Kościół Święto-Michalski w Wilnie/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


(4 Października 1639 r.).

Jeszcze się ten nie urodził,
Któryby wszystkim dogodził.

Krasicki.

Około południa, kiedy zamieszanie z przyczyny dzwonienia pochodzące, jeszcze się było z jednej strony miasta nie uspokoiło; z drugiej schodzili się biesiadnicy na wesołą ucztę do księdza Jurskiego, znanego ze swego humoru, który się żadnem nieszczęściem, żadnym smutkiem pokonać nie dał.
W wielkiej sali ustawiono stoły, nakryte obrusami w piękne wzory kolorowe haftowanemi. Na nich stały kosze z owocami różnego rodzaju, jakich jeszcze w tej porze roku dostać było można. Misterne puhary, becherki, kielichy szafirowe, szklane, złocone, dzbaneczki metalowe, beczułki, ogromne dzbany srebrne i posrebrzane, i różne naczynia win przednich pełne, stół okrywały. Kilku sług z głowami podgolonemi wysoko krzątało się koło stołu; ksiądz Jurski biegał, kręcił się, uśmiechał, a wesołość, zwykłe piętno jego twarzy, na ten dzień podwajać się zdawała i mnożyć, aby się rozlać na przybywających gości.
Jednym z najrychlejszych był pan Malewicz, stary zawadyaka, kalwin z nad granic Rosyi, i dla tego starym Rusinem nazywany, nieźle się mający, niecierpiący przepychu, przyjaciel prostoty, hulanki, wina i księdza Balcera Łabęckiego, kaznodziei zborowego.
Jak skoro wszedł i przywitał gospodarza, surowem okiem rzucił w około, ruszył ramionami, pokręcił wąsa, spojrzał na swoją szarą kapotę i adamaszkowy, wytarty papuzi kontusz, i usiadł na ławce, kobiercem przykrytej, obok milczącego i zamyślonego księdza Balcera.
Z przywitania, z miny, znać było, jak szanował surowego kalwina, uważając go za wzór doskonałości i cnoty.
Nie śmiał pan Malewicz sam pierwszy przerwać milczenia, siadł cicho i częstem spojrzeniem zdawał się chcieć badać uczucia jego i myśli.
Z kilkakroć szeroko odmykanych, a potem zamykanych nagle ust, nim się z nich głos wydobył, łatwo poznać było można, jak dalece życzył sobie zacząć rozmowę i jak się razem lękał natrętnością swoją przerwać pasmo drogich uwag filozofa kaznodziei, rozmyślającego, jak po zmarszczonem jego czole sądzić godzi się, o marności świata, lub o nicości, przestrzeni, czasie, sile, władzy i o bullach Leona X-go, o których, jak wszystkim było wiadomo, pisał traktat teologiczno-ascetyczno-filologiczno-filozoficzno-polemiczno-moralny, pod tytułem: Skarbiec prawdy. Całe życie te bulle rozważał, o nich rozprawiał, piorunując przed każdym na papieżów, na królów, na zepsucie obyczajów, na przesądy, ciemnotę i t. d.
Do tego tedy uczonego filozofa przysiadł się stary Malewicz i, po długich chrząkaniach, odważył się odezwać nareszcie:
— Jak zdrowie służy?
— Czyż warto pytać o to? — odparł pogardliwie kaznodzieja. — Byli tacy, co cierpieli śmierć i męczeństwo za czystość słowa Bożego, a nie skarżyli się jednak. Jaż miałbym ubolewać i stękać, kiedy mi głowa zaboli?
— Zapewne! zapewne! ale taki jest zwyczaj.
— Zwyczaj! alboż nie ma najgłupszych zwyczajów? miałżeby zwyczaj głupi być prawem dla rozumnych... Zwyczaj jest dla tych tylko dobrą wymówką, którzy nie czują w sobie dość siły, aby mu się oparli i poszli dla miłości Boga i prawdy, wbrew upowszechnionym błędom. Ja...
Tu wszedł pan Wołłk z bratem swoim rotmistrzem i kilku innemi osobami; kaznodzieja spojrzał tylko i mówił dalej:
— Ja nie mogę się odchwalić, nie mogę wysłowić, jak dalece ubóstwiam tych, co przeznaczeni od nieba do dania popędu ludom i umysłom, chwytali za nie gwałtem i rzucali w drogę, którą na przyszłość iść miano... Takim był...
Pan Malewicz chciał przerwać, kaznodzieja kiwnął głową, jakgdyby mu chciał dać do zrozumienia, iż nic dla niego nowego nie powie, więc lepiej żeby milczał.
— Takim był — mówił dalej ksiądz Balcer — sławny Luter, który wszelako miał swoje błędy, lecz rzucił pierwsze zakłady ogromnego gmachu... Melanchton... uczony Melanchton... Huss... męczennik... Zwingli i Kalwin, głowa zgromadzenia naszego, którego księga[1] jest źródłem światła wiary.
— Zapewne — przerwał w tej chwili nadchodzący pan Miński, człowiek niemłody, łysy, poważny, powolny, miłej bardzo twarzy. — Przyznaję Kalwinowi wiele mocy duszy, ale mu nigdy nie daruję, że sam po drugich wymagając tolerancyi, dopuścił się jednak przykładem Lutra kilku gwałtownych...
— Nie rozumiem — przerwał urażony kalwin — jakież gwałtowności mu pan zarzucisz?
— Między innemi, spalenie w Genewie doktora Hiszpana, Michała Servet z Villa-Nuova, któremu zarzucał, że był nieprzyjacielem Trójcy świętej.
— Prawda! ale wspomnij pan, że nasi przeciwnicy więcej nierównie broili. W pierwszych trzech latach prześladowania umęczono 277 osób. Wspomnij pan rzeź św. Bartłomieja... Saavedrę... inkwizycyę, którą z Teatyna papież Caraffa Paweł IV ustanowił.
— Cytujesz mi, księże kaznodziejo, sam stek barbarzyńców i fanatyków. Sądzę jednak, że działania obłąkanych nie mogą tłumaczyć Kalwina. Cudze błędy nie są dla nas upoważnieniem do popełniania występków, tembardziej, kiedy, usiłując ich poprawiać, stajem się im podobni.
Ksiądz Balcer zamilkł na chwilę: widać było, że szukał odpowiedzi, ruszył ramionami, spojrzał na pana Malewicza i odezwał się nareszcie, nie odpowiadając już wprost na zapytanie:
— Kalwin był wielkim... wielkim był Luter, nikt mię nie przekona, iż zbłądzili choć raz na drodze, którą wyznaczyli sobie. Możemyż wiedzieć, jakie były powody ich postępowania? może ich srogość, przeciw której własne ich oburzały się serca, nieuchronną była dla dobra narodów?? A z nami jak postępowano sobie? Nie lepiejże przycierpieć, byle się uchronić od takich praw jak bulle taksatorskie Jana XXII[2] i Leona X... Prawda, że nas kosztuje dzisiejszy nasz stan wiele krwi, łez, męczarni... ale...
— Dzięki Bogu, że się wszystko skończyło!
— Skończyło? co pan mówisz? Alboż nie widzisz, jak dotąd lud nieokrzesany imiona pogan nam daje, jak na nas miota obelgi?... Albożeśmy nie widzieli Zygmunta III, otoczonego groźnym jezuitów zastępem, łamiącego przysięgę... pacem dissidentium in religione tuebor?? nie wieszże pan, że w Polsce pierwszym urzędnikiem niekatolickiego wyznania jest książę wojewoda.
— No! to też i wymagać nie możem, aby się z nami jak z ludźmi panującej w kraju religii obchodzono.
— A to czemu? któż im powiedział, że są od nas lepsi? mnogie bezprawia sąli także cnót wielkich dowodem?? Patrzcie jak zakon fanatyka Lojoli rozwinął skrzydła! podziękujmy zań Pawłowi IV, i Biskai za św. Inigę.
— Nie byłoby tu księdza Balcera, żeby zaraz nie wprowadzono jakiej kwestyi teologicznej — ozwał się w tej chwili nadchodzący ksiądz Jurski — dajcież temu pokój!

