1830 roku.
Równocześnie Mickiewicz z Odyńcem przygotowywali się do podróży na dalsze południe Włoch do Neapolu. Tu powstał śliczny a powszechnie znany wiersz:

Znasz-li ten kraj,
Gdzie cytryna dojrzewa i t. d.

Wiersz ten naśladowany z pieśni Mignony, pomieszczonéj w romansie Goethego: Wilhelm Meister, zastosował Mickiewicz do siebie. W pieśni Goethego Mignona mówi o sobie, tęskniąc za kochankiem, u Mickiewicza sam poeta za ulubioną swoją westchnienia posyła: w pierwszych dwu zwrotkach kreśli szczęście spólnego pobytu, w ostatniéj mówi o tęsknocie, jaka go po rozstaniu z lubą opanowała.
Nie widzieli się parę miesięcy; nie rozstawali się jednak nazawsze. Z powodu śmierci ojca hrabiny, plan podróży uległ zmianie: Ankwiczowie udali się do Paryża. Wkrótce po ich przybyciu wybuchła tam rewolucya (lipcowa). Mickiewicz, który o téj podróży był uwiadomiony przez hrabinę, mocno się zaniepokoił i napisał do niéj list następny (z Genewy 14 sierpnia):
„Od dwóch tygodni co rano wracamy od okna poczty z uczuciem, jakiego nie życzę nieprzyjaciołom moim. Jak tłomaczyć milczenie Pani? Mogłażeś pani się nie domyślić, że my tu czytamy gazety, i nie odgadnąć, co się dzieje w mojém sercu przy tém szukaniu? Gdybym przynajmniéj wiedział, na któréj ulicy mieszkaliście państwo, możebym, porównawszy z historyą tych bitew, był spokojniejszy. Mimo całe przekonanie, że cudzoziemcom w podobnych politycznych rozruchach nic złego przytrafić się nie może, bo ich obie partye zwykle szanują, nie mogłem pozbyć się obawy o zdrowie państwa. Po tylu smutkach trzebaż jeszcze było wpaść na podobną scenę! Piszesz pani, że panna Henryeta była cierpiącą; kiedyż dowiem się znowu o jéj zdrowiu? Jutro opuszczam Genewę i wracam za parę tygodni. W liście do pani Klustin obiecywaliście państwo opuścić Paryż pierwszych dni augusta; od pierwszego już droga była wolna i bezpieczna; gdybyście państwo i późniéj wyruszyli, już dawno bylibyście w Genewie. Obchodziłem codzień procesyą hotele daremnie. Uciekam znowu w góry, bo już nie mam cierpliwości czekać, czekać i czekać. Uproszęż u pani odpis? Dałem tu adres i listy dojdą mnie pewnie. Czy odebrałaś pani mój z Florencyi pisany? O odpis na kolanach błagamy“.
Odpowiadając na list ten, hrabina doniosła, że z Paryża obrócą drogę na Szwajcaryą i że jesień w Genewie przepędzą. Jakoż w istocie zjechali do Genewy jeszcze w końcu sierpnia, podczas gdy Mickiewicz wraz z Odyńcem zwiedzali właśnie Most djabli, górę Rigi i inne okolice. Wkrótce jednak, bo w początkach września, przybyli i oni do Genewy i przez miesiąc przeszło bywali codziennemi w domu hrabstwa gośćmi, gdzie wtedy zachodził także młody Zygmunt Krasiński ze swym mentorem Jakubowskim. Wieczorki na rue de la Corraterie były weselsze od rzymskich. Polityczne wypadki paryskie rozruszały niezmiernie samego Ankwicza, a „że je Adam — jak mówi Odyniec — przepowiedział prawie dosłownie“, podniosły w nim wyraźnie respekt i uprzejmość dla wieszcza. Ten miesiąc był może najszczęśliwszym w całéj téj sielance miłosnéj. Dwoje zakochanych, którym gwar salonowy mniéj teraz niż poprzednio przeszkadzał, zbliżyło się do siebie serdecznie, zamieniając wyrazy, spojrzenia a może i westchnienia. Choć chmurne czoło ojca panny zasępiało niekiedy pogodne niebo cichéj miłości i drażniło dumę czującego wartość swoję poety: to łagodny uśmiech ukochanéj rozpraszał niepokoje a dumę zmuszał do milczenia.
