Kościół Święto-Michalski w Wilnie/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


(4. Października 1639 r.).

... w pieczarach podziemnych,
Gdzie promień słońca nigdy nie dochodził,
Kędy kaganiec z środka sklepień ciemnych
Zwieszony, blade promienie rozwodził....

Duma o Glińskim.

Kiedy lud groźnemi falami cisnął się, wróżąc zniszczenie zborowi, a śmierć kalwinom, rektor z innymi, których uczta nie pozbawiła przytomności, widząc grożące niebezpieczeństwo, napadli na księdza Balcera i na Piekarskiego, wyrzucając im niewczesny ich zapał, który bardzo szkodliwe mógł mieć skutki. Ale już było za późno — wieść o strzelaniu ze zboru rozleciała się po mieście piorunem; lud, młodzież, studenci, wszystko się ruszyło ku zborowi. Chciano uciekać, nie było sposobu; chciano posyłać po piechotę, nie było kogo, ani jak, bo już tłumy snuły się z mściwemi odgłosami w około. Czekając więc z przestrachem wypadku jaki nastąpić może, ksiądz rektor rozkazał staremu odźwiernemu Dydakowi, bramy zabić i zaryglować, i wszyscy schronili się do dolnej sali, słuchając i drżąc na każdy okrzyk pospólstwa, które chciało we krwi kalwinów, zmyć zniewagę swojej świątyni. Jeden tylko ksiądz Balcer dodawał męstwa wszystkim, nie zważając na to, iż najsilniejsi nawet truchleli, widząc się wystawionymi na łup rozjuszonemu pospólstwu.
— Fe! jakaż was bojaźń opanowała — wołał, ruszając ramionami. — Panie Pietkiewicz! panie dozorco! panie Pietkiewicz, on to jeden szczęśliwy! Patrzcie, wy drżycie, a on śpi jak zabity... jakgdyby był w Genewie!... ksiądz Jurski!
— Czy słyszysz, jak lecą okna górnego piętra od kamieni?... czy słyszysz szturm do bramy? gdzież się schronim?
— Będziem się bronić! — zawołał Balcer z fanatyczną odwagą. — Wspomnijmy ile wycierpiał Jan Kalwin, nim ustalił religię, którą wyznawamy. Wspomnijmy co cierpiał, kiedy jak złoczyńca tułał się... Poitiers... Bazylea.... Ferrara... Strasburg... gdzie prześladowany, nie ustawał w chwalebnych przedsięwzięciach...
— Ale to nie czas — przerwał Wołłk, prokurator zborowy — przypominać nam życie dostojnego Kalwina, trzeba pomyśleć jak wyjdziem z tak przykrego położenia.
— Będziem się bronić!
— Bronić się przeciw tysiąc razy większej sile?
— A piechota?
— I ona nie pomoże, jeśli cały lud się zaprze, gdyby jej nawet było dziesięć razy tyle, ile jest...
— Nie liczba, lecz męstwo i zapał zwyciężą!
— Nie, to próżno księże Balcerze, próżne myśli... trzeba uciekać; bić się nie można: jeśli nie umkniem, Bartłomiejowska rzeź gotowa się odnowić.
— Co pleciesz? alboż nam nie zaprzysiężone pokoju? król...
— Brama nie wytrzyma tych razów... umykajmy, bo wkrótce tu będą...
— Zresztą waszmość, księże Balcerze, możesz się tu pozostać — rzekł rektor. — My nie myślim walczyć ziemskim orężem przeciw pospólstwu... zostaje nam jeden ratunek... trzeba się chwycić ostatniego sposobu...
— Jakiego? jakiego?
— Niech się wszyscy zbiorą do tej sali — rzekł rektor. — Ja w moment przybędę. Słyszę, że się coraz zbliża niebezpieczeństwo... krzyczą coś o armacie... trzeba się śpieszyć, niech się wszyscy zbiorą.
— I cóż z tego będzie? — przerwał ksiądz Balcer. — Zebrać się, żeby nas na jednem miejscu wydusili... co za zamiar? może chcecie spalić się heroicznie, jak Sardanapal? cha! cha! cha!
— Ale zbierzmy się; księże Jurski, proszę zwołać kobiety nawet z dziećmi... i...
— Starego Dydaka odwołać od bramy, słyszę coraz szturm mocniejszy!
Rektor wyszedł i wrócił wkrótce z pękiem kluczów, z latarnią w ręku i skinął, nic nie mówiąc, aby wszyscy szli za nim.
