Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Telimena

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
Telimena.

Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty,
Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty;
Chce je pieścić; zbliża się, dmuchnie: i z podmuchem
Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem,
A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy
Nagą łodygę szaro-zielonawéj trawy...

W „Panu Tadeuszu“ Mickiewicz staje się najzupełniejszym realistą; nie chce tworzyć nowych ideałów; zagląda bacznie w życie i z téj nieprzebranej skarbnicy wydobywa mnóstwo postaci, które dla nas są już wprawdzie tylko obrazem dawno minionych czasów, które jednakże w chwili odtwarzania ich przez poetę były najwierniejszą rzeczywistości kopią, o ile naturalnie wielki wieszcz kopistą być może.
Poeta jest tu spostrzegaczem, spostrzegaczem bezstronnym, nietylko w całości obrazów lub wypadków, ale w drobnych nawet szczegółach. Indywidualność jego znika: wyprowadzone przezeń osobistości przedstawiają się same i mówią każda za siebie. Małostki codziennego życia równie starannie i równie sumiennie są wyśpiewane, jak i sprawy całego narodu. Zewnętrzność, powierzchowność gra tu z natury rzeczy nader ważną rolę: stąd tak częsty opis fizycznéj strony osób, ich ubioru, nawyknień, zwyczajów. Duszę o tyle tylko poeta uwydatnia, o ile ona w danych osobistościach rzeczywiście się na wierzch wybijała. Obok wzniosłości jest płytkość; obok tragiczności — komizm, obok uczuć serdecznych — papuzia frazeologia... Jesteśmy na jarmarku życiowym: na duszach roztkliwionych robi on nieprzyjemne wrażenie; na dusze zdrowe działa podobnie jak zimna, świeża woda na organizm fizyczny. Żyjemy: ruszamy się, interesujemy się wszystkiém: i chołodźcem litewskim i grzybobraniem i kłótnią asesora z rejentem, i mrówkami i wrzawą szlachty zaściankowéj, i mową księdza Bobaka i wzniosłém uczuciem, jakie przejmuje zaimprowizowanych wojowników. Nie potrzebując wydawać sądu, staramy się każdą postać zrozumieć i jak najdokładniéj określić; nie szukając wzorów do naśladowania, cieszymy się różnorodnością objawów życia, drgającego w każdej jednostce.
Wszystkie postaci w „Panu Tadeuszu“ mają być żywcem niemal wzięte z rzeczywistości, jak zapewniają biografowie Mickiewicza. Rzecz-to bardzo prawdopodobna; nawet bez tych zapewnień możnaby zrobić takie przypuszczenie na podstawie rozbioru wewnętrznéj natury samego poematu
Tak np. wiemy, że wzorem do obrazu Telimeny była jedna z piękności odeskich, w której towarzystwie odbywał swoję krymską wycieczkę. W poemacie ukazuje się nam ona z początku w postaci złudnéj: błyszczy świeżością, poeta nazywa ją „przystojną, nadobną i młodą,“ chociaż późniéj przekonywamy się, że miała płeć grubą, piegi koło ust i „lata dojrzałe“. Kibicią odznaczała się kształtną, wysmukłą „piersią powabną, łabędzią;“ włosy czarnemi. W opisie stroju niech nas zastąpi poeta:

Suknię (miała) materyalną, różową, jedwabną;
Gors wycięty, kołnierzyk z koronek; rękawki
Krótkie; w ręku kręciła wachlarz dla zabawki —
Bo nie było gorąco; — wachlarz pozłocisty,
Powiewając, rozlewał deszcz iskier rzęsisty.
Głowa do włosów; włosy pozwijane w kręgi,
Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,
Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu...

