Klub Pickwicka/Rozdział czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czwarty.
Mała wojna. Nowi znajomi. Zaproszenie na wieś.

Wielu autorów upiera się przy nietylko głupiej, ale, właściwie, i nieuczciwej zasadzie, żeby nie podawać źródeł, z których czerpią swoje najważniejsze informacje. Nie podzielamy tych zasad. Będziemy usiłowali wywiązać się w sposób właściwy z odpowiedzialnych obowiązków, jakie wkłada na nas nasz zawód wydawniczy. I, jakkolwiek w innych okolicznościach ambicja skłoniłaby nas, byśmy rościli sobie prawa do autorstwa tych przygód, wzgląd na prawdę każe nam jedynie przypisać sobie zasługę należytego opracowania szczegółów i nadania im formy opowieści. Dokumenty pickwickowskie służą nam tylko za źródła; można więc nas porównać z Wielką Kompanją Eksploatacyjną Źródeł Wód Mineralnych. Praca innych stworzyła dla nas olbrzymie rezerwoary doniosłych faktów. Zbieramy je poprostu i za pośrednictwem tych stronic, w postaci wesołego i wartkiego strumienia, dajemy do użytku tym, którzy są spragnieni wiedzy Pickwickistów.
Działając w tym duchu i odważnie wprowadzając w czyn postanowienie wymieniania autorytetów, do których zwracaliśmy się o radę, wyznajemy otwarcie, że notatnikowi pana Snodgrassa zawdzięczamy szczegóły umieszczone w tym rozdziale. — Szczegóły te (teraz, gdyśmy ulżyli swemu sumieniu) podamy bez dalszych komentarzy.
Cała ludność Rochester i okolicznych miasteczek zerwała się nazajutrz wcześnie z łóżek, bardzo wzruszona i podekscytowana. Wielka rewja miała się odbyć na Błoniach. Orli wzrok dowódcy miał dokonać przeglądu pół tuzina pułków. Wzniesiono tymczasową twierdzę, którą miano oblegać, zdobyć szturmem, i wkońcu wysadzić w powietrze.
Czytelnicy nasi mogli już wywnioskować z notat pana Pickwicka o mieście Chatam, że mąż ów był namiętnym wielbicielem wojska. Nic też nie mogło być przyjemniejszego, tak dla niego, jak i dla jego towarzyszy, jak widok małej wojny. Wcześnie więc zerwali się i szybkim krokiem poszli ku twierdzy, dokąd już ze wszystkich stron zdążały tłumy ciekawych.
Wszystko zapowiadało, że manewry będą niezwykle świetne. Ustawiono warty, by zabezpieczyć wolny plac dla ewolucyj. Sierżanci biegali na wszystkie strony, roznosząc kartki z rozkazami. Pułkownik Bulder, w galowym mundurze, galopował to w jedną to w drugą stronę, cofał swego konia na ciekawych, kazał mu wykonywać wolty i kurbety, i krzyczał tak głośno, iż twarz mu poczerwieniała i głos zachrypł, chociaż nikt nie mógł pojąć, naco się to wszystko przyda. Oficerowie latali tu i tam, odbierali rozkazy od pułkownika Buldera, powtarzali je sierżantom, potem znikali w galopie. Nawet szeregowcy patrzyli z poza płotu błyszczących luf z minami tajemniczo uroczystemi, co dostatecznie tłumaczył wyjątkowy charakter sytuacji.
Pan Pickwick i jego trzej towarzysze umieścili się w pierwszym rzędzie ciekawych, cierpliwie oczekując na rozpoczęcie manewrów. Tłum powiększał się ciągle a wysiłki jakie zmuszeni byli czynić dla utrzymania się na swych stanowiskach, dostatecznie zapełniły im dwie godziny oczekiwania. Czasami odczuwano nagłe pchnięcie od tyłu i pan Pickwick wylatywał naprzód z szybkością i elastycznością, niebardzo zgodną ze zwykłą powagą jego ruchów. To znowu żołnierze wzywali widzów do cofnięcia się, opuszczając kolby karabinów na nogi pana Pickwicka, by przypomnieć mu, aby się nie wysuwał naprzód, lub też rzeczone kolby przykładali mu do piersi, wzywając do trzymania się w szeregu. Innym razem żartobliwy jakiś gentleman, nacisnąwszy pana Snodgrassa, doprowadziwszy go w ten sposób do możliwie najmniejszej objętości i wystawiwszy na najostrzejsze tortury, zapytał go, dlaczego pozwala sobie tak się rozpychać. Zaledwie pan Winkle miał czas wyrazić całe swe oburzenie na tę niczem nieusprawiedliwioną pretensję, gdy jakieś indywiduum, stojące tuż za nim, wtłoczyło mu kapelusz na oczy, prosząc, by był na tyle grzeczny i schował do kieszeni swą głowę. Te dowcipy, połączone z niepokojem, jakim nabawiało ich nagłe i niepojęte zniknięcie pana Tupmana, sprawiały, że wogóle położenie naszych znajomych było bardziej niewygodne, aniżeli przyjemne.
