Kobieta o aksamitnym naszyjniku/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kobieta o aksamitnym naszyjniku
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1928
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XV
MEDALJON

Krupier wziął medaljon i obejrzał go zbliska.
— Panie — rzeki do Hoffmana, bo pod numerem 113 jeszcze czasami używano wyrazu pan — idź to sprzedaj, jeżeli chcesz; ale powtarzam, my bierzemy tylko złoto lub srebro w brzęczącej monecie.
Hoffman wziął medaljon i nie mówiąc ani słowa, wyszedł z salonu gry.
Przez czas, gdy schodził na dół, wiele myśli, wiele rad, wiele przeczuć brzęczało koło niego; ale on ogłuchł na wszystkie te podszepty i wszedł śmiele do wymieniacza, u którego przed chwilą dopełniał tranzakcji.
Poczciwiec czytał sobie, wsparty na szerokim fotelu skórzanym, w okularach na końcu nosa, oświetlony niską lampą o promieniach bladych, z któremi łączył się płowy odblask sztuk złotych, spoczywających w przegródkach miedzianych; siedział poza delikatną siatką z zielonego drutu, strojną w firanki z zielonego jedwabiu, oraz w drzwiczki nad stołem, dające przejście jednej tylko ręce.
Nigdy Hoffman tak nie uwielbiał złota. Ale jakaż to różnica tego złota od owego z pod numeru 113.
— Panie! — odezwał się do współziomka — to ja, który tu przed chwilą wymieniałem talary na złoto.
— Tak, poznaję pana — rzekł wymieniacz.
— Pan jesteś Niemcem?
— Z Hajdelberga.
Hoffman tak się jednak w duszy wstydził tego co robi, że pomimo gorączki, nie przystępował do interesu odrazu, ale owijał go w peryfrazy.
— To ja tam odbywałem studja uniwersyteckie — rzekł na wzmiankę o Hajdelbergu.
— Śliczne miasto!
— Prawda!
Przez ten czas gorzała krew w Hoffmanie. Zdawało mu się, że z każdą minutą, jaką poświęca tej banalnej rozmowie, traci życie.
Podjął więc z uśmiechem:
— Myślałem, że jako współziomek, zechcesz mi pan wyświadczyć pewną przysługę.
— Jaką? — zapytał wymieniacz, którego twarz spochmurniała na ten wyraz.
Wymieniacz nie więcej lubi pożyczać niż mrówka.
— Żebyś mi pan pożyczył trzy luidory na ten medaljon.
Jednocześnie Hoffman podał medaljon kupcowi, który zważył go na szalkach.
— Czy nie wolałbyś pan go sprzedać? — zapytał.
— O! nie — zawołał Hoffman — nie, i to już wiele, że go zastawiam. Jeżeli mi nawet pan wyświadczy tę przysługę, prosić będę, abyś mi ten medaljon zachował z największą troskliwością, bo chodzi mi o niego więcej, niż o życie, a jutro po niego przyślę; trzeba tylko takiej okoliczności, w jakiej ja się znajduję, abym go zastawił.
— To pożyczę panu trzy luidory.
I wymieniacz z całą powagą, jaką uważał za właściwą w podobnej okoliczności, wziął trzy luidory i wyciągnął je pod linją przed Hoffmanem.
— O! dziękuję panu, stokroć dziękuję — zawołał poeta.
I porwawszy trzy sztuki złota umknął.
Wymieniacz w milczeniu zasiadł napowrót do czytania, złożywszy medaljon w zakątku szuflady.
Mniej temu to człowiekowi przyszłoby do głowy ryzykować swoje złoto na owo z numeru 113.
Gracz tak bliskim jest świętokradztwa, że Hoffman rzucając pierwszą sztukę na numer 26, bo chciał stawiać tylko po jednej sztuce, wymówił imię Antonji.
Dopóki kulka obiegała, nie miał on wzruszeń; coś mówiło mu, że wygra.
Numer 26 wyszedł.
Hoffman promieniejący zagarnął trzydzieści sześć luidorów.
Natychmiast odłożył z nich trzy i wsunął w kieszonkę od zegarka, ażeby być pewny wykupienia medaljonu narzeczonej, imieniu której widać zawdzięczał tę pierwszą wygranę. Pozostawił trzydzieści trzy luidory na tym samym, i ten sam numer wyszedł; wygrywał zatem 36 razy po 33 luidory, czyli przeszło dwadzieścia pięć tysięcy franków.
