Kościół Święto-Michalski w Wilnie/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


(5 Października 1639 r.)

Schwyciłem, zgniotłem... oczy na łeb mu wybiegły.

Mickiewicz.

— Panie Hreźla, panie Hreźla! głuchy trochę staruszek, nie dosłyszy. Panie Hreźla! o! przecież się obejrzał. — Tak wołał, idąc spiesznie za nim ulicą woźny, czyli jak wówczas nazywano generał Jerzy Piotrowicz.
— Jak się tam ma ksiądz biskup, po wczorajszym kłopocie? co tam słychać?
— A! Bóg z tobą panie Jurku! jak się masz? cóż? źle słychać. Wojewoda okropną na nas zemstę gotuje za wczorajsze we zborze excesa.
— Ho! alboż się nas nie boi?
— Ba, żebyż się lękał! ale to bieda, że ani, ani... Już obiecuje podwoić liczbę swojej piechoty, a tem samem podwoi i bezprawia, które ona dokazuje.
— Hm! to i cóż będzie?
— Cóż! będziemy cierpieć! patrz panie generale, jakie silne oddziały piechoty wloką się po ulicy... Uciekajmy! powiadają, że teraz nie przepuszczają nikomu, osobliwie zaiste na akademików i Jezuitów napastują, uważając ich za promotorów całej tej ceremonii.
— Do widzenia!
— Umknąć trzeba, bo i namby tu może na sucho nie uszło.
Gdy się dwaj rozmawiający rozeszli, ukazał się idący ulicą Zamkową groźny oddział piechoty. Na twarzach żołdaków malowała się złość i zajadłość, a przewodniczący im naczelnik temi się słowy odzywał:
— Ho! zobaczym psy, szujo przeklęta, kto wygra! Będziecie mieli za swoje! Ile kamieni było na dachu zborowym, tyle was będzie łbami brukować ulice. Hola! co tam za jeden idzie? trzymać go!
— Stój!
— Czego chcecie odemnie? — zawołał przechodzący, młody człowiek, z ubioru i szlachetnej postawy, na znacznej familii potomka wyglądający. Czego chcecie? wszak idę spokojnie.
— A wczoraj czy siedziałeś doma spokojnie? — zapytał dowodzący, kiwając mu pod nos. Zmarszczył się na te słowa młody przechodzień, i nic nie odpowiadając, chciał iść dalej, ale go zatrzymano.
— Stój, psi synu! — krzyknął dowódzca oddziału; jak śmiesz iść, kiedy ci rozkazuję?
— A jakiem prawem mi rozkazujesz?
— Oto masz moje prawo! — krzyknął żołnierz i ciął go przez łeb, a nieszczęśliwy młodzieniec padł krwią zbroczony na ziemię i piechota wolnym krokiem poszła dalej. Zbliżali się do kościoła św. Jana, dowódzca milczał, zmarszczywszy brwi, lecz wreszcie rzucając wzrok gniewliwy na okna kościoła, zawołał: O! ich kościół stoi cały, a w naszym zborze nie ma jednej szyby. Knechci, kamieni! potłuc okna!
Kilku porwało się do kamieni, inni strzelali do okien: poleciały szyby, dowódzca nadął się i piechota szła dalej.
— O! radbym tu teraz jakiego Jezuitkę zacapić — krzyknął nareszcie dowódzca. — Jak mi Bóg miły, jeśliby nie wziął sto płazów wyprawy na tamten świat, nie byłbym Salomon Hirsch! O! trzeba ich tu nauczyć rozumu; tym podszczuwaczom się zdaje, że oni zawsze tak nam będą grać po nosie, jak wczoraj, ale ba! zjedzą dyabła!
Tak się przechodziła piechota przez miasto, każden krok nowem bezprawiem piętnując, mordując ludzi, napadając domy, i nikt nie śmiał stawić się im opornie, wszyscy cierpieli. Na nikogo jednak bardziej złość dysydentów nie wywierała się, jak na młodzież akademicką. Rozeszły się wieści, że oni szturmowali do zboru, sprowadzili armatę, i sklep kupca Desausa roznieśli, za to, że był w związku ze zborowymi.
Zaranek, wczorajszy ich dowódzca, siedział już w turmie zamkowej, oskarżony o zabicie szlachcica i ranienie jego żony.