Nakoniec rozległ się w tłumie gwar, zapowiadający, że nadchodzi to, na co tak długo czekano. Oczy wszystkich zwróciły się ku twierdzy i ujrzano bataliony, jedne po drugich rozwijające się na równinie, z wdzięcznie powiewającemi sztandarami i bronią połyskującą od słońca. Wojsko zajęło stanowiska. Zwięzłe słowa komędy przebiegły po całej linji; broń zaprezentowano ze szczękiem; naczelny dowódca, pułkownik Bulder, z licznym sztabem przejechał galopem przed frontem. Nagle zagrała muzyka wszystkich pułków, konie stanęły dęba i cofnęły się; psy poczęły szczekać, tłum krzyczeć; wojsku zakomenderowano: „Baczność!“ a jak daleko sięgał wzrok, na prawo i na lewo, widać było tylko długi szereg czerwonych mundurów i białych spodni, nieruchomych, jakby skamieniałych.
Pan Pickwick tak był zajęty cofaniem się i wymijaniem nóg końskich, iż nie miał czasu zachwycać się tym widokiem. Nakoniec, gdy udało mu się odzyskać nieco równowagi, wojsko stało już nieruchomo, jak to opisaliśmy wyżej; wtedy zachwyt filozofa doszedł do najwyższego punktu.
„Czy jest coś piękniejszego, cudniejszego?“ rzekł do pana Winkle.
„Nie, niewątpliwie“, odpowiedział ten ostatni, który od kwadransa dźwigał na sobie dwóch wyrostków.
„Tak!“ zawołał pan Snodgrass, w którego łonie zapalał nagle ogień poezji. „Tak! Wspaniałe to i wzniosłe widowisko, gdy tylu mężnych obrońców ojczyzny rozwija się w świetnych szeregach przed spokojnymi obywatelami. Twarze ich nacechowane są nietyle wojowniczą gwałtownością, ile raczej duchem cywilizacji, ich oczy nie błyszczą dzikim ogniem rozboju i zemsty, ale łagodnem światłem inteligencji i ludzkości“.
Pan Pickwick najzupełniej zgadzał się z temi pochwałami, jeśli chodzi o ducha, który je natchnął, ale niezupełnie przystawał na wyrażenia. Bo rzeczywiście, łagodne światło inteligencji błyszczało tu dość słabo, zważywszy, że znowu zakomenderowano „Baczność“ i widzowie mieli przed sobą nie mniej jak kilka tysięcy par oczu, spoglądających prosto przed siebie i najzupełniej pozbawionych wszelkiego wyrazu.
Tymczasem tłum zwolna usunął się i podróżnicy nasi pozostali prawie sami.
„Teraz jesteśmy w doskonałym punkcie“, rzekł pan Pickwick spoglądając dokoła siebie.
„Doskonałym“, odpowiedzieli panowie Winkle i Snodgrass.
„Zda... zdaje mi się...“ wybełkotał pan Winkle, blednąc, „zdaje mi się, że będą strzelać...“
„Ale cóż znowu!“ zawołał szybko pan Pickwick.
„Sądzę... sądzę że... że Winkle ma słuszność“, dodał pan Snodgrass, cokolwiek przerażony.
„To być nie może!“ powtórzył pan Pickwick.
Zaledwie jednak wymówił te słowa, gdy sześć pułków, jak jeden mąż i jakby miały jeden cel tylko, skierowało lufy na nieszczęśliwych pickwickistów i rozległ się huk, jaki może nigdy nie wstrząsał ziemią ani odwagą gentlemana w latach dojrzałych.