I powierzchownie nawet poeta nasz więcéj niż poprzednio na konkurenta wyglądał. Sprawił sobie nowe ubranie, podług spółczesnéj mody skrojone, na zegarku kazał wyryć, za radą panny Anastazyi Klustin, wtedy już narzeczonéj hr. Circourt, mitrę książęcą i herb swój Poraj, który mógł już jako rywal Habdanka (herb państwa Ankwiczów) uchodzić. Czy zmiany te w garderobie miały swe źródło w chęci przypodobania się arystokratycznéj pannie (jak twierdzi Duchińska), czy téż były czysto przypadkowe (jak utrzymuje Odyniec), trudno oczywiście rozstrzygnąć. Nie ubliżałoby to zapewne pamięci poety, gdyby swéj ulubionéj chciał okazać nawet powierzchownie chęć podobania się; ale i drugie przypuszczenie, wykreślające z rachuby myśl o pannie Henryce, zgadza się z charakterem i zwyczajami wielkich ludzi, którzy mało na swoję zewnętrzność uwagi zwracają.
Więcéj szczegółów z tego czasu nie posiadamy. Z początkiem października Ankwiczowie wyjechali do Medyolanu; za niemi pośpieszył Mickiewicz, rozstawszy się z Odyńcem. W Medyolanie, wśród ciszy domowego ogniska miała się odbyć gwałtowna scena, którą nam opowiada sama Henryka. Hrabia robił żonie przykre wyrzuty, że pobłażaniem naraziła córkę na niebezpieczeństwo i żądał, aby wyraźnie oświadczyła Mickiewiczowi, że wszelkie jego starania są daremne. Hrabina oparła się temu i powiedziała, że w połączeniu z poetą widzi zapewnienie szczęścia córki. Mąż miał na to odpowiedzieć: „Wolałbym ją widzieć na marach! niechby ją raczéj trupem wyniesiono z mego domu!“
Mimo to stosunki naszego poety z domem Ankwiczów nie zerwały się bynajmniéj. W powrocie do Rzymu wyprzedził poeta rodzinę tę i z odwiecznego grodu pisał 4 listopada do pani Ankwiczowéj:
„Od kilku dni jestem w Rzymie, po szczęśliwéj, chociaż smutnéj dosyć podróży. Mam nadzieję, że państwo będą mieli tęż samę, co ja, pogodę, dobre zdrowie i lepszy humor w drodze, i że wjeżdżając na Piazza del Popolo, przekona się pani raz jeszcze, jak wszystkie przeczucia o ladrach i podmówionych od ladrów weturynach, o złych drogach i złych nowinach były fałszywe. Nie zaniedbałem dowiedzieć się do domu na via Mercede. Gospodarz bardzo rad z zapowiedzianego przybycia państwa, ale mu żadnéj nie dawałem pewności. Powinienby z ceny ustąpić, bo cudzoziemców bardzo mało w Rzymie i domy stoją pustkami. Gospodarz rozwodził się nad wielkiemi poprawami i upiększeniami dawnego ich mieszkania; ja tylko widziałem nowe obicia. Może téż owe pokoje zdały mi się smutne i niepokaźne dlatego, że puste. Z Polaków oprócz Garczyńskiego i Gajewskiego, przybył tu jeszcze dawny mój przyjaciel i towarzysz w Krymie i na morzu, Rzewuski, i z nim całe te kilka dni przegadałem i przechodziłem. Jeżelibyście się państwo mieli zatrzymać czas jakiś we Florencyi, proszę mię o tém uwiadomić łaskawie“.
Zimę z roku 1830 na 1831 przepędził Mickiewicz, tak samo jak Ankwiczowie, w odwieczném mieście.
Wtedy to dokonała się w duszy poety zmiana, przygotowana już poprzednio wrażeniami w Rzymie odebranemi. Mickiewicz, jakkolwiek w głębi religijny zawsze, ochłódł przecież w uniwersytecie i późniejszém salonowém życiu względem praktyk katolickich. Widok szczeréj pobożności Henryki, a zwłaszcza jéj towarzyszki Marceliny Łempickiéj, którą poeta nasz nazywał „świętą“, oddziaływał nań powoli. Sam wyraz twarzy Marceliny i postać — jak powiada Odyniec — były tego rodzaju, że dodać tylko aureolę i palmę, a możnaby ją było żywcem przenieść na obrazek; jak tysiące innych silą się okazać, tak ona właśnie starała się ukryć przed ludźmi zarówno pobożność jako téż wysokie wykształcenie, które posiadała. O niéj-to napisał Mickiewicz z okoliczności, przyjęcia przez nią komunii w Genezzano:

Święta i skromna!... Grzesznicy nieczuli,
Gdy my w spoczynku skroń ospałą złożym,
Tobie klęczącéj przed Barankiem Bożym
Jutrzenka usta modlące się stuli.
Wtedy zlatuje anioł twój obrońca,
Jasny i cichy jak światło miesiąca:
Zasłonę marzeń powoli rozdziela,
A troskliwości pełen i wesela
Z takiém nad tobą schyla się objęciem,
Jak matka nad swém senném niemowlęciem.

I odmalowawszy błogie marzenia tak ukochanéj i tak strzeżonéj duszy dodaje:

Jabym dni wszystkich rozkosz za nic ważył,
Gdybym noc jednę tak jak ty przemarzył.

Obcowanie i rozmowy z Henrykiem Rzewuskim, Stanisławem księdzem Chołoniewskim, hrabią Montalembertem, bawiącemi wówczas w Rzymie ugruntowały, dały niejako teoretyczną podstawę temu religijnemu usposobieniu i rozmarzeniu. Zapragnął poeta i sam doznawać tych mistycznych rozkoszy, jakie w wierszu do Marceliny odmalował. Po długoletniém niebywaniu postanowił pójść do spowiedzi.
Nie mówiąc o tém nikomu, w najgłębszéj trzymając krok ten tajemnicy, udał się do małego kościółka Fuori delle mure i zamówił sobie nieznajomego kapłana staruszka na oznaczoną godzinę. Powróciwszy do domu, przebył część nocy na czytaniu książki „O naśladowaniu Chrystusa,“ gotując się do uroczystego aktu. Nazajutrz wyspowiadawszy się, wprost z kościoła wstąpił jak zwykle do Ankwiczów. Ledwie wszedł, pani domu powitała go słowy:
— Czy pan wiesz, jaki Ewunia miała dzisiejszéj nocy sen o panu?
Ewunia słysząc to porwała się z pośpiechem, chcąc zapobiedz dalszemu opowiadaniu matki; ale gdy matka zaczęła obstawać przy swojém, Henryka zarumieniona i zalana łzami opowiedziała poecie ten swój sen: „Około północy śniło mi się, żeśmy tu wszyscy zebrani byli tak jak teraz. Nagle przyszedłeś pan, niosąc ślicznego baranka bieluchnego jak mleko, na różowéj wstążce.“ Toż widzenie ponowiło się téj saméj nocy nad ranem, poczym już Henryka nie spała, ale modliła się, a następnie poszła na pierwszą mszę do poblizkiego kościoła.
Mickiewicz wysłuchawszy tego opowiadania, zadrżał, pobladł i głosem zmienionym rzekł:
— To sen proroczy!
— Jakto proroczy? Cóż on miał znaczyć? — pytała Henryka,
— To — odrzekł poeta — że właśnie dziś rano przystępowałem do Stołu Pańskiego.
Dla ludzi zwykłych zdarzenie takie byłoby zapewne drobnostką, która w ich pamięci przeżyłaby może dzień albo tydzień jeden; ale dla człowieka skłonnego do marzeń, uczuciowego i wrażliwego, jakim był Mickiewicz zawsze, a szczególniéj w tym czasie właśnie, stało się ono jedną z bardzo ważnych pobudek do duchowéj przemiany. W kilka lat późniéj, kiedy o tym śnie Odyńcowi opowiadał, drżał i był blady: „Gdyby piorun spadł u nóg moich — mówił — nie przeraziłby mię tyle...“