Telimena lubiła się stroić i to zawsze podług najświeższéj mody. Sukien miała całe szafy a pachnideł „słoików, flaszeczek, proszków i muszek“ zawsze pełno w przesławném „biurku,“ o którém mówi przy każdéj sposobności. Kiedy się ubrała na wesele, poeta zrozpaczył o swoim talencie. „Chyba pędzel — powiada — skreśliłby te tiule, ptyfenie, blondyny, kaszmiry, perły i kamienie: i oblicze różane i żywe wejrzenie“. — Wielką nawet wagę przywiązuje do ubioru. Ostatniego swego narzeczonego (rejenta) zmusza „warunkiem intercyzy,“ żeby zarzucił dawny strój polski i przywdział frak nowomodny.
Sama różuje się, na czém się biedny Tadeusz zbyt późno poznał, kiedy sam, „rozmawiając zbyt blizko, omusknął z bielidła karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła“. Wtedy „wszędzie już jakiś fałsz wyśledził“.

Dwu zębów braknie w ustach; na czole, na skroni
Zmarszczki; tysiąc zmarszczków pod brodą się chroni..

„Jak-to niepotrzebnie rzecz piękną nazbyt ściśle zważać!“ — dodaje poeta sposobem żartobliwéj przestrogi.

Tak w dwulicowości swéj przedstawia się Telimena.
Ta dwulicowość fizyczna odbija się i w naturze moralnéj. Jedno tylko było niezmienne: chęć złapaniu sobie męża. Kiedy gdzie na uboczu siedziała „roztargniona, znudzona,“ spozierając dokoła z głową w górę zadartą; złośliwy asesor „równał ją do samicy, która miejsca na gniazdo szuka w okolicy“. Chęć owa jest jedynym regulatorem jéj uczuć, zdań i postępowania. Z sentymentalnym hrabią, który nie lubił własnego kraju, potępiała zacofanie prowincyi, unosząc się nad cudami stolicy; a kiedy Tadeusz zaczął wysławiać z zapałem piękności przyrody ojczystéj, Telimena zmieniła ton i zaczęła je również chwalić — przytoczyła nawet malarza Orłowskiego, unosząc się nad jego obrazami... Zręcznie manewrując, nie chciałaby urazić żadnego z domniemanych konkurentów. I jak średniowieczne anielice jednego za rękę ściskały, drugiego nóżką pod stołem trącały, a trzeciego zabijały ognistém spojrzeniem; tak Telimena pragnąc ułagodzić smutek hrabiego, podawała mu urwany kwiatek niezabudki, a Tadeusz tymczasem —

... drugiej strony krzak ziela rozchylał,
Widząc, że się ku niemu tém zielem przewija
Coś białego: była-to rączka jak lilia...

W rączce znalazł klucz i biały papier w trąbkę zwinięty. Poeta robi uwagę, że Telimena patrzała na Tadeusza, hrabiego i asesora,

Jak ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia,
I razem w pastkę wróblą...

Słowem, Telimena jest kokietką. Łzy, omdlenia, słowa wielkie i emfatyczne ma na zawołanie; rozporządza niemi jak wódz dobrze uorganizowaną armią. Umie przybrać pozę romantyczną: w białych szatach, samotna, siada na kamieniu „sama jak kamienna;“ twarz schyloną w otwarte tuli dłonie, a choć płaczu nie słychać, czujesz, że roztapia się we łzach. Takie pozy mają swój urok; wielu niedoświadczonych serce oddaje za nie; niezawsze efekt ich psuje niespodziany napad mrówek — jak to się mniéj szczęśliwéj zdarzyło Telimenie.

Mrówki, znęcone blaskiem bieluchnéj pończoszki,
Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać;
Telimena musiała uciekać, otrząsać,
Nakoniec na murawie siąść i owad łowić.

Jeżeli pozy nie sprawiają już efektu, udaje czułość. Ona tak była tkliwa! Raz, zobaczywszy zadławionego bonończyka, „z wielkiéj alteracyi dostała mdłości, spazmów, serca palpitacyi“, Ale na obitego kijami człowieka za tego właśnie psa patrzała z lekceważeniem i pogardą...
Widząc, że się rwie nić sympatyi, wiążąca jéj duszę z sercem Tadeusza; widząc, że wzrok jéj „jako księżyc światły a bez ciepła“ ślizgał się już tylko po wierzchu duszy upatrzonego; — nie chce mu zagradzać drogi do sławy i szczęścia jego niweczyć; — pragnie jedynie usłyszeć raz jeszcze słowo „kocham;“ by je wyryć w swem sercu i w myśli zapisać, by się przekonać, że ich miłość nie była żartem i rozpustą płochą...

