Kobieta o aksamitnym naszyjniku/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kobieta o aksamitnym naszyjniku
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVI
HOTEL PRZY ULICY Ś. HONORJUSZA

Hoffman odskoczył przerażony; pomimo głosu, pomimo twarzy, wątpił jeszcze. Ale podnosząc głowę, Arsenja opuściła ręce na kolana, i odchylając kołnierzyk, ukazała dziwną spinkę, brylantową, łączącą oba końce aksamitnego naszyjnika, błyszczącą w mroku nocnym.
— Arsenja! Arsenja! — powtarzał Hoffman.
Wstała.
— Co tu robisz o tej porze, Arsenjo — zapytał młodzieniec. Jakto! Ubrana w tę szarą suknię? Z nagiemi ramionami?
— Aresztowano go wczoraj — odrzekła Arsenja — przyszli aresztować i mnie, uciekłam jak stałam, a tej nocy, uważając, że pokój mój jest za szczupły, a łóżko za zimne, wyszłam i przybiegłam tu.
Słowa te wypowiedziała akcentem osobliwym, bez gestów, bez nagięć; wychodziły one z ust bladych, otwierających się i zamykających, jakby za pomocą sprężyny; był to niby automat gadający.
— Ależ ty tu nie możesz pozostać, Arsenjo! — zawołał Hoffman.
— A gdzież ja pójdę? Tam, skąd przyszłam nie chcę wracać jaknajdłużej; tam okropnie zimno.
— To pójdź ze mną — rzekł Hoffman.
— Z tobą! — odparła Arsenja.
I zdawało się młodzieńcowi, że z tego zastygłego oka spadł na niego wzrok wzgardliwy, podobny do tego, jakim go zdeptała w ślicznym buduarze z ulicy Hanowerskiej.
— Jestem bogaty, mam złoto! — zawołał Hoffman.
Oko tancerki rzuciło błyskawicę.
— Dobrze — odrzekła — ale dokąd?
— Dokąd?
Rzeczywiście, dokąd Hoffman miał zaprowadzić tę zmysłową zbytkownicę, która, po wyjściu z pałaców magicznych i czarodziejskich ogrodów Opery, nawykła deptać po perskich dywanach i spoczywać na kaszmirach indyjskich.
Nie do tego to studenckiego pokoiku mógł ją zaprowadzić; byłoby jej tam za ciasno i zimno, jak w owem nieznanem mieszkaniu, o którem tylko co mówiła, i gdzie tak bała się wrócić.
— Dokąd, istotnie? — zapytał Hoffman — ja nie znam zgoła Paryża.
— Ja ciebie zaprowadzę — rzekła Arsenja.
— Dobrze! dobrze! — zawołał Hoffman.
— Pójdź ze mną.
I w tejże samej postawie sztywnej i automatycznej, nie mającej nic wspólnego z tą czarującą giętkością, jaką Hoffman podziwiał w tancerce, poczęła iść przed nim.
Nie stanęło w myśli młodzieńcowi, by jej podać rękę; szedł za nią.
Arsenja poszła ulicą Królewską, nazywaną podówczas ulicą Rewolucji, skręciła na prawo w ulicę Ś. Honorjusza, i stanąwszy przed fasadą, zastukała.
Drzwi otwarły się natychmiast.
Odźwierny ze zdziwieniem spojrzał na Arsenję.
— Mów — rzekła do młodzieńca — bo mnie nie wpuszczą, i będę zmuszona wrócić pod gilotynę.
— Mój przyjacielu — rzekł żywo Hoffman przechodząc między Arsenją i odźwiernym — ja, mijając pole Elizejskie, usłyszałem wołanie o ratunek; przybiegłem na czas, by ocalić panią przed zabójstwem, lecz nie mogłem zapobiec odarciu. Proszę natychmiast o najlepszy pokój; rozpalić w nim dobry ogień i podać dobrą wieczerzę. Oto masz luidora dla siebie.
Rzucił luidora ma stół, gdzie stała lampa, której wszystkie promienie zdawały się zestrzeliwać na iskrzącej twarzy Ludwika XV.
Luidor złotem, była to wówczas gruba suma, wyobrażał on bowiem 825 franków w asygnatach.
Odźwierny zdjął czapkę i zadzwonił. Przybiegł na ten dźwięk numerowy.
