Klub Pickwicka/Rozdział trzydziesty piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział trzydziesty piąty,
w którym pan Pickwick sądzi, iż najlepiej uczyni, gdy wyjedzie do Bath, co też robi.

„Ależ, kochany panie“, rzekł mały Perker do pana Pickwicka, gdy przyszedł do niego na drugi dzień rano po wyroku; „odłożywszy na bok wszelką irytację, czy na serjo nie ma pan zamiaru płacić kosztów procesu?“
„Nie zapłacę ani pół pensa“, odrzekł pan Pickwick stanowczo, „ani pół pensa“.
„Niech żyją zasady!“ zawołał Sam, sprzątający właśnie stół po śniadaniu.
„Sam!“ rzekł pan Pickwick, „bądź tak dobry, idź sobie na dół“.
„Idę, panie“, odpowiedział Sam, posłuszny temu uprzejmemu wezwaniu.
„Nie, Perker“, zaczął znów pan Pickwick bardzo poważnie, „moi tu obecni przyjaciele napróżno usiłowali wyperswadować mi to postanowienie. Przeciwnicy moi mogą starać się o uwięzienie mnie, a są dość nikczemni, by uciec się do tego środka. W takim razie ulegnę prawu z najzupełniejszem poddaniem się. Kiedy te łajdaki mogą to zrobić?“
„Jeśli chodzi o odszkodowanie i koszta procesu“, odparł Perker, „to mogą zażądać egzekucji przy najbliższych sądach przysięgłych, to znaczy najdalej za dwa miesiące, kochany panie“.
„Bardzo dobrze. Od dziś aż do tego czasu, mój przyjacielu, nie mówmy nic o tej sprawie. A teraz“, ciągnął dalej pan Pickwick, spoglądając po zgromadzonych z zadowolonym uśmiechem i błyszczącemi oczyma tak, że okulary nie zdołały przytłumić blasku tego uśmiechu, „zajmijmy się rozstrzygnięciem pytania; dokąd zwrócimy naszą najbliższą wycieczkę?“
Panowie Snodgrass i Tupman zanadto byli przejęci heroizmem swego przyjaciela, by zdobyć się na odpowiedź. Co do pana Winkle, to ten nie zapomniał jeszcze wrażenia, jakiego doznał w czasie swoich zeznań w sądzie, by ośmielić się teraz podnieść głos. Więc pan Pickwick czekał napróżno.
„No“ powiedział po chwili. „Jeżeli mnie pozostawiacie wybór, to powiem Bath. Zdaje mi się, że nikt z nas nie był tam jeszcze“.
Rzeczywiście, nikt z nich tam jeszcze nie był. Propozycję gorąco poparł pan Perker, sądząc, że, bardzo być może, nieco rozrywki zbawiennie wpłynie na postanowienie pana Pickwicka i na jego pojęcia o więzieniu za długi. Przyjęto ją więc jednomyślnie, a Sama wyprawiono niezwłocznie pod „Białego Konia“, by zamówił pięć miejsc, nazajutrz o siódmej rano.
Znalazły się jeszcze dwa miejsca wewnątrz i trzy zewnątrz. A więc Sam zakupił je wszystkie, i wymieniwszy z kasjerem kilka uprzejmości na temat startej półkoronówki, którą tamten wydał mu w reszcie, wrócił pod „Jerzego i Jastrzębia“, gdzie do samego wieczora pilnie zajmował się pakowaniem ubrania i bielizny tak, żeby zajęły jak najmniej miejsca. Starał się również wynaleźć jakiś taki mechaniczny sposób, by pokrywki trzymały się na pudłach niemających ani zamków, ani zawiasów.
Następny ranek nie okazał się pomyślnym dla podróżników. Był mglisty, ponury, deszcz mrzył. Konie dyliżansu, który powrócił z City, otaczała taka para, że nie było poza nią widać pasażerów nazewnątrz pojazdu. Roznosiciele dzienników byli przemokli i pachniali stęchlizną. Deszcz spływał po kapeluszach sprzedawców pomarańcz, którzy wsuwając głowy do wnętrza dyliżansów skrapiali siedzących tam w sposób bardzo orzeźwiający. Żydzi zamykali z rozpaczą scyzoryki o pięćdziesięciu ostrzach. Sprzedający przedmioty kieszonkowe trzymali je rzeczywiście w kieszeniach. Pantofelki na zegarki i widelce do smażenia grzanek sprzedawano za bezcen, a pugilaresy i gąbki oddawano za byle co.
Pozostawiając Samowi obronę bagaży przed siedmioma czy ośmioma tragarzami, którzy się na nie dziko rzucili, gdy tylko kocz się zatrzymał, i przekonawszy się, że pozostaje im jeszcze dwadzieścia pięć minut do odjazdu, pan Pickwick i jego przyjaciele przeszli do poczekalni — ostatniej ucieczki nędzy ludzkiej.