W tem krytycznem położeniu, wystawiony na ciągły ogień ślepych nabojów, zaniepokojony ruchami wojska, któremu nadchodziły nowe posiłki, rozwijające swe szeregi ztyłu, poza panem Pickwickiem, mąż ten okazał całą zimną krew, nieodstępną towarzyszkę wielkich umysłów. Uchwyciwszy za rękę pana Winkle i umieściwszy się między nim a panem Snodgrassem, przedstawiał im przekonywająco, że, wyjąwszy niebezpieczeństwa ogłuchnięcia od strzałów, niema się czego obawiać.
„Ale... ale...“ rzekł pan Winkle, blednąc, „przypuśćmy, że który z żołnierzy ma nabój z kulą... przez pomyłkę... Słyszałem ostry świst tuż koło...“
„Czy nie bałoby dobrze położyć się plackiem na ziemi?“ zapytał pan Snodgrass.
„Nie, nie, wszystko już się skończyło“, odrzekł pan Pickwick.
Gdy mówił to, usta jego mogły drżeć, policzki blednąć, ale żaden okrzyk strachu lub niepokoju nie wyrwał się z ust tego nieśmiertelnego męża.
Pan Pickwick miał słuszność; strzelanie skończyło się. Myślał więc już tylko o niezawodnej trafności swej hipotezy, gdy dostrzegł na całej linji szybkie ruchy. Krzyki komendy rozległy się znowu i pierwej, nim nasi podróżni mieli czas poczynić domysły, co to może być za nowy manewr, sześć pułków przyspieszonym krokiem poszło na bagnety ku miejscu, gdzie stał pan Pickwick z towarzyszami.
Człowiek jest śmiertelny a odwaga ludzka ma swe granice. Przez chwilę pan Pickwick spoglądał przez okulary na posuwającą się naprzód ściśniętą kolumnę, potem odwrócił się do niej tyłem i począł... nie powiemy uciekać, naprzód dla tego, że jest to wyrażenie ubliżające, powtóre, że sama osoba Pickwicka zupełnie nie nadawała się do tego rodzaju odwrotu, — począł tylko dreptać tak szybko, jak mu pozwalały na to niezbyt długie nogi i ciężar ciała; ale zapóźno ocenił całe niebezpieczeństwo położenia.
Wojsko, którego ukazanie się ztyłu zaniepokoiło pana Pickwicka przed kilkoma sekundami, teraz rozwinęło się w szyk bojowy dla odparcia ataku oblegających warownie, tak, że trzej nasi znajomi ujrzeli się pomiędzy dwoma długiemi rzędami bagnetów, z których jeden szybko się przybliżał, a drugi w miejscu czekał na natarcie.
„Na bok! Na bok!“ wołali oficerowie poruszającej się kolumny.
„Usuńcie się!“ krzyczeli oficerowie kolumny nieruchomej.
„Gdzie się podziać?“ krzyknęli przerażeni pickwickiści.
„Na bok! Na bok!“ było odpowiedzią. Potem nastała chwila niesłychanego zamięszania; odgłos miarowych kroków, gwałtowne uderzenia, stłumione śmiechy — wojska cofnęły się pięćset kroków a podeszwy butów pana Pickwicka ujrzeć można było w powietrzu.
Pan Snodgrass i pan Winkle wykonali również z najzupełniejszą dokładnością po jednym obowiązkowym koziołku. Właśnie pan Winkle, siadłszy na ziemi, tamował sobie chustką krew z nosa, gdy wtem ujrzeli w pewnej odległości swego czcigodnego mentora, biegnącego za kapeluszem, który oddalał się coraz bardziej, złośliwie podskakując.
Mało jest chwil w życiu, w którychby człowiek doznawał większej przykrości, nie zjednywając sobie przy tem żadnego współczucia, jak wówczas, gdy odbywa polowanie na swój własny kapelusz. Trzeba mieć wielki zasób zimnej krwi i wielką trafność sądu, by go złowić. Biegnąc zbyt szybko, wyprzedza się go; jeżeli schylamy się zbyt powolnie, gdyż sądzimy, iż go już trzymamy, kapelusz odbiega gdzieś daleko... Najlepsza metoda polega na tem, by biegnąć równolegle do przedmiotu naszych zabiegów, zachować największą przezorność, umieć skorzystać ze stosownej chwili, stopniowo wyprzedzać, potem nagle pochylić się, ująć kapelusz za rondo i mocno osadzić go na głowie, wdzięcznie uśmiechając się podczas całej gonitwy, jak gdybyśmy sami widzieli w tem żart tak dobry, jak wszyscy inni.
