Kościół Święto-Michalski w Wilnie/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Miecz u boku błyska;
Wzrok dziki, suknia plugawa.

Mickiewicz.

Zbliżał się wieczór; panna Justyna zamyślona przed kominem siedziała, pan Desaus chodził po izbie, a Mateuszek ustawiał cynowe misy w szafie; milczenie zupełne panowało w izbie, czasami tylko trącona misa o misę wydając dźwięk niezgrabny, zwracała uwagę kupca albo jego córki, gdy we drzwiach usłyszano szelest jakiś i seledynowy nieznajomy wszedł do izby.
Długo kupiec i córka przypatrywali mu się, póki poznali, aż nareszcie pan Desaus zawołał:
— O! witajże zięciu! dawno widziany!
— Mój mąż!! zawołała z uniesieniem Justyna, i seledynowy rzucił się w objęcia swojej żony.
— No! dajcież pokój tym uściskom, rzekł po chwili kupiec, skądże przybywasz? dawnoli przyjechałeś?...
— Dziś! odpowiedział seledynowy trzymając ciągle za rękę Justynę. Czekałem wieczora, żeby was zejść niespodzianie, a tymczasem siedziałem w gospodzie na Antokolu.
— Na Antokolu?! a toż dla czego? tam niedosyć jest bezpiecznie.
— Ale gdzieindziej miejsca nie było.
— Hm! tam same urwisy się zbierają.
— Właśnież i ja śliczne znalazłem tam towarzystwo: gdyby nie moja przytomność umysłu, możebym stamtąd nie wyszedł na sucho.
— O Boże! zawołała młoda żona załamując ręce, więc byłeś w niebezpieczeństwie?
— Wszakże już przeszło, odezwał się z uśmiechem małoważenia nieznajomy.
— Siadajże, siadaj; możeś strudzony? odezwał się kupiec przysuwając stołek do komina.
— Dziękuję, kochany teściu, odpowiedział przybyły, ściskając go za rękę; bardzo dziękuję.
Kiedy to mówił, łoskot dał się słyszeć w sieni, drzwi się otwarły, matka Marya wbiegła szybko do izby, rzuciła okiem po wszystkich i zawołała chwytając za rękę Justynę:
— Uciekaj! uciekaj moje dziecię, brudny wąż chce jad swych oczu wlać w twoje serce. Nie trać ani chwili, czyha na ciebie ptak drapieżny, jak na śnieżnego gołębia, którego pragnie! Uciekaj! uciekaj! To mówiąc zatrzymała się, a widząc, że Justyna stała nieporuszona, a seledynowy patrzał na nią poważnie, dodała:
— Biada tym, którzy nie wierzą w niebezpieczeństwo i nie chcą spojrzeć na miecz zawieszony nad ich głową... bo miecz ten upadnie!
— No! uspokój się matko, przerwała jej Justyna, podając kubek z winem, jakież za niebezpieczeństwo mi grozi?
— Obrzydły niedźwiedź zakochał się w tobie, biada ci, jeśli czujność twoja uśnie choć na chwilę, bo zły zawsze czuwa!
— Czy nie chce mnie tylko kto okraść? mruknął kupiec Desaus z cicha do córki, popytajno się.
— Matko Maryo, odezwała się spokojnie Justyna, mów tak, ażebyśmy cię zrozumieć mogli.
— Ten, odpowiedziała stara wskazując palcem wyschłym na seledynowego, ten wie... ten widział ludzi, którzy się na waszą zgubę zmawiali i pił z nimi u jednego stoła.
Kupiec cofnął się trzy kroki w tył i ruszył ramionami; potem wyjrzał za okno, pobiegł, pomacał swoją szkatułkę i wrócił spoglądając na nią długo z ukosa.
— Wytłumaczże mi to, mój mężu, ja doprawdy nie pojmuję.
— Nic łatwiejszego, odpowiedział seledynowy, poprawiając niedbale nogą drzewo na kominie. Byłem w gospodzie na Antokolu, tam zaczepili mnie jacyś.