Sen ten w rozwoju uczucia dla Henryki miał oczywiście wielkie znaczenie. W trzy dni potém zdarzyło się, co następuje: Dzień 2 lutego, kiedy Henryka miała owo senne widzenie, w historyi Rzymu upamiętnił się tém, że w nim ogłoszono wybór nowego papieża Grzegorza XVI. W trzy dni po obiorze papież wedle zwyczaju zasiadł na ołtarzu w bazylice św. Piotra, na grobie apostoła, i udzielał błogosławieństwa, obracając się ku czterem stronom świata. Na téj uroczystości był téż Adam wraz z rodziną Ankwiczów. Znajdowali się na schodkach pod kopułą przy figurze św. Longina. W chwili gdy papież, błogosławiąc obecnych, obrócił się ku temu miejscu, Mickiewicz, który stał poniżéj, wszedł żywo na schodki, pochwycił rękę Henryki i trzymał ją, dopóki papież nie odwrócił się w inną stronę; poczém szepnął do niéj półgłosem:
— Najwyższy pasterz kościoła razem nas pobłogosławił, patrzył się na nas, a więc połączeni jesteśmy.
Henryka przeraziła się mocno; odtąd uważała się podobno jakby duchowo zaręczoną z Adamem.
Duchowe te atoli zaręczyny nie przemieniły się na trwalszy związek. Trudno dziś powiedzieć napewno, jakie były właściwie przeszkody do urzeczywistnienia najgorętszych życzeń obu stron. Pospolicie twierdzą, że hrabiowska duma Ankwicza nie pozwalała na oddanie ręki córki poecie, chociaż poeta ten był sławny. Tak téż kazałaby wnosić opowiedziana powyżej niechęć hrabiego względem Adama, któremu czasami nawet ręki nie podawał, podczas gdy z innemi serdecznie się witał; a daléj dwukrotne kategoryczne oświadczenie, że związku córki z poetą bynajmniéj sobie nie życzy. A jednakże w parę lat po wyjeździe Adama z wiecznego grodu, hrabia spotkawszy się w Dreźnie z Antonim Edwardem Odyńcem mówił mu, że gdyby tenże Odyniec był naówczas Rzymie, wszystko dałoby się ułatwić, dodając, że każdy ojciec ma przecież prawo, żeby mu się „o córkę kłaniano“. Do żony téż i córki mawiał podobno:
— Czemużeście mi o tém nie mówiły? było ze mną szczerze wychodzić.
Zapewnia nas Henryka przez usta Duchińskiéj, że słowa te były szczere, gdyż charakter hrabiego miał być samą prawością i prawdą. Ale jakże słowa te pogodzić z wyrzeczeniem, które nam taż sama Henryka podaje, że hrabia wolałby widzieć córkę na marach aniżeli żoną Mickiewicza! Te dwa przeciwne zdania o tym samym stosunku zbyt kontrastują ze sobą, ażeby mogły być oba razem równie szczeremi i prawdziwemi, a przynajmniéj nie równocześnie. Trzeba wiedzieć, że owe słowa zgody mówił hrabia dopiero po wyjściu Pana Tadeusza, w którym Mickiewicz przedstawił swój stosunek do domu Ankwiczów w historyi Jacka Soplicy, kochającego Horeszkównę Ewę; hrabiego ubódł obraz starego Horeszki stolnika, który obłudnie względem Jacka postępował. Po fakcie dokonanym, kiedy się Mickiewicz ożenił, nic nie szkodziło hrabiemu powiedzieć kilka popularnych frazesów...
