Klub Pickwicka/Rozdział dwudziesty piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dwudziesty piąty.
Który opisuje, oprócz innych przyjemnych zdarzeń, jak majestatyczny i bezstronny był pan Nupkins, jak pan Weller szybko odrzucił piłkę rzuconą przez Hioba, oraz inne zdarzenia, które znajdą się w odpowiedniem miejscu.

Gwałtowne było oburzenie pana Samuela Wellera, gdy go zabrano przemocą. Liczne były też aluzje, które czynił do wyglądu i zachowania pana Grummera oraz jego towarzyszy. Nieustraszone były wyzwania, które rzucał pod adresem sześciu podwładnych minorum gentium. Pan Snodgrass i pan Winkle słuchali z ponurem skupieniem ducha potoku wymowy, spływającego z ust ich mentora przez otwór w lektyce (pan Tupman czynił bezowocne wysiłki, zmierzające do przerwania tego potoku przez zamknięcie lektyki). Ale gniew pana Wellera ustąpił ciekawości, gdy orszak wszedł na podwórze, na którem spotkał był Hioba Trottera. Ciekawość zaś ustąpiła uczuciu zdumienia, gdy potężny Grummer, kazawszy ludziom niosącym lektykę przystanąć, poważnym krokiem ruszył ku zielonej furtce, z której rano wynurzył się Hiob, i pociągnął mocno za rączkę dzwonka. Na ten odgłos wybiegła ładna i fertyczna pokojówka i podniosła ręce ku niebu na widok buntowniczej postawy więźniów, niemniej jednak zdumiona była potokiem wymowy pana Pickwicka. Potem przywołała Muzzle. Muzzle otworzył połowę furtki, żeby mogła wejść lektyka, uwięzieni i konstable, poczem zatrzasnął ją natychmiast przed nosem pospólstwa; oburzona tem a rozciekawiona hałastra, ulżyła sobie, bijąc w bramę i dzwoniąc przez dobrych parę godzin. W zabawie tej brali udział koleino wszyscy, z wyjątkiem trzech czy czterech szczęśliwców, którzy odkrywszy w ścianie zakratowane okienko, przez które nic nie było widać, patrzyli przez nie z niezmordowaną wytrwałością, z jaką ludzie płaszczą nosy o szybę apteki, wiedząc, że w głębi prywatnego mieszkania aptekarza umiera pijak, przejechany na ulicy przez wóz.
Lektyka zatrzymała się przed kamiennemi schodami, wiodącemi do domu i strzeżonemi po obu stronach przez dwa aloesy w zielonych skrzyniach. Wysadzony w tem miejscu pan Pickwick ze swymi przyjaciółmi został natychmiast przyprowadzony przed oblicze czujnego pana Nupkinsa.
Scena, która się teraz odbyła, była ogromnie przejmująca i dobrze obliczona na przerażenie winowajców i danie wysokiego wyobrażenia o surowym majestacie prawa. Za ogromnym stołem, w ogromnem krześle, wsparty na ogromnej księdze, zasiadł pan Nupkins, jeszcze bardziej ogromny, jak się zdawało, niż wszystkie te przedmioty razem wzięte. Z boku, przy stole, ukazywała się głowa pana Jinksa, zajętego nadawaniem sobie miny człowieka bardzo zajętego. Po wprowadzeniu orszaku, Muzzle zamknął drzwi i stanął za krzesłem swego pana, sam zaś pan Nupkins, z wielką powagą wychyliwszy się w tył, badał wzrokiem wprowadzonych delikwentów.
Pan Pickwick, przedstawiciel swych przyjaciół, stał z kapeluszem w ręku, kłaniając się z pełną szacunku grzecznością.
„Co to za jeden?“ zapytał pan Nupkins, wskazując palcem na filozofa.
„To Pickwick, wasza wielmożność“, odrzekł Grummer.
„No, no, daj pokój, stary burczymucho“, przerwał Sam z pomocą łokci wysuwając się ku przodowi, „bardzo pana przepraszam, ale ten urzędnik pański nie nadaje się wcale na mistrza ceremonii. To jest“, mówił dalej, odpychając Grummera i zwracając się ku burmistrzowi z uprzejmą familjarnością, „to jest pan Samuel Pickwick esq. to pan Tupman, to pan Snodgrass, a dalej, po drugiej stronie, obok niego, pan Winkle, gentlemani bardzo mili w obejściu, z którymi, gdy się pan pozna, będzie pan to uważał za prawdziwą przyjemność. To też, im prędzej odpędzi pan tego zakrystjana, tem prędzej staniemy się dobrymi przyjaciółmi. Zresztą, najpierw interes, potem rozrywka, jak powiedział król Ryszard III-ci, gdy w Towerze zamordował już poprzedniego króla a zanim podusił jego synów“.
Ukończywszy to przemówienie, Sam począł wycierać sobie łokciem kapelusz i kiwnął panu Jinksowi, który słuchał poprzednich słów z niewysłowionem przerażeniem.
„Co to za człowiek, Grummer?!“ zawołał burmistrz.
„Bardzo niebezpieczny złoczyńca, wasza wielmożność. Chciał uwolnić więźniów i atakował organa władzy. Dlatego też przytrzymałem go“.
„Dobrześ zrobił. To widocznie zuchwały bandyta“.
„To mój służący, panie“, rzekł pan Pickwick z pewnem oburzeniem.
„A! Służący!“ odpowiedział pan Nupkins. „Spisek celem powstrzymania biegu sprawiedliwości i wymordowania jej organów. Służący Pickwicka. Zapisz pan to, panie Jinks!“
Pan Jinks zapisał.
„Jak się nazywasz?“
„Weller“ odpowiedział Sam.
„Doskonałe nazwisko! W sam raz do spisu w New Gate!“ powiedział pan Nupkins.
