Klub Pickwicka/Rozdział trzydziesty pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział trzydziesty pierwszy,
cały o Prawie i o ludziach profesji prawniczej.

Po wszystkich kątach i zaułkach Temple gnieżdżą się brudne i ciemne kancelarje adwokackie. W ciągu ferji co rano, a w inne dnie do późnego wieczora, z kancelarji i do kancelarii biegnie w pośpiechu, z pliką papierów pod pachą lub w kieszeni, tłum kancelistów adwokackich. Istnieje kilka ich kategoryj. Dependent, który wpłacił kaucję i w przyszłości będzie obrońcą, ma rachunek u krawca, bywa w towarzystwie, ma jednych znajomych na Gower Street, drugich na Tavistock Square, a podczas każdych wakacyj odwiedza ojca, posiadającego stajnię wyścigową. Krótko mówiąc — jest to arystokrata między kancelistami adwokackimi. Po nim idzie urzędnik na pensji, który większość swego dochodu — trzydzieści szylingów tygodniowo — traci na osobiste przyjemności, przynajmniej trzy razy na tydzień bywa w Teatrze Adelphi, resztę zaś pieniędzy wydaje majestatycznie na cydr i jest nędzną karykaturą mody z przed sześciu miesięcy. Jest również urzędnik w średnim wieku, kopista, obarczony liczną rodziną, zwykle ubogi i często pijany. Wreszcie, pomocnik, chłopaczek, który po raz pierwszy w życiu włożył surdut i patrzy pogardliwie na chłopców ze szkoły; w domu upomina się o „kieszonkowe“ i porter, i mówi, że niema nic nad „życie“. Niepodobna wyliczyć mi wszystkich odmian, tak są liczne, ale choć są tak bardzo rozmaite, możemy zobaczyć je wszystkie w sąsiedztwie miejsc, o których wspomniałem na początku tego rozdziału.
Owe zakazane dziury, są to publiczne biura prawniczej profesji, gdzie pisze się skargi, podpisuje wyroki, wypełnia deklaracje, i wprowadza w ruch wiele innych maszynerii, wymyślonych gwoli torturowania poddanych Jej Królewskiej Mości a ku radości i pożytkowi ludzi uprawiających zawód prawniczy. Po większej części są to niskie, sklepione lokale. Niezliczone ilości pergaminów, nieruszanych przynajmniej od wieku, rozsiewają przyjemną woń, do której w ciągu dnia przyłącza się zapach zgnilizny, w nocy zaś zapach wilgotnych płaszczów, schnących parasoli i skwierczących świec łojowych.
Około wpół do ósmej wieczorem, coś w dziesięć dni czy w dwa tygodnie po powrocie pana Pickwicka i jego przyjaciół do Londynu, do jednego z takich lokali wbiegł jegomość w bronzowym surducie. Długie, starannie uczesane włosy wymykały się z pod ronda kapelusza. Jasne spodnie tak ciasno opinały nogi nad butami à la Blücher, że, zdawało się, kolana lada moment wyswobodzą się z uwięzi. Wyjął on z kieszeni kilka pasków pergaminu, na których urzędnik przyłożył nieczytelną, czarną pieczęć. Następnie wyciągnął cztery paski papieru równego rozmiaru — kopje pergaminów, z wolnem miejscem na nazwiska. Wypełniwszy luki, schował wszystkie dokumenty do kieszeni i wybiegł z biura.
Człowiekiem w bronzowym surducie, z kabalistycznemi dokumentami, by nikt inny, tylko nasz stary znajomy od Dodsona i Fogga, Freeman Court, Cornhill — pan Jackson. Zamiast wrócić do biura, skierował swe kroki do Sun Court, i wszedłszy do hotelu pod „Jerzym i Jastrzębiem“, zapytał o pana Pickwicka.
„Zawołaj służącego pana Pickwicka, Tomie“, powiedziała panna, siedząca za bufetem.
„Proszę, niech się pani nie fatyguje“, powiedział pan Jackson. „Przychodzę w interesie. Jeżeli zechce mi pani wskazać pokój pana Pickwicka, sam tam pójdę“.
„Pańskie nazwisko?“ spytał posługacz.
„Jackson!“ odpowiedział dependent.
Posługacz poszedł na górę, by zaanonsować pana Jacksona. Ale pan Jackson, pragnąc oszczędzić mu trudu, pobiegł wślad za nim i wszedł do pokoju, nim tamten zdążył powiedzieć jedną sylabę.
Dnia tego pan Pickwick zaprosił na obiad swoich trzech przyjaciół. Właśnie wszyscy siedzieli przy kominku, popijając wino, kiedy ukazał się pan Jackson.
„Moje uszanowanie panu!“ powiedział pan Jackson, kłaniając się panu Pickwickowi.
Pan Pickwick odkłonił się z pewnem ździwieniem, gdyż fizjonomja pana Jacksona wyszła mu z pamięci.