Sala podróżnych w zajeździe pod „Białym Koniem“ nie była, jak łatwo się domyśleć, bardzo wykwintna. Nie byłaby to zresztą poczekalnia, nawet gdyby wyglądała inaczej. Przypominała bawialnię, do której wszedł nieproszony piec kuchenny, w towarzystwie zbuntowanych szczypców, łopaty i pogrzebacza. Sala podzielona była przegródkami ku wygodzie podróżnych. Resztę miejsca zajmował zegar, zwierciadło i żywy garson. Ten ostatni mieścił się zwykle w rodzaju budy urządzonej w kącie do mycia szklanek.
W dniu, o którym mowa, jedną z lóż zajmował mężczyzna o żywych oczach, lat około pięćdziesięciu, łysy, z wielkiemi pękami czarnych włosów po bokach i ztyłu głowy, z szerokiemi faworytami. Ciemny jego surdut zapięty był pod brodę, obok leżała czapka podróżna ze skóry morskiego cielęcia i zielony płaszcz. Gdy wszedł pan Pickwick, nieznajomy podniósł wzrok z nad talerza i spojrzał na niego z miną dumną i pełną godności. Stwierdziwszy, że wygląd filozofa i jego towarzyszy zupełnie go zadawalnia, zaczął pod nosem mruczeć, dając tem do zrozumienia, że może kto myśli, iż on nie jest pewny siebie, ale w takim razie bardzo się myli.
„Garson!“ zawołał po chwili.
„Jestem panie“, ozwał się głos z budy, o której dopiero wspomnieliśmy, następnie zaś ukazał się chłopiec z brudną ścierką i takąż twarzą.
„Jeszcze grzanek“.
„Natychmiast, panie“, odrzekł garson.
Gentleman z czarnemi faworytami znowu począł mruczeć; potem, w oczekiwaniu grzanek, zarzucił poły surduta na ręce, położył obie nogi na stojącem obok krześle i zajął się oglądaniem swych butów.
„Gdzie dyliżans zatrzymuje się w Bath?“ zapytał pan Pickwick słodkim głosem pana Winkle.
„Hm! Co?“ odezwał się nieznajomy.
„Pytałem mego przyjaciela“, powtórzył pan Pickwick, zawsze gotów do rozpoczęcia rozmowy, „pytałem, gdzie dyliżans zatrzymuje się w Bath. Może pan zechce poinformować mię w tym względzie“.
„Czy pan jedzie do Bath?“
„Tak jest, panie“.
„A ci panowie?“
„Także“.
„Ale nie wewnątrz dyliżansu; spodziewam się, że nie wewnątrz“.
„Nie wszyscy“.
„Rozumie się, że nie wszyscy“, powiedział z energją nieznajomy. „Zamówiłem tam dwa miejsca; ale jeżeli zechcą wpakować sześć osób w to przeklęte pudło, gdzie jest miejsce tylko dla czterech, to najmę pocztę na ich rachunek. Na to nie pozwolę. Powiedziałem już, płacąc za miejsce, że nie pozwolę na to. Wiem, że się tak robi, że się tak robi codziennie; ale mnie na to nie złapią. Co nie, to nie. Ci, którzy mię znają, wiedzą o tem dobrze“.
Tu gniewny gentleman pociągnął za dzwonek bardzo gwałtownie i oświadczył garsonowi, że jeżeli mu nie przyniesie grzanek w przeciągu pięciu sekund, to sam pójdzie do kuchni spytać o przyczynę tego.
„Mój kochany panie“, rzekł pan Pickwick, „pozwól pan zrobić sobie uwagę, iż unosi się pan niepotrzebnie. Ja tylko dwa miejsca zamówiłem wewnątrz dyliżansu.“
„To mię bardzo cieszy“, odrzekł gentleman. „Cofam moje wyrażenie; proszę mi wybaczyć. Oto mój bilet wizytowy; pozwoli pan, że się przedstawię“.
„Bardzo mi przyjemnie“, odpowiedział pan Pickwick.
„Będziemy razem jechać i spodziewam się, iż będzie to dla obu stron niezmiernie miłe“.
Naturalnie, że po tej uprzejmej przemowie nastąpiły przyjacielskie powitania. Gniewny gentleman oznajmił potem, frazesami krótkiemi, urywanemi i dobitnemi, że nazywa się Dowler, że jedzie do Bath dla przyjemności, że przedtem służył w wojsku, że obecnie zajmuje się interesami, że utrzymuje się z dochodów, jakie mu jego zajęcia przynoszą, i że osobą, dla której zamówił drugie miejsce, jest pani Dowler, jego żona.
„To piękna kobieta“, mówił dalej. „Dumny z niej jestem, i słusznie“.
„Będzie nam bardzo miło przekonać się o tem“, rzekł pan Pickwick z uśmiechem.
„Sam pan osądzi. Zaznajomię ją z panem. Pani Dowler będzie pana szanowała. Zalecałem się do niej w sposób niezwykły. Pozyskałem ją sobie wskutek dziwnie zuchwałego postanowienia. Tak się rzecz miała. Ujrzałem ją; pokochałem; prosiłem o rękę; odmówiła. „Pani kocha innego?“. „Oszczędzaj pan moją wstydliwość“. „Ja go znam“. „Czy tak?“ „Znam, i jeżeli tu dłużej pozostanie, żywcem obedrę go ze skóry!“
„O! Do licha!“ zawołał mimowolnie pan Pickwick.