Był to żart. Więc Jinks, Grummer, Dubbley i konstable oraz Muzzle wybuchnęli śmiechem i śmieli się przez jakie pięć minut.
„Zapisz pan, panie Jinks!“ powiedział burmistrz.
„Przez dwa L, stary krogulcze“, dodał Sam.
W tej chwili jeden z konstablów niefortunnie wybuchnął śmiechem, za co burmistrz kazał go niezwłocznie wyrzucić. Niebezpieczna to rzecz w takich wypadkach śmiać się nie na miejscu!
„Gdzie mieszkasz?“
„Tam, gdzie jestem!“ odparł Sam.
„Zanotuj pan to, panie Jinks!“ zawołał burmistrz, którego gniew nagle się wzmógł.
„A nie zapomnij pan podkreślić!“ dodał Sam.
„To włóczęga, panie Jinks“, mówił burmistrz. „Włóczęga według własnego zeznania, nieprawdaż, panie Jinks?“
„Niezawodnie, panie burmistrzu!“
„A więc aresztuję go. Aresztuję za włóczęgostwo!“ powiedział pan Nupkins.
„Bardzo sprawiedliwy i bezstronny sąd w tym kraju!“ powiedział Sam. „Przydałaby się burmistrzom koza przynajmniej dwa razy częściej, niż innym ludziom!“
Usłyszawszy to jeden z konstablów do szczególnych poruczeń wybuchnął głośnym śmiechem, ale natychmiast przybrał minę tak nienaturalnie poważną, że burmistrz bez trudu odgadł, kto się śmiał.
„Grummer!“ zawołał burmistrz czerwony z gniewu. „Jak śmiesz wybierać na konstablów ludzi nieodpowiedzialnych i nieodpowiednich, jak ten tutaj?! Jak śmiesz?“
„Bardzo mi przykro, wasza wielmożność!“
„Przykro!“ z wściekłością zawołał burmistrz. „Odpowie mi pan za to zaniedbywanie obowiązków, panie Grummer! Muszę dać przykład! Zabrać mi tamtego! Jest pijany. — Jesteś pijany“.
„Nie jestem pijany, wasza wielmożność!“ powiedział konstabl.
„Jesteś pijany“ odpowiedział dobitnie burmistrz. „Jak śmiesz twierdzić, że nie jesteś pijany, kiedy ja ci mówię, że jesteś?! Przecież zalatuje od niego wódką! Sam powiedz, Grummer!“
„Strasznie, wasza wielmożność!“ powiedział Grummer, któremu rzeczywiście zdawało się, że skądciś zalatuje rumem.
„Wiedziałem, że jest pijany!“ mówił pan Nupkins. „Poznałem to po jego błyszczących oczach jak tylko wszedł do pokoju! Zauważył pan jak mu błyszczały oczy, panie Jinks?“
„Naturalnie, panie burmistrzu!“
„Nie miałem dzisiaj od rana kropli w ustach!“ tłumaczył się konstabl, który był najtrzeźwiejszy pod słońcem.
„Jak śmiesz łgać mi w oczy!“ oburzył się pan Nupkins.
„Oczywiście, panie burmistrzu“, odpowiedział pan Jinks.
„Panie Jinks, aresztuję tego człowieka za ubliżenie mi! Napisz pan odpowiedni rozkaz!“
I konstabl byłby był aresztowany, gdyby nie to, że pan Jinks, doradca pana Nupkinsa, znający prawo lepiej od niego (miał trzyletnią praktykę w biurze jednego z adwokatów miejscowych), powiedział cicho do burmistrza, że tak być nie może. Wobec tego burmistrz palnął długą mowę i oznajmił, że przez wzgląd na rodzinę konstabla zmienia wyrok i, po udzieleniu mu nagany, zwalnia go ze służby. Potem przez pół godziny jeszcze łajał konstabla i wkońcu kazał mu odejść. Zaś Grummer, Dubbley i Muzzle oraz inni konstable szeptem unosili się nad wielkodusznością Nupkinsa.
„Teraz, panie Jinks, niech Grummer złoży przysięgę“, rzekł burmistrz.
Grummer został bezzwłocznie zaprzysiężony, a ponieważ gmatwał się, a obiad u pana Nupkinsa był już gotów więc spisanie zeznań tego znakomitego przedstawiciela władzy odbyło się bardzo szybko. Samowi Wellerowi udowodniono gwałt publiczny, panu Winkle pogróżki, panu Snodgrassowi czynny opór. Po dokonaniu tego, burmistrz i pan Jinks odbyli cichym głosem naradę. Następnie burmistrz odkaszlnął, zamierzając przemówić do pana Pickwicka, gdy ten odezwał się pierwszy.
„Przepraszam pana“, powiedział, „ale nim wyda pan wyrok, mam prawo żądać, by i mnie także wysłuchano, przynajmniej w kwestii dotyczącej mnie osobiście“.
„Milcz pan“, zawołał burmistrz, „albo każę pana zaprowadzić do więzienia“.
„Może pan to uczynić, niemniej jednak mam prawo żądać, by mnie wysłuchano i żądać tego będę tak długo, dopóki nie zostanę wyprowadzony siłą!“
„Wiwat zasady!“ zawołał Sam.
„Sam! Bądź cicho“, rzekł pan Pickwick.
„Będę niemy, jak przedziurawiony bęben“, rzekł Sam.
Pan Nupkins, zdziwiony takiem niesłychanem zuchwalstwem, już miał odpowiedzieć z największą surowością, gdy pan Jinks pociągnął go za rękaw i szepnął mu coś do ucha. Widocznie coś mu tłumaczył, gdyż burmistrz po chwili ostrym tonem zapytał tylko pana Pickwicka:
„Co ma pan do powiedzenia?“
„Naprzód“, odrzekł filozof, rzucając przez okulary na pana Nupkinsa wzrok, od którego ten dostojnik zmieszał się, „naprzód chciałbym wiedzieć, dlaczego ja i moi przyjaciele zostaliśmy tu przyprowadzeni?“
„Czy mam mu to powiedzieć?“ szepnął burmistrz do pana Jinks...