Ksiądz Balcer próżno ruszał ramionami: obudzono wiecznie śpiącego pana Pietkiewicza, poszli wszyscy. Rektor wprowadził ich ciemnym korytarzem do drzwi żelaznych w głębi będących, otworzył i rozkazał, aby ostatni z idących, zawalił je kamieniem, leżącym blisko podwoi. Z przestrachem cisnęli się wszyscy, aby coprędzej zejść do lochu, gdzie ich rektor prowadził: kobiety, dzieci, mężczyźni, księża i wszyscy biesiadnicy, którzy się byli pozostali we zborze, gdyż wielu przed rozpoczęciem rozruchu wyszło do domów.
Loch był ciemny, ciasny, a że kalwini mieli tylko dwie latarnie, a osób było około trzydziestu, trudno było uniknąć zamieszania, jakie z tej ciasnoty wyniknąć naturalnie musiało. Milczenie jednak było wielkie, bo strach, aby tego ostatniego schronienia katolicy nie odkryli, wszystkim zamykał usta. Jedna tylko pani Naborowska, kobieta bardzo niewstrzemięźliwego języka, niemogąc długo znieść milczenia, ozwała się nareszcie do księdza rektora:
— A długoż tak iść będziemy?
— Ts! ts! — syknęli wszyscy z przestrachem. Pani Naborowska obejrzała się w około i ujrzała przy świetle latarki, jak stary Dydak groził jej palcem na nosie, żeby milczała; umilkła więc, ruszając ramionami. Szli wszyscy dalej, przez coraz szersze korytarze, których kilka minąwszy, zatrzymano się nareszcie dla odpoczynku w jednym obszerniejszym nieco lochu.
W milczeniu postawiono latarki na ziemi; wszyscy usiedli i usłyszeli wstrząśnienie i huk, od armatniego strzału pochodzący. Zadrżeli, sądząc, że się gmach cały na ich głowy wali. Pani Naborowska siedzącego obok pana Pietkiewicza, chwyciła z przestrachu za rękę, a on rozumiejąc, że się ziemia wali pod niemi, a nad nimi zbór cały, wrzasnął przeraźliwie.
— A to rzecz niesłychana! — zawołał rozgniewany rektor, podchodząc ku nim, głosem cichym, lecz lękliwym razem i groźnym; to niesłychana! chcecież waszmość krzykiem tym zgubić nas? Katolicy gdyby nas tylko znaleźli, wszystkich w pień wyrzną, albo popalą na stosach, powieszą, poćwiertują, zamęczą!
— Panie rektorze, proszę takich obrzydliwości nie wspominać — odezwała się pani Naborowska; — wiesz przecie, że przed damą szlachetnego urodzenia, jak ja jestem, takie rzeczy się nie mówią... Prawdziwie!... dostałam bólu głowy!
— Nie czas tu mościa pani sędzino, myśleć o pięknych słówkach i światowych zwyczajach — odpowiedział rektor popędliwie — ze śmiercią nie ma żartów. Czy słyszysz pani? wdarli się do zboru! Posłuchaj co się dzieje nad naszemi głowami: pospólstwo szuka nas teraz, za najmniejszym znakiem... Prawdziwie tracę przytomność, zamordują nas tutaj!
— Ach — przerwał pan Wołłk — a jeśli przez zemstę zwalą zbór? gruzy nas zasypią żywcem, nie wyjdziemy ztąd! pożegnajmy się ze światem!
— Chryste Panie! — przerwała pani Naborowska, porywając się z miejsca — ja tu dłużej nie usiedzę: chodź Wacławku, niech się ci panowie zostaną, my pójdziem... co będzie, to będzie!
— Co? co? — odbęknął Wacławek, który ledwie się trzyma na nogach i ze schyloną głową, osłupiałemi oczyma i otwartą gębą stoi opierając się o mur — Co?
— Chodź! chodź! — powtórzyła pani Naborowska — uciekajmy; czy słyszycie ten hałas! zbór się wali!
To mówiąc, postąpiła parę kroków, gdy w tem rektor blady, drżący, zatrzymał ją nagle za rękę, wołając gniewliwym głosem:
— Ani kroku! proszę pani! ani kroku! syn pani jest przyczyną wszystkiego; trzeba cierpieć!... my nie dozwolim, abyś pani była zguby naszej narzędziem. Może lud puści krzykliwą babę i pijanego młokosa, ale odkryjesz ostatni przytułek nasz, i wydasz nas zemście pospólstwa. Nie chcesz pani pozostać? nie trzeba było iść z nami: był czas do wyjścia, kiedy połowa biesiadników zniknęła ze strachu, ale kto tu jest z nami, ten będzie do końca.
— Jakto? śmiesz mnie przytrzymywać? jakiem prawem? — wołała obrażona pani sędzina.
— Prawem mocniejszego — łaskawa pani — rzekł rektor, ciągle trzymając ją za rękę; jeżeli sama nie zdasz się na przekładane uwagi. Trzeba z ochoty czy z musu, los nasz podzielać. Podług wszelkiego podobieństwa, nikt nas tu nie znajdzie, i całą tę burzę przesiedzim tutaj, burzę, którą na nas ściągnęło pijaństwo syna pani!