„Przychodzę od panów Dodsona i Fogga“, powiedział pan Jackson tonem dobitnym.
Pan Pickwick ożywił się przy tych nazwiskach. „Niech się pan zgłosi do mego adwokata, pana Perkera, Gray Inn“, powiedział. „Garson! Zaprowadź gentlemana!“
„Za pozwoleniem, panie“, powiedział swobodnym tonem pan Jackson, kładąc kapelusz na podłogę i wyjmując z kieszeni pasek pergaminu. „Ale w tych wypadkach... osobiście dependent lub agent... w kwestjach prawniczych trzeba się trzymać formalności, prawda?“
Tu pan Jackson rzucił okiem na pergamin, potem oparł się rękami o stół, i, rozejrzawszy się dokoła, powiedział z uśmiechem uprzejmym i przekonywającym: „Nie będziemy się chyba sprzeczać o taką drobnostkę! Który z panów nazywa się Snodgrass?“
Na to pytanie pan Snodgrass zadrżał tak wyraźnie i wymownie, że to starczyło za odpowiedź!
„A! Domyślałem się!“ zawołał pan Jackson jeszcze uprzejmiej. „Mam wręczyć panu dokumencik“.
„Mnie?!“ zawołał pan Snodgrass.
„To tylko subpoenia w sprawie Bardell contra Pickwick“, powiedział pan Jackson, wyciągając jeden zwitek pergaminu i wyjmując z kieszeni kamizelki szylinga. „Termin na następną sesję. Spodziewamy się na 14 lutego. Podciągnęliśmy to pod kategorję spraw specjalnej wagi... Proszę, panie Snodgrass!“ To mówiąc, pan Jackson machnął papierem przed oczyma pana Snodgrassa i wsunął mu do ręki dokument i szylinga.
Pan Tupman przyglądał się tym czynnościom z milczącem zdumieniem, kiedy pan Jackson szybko zwrócił się ku niemu.
„Zdaje mi się, że nie jestem w błędzie, i że nazywa się pan Tupman?“
Pan Tupman spojrzał na pana Pickwicka. Ale nie znalazłszy w jego oczach, choć szeroko rozwartych, żadnej zachęty do zaprzeczenia swej osobistości, powiedział:
„Tak jest. Nazywam się Tupman“.
„A ten drugi gentleman, to pewnie pan Winkle?“
Pan Winkle wybełkotał odpowiedź twierdzącą. Wtedy obaj gentlemani zostali obdarzeni przez pana Jacksona kawałkiem papieru i szylingiem.
„Teraz“, powiedział dependent, „obawiam się, bym nie był natrętny, ale potrzeba mi jeszcze jednej osoby. Mam tu zapisane nazwisko, panie Pickwick: Samuel Weller!“
„Garson!“ zawołał pan Pickwick, „zawołaj tu mego służącego!“ Garson wyszedł bardzo zdziwiony, a pan Pickwick wezwał pana Jacksona, żeby usiadł.
Nastąpiła przykra pauza, którą wreszcie przerwał niewinnie oskarżony.
„Sądzę“, powiedział pan Pickwick, czując, że w miarę tego, jak mówi, rośnie jego oburzenie, „sądzę, że zamiarem pańskich patronów jest przeciwstawić mi jako świadków moich własnych przyjaciół?“
Pan Jackson uderzył się kilka razy wskazującym palcem po nosie, chcąc dać tem do zrozumienia, że nie myśli zdradzić tajemnicy. Zauważył tylko niewinnie:
„Nie wiem. Nie mogę powiedzieć!“
„W jakimże innym celu, jeżeli nie w tym, wręczono im owe subpoenia?“ nastawał pan Pickwick.
„Doskonale sformułowane pytanie“, powiedział Jackson, wolno kiwając głową. „Ale do niczego pana nie doprowadzi. Może pan próbować, ale nie dam z siebie nic wyciągnąć!“
Tu pan Jackson uśmiechnął się znów do całego towarzystwa, i, przyłożywszy wielki palec do nosa, prawą ręką bardzo zgrabnie wykonał ruch, przypominający mielenie kawy: była to pantomina bardzo wdzięczna (w owych czasach modna, dziś niestety zapomniana), którą popularnie nazywano „starciem na proch“.
„Nie, nie“, kończył pan Jackson. „Niech się u Perkera pogłowią, pocośmy wręczyli panom te subpoenia! Jeżeli nie zgadną — niech czekają procesu!“
Pan Pickwick z niesmakiem spojrzał na nieproszonego gościa i pewnieby rzucił jakąś straszną anatemę na głowy panów Dodsona i Fogga, gdyby nie przeszkodziło temu nagłe wejście Sama.
„Samuel Weller?“ spytał pan Jackson.
„Jest to jedna z największych prawd, jakie w ciągu ostatnich lat udało się panu powiedzieć!“ powiedział Sam obojętnie.
Subpoenia dla pana, panie Weller!“ powiedział Jackson.