— Prędzej! prędzej! pokój! najpiękniejszy w hotelu, dla pana i dla pani.
— Dla pana i pani — odezwał się zdziwiony numerowy przenosząc wzrok z prostego ubrania Hoffmana na bardziej niż lekką odzież Arsenji.
— Tak — rzekł Hoffman — najpiękniejszy, a zwłaszcza, żeby był dobrze ogrzany i dobrze oświetlony; oto masz luidora dla siebie.
Numerowy doznał tego samego wzruszenia co odźwierny, zgiął się przed luidorem, wskazując na wielkie schody, w połowie zaledwie dla późnej godziny oświetlone, ale przez nadzwyczajny, jak na ową epokę zbytek, kobiercem wysłane.
— Proszę wejść na górę — rzekł — i poczekać przede drzwiami numeru trzeciego.
I znikł, puszczając się pędem.
Na pierwszym stopniu schodów zatrzymała się Arsenja.
Lekka sylfida zdawała się doznawać nieprzezwyciężonej trudności w podnoszeniu nogi. Rzekłbyś, iż jej lekkie obuwie atłasowe ma podeszwy ołowiane.
Hoffman podał jej rękę.
Arsenja oparła się na podanem ramieniu młodzieńca, a lubo ten nie czuł nacisku jej ręki, uczuł zimno udzielające się jego ciału od niej.
Następnie, mocnym wysiłkiem, Arsenja wstąpiła na pierwszy stopień i dalsze; lecz każdy stopień wydzierał jej westchnienie.
— Oh! biedna kobieta — rzekł zcicha Hoffman — jakżeś ty musiała cierpieć!
— O! tak — odparła Arsenja — bardzo... Cierpiałam niesłychanie.
Przybyli pode drzwi numeru trzeciego.
I razem też prawie z niemi przybył numerowy, niosąc prawdziwy stos drzewa; otworzył drzwi od pokoju i w jednej chwili komin buchnął ogniem, światła zapłonęły.
— Głodnaś zapewne? — zapytał Hoffman.
— Nie wiem — odrzekła Arsenja.
— Proszę o najlepszą wieczerzę jaka może być! — zawołał do numerowego Hoffman. — Rozumiesz numerowy?
— Panie — zauważył tenże — teraz, nie mówi się numerowy, ale obywatelu urzędniku. Ale kiedy kto płaci, jak pan, może mówić jak mu się podoba.
I zadowolony z konceptu, wyszedł mówiąc:
— Wieczerza za pięć minut!
Zamknąwszy drzwi za urzędnikiem, Hoffman chciwie rzucił oczy na Arsenję.
Tak jej było pilno zbliżyć się do ognia, że nawet nie przystawiła sobie krzesła do komina; usiadła tylko przed ogniskiem w tej samej pozycji, w jakiej zastał ją Hoffman pod gilotyną, i tam, z łokciami na kolanach zdawała się podtrzymywać oburącz głowę prosto na ramionach.
— Arsenjo! Arsenjo! — odezwał się młodzieniec — powiedziałem ci, że jestem bogaty, prawda? Patrz, a zobaczysz, żem przed tobą nie skłamał.
Hoffman począł obracać kapelusz nad stołem; kapelusz pełen był luidorów pojedyńczych i podwójnych, które spływały na marmur z tym dźwiękiem złota tak specjalnym i łatwym do odróżnienia między wszystkiemi dźwiękami.
Po kapeluszu wypróżnił kieszenie; jedna po drugiej wysypały ogromną zdobycz jaką zyskał w grze.
Ruchoma i lśniąca góra ułożyła się na stole.
Przy tym dźwięku Arsenja zaczęła się ożywiać; odwróciła głowę, a wzrok dokonał wskrzeszenia zaczętego przez słuch.
Wstała, wciąż sztywna, ale blade usta uśmiechały się, szkliste oczy nabrały jasności i rzucały promienie krzyżujące się z odblaskami złota.
— O! czy to wszystko twoje?
— Nie moje, ale twoje, Arsenjo!
— Moje? — odezwała się tancerka.
I zanurzyła w górze kruszcu blade ręce, które utonęły w nim po łokcie.
Wtedy dopiero ta kobieta, której życiem było złoto, zdawała się nabierać życia za dotknięciem złota.
