Kościół Święto-Michalski w Wilnie/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Wejdźcie — proszę uniżenie;
Mam wina różne gatunki,
Zamorskie antypasty, pachnące korzenie,
Niemieckie, włoskie i francuskie trunki.

Miaskowski.

Był to ranek miesiąca października, jasny, pogodny, piękny, ale zimny. Słońce wznosiło się w całej chwale swojej, ostatkiem ciepła topiąc śnieg przedwczesny bielejący na dachach, i złocąc wyniosłe dzwonnice czterdziestu kościołów Wilna. W mieście ledwie się ruch zaczynał, kupcy ziewając otwierali sklepy, słudzy szli na rynek, Żydzi przemykali się ostrożnie, korzystając z chwili, w której wojewódzka piechota nie krążyła jeszcze w mieście: ona bowiem nie przepuszczała nigdy Żydowi, studentowi i jezuicie. W kościołach posępnie odzywały się dzwony, pobożni śpieszyli na prymaryę, a kilkunastu akademików, z czapkami na bakier, przy szablach, z książkami pod pachą, z kałamarzami za pasem, śpieszyło do Kollegium i Akademii.
Czytelnik myślą przenieść się powinien na plac między Zborem kalwińskim, a kościołem św. Michała...
Z jednej strony wznosi się mur kościoła i klasztoru — dwie wieże — fronton ozdobny obrazami na drzewie rytymi i malowanymi trzech Archaniołów. Wzdłuż ciągnie się ogród murem opasany i zabudowania klasztorne panien Bernardynek Święto Michalskich. Cichość posępna panuje w klasztorze, nie słychać śpiewu, ni dzwonu, a oczy przechodnia ze czcią zwracają się na napis kościelny: Quis ut Deus? Furta i brama klasztorna wychodzą na plac, równie jak wysoka dzwonnica, na której wierzchołku św. Michał walczy blaszanym mieczem z wiatrami.
W głębi widać posępny, czerwony kościół Bernardynów, a na jego froncie obraz Chrystusa Pana. Tuż przy nim kościołek świętej Anny, pieścidełko gotyckiej Architektury, pamiętnik wykwintnego smaku naszych naddziadów.
Drugą stronę placu zajmuje gmach duży, murowany, z gankiem; — jest to zbór kalwiński. Nad nim unosi się wieżyczka z zegarem i kilku okienkami. Dziedziniec zboru otacza mur obryzgany błotem, obity ręką fanatycznego pospólstwa, popisany dobitnymi koncepcikami studentów. Tam gdzie ten mur zakręca się ku św.-Michalskiemu zaułkowi, stoi osiadła, wielka czarna wieża czyli dzwonnica ubrana w floresy i zasłaniająca dalszy widok od placu.
Koło dzwonnicy zatarasowana brama, wielka i niezgrabna, w desenie i napisy z Pisma Świętego ustrojona. Z dębowego drzewa, ćwiekami nabite podwoje, zawsze prawie od środka na rygiel zamknięte, ze strachu pospólstwa, gotowego bez najmniejszej przyczyny rzucić się na kalwinów, stanowią wejście; a mała furtka uchylona i ubita do niej ścieżka okazują, że w istocie ludzie tędy chodzą.
Naprzeciw dzwonnicy znajduje się dom wielki, wysoki, z dachem od ścian wyższym, z półtuzinem kominów, z oknami nakształt strzelnic i ogromnym dziedzińcem.
Jest to mieszkanie i własność poety nadwornego Radziwiłłów, Sędziego Grodzkiego, Daniela Naborowskiego.
Na przeciwnej stronie placu stoi dom, a w nim sklep Francuza Desaus; nad którego dachem postrzegać się daje wierzchołek góry Zamkowej i Zamku. Zamek wygląda stąd jak prosta, długa, murowana budowa, z mnóstwem kominów, okien, drzwi, ganków, ganeczków, balustrad i filarów. Dalej okryta drzewy, ukoronowana jedliną, chlubna z trzech znaków zbawienia, które od wieków dźwiga na sobie, ukazuje się w mgle, ponad wierzchołkami domów góra Trzykrzyska. Za nią pagórki, dalej niebo, obłoki, a za obłokami... nic...