„I... i pan obdarł go ze skóry?“ zapytał pan Winkle, blednąc.
„Napisałem do niego parę słów. Powiedziałem, że to bardzo przykra sprawa. Bo tak było rzeczywiście“.
„Spodziewam się“, mruknął pan Winkle.
„Napisałem mu, iż dałem słowo, że obedrę go ze skóry żywcem, że mój honor był zaangażowany i że jako oficer Jej Królewskiej Mości, nie mam żadnego wyboru; że ubolewam z powodu tej smutnej konieczności, ale że tak stać się musi. To mu trafiło do przekonania; wiedział, że przepisy honoru są bezwzględne. Uciekł, a ja poślubiłem tę młodą osobę. Ale oto dyliżans. To właśnie jej głowa w drzwiczkach“.
Kończąc te słowa, pan Dowler wskazał na dyliżans, który zatrzymał się. Rzeczywiście, w oknach jego ukazała się dość ładna twarz kobiety, ubranej w błękitny kapelusz i widocznie szukającej kogoś wzrokiem w tłumie. Pan Dowler zapłacił należność i szybko wyszedł razem ze swym prochownikiem, z laską i płaszczem. Pan Pickwick i jego przyjaciel wyszli również, by zapewnić sobie miejsca.
Panowie Tupman i Snodgrass wgramolili się od tyłu, pan Winkle wsiadł już do powozu a pan Pickwick zamierzał właśnie uczynić to samo, gdy wtem Sam Weller podszedł do swego chlebodawcy i z miną niezmiernie tajemniczą szepnął, że ma mu coś do powiedzenia.
„No, Sam“, rzekł pan Pickwick, „co nowego?“
„Ładna historja, proszę pana“, odparł Sam.
„Cóż takiego?“ zapytał pan Pickwick.
„Obawiam się“, rzekł Sam, „że właściciel tego dyliżansu spłatał nam brzydkiego figla“.
„W jaki sposób? Czy naszych nazwisk nie umieścił na liście?“
„O nie“, rzekł Sam, „umieścił je nietylko na liście, ale jedno z nich wymalował nawet na drzwiczkach powozu“.
Mówiąc to, Sam wskazał na tę część drzwiczek, gdzie zwykle znajduje się nazwisko właściciela; rzeczywiście, wielkiemi, złotemi literami było tu wypisane nazwisko „Pickwick“.
„Dziwne to“, zawołał pan Pickwick, zdumiony tym zbiegiem okoliczności; „naprawdę, bardzo dziwne“.
„To jeszcze nie wszystko“, rzekł Sam, znów kierując uwagę swego pana na drzwiczki dyliżansu; „napisali nietylko, Pickwick“, ale przed tem umieścili jeszcze „Mojżesz“, co jest obelgą w połączeniu z obrazą, jak powiedziała papuga, gdy nietylko uwieziono ją z ojczyzny, ale jeszcze zmuszono później, by się uczyła angielskiego“.
„To rzeczywiście wprost zdumiewające“, rzekł pan Pickwick, „ale jeżeli będziemy tu stać dłużej i gawędzić, to gotowiśmy jeszcze stracić nasze miejsca“.
„A pan — pan nic na to nie zrobi?“ zawołał Sam, w najwyższym stopniu zdumiony spokojem, z jakim pan Pickwick zabierał się do wsiadania.
„A cóż mam zrobić?“ rzekł pan Pickwick; „co mam zrobić?“
„Jakto? I nikt za taką bezczelność nie dostanie po nosie?“ oburzył się pan Weller, który conajmniej oczekiwał polecenia, by z miejsca wyzwał konduktora i woźnicę na pięście.
„Nie, nie“, odparł pan Pickwick skwapliwie; „siadaj teraz na swem miejscu“.
„Obawiam się“, mruknął Sam, odwracając się, „obawiam się, że z moim panem coś jest nie w porządku, inaczej nie byłby taki spokojny. Przypuszczam, że proces nie odebrał mu wigoru; ale coś bardzo mi kiepsko wygląda, bardzo kiepsko“.
I frasobliwie potrząsnął głową. Jak bardzo wziął sobie tę sprawę do serca, dowód w tem, że nie odezwał się ani słowem, aż powóz stanął przy kensingtońskiej rogatce; może mu się w całem jego życiu nie przytrafiło jeszcze, by tak długo milczał.
Pozatem nie zaszło w czasie podróży nic zasługującego na szczególną wzmiankę. Pan Dowler opowiedział kilka anegdot, ilustrujących jego osobistą dzielność, a przy każdej wzywał na świadka panią Dowler. Wtedy ta miła dama przytaczała na dodatek pewne szczegóły, opuszczone przez pana Dowlera a może przez skromność przemilczane przez niego; szczegóły te miały zawsze ten cel, by wykazać, iż pan Dowler jest to człowiek jeszcze bardziej zdumiewający, niż to sam mówił. Pan Pickwick i pan Winkle słuchali wszystkiego z podziwem, w przerwach rozmawiając z panią Dowler, osobą, jak się przekonano, bardzo miłą a nawet czarującą. Tak towarzystwu siedzącemu w powozie bardzo przyjemnie mijał czas, rozłożony na opowiadanie pana Dowlera, powaby jego małżonki, dobry humor pana Pickwicka i świetny talent do słuchania pana Winkle.