— Moje! — mówiła — moje!
A wyraz ten wymawiała akcentem brzmiącym i metalicznym, który w sposób dziwny kojarzył się z brzękiem luidorów.
Weszli dwaj numerowi, niosący stół zupełnie zaopatrzony, którego omal nie upuścili na widok tej góry bogactw rozrzucanych ręką młodej kobiety.
— Dobrze — rzekł Hoffman — proszę przynieść wina szampańskiego, i odejść.
Numerowi przynieśli kilka butelek szampańskiego i odeszli.
Za nimi zamknął drzwi Hoffman, i zasunął rygielek.
Potem, z oczyma gorejącemi żądzą, wrócił do Arsenji, którą zastał jeszcze przy stole, wciąż czerpiącą życie w tym zdroju Paktola.
— I cóż? — zapytał.
— To piękna rzecz, złoto! — rzekła, dawno go już nie dotykałam.
— Pójdź, posil się wieczerzą, a potem, o! Danae, możesz się kąpać w złocie, wiele zechcesz.
I pociągnął ją do stołu z wieczerzą.
— Zimno mi! — rzekła.
Hoffman spojrzał dokoła siebie; okna i łóżko obciągnięte były czerwonym adamaszkiem; wyrwał jedną osłonę okienną i podał ją Arsenji.
Arsenja owinęła się kotarą, która, jakby sama przez się, ułożyła się nakształt fałdów starożytnego płaszcza, a pod tą draperją czerwoną, blade jej oblicze stało się jeszcze charakterystyczniejsze.
Prawie przestraszył się Hoffman.
Zasiadł przy stole, nalał sobie i wypił kilka kieliszków szampańskiego wina, raz po raz. Wtedy zdało mu się, że nieco koloru podchodziło pod oczy Arsenji.
Nalał jej wina; wypiła.
Chciał, ażeby coś zjadła; odmówiła.
Kiedy zaś Hoffman nalegał:
— Nie mogłabym przełknąć, — dodała.
— To pijmy.
Podała kieliszek.
— Dobrze, pijmy, — powiedziała.
Hoffman czuł i głód i pragnienie; jadł więc i pił.
Pił nadewszystko; czuł, że potrzebuje śmiałości, nie iżby Arsenja, tak jak u siebie, chciała mu się opierać czy to siłą, czy wzgardą, ale że coś lodowatego wyziewało z ciała pięknej tancerki.
W miarę, jak pił, Arsenja, w jego oczach przynajmniej, zdawała się ożywiać; tylko, gdy zkolei ona wychyliła kieliszek, kilka różowych kropli spłynęło z dolnej części aksamitnego naszyjnika na piersi tancerki. Hoffman patrzył, nie rozumiejąc; potem czując pod tem coś strasznego i tajemniczego, zwalczał dreszcze wewnętrzne mnożąc toasty do pięknych oczu, do pięknych ust, do pięknych rąk tancerki.
Ona dotrzymywała mu placu, pijąc tyleż, co i on, i zdając się ożywiać, nie winem, które piła sama, lecz winem, które pił Hoffman.
Naraz głownia wypadła z komina.
Hoffman śledził oczyma kierunek palącej się głowni, która zatrzymała się dopiero spotykając nogę Arsenji.
Zapewne dla ogrzania się, Arsenja ściągnęła pończochy i buciki; mała jej nóżka, biała jak marmur, spoczywała na marmurze trzonu, białym również jak noga, z którą zdawała się tworzyć jedność. Hoffman wydał okrzyk.
— Arsenjo! Arsenjo! — rzekł — uważaj!
— Na co? — zapytała tancerka.
— Głownia dotyka twej nogi...
I istotnie, do połowy prawie zakrywała nogę Arsenji.
— Odejmij ją, — rzekła spokojnie.
Schylił się Hoffman, chwycił głownię, i spostrzegł z przerażeniem, że to nie żar sparzył nogę tancerki, ale noga jej zgasiła płomień.
— Pijmy! — rzekł.
— Pijmy! — odparła Arsenja.
I podała kieliszek.
Wypróżniono drugą butelkę.
Jednakże Hoffman czuł, że mu nie wystarcza upojenie winem.
Spostrzegł fortepian.
— A, to dobrze! — zawołał.
