Klub nietoperzy/Tom I/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Klub nietoperzy
Data wydania 1892
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz Drukarnia nar. W. Manieckiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
I.

Przez szparę w storach wkradł się do pokoju wązki pasek światła słonecznego. Dłużej już, niż godzinę wędrował on z drzwi na szafę — z szafy na szaragi, zawieszone bronią i jeździeckimi przyborami — z szaragów przeniósł się na dywan — wreszcie spoczął na zamkniętych oczach uśpionego młodzieńca. Pod wpływem tego jaskrawego światła twarz pana Władysława Kierbicza skrzywiła się niemiłosiernie; ręka mimowolnie wykonywała ruch taki, jakim odpędza się muchy; a przez zamknięte usta przecisnęło się pół słowa cudzoziemskiej klątwy, które brzmiało... coś w rodzaju — sacrrr’.
Promyk słońca nie przestraszył się tego, padał uparcie w to samo miejsce i... obudził wreszcie leniucha.
Pan Władysław przestał spać, otworzył oczy, ziewnął przeciągle i klaskając w dłonie równocześnie donośnym głosem zawołał:
— Żorż! Żorż!... Gdzie cię djabli znowu ponieśli!... Żorż!
Za chwilę drzwi się trzaskiem otworzyły i do pokoju wpadł młody, szesnastoletni może chłopak, w zgrabny strzelecki kostium odziany. Wszedłszy, stanął na chwilę, jakby namyślając się: co ma zrobić? Był zdyszany i mocno zarumieniony.
— Żorż, hultaju! — wołał świeżo obudzony pan. — Wiele razy, trutniu, nakazuję ci, żebyś rano czekał w jadalnym pokoju, aż się obudzę i zawołam... A ty zawsze latasz Bóg wie za czem... Powiedz: gdzie cię mara nosiła?
Chłopak stał zmięszany, z nogi na nogę przestępując, jakby dla dodania sobie kontenansu.
— No!... Gdzieś był? Mów!
— Proszę wielmożnego pana — wyksztusił wreszcie, szukając czegoś po kieszeniach — proszę pana... nożyk.
— Co? co to znaczy, nożyk?
— Ta nic! proszę pana, kupiłem nożyk za dwa złote. Tak było: Mikołaj posłał mnie rano do Abramka rozmieniać rubla. Idę, a koło bramy stoi podwoda z Rajpola, ten chłop co z Fiksem przyjechał...
— Z Fiksem! — zawołał nagle panicz, siadając na łóżku. — Z Fiksem! Czemuż mi ośle nie mówisz, że był Fiks?
— Ta on jeszcze jest. My jemu powiedzieli, że wielmożny pan spi, a on powiedział, że to nic nie szkodzi, bo on poczeka aż pan wstanie... Siedzi sobie w kredensie; Mikołaj dał mu herbaty; nabrał sobie cukru, jak jaki pan... aż trzy kawałki i popija... Pytał się Mikołaja: co u nas słychać, wiele kóp pszenicy nażęli?
Gdy to mówił chłopak, na wyrazistej i ruchliwej twarzy pana Władysława odbijały się na przemiany — to niepokój — to gniew — to znudzenie. Nagle przerwał Jurkową relację gestem nakazującym mu zbliżenie się do łóżka.
— Słuchaj! Idź do kredensu i powiedz Fiksowi, te nie może się dziś ze mną widzieć, bo... bo... jestem bardzo chory, mam gorączkę; jak wyzdrowieję, to mu dam znać kiedy ma przyjechać... Tylko nie śmiej się ośle.
— Nie! nie! — i chłopak jak strzała wybiegł z pokoju. W tej samej chwili rozległ się z przed ganku brzęk dzwonka; młody człowiek skrzywił się niemiłosiernie; i szepnął przez zęby. — Masz wszystko na raz! Pewno stanowy o podatki.