Pasażerom na zewnętrznych miejscach wiodło się jak zwykle. Na początku każdego odcinka między stacjami byli bardzo weseli i rozmowni, w środku jego znudzeni i śpiący, a pod koniec bardzo ożywieni i rzeźcy. Jakiś młody jegomość, ubrany w płaszcz gumowy, palił przez cały dzień cygara a drugi jakiś młodzian, przyodziany w parodję płaszcza podróżnego, również zapalał całą masę śmierdziaków, nim jednak zaciągnął się drugi raz, już czuł się niedobrze i wyrzucał je, gdyż przypuszczał, że nikt tego nie widzi. Trzeci zbierał wszystkie swe wiadomości z dziedziny chowu bydła, a jakiś stary pan, który siedział ztyłu, chwalił się swą znajomością gospodarstwa rolnego. Na każdej stacji wsiadali i wysiadali pasażerowie, poczęści w bluzach chłopskich, którzy jechali na gapę i siadali obok konduktora, a mogli pysznić się tem, że znali każdego konia i każdego parobka, spotkanego na tym gościńcu. Ponadto robili uwagi o obiedzie i byli zdania, że może nie byłby nawet o pół korony za drogi, gdyby był tylko czas, by go zjeść. Wkońcu o godzinie siódmej wieczorem, pan Pickwick ze swymi towarzyszami i panem Dowlerem z żoną, wysiedli w hotelu pod „Białym jeleniem“, naprzeciw zakładu kąpielowego w Bath. Tu można było wziąć kelnerów, ze względu na ich ubiór, za gimnazjastów z Westminster, choć złudzenie to prędko rozwiało się, gdyż zachowywali się znacznie lepiej, niż ci ostatni.
Nazajutrz rano, zaledwie uprzątnięto śniadanie pickwickistów, garson przyniósł bilet wizytowy pana Dowlera, który prosił o pozwolenie przedstawienia jednego ze swych przyjaciół. Wkrótce potem nadszedł sam pan Dowler ze swym przyjacielem.
Był to bardzo miły młodzieniec, mogący mieć najwyżej pięćdziesiąt lat. Miał na sobie granatowy frak z połyskującemi guzikami, czarne spodnie i buty, tak prawie świetne, jak guziki. Na szyi miał zawieszoną na czarnej wstążce złotą lornetkę a złotą tabakierkę z wdziękiem obracał między palcami lewej ręki; mnóstwo złotych pierścieni błyszczało mu na palcach, zaś ogromny soliter, oprawny w złoto, jaśniał na żabocie. Miał oprócz tego złoty zegarek i złoty łańcuch ze złotemi pieczątkami. Hebanowa jego laska ozdobiona była złotą gałką; bielizna była niezmiernie cienka, biała i wykrochmalona; fałszywy kok na głowie był ze wszystkich możliwych fałszywych koków najlepiej wypomadowany i ułożony. Rysy zdobił nieprzerwany uśmiech, a zęby utrzymane były w tak doskonałym porządku, iż w niewielkiej odległości trudno było odróżnić fałszywe od prawdziwych.
„Panie Pickwick“, rzekł pan Dowler, „przedstawiam panu mego przyjaciela: pan Angelo-Cyrus, Bantam esq. dyrektor kąpielowy Bantam — pan Pickwick; niech się panowie zaznajomią“.
„Witam pana w Bath“, powiedział pan Bantam. „Jest to dla nas prawdziwie miła zdobycz. Już dawno, bardzo dawno nie pił pan wód, panie Pickwick. Wieki, panie!“
To mówiąc, pan Angelo-Cyrus Bantam, esq. d. k. ujął pana Pickwicka za rękę i ciągle potrząsał nią, kłaniając się, jak gdyby nie mógł jej puścić.
„Musiało to być bardzo dawno“, odrzekł pan Pickwick, „gdyż, o ile wiem, nigdy przedtem nie byłem w Bath“.
„Nigdy nie był pan w Bath!“ zawołał dyrektor i ze zdumieniem opuścił rękę filozofa. „Cha, cha, cha! Pan lubi żartować, panie Pickwick! Nieźle, nieźle! Chi, chi, chi!“
„Szczerze panu mówię, iż nigdy tu nie byłem“.
„Tak, tak!“ odrzekł mistrz ceremonji, „doskonale! Coraz lepiej! Pan jesteś właśnie gentlemanem, o którym nam mówiono. Znamy już pana, znamy!“
„Pewno czytali w tych przeklętych gazetach sprawozdanie z mego procesu“, pomyślał pan Pickwick.