Zrozumiał, jaki wyborny zasób fantazji nastręcza mu upojenie muzyczne.
Pod jego palcami powstała naturalnie nuta, po której Arsenja tańczyła owo pas-de-trois w balecie Parysa, gdy ją pierwszy raz widział.
Tylko zdawało się Hoffmanowi, że fortepian sam jeden wydaje odgłos podobny do całej orkiestry.
— A! jakże to dobrze! — zawołał Hoffman.
W tym dźwięku znalazł on upojenie, którego szukał; ze swej strony Arsenja powstała przy pierwszych akordach.
Akordy te, niby fala ognista, zdawały się obejmować całą jej osobę.
Odrzuciła od siebie kotarę z czerwonego adamaszku, i rzecz dziwna! jak w teatrze odbywała się zmiana magiczna niewiadomo w jaki sposób, tak i w niej nastąpiła zmiana; zamiast szarej sukni, zamiast ramion odartych z ozdób, ukazała się w stroju Flory, opływającym kwiatami, powleczonym gazą, drgającym rozkoszą.
Hoffman krzyknął, potem podwajając energję, zdawał się piekielną wydobywać energję ze strun tego fortepianu, brzmiącego jak cała orkiestra.
Wtedy toż samo zjawisko zamieszała umysł Hoffmana. Ta słaniająca się kobieta, stopniowo się ożywiająca, działała na niego powabem nieprzepartym. Za teatr wzięła całą przestrzeń oddzielającą fortepian od alkowy, a na czerwonem tle kotary, odcinała się, jak wizja piekielna. Ilekroć z głębi powracała ku Hoffmanowi, on podnosił się na krześle; ilekroć oddalała się w głąb, Hoffman czuł się pociągnięty za nią. Nareszcie, bez wiedzy i woli muzyka, takt zmienił się pod jego palcami; grał już nie tę melodję, którą słyszał, ale grał walca; był to walc Bethovena Il desio (żądza); nasunął mu się pod palce, jak wyrażenie jego myśli. I Arsenja zmieniła takt; owinęła się naprzód koło ruchów, zbliżyła się do Hoffmana. Młodzieniec czuł jej zbliżenie, zrozumiał, że dotknie go ostatnim ruchem, i że wtedy siła wyższa od jego woli zmusi go wziąć udział w tym palącym walcu. Ogarnęła go żądza i przestrach. Nareszcie Arsenja przebiegając, wyciągnęła rękę, i dotknęła go końcem palców. Hoffman wydał okrzyk, skoczył jakby tknięty iskrą elektryczną, rzucił się w trop tancerki, doścignął, objął ją wramiona, w myśli dogrywając nuty przerwanej w rzeczywistości, przyciskając do serca to ciało, które odzyskało swą elastyczność, wciągając spojrzenia jej oczu, oddech jej ust, pożerając pożądliwie tę szyję, te ramiona.
Kiedy Hoffman rozbudził się nazajutrz, już wstał jeden z tych ciemnych dni zimowych paryskich, i przenikał aż do łoża przez zdartą kotarę okienną.
Wtedy przypomniał sobie wszystko, chwycił kandelabr, gdzie się paliło jeszcze pięć świec, a przy podwójnem świetle dnia i świec spostrzegł, że Arsenja jest nieruchoma, blada i oczy ma zamknięte.
Pierwszą jego myślą było, iż znużenie przemogło miłość, żądzę, wolę, i że młoda tancerka zemdlała. Wziął ją za rękę, ręka była lodowata; szukał bicia serca, serce nie biło.
Wtedy okropna myśl przebiegła mu przez głowę; chwycił za sznurek od dzwonka, który zerwał się w jego ręce; potem pobiegł do drzwi, otworzył, i sunął się po schodach, wołając:
— Ratunku! Pomocy!
Mały, czarny człowieczek wstępował właśnie w tej chwili na schody, kiedy zbiegł z nich Hoffman. Podniósł głowę; Hoffman krzyknął. Poznał doktora z Opery.
— Ah! to ty, kochany młodzieńcze, — rzekł doktór, zkolei poznając Hoffmana; — cóż tu się stało? poco ten hałas?
— Chodź pan, prędzej! — rzekł Hoffman nie myśląc tłumaczyć lekarzowi, czego odeń żąda, i spodziewając się, że widok Arsenji obumarłej objaśni mu to lepiej, niż słowa, — prędzej, panie!
