Przejdź do zawartości

Klejnoty poezji staropolskiej/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Tytuł Klejnoty poezji staropolskiej
Podtytuł Nowa antologja
Redaktor Gustaw Bolesław Baumfeld
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wyd. 1919
Druk Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KLEJNOTY POEZJI
STAROPOLSKIEJ
NOWA ANTOLOGJA
UŁOŻYŁ, WSTĘPEM I PRZYPISAMI OPATRZYŁ
GUSTAW BOLESŁAW BAUMFELD
WARSZAWA   1919   KRAKÓW
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
MAZOWIECKA 12, STARE MIASTO 11, MARSZAŁKOWSKA 143.
Drukarnia Naukowa. Warszawa. Rynek Starego Miasta II.



Sobie śpiewam a Muzom! Bo kto jest na ziemi,
Coby serce ucieszyć chciał pieśniami memi?
Kto nie woli tymczasem zysku mieć na pieczy,
Łapając grosza zewsząd? A podobno k rzeczy:
Bo z rymów co za korzyść krom próżnego dźwięku?
Ale, kto ma pieniądze, ten ma wszytko w ręku:
Jego władza, jego są prawa i urzędy,
On gładki, on wymowny, on ma przodek wszędy...
Nie dziw tedy, że ludzie cisną się za złotem,
A poeta, słuchaczów próżen, gra za płotem,
Przeciwiając się świerczom, które nad łąkami
Ciepłe lato witają głośnemi pieśniami.
Jednak mam tę nadzieję, że przedsię za laty
Nie będą moje czułe nocy bez zapłaty.
A co mi za żywota ujmie czas dzisiejszy,
To po śmierci nagrodzi z lichwą czas późniejszy...
I opatrzył to dawno syn pięknej Latony,
Że moich kości popiół nie będzie wzgardzony...

(Z JANA KOCHANOWSKIEGO)[1].


OD WYDAWCY.