Dom kupca Desaus nieregularnie był budowany, o architekturze i myśleć nawet nie wypadało, spojrzawszy na kominy, które na wyścigi posuwały się w górę i sterczały jak pnie na wykarczowanem polu. Okna także jakby się kłóciły z sobą, jedne szły w górę, drugie w dół, jedne były szerokie, drugie wązkie, pobite i całe... Brama ogromna, silnie była zaparta, bo ówczesny stan ciągłych niepokojów kazał się mieć na baczności.
Obok bramy był sklep korzenny wspomnianego Francuza, a nade drzwiami unosił się znak objaśniający przychodniom co tu znaleźć mogli. Na tablicy odmalowane były ważki, beczki, funciki, kwarty, oznaczające sprzedaż trunków i korzeni; nad tem zaś wszystkiem, panowała wielka kufa z napisem w około — Francuz Desaus.
Ranek był pogodny ale dyable zimny, i właśnie pan Desaus wszedł ziewając do sklepu, zbudził chłopca i kazał otwierać. Odsunięto rygle, drzwi się sklepowe rozwarły, i dostojny kupiec usiadł dzwoniąc zębami, chociaż zimno nie było do niezniesienia, i ledwie mały posrebrzał ziemię przymrozek jesienny.
Pan Desaus był to mężczyzna ogromnie brzuchaty, sapiący, nizki, owalowaty, z twarzą okrągłą, czerwoną, nakrapianą w szafirowe punkciki. Zdaleka między nim a beczką, odmalowaną na tablicy przed sklepem, wielkie było podobieństwo, bo członki jego postaci zlewały się w tak doskonałą jedną całość, że często, chcąc go zaczepić, trudno było rozpoznać, gdzie brzuch, gdzie tył, a gdzie boki. Głowa także ginęła między wyniosłemi ramionami, a czapka ogromna futrzana okazywała tylko miejsce, gdzieby być była powinna. Francuz nieoswojony z zimnem drżał jak galareta: niedość że okręcony był futrem od stóp do głowy, a nogi w ogromnych butach ciepłych ukrywał — twarz jego posiniała bardziej jeszcze jak zwykle, nos trząsł się bardzo pociesznie, a z oczu płynęły łzy rzęsiste, które on, mrucząc coś pod nosem, bez ustanku rękawem obcierał.
Chłopiec, który tylko co sklep otworzył i zasiadł zaraz nad ogromną księgą rachunkową, miał minę wesołą; był rumiany, blondyn, przystojny, w oczach dość ognia, uśmiech na ustach, a wąsik tylko co z wierzchnią wargą zaczął się oswajać. Ubiór okazywał, że to stworzenie tak wesołe, tak miłe, tak ogniste, należało do krajowców. Głowę miał podgoloną, tak jak wówczas czupryną Łaszczową nazywano, kontusik wytarty na plecach, niegdyś szaraczkowy, pas skórzany, a na nogach buty z czerwonemi cholewkami, a przodkami z czarnej skóry.
Chłopczyk ten zatarł ręce, strząsnął się od zimna i, chuchnąwszy parę razy w dłonie, z wielką pilnością wziął się do rachunku i pisania, ale widać było, że mu to jeszcze szło oporem, bo nie był z pracą oswojony — biedził się nieborak, drapał się w głowę, kładł pióro, a niekiedy bojaźliwy wzrok rzucał na drżącego Francuza, czyli nie widzi, że mu się tak nie udaje. Surowa mina kupca, który czołgał się z kąta w kąt sklepu, owiniony w futro, jak żółw w skorupie, jego zły humor, inne może jeszcze niewiadome nam okoliczności, strachem nabawiały chłopaka, bo i sama nieumiejętność już go słusznie zatrważać mogła.
Pan Desaus chodził, ziewał, brukał, mruczał, chował się w futro, a znudziwszy się nareszcie, że nikt do sklepu nie zachodził — usiadł we drzwiach, w zamiarze zachęcania przechodniów.