I wciągnął go do pokoju.
Potem, prowadząc do łóżka, a drugą ręką biorąc kandelabr, który podniósł do twarzy Arsenji:
— Patrzaj pan, — rzekł.
Ale doktór, zamiast się przestraszyć, rzekł:
— A! to pięknie z twojej strony, młodzieńcze, bardzo pięknie, żeś wykupił to ciało, aby nie zgniło w jeneralnym dole... Bardzo, bardzo pięknie!
— To ciało... — bąknął Hoffman, — wykupione... jeneralny dół... Co pan mówisz?
— Ja mówię, że nasza biedna Arsenja, aresztowana wczoraj o ósmej rano, osądzona była o drugiej po południu, a o czwartej zgilotynowana.
Hoffman myślał, że dostanie pomieszania zmysłów; chwycił doktora za gardło.
— Zgilotynowana o godzinie czwartej! — krzyczał dusząc się sam; — Arsenja zgilotynowana!...
I wybuchnął śmiechem, ale śmiechem tak okropnym, tak przeraźliwym, tak dalekim od wszelkich modulacji śmiechu ludzkiego, że doktór zwrócił na niego oczy wystraszone.
— Wątpisz pan o tem — rzekł.
— Jakto! — zawołał Hoffman, — czy wątpię? spodziewam się. Ja wieczerzałem z nią, tańczyłem walca, nocowałem z nią...
— W takim razie, jest to wypadek osobliwy, który ja zamieszczę w rocznikach medycyny, — rzekł doktór, — a pan podpiszesz protokół, wszak tak?
— Nie mogę podpisywać, ponieważ zaprzeczam, i powiadam, że to jest niepodobieństwem, że to nie istniało.
— A! powiadasz pan, że to nie istniało, — rzekł doktór, powiadasz to mnie, lekarzowi więziennemu, który czyniłem wszystko dla jej ocalenia, a nie mogłem; mnie, który ją pożegnał przy wózku! Powiadasz pan, że to nie istniało! Zaczekajże!
Wyciągnął rękę, nacisnął brylantową sprężynkę, służącą za spinkę do aksamitnego naszyjnika i pociągnął ku sobie aksamit.
Hoffman wydał okrzyk przeraźliwy. Nie podtrzymywana jedynym węzłem łączącym ją z ramionami głowa zgilotynowanej spadła z łóżka na ziemię i zatrzymała się aż przy nogach Hoffmana, jak owa głownia przy nodze Arsenji.
Młodzieniec odskoczył wstecz, i wybiegł na schody rycząc:
— Ja zwarjowałem!
Okrzyk Hoffmana nie miał nic przesadnego: ta słaba przegroda, która u poety, ćwiczącego nadmiernie swe władze mózgowe, odgraniczając wyobraźnię od obłąkania, zdaje się czasami gotowa pęknąć, trzeszczała w jego głowie z łoskotem walącego się muru.
Ale w owej epoce nie można było długo biec pędem po Paryżu, nie powiedziawszy dlaczego się biegnie. Paryżanie stali się bardzo ciekawi miłościwego lata 1793; a ilekroć ktoś biegł pędem, zatrzymywano go dla dowiedzenia się, za kim biegnie lub kto biegnie za nim.
Zatrzymano więc Hoffmana naprzeciwko kościoła Wniebowzięcia, z którego zrobiono kordegardę, i zaprowadzono do naczelnika stacji.
Tam Hoffman zrozumiał rzeczywiście niebezpieczeństwo, jakie mu grozi; jedni mieli go za arystokratą biegnącego zagranicę; inni wołali, że to agent Pitta i Cobourga. Niektórzy krzyczeli: na latarnię go! co wcale nie było wesołe. Drudzy krzyczeli: do trybunału rewolucyjnego! co było jeszcze mniej wesołe. Z pod latarni można było jeszcze niekiedy uciec, świadkiem ksiądz Maury; z trybunału rewolucyjnego, nigdy.