— Żorż! Żorż! — zawołał na chłopaka, którego kroki słychać było aż w trzecim już pokoju — Żorż!
Chłopak wrócił i stanął w drzwiach czekając nowych rozkazów.
— Żorż! popatrzno kto to przyjechał: jeżeli stanowy to powiedz, że jestem chory, że nie wstaję, że mam gorączkę, że mam tyfus.
Nim domówił tych słów, w drzwiach z poza Jurka ukazała się postać słusznego i dobrze zbudowanego, nawet trochę otyłego mężczyzny; przyjemną i inteligentną twarz okalała ciemna, trochę już siwiejąca broda; a w siwych rozumnych i poczciwych oczach igrał miły, figlarny uśmiech.
— Doktor! — zawołał Władysław pełnym radości głosem. — Doktor! Bóg cię mój drogi eskulapie, zsyła. Doprawdy! nie mogłeś nic mądrzejszego wymyśleć, jak do mnie dziś przyjechać.
— Co? może jesteś chory? Próżniaku! leniwcze! sybaryto! — mówił doktor usiłując słowom i twarzy nadać jak najwięcej wyrazu powagi i surowości, choć oczy śmiały się ciągły — pewno już doigrałeś się... Ha! zawsze ci przepowiadałem, że te bachanalje smutno się skończą... No gadaj! Co ci jest?
— Cha! cha! cha!.. Do... do.. doktor jasnowidzący... pro... ro... rok... ha! ha! — śmiał się spazmatycznie Władysław.
— Czego się śmiejesz u licha? — przerwał niecierpliwie lekarz. — Grzech się z tego śmiać, to nie żarty... Powiedz: co ci brakuje?
— Pieniędzy, doktorku! tej podłej mamony, której ty masz zawsze po same uszy. Luby eskulapie! — mówił, śmiejąc się ciągle gospodarz. — Ale żart na stronę, posłuchaj zaraz ci wytłumaczę, dla czego się tak twoim dzisiejszym przyjazdem uradowałem. Widzisz, pożyczyłem przed jarmarkiem jarmolinieckim od tego przeklętego Dawida Fiksa z Rajpola tysiąc dwieście rubli na dwa miesiące, dziś termin i Juda przemierzła przyciągnęła się tu... Ja pszenicy nie sprzedałem, żniw nie skończyłem, grosza przy duszy nie mam, a ta bestja trędowata do oczu pcha mi się. Wiesz! pewno myśli, że uda mu się tak, jak przeszłego roku, zabrać moję pszenicę za pół darmo... Nie doczekanie!..
— Ślicznie! Ślicznie mój kochany, ale cóż ja tu mogę pomódz? — pytał zdziwionym głosem doktor.
— Jakto? Co możesz pomódz? Ogromnie! niebotycznie!
— Przecież pszenicy od ciebie nie kupię?..
— Ba, jakbym ci ją za psie pieniądze sprzedał, to byś i pszenicę kupił, ale nie o to chodzi. Widzisz, tak rzeczy się mają: kazałem żydowi powiedzieć, że jestem chory, a tu jak na to nadjeżdża doktor i doskonale się składa. Powiedz mu mój kochany eskulapeczku, że mam jakąś straszną chorobę, dżumę, cholerę, co chcesz zresztą; powiedz mu, że będę chorował trzy tygodnie, że trzeba strzedz się, trzeba mój dom z daleka omijać, bo można zarazić się... Żyd dyrnie, ja tymczasem skończę żniwa, namłócę kilka wagonów pszenicy, sprzedam je zarzeckim młynarzom i oddam Judzie jego pieniądze... Rozumiesz?
 W ciągu całego tego finansowo-dyplomatycznego wykładu doktor tłumił śmiech, wreszcie wyciągnąwszy chustkę z kieszeni i zatknął nią sobie usta.. Nic to jednak nie pomogło, śmiał się ciągle oczami, nosem; wszystkie mięśnie trzęsły mu się od śmiechu, resztki włosów na łysej czaszce poruszały się w takt śmiechu.