Tylko co się był usadowił na wielkiem krześle z poręczami, aż na ulicy chód czyjściś dał się słyszeć, i głos kaszlem przerywany, odśpiewujący powoli różaniec. Desaus ziewnął i wyjrzał.
Przybywający był starzec, ale rzeźwy, w popielatym kontuszu z wielkim kołnierzem z wytartego sobola, w perłowym płaszczu, z kijem w ręku, w czapce na bakier i z różańcem za pasem, którego ziarna przebierał. Twarz miał długą, chudą, ale żywą. — Odśpiewawszy ostatnie amen, stanął przed sklepem i zawołał:
— O! cóżeś się to tak mości Francuzie zaszył w futro?
— Umf! odmruknął Desaus z ukłonem, bo też zimno! palsembleu!
— O! gdzie tam! jużeś to waść musiał dziś wypić przynajmniej bechereczki korzennego wina... a ja na czczo... idę do Bernardynów na mszę świętą... może wstąpię idąc z powrotem.
— Bardzo proszę! proszę bardzo, proszę uniżenie, palsembleu! najniższy sługa — ale waszmość panie Hreźla śpiewasz sobie tak głośno swoje katolickie piosneczki — a ja jestem kalwin, i zbór kalwiński nad głowami! palsembleu! to nie zawsze bezpiecznie!
— Ba! odpowiedział starzec, ja się tego nie lękam, nie zrobią mi nic panowie zborowi, ani waszmość panie kupcze! niech oni lepiej pilnują swego nosa... ale otoż dzwonią na mszę świętą... muszę ruszać — kto z Bogiem, Bóg z nim. To mówiąc kiwnął głową na znak pożegnania staruszek i umknął z placu.
Zaledwie się był parę kroków oddalił, nowi przychodnie zwrócili uwagę kupca. Z przeciwległej kamienicy pana Daniela Naborowskiego wyszły dwie osoby i zdawały się dążyć prosto do sklepu.
Jedną z tych osób był krępy pachołek w kurtce, w długich juchtowych butach, w czapce na bakier, i skórzanych spodniach. Twarz jego czerwona i oczy liliową otoczone obrączką, były bardzo jasnym dowodem, że używał mocnych trunków. Szedł jak kaczka, machał rękoma i dowodził coś silnie drugiemu obok idącemu.
Ten drugi był od niego wyższy postawą i lepiej ubrany. Był to młodzieniec, od lat może dwudziestu kilku, rysy twarzy miał regularne, ale oczy osłupiałe; gęba otwarta, mina wiecznie uśmiechająca się, oznaczały wyraźnie, że należał do tej klasy ludzi, którym piątej klepki brakuje. Wielkie wąsy wisiały mu pod nosem, na głowie miał aksamitną czapkę, powalaną i wytartą nieporządnem jej używaniem, na ramionach płaszcz podbity lisami także wyszarzany. Pod nim kontusz niebieski, pas piękny zawiązany od niechcenia, a na nogach kurdybanowe, niegdyś żółte buty.
Ta para szła prosto do sklepu Desausa, a kiedy ów pachołek ze swoim paniczem był już tylko o trzy kroki, Francuz uśmiechnął się, i pod nosem te słowa w swoim języku rodowitym wymówił: — Le diable importe les ivrognes. Nie usłyszeli tego przychodzący, a panicz śmiejąc się zawołał:
— Jak się Francuzisko zawinęło od zimna, by co szklannego do drogi!... chi, chi, chi! by co szklannego!
— Idziemy do waszeci, rzekł pachołek, na śniadanie!
— Hm! palsembleu! a macież pieniądze?
— Mamy! o! mamy! odparł młodzieniec, jakem Wacław Piekarski.
— Mamy, powtórzył pachołek, który przywykły do tłumaczenia, podchwytywał słowa swego pana, — mamy! ja ci za to ręczę, a waść znasz mnie, kto jestem! szlachcic i dworzanin pana Wacława Piekarskiego, Józef Rakowski z Rakowa.