„Sądzę, że należy powiedzieć“, szepnął Jinks.
„Zeznano przede mną pod przysięgą, iż zachodzi obawa, byś się pan tu nie pojedynkował, i że ten drugi, Tupman, jest współwinny w tej sprawie; dlatego też... co panie Jinks?“
„Tak, tak“, potwierdził Jinks.
„Dlatego też skazuję obu panów na... sądzę, że tak, panie Jinks?“
„Tak, panie“.
„Skazuję na... na co, panie Jinks?“ z niezadowoleniem zapytał burmistrz.
„Na przedstawienie poręczycieli“, szepnął Jinks.
„Tak, na przedstawienie poręczycieli, jak miałem powiedzieć, gdy mi przerwał mój sekretarz“.
„Pewnych poręczycieli“, znów szepnął pan Jinks.
„Żądam dwóch pewnych poręczycieli“, dodał burmistrz.
„Obywateli tutejszych“, szepnął pan Jinks.
„Znanych tutejszych obywateli“, mówił dalej pan Nupkins.
„I właścicieli nieruchomości; z kaucją po pięćdziesiąt gwinej“.
„Żądam dwóch kaucyj tych obywateli po pięćdziesiąt gwinej“, mówił dalej burmistrz donośnym głosem i z wielką powagą.
„Ależ, panie“, zauważył pan Pickwick, tak samo jak pan Tupman przejęty oburzeniem i zdziwieniem; „ależ my tu jesteśmy zupełnie obcy i tyle mamy znajomych między właścicielami tutejszych nieruchomości, co ochoty do pojedynkowania się“.
„Znamy to, znamy!“ rzekł burmistrz, „czy tak, panie Jinks?“
„Tak, panie“.
„Czy ma pan co jeszcze do powiedzenia?“ spytał burmistrz.
Pan Pickwick miał jeszcze bardzo wiele do powiedzenia i powiedziałby to z małym pożytkiem dla swojej sprawy a z niewiększem zadowoleniem burmistrza, gdyby Sam nie był go za rękaw pociągnął na stronę i nie rozpoczął rozmowy tak interesującej, że filozof nie słyszał pytania pana Nupkinsa. Pan Nupkins nie był człowiekiem, któryby takie pytanie zadawał dwa razy. Odchrząknął więc w sposób przygotowawczy i referował wyrok wśród pełnego szacunku milczenia konstablów.
Wyrok skazywał Samuela Wellera na dwie gwineje za pierwszy gwałt i na trzy za drugi, pana Winkle na dwie gwineje, pana Snodgrassa na jedną, przyczem wszyscy mieli przysiąc, iż nie popełnią gwałtu na żadnym poddanym Jej Królewskiej Mości, zwłaszcza na jej oddanym słudze, panu Danielu Grummerze. Panowie Pickwick i Tupman mieli złożyć poręczenie.
Gdy burmistrz przestał mówić, pan Pickwick nadał swej fizjonomii wyraz uśmiechnięty, zrobił krok naprzód i rzekł:
„Proszę pana burmistrza o udzielenie mi kilkuminutowej rozmowy na osobności. Chodzi tu o sprawę bardzo ważną dla niego samego“.
„Co?“ zawołał pan Nupkins.
Pan Pickwick powtórzył swe żądanie.
„Szczególne żądanie!“ zawołał burmistrz.
„Proszę o rozmowę na osobności!“ powtórzył pan Pickwick z mocą, „a ponieważ od mego służącego dowiedziałem się o tem, co mam panu zakomunikować, żądam więc, by i on był obecny przy tej rozmowie“ Burmistrz spojrzał na pana Jinks; pan Jinks spojrzał na burmistrza, konstable spojrzeli po sobie. Pan Nupkins zbladł. Może ten Weller w chwili, gdy sumienie go ruszyło, przyzna się do spisku na życie burmistrza! To była straszna myśl! Bo przecież pan Nupkins był człowiekiem politycznym. Pomyślał o Juliuszu Cezarze, o panu Percevalu, i zbladł jeszcze więcej. Potem spojrzał na pana Pickwicka i skinął na pana Jinksa.
„Co pan myśli o tem żądaniu?“ zapytał cicho.
Pan Jinks nie wiedział, co ma o tem myśleć, ale, bojąc się swego patrona, uśmiechnął się tylko słabo w sposób wyrażający powątpiewanie, potem zaś pochylił głowę.
„Panie Jinks“, rzekł wtedy burmistrz z powagą, „pan jesteś osioł“.
Usłyszawszy to lakonicznie wyrażone zapatrywanie, pan Jinks uśmiechnął się jeszcze raz, słabiej niż poprzednio, i odszedł na bok.
Przez pewien czas pan Nupkins zastanawiał się sam, co ma robić, wreszcie wstał w miną stanowczą i wezwał pana Pickwicka i Sama do przyległego pokoju. Tam dał im znak, by podeszli aż do okna, a sam został u wejścia, trzymając się nawpół przymkniętych drzwi, by w razie potrzeby móc się wycofać. Potem oznajmił, iż gotów jest wysłuchać ich oświadczeń.
„Panie“, rzekł pan Pickwick, „przechodzę prosto do sprawy, gdyż idzie o rzecz, która dotyczy przedewszystkiem pańskiej osoby i jego honoru. Mam wszelkie powody, by przypuszczać, iż przyjmuje pan w swoim domu nikczemnego oszusta“.