— Żorż! — zawołał wreszcie odejmując chustkę od ust. — Daj mi szklankę wody.
Wypił podaną szklankę i od razu się uspokoił.
— Wiesz Władek, że nie przypuszczałem, ażebyś był tak sprytny — szepnął do gospodarza. — Dobrze! zrobię ci to, projekt mi się podoba.
Powiedziawszy to wyszedł do drugiego pokoju.
Żyd, który dotychczas siedział spokojnie w kredensie i popijał trzecią już szklankę herbaty, usłyszawszy hałas w domu i dowiedziawszy się o przyjeździe głośnego w okolicy lekarza, zostawił herbatę i wiedziony ciekawością podszedł do drzwi jadalnego pokoju i zielone oczy zapuścił przez szparę w drzwiach w głąb pokoju. Doktor zmarszczywszy czoło, chodził z zafrasowaną miną na około okrągłego stołu. Gdy ujrzał szpiczastą twarz i rudą brodę żyda w drzwiach, zatrzymał się nagle i zaczął mu się przypatrywać, niby zdziwiony wielce jego tu obecnością. Po chwili wreszcie zawołał wybornie udając przestrach:
— Kto to? kto to? Panie Fiks, to pan? Co pan tu robisz?
— Co? Nu nic, ja tak sobie — odparł żyd z niekłamanem zdziwieniem spoglądając na doktora. — Ja tak sobie do jaśnie pana Kierbicza po interesie przyjechał. — Tu robiąc konfidencjonalną minę szepnął zupełnie cicho. — Nu, on się już obudził, czy jeszcze nie? Ja bym się chciał koniecznie z nim zobaczyć.
Doktor stanął jak wryty i potęgując jeszcze bardziej wyraz zdziwienia zapytał:
— Co? A to nie może być. Czy byś pan miał w rzeczy samej tyle odwagi?
Ja nie wiem na co tu takie odwagę, niby ja pana Władysława nie znam, on jest dobry człowiek choć czasem krzyknie, ale on człowieka na osobie nie skrzywdzi... O a fein, fein purec!
— Ależ człowieku! to ty chyba nie wiesz co tu się dzieje? nic ci służba nie powiedziała?... Pan Władysław chory, bardzo chory... widzieć się z nikim nie może!
— Słaby? — jęknął żyd — słaby? Co jemu jest? Aj gewalt! Czy on bardzo słaby? Panie konsyljarzu, czy on bardzo słaby! Co jemu jest?
Doktor przybrał bardzo poważną i smutną minę i podnosząc oczy w górę ze śmieszną emfazą wygłosił:
— Panie Fiks, stało się wielkie nieszczęście, pan Władysław zachorował na... tyfus plamisty. Ma już czterdzieści stopni gorączki.
Wus? co pan konsyljarz mówi? — krzyknął żyd, odskakując na pięć kroków od drzwi. — Wus? a plamiste tifus, a fercyg gradus gorączki.. Mikołaju!... Mikołaju! za dla czego wy mnie nie gadali, co wasz pan taki słaby?
Mikołaj, wycierający filiżanki przeznaczone do herbaty, podniósł oczy na żyda, ale znać przyzwyczajony do różnych figli swego pana, odpowiedział:
— Co? Może mam każdemu parchowi gadać, co się u nas dzieje? Zachorował pan wczoraj wieczór, to daliśmy znać do doktora. Fiks przyjechał, napierał się herbaty, tom mu ją dał, niech się napije. Co jemu do pańskiej choroby?
— Co? Jakto co do pańskiej choroby? Ja mam różne dieła[1] z twoim panem a wechsel geszefte.
Stary lokaj na te słowa wyprostował się i popatrzył na żyda tak, że ten odrazu zamilkł.