„Jak się to tłumaczy na angielskie?“ spytał Sam.
„Oto oryginał!“ powiedział Jackson, unikając odpowiedzi wprost.
„Gdzie?“
„Tutaj!“ powiedział Jackson, wymachując pergaminem.
„A, to to jest oryginał?“ powiedział Sam. „Bardzo jestem rad, że udało mi się zobaczyć oryginał! To bardzo mila rzecz! I działa tak kojąco!“
„A oto szyling od panów Dodsona i Fogga“.
„Bardzo to grzecznie ze strony panów Dodsona i Fogga, którzy znając mię tak mało, przysyłają mi prezenty“, powiedział Sam. „Bardzo mi to pochlebia! To bardzo pięknie ze strony panów Dodsona i Fogga, że wynagradzają zasługi wszędzie, gdzie je widzą! Jestem do głębi wzruszony!“
To mówiąc, Sam końcem rękawa potarł sobie lewą powiekę, jak to zwykli czynić najlepsi aktorowie w miejscach patetycznych.
Pana Jacksona ździwiło nieco postępowanie Sama. Ale ponieważ doręczył już przedtem wezwania i nie miał nic więcej do powiedzenia, udał, że nakłada rękawiczkę (jedną jedyną), którą zawsze trzymał w ręku dla zachowania pozorów. Skłoniwszy się, udał się do swego biura.
Pan Pickwick spał mało tej nocy. Umysł jego otrzymał wielce nieprzyjemne otrzeźwienie w postaci przypomnienia o procesie z panią Bardell. Następnego dnia wcześnie zjadł śniadanie i, kazawszy Samowi towarzyszyć sobie, udał się do Gray Inn.
„Sam!“ zawołał pan Pickwick, obejrzawszy się, gdy doszli do Cheapside.
„Słucham pana?“
„Którędy?“
„Przez Newgate Street“.
Pan Pickwick nieodrazu skręcił. Przez chwilę patrzał w zamyśleniu na twarz Sama, potem westchnął.
„Co się stało?!“ spytał Sam.
„Spodziewają się procesu na czternastego, następnego miesiąca“.
„Dziwny zbieg okoliczności, proszę pana!“ zawołał Sam.
„Dlaczego dziwny?“
„Świętego Walentyna, panie“, odrzekł Sam. „W sam raz dzień na proces o niedotrzymanie przyrzeczenia małżeństwa!“
Uśmiech pana Wellera nie wywołał radości na obliczu jego pana. Pan Pickwick ostro zawrócił i szli dalej w milczeniu.
Upłynął jakiś czas; pan Pickwick dreptał pierwszy, pogrążony w głębokiej medytacji, Sam za nim z wyrazem twarzy, wyrażającym zupełną pogardę dla wszystkiego i dla wszystkich. Wkońcu, ulegając właściwej sobie chęci podzielenia się ze swoim chlebodawcą wszystkiemi wiadomościami, jakie posiadał, Sam przyśpieszył kroku i, zrównawszy się z panem Pickwickiem, powiedział, wskazując na dom, który mijali:
„Bardzo porządna wędliniarnia“.
„Na to wygląda“, powiedział pan Pickwick.
„Słynna kiełbasiarnia“.
„Rzeczywiście?“ zainteresował się pan Pickwick.
„Rzeczywiście?“ powtórzył Sam z odcieniem oburzenia. „Ja myślę! Z przeproszeniem pańskich niewinnych oczu. Przecież tutaj nastąpiło przed wielu laty zniknięcie pewnego znakomitego kupca!“
„Nie chcesz chyba powiedzieć, że go zamordowano?“ powiedział pan Pickwick, oglądając się niespokojnie.