Każdy krył się w domu i drżał na najmniejszy krzyk na ulicach, oznajmujący krwawe przejścia piechoty. Wojewoda wydał rozkazy, aby się jaknajsrożej ze wszystkimi obchodzono, i nie przepuszczano studentom i Jezuitom.


U kupca Desausa cisza panowała w komnatach. Na łóżku leżał raniony przez niego samego zięć, a Justyna chodząc wielkim i niespokojnym krokiem po izbie i czasem przybliżając się, żeby go o zdrowie zapytać, ani słowem nie odzywała się do ojca, który zasmucony, pomieszany i milczący, siedział w kącie jak wryty.
— To niepojęta! — odezwała się Justyna do męża; czy widziałeś u nas tę kobietę pomieszanych zmysłów, mamkę moją...
Chory dał znak lekki, że widział, a Justyna mówiła dalej, obróciwszy się ku niemu:
— Same dziwne i najsmutniejsze wypadki, na wczorajszy dzień się zebrały... Byłam niespokojną, bardzo niespokojną o nią i nie bez przyczyny, gdyż dziś dowiedziałam się, że w Bernardyńskim kościele, znaleziono na katafalku jej suknie, a o niej samej nic nie słychać; może gdzie w zgiełku, w zamieszaniu wczorajszem zginęła. Biedna Marya, ona tyle cierpiała! Ale jakże twoja rana, Dawidzie? Nie ruszaj się, leż spokojnie! Prosiłam rektora, mówił, że przyszle zborowego lekarza.
Chory drżącym i słabym głosem, zapytał:
— Alboż rektor jest we zborze?
— Jest, są z nim wszyscy. Teraz właśnie zamurowują wyłom w murze, wybity wczoraj. Mocny oddział piechoty strzeże zboru i lud spokojnie rozszedł się po domach. Kilku rabusiów siedzi w turmie, a między innemi ten, który na nas niedawno napadał. Powiadają, że na niego skarg jest wiele i nie łatwo mu będzie uwolnić się z więzienia. Wojewoda trzymać go kazał pod najściślejszą strażą, póki osądzonym nie zostanie, jako zbrodzień i buntownik.
— Tak, warto, palsembleu! — przerwał w tej chwili sam kupiec nieśmiało. Warto, żeby go ćwiertowali, spalili na stosie lub powiesili. On to jest przyczyną i twojej rany, panie Dawidzie: bo w ciągłym zostając alarmie, sądziłem, usłyszawszy cię ciszkiem nadchodzącego, że to się kto skrada po resztę mojej chudoby, i palnąłem. Bóg mi świadkiem, żem nie wiedział, czy to ty.
— Spodziewam się — odpowiedziała Justyna — że wiedząc, iż zięć idzie, nie byłbyś go tak przywitał, panie ojcze?
— Ale pewno — dodał kupiec — któż się mógł domyśleć? palsembleu! Wczoraj tak byłem zmartwiony utratą prawie całego majątku, który mi akademicy rozrabowali, żem utracił przytomność, i gdybym był spotkał w nocy koło domu drugiego siebie, byłbym ciął pewno...
— Stało się już! niema o czem rozprawiać — przerwała Justyna. — Bóg łaskaw, może mi męża zachowa!
— Daj to Boże — rzekł kupiec — ja sam mocno życzę! Ale, pójdę zobaczyć... jakiś hałas... może moja szkatułka... — To mówiąc, wyrwał się coprędzej z komnaty i wyszedł, a mąż i żona zostali sam na sam.
Czy to skutkiem rany, czy usposobienia umysłowego, Dawid był ponury i smutny; mało go jednak boleść zdawała się obchodzić. Wlepiał oczy w żonę i łza czasami toczyła się po jego twarzy. Łatwo było rozpoznać z tego, co się w duszy jego działo. Justyna też okiem żony zajrzała w jego uczucia i odezwała się:
— Czegoś tak smutny, Dawidzie, czy ci rana dolega?
— Nie.
— A cóż?
Dawid westchnął i nic nie odpowiedział, tylko zlekka ścisnął żonę za rękę, a po chwili odezwał się:
— Moja Justyno, porzuć te pytania; nie chciej wiedzieć, co ja cierpię, bo część mojego smutku przelałaby się na ciebie. A ja tego sobie nie życzę: lepiej cierpieć samemu, niż drugich gryźć swoją boleścią...