Przebaczę łacniéj, chociaż przestaniesz mię kochać,
Pomnąc, jak-eś mię kochał. — I zaczęła szlochać..

Był-to oczywiście manewr tylko. Kiedy Tadeusz powtórzył niebacznie słowo „kocham“ — posypał się prawdziwy grad romantyczno-miłosnych propozycyj: pójdę za tobą wszędzie, każdy świata kątek będzie mi z tobą miły, bo miłość z najdzikszéj pustyni zdoła uczynić ogród rozkoszy... i  p. Wzniosłe-to i wielkie słowa, dopóki się dwa serca kochają, dopóki są „harmonijném ożenione brzmieniem:“ ale komiczném echem odbijają się w duszy, która gwiazdy swojéj na inném szuka niebie. Tadeusz robi jéj chłodną uwagę: — Czyś z rozumu obrana? mam-że włóczyć za sobą markietankę!.. Telimena znajduje bardzo prędko odpowiedź, która, charakteryzuje najlepiéj cel jéj wszystkich szlochów i czułości: „To my się pobierzem!“ Zapewne!...
Dziwna rzecz! wszakżeż ona sama w owe czułości nie wierzy... zachowuje tylko pozory. Kiedy hrabia, chcąc wojennemi czynami na jéj miłość zasłużyć, ruszał z wojskiem; obdarza go kokardą oddartą od sukni, na piersiach mu ją „przyszpila“ i napomina, żeby, wstąpiwszy w wojenne zapasy, obracał czułe spojrzenie na kolor kochanki:

Niech cię ten kolor wiedzie na działa ogniste
Na kopie błyszczące i deszcze siarczyste.
A kiedy się rozsławisz walecznemi czyny,
I gdy nieśmiertelnemi przesłonisz wawrzyny
Skrwawiony szyszak i hełm twój, zwycięstwem hardy:
I wtenczas jeszcze oko zwróć do téj kokardy,
Wspomnij, czyja ten kolor przyszpiliła ręka...

Ale w téjże samej uroczystej chwili, kiedy hrabia, przyklęknąwszy, całuje podaną sobie rękę,

Telimena zbliżyła do oka
Chustkę a drugiém okiem pogląda z wysoka
Na hrabię, który żegnał ją, mocno wzruszony;
Ona wzdychała — ale ruszyła ramiony”...

Podczas nieobecności hrabiego, zaręczyła się z rejentem nie pomnąc ani o kolorze kokardy, ani o łzie, którą chustką niby ocierała. Bo i pocóż? Ona chciała jak najprędzéj wyjść za mąż. Zaczęła od młodego Tadeusza, skończyła na starym rejencie. I jego przecież nie kocha. Hrabia powraca; ona, ubrana już do ślubu, szepce mu, że rejent nie wziął jéj jeszcze za żonę, że, jeżeli hrabia sprzeciwia się jéj zamęściu, niech odpowie „zaraz, krótko, węzłowato:“ czy ją kocha, czy gotów dziś, koniecznie dziś, z nią się ożenić... Na uwagę hrabiego, że ziemia dąży do słońca, że wiecznie patrzą na się i najkrótszą drogą biegną ku sobie — a przecież nie mogą się zbliżyć, — zrzuca maskę sentymentalną i mówi bardzo prozaicznie:

...Dość już tego; nie jestem planetą
Z łaski bożéj; dość hrabio; ja jestem kobietą.
Już wiem resztę, przestań mi pleść ni to ni owo...