Wtedy Hoffman próbował wyjaśnić wszystko co mu wydarzyło się wczorajszego wieczora. Opowiedział grę, wygraną. Jak z kieszeniami pełnemi złota poszedł na ulicę Hanowerską, jak nie zastał już tam kobiety, której szukał, jak party dręczącą go namiętnością, biegał po ulicach Paryża, a przechodząc przez plac Rewolucji zastał tam kobietę siedzącą na skraju gilotyny, jak go ona zaprowadziła do hotelu S. Honoré, a tam po nocy spędzonej wśród upojeń, znalazł w objęciach kobietę nietylko umarłą lecz z uciętą głową.
Wszystko to było nieprawdopodobnem, to też nie uwierzono opowiadaniu Hoffmana: fanatycy prawdy, mówili, że kłamie, umiarkowani, że cierpi pomieszanie zmysłów.
Gdy się to działo, jeden z obecnych objawił rozsądne zdanie:
— Mówisz, żeś przepędził noc w jednym z hoteli przy ulicy Honoré?
— Tak.
— Wypróżniłeś tam kieszenie pełne złota na stół?
— Tak.
— Wieczerzałeś tam i nocowałeś z kobietą, której głowa, spadając do twych nóg, sprawiła ci ten wielki przestrach, żeś uciekał, sam nie wiedząc gdzie?
— Tak.
— Pójdziemy więc do hotelu; może nie znajdziemy już tam złota, ale znajdziemy kobietę.
— Tak! tak! — krzyczeli wszyscy, — chodźmy, szukajmy!
Hoffman byłby wolał nie szukać; ale musiał ulec ogromnej woli, streszczonej w tym wyrazie, szukajmy.
Wyszedł więc z kościoła ku ulicy S. Honoré, i szukał.
Odległość od kościoła Wniebowzięcia do ulicy tej nie była wielka. Daremnie jednak szukał Hoffman, zrazu niedbale, następnie z większą uwagą, potem nareszcie z usilnością, nic mu nie przypominało hotelu, do którego wszedł w nocy i wyszedł zrana. Jak te zaczarowane pałace, znikające, gdy maszynista już ich nie potrzebuje, hotel z ulicy S. Honoré znikł po tej odegranej w nim piekielnej scenie, jaką próbowaliśmy opisać.
Wszystko to atoli nie zaspakajało uliczników towarzyszących Hoffmanowi, którzy chcieli koniecznie jakiegoś rozwiązania w nagrodę za ich fatygę; a rozwiązaniem tem mogło być tylko odkrycie trupa Arsenji, lub aresztowanie Hoffmana, jako podejrzanego.
Ale ponieważ nie znajdowano ciała Arsenji, silnie obstawano za uwięzieniem Hoffmana, kiedy ten naraz spostrzegł na ulicy małego, czarnego człowieka i wezwał go na pomoc, wzywając jego świadectwa o prawdzie zeznań, jakie uczynił.
Głos lekarza ma zawsze wielką powagę wśród tłumów. Ten wymienił swój zawód i pozwolono mu przystąpić do Hoffmana.
— Ah! biedny młodzieniec! — rzeki biorąc go za rękę jakoby dla zbadania pulsu, lecz w rzeczywistości dla dania mu znaku, by nie zaprzeczał temu, co powie, — biedny chłopiec, więc on się wydobył?
— Wydobył, skąd? z czego? — zawołało dwadzieścia głosów obecnych.
— Tak, skądem ja się wydobył? — zapytał Hoffman, który nie chciał przyjmować środka ratunku poddawanego przez doktora, uważając go za poniżający.
— Skąd? — rzekł doktór, — oczywiście z zakładu.
— Z zakładu! — zawołały też same glosy, — a z jakiego zakładu?
— Z zakładu obłąkanych.
— Doktorze! doktorze! — zawołał Hoffman, — proszę nie żartować.
— Nieszczęśliwy! — wykrzyknął doktór.
— O! tak, tak, — rzekł Hoffman, — kochałem ją, ale nie tak, jak Antonję.
Biedny chłopiec, odezwało się kilka kobiet, które już zaczęły litować się nad Hoffmanem.
— I odtąd, — mówił doktór dalej, — cierpi straszliwą halucynację. Zdaje mu się, że gra, zdaje mu się, iż może posiadać tę, do której się zapalił; potem ze złotem w kieszeniach obiega ulice; następnie spotyka kobietę u stóp gilotyny, sprowadza ją do wspaniałego pałacu, do jakiego wytwornego zajazdu, gdzie przepędza noc w upojeniach muzycznych, tanecznych, miłosnych; poczem, zastaje ją umarłą. Czy nie to on wam opowiadał, obywatele?