„Tak, tak“, zaczął znowu pan Bantam, „pan jesteś tym gentlemanem, który mieszka w Clapham-Green, i stracił władzę w członkach, przeziębiwszy się po winie Porto, a który, wskutek ostrych cierpień nie mogąc się ruszyć z miejsca, kazał sobie sprowadzić wodę z Bath do Londynu, nagrzać ją do 103 stopni, a gdy wykąpał się, kichnął i wyzdrowiał tego samego dnia“.
Pan Pickwick pojął komplement, jaki zawarty był w tem opowiadaniu, ale miał tyle mocy charakteru, że nie przyznał się, by on był tym gentlemanem, tak cudownie uleczonym. Następnie, korzystając z chwili, w której pan Bantam umilkł, przedstawił mu swych przyjaciół, panów Tupmana, Winkle i Snodgrassa; przedstawienie to napełniło dyrektora kąpielowego rozkoszą i czcią.
„Bantam“, rzekł pan Dowler, „pan Pickwick i jego przyjaciele są obcy w tem miejscu; trzeba, by podali swe nazwiska“.
„Spis znakomitych gości będzie dziś złożony o godzinie drugiej w sali Źródlanej. Zechce pan zaprowadzić naszych nowych znajomych do tego wspaniałego gmachu i poprosić, by nas zaszczycili swemi podpisami“.
„Bardzo dobrze“, odrzekł pan Dowler. „Za godzinę wrócę tu. Chodź pan“.
„Dziś wieczorem mamy bal w Bath“, rzekł dyrektor kąpielowy, ściskając na odchodnem rękę pan Pickwicka. „Balowe noce w Bath są to chwile skradzione z raju, chwile zachwytu wywołanego muzyką, pięknością, wykwintnością, modą, etykietą itd., a przedewszystkiem nieobecnością handlarzy, którzy z pojęciem raju najzupełniej nie dadzą się połączyć, a którzy co czternaście dni urządzają sobie zebrania w Guildhall, w myśl zasady równi z równymi, co jest bardzo dziwne. Tymczasem adieu!“
To powiedziawszy i powtarzając bez końca, iż jest bardzo zadowolony, zachwycony i zaszczycony, Angelo-Cyrus Bantam esq. d. k. wsiadł do eleganckiego powozu, czekającego przed drzwiami, i odjechał.
O oznaczonej godzinie udał się pan Pickwick wraz ze swymi towarzyszami w towarzystwie pana Dowlera do sali Źródlanej, gdzie zapisali się do zwykłej księgi przyjezdnych — dowód pospolitowania, którym pan Angelo Bantam czuł się poruszony jeszcze bardziej niż poprzednio. Całe towarzystwo miało otrzymać bilety wstępu na bal, ponieważ jednak te nie były jeszcze gotowe, pan Pickwick oświadczył, mimo sprzeciwów pana Angelo Bantama, że o godzinie czwartej przyśle po nie Sama do mieszkania dyrektora przy Queen-Square. Dokonawszy potem krótkiej przechadzki po mieście i oświadczywszy jednogłośnie, że ulica Parkowa posiada bardzo wielkie podobieństwo do tych stromych ulic, które się widuje we śnie, a któremi za żadne skarby świata niepodobna iść do góry, wrócili pod „Białego Jelenia“, skąd wysłano Sama z wyżej wspomnianem poleceniem.
Sam Weller, osadziwszy sobie na głowie kapelusz lekko i z wielkim wdziękiem, wsunął obie ręce w kieszenie od kamizelki i poszedł ku Queen-Square, wygwizdując po drodze rozmaite popularne melodje tak, jak je w zupełnie nowej redakcji skomponowano dla tego szlachetnego instrumentu, jakim jest katarynka. Stanąwszy przed wskazanym sobie domem, przestał gwizdać i mocno zapukał do drzwi, które natychmiast otworzył lokaj, upudrowany i we wspaniałej liberji.
„Czy tu mieszka pan Bantam, kolego?“ zapytał Sam, bynajmniej nie olśniony blaskiem przepychu upudrowanego lokaja.
„Na co ci to, młodzieńcze?“ odpowiedział wyniośle lokaj.
„Bo jeżeli tak jest, to proszę zanieść mu ten bilet i powiedzieć, iż pan Weller czeka na odpowiedź. Czy chcesz mi zrobić tę przysługę, mój ty sześciostopowy?“ To powiedziawszy, Sam wszedł z zimną krwią do sieni i usiadł.
Upudrowany lokaj trzasnął gwałtownie drzwiami i zmarszczył brwi z wielką godnością; ale to nie wywarło żadnego wrażenia na Sama, który z miną znawcy, zajął się oglądaniem pięknej mahoniowej szafki.
Uprzejmość, z jaką pan Bantam przyjął bilet, widocznie dobrze usposobiła upudrowanego lokaja dla Sama, gdyż powróciwszy, uśmiechnął się do niego przyjaźnie, i powiedział, że zaraz otrzyma odpowiedź.
„Bardzo dobrze“, odrzekł Sam; „możesz powiedzieć staremu gentlemanowi, żeby się bardzo nie śpieszył. Niema nic nagłego, mój sześciostopowy. Jestem już po obiedzie“.