Lekki wietrzyk podmuchiwał i kapelusz pana Pickwicka toczył się przed nim, jakby igrając. Wiatr dmuchał, pan Pickwick sapał a kapelusz bujał jak rybka w bystrym nurcie. I pewno dotoczyłby się Bóg wie jak daleko, gdyby nie trafił na opatrznościową przeszkodzę w chwili, gdy nasz podróżnik zamyślał już pozostawić go jego nieszczęśliwemu losowi.
Pan Pickwick, niezwykle zmęczony, miał już zaniechać pogoni, gdy kapelusz wplątał się w koło jednego z kilkunastu powozów, stojących rzędem. Filozof potrafił wnet skorzystać z tej pomyślnej chwili, szybko pochylił się, pochwycił niesforne nakrycie głowy, silnie nasunął je na czoło i stanął, by odetchnąć. Upłynęło może nie więcej nad pół minuty, gdy usłyszał nazwisko swe wymówione donośnym i przyjaznym głosem. Podniósł oczy i wtedy przedstawił mu się widok, który go napełnił zarazem zdziwieniem i radością.

W wielkim otwartym powozie, od którego wyprzężono konie, stały osoby poniżej wymienione: stary dorodny gentleman w niebieskim fraku ze złoconemi guzikami, aksamitnych spodniach i długich butach; dwie młode panny w szarfach i stroikach; młody człowiek, prawdopodobnie zakochany w jednej z młodych panien; dama wieku wątpliwego, prawdopodobnie ciotka dwóch wyżej wymienionych panien, wreszcie pan Tupman, tak spokojny i swobodny, jakby
Karol Dickens - Klub Pickwicka 01 page051.jpg
należał do rodziny od samego dzieciństwa. Z tyłu powozu przywiązane było pudło wielkich rozmiarów, jedno z tych pudeł, które przez assocjację idej wzbudzają zawsze w organizacjach spostrzegawczych myśli o kapłonach na zimno, wędzonych ozorach i butelkach dobrego wina. Nakoniec, na koźle powozu, w stanie błogiej drzemki, siedział chłopak, tłusty, czerwony i pyzaty, na którego badawczy spostrzegacz nie mógł patrzeć przez kilka minut, by nie dojść do wniosku, że jest to właśnie urzędowy rozdawca w pudle zawartych skarbów, gdy nadejdzie właściwa chwila ich spożywania.

Zaledwie pan Pickwick ogarnął wzrokiem wszystkie te zajmujące przedmioty, gdy wierny jego uczeń znów począł go nawoływać.
„Pickwick! Pickwick! Właź pan tu prędko!“
„Chodź pan! Proszę“, dodał stary gentleman. „Joe! Niech djabli porwą tego chłopca! Znowu śpi! Joe! Spuść stopień!“
Pyzaty chłopiec zwolna zsunął się z kozła, spuścił stopień i w uprzejmy sposób otworzył drzwiczki. W tej chwili nadeszli panowie Snodgrass i Winkle.
„Wszyscy się tu pomieścimy“, zaczął znowu właściciel powozu. „Dwóch wewnątrz, jeden zewnątrz. Joe! Zrób na koźle miejsce dla jednego z panów. Teraz prosimy“.
I stary gentleman, wyciągnąwszy żylastą rękę, wwindował do powozu naprzód pana Pickwicka, potem pana Snodgrassa. Pan Winkle siadł na koźle: pyzaty chłopak pochylił się ku niemu i natychmiast zasnął.
„Cieszy mię, że oglądam panów“, mówił dalej stary gentleman: „znam panów bardzo dobrze, chociaż, być może, iż panowie nie przypominacie mię sobie. Niejeden wieczór spędziłem w klubie panów ostatniej zimy. Dziś rano spotkałem mego przyjaciela pana Tupmana, co mię wielce uradowało. No i cóż, panie? Jak się pan ma! Wygląda pan dzielnie, ale to bardzo dzielnie!“
Pan Pickwick, do którego były zwrócone te ostatnie słowa, odwdzięczył się odpowiednim komplementem i silnie uścisnął dłoń starego gentlemana.