— Niech Fiks nie krzyczy — mówił powoli — niech Fiks się nie zapomina, niech do mnie „ty“ nie mówi, bo mnie sam pan mówi „Mikołaju“... A jeżeli Fiks chce z panem się zobaczyć, to proszę pójść do sypialnego pokoju...
— Do sypialnego pokoju... — szepnął skonfundowany i coraz bardziej przestraszony żyd. — Ni! Ja sobie pojedzie... Ni! Ja do... takie chorobe nie pójdę. Panie Mikołaju, pilnujcie tu swego pana, aby on koniecznie z tego wyszedł, coby się tu nie stało wielkie nieszczęście. Niech pan Mikołaj jego dogląda; Fiks już wi, jak mu będzie podziękować. Jak on będzie zdrów, to prosze mnie narocznym[2] dać znać. A teraz bądźcie zdrowe, panie Mikołaju! Adie!...
Doktor stojąc w drzwiach jadalnego pokoju, milcząc i uśmiechając się pod wąsem, przysłuchiwał się tej rozmowie. Kiedy żyd znalazłszy kaszkiet zabierał się do wyjścia, zawołał jeszcze za nim:
— Panie Fiks! Jak pan do Rajpola powrócisz, zajedź nasamprzód do apteki i każ się skropić karbolowym kwasem. Tyfus plamisty jest bardzo zaraźliwy, boję się bardzo, żebyś się pan tu nie zaraził sam, a i w domu mogą się od pana żona i dzieci ponabawiać tej choroby.
Żyd tylko jęknął żałośnie i w kilku susach był już na dziedzińcu. Doktór i gospodarz, który tego tylko czekał, siedząc w sypialnym pokoju, stanęli teraz w oknie i śmiejąc się wesoło, patrzyli jak szanowny pan Fiks pędził galopem, nie oglądając się, przez dziedziniec do bramy, gdzie oczekiwał go wspaniały ekwipaż, złożony z jednego ślepego, drugiego kulawego konia i starej bryczki, darowanej mu w hojnym upominku przez Władysława.
— Doktorze! doktoreczku! Powinienbym cię ozłocić. Figiel udał się nam znakomicie..
Tu, jakby przypominając coś sobie, zawołał nagle:
— Hej! Mikołaj, dawaj-no herbatę — a zwracając się do gościa, mówił dalej: — Ależ to ze mnie także znakomity gospodarz, urządzam ci hecę z żydem, wyprawiam babilońskie awantury, a ty tymczasem musisz być głodny, jak Tantalus.... Gdzież to nocowałeś? Skąd jedziesz, doktorze?
— Z Browarki — odpowiedział gość, poważniejąc nagle — umyślnie do ciebie wstąpiłem, bo mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia.
— Doskonale! wybornie! Tylko nie rób takiej obmokłej miny, jakbyś mi miał śmierć jaką zwiastować — i biorąc doktora za obie ręce, pociągnął go do stołu, na którym już stała świeżo nalana herbata i zimne przekąski. — Siadaj, jedz, pij i rozpowiadaj o wesołych rzeczach.
Doktor usiadł i z wielkiem namaszczeniem zabrał się do pulardy na zimno, i tak go to zajęcie zabsorbowało, że przez kilka minut ani słowa nie mówił.
— Nie pakuj tak bez przestanku doktorku, to nie zdrowo — przemówił młody gospodarz, z przyjemnością patrząc na apetyt gościa — przerwij lepiej na chwilę to jedzenie i mów, coś tam nowego w zacnej Browarce usłyszał? Czy jaśnie wielmożny pan Wędzolski w domu?
— W domu — odpowiedział gość, odsuwając kość ze świeżo zjedzonego skrzydełka — w domu, ale powiedz ty mi, dla czego nigdzie mi tak nie smakuje, jak u ciebie, ten twój Stanisław, to niezaprzeczenie nieoceniony kucharz.