My nie sądźmy, Bóg niech sądzi,
Kto z nas praw, a kto pobłądził!!

Bene! optime dictum! centum laudes! — zawołali wszyscy prócz księdza Balcera, który, namarszczywszy czoło, odwrócił się pogardliwie.
Tymczasem w ciągu rozmowy zeszła się była większa część biesiadników. Już ksiądz rektor blady, smutny, ponury, chodził po sali, lekkie w około dzieląc ukłony; przybył pan Naborowski z żoną, otyłą jejmością i pasierbem, panem Piekarskim, który skutkiem pilności matki, nie upił się był dotąd jeszcze, ale tylko pożądliwie na beczułki i puhary poglądał.
Wtoczył się pan Desaus, rumiany, w galanowanej sukni i kolorowych pończochach, à la mode de son cher pays... stary, zgarbiony, tchórzliwy, samochwał, skąpiec, z córką dumną, ale ładną, a ten przymiot wiele wad pokrywać umie. Charakter panny Justyny, gdyż ją tak nazywano, nadzwyczajnie był dziwny. Za dowód służyć może naprzykład, że poszedłszy za mąż tajemnie, bez żadnych przyczyn starannie stan swój przed wszystkimi ukrywała, chcąc może przez to iść wbrew upowszechnionym zwyczajom. Była więc panną w oczach wszystkich, a żoną tylko dla męża.
Wśród zgiełku i wrzawy, po licznych komplementach bratowej księdza Jurskiego i jej małemu synkowi, siedli nareszcie do stołu.
Gospodarz zachęcał, aby wychylano puhary, goście też byli nie od tego, i w pół uczty rozmowa była już tak głośna, że jeden drugiego nie słyszał. Zaczęto prawić koncepta, które już w siedmnastym wieku starymi się nazywały, i jeden tylko ksiądz Balcer odmawiał kielicha, niecierpliwił się, kręcił na krześle, lub pogardliwe w około rzucał wejrzenie.
Rektor zdawał się być zamyślony, spełniał rzęsiste puhary, marszczył coraz czoło i milczał, lub półsłówkiem tylko na zapytania bliżej siedzących odpowiadał.
Zbliżył się wreszcie gospodarz do kaznodziei i, sparłszy się na poręczy krzesła jego, w te słowa przemówił:
— Ksiądz Balcer nie pije! nie łaskaw na mnie!
Kaznodzieja obrócił się, spojrzał i zawołał:
— O! nie! ja wszystkim uczciwym ludziom dobrze życzę, a nie piję, bo nie mam pragnienia.
— I nie pragniesz waszmość — przerwał rotmistrz Wołłk bliżej siedzący — rozweselić się? Na tym kielichu pisze: bonum vinum laetificat cor hominis... przecież tego żadna religia nie broni? Chwila wesołości miałażby być w obliczu Boga nieodpuszczoną zbrodnią?...
— Wcale nie!... nie! nie to mówiłem... ja...jabym się weselił... gdyby było czego... ale....
— Ale! — przerwał znowu gospodarz — wesołość nasza nie jest dostateczną waszmości do rozweselenia przyczyną?
— Tak!... nie!... to jest... tego... — jąkał się coraz bardziej plątając kaznodzieja. Zresztą może pierwszy raz w życiu, Bóg łaskaw tę słabość mi wybaczy, wypiję zdrowie waszmości. Niech to będzie dowodem, że cię wysoko szacuję, kiedy się dopuszczam dla twej miłości, tego, czegobym pewno nigdy dla nikogo nie zrobił. To mówiąc, wychylił spory puhar, postawił go i zamilkł. Ksiądz Jurski w milczeniu, rozczulony do łez prawie, uścisnął go i oddalił się szybko.
Na kaznodziei, niezwykłym do używania mocnych trunków, tak spora miara napoju niemały uczyniła skutek; zarumieniło się jego lice, oczy zajaśniały, uczuł jakąś rzeźwość, wesołość, jakgdyby się tylko co na świat narodził. Wszyscy to spostrzegli i dziwili się odmianie, której dotąd nigdy nie widzieli; kalwin zaś, czując w sobie chęć do wylania radości, którą go trunek udarował, obrócił się do pana Pietkiewicza, dozorcy zborowego, który dla nader ograniczonego umysłu, wcale do rozmowy nie był pochopny.
— No! cóż waszmość milczysz jak kamień? patrzno, wesołość ich i moje oddawna zachmurzone rozmarszczyła czoło, a waszmość obojętnym na nią jesteś!
— Hm! — odpowiedział dozorca — bo ja się zamyśliłem!
— I o czemże?
— O przyszłorocznych śniegach!... — Po tej odpowiedzi, której się wcale pytający nie spodział, ksiądz Balcer ruszył ramionami mocniej jeszcze niż zwyczajnie i obrócił się w drugą stronę, do Wołłka rotmistrza.
— Jakże się ma książę wojewoda?
— Jaśnie oświecony książę, zdrów dzięki Bogu i wczoraj żalił się, żeś u niego tak dawno waszmość nie był.
— Umiem ja być wdzięcznym za tę dobroć, na którą nie zasłużyłem!... ale mimo szczerej chęci nie było czasu, musiałem od dwóch dni towarzyszyć księdzu rektorowi po smutnym jego wypadku, gdyż pobożny ten człowiek, poruszony do żywego, potrzebował pociechy...