„A pan!“ ciągnął dalej mówca, spoglądając z ojcowskiem zajęciem na pana Snodgrassa. „Doskonale! Nieprawdaż? Tem lepiej, tem lepiej! A pan jak się ma, panie Winkle? Dobrze? To mię cieszy. Moje córki, panowie. A to, moja siostra, panna Rachela Wardle. Dziewica a nie dziewczątko, co? Hę?“ dodał, śmiejąc się na całe gardło i uprzejmie szturchając łokciem w bok pana Pickwicka.
„Ależ bracie!...“ zawołała miss Wardle z błagalnym uśmiechem...
„Tak, tak“, zaczął znów stary gentleman, „nikt temu zaprzeczyć nie może. Panowie! Przedstawiam wam mego przyjaciela pana Trundle. A teraz, kiedy już wszyscy znacie się, bądźmy dobrej myśli i patrzmy, co się dzieje. Takie jest moje zdanie“.
To rzekłszy, włożył okulary; pan Pickwick wydobył swój teleskop i wszyscy, stojąc w powozie, przypatrywali się manewrom wojskowym.
Były to manewry godne podziwu. Jeden szereg strzelał ponad głowami drugiego szeregu i natychmiast cofał się; potem drugi szereg strzelał ponad głowami trzeciego i także cofał się; formowano czworoboki z oficerami w środku; włażono po drabinkach na wały, burzono barykady, utworzone z koszów, a wszystko to robiono z niezrównaną odwagą. Na okopach armatnich artylerzyści pakowali ogromne naboje w działa a gdy wystrzelili, żałosny krzyk trwożliwych kobiet długo rozlegał się w powietrzu. W powozie młode panny Wardle tak były przerażone, że pan Trundle był zmuszony podtrzymywać jedną z nich a pan Snodgrass drugą. Nerwy miss Racheli Wardle były tak okropnie rozdrażnione, że pan Tupman uznał za nieodzowną konieczność ująć ją za kibić, by nie upadła. Jednem słowem, wszyscy doznali niezwykłego wzruszenia, wyjąwszy pyzatego chłopca, który przy huku dział spał tak głęboko, jak przy zwykłej piosence piastunki.
Gdy zdobyto twierdzę i tak oblężonym, jak oblegającym, zastawiono obiad, stary gentleman zawołał:
„Joe! Joe! Przeklęty chłopak, znowu śpi. Bądź pan tak dobry i uszczypnij go w łydkę: tylko w ten sposób można go obudzić. Dziękuję panu. Joe, rozpakuj pudło“.
Pyzaty chłopak, rzeczywiście zbudzony zapomocą ściśnięcia mięsnych części nogi wielkim i wskazującym palcem pana Winkle, znowu zsunął się z kozła i rozpoczął rozpakowywanie pudła z nierównie większym pośpiechem, aniżeliby to można było przypuszczać po jego poprzedniej niemrawości.
„Teraz siadajmy jak można“, rzekł gentleman.
Po wielu żartobliwych napomknięciach o szerokości kobiecych sukien, po wielu rumieńcach, spowodowanych propozycją, by damy siadły na kolanach u panów, całe towarzystwo usadowiło się w powozie, a stary gentleman jął puszczać w koło przedmioty, podawane mu przez pyzatego chłopca.
„Teraz, Joe, podaj noże i widelce“.
Rozdano noże i widelce. Damy i mężczyźni w powozie, a pan Winkle na koźle, zaopatrzeni zostali w te niezbędne narzędzia.
„Talerzy, Joe! Talerzy!“
Talerze również rozdano w ten sam sposób.
„Teraz, Joe, podaj drób. Przeklęty chłopak, znowu śpi“. Kilka energicznych szturchańców wyrwało go z letargu.
„No, dawaj jeść!“
W dźwięku tych słów było coś takiego, co zupełnie rozbudziło zaspanego chłopca. Drgnął, a jego ołowiane oczy, napół zatopione w tłustych policzkach, miłośnie spoglądały na jadło, w miarę jak je wydobywał.
„No, żywo!“ zawołał pan Wardle, bo pyzaty chłopiec pożerał wzrokiem kapłona, z którym, zdawało się, nie był w stanie rozstać się. Wreszcie westchnął głęboko, rzucił rozpaczliwe spojrzenie na pulchne pieczyste i smutno podał je panu.
„Dobrze, tylko żywiej! Teraz ozór. Teraz pasztet z gołębi. Uważaj na cielęcinę i szynkę. Pilnuj raków. Wydobądź sałatę, podaj pieprzu...“
Wydając te szybkie rozkazy, pan Wardle rozdawał wewnątrz powozu wymienione wyżej artykuły i stawiał niezliczoną ilość półmisków na kolanach biesiadników.