— Ale ja — odparła Justyna — ja zdaje się mam prawo dzielić twoje udręczenia, tak samo, jak i każde szczęście twoje? Dopominałabym się, jak o swoją własność, o każdą radość, którejbyś mi nie dał do podziału: dopominam się dziś o należną mi część cierpień twoich...
— Daj temu pokój, Justyno, bo mi serce rozdzierasz — gasnącym głosem odezwał się Dawid. — Dowiesz się, i zawsze zawcześnie dla twojej spokojności, o tem, co mi życie zatruwa...
Obrażona odmówieniem Justyna porwała się z krzesła, oczy jej żywiej zajaśniały, na licu płomyk gniewu zabłysnął, i odezwała się szybko:
— Więc nawet nie jestem godną twego zaufania? a na cóżeś mi dał imię żony twojej. Komuż mąż wyleje smutki swoje, jeśli nie sercu żony? któż je lepiej zrozumie? kto go lepiej od niej pocieszy? czyjeż serce bliższe jest jego serca? O Dawidzie! przeraziłeś mię: pokazałeś mi, żem w oczach twoich godną jest tylko dzielić twoje łoże!... a to zamało dla mnie.
Dawid milczał uporczywie i, spoglądając na żonę, zapłakał; w tem wszedł kupiec pocichu, usiadł i rozmowa przerwaną została.
Palsembleu! — odezwał się zaraz wchodząc, ta piechota! co ona teraz dokazuje na ulicach... A ja powiadam, że to się źle skończy; jak znowu rozdrażnią młokosów, to mi jeszcze gotowi wydrzeć ostatki, jak się zburzą... Chociaż to dobrze, sacré tonnerre, że się mszczą za mój sklep! bo ja sambym tych psów w pień wyciął. Ale trzeba mieć uwagę!... Broń Boże, oni się porwą znowu... Ach, czemuż nie jestem we Francyi! bon dieu! ach Justyno!
— Cóż takiego? — odpowiedziała córka, wznosząc wzrok zasmucony i zwracając go natychmiast na męża.
— Jestem chory, wczorajsze smutne wypadki zgryzły mię do reszty, czuję się bardzo źle.
— Trzeba się do łóżka położyć — odpowiedziała obojętnie Justyna.
— To ja pójdę...
— Idź, idź, panie ojcze, i każ Mateuszkowi lekarza przyzwać.
— E! obejdę się; lekarzowi trzeba zapłacić, a ja teraz jestem goły. Ach! czemuż to ja nie we Francyi... tamby darmo przyszedł do mnie mój przyjaciel Michel Antinoüs de Saint-Saignée: a tu kto darmo przyjdzie? a ja jestem goły, ach! odarli mnie te rabusie, zjedli mój majątek, moje życie!
Tak mówiąc, odchodził powoli i wyszedł mrucząc jeszcze: — Rabusie! łotry! niech ich Bóg skarze! bodaj w piekle gorzeli!... bodaj...
Ledwie się za nim drzwi zamknęły, Justyna niespokojnym wzrokiem rzuciła na męża, pochwyciła go za rękę i spytała:
— Dawidzie, zmiłuj się, nie miej żadnych tajemnic przede mną, bo wiesz, że niema cierpienia, któreby niepewności wyrównać mogło.
— Prawda, moja droga — odpowiedział ranny, podnosząc głowę ostrożnie; — ale ja muszę cierpieć sam, bo sam jeden winienem.
— A któż nie ma sobie cokolwiek do wyrzucenia? — odparła Justyna z westchnieniem wiele znaczącem.
— Ja mam wiele — rzekł Dawid ponuro — a najwięcej, żem twoje życie zatruł, Justyno. Poznałem cię, pokochałem sercem i duszą, zapamiętały; swoje tylko widząc szczęście przed sobą, wziąłem cię za żonę i pokryłem smutkiem młode twoje lata, które kto inny szczęściemby uświetnił!... Ciągle prawie oddalony... rzadko, i to na krótko, przybywam do ciebie... ty się dręczysz i nie wiem dlaczego stan swój przed ludźmi ukrywasz. Możem ja temu winien...
— Ty? o! jeśli to tylko jest twoich smutków powodem, to porzuć je, bardzo proszę. Ja nie jestem nieszczęśliwa, bo umiem się ograniczyć tem szczęściem, które mi Bóg wyznaczył. Wszakże mogłam być tak nieszczęśliwą, jak matka Marya?
— A ona?