Z drugiéj strony powiadają, że i Mickiewicz był w tym razie „niepotrzebnie dumny“, że „względniejsze i miększe postępowanie“ poety mogło było inaczéj losem jego pokierować. I tu przecież nasunąć się nam może pewna wątpliwość. Nie wiemy wprawdzie, czy Mickiewicz podczas drugiéj zimy w Rzymie spędzonéj chciał zerwać z domem Ankwiczów i czy go kto od tego kroku odwodził (jak pierwszéj zimy Odyniec); tyle jednakże pewna, że pozostał tam bardzo długo, bo aż do 19 kwietnia 1831, ciągle wstrzymywany jakiemiś przeszkodami, to brakiem pieniędzy, to rozruchami w Romanii; że w domu Ankwiczów bywał, choć mu hrabia niekiedy ręki nie podawał; że zatém winić poetę o brak „względnego i miękkiego postępowania“ nie tylko trudno, ale prawie niepodobna.
Cokolwiekbądź druga zima w Rzymie nie była tak miłą dla poety jak pierwsza. Dawniejszą jego swobodę skrępowała myśl poważna o spółczesnych mu wypadkach, które się na szerokiéj widowni rozgrywały i jego indywidualnym marzeniom nakładały, że tak powiem, cugle. Dawniejsza jego wesołość, w pewnéj harmonii ducha źródło swe mająca, przemieniła się wtedy na nieokreślone wprawdzie ale smutne przeczucia, które mu nic dobrego na przyszłość nie wróżyły. Sam Mickiewicz wyznaje, że zima ta 1831 roku przeszła mu daleko smutniéj aniżeli pierwsza, dodając, iż „od trzydziestu lat się przekonywa, że tylko się na biedę urodził.“ Wyznanie z ust poety, nie lubiącego się ze swemi cierpieniami wywnętrzać, jest wyraźném świadectwem przykrych a nawet bolesnych uczuć, jakie wówczas serce jego zajmowały.
Muzea i wszystkie starożytności rzymskie, pośród których Henryka była mu tak miłym ciceronem, straciły teraz swój urok dawniejszy. „Mokry arkusz brudnéj niemieckiéj gazety“ więcéj — jak powiada — zachwycał go wówczas, „aniżeli wszyscy Vinci i Rafaele.“ Rozmowy o kwiatach, snach i wróżbach nie mogły teraz być tak częste, bo się znalazł ważniejszy przedmiot do mówienia o sprawach ogólnych, któremi Mickiewicz niewątpliwie całą duszą się zajmował.
Powoli rodacy bawiący w odwiecznym grodzie zaczęli się rozjeżdżać w strony rodzinne. Zostało tylko szczupłe gronko z dawniejszéj „rzeczypospolitéj mercedeńskiej[2]“. Mickiewicz uczuł także potrzebę odetchnięcia powietrzem stron bliższych sercu. Czyto straciwszy wszelką nadzieję porozumienia się z hrabią, czy téż nie chcąc go już dłużéj obecnością swoją zmuszać niejako do niegrzeczności, postanowił wyjechać z Rzymu.
Wilią wyjazdu spędził w domu Ankwiczów. Miał ze sobą poezye Byrona. Wśród rozmowy zaczęto z kolei mówić o domysłach co do przyszłości. Mickiewicz miał wtedy zwyczaj wróżenia o jutrze nieznaném albo z biblii otwieranéj trafem albo téż z innéj jakiéj książki, którą lubił lub szacował. I teraz wziąwszy Byrona do ręki, rzekł:
— Niech mi on wywróży przyszłość; zobaczymy, co powie.
Otworzył książkę i znalazł następujące słowa:
— I utracisz je obie.
Był-to frazes z dramatu Sardanapal. Mickiewicz umilkł; Henryka zadrżała jak listek.
Poeta podarował tę księgę proroczą na pamiątkę hrabiance.
Odchodząc, uścisnął jéj rękę i szepnął:
— Niech cię Bóg błogosławi.
Nazajutrz 19 kwietnia 1831 Mickiewicz odjechał.
Uczuć, jakie w sercach obojga wówczas gościły, opisywać nie będę. Kto ich nie doznał w życiu, na nic mu się opis, choćby najszczegółowszy, nie przyda...