„Dwóch!“ przerwał Samuel. „Fjoletowy przewyższa wszystkich, jeżeli chodzi o mazgajstwo i oszukaństwo!“
„Samie!“ powiedział pan Pickwick. „Jeżeli mam rzecz jasno wyłożyć panu burmistrzowi, proszę cię, pohamuj się!“
„Bardzo pana przepraszam“, powiedział Sam, „ale kiedy mowa o tym Hiobie, nie mogę się powstrzymać, żeby nie wtrącić kilku słów“.
„Jednem słowem“, ciągnął filozof, „proszę powiedzieć, czy mój służący nie myli się, przypuszczając, że niejaki kapitan Fitz-Marshall przebywa w domu pana? Pytam pana o to, ponieważ...“ ciągnął pan Pickwick, widząc, że pan Nupkins chce mu przerwać gestem niezadowolenia, „ponieważ wiem że ten człowiek jest... jest...“
„Cicho... ciszej... panie“, przerwał pan Nupkins, zamykając drzwi. „Powiada pan, że człowiek ten jest...“
„Jest włóczęgą bez żadnych zasad, nędznym awanturnikiem, żyjącym na koszt społeczeństwa i oszukującym łatwowiernych...“
„Niech nas Bóg ma w swojej opiece!“ zawołał pan Nupkins, rumieniąc się i zmieniając całkiem swoje zachowanie; „niech nas Bóg ma w swojej opiece, panie...“
„Pickwick“, dopowiedział Sam.
„Panie Pickwick“, powtórzył burmistrz. „Siadaj pan, proszę. Co pan mówi? Kapitan Fitz-Marshall...“
„Nie jest ani kapitanem, ani Fitz-Marshallem“, przerwał Sam. „To komedjant nazwiskiem Jingle, a jeżeli kiedy wilk chodził w fioletowem ubraniu, to był nim niezawodnie Hiob Trotter“.
„Tak jest“, dodał pan Pickwick, odpowiadając na spojrzenie burmistrza; „jedynym powodem, dla którego przybyłem do Ipswich, jest zdemaskowanie tego łotra, o którym mówimy“.
Tu pan Pickwick opowiedział w krótkości wszystkie niegodziwości pana Jingle; jak się z nim poznajomił; jak Jingle uwiózł pannę Wardle, jak chętnie zrzekł się jej za pieniężne wynagrodzenie; jak wplątał pana Pickwicka w nocną wyprawę i jak on, pan Pickwick, czuje się w obowiązku zedrzeć z tego nikczemnika maskę, nazwisko i tytuł, przybrane obecnie.
W miarę, jak się rozwijało powyższe opowiadanie, wszystka krew, zwykle krążąca w ciele pana Nupkinsa, zbierała się w żyłach jego twarzy, aż po końce uszu. Zaznajomił on się z kapitanem na wyścigach w sąsiedztwie, zaprosił go do siebie, przedstawił pani Nupkins i pannie Nupkins. Te, zachwycone długą listą arystokratycznych znajomości kapitana, jego dalekiemi podróżami i wykwintnem obejściem, rozpływały się nad nim, występowały z nim wszędzie, chełpiły się przed znajomymi tak, że serdeczni ich przyjaciele, pani Porkenham i panny Porkenham oraz pan Sidney Porkenham, omal że nie pękali z zazdrości i rozpaczy. A po tem wszystkiem, okazuje się teraz, iż był to nędzny awanturnik, wędrowny aktor i jeżeli nie oszust, to przynajmniej coś tak podobnego do oszusta, iż trudno było dopatrzeć się różnicy. Sprawiedliwe nieba! Co powiedzą teraz Porkenhamowie! Co to będzie za triumf dla Sidney Porkenhama, którego konkury odrzucono dla kapitana! Jak pan Nupkins ośmieli się spojrzeć w oczy staremu Porkenhamowi na przyszłych rokach przysięgłych? A jeżeli się rozgłosi, coż to będzie za materjał dla opozycji!
Nastąpiło długie milczenie.
„Ale z tem wszystkiem“, zawołał pan Nupkins, rozpromieniony na chwilę, „są to tylko przypuszczenia. Kapitan Fitz-Marshall ma maniery bardzo wytworne, ale mógł zrobić sobie wielu nieprzyjaciół. Czem pan udowodni prawdziwość swych oskarżeń?“
„Niech pan nas obu postawi oko w oko; więcej nie wymagam. Niech stanie przede mną i przed mymi przyjaciółmi. Czy potrzeba innych dowodów?“
„To będzie bardzo łatwo, gdyż kapitan ma tu przyjść dziś wieczorem. Wtedy nie będzie trzeba rozgłaszać całej sprawy w interesie... tylko w interesie tego młodego człowieka. W każdym razie... chciałbym wpierw porozumieć się z panią Nupkins, czy krok taki byłby właściwy. Ale przedewszystkiem, panie Pickwick, musimy załatwić sprawę urzędową. Więc zechce pan powrócić do sali“.
Gdy się tam zainstalowano burmistrz zawołał majestatycznie:
„Grummer!“
„Jestem“, odpowiedział Grummer z uśmiechem faworyta.
„No, no“, rzekł burmistrz surowo, „tu nie miejsce na śmieszki; tu niema powodu do śmiechu. Czy zeznanie, które niedawno złożył pan, jest zupełnie zgodne z prawdą? Uważaj pan, co masz odpowiedzieć!“
„Wasza wielmożność“, — wybełkotał Grummer, „ja...“
„A! Mieszasz się! Panie Jinks, czy pan widzi, jak on się miesza?“
„Widzę, panie“.
„No, Grummer, powtórz swe zeznania; ale uprzedzam cię, miej się na ostrożności! Panie Jinks, spisuj pan, co będzie mówił“.