Pozowanie, czułość, romantyzm jest dla Telimeny środkiem jedynie. Takim samym środkiem jest ogłada, wykształcenie, dystyngowane maniery. Mówiła biegle po francusku o tańcach, o literaturze, o muzyce, a nawet o malarstwie i rzeźbiarstwie; umiała bawić rozmową lekką, anegdotkami i rozmową poważną; z uszanowaniem mówiła o dostojnikach państwa, o blaskach stolicy. Wszystkich zadziwiała swoją nauką: Tadeusz się zdumiewał. Owe nabytki cywilizacyi utworzyły na jéj duszy rodzaj pokładów gieologicznych: w gruncie atoli pozostała krzepką i prostą Litwinką... Gdy fale namiętności podmyły owe złociste warstwy, ukazuje się zwyczajna glina, z któréj według podania powstał ród ludzki. Znamy dwie takie powodzie.
Raz kiedy Tadeusz powiedział jéj bez ogródki, żeby sobie wyperswadowała miłość i ożenienie, ona powstała straszna „jak Meduzy głowa“. Blada, bez tchu, bez ruchu wyciągnęła rękę i palce skierowała „prosto w Tadeusza oczy“. Namiętność się wzburzyła: zapomniała o konwenansach, o swéj naiwności. Na wzmiankę, że miłość taka jest grzechem, — wybucha gorzką ironią: „Grzechem!“ — powtarza szyderczo — „niewiniątko! baranek!...“ — Nie przebiera w słowach: „ha, języku smoczy, serce jaszczurcze!“ — przyznaje się do swoich planów: „To nic, żem tobą zajęta wzgardziła asesora, hrabię i rejenta!...“ Dotknięta kłamstwem, do którego sama zmusiła ( prosząc o wymówienie raz jeszcze słowa „kocham“), nazywa go podłym, gardzi nim, przeklina, chce wydać światu jego bezeceństwa, ażeby „sztuki“ jego nie zwiodły innych, jak ją zwiodły...
Drugi raz znowu, kiedy nie uzyskała od hrabiego stanowczéj odpowiedzi; kiedy nadrwiła z jego planetarnéj miłości, kiedy już raz przecie pragnęła zostać żoną; daje mu ostrzeżenie pełne groźby, a pozbawione wszelkiéj dystynkcyi:

...Jeśli piśniesz jedno słowo,
Ażeby ślub mój zerwać, to, jak Bóg na niebie,
Że z temi paznogciami przyskoczę do ciebie
I — zdrapię ci policzki i oczy ci wydrę![1]

W tych namiętnych wybuchach pokazuje się natura pierwotna, że nie powiem dzika; wtedy wracają wyobrażenia zaściankowe, nieogładzone wdziękiem sfer wyższych; nieufność, nienawiść nawet do tak zwanego „rodu męskiego“.

Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś, — mężczyzna!...

Ale téż ukazuje się zarazem i serce dobre naprawdę, nie chorobliwe jakieś, książkowe, lecz czysto ludzkie. Kiedy Tadeusz, znieważony przez nią, pobiegł nad rzekę, by jakimkolwiek sposobem rozplatać powikłane stosunki życia; ona przelękła, leci w ślad za nim, wstrzymuje go i mówi:

Stój, głupstwo, kochaj czy nie, żeń się sobie,
Czy jedź — tylko stój.

Ona „chciała go skarać, ale nie myślała zgubić“. W takich chwilach, lakier sentymentalizmu i arystokratycznych nawyknień ściera się, zostaje tylko serce kobiety. Kochamy ją naówczas i chętnie przebaczamy błędy.
Telimena ze wszystkich postaci kobiecych Mickiewicza najstaranniej została wycieniowana; widzimy ją wśród różnych okoliczności, słyszymy jéj słowa; przypatrujemy się postępowaniu. Nie jest ona istotą zupełnie bierną: owszem w szczupłym zakresie swojej działalności (poszukiwanie męża) rozwija niepospolitą ruchliwość; słaba fizycznie, zna całą potęgę swojéj słabości i umie się do niéj odwoływać: w krytycznych wypadkach, kiedy nie wie, co zrobić — mdleje. Rozmowna, gadatliwa nawet, nie pragnie nikogo przekonać — usiłuje jedynie olśnić i podbić! Jest-to jeden z typów kobiecych, które najczęściej może napotykamy w życiu...


Przypisy

  1. Ostatni wiersz jest odmianką.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.