Nadchodzi nowy okres odrodzenia polskiego. Wypadki polityczne rokują Polsce znowu możność skupienia sił narodowych i kulturalnych we wspólnem ognisku a nadzieja powszechna zdaje się nowe siły pobudzać. W tej nadchodzącej epoce znajdzie pewnie rozkwit sztuk i nauk, rodzimej kultury polskiej rozwój, poczesne, właściwe epokom takim, miejsce. Jak w najlepszych kultury polskiej czasach, znowu obudzi się tęsknota do źródeł i podstaw literatury i mowy ojczystej. Czuć będzie Polak wolny potrzebę wczytania się w dzieła świetnej epoki Zygmuntowskiej i tych wszystkich następnych które objęte były czasami dawnej niepodległości. Ukazywać się będą zapewne liczne nowe wydania dzieł staropolskich a to tem bardziej, że wydań takich, odpowiadających szerszej potrzebie, brak u nas istotny.
Tymczasem dać pragniemy z tego zakresu książkę, przeznaczoną dla wszystkich, których choćby w skromnej mierze interesować może i powinna literatura i mowa staropolska, którzy nie chcą pozostać obojętni dla tych piękności i walorów kultury polskiej i nie chcą, by one dla nich pozostały obce.
Zawiera książka ta dokonany według najlepszych źródeł wybór najcelniejszych — z różnych względów — poezji polskich, od bezimiennych pieśni średniowiecznych począwszy, skończywszy na poezjach czasów rozbiorowych; pojęciem starej Polski objęliśmy bowiem wszystkie te czasy — aż do upadku pierwszego państwa polskiego t. j. do chwili, gdy z bólów i wysiłków rodzić się zaczęła nowa Polska, bezpaństwowa, do odzyskania własnego bytu politycznego dążąca. Książka to dla ogółu polskiego, wśród którego te poezje — z wielką szkodą dla poziomu i charakteru kultury swojskiej — zbyt jeszcze mało są znane; w pierwszym rzędzie dla tych, którzy nie mają czasu i sposobności, by dzieła literatury staropolskiej studjować w pełnych wydaniach gruntownie, — poza tem dla wszystkich, którzy, znając te dzieła, przecież z chęcią zajrzą czasami do podręcznej książki, przypominającej im najpiękniejsze wyimki z tego, co znają. Różni się ta książka od wszelkich w tym zakresie wydanych antologji i wypisów przez to, że nie ma charakteru podręcznika naukowego dla studjujących i nie ma być zatem systematycznym — według epok i autorów — przeglądem całej literatury staropolskiej; przeciwnie — z pominięciem wszelkiego balastu a przy całej ścisłości i wierności tekstów — ma to być antologja o charakterze wyłącznie literackim, artystycznym, mająca na celu — w takiej właśnie formie uczynić poezję staropolską bliską ogółowi czytającemu, spopularyzować ją wśród niego i rozmiłować go w niej w tym stopniu, jak rozmiłował się w niektórych poezjach nowoczesnych.
Ten cel zasadniczy tłumaczy niejeden ze sposobów ujęcia, transkrypcji i układu, zastosowanych w niniejszej antologji. Dla tego to celu wybraliśmy podział zebranych tu poezji na grupy według „tematów“: jest to niezawodnie ten punkt widzenia, z którego poezja staropolska najbardziej zainteresować może ogół szerszy i najłatwiej stać się mu dostępną. Czytelnik zrozumie, że podział taki nigdy nie może być ścisły: że wśród poezji np. „religijnych“ gęsto znaleźć się mogą motywy patryjotyczne i — odwrotnie (zwłaszcza w poezji polskiej!). Ale takie ugrupowanie ma tę jeszcze dobrą stronę, że uplastycznia wielostrunność poezyi naszej i daje poznać, jak ta lub inna struna dźwięczała u nas w różnych czasach i pod palcami różnych poetów; jest to moment, interesujący wszystkich miłośników literatury i kultury polskiej. Wewnątrz każdej grupy porządek utworów zachowano chronologiczny, znacząc według możności ściśle daty ich powstania.
Antologja staropolska w tym typie jest to zatem pierwsza[2]. Przy układaniu jej skorzystaliśmy z badań nowszych o tyle, że staraliśmy się nie pominąć żadnej z piękności, które przez nie wskazane zostały i podkreślone; w ten sposób nowa ta antologja staropolska będzie mogła zapewne niejedną z tych piękności, niedocenionych dawniej i niedostrzeżonych, z prawdziwym pożytkiem dla powszechnego smaku spopularyzować. Znajdą się więc tu — obok innych — poezje, po raz pierwszy w antologji umieszczone.
Nazwaliśmy zebrane tu utwory ogólnie klejnotami poezji staropolskiej. Gdyż znajdują się wśród nich natchnione miękkie strofy prawdziwego poety Jana Kochanowskiego i pełnobrzmiące oktawy jego imiennika Piotra, silna uczuciem i tonem poezja Mikołaja Szarzyńskiego — obok twardej, dźwięczącej jak szczęk zbroi, mowy „Wojny Chocimskiej“ Wacława Potockiego, wreszcie pełne wyrazu sielanki Szymonowicza obok niejednego rzewnego głosu poetyckiego z okresu rozbiorów. Te to poezje rozstrzygają o wysokim poziomie artystycznym niniejszego zbioru. Ten poziom był jedną z głównych jego wytycznych. A choć nie wszystkie poezje staropolskie stoją pod względem artystycznym równie wysoko, zwłaszcza o ile się je mierzy skalą dzisiejszych wymagań (były w literaturze polskiej, jak zresztą w każdej innej, okresy zniżenia smaku i piśmiennictwa), przecież wszystkie, które w tym zbiorze podajemy, są wybitne i charakterystyczne, bądź jako żywy odgłos myśli lub obyczaju staropolskiego, bądź jako silny wyraz uczucia ludzkiego, bądź wreszcie jako wzór niepospolity mowy poetyckiej danego okresu; lirykę i satyrę, dramat i epos, wszystko starano się tu uwzględnić w ramach, wytkniętych tej antologji, aby złożyć pełny — w danym zakresie — obraz poezji staropolskiej w najlepszych i najcharakterystyczniejszych jej zjawiskach.[3]

Kierując się specjalnem przeznaczeniem tej książki, mającej służyć szerokiemu ogółowi czytelników, zastosowano pisownię nowoczesną, o ile nie wpływała ujemnie na charakterystyczność staropolskiego wyrazu danych poematów.

Przydane na końcu objaśnienia rzeczowe, językowe i historyczno-literackie, ograniczone do koniecznego minimum, zgodzą się zapewne z zasadniczem tej książki zamierzeniem.