„Nie, oczywiście, że nie!“ powiedział Sam. „Ale żałuję, że nie powiedziałem tego, i wiele więcej jeszcze! Był on właścicielem tej masarni i wynalazł patentowaną, nigdy nietępiącą się maszynę do krajania kiełbas! Mógłby pan wrzucić w nią kamień, a pokrajałaby go łatwo, jak młode, zupełnie jeszcze delikatne dzieciątko! Bardzo był dumny z tej maszyny — no myślę! Stał sobie w piwnicy i patrzał, jak się wesoło obraca — aż zdjęła go melancholia z tej wesołości. Byłby z niego szczęśliwy człowiek, proszę pana, z racji tej maszyny i dwojga milutkich dzieciaków, gdyby nie żona, skończona jędza! Ciągłe suszyła mu łeb i terkotała nad głową, aż nie mógł dłużej tego wytrzymać! „Coś ci powiem, duszko“, mówi do niej pewnego dnia. „Jak nie zaniechasz tej zabawy“, mówi, „to niech mię kaczka kopnie, jeżeli nie machnę do Hameryki!“ „Jesteś nygus i łajdak“, mówi ona. „W Hameryce takich nie potrzebują!“ I jazda dalej. Terkotała mu nad głową ze dwie godziny, a potem pobiegła do pokoiku za sklepem, i dalejże wrzeszczeć, że ją do grobu wpędzi! Potem dostała ataku, który trwał ze trzy godziny... takiego ataku, co to się kopie nogami i wrzeszczy! Dobrze! Nazajutrz — mąż zginął jak kamfora. Niczego w domu nie brakowało — nawet surdut wisiał na swojem miejscu — więc oczywiście nie pojechał do Hameryki! Na drugi dzień — niema go! Tydzień — niema go! Pani dała ogłoszenia, że jeżeli mąż wróci — przebaczy mu wszystko (co było bardzo liberalne, jako że nie miała mu nic do wybaczenia!), przeszukano kanały, i przez dwa następne miesiące, jak tylko wyłowiono gdzie topielca — niesiono go jak w dym do masarni. Ale żaden z nich się nie nadawał. Więc orzekli, że uciekł od żony, a ona objęła interes. Pewnej soboty, wieczorem, do masarni wchodzi szczupły staruszek i mówi (a jest okropnie zły): „Pani jest właścicielką tej masarni?“ „Tak, ja“, mówi ona. „Moja pani“, mówi on. „Przyszedłem oznajmić pani, że ja i moja rodzina nie damy się udusić — tak z łaski na uciechę! I jeszcze coś pani powiem, moja pani“, mówi, „pozwoli pani, że zwrócę jej uwagę: ponieważ, jak mi wiadomo, używacie do wyrobu wędlin najtańszych części mięsa, więc sądzę, że mięso nie wypada wam drożej od guzików...“ „Od guzików!“ mówi ona. „A od guzików“, powiada jej na to mały gentleman. Rozwija papier i pokazuje ze trzydzieści połówek guzików. „Doskonała przyprawa do kiełbas!“ mówi. „Guziki od męskich spodni!“ „To guziki od spodni mego męża!“ woła ona i dalejże mdleć! „Co?“ woła staruszek blednąc. „Teraz wszystko rozumiem!“ woła wdowa. „W przystępie chwilowego szału zamienił siebie na kiełbasy!“ I nie myliła się, proszę pana“, ciągnął Samuel, patrząc poważnie w przerażone oblicze pana Pickwicka. „Albo raczej porwały go tryby maszyny. Tak czy inaczej, ów staruszek, który całe życie przepadał za kiełbasami, wybiegł jak niepyszny z masarni i żona jego więcej tam nie postała!“
Ta opowieść o tajnikach życia prywatnego zaprowadziła pana i sługę do biura pana Perkera. Lowten, uchyliwszy drzwi, rozmawiał z ubogo ubranym jegomościem w butach bez przyszew i rękawiczkach bez palców. Na jego zbiedzonem obliczu czytałeś ślady nędzy i cierpień — niemal rozpaczy. Zdawał sobie sprawę ze swojej nędzy, gdyż cofnął się na widok pana Pickwicka.
„To prawdziwe nieszczęście!“ zawołał gentleman z westchnieniem.
„Prawdziwe!“ powtórzył pan Lowten, pisząc swoje nazwisko na drzwiach ołówkiem i natychmiast ścierając je. „Chce pan zostawić mu polecenie?“
„A kiedy przypuszcza pan, że wróci?“ dopytywał się nieznajomy.
„Nie mam pojęcia“, powiedział pan Lowten i mrugnął na pana Pickwicka, korzystając, że nieznajomy utkwił wzrok w ziemię.
„A możebym poczekał na niego?“ zapytał nieznajomy, zerkając do biura.
„Ach nie! To nadaremne!“ powiedział Lowten, zasłaniając sobą drzwi. „Nie wróci w tym tygodniu, a kto wie czy wróci w przyszłym?! Bo jak Perker raz wyrwie się z miasta, to mu się nie spieszy z powrotem!“
„Perkera niema w mieście!“ zawołał pan Pickwick. „A to nieszczęście!“
„Niech pan nie odchodzi, panie Pickwick, mam dla pana list!“ powiedział Lowten. Ponieważ nieznajomy jakby jeszcze się wahał, Lowten mrugnął na pana Pickwicka, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że to doskonała zabawa, ale jaka — tego nie zgadłby pan Pickwick za cenę swego życia!
„Proszę, niech pan wejdzie, panie Pickwick! A pan, panie Watty, zostawi pan słówko, czy sam się pan pofatyguje?“
„Może zechce pan go spytać, czy zrobił co w mojej sprawie“, powiedział nieznajomy. „Na miłość Boga, nie zapomnij pan tego, panie Lowten!“
„Nie, nie zapomnę! Proszę, panie Pickwick! Proszę! Dowidzenia panie Watty, śliczna pogoda, co?“ a widząc, że pan Watty jeszcze się ociąga, kazał panu Wellerowi wejść za swoim panem i zamknął drzwi.
