Klub Pickwicka/Rozdział pięćdziesiąty siódmy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział pięćdziesiąty siódmy
w którym klub Pickwicka zostaje rozwiązany a wszystko kończy się ku zadowoleniu wszystkich.

Przez cały tydzień po przybyciu pana Winkle starszego z Birmingham, pan Pickwick i Sam po całych dniach nie bywali w oberży, przychodząc tylko na obiad, a jeden i drugi mieli poważne i tajemnicze miny, zupełnie niezgodne z ich charakterem. Widocznem było, iż przygotowuje się jakiś ważny wypadek, ale gubiono się w domysłach, jakiej może on być natury. Niektórzy — między nimi pan Tupman — skłonni byli przypuszczać, że pan Pickwick myśli o ożenku, lecz myśl ta została przez damy odrzucona w sposób stanowczy. Inni skłaniali się do mniemania, że nosi się z projektem wielkiej podroży i że obecnie zajęty jest przygotowaniami do niej. Temu jednak kategorycznie zaprzeczył Sam, który po krzyżowych pytaniach, zadanych mu przez Mary, oświadczył niedwuznacznie, że nowych podróży pan Pickwick nie podejmie. Wreszcie, gdy wszyscy przyjaciele przez sześć dni suszyli sobie mózgi, postanowiono jednogłośnie zawezwać pana Pickwicka do wytłumaczenia swego postępowania i zapytać wprost, dlaczego tak stroni od miłego towarzystwa zdziwionych przyjaciół.
W tym celu pan Wardle zaprosił wszystkich na obiad do „Adelphi“, a gdy wino dwa razy obeszło kolej, postawił to wielkie pytanie.
„Mój kochany Pickwicku! Radzibyśmy dowiedzieć się, czem mogliśmy cię obrazić, że tak stronisz od nas i poświęcasz cały swój czas jakimś samotnym wycieczkom“.
„Chcecie wiedzieć?“ odrzekł pan Pickwick. „To dziwne; właśnie dziś chciałem wam to wyjaśnić. Daj mi więc wina, a zaspokoję waszą ciekawość“.
Butelka obeszła kolejkę z niezwykłą szybkością, a pan Pickwick z wesołym uśmiechem spojrzał kolejno w twarze przyjaciół i tak zaczął:
„Wszystkie zmiany, jakie w naszem towarzystwie zaszły w ostatnich czasach (mówię tu o małżeństwach już zawartych oraz tych, które będą zawarte, wraz ze skutkami, jakie to za sobą pociąga), zniewoliły mię do pomyślenia o planie mego własnego życia w przyszłości. Postanowiłem osiąść w okolicy Londynu, w jakiem zaciszu, pięknem i przyjemnem. Znalazłem dom, jakiego mi było trzeba, kupiłem go i urządziłem tak, że mogę się wprowadzić, kiedy zechcę. Zamierzam więc w najbliższym czasie odbyć tam intromisję i mam nadzieję, będę mógł jeszcze spędzić kilka lat w tem miłem ustroniu, ciesząc się za życia towarzystwem moich przyjaciół i pewny, iż po śmierci będę żył w ich wspomnieniach“.
Tu pan Pickwick zatrzymał się. Dokoła stołu przebiegł pomruk łagodny i smutny.
„Dom, który kupiłem“, mówił dalej pan Pickwick, „znajduje się w Dulwich, w najpiękniejszej miejscowości, jaką można znaleść w okolicach Londynu. Mam wielki ogród, a samo mieszkanie nie tylko jest urządzone wygodnie, ale nawet, mogę powiedzieć, z pewnym wykwintem. Sami to zresztą osądzicie. Sam będzie mi towarzyszył. Za radą Perkera zgodziłem gospodynię, kobietę bardzo starą i przyjmę jeszcze tyle służby, ile będzie mi potrzeba. Chciałbym jednak, by to moje ustronie poświęcono jakimś obchodem, który chętniebym u siebie widział. Jeśli mój przyjaciel, Wardle, niema nic przeciwko temu, to prosiłbym go, by zaślubiny jego córki odbyły się w moim domu i to w tym dniu, w którym obejmę go w posiadanie. Szczęście młodych ludzi“ mówił pan Pickwick wzruszony, „było zawsze największą rozkoszą mego życia; serce moje odmłodnieje, gdy pod moim dachem spełnią się najgorętsze życzenia moich przyjaciół“.
Tu pan Pickwick znów zatrzymał się, wzruszony. Emilja i Arabella głośno płakały.