„Pan wcześnie jada obiad?“
„Żeby raźniej pracować przy wieczerzy“, odparł Sam.
„Czy dawno przebywa pan w Bath? Nie miałem przyjemności słyszeć o panu“.
„Nie sprawiłem tu jeszcze odpowiedniego wrażenia“, odrzekł Sam spokojnie. „Ja i inne osoby, którym towarzyszę, przybyliśmy dopiero wczoraj wieczorem“.
„Piękna miejscowość, panie“.
„Tak mi się zdaje“.
„Dobre towarzystwo, panie. Słudzy bardzo przyjemni“.
„Zdaje się. Uprzejmi chłopcy, nie zadzierają nosa, tylko nie trzeba się z nimi ceremonjować“.
„O tak, tak!“ odrzekł upudrowany lokaj, sądząc, że to, co Sam powiedział, zawiera przepyszny komplement. „Czy pan zażywa?“ zapytał następnie, podając tabakierkę.
„Ale zawsze kicham“.
„O, panie! Trudno jest nie kichnąć, gdy się zażywa, ale to z czasem przechodzi. Najlepiej uczyć się tego na kawie. Przez dłuższy czas zażywałem kawę. Wygląda całkiem, jak najlepsza rappee“.
Tu gwałtowne dzwonienie postawiło upudrowanego lokaja wobec nieprzyjemnej konieczności schowania tabakierki do kieszeni i zmusiło do udania się z potulną miną do bibljoteki pana Bantama. W tem miejscu zauważymy nawiasem, iż ludzie niepiszący i nieczytający, posiadają zawsze niewielki, zazwyczaj pusty pokoik, który nazywają bibljoteką.
„Oto odpowiedź“, rzekł do Sama upudrowany lokaj. „Obawiam się, by nie sprawiła panu subjekcji“.
„Niech się pan tem nie trapi“, odrzekł Sam, kładąc do kieszeni niewielki list. „Sądzę, że moja natura sprosta temu zadaniu, nie narażając się na wycieńczenie“.
„Spodziewam się, że zobaczymy się jeszcze“, rzekł upudrowany lokaj, zacierając ręce i odprowadzając Sama do drzwi.
„Bardzo pan łaskaw“, odrzekł Sam, „ale proszę, niech pan nie wysila nad miarę swej tak miłej osoby. Pamiętaj pan, coś winien społeczeństwu i nie obarczaj się zbytecznym trudem. Przez miłość dla podobnych sobie, zachowaj pan spokój o ile możności; pomyśl, jaka byłaby to strata dla ludzkości“.
Po tych słowach, Sam oddalił się.
„Bardzo oryginalny młodzieniec“, powiedział sam do siebie upudrowany lokaj, mocno zdumiony.
Tegoż samego wieczora, punktualnie dwadzieścia minut przed ósmą, Angelo-Cyrus Bantam, esq. d. k., wysiadł ze swego powozu przed drzwiami sali balowej z tym samym kokiem, temi samemi zębami, lornetką, łańcuchem, pieczątkami, pierścieniami, szpilką i laską, w które był przystrojony zrana. Jedyną zmianą w jego ubiorze było, iż miał na sobie frak nieco jaśniejszy, z białą jedwabną podszewką, obcisłe czarne spodnie, białą kamizelkę, i był, jeżeli to możliwe, jeszcze więcej wyperfumowany.
Tak przystrojony dyrektor kąpielowy umieścił się w pierwszym pokoju, by przyjmować gości i wykonywać inne ważne czynności swego zawodu.
Ponieważ w Bath było przepełnienie, ludzie i sześciopensówki sypały się jak z rogu obfitości. W sali balowej, w sali gry, w sali ośmiokątnej, na schodach, w przejściach, szmer głosów i szuranie nogami nie ustawało ani na chwilę. Suknie szeleściały, pióra kołysały się, światła błyszczały, klejnoty połyskiwały. Grała muzyka — nie orkiestra do tańca — ta jeszcze grać nie zaczęła — ale muzyka drobnych kroczków, śmiechu, delikatnego i stłumionego śmiechu kobiecego, który tak miło słyszeć, czy w Bath czy gdzieindziej. Błyszczące oczy, ożywione oczekiwaniem, jaśniały z każdego kąta. Gdziekolwiek spojrzałeś — przez tłum przeciskała się jakaś powiewna postać, a gdy ją straciłeś z oczu — natychmiast zastępowała ją inna, równie powabna, równie czarująca.
W sali, gdzie podawano herbatę, i dokoła stołów do gry zgromadził się tłum oryginalnych starych dam i zgrzybiałych gentlemanów, rozprawiających o małych skandalach dnia z ożywieniem, dostatecznie dowodzącem, jaką to sprawia przyjemność. Wśród tych grup uwijało się kilka szukających zięciów matek, pozornie zajętych rozmową, ale od czasu do czasu rzucających niespokojne spojrzenie w stronę córek. Te zaś, pomne na macierzyńskie zalecenia, by wykorzystać jak najlepiej urok młodości, roztaczały całą swoją zalotność, zdejmując rękawiczki, bawiąc się szarfami, odstawiając filiżanki i wykonywując mnóstwo drobnych ewolucyj, niż nie znaczących, ale które mogą być wielkiej doniosłości, gdy używają ich odpowiednio wytworne praktykantki.