— Słowo w słowo, — ryknął tłum.
— A więc! a więc — odezwał się Hoffman z okiem iskrzącem, — powiecie, iż to nie jest prawdą, doktorze, wy, coście odpięli spinkę brylantową zamykającą naszyjnik aksamitny. Oh! ja powinienem był zaraz czegoś się domyśleć, spostrzegłszy wino szampańskie sączące się z pod naszyjnika, albo spadłą na jej nogę głownię płonącą, która zamiast ją przypiec, sama od jej nogi zgasła.
— Widzicie, widzicie, — rzekł doktór z oczyma pełnemi litości i głosem żałosnym; otóż powraca mu szał.
— Jakto szał! — wykrzyknął Hoffman; — jak śmiecie mówić, że to nieprawda! Śmiecie mówić, że nie nocowałem z Arsenją, która była gilotynowana wczoraj. Śmiecie mówić, że jej aksamitny naszyjnik nie był jedyną rzeczą, która jej głowę utrzymywała na ramionach! Śmiecie mówić, że gdyście otworzyli spinkę i odjęli naszyjnik, głowa nie spadła na kobierzec! Cóż znowu, doktorze, wiecie dobrze iż wszystko co mówię, jest prawią.
— Czcigodni obywatele, — rzekł doktór, — wszak teraz chyba nie macie żadnej wątpliwości!
— Ależ tak! tak! — krzyknęło sto głosów z tłumu.
Ci z obecnych, którzy nie krzyczeli, melancholijnie potakiwali głową na znak przyznania.
— A więc, — odezwał się doktór, — każcie podjechać dorożce, abym go odwiózł.
— Dokąd to — krzyknął Hoffman; — dokąd macie mnie odwieźć?
— Dokąd? — rzekł doktór, — ano do domu obłąkanych, skądeś się wydobył, mój przyjacielu.
Potem dodał cicho:
— Nie wzbraniaj-że się, do licha! inaczej nie odpowiadam za ciebie. Ci ludzie pomyślą, żeś sobie z nich zakpił i rozszarpią w kawałki.
Hoffman westchnął i opuścił ręce.
— Widzicie teraz, — mówił dalej doktór, — znowu spokojny, jak jagnię. Napad przeminął... Tak, tak, spokojnie, mój przyjacielu, ucisz się...
I doktór zdawał się ręką uspokajać Hoffmana, jak magnetyzerzy uśmierzają dzikie konie, lub psy rozjuszone.
Przez ten czas sprowadzono dorożkę.
— Siadaj prędko, — szepnął doktór do Hoffmana.
Hoffman wsiadł; wszystkie jego siły zużyły się w tej walce.
— Do Bicêtre! — zawołał głośno doktór, siadając z Hoffmanem.
I znowu cicho dodał do młodzieńca:
— Gdzie chcesz, żebym cię wysadził?
— Przed pałacem Równości — z ciężkością wykrztusił Hoffman.
— Ruszaj kłusem, — rzekł doktór do woźnicy.
Potem skłonił się tłumowi.
— Niech żyje doktór! — krzyknął tłum!
Gdy tłum zostaje pod naciskiem jakiegoś roznamiętnienia, zawsze musi krzyczeć, albo niech kto żyje, albo, niech zginie.
Przed Pałacem Równości (Palais-Royal) doktór zatrzymał dorożkę.
— Bądź zdrów, młodzieńcze, — rzekł do Hoffmana, — a wierzaj mi, odjedź czemprędzej do Niemiec; nie dobry jest pobyt we Francji dla osób z taką wyobraźnią, jak twoja.
I wysadził z dorożki Hoffmana, który oszołomiony jeszcze wszystkiem, co mu się wydarzyło, szedł prosto pod wóz nadjedżający szybko z przeciwnej strony, który mógłby go był rozbić, ale wtem inny nadchodzący młodzieniec nagle zatrzymał go za rękę w chwili, gdy ze swej strony woźnica wysilał się dla powstrzymania koni.
Dorożka z doktorem odjechała w bok.
Dwaj młodzieńcy wydali razem jeden okrzyk:
— Hoffman!