„Osobiście i pisemnie“, mówił dalej filozof, „porozumiałem się z naszym klubem i zawiadomiłem go o mych zamiarach. Podczas długiej mojej nieobecności zakradła się tam niezgoda, moje usunięcie się i rozmaite inne okoliczności przyspieszyły tylko jego rozwiązanie się. Klub Pickwicka już nie istnieje“.
„Poszukiwania i badania moje niejednemu mogą się wydać błahe“, mówił dalej filozof z powagą; „a jednak nigdy nie będę żałował“, dodał pan Pickwick cichym głosem, „że około dwóch lat poświęciłem przestawaniu z rozmaitemi gatunkami i odmianami ludzkich charakterów. Całe prawie życie poświęciłem praktycznym zabiegom w celach majątkowych, podczas tych badań widziałem jednak sceny, o których przedtem nie miałem najmniejszego pojęcia, co — jak sądzę — rozszerzyło mój horyzont umysłowy i udoskonaliło mój rozum. Jeżeli niewiele zrobiłem dobrego, to sądzę, żem jeszcze mniej zrobił złego. Dlatego przypuszczam, że u schyłku życia wszystkie moje przygody będą mi źródłem miłych wspomnień. A teraz, drodzy przyjaciele, niech was Bóg błogosławi!“
To rzekłszy, pan Pickwick nalał sobie szklankę i drżącą ręką podniósł ją do ust, a oczy jego napełniły się łzami, gdy ujrzał, iż nagle wszyscy wstali, by go uczcić.
Układy przedślubne pana Snodgrassa z panem Wardle nie zajęły wiele czasu. Narzeczony nie miał ani ojca ani matki a podczas swej małoletności pozostawał pod opieką pana Pickwicka, który najdokładniej znał stan jego interesów. Rachunki złożone przez pana Pickwicka panu Wardle najzupełniej zadowolniły tego gentlemana, zresztą wszystkie rachunki byłyby go zadowolniły, gdyż zacny człowiek miał serce przepełnione radością i weselem. Dał on Emilji piękny posag i postanowiono, że ślub odbędzie się za cztery dni. Ten krótki termin do rozpaczy doprowadził trzy krawcowe i jednego krawca!
Kazawszy założyć do karety pocztowe konie, stary pan Wardle pojechał nazajutrz po matkę. Kiedy zakomunikował starej damie wiadomość z wrodzoną sobie gwałtownością, natychmiast zemdlała. Odzyskawszy przytomność, kazała zapakować suknię z jedwabnego brokatu i opowiedziała kilka szczegółów, dotyczących ślubu najstarszej córki Lady Tollimglower, która wyszła zamąż w podobnych okolicznościach. Opowiadanie zajęło około trzech godzin i nie zostało nigdy skończone.
Należało jeszcze powiadomić o tem, co się stało, panią Trundle, ponieważ jednak była w stanie błogosławionym, mąż miał jej sam to powiedzieć, by się zbytnio nie przejęła wiadomością. Widocznie nie zaszkodziło jej to wzruszenie, gdyż natychmiast napisała do Muggleton, zamawiając sobie nową pelerynę i jedwabną suknię, przyczem oznajmiła, że będzie na weselu. Na to pan Trundle wezwał lekarza, a lekarz oświadczył, że pani Trundle wie najlepiej jak się czuje, na co znowu pani Trundle powiedziała, że czuje się dość silna i postanowiła być na weselu; na co znowu lekarz, człowiek rozumny i dyskretny, który wiedział, co potrzeba temu, a co innym, powiedział, że gdyby pani Trundle została w domu, to zmartwienie mogłoby jej więcej zaszkodzić niż jazda, lepiej więc niech jedzie. I pojechała. Lekarz przezornie zapisał jej pół tuzina recept na wszelki wypadek w drodze.
Gwoli większego zamieszania, pan Wardle otrzymał polecenie, by wręczył dwa liściki dwom młodym damom, które miały wystąpić jako druchny. Otrzymawszy zaproszenie, obie młode damy zaczęły desperować, że nie mają co na siebie włożyć, i że niema również czasu, by coś zrobić. Okoliczność ta, zdaje się, napełniła obu ojców młodych dam niesłychaną radością. Ostatecznie odświeżono stare sukienki, uszyto nowe kapelusiki, i obie młode damy wyglądały tak pięknie, jak tylko można. A ponieważ podczas ceremonji płakały w odpowiedniej chwili, i cieszyły się w odpowiednim czasie, zachowanie ich wszystkim się niezmiernie podobało.
W jaki sposób ubodzy krewni dostali się do Londynu — czy szli piechotą, czy przyjechali dyliżansem, czy uczepili się karety, czy nieśli jeden drugiego na zmianę — niewiadomo. Przybyli tam jednak jeszcze przed panem Wardle. Pierwszemi osobami, które w ów pamiętny dzień zastukały do drzwi pana Pickwicka, byli ubodzy krewni, cali w uśmiechach i wielkich kołnierzach.