Przy drzwiach i w odległych kątach młodzi mężczyźni roztaczali wszelkie odcienie elegancji i głupoty, zarozumiali wykwintnisie, bawiący ludzi rozsądniejszych swemi ogromnemi pretensjami, przekonani, na swoje szczęście, iż są przedmiotem powszechnego podziwu i uwielbienia. Mądre to i litośne zrządzenie Opatrzności, na które nie może narzekać żaden rozumny człowiek.
Na krzesłach, pod ścianami, zajęły miejsca niektóre damy niezamężne, w niebezpiecznym już wieku. Nie tańczyły, gdyż nie miały danserów, i nie grały w karty z obawy, by je nie poczytano za stare. Te były w tem szczęśliwem położeniu, że mogły wszystkich obgadywać, nie myśląc o sobie — powiadamy: wszystkich, gdyż tu rzeczywiście byli wszyscy.
Wszędzie pełno było wesołości, blasku i świetności, wszędzie elegancko ubrani panowie i panie, wspaniale lustra, błyszczące posadzki, jaśniejące kandelabry. A na każdym planie tego obrazu, przesuwając się z miejsca na miejsce z niezwykłą zręcznością, to kłaniając się uniżenie jednemu towarzystwu, to poufale kiwając głową drugiemu, a uprzejmie uśmiechając się do wszystkich, odznaczała się wystrojona osobistość Angelo-Cyrusa Bantama esq. dyrektora kąpielowego.
„Zejdź pan do sali, gdzie piją herbatę i każ jej i sobie dać za sześć pensów. Gorącą wodę nazywają tu herbatą“, rzekł głośno pan Dowler do pana Pickwicka, który szedł naprzód pod rękę z panią Dowler. Pan Pickwick zwrócił się więc ku wskazanej sali. W tej chwili pan Bantam, ujrzawszy go, prześliznął się przez tłum i powitał filozofa z wielkiem zapałem.
„Kochany panie! To prawdziwy zaszczyt... Całe Bath jest zachwycone... Pani Dowler! Jesteś pani ozdobą tej sali. Pióra masz pani przecudne. Ba-je-czne!“
„Czy jest tu kto z towarzystwa?“ zapytał pan Dowler pogardliwie.
„Towarzystwa? Wybór, e-li-ta!... Panie Pickwick, czy widzi pan tę damę w gazowym turbanie?“
„Tę starą, tłustą?” zapytał pan Pickwick niewinnie.
„Ts, kochany panie. Tu nikt nie jest ani stary, ani tłusty. To lady Snuphanuph“.
„A!“ odpowiedział pan Pickwick.
„Ni mniej, ni więcej. Zbliż się pan tu. Widzi pan tego młodego człowieka, bogato ubranego, który podchodzi ku nam?“
„Tego z długiemi włosami i dziwnie niskiem czołem?“ zapytał pan Pickwick.
„Tego, tego. To najbogatszy młody człowiek w całem mieście. To młody lord Mutanhead[1]“.
„Czy być może?“
„Tak, tak! Zaraz pan go usłyszy. Pewno zechce ze mną porozmawiać. Gentleman z czarnemi wąsami, idący obok niego, to szanowny pan Crushton, jego najlepszy przyjaciel. Jak się milord miewa?“
„Bardzo tu gorąco, mój Bantamie“, odrzekł lord.
„Rzeczywiście, bardzo tu gorąco, milordzie“.
„Djabelnie!“ dodał znakomity pan Crushton.
Po pewnej pauzie, podczas której lord Mutanhead chciał zmieszać pana Pickwicka, uparcie wpatrując się w niego; a towarzysz jego rozmyślał nad tem, o czem jego lordowska mość potrafiłaby mówić, pan Crushton zapytał:
„Bantam, czy widziałeś pocztową bryczkę jego lordowskiej mości?“
„Ach! Mój Boże! Nie widziałem“.
„Czy tak? Sądziłem, że wszyscy ją widzieli. Jest to najpiękniejsza i najgustowniejsza rzecz, jaką widziałem kiedykolwiek na kołach. Pomalowana na czerwono; a konie maści kawy ze śmietanką“.
„Z prawdziwą skrzynką na listy“, dodał pan Crushton.
„Z siedzeniem dla stangreta na przodzie“, mówił dalej lord. „Jeździłem nią wczoraj do Bristolu, w czerwonem ubraniu i z dwoma dżokiejami z tyłu. Niech mnie Bóg skarze, jeżeli chłopi nie wychodzili ze swych domów i nie pytali mię, czy nie jestem pocztyljonem! To doskonałe!“
Tu młody lord roześmiał się na całe gardło, a słuchacze, rozumie się, uczynili to samo. Potem lord wziął usłużnego pana Crushtona pod rękę i oddalił się.