Mina Francuza zmieniła się nagle na tak wesołą nowinę; — radość zajaśniała w oczach, wychylił resztę ukrytej twarzy z pod futra, rękę na znak powitania ku czapce przyłożył — a dwaj przychodnie weszli do sklepu. — P. Piekarski uśmiechając się, Rakowski oblizując na widok gąsiorów, beczułek i dzbanów.
— Mateuszek! hej! Mateuszek! podaj sam wina! krzyknął Francuz, i policz co ci ichmość nam winni, bo z pieniędzmi przychodzą, więc — palsembleu! — muszą dług zapłacić.
— O! z pieniędzmi! powtórzył Piekarski, a pieniądze, takie śliczne, białe! cha! cha! cha!...
Mateusz zwinął się gracko — wybiegł i powrócił z gąsiorkiem pełnym. — Postawił go na stole, a sam zaczął rachować liczby, kredą na ścianie popisane.
— Umf! a! a! jak on liczy! zawołał z głupiem podziwieniem p. Piekarski.
— A niech sobie liczy paniczu, a my pijmy, nie trzeba czasu tracić!! — To mówiąc, Rakowski nalał dwa kubki wina i podał jeden z nich swemu paniczowi, który łapczywie go pochwycił i wychylił, a cała twarz jego dziką zajaśniała radością. Kupiec głowę z pod szuby wyścibiwszy, także ślinkę na ten widok połykał, ale się nie śmiał przymówić, żeby go na wino poprosili.
— Umf! palsembleu! odezwał się nareszcie, przecież mi waszmość dziś dług oddacie — naczekałem się niemało.
Nie było odpowiedzi na tę zaczepkę, bo dwaj przybyli, pili na wyścigi.
— Drugiby tak nie czekał — dodał Francuz po chwili.
Znowu nie było odpowiedzi.
— A waszmość tak niegrzeczni, rzekł nakoniec, nawet mnie nie prosicie na wino.
Rakowski, ów to pachoł czerwony, który czuł mocno, jak przykro być musi patrzeć na pijących a nie pić, obrócił się nagle i rzekł:
— No to waść pij — prosimy.
— Mateuszu! kubka! zawołał uśmiechając się Francuz, porwał podane naczynie, nalał, do ust przyłożył, łyknął duszkiem, postawił wypróżnione na stole i zawołał: Za wasze zdrowie!
— A ja piję za zdrowie waszej córki, podchwycił Piekarski ze zwykłym sobie głupowatym akcentem. Wiwat panna Justyna.
Francuz odwrócił się jakby nie słyszał, lub przynajmniej słyszeć nie chciał, a z miny znać było, że gdyby był nie pił ich wina, byłby tak obojętnie nie wysłuchał tego wiwatu. Nie mógł jednak wytrzymać, żeby nie mruknąć na stronie: Peste soit du marouffle, a Rakowski szturchnął łokciem towarzysza i pokazał mu palcem kupca wielce zaambarasowanego, który ciągle coś szepcąc pod nosem, wcisnął był już nazad głowę do szuby.
Wtem chłopiec sklepowy zawołał:
— Suma florenów 20!
— To za wiele!
— To nadto! zawołali razem dwaj pijący.
— A kiedyż to już waszmość pijecie! to wcale niewiele!
— A codzień po dzbanku, a czasem i po dwa, dodał Francuz suwając się po sklepie — a piliście nieraz, prosto ze Lwowa małmazyę, nieraz węgierskie stare...
— Ale u nas nie kanonicka kieszeń, odezwał się Rakowski, żebyśmy tak płacili. No, cóż! zaniemiałeś panie kupcze?
— Bodajbym był ogłuchł, kiedyście mnie o wino bez pieniędzy prosili, rzekł odwracając się Desaus, bo teraz żebyście popękali, nic nie odstąpię.
— Nic? zapytał Piekarski — cha! cha! cha! nic?
— Tak, ani szeląga, ani dydka, ani... nic!... powtórzył Francuz z pod szuby coraz silniejszym głosem.