— Wiesz, żeś prawdziwie miły — przerwał mu Władysław — wychodzisz już zupełnie na starego kawalera... podniebienie u ciebie to grunt... Mów, coś u Wędzolskiego słyszał?
— Eh! długa historja! A nawet nie wiem, czy ci to mówić, mogą z tego jakieś awantury wyniknąć, a potem powiedzą: — doktor plotki wozi!... Lepiej zatrzymam to przy sobie... ot, zwyczajnie parweniuszowskie brudy.
— Paradny jesteś, mój kochany! — zawołał zirytowany gospodarz i mówił dalej, naśladując głos doktora — a potem powiedzą... doktor plotki wozi!... I niby ty się tego boisz? Niby to już i tak nie krzyczą całe trzy gubernje, od nie wiem wielu lat: nie ma większego plotkarza, jak doktor Kocowski! Ale ty najlepiej na tem wychodzisz, bo baby, zawsze na plotki łase, na koniec świata cię sprowadzają... No, mówże raz! Mnie przecież możesz powiedzieć.
— Kiedy bo widzisz... delikatna sprawa — plątał doktor — ale jeżeli już koniecznie chcesz, to ci powiem, ale musisz mi dać słowo, że nie będziesz tego powtarzać i nie zrobisz z tego użytku.
— Jużeś pewno coś zełgał, kiedy tak się zabezpieczasz. Gadaj, komu chcesz, ja już nie ciekawy na takie tajemnice.
— Ale słowo ci daję... No, zresztą powiem ci i bez słowa. Wyobraź sobie, w Browarce dał mi do przeczytania ten Wędzolski paszkwil... szkaradny paszkwil... wierszydła jakieś na... No, zgadnij na kogo?
— Wiesz, że nie umiem zgadywać rebusów — wycedził przez zaciśnięte zęby Władysław, a w oczach błysnęła mu iskra gniewu. — Wygadaj-że raz — na kogo?
— Widzę, że się domyślasz... Na pannę Jadwigę!
Na te słowa Władysław zerwał się jak szalony, filiżanką pełną herbaty cisnął o ziemię tak, że się rozleciała na tysiące kawałków, a herbata obryzgała świeże, jasne ubranie doktora; nie zwrócił jednak na to uwagi, tylko zaczął biegać na około stołu, a gniew taki w nim wezbrał, że kilka chwil słowa nie mógł przemówić, i dopiero po dobrej minucie wybełkotał zdławionym głosem:
— Dureń! Nie, nie dureń... podlec, łotr, kanalja, bestya!... Ja mu... ja mu, gałganowi, uszy obetnę.. Nie! takiemu łajdakowi nie obcina się uszu... Każę go obatożyć! Słuchaj, doktorze! — zapytał, stając nagle przed zakłopotanym gościem. — Co on tam nabazgrał? Czy masz ten paszkwil? Czy wiesz, że on to sam napisał?
Pod tą kaskadą pytań doktor ani drgnął, z najzimniejszą krwią pił herbatę i palił papierosa, dopiero gdy gospodarz skończył, rzekł z flegmą:
— Uważam, że będziesz musiał z przyszłą wiosną do jakiegoś hydropatycznego zakładu pojechać... Nerwy masz strasznie rozstrojone; widzisz, to zawsze są takie następstwa podobnego życia, jakie wy wszyscy prowadzicie... Zimna woda! zimna woda!
— Wypchaj się tam zimną wodą! Morały doktorskie zostaw dla moich kuzynek, którym w głowie przewracasz swą medycyną... Powiedz mi coś bliższego o tym paszkwilu... No, mów, bo nie wytrzymam!
— Uspokój się, nie zarzucaj mnie tysiącem pytań — mówił spokojnie doktor, i popijając herbatę — to ci wszystko opowiem.
— Słucham cię! Zimna, zgalareciała, kliniczna rybo! — zawołał młody człowiek, siadając obok.