Wtedy Hoffman, czerpiąc pełnemi rękami w Paktolu i biorąc zeń garścią, grał na traf, pośród nieskończonego oszołomienia. Za każdą stawką zwiększała się kupa wygranej, nakształt góry nagle występującej z wody.
Miał już złota pełne kieszenie, miał je w surducie, w kamizelce, w kapeluszu, w rękach, na stole, wszędzie. Złoto płynęło przed nim z ręki krupierów, jak krew z szerokiej rany. Stał się Jowiszem wszystkich graczy nieszczęśliwych.
Stracił tym sposobem ze dwadzieścia tysięcy franków.
Zebrawszy nareszcie wszystko złoto, jakie miał przed sobą, kiedy czuł, że go ma dosyć, umknął, pozostawiając za sobą podziw i zazdrość wszystkich tych, co się tam znajdowali, i pobiegł w kierunku domu Arsenji.
Była godzina pierwsza w nocy; ale go to nie obchodziło.
Przychodząc z taką sumą, myślał, że każda godzina jest dobra, i że zawsze będzie dobrze przyjęty.
Obiecywał sobie radość stąd, jak pokryje złotem całe to piękne ciało, które się przed nim odsłoniło, a martwe jak marmur wobec jego miłości, ożywi się przed jego bogactwem, niby statua Pigmaliona.
Miał wejść do Arsenji, wypróżnić kieszenie do ostatniej sztuki i powiedzieć: — Kochaj mnie.
Nazajutrz odjedzie, ażeby, jeśli można, uciec przed wspomnieniem tego snu gorączkowego.
Zastukał do bramy Arsenji, jak pan wracający do własnego domu.
Drzwi się otworzyły.
Hoffman pobiegł pod peron schodów.
— Kto tam? — odezwał się głos odźwiernego.
Hoffman nie odpowiedział.
— Dokąd to idziesz, obywatelu? — powtórzył ten sam głos, i cień okryty tak, jak się okrywają cienie nocy, wyszedł z loży i pobiegł za Hoffmanem.
W tych czasach bardzo lubiano wiedzieć, kto wychodzi, a zwłaszcza, kto wchodzi.
— Idę do panny Arsenji — odrzekł Hoffman rzucając odźwiernemu kilka sztuk luidorów, za które przed godziną oddałby był duszę.
Legitymacja ta podobała się.
— Panny Arsenji tu już niema, panie — odparł uważając nie bez słuszności, że trzeba tytuł obywatela zastąpić panem, gdy się ma do czynienia z człowiekiem tak łatwego obejścia. Kto żąda, może powiedzieć: obywatelu, ale kto bierze, powinien powiedzieć: panie.
— Jakto! — zawołał Hoffman — Arsenji tu nie ma?
— Nie, panie.
— Chcesz powiedzieć, że nie wróciła tu jeszcze?
— Chcę powiedzieć, że nie wróci.
— Gdzież zatem jest?
— Nie wiem.
— Gwałtu! gwałtu — zawołał Hoffman.
Wziął głowę w obie ręce, jakby dla zatrzymania rozumu, który mu zdawał się zbiegać. Wszystko, co przeszedł od niejakiego czasu było tak dziwne, iż co chwila mówił: — No, cóż dostaję pomieszania zmysłów.
— Więc pan nie wie nowiny? — odezwał się odźwierny.
— Jakiej nowiny?
— Pan Danton został aresztowany.
— Kiedy?
— Wczoraj. Zrobił to pan Robespierre. Co to za wielki człowiek, ten obywatel Robespierre!
— Więc co?
— To, że panna Arsenja musiała się schronić; bo jako kochanka Dantona, mogłaby być zamieszana do całej tej sprawy.
— To prawda. Ale jakże się schroniła?
— Ano, jak zwyczajnie, kiedy się kto boi, ażeby mu nie obcięto karku; pobiegła prosto przed siebie.
— Dziękuję, mój dobry człeku, dziękuję — rzekł Hoffman i znikł, zostawiwszy jeszcze kilka sztuk w ręku odźwiernego.