— Tak! przerwała stara, i tyś się im z rąk wyśliznął jak wąż z ręki, ginący w trawie... Ale jak wyszedłeś, ci łotrzy umawiali się z sobą o wykradzenie mojej drogiej Justyny, mojego najmilszego dziecka, które własną karmiłam piersią, kiedy mnie ten niewierny Staś porzucił... Ludzie mi mówią, że od tej chwili rozum straciłam, ale ja go mam, o! mam aż nadto do uczucia mojej nędzy i opłakanego stanu... Ale nie zawsze płakać można, dodała zbliżając się do komina, a choć pocisk tkwi w ranie, krew musi przestać płynąć... O! pamiętaj Justyno, że mężczyzna jest to gad brzydki, który nieczystą szyją obwija różę, wysysa z niej słodycz, wysusza ją i ucieka!... Biada tej, co wierzy kłamliwym słowom jego, bo dla nich, dla mężczyzny niema ołtarza ani sięgi; nieba ani piekła!
Seledynowy spojrzał bystro i groźno na matkę Maryę i niecierpliwie tupnął nogą, a Justyna spuściła oczy i westchnienie mimowolne wyrwało się z jej piersi. Desaus tymczasem chodził po izbie i mruczał, zaglądał w okno, nastawiał ucha na szelest najmniejszy i co chwila z wyraźną niespokojnością macał swoją szkatułkę. Wtem zadrżał... szmer lekki dał się słyszeć, ktoś wszedł do izby. Kupiec odskoczył i porwał oburącz szkatułkę, lecz przypatrzywszy się lepiej przybyłemu... wrócił co prędzej i powitał go ukłonami do samej ziemi...
Przybyły był mężczyzna wysoki, silnej budowy; twarz miał bladą i pomarszczoną, ale oczy dodawały jej blasku; czoło wysokie, nad niem unosiło się kilka puklów, przykrytych czarną czapeczką. Ubrany był czarno, a spodem wierzchniej sukni miał płaszczyk genueński niebieski, który był może przyczyną angielskiego dawnego przysłowia: a true blue protestant. W ręku niósł kij potężny, który zaraz w kącie postawił.
W twarzy jego malowało się coś tak dwoistego i tak surowego przytem, że każdy musiał przed nim zadrżeć w sercu swojem. Uśmiech latał na jego ustach bez ustanku, ale jaki uśmiech! uśmiech szatański, uśmiech cechujący obojętnego zbrodniarza. Ułożenie jego było niezmiernie grzeczne i zobowiązujące, ale przytem wyrachowane i zimne.
— No! jak się macie, moje dzieci! zawołał i rzucił okiem na matkę Maryę, pobladł, zadrżał, potem zwrócił się ku nieznajomemu i zapytał szybko:
— A toż kto?... kto to? czy nasz? czy papista, czy katolik, może luteranin, socynianin, anabaptysta, zwinglista... może aryanin? co? kto? kto to?
— Jestem kalwin, odpowiedział zimno nieznajomy; jestem Dawid Manheim z Saksonii.
— A!... a! to dobrze!... proszę jutro być u mnie: jestem rektorem tutejszego zboru.
— Jeśli taka wola wasza...
— Prośba... prośba... nie wola, odpowiedział ksiądz rektor, szpiegując bacznie każde poruszenie seledynowego, jakgdyby wszystkie myśli jego chciał przeniknąć; jest to prośba!...
Seledynowy skłonił się zimno.
Tymczasem matka Marya zachmurzyła czoło i, postępując z obłąkanemi oczyma do Justyny, zawołała tak głośno, że ją wszyscy słyszeć mogli:
— To lis! to lis!... patrz jaki układny! O gdyby na twarzy jego wyczytać było można, co zrobił przez całe życie, oczy jego pokryłyby się krwią i łzami, które wycisnął!... Staś!... oh!
Rektor obrócił się niespokojnie, obejrzał się, namarszczył czoło, a matka Marya podeszła ku niemu w milczeniu, tak, że jej suknia o niego się otarła. Kalwin zdawał się tem trochę zmieszany, ale wnet odzyskując przytomność, rzekł obojętnie do Dawida Manheima.
— Jutro będę czekał waszmości...