Przywitano ich serdecznie, gdyż bogactwo czy ubóstwo nie grało żadnej roli u pana Pickwicka. Nowi służący okazali się uosobieniem zręczności i ruchliwości. Z Samem trudno było rywalizować w dowcipie. Mary jaśniała urodą i pięknemi wstążkami.
Oblubieniec, który od paru dni nie wychodził z domu, pojechał na spotkanie oblubienicy do Dulwich Church w asyście pana Pickwicka, pana Bena Allena, pana Boba Sawyera i pana Tupmana. Na koźle jechał Sam Weller, ubrany w nowa liberję, umyślnie na ten dzień wymyśloną, z wielką kokardą w klapie — dar pani jego serca. Przywitali ich państwo Wardle, państwo Winkle, narzeczona i druchny w mieszkaniu państwa Trundle. Po skończonej ceremonji wszyscy udali się na śniadanie do pana Pickwicka, gdzie ich już oczekiwał mały pan Perker.
Tu ostatecznie rozwiały się wszystkie chmurki. Wszystkie oblicza promieniały. Słychać było wokoło tylko życzenia i pochwały. Wszystko tu było prześliczne! Łąka przed domem, ogródek za domem, jadalnia, sypialnia, bawialnia, sypialnia, palarnia, a nadewszystko pokój do pracy, pełen malowideł, wygodnych foteli, starych gablotek, śmiesznych stoliczków, niezliczonych ksiąg, wielkich okien, wychodzących na piękną łąkę, usianą tu i ówdzie małemi domkami, skrytemi wśród drzew. A dywany, a firanki, a sofy, a fotele! Wszystko tu było tak wygodne, tak wykwintne, że niewiadomo było, co najbardziej podziwiać?!
Pośród wszystkich tych pięknych rzeczy stał pan Pickwick, z twarzą opromienioną uśmiechem, któremu nie był nikt w stanie oprzeć się: ani mężczyzna, ani niewiasta, ani dziecko. Zdawało się, że pan Pickwick był najszczęśliwszy ze wszystkich: co chwila ściskał komuś ręce — czasami dwa razy temu samemu, a kiedy nie miał kogo ściskać za ręce, zacierał dłonie z wyrazem niewysłowionej radości, oglądał się na każdy okrzyk zdumienia, czy zadowolenia i obdarzał wszystkich uradowanem spojrzeniem.
Oznajmiono, że śniadanie podano. Pan Pickwick prowadził starą damę (bardzo wymowną na temat lady Tollimglower) do szczytu stołu. Wardle siada na przeciwnym końcu. Reszta — gdzie kto chciał. Sam stanął za krzesłem swego pana. Śmiech i rozmowy ustały. Pan Pickwick, odmówiwszy modlitwę, zrobił małą pauzę i obejrzał się. Łzy płyną mu przy tem z oczu — łzy radości!
Niech nam wolno będzie pożegnać naszych przyjaciół w jednej z owych rzadkich chwil niezmąconego niczem szczęścia, które, o ile ich szukamy, zjawiają się czasem, by rozjaśnić nasze doczesne życie. Są na ziemi mroczne cienie, ale światło jest silniejsze — choćby przez sam kontrast. Niektórzy ludzie lepiej widzą w ciemności, niż za dnia — jak sowy i nietoperze. My, którzy nie posiadamy takich optycznych zdolności, wolimy rzucić ostatnie spojrzenie na naszych przyjaciół w jednej z owych chwil, gdy słońce świeci najjaśniej.
Jest losem większości ludzi, którzy żyją na świecie i osiągają wybitne stanowiska, że nawiązują prawdziwe przyjaźnie i z biegiem czasu tracą je. Jest losem wszystkich autorów i kronikarzy, że tworzą wyimaginowanych przyjaciół, by stracić ich po skończeniu swojej twórczej pracy. Ale to nie wyczerpuje jeszcze miary nieszczęść, gdyż nieraz żąda się od autora, by opowiedział, co się z wszystkimi stało.
Posłuszni temu zwyczajowi, bezsprzecznie złemu — podajemy krótką biograficzną notatkę o dalszych kolejach gości i znajomych pana Pickwicka.
Państwo Winkle, przywróceni przez ojca zupełnie do łask, wkrótce po opisanych wypadkach przenieśli się do małego domku w odległości niecałej mili od pana Pickwicka. Pan Winkle, który pracuje jako korespondent swego ojca w City, zmienił swój dawny strój na zwykłe ubranie Anglika i wygląda obecnie, jak przystało na chrześcijanina.