— Cha! cha! cha! Waść nic nie odstąpisz, to ja nic nie zapłacę! cha! cha! cha!
— Spróbuj! wrzasnął Francuz zapalczywie, aż chłopiec sklepowy pobladł ze strachu, albo to niema sądu?! hę! ja cię tu krokiem ze sklepu nie puszczę!
Dwaj dłużnicy spojrzeli po sobie z niepewnością, jakby się wzajemnie pytać chcieli, co począć w tym razie: a kupiec dopełniając swego przyrzeczenia, zaczął już nawet sklepowe drzwi przymykać.
Ledwie się pierwsza ich połowa do drugiej przybliżać zaczęła, p. Piekarski mrucząc pod nosem dobył kieski i słowa nie mówiąc, rozłożył pieniądze na stole, szepcząc coś na ucho towarzyszowi. Brzęk pieniędzy obudził kupca, odwrócił się i ledwie oko jego ujrzało na stole bielejące pieniądze, które jednem wejrzeniem przeliczył, pożałował prędkości swojej, opuścił ręce i drzwi odemknął na roścież; — zmieszany jednak nie śmiał już oczu podnieść, ani ust otworzyć; kiedy pan Piekarski dopijając ostatniego kubka, zaczął cielęcym głosem śpiewać piosenkę, swojej bez wątpienia roboty:

Panna Justyna
Tęga dziewczyna...

Chciał śpiewać dalej, ale kupiec, który od pierwszych dwóch wierszy o mało konwulsyi nie dostał, zbliżył się trochę ku niemu i, bełkocząc niezrozumiale z gniewu, zawołał:
— Proszę mojej córki tak nie prześpiewywać! bo ja drugi raz przed waszmością sklep zamknę. Co waszmości do mojej córki? palsembleu! moja córka nie dla waszeci! proszę jej reputacyi piosneczkami nie marudzić (chciał powiedzieć nie brudzić) — proszę...
Tu gniew zbytni mowę mu zatamował, a we drzwiach dał się słyszeć głos starca, powracającego ze mszy od Bernardynów.
— O! o! już i kłótnia! zawołał trzęsąc głową, przysiągłbym że panu Desaus o córkę chodzi albo o pieniądze, bo tak wrzeszczy, że go słychać na drugim końcu miasta... o to! to mi to ogień!
Francuz miał widać uszanowanie dla starca, bo się wnet obrócił i, domrukiwując już tylko pod nosem resztę litanii swojej, podał mu krzesło i zapytał, jakiego chce wina.
— Jeżeli masz jakie uczciwe, to wypiję maleńki bechereczek dla pokrzepienia żołądka; jakiego chcesz, byle dobre...
— Mam przedziwny muszkatel; możeby go korzeniem przyprawić i przy ogniu zletnić trochę? hę?
— A! dobrze! proszę tylko nie marudzić, bo mam dziś po uszy roboty! O! a wy to, panowie młodzi, kiedy ja o bechereczek jeden proszę, jużeście dzbanisko wychylili?
— Che! che!
— Che! che! odezwali się dwaj zaczepieni, bo już wino działać zaczynało i wiązało im gębę; już mina Rakowskiego błyszczała jak ponsowy but wojewody, a Piekarski z rozwartemi ustami, z uśpionym wzrokiem, byłby Bachusa doskonale gdzie w dyalogu wystawiał, gdyby mu dodano choć odrobinę rozumu, którego cała jego postać ani za grosz nie miała.
— Spiłeś się waszmość jak bela, rzekł stary do pana Piekarskiego. Mój Boże! tak młody! kiedym ja był taki, byłem jeszcze pokojowcem u pana Lubomirskiego: od kieliszka, od dziewki wara było! bo bili, siekli bez miłosierdzia; za to też wyszło się powoli na człowieka! jest na starość kawał chleba! a waść co poczniesz, kiedy cię rodzice albo pokrewni opuszczą?...
— Che! che! che! odpowiedział pan Piekarski, zamrużył oczy, spuścił głowę i usnął..





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.