— Więc było tak: wczoraj po południu wezwali mię do tej Sobolskiej w Latawie, żony kasjera przy fabryce cukru; baba zawsze sobie coś napyta, na odpust się powlekła i dostała pokarmowej gorączki.
— Mój drogi, cóż mnie może obchodzić gorączka pani Sobolskiej.
— Cicho warjacie! To bardzo ładna kobieta, ale mniejsza z tem! Zabawiłem tam do ósmej wieczorem. Wyjeżdżam i spotykam się w kołowrocie z Wędzolskim... Pi ! pi ! pi! Jechał powiadam ci wspaniałym powozem, cztery konie w lejc, chomąty.. aż blask od nich bił, lokaj, furman w liberji grandioso. Mój Semań wziął na bok, myślał, że hrabia Sępiński jedzie. Mijamy się, patrzę, a to pan Wędzolski, kłaniam mu się z rewerencją... a on krzyczy: how! stój! Stanęliśmy więc obaj.. I gawęda... A skąd? a dokąd? gadu, gadu, dość, że zaprosił mię do Browarki na kolację, no i na nocleg.
— Ależ paszkwil, paszkwil, doktorze ! Ty mnie dziś zamęczysz! — wołał Władysław.
— Już zaraz będzie. Cierpliwości! Po pół godzinie rozmowy opowiada mi, że dostał anonimowy list, w którym były wiersze... Dał mi te wiersze do przeczytania..
— Cóż w nich?
— E! Głupstwo i... szkarada! Zwykła paplanina. Opisuje pannę bez posagu, która umiała osidlić bogatą krewnę, marszałkową, a obecnie kokietuje jej syna i pragnie się za niego wydać, a mimochodem bałamuci i innych. Zdaje mi się, że ramotę tę spłodził albo sam Wędzolski, albo jego siostrunia, bo błędów ortograficznych bez liku i same takie ich familijne.. Wyobraź sobie, że ja z praktyki znam ortografję wielu rodzin podolskich i mógłbym o tym przedmiocie napisać wyczerpujące gramatyczno-heraldyczne dzieło... A wiesz, że jest i o tobie wzmianka?
— Cóż ta małpa mogła o mnie napisać?
— Zaraz... zaraz... niech sobie przypomnę... Aha... prawda! Powiada, że ciebie i pana Walerjana Zienwicza panna ta używa na straszaka, ażeby skłonić Józia marszałkowicza do oświadczyn etc. etc.
— Dam ja mu straszaka! Czekaj, czekaj, aż mu bronzy przy chomątach ze strachu pordzewiewieją... Ależ zuchwała bestja! Mówisz, że i Zienwicza zaczepił! Okrutnie dmie w te swoje krocie.. Co z takim kpem robić? Czy bić się z nim? czy nie? Licho jego wie! Muszę się z Karolkiem i Jasiem poradzie... A tu w dodatku grosza przy duszy nie mam.. Doktor! pożycz mi ze sto pięćdziesiąt rublonów... Oddam ci za miesiąc — tu przystąpił młody człowiek bliżej do gościa i klepiąc go poufale po ramieniu mówił żartobliwym tonem: — No! Nie bądź.. wiesz tem, co marchew ryje.. Pożycz! Słowo ci daję, że najdalej za miesiąc oddam...
— Wiesz dobrze, że nie mogę tego zrobić! Świetnie bym wyszedł, gdybym wam wszystkim zaczął pożyczać, — przerwał mu doktor, który nagle spoważniał bardzo. — Jeżelibym dał tobie, to musiałbym dawać i hrabiemu Karolowi i Jasiowi.. i Ignasiowi Ursyńskiemu i całej waszej szajce.. Nie głupim! Jeżeli potrzebujesz pieniędzy to sprzedaj mi karą klacz, wiesz tę, co mi się tak była ostatnim razem podobała.