Nieszczęśliwy Grummer począł powtarzać swe oskarżenie. Ale pan Jinks tak podchwytywał jego wyrazy, burmistrz tak je przekręcał, iż w trzy niespełna minuty Grummer zaplątał się i rzecz tak powikłał, iż pan Nupkins stanowczo oświadczył, że niczemu nie wierzy. Wskutek tego kary zostały zniesione a pan Jinks znalazł bezzwłocznie dwóch poręczycieli. Po ukończeniu tych czynności, Grummer został oddalony: straszliwy przykład, jak niestałą jest wielkość ludzka i jak mało należy ufać łasce tego świata.
Pani Nupkins była kobietą majestatyczną, w turbanie z niebieskiej gazy i kosztownej peruce. Panna Nupkins posiadała wszystko, co było w matce wysokie, z wyjątkiem turbanu, i wszystko, co było fałszywe, z wyjątkiem włosów. Otóż za każdym razem, gdy manifestowanie tych dwóch miłych właściwości stawiało matkę i córkę w niemiłem położeniu, co zdarzało się dość często, obie sprzymierzały się i zwalały wszystko na barki pana Nupkinsa. Gdy ten udał się obecnie do swej żony i powtórzył jej to, co słyszał od pana Pickwicka, pani Nupkins przypomniała sobie, iż zawsze podejrzywała coś podobnego, że zawsze mówiła, iż na tem się skończy, ale nigdy nie chciano jej słuchać, — że nie wie, doprawdy, za co ją pan Nupkins ma, i. t d., i. t. d.
„Czy to możliwe!“ zawołała panna Nupkins, fabrykując w kątach oczu po jednej łzie bardzo chudych rozmiarów, „czy podobna, by mnie narażano na taką śmieszność!“
„Podziękuj papie!“ odrzekła pani Nupkins. „Ileż to razy prosiłam go, by zasięgnął wiadomości o rodzinie kapitana! Żeby też raz zdobył się na coś stanowczego!“
„Ależ, moja kochana...“ zauważył pan Nupkins.
„Nie mów do mnie, nieznośny człowieku!“
„Moja droga! Tak lubiłaś kapitana Fitz-Marshall, ciągle go zapraszałaś, przy każdej sposobności wprowadzałaś do domów naszych przyjaciół...“
„Czyż nie mówiłam, Henryko!“ zawołała pani Nupkins, zwracając się do córki z miną kobiety ciężko obrażonej; „czyż nie mówiłam, iż twój ojciec wszystko na mnie zwali?...“
Tu pani Nupkins zalała się łzami.
„O, papo!“ zawołała panna Nupkins tonem wyrzutu, i także zalała się łzami.
„Czy tego nie zawiele“, łkała pani Nupkins, „czy nie zawiele już tego, że wyrzuca mi się, iż ja jestem przyczyną wszystkiego, kiedy to on właśnie wystawił nasz dom na śmiech!“
„Jak się teraz pokażemy w towarzystwie?“ szepnęła panna Nupkins.
„Jak spojrzymy w oczy Porkenhamom?“
„Albo Griggom...“
„Albo Slummintowkensom? Ale cóż to obchodzi twego ojca!“
Na tę straszną myśl pani Nupkins zaczęła tak płakać, jak płakać mogą tylko serca rozdarte boleścią, a panna Nupkins poszła w jej ślady.
Łzy pani Nupkins nie przestawały lać się bardzo obficie, aż do chwili, kiedy uznała, iż najlepiej będzie poprosić pana Pickwicka z przyjaciółmi, by pozostali u nich aż do przybycia kapitana. Jeżeli wtedy wyda się jego oszustwo, to wypędzi się go z domu, nie rozgłaszając tego powodów; Porkenhamom powie się, by wytłumaczyć jego zniknięcie, iż, dzięki wpływom swej rodziny, kapitan mianowany został jeneralnym gubernatorem w Sierra-Leone albo Sangur-Point albo w jakimkolwiek innym z tych zdrowych krajów, które zwykle tak zachwycają Europejczyków, iż nie wracają stamtąd prawie nigdy.
Gdy pani Nupkins przestała wylewać łzy, panna Nupkins uczyniła to samo, a pan Nupkins uważał się za szczęśliwego, iż cała rzecz załatwi się według propozycji jego żony. Wskutek tego pan Pickwick i jego przyjaciele zostali przedstawieni damom, następnie zaś zaproszeni na obiad. Co do Sama Wellera, to burmistrz, z właściwą sobie bystrością umysłu, w mgnieniu oka przekonał się, iż był to najlepszy w świecie chłopak, i powierzył go gościnnej opiece pana Muzzle, dając mu przytem specjalny rozkaz, by zaprowadził Sama na dół i należycie go tam przyjął.
„Jak się pan ma?” rzekł Muzzle do Sama, prowadząc go do kuchni.
„Ha! Nie zaszła żadna wielka zmiana od czasu, jak widziałem pana sterczącego za krzesłem burmistrza w sali”.
„Przepraszam, że nie zwróciłem wtedy na pana uwagi, ale, jak pan to zapewne zauważył, nie byliśmy sobie przedstawieni. O! Mój pan bardzo pana polubił”.
„To miła figura”.
„Prawda?”
„Jowialny!”
„I znakomity mówca. Jak mu płyną myśli, co?”
„Zdumiewająco! Płyną tak szparko i tłumnie, iż stukają się głowami, i niewiadomo nawet, o co idzie”.
„To właśnie wielka zaleta stylu jego wymowy... Uważaj pan na ostatni stopień. Czy nie zechce pan umyć sobie rąk, nim pójdziemy do dam? Oto umywalnia; ręcznik wisi na kołku za drzwiami”.
„Nie szkodzi trochę się opłukać”, odrzekł Sam, nacierając ścierkę mydłem. „A dużo jest tu dam?”