„Niema chyba na świecie drugiego tak dokuczliwego bankruta, jak ten tutaj!“ zawołał Lowten, odrzucając pióro ruchem człowieka obrażonego. „Papiery jego tkwią w sądzie niespełna cztery lata, a niema tygodnia, żeby przynajmniej dwa razy nie wpadł do nas! Tędy, panie Pickwick! Perker jest i zaraz pana przyjmie. Djabelnie zimno!“ dodał „Stać we drzwiach i tracić czas na ujadanie się z tym nudziarzem!“ Roznieciwszy bardzo wielki ogień przy pomocy bardzo małego pogrzebacza, dependent poprowadził pana i Pickwicka do prywatnych apartamentów szefa i zaanonsował go.
„Ach! Kochany pan Pickwick!“ zawołał mały adwokat, widząc wchodzącego filozofa. „No, kochany panie, co słychać z procesem? Co porabiają nasi przyjaciele Dodson i Fogg? Nie zasypiają sprawy! Wiem, wiem! O! To ludzie obrotni! Bardzo obrotni!“
Kończąc te pochwały, pan Perker zażył szczyptę tabaki, w uznaniu obrotności panów Dodsona i Fogga.
„To wielkie łotry!“ rzekł pan Pickwick.
„Tak, tak“, odpowiedział mały człowieczek. „Zależnie od osobistego zapatrywania. Rzecz jasna, że pan nie zapatruje się na to ze stanowiska profesjonalnego. Zresztą, zrobiliśmy, co należy. Zamówiłem pana Snubbina“.
„Czy to dobry adwokat?“ zapytał pan Pickwick.
„Czy dobry? Wielki Boże! Ależ pan Snubbin, to czoło adwokatów we wszystkich procesach tego rodzaju. Nie potrzebuje pan tego powtarzać, ale, między nami mówiąc, pan Snubbin wodzi za nos cały trybunał“
Mały człowieczek zażył drugą szczyptę, której towarzyszył tajemniczy ruch, rzucony w kierunku pana Pickwicka.
„Przysłali wezwanie moim trzem przyjaciołom“, rzekł filozof.
„A! Naturalnie; to ważni świadkowie; widzieli pana w delikatnem położeniu“.
„Ale czyż to moja wina, że się jej źle zrobiło i padła mi na ręce?“
„Tak, tak, to bardzo prawdopodobne, kochany panie, bardzo prawdopodobne. Ale kto tego dowiedzie?“
Pan Pickwick przeszedł do innego przedmiotu, bo pytanie pana Perkera zbiło go nieco z tropu.
„Wezwali także mego służącego“, powiedział.
„Sama?“ zapytał Perker.
Pan Pickwick kiwnął głową.
„Naturalnie, kochany panie. Zgóry o tem wiedziałem; mogłem powiedzieć to panu przed miesiącem. Ale jeżeli pan chce sam zajmować się swemi sprawami, powierzywszy je adwokatowi, to trzeba przygotować się na skutki tego“.
Tu pan Perker podniósł się z wielką godnością i strzepnął nieco tabaki z koszuli.
„Cóż teraz poczniemy?“ zapytał pan Pickwick, po pauzie trwającej ze trzy minuty.
„Jedyna pozostaje nam droga, kochany panie; zażądamy powtórnego przesłuchania świadków, położymy całą ufność w wymowie pana Snubbina, zamydlimy oczy sędziom i spuścimy się na przysięgłych“.
„A jeżeli wyrok zapadnie przeciw nam?“
Pan Perker uśmiechnął się, zażył wielką szczyptę tabaki, poprawił ogień w kominie, wzruszył ramionami i zachował milczenie.
„Zapewne jest pan zdania, iż w takim razie zapłacę wynagrodzenie i koszta procesu?“ zawołał pan Pickwick, który gniewnie przypatrywał się tej wymownej odpowiedzi.
Perker po raz drugi poprawił ogień i odrzekł:
„Tego się obawiam“.
„A ja,“ odrzekł pan Pickwick z energją, „oświadczam tu panu, iż mam niezłomne postanowienie nie płacić ani grosza, panie Perker. Ani funt, ani pens z mych pieniędzy nie znajdzie się w kieszeni Dodsona i Fogga. Takie jest moje postanowienie, przemyślane i niewzruszone!“
To mówiąc, pan Pickwick z wielką mocą uderzył pięścią w stół, jakby dla potwierdzenia niezłomności swego postanowienia.
„Bardzo dobrze, panie, bardzo dobrze; pan sam najlepiej wie, jak ma postąpić“, rzekł pan Perker.
„Rozumie się!“ powiedział żywo nasz bohater. „Gdzie mieszka pan Snubbin?“
„W Lincoln Inn, Old Square“.
