Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Idalia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVII.
Idalia.
Ach! jak łatwo złączyć miłość z szaleństwem!...

Sentymentalizm XVIII wieku, który w istocie swojéj był po większéj części obłudą jedynie, w nowéj ukazał się formie za czasów poezyi romantycznéj. Wyobraźnia pełna nocnych cienia krzyżów cmentarnych, widziadeł, czarów, duchów i księżycowych promyków, działała na serce w sposób, że tak powiem, przydatkowy, to jest nie zmieniała gruntu uczucia, ale lubiła je stroić w mniéj lub więcéj fantastyczne akcesorya. Bez błyszczących lub ponurych dekoracyj nie rozumiano żadnego zachwytu, nie słyszano choćby najgłośniejszego bicia serca... Taki już był charakter chwili. A chociaż sam Słowacki uległ wpływowi tych wyobrażeń i najczęściéj je przedstawiał; to gdy poznał miłość prawdziwą, czysto-ludzką, zaczął je wyśmiewać... Wszakże i w szykanach owych czuć jeszcze jakby dalekie echo pewnéj sympatyi; co się nader łatwo wyjaśnia poprzednią zależnością od sentymentalno—fantastycznego sposobu czucia i myślenia. Najlepszym tego przykładem jest najdoskonalsza zarazem postać z „niedokwasów serc rdzawych“ zrodzona — Idalia.
Przedstawia ją nam poeta dwojako: raz słowami dawniejszego kochanka Fantazego, drugi raz własnemi wyrazami i czynami Idalii. Jest oczywiście pewna różnica pomiędzy jedném a drugiém przedstawieniem; trudno bowiem wymagać, ażeby sama Idalia nazwała się „czyscową duszą, rodzajem pani Staël t. j. machiną parową, piszącą listy i t. p... “ Takiéj abnegacyi ze strony miłości własnéj niepodobna się spodziewać. A znowu słowa Fantazego są zbyt sarkastyczne, zbyt nacechowane rozdrażnieniem, ażebyśmy ich o złośliwą przesadę posądzić nie mieli. Niesprawiedliwość jest ich podstawą, pewna lekkomyślność, lubująca się w dźwięku słów szyderczych — ich rdzenią. Odczytując słowa Fantazego, musimy dużo z nich odtrącić na rzecz tych dwu właściwości, z któremi się co krok spotykamy. Poeta sam nie chciał zapewne Idalii na zupełną śmieszność narażać, gdyż w usta kładzie jéj wyrazy pełne siły, choć niekiedy paradoksalne; w poglądach zaprowadził pewne podobieństwo z bohaterką dramatu: Dyaną; w rzeczywistości czynów prawie żadnéj komicznéj strony doszukać się nie można.
Musimy ją określić słowy Fantazego: Oczy — „dwie czarne plamy atramentu na prześcieradle białém“. Kto prześcieradło to sztyletem zbroczy, popełni — „wielką poezyą“; gdyż Idalii potrzeba koniecznie rany; usta jéj stworzone do picia trucizny. „Jéj talia jest do połowy z mgły; druga połowa bez kości, sprężyn, samą siłą skrętu idąca naprzód“. Najpiękniéjby wyglądała, mając rozdarte serce lub sumienie... Kochała się w kwiatach i gwiazdach; modliła się „do miesięcznego blasku“; chodziła nocą po cmentarzach, pustkowiach... Czekała miłości, jak okręt na piasku czeka wód przypływu; lecz „żądane burze nigdy ją z ziemi zabrać nie przychodzą“. Zatopiona w uczuciu, w niém złożyła swą wiarę, swą przyszłość. Lubi otoczenie pełne wspomnień lub fantastycznego uroku — w cieniach nocy wszystko olbrzymieje..., „O jak mi dobrze było — powiada — na pościeli granitów rzymskich — z pochyloną głową nad nim (Fantazym), oddychać różami Cezarów i widzieć, jak się w tym człowieku rodzi nowy ideał wieków, pełen czarów, który mu całą przyszłość rozpogodzi, jeśli nie skala się tém ludzi błotem i nie zapragnie spić się moszczem wina”. Nie cierpi rzeczywistości z jéj prozą, obłudą, złotem, „gospodarką“, która na wszystko wyznacza czas i miejsce; gniewa ją porządek, prawo, małość ludzi.. Wszystko blade — powiada — każdy jest panem, paniczem i chłystkiem, każdy od kuchty swego bierze radę; a gdy co czyni, „to siebie się pyta, czy kamerdyner się tam gdzie na boku nie śmieje!...“ Wzgarda, ogromna „wzgarda-błyskawica“ w jéj sercu dla wszystkich, co pełzają po ziemi jak robaki, nie śmiejące podnieść głowy ku gwiazdom. Niczem jest dla niéj świat ze wszystkiemi jego przesądami; przekracza konwenanse, gardzi opinią parafialnych gęsi i gąsiorów — tych gadzin, co „rozsądkiem przeciw egzaltacyi świszczą!” Ona przywykła już do obmowy; nic jéj zranić a nawet dotknąć nie może. Każdy wypadek choćby najstraszliwszy gotowa przywitać uśmiechem albo śmiertelną bladością... Czuje się wyższą nad te serca przedajne, dla których miłość i wiara są pustém brzmieniem, romansem; a kiedy same w romans wpadną — to ten „kawał błota“ jak żyd na koniu wychudłym się kiwa! Więc miałaby zważać na ten kawał błota, ażeby się saméj niém obryzgać! O! raczéj samotność, głucha pustynia, rozmowa z księżycem, pocałunki ze strumykiem, uśmiechy z kwiatami, żelazne okowy, tortury!... Jedyném dla niéj prawem jest serce. Tego od wszystkich się domaga. Chce tylko wiedzieć, że jest ktoś, co myśli o niéj, co jéj modlitwą, westchnieniem pomaga skrycie; że nie jest duchem osamotnioną. „Ludzie myślą — powiada szyderczo — że prócz sińca nic ofiarować nie można kobiecie. Jeżeli nie dasz ręki — daj modlitwę; myśl twoję zawieś tak jako rybitwę nademną — sercem bijącą, krzykliwą!“ Tém sercem powodowana, pragnęłaby cały majątek swój dać, ażeby tylko ochronić Dyanę od pofałszowania swego uczucia: szlachetna! dzieli się czém może; spółczucie w duszy swéj chowa dla każdego cierpiącego; i nietylko w słowach je objawia, lecz w czynach. Afront zrobiony swojéj sąsiadce (porwanie przez kałmuka i kompromitacya) bierze na siebie sama, z własnéj woli, bez próśb z jednéj, bez wymówek z drugiej strony. Zdaje się, że na to świat ten ujrzała, ażeby cierpieć, winy innych na siebie przyjmować i nie mieć lepszéj nagrody prócz śmiechu. Zakończyła już rachunki ze wszystkiém, nawet ze swoją miłością dla Fantazego. Śmierć przyjmuje jako rzecz zwyczajną; tylko, jak zwykle, chciałaby jakiegoś gromu, błyskawicy, jakiegoś elektryzującego słowa, coby jéj dodało odwagi do przeniesienia swych uczuć za grób... „O znajdź, znajdź — mówi do Fantazego — jakie słowo większéj mocy, aby mię w ciemnéj śmierci rozmiłować!” Zawsze drga jedna i ta sama struna; nic jéj umilknąć nie dozwoli; z pęknięciem jéj ustanie życie.. Gdy Fantazy, odjeżdżając, mówi do Idalii:

Brat twój, hrabino, — dziś do Rzymu ruszę
I sądzę, że twe serce, najłaskawsze
Z serc, po królewsku obejdzie się ze mną,
Mniéj biorąc, niż dać mogę; —

ona odpowiada poprostu:

Chcę szacunku!

Rozgorączkowana, rozidealizowana, nigdy nie mogła i nie umiała mówić ni działać jak ludzie zwyczajni; wystrzelając nad nich umysłem, nie potrafiła zachować należytéj granicy w ocenie swoich współbraci; posiadając duży majątek, gardziła temi, którzy dla zdobycia go pracować musieli; zamknięta w sobie, nie znała dobrze stosunków świata i fałszywe o nich miała wyobrażenie, poczerpnięte z pojedydczych wypadków, wyolbrzymionych ognistą fantazyą... W każdym atoli razie była-to dusza najszlachetniejsza — fałszywie nastrojona. Napotkała człowieka, który, również jak ona szukając ideału, wystawiał ją na próby, i sercem chorém chcąc odnaleść prawdę życia, chybiał i trafiał sztyletem wprost w piersi ukochanéj. Cierpiała może wiele; lecz więcéj daleko boleści przynosiła jéj wyobraźnia! Jeżeli już nie miała żadnej nadziei, sama sobie po części była winna, że ją utraciła...


Typ podobny ze strony już czysto-humorystycznej przedstawił Słowacki w Dafnickiéj Sybilli. Zawsze w górnych przebywając sferach, nie cierpiała ona pospolitości. Karmiąc się „książkowemi strawami“ nie rozumiała życia. Raził ją każdy wyraz nieelegancki, niesentymentalny. Tak np. książę Lubor, który „tyle miał par butów co konceptów,“ dowodził raz, że kluski z drugiej strony Renu zowią się pedenony

Z czego ją wtrącił w taki gniew, że z miny
Piorunem była, a ze wzroku furyą,
Bo to już wzięła za wyraźne drwiny,
Nie za dowcipu różę, lecz nasturyą,
Kluski nazwała larmami z faryny[1]
A księcia... błaznem: bo sprowadził z gór ją
Wyższego tonu i tonem Polaka
Przymusił zawsze bladą — upiec raka.

Zwykle chodziła jak „wulkan wygasły, mając na głowie wielkie sople z lawy“. Ksiądz ją spowiadał „chudy;” „mąż opasły nie miał z nią bardzo dawno żadnéj sprawy!..“ Jest-to sentymentalizm XVIII wieku z całą jego śmiesznością i obłudą. Wszystkie bowiem owe czułości i ekscentryczności były tylko zewnętrznym pokostem; pod spodem swobodnie się rozwija gruba, pospolita zmysłowość, płytkość duszy a oschłość serca. Kłócąc się z księciem Luborem o „larmy z faryny,“ szło jéj głównie o skokietowanie wziętego człowieka. Lubiła z nim samotne schadzki „na wzgórzu w kaskadowym pyle i w różach...” Historya jéj — zresztą bardzo krótka — kończy się ucieczką z księciem.

Jest-to jedyna może całkiem humorystycznie narysowana postać kobieca w Słowackim; wykonana sylwetkowo — odpowiednio do jéj natury, która nie daje możności do obszerniejszego traktowania, gdyż niema w niej żadnego głębszego rysu. Raz na nią spojrzawszy, można było zbadać najskrytsze tajniki tej duszy wymokłej i chudej...


Przypisy

  1. Łzy z mąki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.