— Tak! słyszałem o tem! Dyabli nas też wtenczas w drugi koniec miasta zanieśli, kiedy mu tam pomoc nasza tak była potrzebna!
— W istocie, to dziwna! ale go P. Bóg ocalił, bo nawet mimo trzykrotnego zanurzenia, kropla wody w niego nie wsiąkła, jak sam powiadał.
— Jestto widoczny cud Boski, jaki się u nas rzadko zwykł wydarzać, osobliwie w takich czasach, kiedy nas prześladowanie i fanatyzm dręczą.
— Prawda! prawda! cud najwyraźniejszy, chociaż wielu się znajdzie może niedowiarków, co go za fałsz poczytać zechcą.
— Ale niech się dzieje wola Boża! Do waszmości, panie rotmistrzu, piję, niech zginą prześladowcy nasi!
Gdy to mówił ksiądz Balcer i puhar wychylał powtóre, już w około stołu całe biesiadników grono zaczynało okazywać po sobie skutki wina. Że zaś to, co najmocniej na sercu cięży, najprędzej przy podochoceniu z ust płynie, więc sala cała brzmiała jedynie przekleństwami i okropnemi obelgami na katolików.
Wniesiono już kilkanaście toastów zdrowie wojewody, rotmistrza, rektora, i ksiądz Balcer nawet nie tak się już wzdragał od wina; tak to wielka prawda, że we wszystkiem początek tylko jest trudny. Wino coraz go rozgrzewało, myśli się rozszerzały, długo w głowie niewykończone pomysły nagle wzrastały, męstwo podwajało się, zdawało mu się nawet, że był natchniony, a on tylko się upił i nic więcej.
Z całego jednak tłumu, pan Piekarski najdoskonalej podochocił sobie: nic nie mówił, jadł mało, ale puhar spełniał po puharze, tak, że najwytrawniejsi gardlarze dziwili się jego wprawności.
Rysy jego twarzy nabrały wyrazu głupiego ukontentowania, czoło się rozjaśniło, uśmiech ugrzązł na mokrych ustach, i tok myśli, z trudnością zawsze wijący się po jego głowie, zwolnił biegu i stanął.
Patrzano na niego z politowaniem. Tak młody i oddany tak wcześnie nałogowi, który starym nawet trudno wybaczyć! Pani Naborowska jednak na wszystko za swego syna odpowiedziała:
— Dajcież mu pokój! od czegóż młodość!..
I pan Wacław pił, pił, aż się zrobił pijakiem, a pani Naborowska zawołała wówczas: — Cóż robić! właśnież to on pierwszy!... — I na tem się skończyło.
Już coraz głośniejszy gwar oznajmiał koniec uczty, tu i owdzie rozbijano w szale radości kosztowne puhary o ziemię; śpiewy, krzyki rozchodziły się po całym domu, aż nareszcie dano znak wstawania od stołu; kobiety wyszły do komnat pobocznych, a mężczyźni, z trudnością się już trzymając na nogach, ruszyli parę kroków od stołu i posiadali natychmiast. Zaczęły się żywe rozmowy, krążyły puhary, ksiądz Balcer uwijał się po sali, twarz jego płonęła jak w ogniu, wrzeszczał, krzyczał na bulle Leona X., na papieżów, na katolików. Nawet chronologiczny wypadków porządek, który tak mozolnie lat kilka wbijał sobie w głowę, jedna chwila szału pomieszała; rozpłomieniona jego wyobraźnia niosła mu do ust szkaradne anachronizmy, na których jednakże nikt się nie poznał, bo nikt nie uważał, a każdy, usiłując również się wylać ze swemi myślami, jak ksiądz Balcer, krzyczał i sądził, że go słuchają. Słowem, wielka sala biesiadnicza we zborze wystawiała obraz największego zgiełku, gwaru i nieporządku, jaki tylko może po obfitej uczcie nastąpić.
Jeden tylko ksiądz rektor, jakgdyby go smutne jakie gryzły myśli i wspomnienia, siedział na ustroniu, z okiem wlepionem w ziemię; czasami dziki wzrok rzucał na przytomnych, ruszał nieraz ramionami i odwracał się. W innem miejscu, przy innych osobach, uważanoby to może i usiłowano tłumaczyć, ale w tej chwili wszyscy zbyt sobą byli zajęci, żeby na to baczność dawać mogli. Smutek wśród powszechnej wesołości nie pociąga, owszem odstręcza; bo rzadko litość może się z odurzeniem pijanych zmysłów pogodzić.
Wśród takiego zamieszania wybiła godzina czwarta na zegarze zborowym, ale nikt nie myślał wracać do domu, tylko rektor poszedł do swego mieszkania.
Dał się czuć zaduch w sali, otwarto okna na ulicę, na dziedziniec i na kościół Święto-Michalski wychodzące. Wieczór był pogodny, wszyscy prawie cisnęli się do okien odetchnąć świeżem powietrzem i popatrzyć na ulicę. Pośpieszył także za innymi pan Wacław Piekarski, a że nie znalazł miejsca od ulicy i kościoła, stanął więc w oknie wychodzącem na dziedziniec i dzwonnicę, stanął, podniósł osłupiałe oczy i ogromne ach! wyleciało z ust jego.



Przypisy

  1. Institutiones Christianae.
  2. 1320.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.