Henryka przyszedłszy do swego pokoju, otworzyła Byrona. Było tu dużo ustępów popodkreślanych; najmocniéj zaś podznaczony był wiersz p. n. Bądź zdrowa, który tu przytoczę w przekładzie Seweryny Duchińskiéj:

Jeśli ku niebu w rozstania godzinie
Leci modlitwa za drugich zasłana;
Ach, moja pewno w powietrzu nie zginie,
Lecz imię twoje zaniesie do Pana!

Poco mi płakać i wzdychać mi poco?
Nad łzy, nad skargi ja krwawsze znam słowa,
Szaloną bólu wydobyte mocą
Z tajników duszy: bądź zdrowa, bądź zdrowa!

Me usta nieme i suche me oko!
Lecz boleść w mózgu ład myśli roztrąca,
Zgryzota w sercu utkwiła głęboko
I sen mi z powiek zgania myśl trująca.

Choć żal mną miota i rozpacz wre we mnie,
Z ust próżnéj skargi nie wybiegną słowa;
Ach! to wiem tylko, żem kochał daremnie,
I tylko szepcę: bądź zdrowa, bądź zdrowa!

Odtąd nigdy się już ze sobą nie widzieli. Historya ich uczuć na tém zakończyć się musi. Gdy Mickiewicz bawił w Paryżu, matka Henryki słała w r. 1832 list za listem, w których wyrazami pełnemi czci i przyjaźni ożywiała wspomnienia wspólnego w Rzymie pobytu, ale poeta nasz, postanowiwszy stosunek z domem hrabiowskim zerwać, nie odpisywał. Sama wreszcie panna pod datą 11 marca 1833 r. odezwała się listem naiwnie a serdecznie natarczywym: „Z smutkiem wyznać Panu muszę — pisała — iż nigdy nie spodziewałam się, byś nas Pan tyle chciał martwić milczeniem tak długiém, tak srogiém. Czyż Pan myślisz, że my mniéj od niego czucia mamy, i że takie zapomnienie od osoby, od któréj najmniéj spodziewać się go mogliśmy, nie jest nam bardzo przykrém? Ja już inaczéj tłómaczyć go nie umiem, jak przez nieregularność poczty, lub téż sądzę, że Pan zajęty swemi interesami, nie chodzisz się na pocztę pytać o listy, gdyż nasze trzy poprzednie koniecznie go powinny do odpisu zmusić. P. Rzewuski przeciwnie chwali się, że Pan do niego pisujesz; więc tak my jedni tylko nie możemy tego szczęścia otrzymać ani od niego listu doczekać się... Jeszcze raz proszę nie zapominać tak zupełnie o téj, którą Pan swą siostrą nazywał.“
Pomimo że i ten list pozostał bez odpowiedzi, Ankwiczowa opuszczając Włochy, by się udać do majątku swego w Galicyi, napisała raz jeszcze, 15 kwietnia 1833 r., do poety, błagając o odpis, a Henryka dodała własnoręcznie słowa cichego wyrzutu: „Czy téż choć ta odezwa będzie szczęśliwszą od tylu innych i zyska nam od Pana kilka słów odpowiedzi? Nie wiem, ale przyznaję się, iż zaczynam o tém wątpić, abyśmy mieli jeszcze kiedy ukontentowanie odebrać od niego list, a jednak smutno bez téj nadziei Włochy opuszczać. Niech jednak jakkolwiekbądź ta nasza wytrwałość w pisaniu do Pana i te kilka słów będą mu dowodem najszczerszéj przychylności, jaką mu zawsze dochowa Henryeta!“
Gdy i na tę odezwę poeta był głuchym, Ankwiczówna zrozumiała, że już daléj z listami narzucać się mu nie może. Drogi obojga rozeszły się stanowczo. Nie zapomnieli jednak o sobie. Poeta lubił się wypytywać o szczegóły pożycia i szczęścia hrabianki; Henryka zaś kochała się w pamiątkach, które jéj chwile serdecznego rozbudzenia się w życiu przypominały. Gromadziła wydania poezyj Mickiewicza i często je odczytywała. Mickiewicz ożenił się w roku 1834, to jest w trzy lata po rozstaniu się z Henryką; Henryka zaś dwukrotnie wychodziła za mąż, ale szczęścia nie doznawała: pogrzebała ojca, matkę, obu mężów, a wreszcie i jedynego syna. Dla tego syna odesłał jéj Mickiewicz pierścionek, który niegdyś dostał był od hrabiny, i prosił Henrykę, ażeby go dała „synowi swemu, gdy dorośnie.“
Poeta uwiecznił pamięć ulubionéj w dwu utworach. W części III Dziadów wprowadza dwie panienki: Marcelinę (Łempicką) i Ewę (Ankwiczównę), która modli się za uwięzionego autora piosenek:

Te piosenki czytałam: niektóre są piękne,..
Jeszcze pójdę przed Matką Najświętszą uklęknę,
Pomodlę się za niego; kto wie, czy w téj chwili
Ma rodziców, żeby się za nim pomodlili.

W Panu Tadeuszu widzimy znów Ewę jako córkę dumnego stolnika. Oczywiście nie wszystkie szczegóły w poematach są kopią rzeczywistych wypadków; ogólna atoli charakterystyka jest niewątpliwie zgodna z oryginałami, przynajmniéj z punktu zapatrywania się samego poety.
Gdy w roku 1855 żona Mickiewicza umarła, Henryka napisała do niego. Nie posiadamy tego listu; mamy natomiast odpowiedź, w któréj Mickiewicz zawarł w krótkości dzieje uczuć swoich od czasu pożegnania Henryki (z Paryża, na wielkanoc):
„Szczęśliwy dziś jestem, Henryeto, zaczynając w imię twoje miłe pierwszy dzień Zmartwychwstania i wiosny. Tę przyjemność winienem twojemu łaskawemu zgłoszeniu się. Zawsze pełen byłem twoich życzliwych dla mnie uczuć; ale dowód téj życzliwości, który po tylu latach pierwszy raz wprost od ciebie, wprost z ręki twojéj odebrałem, przyszedł mi w sam czas i stał mi się wielką pociechą.
„Od roku owego, kiedym ciebie pożegnał w Rzymie, życie moje jest prawie ciągłém grzebaniem kogoś lub czegoś. Z owego pokolenia, z którém żyłem i przywykłem biedować, jedni już nas nazawsze porzucili, drudzy ciągną dni pogrobowe, nie lepsze od śmierci. W ciągu tych lat takich, ilekroć wspomniałem o tobie, starałem się pocieszać tą myślą, że ty, Henryeto, nie należąc do tego smutnego pokolenia i przyszedłszy na świat znacznie późniéj od nas, żyłaś pod inną a więc może pod lepszą gwiazdą. Wszakże znając twoję duszę tkliwą i umysł wysoki, domyślałem się, że i ciebie nieraz musiała dotknąć w tych razach niedola, jeśli nie osobista, to rodzinna i bliźnich.
„Wielką mi sprawisz przyjemność, jeśli zechcesz dać mi wiadomość o twojém terażniejszém życiu i cokolwiek szczegółów o sobie i swoich. Od lat wielu nie spotkałem nikogo, coby mi o tobie miał co powiedzieć.
„Mnie po długich i różnych wędrówkach zatrzymały okoliczności w Paryżu. Zajmuję się w téj chwili pracami bibliotecznemi. Jestem ojcem licznéj rodziny. Starsza moja córka ma rok dziewiętnasty, syn piętnasty; reszta młodsza po szkołach uczy się i dorasta.“
Henryka odpisała, odpowiadając na życzliwe, przyjacielskie zapytania. I tego listu nie mamy. Mickiewicz wyjeżdżał właśnie do Konstantynopola; odpisał Henryce z Marsylii 14 września 1855 roku. Oto są słowa na trzy miesiące przed zgonem przez poetę napisane:
„Nie będziesz mnie miała za natręta, jeżeli w kilka miesięcy odezwę się do ciebie, wielce droga pani. Zgłosiłbym się był dawniéj, gdybym miał coś pewnego donieść o sobie. Ale w tych ostatnich miesiącach spadły na mnie nowe i niespodziane kłopoty. Zanosiło się na to, że miałem zmienić miejsce pobytu i przejechać gdzieindziéj z całą rodziną. Ten zamiar nie wziął skutku; rodzinę zostawiam, tylko sam puszczam się w podróż. Stało się to wszystko nagle. Odebrałem przed kilku dopiero dniami polecenie naukowe od rządu (francuskiego) tyczące się Wschodu, a dziś już wsiadam na okręt płynący do Stambułu. Jak długo tam zabawię, nie wiem jeszcze. List twój ostatni, pani, mocno mię zasmucił. Nie wiedziałem wcale, iż tylu klęskami byłaś dotkniona osobiście. Nie uwierzysz, jak mi było mile dawniéj myśleć o tobie jako o istocie szczęśliwej. Otóż i to złudzenie znikło. Bądź łaskawa od czasu do czasu pisz do mnie“.
I to życzenie nie spełniło się. Zanim Henryka zebrała się na odpowiedź, doniesiono o śmierci naszego poety zaszłéj 26 listopada 1855 r.
I tak zerwała się nić życia, pełnego złudzeń, marzeń, myśli szlachetnych i wielkich, uczuć potężnych a ognistych i usiłowań prowadzących do czynu, do działania nietylko w dziedzinie umysłowéj, ale i na widowni społeczno-politycznej. Opowiedziałem tu malutki epizod z dziejów tego życia, epizod krótko-trwały, na początku którego była wesołość żartobliwa a na końcu — powaga rozmyślania.
Złudzenia, na które uskarża się poeta w ostatnim swym liście do Henryki, prześladowały go istotnie od początku życia. Nigdy prawie nie znalazł w rzeczywistości tego, co zamarzył w chwili podbudzonych pragnień serca. A jednakże Mickiewicz nie stracił wiary ani w ludzkość ani w siebie i stał silnie na straży skarbów krainy duchowéj jak bohater ufny w świętość swéj sprawy.
Smutniejszy jeszcze los był ukochanéj przez poetę Henryki. Przeżywszy rodzinę swoje, przeżyła i tego, który najsilniéj zapewne w zaraniu jéj bytu do serca przemówił, a przeżyła go o lat 24, umarła bowiem dopiero w roku 1879 jako secundo voto Kuczkowska. Długie istnienie na grobie wszystkich marzeń i wszystkich nadziei czyż nie jest najsroższém cierpieniem?..[3].


Przypisy

  1. Antoni Edward Odyniec powiada, że napastowano zewsząd Adama, aby co zaimprowizował; ale poeta zbywał żartami i nie chciał, chyba że się podoba nazwać improwizacyą jakie z dziesiątek konceptowych dystychów, najwięcéj stosowanych do Odyńca, a z których może kilka uszłoby na dewizę karmelkową.
  2. Ankwiczowie mieszkali, jak wiemy, w pięknym domu przy Via Mercede.
  3. Charakterystykę téj kobiety bardzo ładnie skreśliła S. Chłędowska. Patrz w jéj „Szkicach literackich“ (Lwów 1885) artykuł p. n. Romantyczka (t. II, str. 115 — 148).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.