„Muszę się z nim zobaczyć!“
„Zobaczyć się z panem Snubbinem, kochany panie!“ zawołał pan Perker, nadzwyczaj zdziwiony. „Ph, ph, kochany panie, niemożliwe! Zobaczyć się z panem Snubbinem! Czy kto kiedy słyszał coś podobnego? Tego nigdy jeszcze nie było! Chyba uiści pan zgóry honorarjum, zapłaci pan za konsultację, to się postaramy o posłuchanie! Niemożliwe, kochany panie, niemożliwe! To się nie da zrobić!“
Pan Pickwick uparł się jednak, że to da się zrobić i że musi się dać zrobić. Rezultat był taki, że w niespełna pięć minut po tem, gdy go zapewniono, że to niemożliwe, adwokat już go prowadził do biura wielkiego Snubbina w jego własnej osobie.
Był to pokój dość obszerny, bez dywana, z wielkiem biurkiem, przysuniętem do kominka; sukno pokrywające biurko oddawna straciło wszelkie pretensje do swej naturalnej zielonej barwy, kurz i lata nadały mu stopniowo barwę popielatą, z wyjątkiem miejsc zalanych atramentem. Na stole leżało mnóstwo małych pakietów, zalakowanych czerwonym lakiem. Za biurkiem siedział starszy już urzędnik, którego oblicze, zarówno jak gruby łańcuch przy zegarku, zdradzały, jak lukratywną rzeczą jest praktyka u pana Snubbina.
„Mecenas u siebie, panie Mallard?“ spytał pan Perker jak można najuprzejmiej, podając mu tabakierkę.
„Tak“, odpowiedział pan Mallard. „Ale bardzo zajęty. Spojrzyj pan na te pliki! Nie wydał jeszcze o żadnej z tych spraw swojej opinji, a honorarja wpłacono oddawna!“ Tu dependent uśmiechnął się, wziął szczyptę tabaki z namaszczeniem, w którem było zamiłowanie do tabaki i szacunek dla honorarjów.
„To się nazywa praktyka!“ powiedział pan Perker.
„Tak!“ potakiwał dependent, wyjmując własną tabakierkę i częstując nią serdecznie. „A najlepsze w tem wszystkiem jest to, że nikt nie potrafi czytać pisma mecenasa, więc choć nawet wyda opinję, klijent musi czekać, aż będę miał czas ją skopjować! Ha, ha, ha!“
„Co dobrze robi — wiemy komu, co? Nietylko mecenasowi! A klijenta kosztuje coś niecoś? Hm?“ powiedział Perker. „Ha, ha, ha!“ Na to sekretarz mecenasa roześmiał się także — ale nie głośno, tylko jakoś milcząco, ukradkiem, co się wcale nie podobało panu Pickwickowi. Kiedy człowiek krwawi wewnątrz — rzecz to niebezpieczna dla nieco samego. Kiedy śmieje się wewnątrz — rzecz niebezpieczna dla bliźnich!
„Przygotował pan już spis tego, co jestem wam winien?” spytał pan Perker.
„Jeszcze nie!”
„Szkoda!“ powiedział Perker. „Przygotuj pan rachunek, to przyszlę panu czek! Ale mam wrażenie, iż tak jest pan zajęty chowaniem gotowizny, że zapominasz o dłużnikach, co? Ha, ha, ha!“ Ta osobista wycieczka musiała bardzo zabawić dependenta, gdyż znów zaśmiał się w sobie.
„Ale drogi przyjacielu, panie Mallard“, powiedział pan Perker, odzyskując nagle powagę i ciągnąc wielkiego męża w kąt pokoju. „Musi pan koniecznie wpłynąć na mecenasa, aby zaraz nas przyjął, mnie i mego klijenta!“
„No, no!“ powiedział pan Mallard. „Wcale nieźle się zaczyna! Widzieć pana mecenasa! Ależ to nonsens!“ Pomimo jednak, że uważał propozycję za nonsens, dependent pozwolił odciągnąć się w kąt pokoju tak, żeby nie słyszał go pan Pickwick. Po krótkiej rozmowie, prowadzonej szeptem, dygnitarz poszedł wgłąb małego ciemnego korytarza i zniknął w sanktuarium luminarza. Powrócił stamtąd po chwili i, krygując się, oznajmił panu Perkerowi i panu Pickwickowi, że, wbrew swoim zwyczajom i przyzwyczajeniom, mecenas godzi się przyjąć ich zaraz.