Widząc, że stara coraz się więcej ku niemu przysuwa, rektor krzesło swoje do komina przybliżył, lecz gdy to nie pomogło, jeszcze bardziej do ognia się chciał schronić od napastującej go obłąkanej; krzesło się przechyliło ku kominowi i ksiądz rektor padł z ciężkiem i okropnem westchnieniem na rozpalone ognisko, którego głownie prysnęły w około, i płomienie zgasły...
W tej chwili odezwała się matka Marya z uśmiechem gorzkim:
— Sprobuj za życia, jak będziesz w piekle gorzał po śmierci!... Ledwie to słowa kończyła, aliści za oknem odezwał się głos gruby:
— Tu! tu!... już śpią! ciemno!... tu! do okna! hej!
Kiedy ksiądz rektor padał, wszyscy się mimo ciemności rzucili ratować go, lecz gruby głos z za okna przerwał ich działania i cichość zupełna nastąpiła.... Kupiec wreszcie pobiegł do szkatułki, inni do okna, inni rozbiegli się po kątach, zapomniano o rektorze.
Po trzasku poznać było można, że ktoś wyłamywał okno, potem dał się widzieć cień człowieka, gramolącego się do izby.
Wszyscy milczeli.
— Za mną! za mną! odezwał się włażący, i w momencie pokazało się osób kilka za oknem, z których jedna wsunęła się za pierwszym do izby.
Powoli wszyscy dostali się tąż samą drogą... i jeden się odezwał:
— Niema nikogo! a czy jest szkatułka i Justyna!... trzeba szukać!... hej! tu do mnie....
— Idziemy!... Stanęli wszyscy pośrodku izby, nie wiedząc gdzie się ruszyć.
— No! czegoż czekacie! odezwał się głos pierwszy. Czego stoicie, jak święty Nepomucen nad Wilią! do roboty! Ty, grzybie, ogień rozdmuchaj! widać jeszcze głownie... jeżeli nie znajdziesz czem podpalić, podpal choć czupryną swoją, byle był ogień!... Ty, Pyzo, pilnuj okna, żeby nas tu nie pobrali jak bydło w szkodzie... Ty, Zabłocki, chodź... będziem wąchać po kątach, trzeba kalwina ogolić!...
Ten, któremu było poruczone rozpalenie ognia, posuwając nogi i ręce naprzód siebie, żeby się o coś nie uderzyć, zbliżył się do komina. Aliści kiedy się nachyla, czuje że go ktoś chwyta za gardło i okropny wycina policzek.
— Aj! aj!...
— Co tam? uderzyłeś się, gapiu, nosem o komin? hę?
— Nie! ktoś mnie uderzył... lecz pewno nie komin... ale ktoś, co ma ręce...
— Doprawdy! co? łapaj go! to kalwin! upieczem go! usmażym na węglach!
— Aj! ratujcie! krzyknął powtórnie uderzony — leżę w kominie... ktoś mnie pchnął!...
— Aj! och!... odezwał się drugi głos od drzwi... potem usłyszano, jak się drzwi otworzyły i ktoś pobiegł.
— Co to? kto tam? zapalcie ogień cymbały!... trzymaj go tam!...
— Trochę zapóźno, bo już dawno za drzwiami.
— A na cóżeś go puścił! ach gapiu! od czegoż tam stoisz! ten łotr gotów na nas naprowadzić piechotę, a wiesz, że ona kalwinowi na pomoc pośpieszy!...
— Hej! przerwał głos drugi, pilnujcie, ktoś tu jest jeszcze...
— Aj! ktoś mnie wypycha za drzwi!...
— Broń się... — Wtem drzwi z łoskotem otwarły się i zamknęły.
— Piechota! piechota! krzyknął głos od okna, uciekajmy, bo zginiemy!....
Wszyscy biegli do drzwi, tłukąc się jeden o drugiego — zgiełk, zamieszanie powstało okropne. Zaczęto zaparte drzwi wyłamywać... zawiasy nie mogły się oprzeć, i podwoje gruchnęły. Rzucili się napastnicy do sieni, z sieni do bramy na ulicę i rozbiegli się w różne strony...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.