Państwo Snodgrassowie osiedli w Dingley-Dell, gdzie kupili sobie niewielką posiadłość, raczej dla przyjemności, niż dla zysku. Pan Snodgrass bywa czasami roztargniony i dotąd uchodzi za wielkiego poetę między swymi znajomymi, chociaż wiemy, iż nigdy nic nie napisał dla podtrzymania tej opinji. Ale znamy niejedną osobistość słynną w filozofii, literaturze i innych dyscyplinach, której wysoka wziętość nie na lepszych opiera się podstawach.
Pan Tupman, gdy przyjaciele jego pożenili się a pan Pickwick przeniósł się do swego własnego domku, zamieszkał w Richmond, gdzie mieszkał poprzednio. Latem przechadza się po tarasie z miną młodzieńczą i ujmującą, dzięki której jest przedmiotem uwielbienia wielu dam w pewnym już wieku, zamieszkujących tę okolicę. Ale nigdy już się nikomu nie oświadczył.
Pan Bob Sawyer najpierw ogłaszał się w gazetach a potem pojechał do Bengalu w towarzystwie pana Bena Allena. Obaj dostali posady chirurgów Kompanji Wschodnio Indyjskiej, obaj mieli po czterdzieści razy żółtą febrę, wobec czego postanowili spróbować, czy nie wyjdzie im na zdrowie pewna wstrzemięźliwość. Odtąd mają się dobrze.
Pani Bardell znów odnajmuje pokoje rozmaitym kawalerom. Zarabia na tem nieźle, ale nie wytacza już procesów o złamanie przyrzeczenia małżeństwa. Adwokaci jej, panowie Dodson i Fogg ciągle mają nawał pracy, z której ciągną wielkie dochody, i poczytywani są za najzręczniejszych między zręcznymi.
Sam Weller dotrzymał słowa i przez dwa lata był jeszcze kawalerem. Po dwóch latach, gdy gospodyni pana Pickwicka zmarła, filozof podniósł do tej godności Mary pod warunkiem, że niezwłocznie wyjdzie zamąż za Sama, co też spełniła bez szemrania. Mamy wszelkie powody przypuszczać, że związek ten nie został bezowocny, ponieważ w ogrodzie pana Pickwicka często widzieć można, jak bawi się dwóch ładnych chłopczyków.
Weller starszy jeździł dyliżansem przez rok jeszcze; potem wskutek napadów podagry zmuszony był do opuszczenia kozła raz na zawsze. Na szczęście, pieniądze powierzone panu Pickwickowi zostały tak dobrze umieszczone, że wystarczają mu na przyzwoite życie i utrzymanie w doskonałej oberży niedaleko Shooter’s Hill. Jest tam szanowany jak wyrocznia; chełpi się przyjaźnią z panem Pickwickiem i zachował niczem nieprzezwyciężony wstręt do wdów.
Pan Pickwick wciąż mieszka w swym nowym domu. Wolne chwile poświęca porządkowaniu pamiętników, które przedstawia następnie sekretarzowi tego ongiś znakomitego Klubu, lub słucha, gdy mu Sam czyta głośno i cieszy się, jak zwykle, uwagami Sama, których ten nigdy nie szczędzi. Z początku nabawiały go pewnego kłopotu prośby to pana Snodgrass, to pana Winkle, to pana Trundle, by trzymał do chrztu ich dzieci. Ale obecnie przywykł do tej ceremonji i wykonywa ją, jak coś bardzo zwykłego. Nigdy nie miał powodu żałować tego, co uczynił dla pana Jingle. Obaj bowiem — zarówno pan Alfred Jingle, jak pan Hiob Trotter — stali się porządnymi członkami społeczeństwa, ale za nic w świecie nie chcą powrócić na widownię dawnych swych czynów i pokus. Pan Pickwick podupadł nieco na siłach, ale umysł jego pozostał jak dawniej młodzieńczy. Często widzieć go można, jak podziwia obrazy w Dulwich Gallery lub przechadza się w pogodny dzień po okolicy. Znają go dobrze ubodzy w całem sąsiedztwie i nigdy nie omieszkają zdjąć kapelusza, gdy przechodzi. Sąsiedzi, a zwłaszcza dzieci, uwielbiają go. Co rok bywa na wielkiem zebraniu rodzinnem u pana Wardle. W podróży tej, jak wogóle w każdej okoliczności, towarzyszy mu wierny Sam, gdyż miedzy panem i sługą istnieje wzajemne i głębokie przywiązanie, które tylko śmierć rozerwie.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.