— Pfe! nie spodziewałam się, żebyś tak był niepolitycznym, księże rektorze — odpowiedziała sędzina powolniej nieco. — Nieszczęściem męża mego nie ma, nie ma obrońcy, i dla tego mało na mnie zważać raczycie. Wacławku, ujmij się za matkę...
— Co? co? — podchwycił Wacławek, trzymając się muru i ruszając nogami, jakgdyby szedł ciągle, chociaż stał na jednem miejscu. — Ująłem się, ująłem się muru i pewno nie upadnę, mościa dobrodziejko!
— Panie Boże, co to za hałas nad naszą głową! — zawołało kilka osób, słysząc tętniące nad sobą sklepienia.
— Zbliża się niebezpieczeństwo! — rzekł rektor, przechodząc się niespokojnie wielkim krokiem po lochu. — Cichość! Jedna tylko opatrzność Boska ocalić nas może! Jeśli nie dojdą drzwi, prowadzących do lochów!... Ach! może śmierć!...
— Nie rozpaczajmy zawcześnie — przerwał ksiądz Jurski. — Patrzcie panowie na kobietę!... tylko co po chorobie bratowa moja, jak mężnie los ten znosi! nie będzieżto dla nas przykładem?
W istocie, osoba o której była mowa, siedziała spokojnie w kąciku, tuląc do piersi dziecię, obwinięte w wielką wełnianą chustkę i spoglądając tylko czasami na przytomne osoby.
— Albo pan Pietkiewicz? — dodał ksiądz Jurski.
Wszyscy spojrzeli: pan Pietkiewicz siedział w istocie bardzo spokojnie i spał; jeden tylko pan Piekarski, mrucząc coś pod nosem i jak koń we młynie z nogi na nogę na jednem miejscu stąpając, kiwał się bez ustanku.
Najnieznośniejszą ze wszystkich była pani Naborowska; narzekała na rektora, na męża, na wszystkich. Chciała wychodzić, gniewała się, i widząc nakoniec, że nic skutku na przytomnych nie robi, bo każdy przestraszony o sobie tylko myśli, uspokoiła się wreszcie nieco i siadła wzdychać ze złości w kąciku.
Dawid, zięć kupca Desausa, z całego zgromadzenia najwięcej okazał mocy duszy, charakteru i odwagi. Nieszczęście to dla niego zdawało się być niczem, jakgdyby z niem był obeznany, nie zważał na nic, i chodził sobie spokojnie po lochu, nie odpowiadając na pytania, nie mówiąc ani pół słowa.
W kilka godzin hałasy, stukania nad głowami ucichły; zaczęto przemyśliwać, czyby wyjść nie można, ale nikt nie chciał być pierwszym, nie chciał być gołębiem arki Noego. Tak w naradach jeszcze parę godzin upłynęło, zaczęto rachować i domyślać się, że już być musiała noc i późna, że lud zapewne rozszedł się do domów.
Kilka osób odezwało się z tem, żeby wychodzić; już i rektor zgadzać się na to zdawał, ale nikt nie odważył się być pierwszym.
Wtem, Dawid porwał latarkę z ziemi i szybkim krokiem poszedł w lochy, kierując się ku drzwiom, któremi weszli. Zakręciwszy się kilka razy korytarzami, przybył wreszcie do celu, nastawił ucha, głęboka cisza panowała w około. Odwalił kamień uważnie, zgasił światło i omackiem poszedł korytarzykiem ku drzwiom. Noc była ciemna i zimno wilgotne, przenikające. Dawid wyszedłszy na ganek po cichu, ujrzał przy słabem świetle zorzy nocnej powszechne w około spustoszenie: cegły, gruzy, kamienie, zwaliska... ale nie było słychać głosu żywej duszy. Skierował się zatem ku bramie, lecz znalazłszy ją zamkniętą, doszedł do wyłomu w murze i dostał się tym sposobem na placyk. Pierwszą jego myślą było pójść do żony, i zobaczyć, co się z nią i teściem dzieje. Zbliżał się już ku bramie domu kupca Desausa, gdy silna ręka pochwyciła go za kołnierz, usłyszał świst szabli i razem na głowie cięcie... a padając bez zmysłów prawie, rozeznał jeszcze te słowa, wymówione nad sobą, głosem bardzo mu dobrze znajomym:
— Ho! aha! palsembleu! mort et extermination! złowiłem cię łotrze, rabusiu, psie, złodzieju! masz za swoje! nie chodź po cudzą szkatułkę. Justyno, chodź-no tu! zabiłem... pierwszy raz w życiu!... zabiłem, chwała Bogu!...
— Swego zięcia!... jęknął Dawid boleśnie i omdlał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.