„W naszej kuchni dwie tylko: kucharka i młodsza. Do gorszej roboty mamy chłopca i dziewkę; ale to jada obiad w pralni”.
„A, to jada w pralni?” zapytał Sam.
„Tak, próbowaliśmy to sadzać z nami do stołu, ale nie mogliśmy wytrzymać; dziewka ma maniery okropnie pospolite, a chłopiec, gdy je, tak kłapie zębami, iż niepodobna wytrzymać”.
„A! Cóż to za hipopotam!“
„To wstrętne! Otóż to, panie Weller, jest najnieznośniejsze na prowincji!... Młodzi ludzie są tak źle wychowani. Tędy, panie tędy...”
Tak rozmawiając, Muzzle z najwykwintniejszą grzecznością wprowadził Sama do kuchni.
„Mary”, rzekł do ładnej służącej, „oto pan Weller, którego nasz pan przysyła tu z poleceniem, by go przyjęto jak można najgościnniej.
„A wasz pan zna się na tem; w dobre miejsce mnie posłał”, rzekł Sam, spoglądając z uwielbieniem na piękną służącą; „ja, gdybym był panem tego domu, zawszebym był tam, gdzie Mary”.
„O, panie Weller!” zawołała Mary rumieniąc się.
„No, a ja!” zawołała kucharka.
„Ach! Zapomniałem o pani“, zawołał Muzzle. „Panie Weller, pozwól pan przedstawić sobie naszą kucharkę“.
„Jak się pani ma?“ zapytał Sam. „Bardzo mi przyjemnie poznać panią; spodziewam się, iż nasza znajomość będzie długotrwała, jak mówił pewien gentleman do banknotu na pięć funtów szterlingów“.
Po prezentacji kucharka i Mary cofnęły się w kąt i szeptały przez dziesięć minut a gdy wróciły, robiąc miny i rumieniąc się, wszyscy zasiedli do stołu.
Swobodne maniery Sama i jego talenty towarzyskie wywarły znakomity wpływ na nowych jego przyjaciół tak, że w połowie obiadu był już z nimi na stopie zupełnie poufałej i jak można najdokładniej przedstawił im całą przewrotność Hioba Trottera.
„Nigdy nie mogłam znieść tego człowieka“, rzekła Mary.
„To się rozumie“, odpowiedział Sam.
„Dlaczego?“
„Bo brzydota i przewrotność nigdy się nie zgodzą z wdziękami i cnotą. Nieprawdaż panie Muzzle?“
„Naturalnie“.
Na te słowa Mary poczęła śmiać się, zapewniając, że śmieje się z kucharki, kucharka zaś, zapewniając, że tak nie jest, także zaczęła się śmiać.
„Ach! nie mam szklanki!“ rzekła Mary.
„Pijmy razem z mojej“, odpowiedział Sam, „niech panna przyłoży tu usta, to będzie tak, jakbym ją pocałował przez prokurę“.
„Fe, panie Weller“.
„Dlaczego fe?“
„Fe tak mówić“.
„Ba! Niema w tem nic złego. To już tkwi w naturze. Nieprawdaż, pani kucharko?“
„Niech pan będzie cicho! Pan jesteś impertynent“, odrzekła zapytana z rozpromienioną twarzą.
Następnie kucharka i Mary, poczęły znowu śmiać się do rozpuku, aż ta ostatnia dzięki piwu, zimnemu mięsu i śmiechowi tak się zakrztusiła, że omal nie udusiła się; ten niebezpieczny kryzys przeszła przy pomocy kilku szturchańców w plecy oraz innych zabiegów, któremi w sposób wysoce uprzejmy służył jej Sam Weller.
Wśród tego usłyszano gwałtowne dzwonienie i młody gentleman, posilający się w pralni, poszedł bezzwłocznie otworzyć drzwi. Sam zalecał się do pięknej pokojówki, pan Muzzle robił honory stołu, a kucharka, która przestała na chwilę śmiać się, podnosiła właśnie do ust potężny kawałek mięsa, gdy drzwi się otworzyły i wszedł Hiob Trotter.
Napisaliśmy „wszedł“, ale właściwiej byłoby napisać „ukazał się“. Drzwi otworzyły się i ukazał się Trotter. Byłby wszedł a nawet miał wejść, gdy wtem ujrzał Sama. Mimowoli cofnąwszy się parę kroków, stanął niemy i nieruchomy i spoglądał ze zdumieniem i przerażeniem na obraz, jaki miał przed oczami.
„Otóż i on!“ zawołał Sam, wstając z radością. „Tylkocom tu wspomniał o jegomości: jakże się masz? Dlaczego tak rzadko tu bywasz? Wejdźno, wejdź!“
To mówiąc, Sam pochwycił Hioba za fioletowy kołnierz i bez oporu wciągnął do kuchni, potem zamknął drzwi a klucz wręczył panu Muzzle, który z zimną krwią wsunął go do kieszeni od kamizelki i zapiął surdut.
„A to się dziwnie złożyło!“ mówił dalej Sam; „mój pan ma przyjemność spotkać twojego pana na górze, a ja mam przyjemność spotkać ciebie na dole. Jakże się miewasz? Jakże tam nasz handelek korzenny, co? Doprawdy, mocno się cieszę, że cię widzę. Ty także masz zadowoloną minę. To bardzo dobrze. Prawda panie Muzzle?“
„O, tak, tak!“ rzekł pan Muzzle.
„Jesteś taki miły“, zawołał Sam.
„Taki uprzejmy“, dodał Muzzle.
„I taki szczęśliwy, że nas widzi“, rzekł Sam. „No siadajże, siadaj...“
Hiob siadł na krześle przy kominku i zwrócił swe małe oczki na Sama, potem na Muzzle, ale nic nie powiedział.