Gdy rozpoczęto dzieło zniszczenia, wesoły starzec zapytał:
„Co? Czy nie doskonałe?“
„Przewyborne“, odrzekł pan Winkle, krając kawał kapłona.
„Szklaneczkę wina“.
„Z wielką przyjemnością“.
„Czy nie lepiej będzie, gdy podam panu na kozioł całą butelkę?“
„O! Jeśli pan tak łaskaw!“
„Joe!“
„Słucham pana“. (Tym razem pyzaty chłopiec nie spał, gdyż zwędził kawał cielęciny).
„Butelkę wina dla pana na koźle. Za pańskie zdrowie“.
„Bardzo jestem panu wdzięczny“, odrzekł pan Winkle, stawiając butelkę przy sobie.
„Czy zechce pan wypić ze mną szklankę wina?“ zapytał pan Trundle pana Winkle.
„Z największą przyjemnością“, odpowiedział zapytany i obaj wychylili po szklance, a wszyscy obecni, nie wyłączając dam, naśladowali ten dobry przykład.
„Jak nasza kochana Emilka kokietuje tego młodego człowieka“, szepnęła panu Wardle ciotka-panna, z całą zazdrością, właściwą ciotkom-pannom.
„Ba!“ odpowiedział ojciec. „Niema w tem nic nadzwyczajnego. To rzecz całkiem naturalna. Panie Pickwick! Szklankę wina?“
Pan Pickwick, przerwawszy na chwilę głębokie poszukiwania we wnętrzach pasztetu z gołębi, przyjął propozycję z wdzięcznością...
„Emiljo, moja droga“, rzekła ciotka niezadowolona, „nie mów tak głośno, moje życie“.
„Co ciocia mówi?“
„Zdaje się, że ciotka i ten mały tłusty jegomość chcieliby, by tylko im wszystko było wolno“, szepnęła panna Izabela Wardle do swej siostry Emilji. Potem obie panny poczęły serdecznie śmiać się a stara panna wysilała się, by nadać sobie przyjemny wyraz twarzy, co się jej jednak nie udawało.
„Młode dziewczęta są zwykle takie puste!“ rzekła do Pana Tupmana z miną czułego ubolewania, jakgdyby wesołość była rodzajem kontrabandy i jakby niewolno było nosić jej z sobą bez osobnego świadectwa; ale pan Tupman nie dał odpowiedzi, jakiej żądano.
„Ma pani słuszność“, rzekł, „to bardzo miłe“.
„O!“ zawołała miss Wardle z powątpiewaniem.
„Czy pozwoli pani“, zaczął znowu pan Tupman, dotykając w sposób nadzwyczaj ujmujący lewą swą ręką dłoni ponętnej Racheli, podczas gdy prawa ręka zwolna podawała butelkę. „Czy pozwoli pani?“
„O panie!“
Pan Tupman przybrał postawę jeszcze bardziej ujmującą, miss Rachela wyraziła obawę, by nie strzelano z dział, coby naturalnie znowu zmusiło kawalera do podtrzymywania jej.
„Czy uważa pan, że moje siostrzenice są piękne?“ szepnęła następnie ciotka bardzo słodko do ucha panu Tupmanowi.
„Uważałbym je za piękne, gdyby nie było tu ich ciotki“ odpowiedział ugrzeczniony pickwickista, spoglądając namiętnie.
„O! Szkaradny z pana człowiek. Ale doprawdy, gdyby miały nieco więcej świeżości, czyż nie wyglądałyby efektownie... przy świetle?“
„Tak sądzę“, odrzekł pan Tupman obojętnie.
„Kpiarz z pana; domyślam się, co chce pan powiedzieć. Wiem, wiem! Mężczyźni mają szczególny dar dostrzegania wszystkiego! Tak! To prawda! Nie mogę temu zaprzeczyć! Bo niezawodnie, jeżeli jest coś wadliwego w młodej osobie, to trzymanie się pochyło. Często jej to powtarzam, że gdy wejdzie nieco w lata, będzie szkaradna. O! Widzę, że pan jest złośliwy!“
Pan Tupman, zachwycony zjednaniem sobie takiej opinii tak tanim kosztem, usiłował przybrać minę dyplomatyczną i uśmiechnął się tajemniczo.
„Co za sarkastyczny uśmiech!“ zawołała zapalna Rachela. „Przestrasza mnie pan“.