Pan Snubbin należał do tych ludzi bladych, wychudłych, zasuszonych, których twarz podobna jest nieco do narożnej latarni. Mógł mieć lat około czterdziestu pięciu — albo, jak to mówią w powieściach — pod pięćdziesiątkę. Oczy miał okrągłe, wypukłe, przyćmione. Takie oczy widuje się przeważnie w głowach ludzi, oddających się długie lata mozolnym studiom. Z oczu tych można było wnioskować, że właściciel ich miał wzrok krótki, choćby się nawet nie zauważyło lornetki wiszącej mu na szyi na szerokiej, czarnej wstążce. Włosy miał rzadkie i brzydkie, co pochodziło poczęści stąd, że nigdy nie poświęcał wiele czasu na ich uporządkowanie, a poczęści, że nosił prawniczą perukę, która i teraz spoczywała obok na krześle. Ślady pudru na kołnierzu i batystowej brudnej chustce koło szyi świadczyły, iż od chwili opuszczenia sądu nie miał czasu zrobić żadnej zmiany w swojej tualecie; zaś stan reszty jego garderoby dowodził wyraźnie, że zmiany nie byłyby wielkie, gdyby nawet miał czas je dokonać. Księgi prawnicze, stosy papierów, rozpieczętowane listy rozrzucone były po stole bez żadnego ładu. Meble w pokoju były stare i zniszczone. Drzwiczki szafy na książki kiwały się na zawiasach. Za najmniejszym ruchem wznosiły się tumany kurzu. Szyby były żółte z brudu i starości. Wszystko w tym pokoju wskazywało nieomylnie, że pan Snubbin zbyt był zaabsorbowany obowiązkami, by dbać o osobisty komfort.
Mecenas zajęty był pisaniem, gdy weszli jego klijenci. Przywitał z roztargnieniem pana Pickwicka, kiedy mu go adwokat przedstawił, gestem wskazał krzesła, pióro umieścił w kałamarzu, objął swoją lewą nogę i czekał, aż do niego przemówią.
„Panie mecenasie“, zaczął pan Perker. „Pan Pickwick jest stroną oskarżoną w sprawie Bardell contra Pickwick“.
„Czy jestem wezwany do tej sprawy?“
„Tak jest, panie!“
Mecenas skinął głową i znowu czekał.
„Pan Pickwick bardzo pragnął widzieć się z panem pierwej, nim sprawa jego będzie podjęta, by oświadczyć, iż niema żadnych podstaw przeciw niemu w całym tym procesie. Pan Pickwick nigdy nie stanąłby przed sądem, gdyby nie miał przekonania, że sumienie jego jest spokojne a ręce jego są czyste. Czy dobrze wyłożyłem pańskie zapatrywanie, kochany panie?“ mówił pan Perker, zwracając się do filozofa.
„Doskonale!“

Mecenas wziął lornetkę, podniósł ją do oczu i przez chwilę przyglądał się ciekawie naszemu bohaterowi. Następnie zwrócił się do pana Perkera i spytał z lekkim uśmiechem:
Karol Dickens - Klub Pickwicka 03 page029.jpg
„Sprawa pana Pickwicka stoi mocno?“

Adwokat wzruszył ramionami.
„Ma pan zamiar wzywać świadków?“
„Nie“.
Uśmiech na obliczu pana Snubbina stał się wyraźniejszy. Adwokat zaczął szybciej kiwać nogą, potem, odchyliwszy się w tył na fotelu, chrząknął bardzo wątpliwie.
Te aluzje do przeczuć, jakie pan mecenas żywił co do wyniku sprawy, aczkolwiek słabe, nie uszły uwagi pana Pickwicka. Mocniej nasadził na nos okulary, przez które przypatrywał się demonstrowaniu uczuć adwokata, poczem przemówił z wielką energją, nie zwracając uwagi na znaki i mrugania pana Perkera:
„Życzenie moje, by mię panu przedstawiono w tym celu, wydać się może nadzwyczajne osobie, przez której ręce przechodzi tyle spraw podobnego rodzaju“.
Adwokat próbował wpatrywać się w ogień, ale pomimo wszelkich wysiłków, nie zdołał powstrzymać się od śmiechu. Pan Pickwick mówił dalej:
„Gentlemani pańskiej profesji widzą zawsze rzeczy z najgorszej strony natury ludzkiej. Wszystkie spory, wszystka złość i wszystkie krzywdy roztaczają się przed panami. Panowie wiecie z doświadczenia, jak można sobie ująć przysięgłych efektem i, naturalnie, przypisujecie innym chęć użycia we własnym interesie środków, których wartość znacie, ponieważ używacie ich sami w chwalebnym i szlachetnym zamiarze, by zrobić wszystko na korzyść waszych klijentów. Sądzę, iż temu należy przypisać ogólnie rozpowszechnione mniemanie, że jesteście zimni, podejrzliwi, samolubni. Pojmuję dobrze całą niewłaściwość tego, że robię panu podobne oświadczenia w okolicznościach, w jakich się znajduję. A jednak, pomimo to, jak powiedział panu mój przyjaciel Perker, przyszedłem tu, by stanowczo oświadczyć panu, iż jestem najzupełniej niewinny w sprawie, którą mi wytoczono, i chociaż znam doskonale wysoką wartość pańskiej nauki, pozwól pan, iż dodam, że gotów jestem zrzec się pomocy pańskiego talentu, jeżeli nie jest pan najzupełniej przekonany o mojej szczerości“.