„No, teraz“, zaczął znowu Sam, „zrób mi tę przyjemność i powtórz tu, przed temi damami, że jesteś najprzyjemniejszym gentlemanem i najlepiej edukowanym ze wszystkich, którzy kiedykolwiek używali chustek w kraty i zbiorku pieśni nabożnych Nr. 4-ty“.
„I którzy kiedykolwiek zamyślali żenić się z kucharkami, ty szubieniczniku!“ zawołała kucharka, pełna cnotliwego oburzenia...
„Młodzieńcze“, wrzasnął Muzzle, roznamiętniony temi dwoma napomknieniami, „posłuchaj, co ci powiem! Ta oto dama (wskazując na kucharkę) jest moją dobrą przyjaciółką i jeżeli roi ci się w głowie, iż będziesz razem z nią miał sklepik korzenny, to tem ranisz mnie, mój panie, ranisz w najczulsze miejsce, w jakie człowiek może być zraniony. Czy rozumiesz?“
Tu Muzzle, który tak, jak jego pan, miał wielkie wyobrażenie o swym darze wymowy, zatrzymał się, czekając na odpowiedź; ale ponieważ Hiob widocznie nie był do niej usposobiony, Muzzle mówił dalej z ogromną powagą:
„Bardzo jest to prawdopodobne, mój panie, iż pan nie tak prędko będzie potrzebny tam, na górze, ponieważ mój pan rozprawia się właśnie z twoim panem. Więc i my możemy rozmówić się ze sobą na osobności. Czy pan mnie rozumie?“
Pan Muzzle znów zamilkł, czekając na odpowiedź; ale Trotter znów go zawiódł.
„A! Jeżeli tak“, zaczął znów Muzzle, „przykro mi, lecz muszę załatwić się z tobą wobec tych dam; niech mnie tłomaczy konieczność. Pokoik za kuchnią jest wolny; jeżeli zechce pan tam pójść, pan Weller będzie nam służył za świadka; tam będziemy mogli dać sobie zadośćuczynienie, dopóki nie zadzwonią. Chodź pan za mną...“
Mówiąc to, mężny Muzzle zrobił parę kroków ku drzwiom, zdejmując po drodze surdut, by nie tracić czasu.
Ale gdy kucharka usłyszała ostatnie wyrazy śmiertelnego wyzwania, i gdy ujrzała Muzzle, gotującego się do tego szczególnego pojedynku, krzyknęła przeraźliwie i rzuciła się ku Trotterowi, który teraz napróżno usiłował wstać, dała mu policzek, podrapała twarz i wsunąwszy obie ręce we włosy, wyrwała sporą garść. Dokonawszy tego czynu z zapałem, natchnionym przez miłość do pana Muzzle, zadrżała i padła zemdlona pod stół, gdyż była to dama obdarzona uczuciami bardzo delikatnemi.
W tej chwili odezwał się głos dzwonka.
„To na ciebie dzwonią, Hiobie Trotter“, rzekł Sam, i nim ten miał czas stawić opór lub uwolnić się, nawet nim zdołał zatamować krew, płynącą mu z ran, Sam wziął go pod jedną rękę, Muzzle pod drugą i tak, jeden ciągnąc a drugi popychając, zaprowadzili go po schodach do przedpokoju.
Tu odbywała się bardzo interesująca scena.
Alfred Jingle esq., inaczej kapitan Fitz-Marshall, stał przy drzwiach z kapeluszem w ręku, uśmiechem na ustach i twarzą bynajmniej nie zmienioną nieprzyjemnem położeniem. Naprzeciw niego stał pan Pickwick, który widocznie udzielał mu lekcji moralności, ponieważ lewa jego ręka była ukryta pod połą surduta a prawa wyciągnięta, jak to miał zwyczaj robić zawsze, gdy przemawiał, by wywołać wrażenie. Nieco dalej stał pan Tupman, pałający oburzeniem, ale silnie przytrzymywany przez dwóch młodych przyjaciół. Nakoniec w głębi pokoju stali: pan Nupkins, pani Nupkins i panna Nupkins, wszyscy z minami dumnemi i ponuremi, pełnemi groźby i oburzenia.
W chwili, gdy wprowadzono Hioba, pan Nupkins deklamował z namaszczeniem.
„Cóż mi przeszkadza“, mówił, „kazać aresztować tych wagabundów, jako łotrów i oszustów? Dlaczego unoszę się niepotrzebnem współczuciem? Cóż mi przeszkadza?“
„Duma, mój stary, duma“, odrzekł Jingle ze spokojem. „Zły efekt, złapaliśmy kapitana! Ha! Ha! Dobra gratka! Doskonała partja dla córki! — Za oszusta. — Rozgłosić to? — Za nic w świecie! Za wiele by gadano, za wiele“.
„Nędzniku!“ zawołała pani Nupkins, „pogardzamy twemi nikczemnemi insynuacjami!“
„Ja zawsze miałam wstręt do niego“, dodała Henryka.
„O! Rozumie się. — Słuszny, młody mężczyzna — stary wielbiciel, Sidney Porkenham, bogaty. — Ale zawsze nie tak bogaty, jak kapitan — a więc kosz! — Kapitan jest niezrównany. Wszystkie panny szaleją za nim... Co, Hiobie?! Ho! Ho!“
Tu pan Jingle począł śmiać się z całego serca. A Hiob, z zadowoleniem zacierając sobie ręce, wydał pierwszy głos od czasu, jak przyszedł. Był to także rodzaj cichego, drwiącego śmiechu, wynikającego ze szczerego zadowolenia.
„Panie Nupkins“, rzekła starsza dama, „służący niepotrzebują słyszeć tej rozmowy. Każ wyprowadzić tych dwóch nędzników“.
„Tak, tak, moja droga! Muzzle!“
„Jestem, panie“.
„Otwórz drzwi“.