— Ona? o! ona była bardzo nieszczęśliwa! Za młodu uwiódł ją jakiś zbrodzień, porzucił, i dziecię jej jedyne... utopił.
Seledynowy zadrżał i pobladł na te słowa, lecz starając się pokryć pomieszanie swoje, odpowiedział tylko drżącym głosem:
— Nieszczęśliwa!...
— Widzisz, mamże się skarżyć na losy, kiedy jest tyle nieszczęśliwszych ode mnie? Dawidzie, ja mam nadzieję, że ty kiedyś porzucisz te podróże, że będziemy żyć razem, zawsze razem, jak małżonkowie, o których tak lubię czytać w biblii! Jest to jedyna księga moja: w niej czerpam pociechę na wszystkie nieszczęścia, z niej wyczerpnęłam tę wyższość i moc umysłu, której się we mnie dziwią! w niej widzę prawdziwych bohaterów, przykłady cnoty i cierpliwości... Ach! ileż razy nad biedną, błąkającą się Agar płakałam...
— A czytałaśże o Dalili? — przerwał ponuro Dawid, porywając się w gorączce.
— Czytałam; cóż dziwnego? wszak ona była żoną Samsona?
— Żoną!... o!... — przerwał Dawid, którego oczy dziko zajaśniały — oh!... źle mi bardzo, nie wyżyję!... umrę!
— Boże! co ty mówisz?...
— Nie przerywaj mi, Justyno... może umrę, chcę, żebyś wiedziała... czego doznał twój Dawid za życia; słuchaj i lituj się nade mną...
Mieszkałem w Saksonii: mój ojciec był pastorem w małem miasteczku... gdzie było kilkudziesięciu kalwinów. On to przymusił mię do ożenienia się z córką bogatego kupca bławatów...
— Jakto? tyś był żonaty?
— Słuchaj, Justyno. Byłem — i przeklinać będę całe życie, moje pierwsze ożenienie... Żona moja nie czuła ku mnie żadnego przywiązania, owszem, zdawna przyrzeczona innemu jakiemuś młodzikowi, wniosła mi w dom niepokój i udręczenie. Smutna, ponura, nie płakała nigdy, ale gryzła się sama w sobie i, poprzysiągłszy sobie nienawidzieć mnie, nienawidziła jak kobieta!... Nie było rodzaju przykrości, któregoby mi uczuć nie dała... co tylko może wymyślić kobieta, co tylko człowiek wykonać potrafi, zgromadziło się nad moją głową... Byłem nieszczęśliwy, musiałem z własnego uciekać domu... przeklinać żonę, siebie, życie, świat i wszystko... Upatrując tylko zręczności, żeby się z domu oddalić, łatwo wyrobiłem u ojca pozwolenie zastąpienia go w interesach, które go do Wilna wzywały... Pojechałem... i tu poznałem cię, Justyno!... Kochaliśmy się!... ale wspomnienie żony, powrotu gryzło mię bezustanku!... Dla mnie nie było szczęścia na świecie, póki na nim była ta, którą musiałem nazywać żoną!
Wyjechałem z Wilna pełen miłości i rozpaczy, przemyślając nad sposobami pozbycia się mojej żony, ożenienia się z tobą, Justyno. Przybyłem nareszcie do rodzinnego mego miasta, pobiegłem do domu, jak szalony, zastałem Karolinę, jak zawsze, w oknie swojej izdebki, wpatrującą się w niebo... Wszedłem, nie obróciła się nawet do mnie i odezwała się temi słowy:
— Wróciłeś, Dawidzie; chwała Bogu, czekałam cię, żeby cię męczyć. Jestem rada z twego przybycia. Będziesz cierpiał. Musiałeś odpocząć przez ten czas; zaczniem na nowo, nie dam ci pokoju, poprzysięgłam to sobie!
Tu zamilkła. Ja, milcząc i pożerając rozpacz moją, przechodziłem się w milczeniu po izbie. Ona odezwała się znowu po chwili:
— Czekałam cię długo; jużem nieraz myślała, żeś gdzie w drodze łeb skręcił; ale wróciłeś jeszcze na swoją biedę, bo ja w twojej niebytności nad tem tylko suszyłam głowę, jak ci najlepiej dokuczyć.
Wybiegłem znowu, poleciałem za miasto dręczyć się swemi myślami, późno w noc powróciłem do domu i poszedłem prosto do mojej sypialni, gdyż od czasu wesela nie dzieliłem nigdy łoża z moją żoną.