Na długo przed zakończeniem tej przemowy, adwokat wpadł w zwykłe swe roztargnienie. Po kilku wszakże minutach milczenia wziął znów pióro do ręki i, zdawało się, przypomniał sobie, że klijent jego jest obecny, gdyż podnosząc oczy od papieru, powiedział tonem dość ostrym;
„Kto będzie moim pomocnikiem w tej sprawie?“
„Pan Phunky“, odpowiedział pan Perker.
„Phunky? Phunky? Nigdy nie słyszałem tego nazwiska. Musi to być młody człowiek“
„Tak, bardzo młody. Przed kilkoma dopiero tygodniami dopuszczono go. Niech pan poczeka, przypomnę sobie — a, o ile mię pamięć nie myli: nie więcej, jak osiem lat temu, został adwokatem“.
„Tak i ja przypuszczałem“, odrzekł pan Snubbin, tym akcentem ubolewania, z jakim mówi się o biednem dziecku bez opieki. „Panie Mallard! Poślij pan do tego pana... pana...“
„Phunky — Holborn Court, Grays Inn“, rzekł Perker.
„Tak, Phunky! Powiedz mu, iż proszę, by się tu pofatygował“.
Pan Mallard poszedł, by spełnić zlecenie, a pan Snubbin wpadł znowu w zamyślenie, aż dopóki nie zjawił się pan Phunky.
Był to człowiek w wieku dojrzałym, chociaż adwokat dopiero w pączku. Maniery miał niepewne, trwożliwe, a gdy mówił, wahał się. Wady te wszakże nie były, jak się zdaje, wrodzone, lecz wynikały z pewnego rodzaju niemądrej trwożliwości, przyczyną zaś tego była świadomość, że wskutek braku czy to pieniędzy, czy opiekunów, czy stosunków, czy też bezczelności, zawsze był „spychany“. Na adwokata patrzał z czcią a panu Perkerowi złożył głęboki ukłon.
„Nie miałem przyjemności widzieć dotąd pana“, rzekł pan Snubbin z wyniosłą uprzejmością.
Pan Phunky skłonił się. Przez osiem przeszło lat miał on przyjemność codzień widzieć pana Snubbina.
„Jak słyszę, jesteś pan mi przeznaczony do pomocy w tej sprawie“, mówił dalej pan Snubbin.
Gdyby pan Phunky był bogaty, posłałby natychmiast po swego dependenta, by się przekonać, czy tak jest rzeczywiście; gdyby był zręczny, przyłożyłby sobie palec do czoła i starałby się przypomnieć, czy w mnóstwie powierzonych mu spraw nie znajdzie się także i tu, ale ponieważ nie był ani bogaty ani zręczny (w tym przynajmniej sensie), więc poczerwieniał i ukłonił się.
„Czyś pan czytał akta panie Phunky?“ pytał dalej wielki adwokat.
Tu także pan Phunky powinien był oświadczyć, iż nie pamięta; ale ponieważ przejrzał wszystkie papiery i ponieważ od dwóch miesięcy, odkąd wyznaczono go na pomocnika panu Snubbinowi, dzień i noc myślał o tej sprawie, więc poczerwieniał jeszcze więcej i ukłonił się jeszcze niżej.
„To jest pan Pickwick“, rzekł adwokat, piórem wskazując w stronę, gdzie stał filozof.
Pan Phunky skłonił się panu Pickwickowi z całym szacunkiem, potem znów zwrócił głowę ku panu Snubbinowi.
„Może pan pójdzie z panem Pickwickiem“, rzekł adwokat, „i... przyjmie do wiadomości to, co panu powie. Potem, naturalnie, odbędziemy wspólną nad tem naradę“.
Dając w ten sposób do zrozumienia, iż dość mu już zabrano czasu, pan Snubbin stał się znowu bardzo roztargniony, popatrzył przez chwilę przez lornetkę, potem skinął lekko głową i zajął się robotą leżącą przed nim. Była to szczególnego rodzaju sprawa; nieskończony proces, wytoczony przez osobę, zmarłą w zeszłym jeszcze wieku, o zamknięcie pewnej ścieżki, wiodącej do miejsca, skąd nigdy nikt nie wracał i dokąd nikt nigdy nie chodził.
Pan Phunky nie chciał nawet słyszeć o tem, że mógłby przejść przez jakiekolwiek drzwi przed panem Pickwickiem i jego adwokatem, upłynęło więc sporo czasu, zanim doszli do skweru. Doszedłszy tam, przechadzali się dość długo, roztrząsając sprawę. W rezultacie doszli do przekonania, że trudno przewidzieć, jak wypadnie wyrok; że nikt nie może nic powiedzieć, jak się sprawa skończy, nim się sprawa zacznie; że to wielkie szczęście, iż ubiegli przeciwną stronę i pozyskali dla siebie mecenasa Snubbina. Pozatem mówili wiele innych rzeczy pełnych zwątpień i pociech, jak zwykle w takich chwilach.
Pan Pickwick rozbudził Sama, który spał od godziny. Pożegnawszy Lowtena, skierowali się do City.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.