„Zachwycający młody człowiek!“ rzekł dyrektor do pana Pickwicka.
„Hm!“ odrzekł sucho filozof.
Gdy poczyniono wszystkie wstępne kroki i zarządzenia do tańca, i gdy wreszcie tańce rozpoczęły się, pan Angelo Bantam poprowadził pana Pickwicka do sali gry.
W chwili, gdy tam wchodzili, lady Snuphanuph i dwie inne damy antycznej powierzchowności smutnie błąkały się koło jednego niezajętego stołu. Gdy tylko ujrzały pana Bantama, wprowadzającego pana Pickwicka, spojrzały po sobie wzrokiem, który wyrażał. Iż tego im właśnie potrzeba do złożenia partii.
„Mój kochany Bantam“, rzekła lady Snuphanuph ujmującym głosem, „znajdź nam kogoś czwartego do wista; tyś taki kochany“.
W tej chwili pan Pickwick patrzył w inną stronę, tak, że milady mogła wymownym znakiem wskazać na niego.
Mistrz ceremonji zrozumiał ten znak.
„Milady“, powiedział, „pan Pickwick będzie się uważał za szczęśliwego, jestem tego pewny... Panie Pickwick! Lady Snuphanuph, pani pułkownikowa Wugsby, panna Bolo“.
Pan Pickwick oddał ukłon i widząc, że nie ma sposobu wymknąć się, poddał się swemu losowi. Wybrano miejsce i filozofowi naszemu wypadło grać z panną Bolo.
Po druglem rozdaniu, dwie młode damy przybyły z sali tańca i umieściły się po obu stronach pułkownikowej Wugsby, czekając cierpliwie na ukończenie gry.
„Co tam?“ zapytała wreszcie pani Wugsby jednej ze swych córek, „co się stało?“
„Mamo“, szepnęła cichym głosem młodsza i piękniejsza, „przyszłam zapytać, czy mogę tańczyć z młodszym panem Crawley?“
„Cóż ty sobie myślisz, Joanno?“ odrzekła mama z oburzeniem. „Czyż nie powtarzałam ci ze sto razy, że ojciec jego ma wszystkiego osiemset funtów sterlingów dochodu! Doprawdy, że rumienię się za ciebie! Nie, nie, pod żadnym pozorem!“
„Mamo“, szepnęła druga panna, nierównie starsza od siostry, ale zato nieskończenie głupia i afektowana, „przedstawiono mi lorda Mutanhead. Powiedziałam mu, że zdaje mi się, iż nie jestem zaangażowana“.
„Dobre z ciebie dziecko; na ciebie można się spuścić“, odpowiedziała pani Wugsby, głaszcząc córkę pod brodę. „Lord jest niezmiernie bogaty, moja droga“.
To mówiąc, pani Wugsby ucałowała swą starszą córkę z wielkiem rozczuleniem i zmonitowała młodszą zmarszczeniem brwi, poczem stasowała karty.
Biedny pan Pickwick! Nigdy jeszcze dotąd nie grał z trzema staremi damami tak biegłemi w wiście. Biegłość ta przerażała go. Gdy zagrał źle, panna Bolo przeszywała go wzrokiem; gdy zatrzymał się dla namysłu, lady Snuphanuph przechylała się na krześle i uśmiechała się, rzucając na panią Wugsby spojrzenie pełne niecierpliwości i politowania, na co ta odpowiadała wzruszeniem ramionami i lekkim kaszlem, jakby zapytywała, czy przecież raz zdecyduje się zagrać. Przy każdem nowem rozdaniu kart panna Bolo zapytywała ze skrzywioną twarzą i pełnem wyrzutu westchnieniem, dlaczego pan Pickwick nie grał atout, nie bił pików, nie impasował trefli i t. d., a filozof nie był absolutnie w stanie wytłumaczyć się z tych ciężkich zarzutów, bo już zapomniał jakie miał karty. Ale to jeszcze nie wszystko: nieznajomi, nie należący od gry, zaglądali mu w karty; tuż obok stołu wszczęła się rozmowa bardzo ożywiona między panem Bantamem i dwiema pannami Matinters, osobami wcale już dojrzałemi, które wdzięczyły się do dyrektora, by im wynalazł tancerzy. Wszystkie te skombinowane okoliczności, w połączeniu z ciągłem szastaniem się mnóstwa osób, były przyczyną, iż pan Pickwick rzeczywiście grał dość źle; oprócz tego nie szła mu karta, tak, że ukończywszy grę o dziesięć minut po jedenastej, panna Bolo wstała bardzo wzburzona i ze łzami w oczach kazała się odnieść w lektyce do domu.
Pan Pickwick połączył się natychmiast ze swymi przyjaciółmi, którzy jednogłośnie oświadczyli, iż rzadko zdarzało im się przepędzić wieczór tak przyjemnie. Potem powrócili razem pod „Białego Jelenia“ a filozof, pocieszywszy się wypiciem czegoś rozgrzewającego, prawie zaraz poszedł spać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.
  1. Barania głowa.