— Werner!
Widząc stan obezwładnienia w jakim znajdował się jego przyjaciel, Werner wciągnął go do ogrodu w Palais-Royal.
Wtedy wszystko co zaszło, żywo stanęło w pamięci Hoffmana, i przypomniał sobie medaljon Antonji zastawiony u wymieniacza.
Krzyknął rozpaczliwie, sądząc, że wypróżnił wszystkie kieszenie na marmurowym stole hotelu. Jednocześnie wszakże przypomniał sobie, że dla wykupienia tego medaljonu odłożył osobno trzy luidory i schował je do kieszeni od zegarka.
Kieszonka wiernie dochowała wkładu; znalazł tam te trzy luidory.
Hoffman wyrwał się z rąk Wernera, prosząc, by na niego zaczekał i pobiegł w kierunku kantoru wymiany. Za każdym krokiem zdawało mu się, że wychodzi z jakiejś gęstej atmosfery, przebija się przez mgłę coraz rzadszą i zbliża ku atmosferze czystszej i promiennej. Zatrzymał się przede drzwiami kantoru, dla odetchnienia; dawna wizja, wizja nocy prawie znikła. Wytchnął przez chwilę i wszedł.
Wymieniacz był na swoim miejscu, ważki mosiężne również.
Na odgłos wchodzącego, wymieniacz podniósł głowę.
— Aha! — rzekł, — to wy, mój współziomku; przyznam się, myślałem, że już się z wami nie zobaczę.
— Spodziewam się, iż nie dlatego mi to powiadacie, żeście rozporządzali moim medaljonem! — zawołał gorączkowo Hoffman.
— Nie, przyrzekłem go przechować, i choćby mi kto zamiast trzech, dawał dwadzieścia pięć luidorów, nie byłby ten medaljon wyszedł z mego kantoru.
— Oto są wasze trzy luidory, — rzekł nieśmiało Hoffman, — ale przyznam się, iż nie mam ani grosza do opłacenia procentu.
— Procentu za jedną noc, — rzekł wymieniacz, już znowu żartujecie. Jakżebym brał procent za noc i to od współziomka!
Oddał mu medaljon.
— Dziękuję, — rzekł Hoffman; a teraz — rzekł dalej z westchnieniem, — muszę poszukać pieniędzy na powrót do Manhejmu.
— Do Manhejmu, — rzekł wymieniacz, — aha! jesteście z Manhejmu?
— Nie, panie, ale mieszkam tam, mam tam narzeczonę, która oczekuje na mnie, ażeby pójść ze mną do ślubu.
— Aha!
Kiedy już młodzieniec miał rękę na klamce wymieniacz spytał:
— Czy znacie tam mojego starego przyjaciela starego muzyka?
— Bogumiła Murra? — zawołał Hoffman.
— Właśnie. Znacie go?
— Spodziewam się, toż to córka jego jest moją narzeczoną.
— Antonja! — zawołał zkolei wymieniacz.
— Tak, Antonja, — odrzekł Hoffman.
— Jakto, młodzieńcze i to dla zaślubienia jej jedziesz do Manhejmu?
— Tak.
— To zostańcie w Paryżu, bo droga wasza będzie daremna.
— Dlaczego?
— Oto list od jej ojca, który mi oznajmia, że przed tygodniem, o trzeciej godzinie po południu, Antonja umarła nagle, grając na arfie.
Było to właśnie w dniu, w którym Hoffman poszedł do Arsenji, dla zrobienia jej portretu; było to o tej samej godzinie, w której wycisnął pocałunek na jej nagiem ramieniu.
Hoffman drżący, zgnębiony, otworzył medaljon by przycisnąć usta do portretu Antonji, ale słoniowa kość stała się przez ten czas tak biała i czysta, jakby na niej nigdy nie pozostał pędzel malarza.
Nic więc z Antonji nie pozostało Hoffmanowi podwójnie niewiernemu, nawet obraz tej, której wieczną przysiągł miłość.
W dwie godziny potem, Hoffman w towarzystwie Wernera i poczciwego wymieniacza, siadł do dyliżansu, jadącego do Manhejmu, dokąd przybył w sam czas, by odprowadzić na cmentarz zwłoki Bogumiła Murra, który umierając po córce, polecił, aby go pochowano obok Antonji.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.