Ledwiem się położył i światło zgasił, wzywając snu, na ulgę jedyną cierpieniom moim, usłyszałem kroki czyjeść w korytarzu, prowadzącym do drzwi moich, i wkrótce ujrzałem żonę z pochodnią w ręku. Weszła i szydersko uśmiechając się, postawiła światło na stole, a sama zbliżyła się do mnie:
— Ha! ty śpisz, Dawidzie, a ja czuwam! — odezwała się nielitościwa kobieta. — Zapominasz o mnie: ale ja nie zapominam o tobie. Zostałeś mężem moim, musisz wedle prawa dzielić ze mną łoże małżeńskie: musisz! nie chcę, żebyś choć chwilę w życiu miał spokojną, ty, coś zatruł wszystkie dni i godziny życia mojego.
Zerwałem się z łóżka i chciałem uciec pełen rozpaczy, ale Karolina porwała mię za rękę i silnym zawołała głosem:
— Nie pójdziesz stąd! musisz noc przepędzić ze mną, kiedy dzień w dzień ode mnie uciekasz. Mój Fryderyk nie może mnie pocieszyć... niema dla mnie mego Fryderyka, ty za to pokutuj.
— Oto łoże nasze — dodała. — Chodź, nie puszczę cię! Zaśniemy razem, lub raczej razem czuwać będziemy i razem cierpieć!
To mówiąc, pociągnęła mnie gwałtownie ku łożu; osłabiony, znękany, padłem na nie, ona zgasiła pochodnię i rzuciła się za mną coprędzej do łóżka. Zimny dreszcz przeszedł po mojem ciele, kiedym ją uczuł tak blizko siebie: odepchnęłem ją z całej siły, ale ona uczepiła mi się na szyi i zawołała z piekielnym uśmiechem:
— Ha! jestem twoją żoną! czy ci miło, Dawidzie, przytul się do mnie, niech poczuję bicie tego serca, które poprzysięgłam rozdzierać póty, póki bić będzie. Miałżeś kiedy kochankę, Dawidzie? może nieraz myślą pół życia za jeden jej uścisk dawałeś, a cóżbyś dziś nie dał, żeby się od mojego uwolnić?
— Kobieto! — zawołałem rozgniewany — przestań szydzić i idź precz, bo nie wiesz, co może człowiek, kiedy utraci cierpliwość.
— Co może? — podchwyciła Karolina z uśmiechem, który dotąd słyszę... Może zabić. Myślisz, że się boję śmierci? O nie! będzie to najpiękniejszy dar, jakibym od ciebie otrzymać mogła! Gdybyś miał serc tysiące i tysiąc mi ich oddał, zdeptałabym te ofiary, bo dla mnie było jedno serce Fryderyka, ale on nie był dla mnie! Śmiercią mię nie ustraszysz! Możesz mię uderzyć: alboż ten, kto cierpi duszą, razów się boi? Bądź przytem pewny, że jeśli się na to odważysz, i ja znajdę siły na oddanie każdego uderzenia!
Jej naigrawania przeszyły mi duszę, boleść odebrała mi przytomność, uczułem jej ręce na mojej szyi, zerwałem się pełen gniewu, uścisnąłem tak silnie, że w moich objęciach... skonała.
— O! Boże! — przerwała Justyna, odskakując od łóżka z przestrachem i patrząc na konwulsyjne drgania wszystkich rysów twarzy Dawida. — Tyś był zabójcą własnej żony!
— Ale jakiej żony! — zawołał Dawid, boleśnie obrażony tym wykrzyknikiem.
— I śmiałeś rękę krwią jej zbroczoną oddać mnie i w zamian za serce czyste, które ci dałam, oddać mi drgające serce zbrodniarza!
— Nie, nie, Justyno! — zawołał porywając się z łóżka, biegnąc za uciekającą obłąkany Dawid — moje ręce nie były krwią zbroczone, ani kropla krwi nie pociekła! Udusiłem ją tak zgrabnie, że krzyknąć nie miała czasu! Co za skonanie! w uścisku! co za roskosz. Justyno! nie uciekaj ode mnie. Tyś moja żona! chcę cię uścisnąć! Nie bój się! kropla krwi nie popłynie! uścisnę cię! Justyno!... raz tylko! tylko raz! raz na wieki!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.