— No, pal cię sześć ! — zawołał, machnąwszy ręką gospodarz. — Ładna kobyła, ale do moich za mała, darmo obrok je.. Co mi dasz za nią? Ja dałem Ignasiowi dwieście pięćdziesiąt blatów.
— Hidropatja! hidropatja koniecznie ci potrzebna.. Dwieście pięćdziesiąt!.... może trzysta?... Ot wiesz, jeżeli weźmiesz sto pięćdziesiąt, to zgoda. Zapłacę zaraz i kobyłę przypnę do wózka.
— Eskulapie, jesteś korsarz, ale nie ma co robić, pieniędzy gwałtem potrzebuję; słowo się rzekło, kobyłka u płotu! Rachuj mamonę!...
— Słuchaj Władek! — zapytał doktor zaniepokojonym głosem — czy nie oślepła ona czasem? Możeby zobaczyć?
— A co? sam się dziwisz, żeś potrafił tak mnie okpić. Nie, kobyle nic nie brakuje, jeżeli nie wierzysz, to zobacz.
— Nie! nie! Wierzę ci zupełnie, tylko myślałem, żeś żartował, bo u ciebie zawsze pełno figlów w głowie. — No, bierz pieniądze — mówił dalej, wyciągając pulares i wydobywając zeń banknoty — masz tu: jedna kateryna[3], to sto, dalej dwadzieścia pięć nowe, białe, dziesięć, dziesięć i pięć... Chowaj utracjuszu! Oh! na długo ci tego wystarczy...
— Hola, Eskulapie, nie chowaj jeszcze tego wspaniałego tłumoka.. musisz dać trzy blaty dla chłopców stajennych.
— Jakto! Aż trzy ruble dla chłopców?! Po co? Żeby się rozpijali. Na, masz rubla, nigdy więcej oduzdnego nie daję... nawet w Balinie.
— Jak chcesz... Jeżeli nie dasz, to możesz zabrać sobie pieniądze, a kobyła zostanie w stajni.
— No, to dam dwa... Słowo daję, nie mam drobnych.
— Zmieniam ci.
— A to utrapienie! Masz tu wreszcie trzy ruble, ale słowo ci daję, że to demoralizacja!...
Pan Władysław zmiął w garści sto pięćdziesiąt rubli i schował je do kieszeni od kamizelki, a zostawiwszy w ręku trzyrublowy papierek, zawołał:
— Hej, Żorż! Chodź-no tu. Na, masz trzy ruble; daj Hryniowi oduzdnego od pana doktora i powiedz mu, żeby wydał „Wydrę“ Semaniowi doktorskiemu, tylko niech zdejmie rzemienną uździenicę, a weźmie od Wicka nową parcianną i założy na klacz... Pamiętaj!
Po półgodzinnej jeszcze rozmowie, podczas której doktor miał czas opowiedzieć młodemu gospodarzowi wszystko, co się stało w ciągu ostatniego miesiąca na obszarze pięciu sąsiednich powiatów, po wielu śmiechach i żartach, pożegnał się wreszcie i pojechał.
„Wydra,“ upięta z tyłu, biegła za wózkiem; w bramie jeszcze raz obejrzała się żałośnie na stajnię i zarżała smutnym, przeciągłym głosem.
— Ten eskulap zawsze mię okpi — pomyślał pan Władysław, lecz machnął po chwili lekceważąco ręką i zakonkludował: — Mniejsza z tem, dobrze, żem się Fiksa pozbył i bez ambarasu sto pięćdziesiąt mammoników zdobył. Teraz trzeba się zastanowić: co z tym Wędzolskim zrobić? Trzeba koniecznie dziś Karolka i Jasia sprowadzić... I zaczął chodzić dużymi krokami po pokoju, zamyślony bardzo.





Przypisy

  1. Sprawy.
  2. Umyślnym.
  3. Banknot sturublowy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.