„Już, panie“.
„Wynoście się stąd, nędznicy!“ zawołał pan Nupkins wyniosłym tonem.
Jingle uśmiechnął się i poszedł ku drzwiom.
„Stój!“ zawołał pan Pickwick.
Jingle stanął.
„Mógłbym“, rzekł wtedy pan Pickwick, „mógłbym srożej zemścić się za obejście, na jakie naraziłeś mię pan wraz z twoim przewrotnym przyjacielem... (Tu Hiob skłonił się z największą grzecznością i przyłożył rękę do serca). „Powiadam“, ciągnął dalej pan Pickwick, stopniowo roznamiętniając się, „powiadam, iż mógłbym srożej zemście się; ale poprzestaję na zdarciu z was maski, ponieważ jest to moim obowiązkiem wobec społeczeństwa. Chcę wierzyć, panie, iż nie zapomnisz tego umiarkowania. (W tem miejscu Hiob Trotter z komiczną powagą przyłożył rękę do ucha, jakby obawiał się stracić jeden wyraz z przemówienia pana Pickwicka). Jedno tylko mam jeszcze dodać“, mówił dalej filozof, już bardzo oburzony; „a mianowicie, że poczytuję pana za oszusta... — za łotra, za największego łotra, jakiego kiedykolwiek spotkałem... wyjąwszy tego wagabundę w fioletowej liberii...
„Cha, cha!“ odrzekł drwiąco Jingle. „Poczciwiec Pickwick! Złote serce! Dzielny stary! Ale nie trzeba tak unosić się. To niezdrowo. Adieu! Nie martw się pan; może jeszcze kiedy spotkamy się. — No, Hiob! w drogę!“
Mówiąc to, pan Jingle nasunął kapelusz i odszedł spokojnym krokiem. Hiob zatrzymał się, spojrzał dokoła, uśmiechnął się, potem, oddawszy panu Pickwickowi drwiący ukłon i spojrzawszy na Sama z trudnym do opisania bezwstydem, poszedł za swym panem.
„Sam!“ zawołał pan Pickwick, widząc, że służący jego chce iść za odchodzącymi.
„Słucham pana“.
„Zostań tu“.
Sam zawahał się.
„Zostań tu“, powtórzył pan Pickwick“.
„Czy nie mógłbym w ogrodzie poturbować trochę tego Hioba Trottera?“
„Niemożna!“
„Choćby tak trochę... spuścić ze schodów?“
„Stanowczo zabraniam...“
Przez jedną krótką chwilę, jedyną od czasu jak był w służbie, Sam miał minę niezadowoloną i nieszczęśliwą. Ale wkrótce przyszedł do siebie, gdyż chytry Muzzle, który ukrył się był za drzwiami, wyskoczył z za nich we właściwej chwili i bardzo zręcznie pchnął na schody pana Jingle i jego sługę tak, iż obaj potoczyli się na dół aż do samych aloesów.
„Teraz, panie“, rzekł pan Pickwick do pana Nupkinsa, „teraz, panie, spełniwszy nasze posłannictwo, ja i moi przyjaciele żegnamy pana, dziękując za gościnność. Zapewniam pana w ich i mojem imieniu, iż nie przyjęlibyśmy tej gościnności, gdyby nie nakazywało nam tego poczucie naszego obowiązku. Jutro rano powracamy do Londynu; tajemnica pana znajduje się w pewnych rękach“.
Zaprotestowawszy w ten sposób przeciw temu, co zaszło rano, pan Pickwick oddał głęboki ukłon damom i pomimo próśb, by został, wyszedł z pokoju ze swymi przyjaciółmi.
„Weź swój kapelusz, Samie“, rzekł do służącego.
„Mam go tam, na dole“, odrzekł Sam i pobiegł do kuchni.
Kapelusz gdzieś się zapodział. Sam zmuszony był wiec szukać go, a Mary mu przyświecała. Obejrzawszy wszystkie kąty, piękna służąca, zaniepokojona, gdzieby kapelusz mógł się zaprzepaścić, uklękła i przerzuciła wszystkie rupiecie, złożone za drzwiami. Było tam bardzo ciasno. Niepodobna było dostać się, niezamknąwszy wprzód drzwi.
„Mam już!“ zawołała wreszcie, „czy to ten?“
„Zobaczymy“, odrzekł Sam.
Mary postawiła świecę na podłodze, ale ponieważ świeca słabo świeciła, Sam zmuszony był także uklęknąć. Zakątek ten był szczególnie ciasny i tak się jakoś stało, bez niczyjej winy, wyjąwszy chyba tego, kto dom budował, że Sam i piękna służąca znaleźli się bardzo blisko koło siebie.
„Tak, to ten“, rzekł Sam. „Adieu“.
„Adieu“, odrzekła piękna służąca.
„Adieu“, powtórzył Sam, i mówiąc to, upuścił kapelusz z takim trudem odszukany.
„Jaki pan niezgrabny!“ zawołała Mary. „W ten sposób może go pan zgubić drugi raz“. I by go nie zgubił, sama włożyła mu go na głowę.
Twarz pięknej służącej była w tej chwili jeszcze piękniejsza niż zwykle. Otóż, czy z tego powodu, czy też z powodu innej natury, tak się jednak stało, że Sam ją pocałował.
„Spodziewam się, że zrobił pan to nieumyślnie!“ zawołała piękna dziewczyna, rumieniąc się.
„Nie, moja droga; ale teraz zrobię to już umyślnie“ i pocałował ją powtórnie.
„Sam!“ zawołał pan Pickwick z góry.
„Jestem panie“, odrzekł służący, biegnąc po schodach.
„Tak długo siedzisz!“
„Coś się stało z drzwiami i nie można było ich otworzyć“.
Taki był pierwszy rozdział miłości Sama.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.