„Ja przestraszam?“
„O! Przede mną nic się nie ukryje. Wiem ja, co ten uśmiech znaczy!“
„Cóż takiego?“ zapytał pan Tupman, który sam nie miał o tem najmniejszego wyobrażenia.
„Chcesz pan tem powiedzieć“, rzekła miła ciocia, jeszcze więcej zniżając głos, „chce pan powiedzieć, że sztywność Izabeli jeszcze mniej podoba się panu aniżeli trzpiotowatość Emilji. To prawda, Emilja jest płocha. Nie uwierzy pan, jaką mi to nieraz sprawia przykrość; nieraz całemi godzinami płaczę z tego powodu. Brat mój jest tak łatwowierny, iż tego zupełnie nie widzi. Ale gdyby widział, jestem pewna, że serceby mu pękło. Chciałabym wmówić w siebie, iż w gruncie rzeczy niema w tem nic złego. Serdecznie pragnę, by tak było“. (Tu czuła ciotka westchnęła głęboko i smutno potrząsnęła głową).
„Pewna jestem, że ciotka mówi o nas“, szepnęła miss Emilja Wardle do swej siostry; „niema wątpliwości, bo przybrała bardzo złośliwą minę“.
„Tak sądzisz?“ zapytała Izabela. „Ciociu! Ciociu!“
„Co chcesz moja droga?“
„Ciocia dostanie kataru; proszę okręcić sobie szalem swą sędziwą główkę. W twoim wieku, ciociu, należy więcej dbać o swe zdrowie“.
Chociaż takie wet za wet było słuszne, ale było zarazem tak dokuczliwe, iż niewiadomo, jakby się przejawił gniew ciotki, gdyby pan Wardle nie zrobił był dywersji, zawoławszy donośnym głosem:
„Joe! Przeklęty chłopiec! Znów śpi!“
„Szczególny chłopak“, rzekł pan Pickwick; „czy zawsze taki zaspany?“
„Zaspany? Ciągle śpi! Śpiąc wypełnia zlecenia a przy stole chrapie“.
„To szczególne!“
„O! Bardzo szczególne!“ odpowiedział stary gentleman. „Dumny jestem z tego chłopca. Za żadną cenę nie pozbyłbym się go. Jest to w swoim rodzaju osobliwość. Hej! Joe! Zabierz to wszystko i odkorkuj jeszcze jedną butelkę! Czy słyszysz?“
Pyzaty chłopiec otworzył oczy, połknął wielki kawał pasztetu, który właśnie zaczął był przeżuwać, gdy zasnął, i wykonywając rozkazy, spoglądał czule na resztki uczty, w miarę, jak je układał w pudle. Odkorkowano nową butelkę i wypróżniono bardzo prędko, pudło przymocowano na dawnem miejscu, a pyzaty chłopak znów wlazł na kozioł; okulary i perspektywy zwrócono na wojsko, które znów rozpoczęto manewry. Było jeszcze dużo huku dział i niemało przestrachu kobiet; potem podpalono minę, ku wielkiemu zadowoleniu wszystkich. Wreszcie wojsko i widzowie rozeszli się.
Kończąc rozmowę, przerwaną strzelaniem, stary gentleman rzekł do pana Pickwicka, podając mu rękę: „Pamiętaj pan, że jutro macie wszyscy nas odwiedzić“.
„Niezawodnie“, odrzekł pan Pickwick.
„Ma pan adres?“
„Manor Farm w Dingley-Dell“. odpowiedział pan Pickwick, zaglądając do swej książki notat.
„Tak. I pamiętaj pan, że zatrzymam was u siebie przynajmniej tydzień. Podejmuję się pokazać wam wszystkie osobliwości okolicy, a pozatem będziemy studjować wiejskie życie. O! Tylko przyjedźcie! Joe! Przeklęty chłopak! Znów śpi! Joe! Pomóż Tomowi zaprzęgać konie“.
Konie zaprzężono; woźnica siadł na koźle, pyzaty chłopiec umieścił się obok niego; nastąpiły pożegnania i powóz potoczył się. W chwili, gdy pickwickiści odwrócili się, by jeszcze raz spojrzeć na odjeżdżających, zachodzące słońce oświetliło oblicze starego gentlemana i tłuste policzki pyzatego chłopca; po chwili głowa tego ostatniego pochyliła się i znów zasnął.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.