Na ulicy, Hoffman przemyśliwał nad tem, co ma zrobić, i do czego mu teraz służyć będzie wszystko to złoto; gdyż, jak łatwo zgadnąć, myśl odnalezienia Arsenji, nie postała mu w głowie, a tem mniej myśl powrotu do domu i wypoczęcia.
Poszedł tedy i on prosto przed siebie, stukając obcasami po bruku ciemnych ulic, idąc na jawie w swym bolesnym śnie.
Noc była ciemna, drzewa ogołocone i drżące pod wiatrem nocnym. Złódź biczowała twarze przechodniów nocnych, a w domach zbitych w jedną masę ciemną, gdzieniegdzie zaledwo oświetlone okno dziurawiło mrok.
Dobrze jednak oddziaływało na Hoffmana to zimne powietrze. Dusza jego tajała w tym prędkim mroku, zaczadzenie moralne ulatniało się. W zamkniętej izbie byłby się udusił. Przytem, idąc wciąż przed siebie, może przypadkiem napotka Arsenję; kto wie. Uciekając, może poszła tą samą drogą, co on, wychodząc od niej.
Przebiegł tym sposobem przez pusty bulwar, przez ulicę Królewską, podniósł głowę, i stanął, spostrzegłszy, że idzie prosto na plac Rewolucji, na ten plac, gdzie zaprzysiągł sobie, iż nie pójdzie nigdy.
Jakkolwiek niebo było ciemne, ciemniejsza jeszcze sylwetka zarysowała się na widnokręgu czarnym jak atrament. Była to sylwetka ohydnej machiny, której paszczę mokrą od krwi osuszał wiatr; spała ona, czekając na codzienne żniwo.
Toż w dziennej porze Hoffman nie chciał widoku tego placu; nie chciał tam się znajdować z powodu płynącej krwi, ale w nocy to inna rzecz. Dla poety w którym, bądź co bądź, instynkt poetycki nie zadrzemał, zajmującą było rzeczą zobaczyć, dotknąć palcami w ciszy nocnej, tego przeklętego rusztowania, którego krwawy obraz musiał stać w obecnej chwili wielu ludziom na oczach.
Jestże piękniejszy kontrast? Wyszedłszy z sali wrzącej grą, wejść na ten plac pusty, którego wiekuistym gościem — szafot!
Szedł więc Hoffman ku gilotynie, jakby magnetyczną pociągnięty siłą.
Naraz, i prawie nie wiedząc, jak się stało, znalazł się tuż naprzeciw niej. Wicher dął w deski. Hoffman założył ręce na piersi i patrzył.
Ileż to rzeczy musiało się narodzić w głowie tego człowieka, który z kieszeniami pełnemi złota, licząc na noc rozkoszną, spędzał samotnie tę noc naprzeciw szafotu!
Wśród tych myśli zdawało mu się, iż jakaś skarga ludzka miesza się ze skargami wiatru.
Przechylił głowę naprzód i słuchał.
Skarga się ponowiła, wychodząc nie z oddali, lecz z dołu.
Spojrzał dookoła siebie i nie widział nikogo.
Jednakże trzeci jęk doszedł do niego.
— To jakby głos kobiecy — rzekł sobie w duchu — i jakby wychodził z pod spodu tego rusztowania.
Schyliwszy się więc, by lepiej zobaczyć, zaczął obchodzić gilotynę dokoła. Gdy przechodził przed okropnemi schodami, nogą potrącił o coś; wyciągnął ręce i dotknął istoty siedzącej na pierwszych stopniach, odzianej czarno.
— Kto jesteś, — zapytał Hoffman — co śpisz tu w nocy na stopniach szafotu?
I jednocześnie ukląkł dla zobaczenia twarzy tej, do której mówił.
Ale ona się nie poruszała, i z łokciami opartemi na kolanach, głowę ukrywała w rękach.
Pomimo nocnego zimna, ramiona miała prawie zupełnie nagie, i Hoffman mógł dojrzeć czarną linję, którą obwiedziona była szyja.
Tę linję zakreślał aksamitny naszyjnik.
— Arsenja! — zawołał.
— A tak! Arsenja! — szepnęła dziwnym głosem skulona kobieta podniósłszy głowę i patrząc na Hoffmana.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.