SŁOWO
O ROZWOJU POEZJI STAROPOLSKIEJ
Chcemy w szkicu niniejszym spojrzeć niejako z lotu ptaka na cały obszar poezji staropolskiej i na całą drogę jej rozwoju. Obszar ten obejmuje prawie sześć stuleci twórczości, od wieku 13-go do końca 18-go. Ściśle datami określić twórczości tej nie można, o ile chodzi o jej początki zwłaszcza. Przyjęliśmy wprawdzie połowę wieku 13-go jako okres, w którym powstała pierwsza pieśń polska, dzisiaj z rękopisów późniejszych znana, Bogurodzica, „najświętobliwsza pieśń i jakoby wyrocznia królestwa polskiego“ (jak o niej wydrukowano w r. 1506.), ale można przypuścić napewno prawie, że wiele pieśni polskich zaginęło w rękopisach i ze stuleci dawniejszych i z tegoż stulecia 13-go oraz następnych; są nawet ślady. Stłumiły zresztą pierwszą twórczość polską poetycką pisma łacińskie, obficie i gorliwie szerzone przez księży i misjonarzy wiary chrześcijańskiej w Polsce, którzy pierwszymi w niej byli wogóle przedstawicielami i oświaty i piśmiennictwa; gdy pisma łacińskie w Polsce sięgają prawie początków państwa polskiego(w każdym razie wieku 11-go), polskie, nie mówiąc już o poezji, zjawiają się dopiero w wieku 13-ym. Kościół w Polsce zrazu tłumił twórczość swojską, potem popierał ją i stał się na długo jej ogniskiem. Religijne pieśni polskie, przekłady z Pisma świętego (psalmy) i świętobliwe powieści — to pierwsze jaskółki polskiej mowy poetyckiej. Coraz tych ptaków było więcej i coraz gwarniej w tym skromnym domku twórczości polskiej: Pieśni Maryjne, modlitwy, pieśni o Duchu świętym, legendy, wreszcie w wieku 15-ym i początkach 16-go poezje świeckie (o przyzwoitości towarzyskiej, o zamordowaniu Tęczyńskiego, Satyra na chłopów, Pieśń o porażce pruskiej...). Wszystko to w rzadkich rękopisach odnajdywać musiały wieki późniejsze, najczęściej trafem tylko, często po obcych i dalekich księgozbiorach. Wszystko to polskie prymitywy poetyckie, w mowie tworzone ludowej. Powoli wykluwała się polska mowa poetycka, do piękniejszej formy jeszcze nienawykła, w słowie pisanem walcząca z wielu trudnościami, próbująca, jakby ten lub ów dźwięk mowy polskiej wyrazić na piśmie (pisano then, szye [się], ó [ą]). Druk, wprowadzony w samym końcu w. 15-go do Polski, rozwiązał skrzydła i poezji polskiej. Długo jednak walczyła jeszcze z zależnością od obcych wzorów i wpływów, pod których opieką nawet sama mowa i forma kształciła się i wyrabiała, zrazu niezdarnie i nieśmiało chodząc, jak dzieciątko.

Największą zaś przeszkodą na drodze do jej wyzwolenia były — język i literatura łacińska. One to sprawiły, że literatura polska wogóle — spóźniła się. Zrazu mało kto umiał z Polaków czytać i pisać, mowa polska tem bardziej do literatury nie była wprawna, — a kiedy pod skorupą łacińską wezbrała się już i dojrzała, ze strumieniem poezji potoczyć się mogła, znowu naszła fala obca uczonej mowy łacińskiej, zakochania się w dawnych łacińskich i greckich pisarzach (humanizm) i odepchnęła swojską falę znowu na całe pół wieku. Dzielni urodzeni poeci — Polacy, jak Klemens Janicki, piękne swoje dzieła pisali — po łacinie (wieku 16-go pierwsza polowa). Ta łacińska moda do nas później przyszła, niż gdzieindziej, i u nas dłużej trwała, tak, że poezja polska w stosunku do innych w Europie spóźniła się mocno.
Aż zniecierpliwił się Mikołaj Rej, jakby przez opatrzność mało umiejący po łacinie, i pisał: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, że Polacy nie gęsi, i swój język mają!“ Zaczął więc pisać i drukować po polsku ten pierwszy pisarz polski, pierwszy poeta, prawie jeszcze na pół ludowy, jakby przez niego chciała się wypowiedzieć jeszcze do końca ta pierwotna poezja swojska, która tyle w Polsce miała przeszkód w swym rozwoju; z nim dzieli zasługę pierwszeństwa jeszcze tylko Marcin Bielski. Skala twórczości u Reja jeszcze nie bogata: satyra obyczajowa i moralistyka — to właściwie wszystko; jest to zresztą zakres, właściwy świeckiej poezji prymitywnej, którą sztukę rozumiała tylko w ścisłem przystosowaniu do realnego żywota. Forma Reja niewiele jeszcze odbiegła od prymitywów (rymy i rytmy pierwotne, często pozorne), ale zato czystość mowy i żywość obrazów urodzonego pisarza. Współcześni nazywali go „zacnego pocztu (poetyckiego) starszym hetmanem“:

„Przyrodzonym dowcipem wielkiej sławy dostał...
Wodza żadnego nie miał a trafił do skały,
Z której płyną strumienie nieskończonej chwały“.

Tak oceniali współcześni pierwszego swojego pisarza.
Ale długo tamowany potok twórczości polskiej artystycznej wyzwolił się dopiero w dziełach Jana Kochanowskiego i jego następców najbliższych. Okazało się dopiero wtedy, jak bardzo dojrzały już polska mowa, myśl i uczucie, do wybornej literackiej twórczości, jak wiele wzięły w siebie najlepszych pierwiastków z kultury językowej i literackiej Greków i Rzymian oraz współczesnych humanistów. Była to dobra strona owej przydługiej szkoły, w której poezja polska siedzieć musiała, zanim usamodzielnić i wyzwolić się mogla. Wpływy te zresztą nie ustawały nadal; szacunek i umiłowanie dla języka i kultury starożytnej kazały długo jeszcze, do samego końca Rzeczypospolitej, uznawać język łaciński w Polsce jako drugi obok polskiego w twórczości naszych poetów i zwłaszcza uczonych. Miała Polska jeszcze w 16 i 17 wieku poetów wyłącznie łacińskich, doskonałych (Sarbiewski) i przez pół łacińskich (Klonowicz), a sam książę poetów wieku złotego, Kochanowski, dzieła łacińskie pisał. Ale wiek złoty już na oścież otworzył wrota polskiej mowie poetyckiej. Rozszerzył się ogromnie zakres twórczości polskiej a właśnie mistrz z Czarnolasu był arcypolskim poetą i arcyludzkim; nie było uczuc pięknych, dla których on w poezji nie znalazłby wyrazu gorącego i formy szlachetnej, Najczyściejsza liryka płynęła z jego strun, wznosząc się czasami do wyżyn hymnu, od najprostszej piosenki. Prawdziwy urodzony poeta (poeta natus) „wdarł się na skałę pięknej Kalliopy, gdzie dotychmiast nie było śladu polskiej stopy“. Treny, Psałterz Dawidów, Odprawa posłów greckich ze swemi cudnymi chórami, Pieśni i Fraszki. Muzy, Proporzec, Satyr i Szachy, — a więc i czysta liryka, i próba dramatu, i szkice epiczne, — to prawdziwie złotem lśniące punkty twórczości owego „Złotego okresu“; a dalsze: Szarzyńskiego Sonety, Szymonowicza Sielanki, Górnickiego Dworzanin, ks. Skargi Kazania sejmowe, Grabowieckiego Rymy duchowne (dzisiaj dopiero oceniane). Żywość, bezpośredniość i szczerość, prostota, złączona z wykwintem, — są właśnie złotem, które błyszczało w poezji tego czasu. Miłość we wszelkiej postaci, żal i smutek, oburzenie i radość — znajdują w niej pełny wyraz, a przedewszystkiem miłość i duma, rozkosz prawie, wolności, politycznej i osobistej, — której poczucie tak silne dał humanizm sferom wykształconym i inteligentnym. Co do formy technicznej poematów tego czasu, to tak rymy, jak i rytmy, wyzbywszy się wszystkich niemal pierwotności, stają na poziomie odrazu wysokim; mowa poetycka dorównywa najlepszym wzorom obcym, współczesnym romańskim. Z entuzjazmem podnosi to jeden z bezimiennych poetów 16-go wieku:

„Niech już milczą Grekowie, niech już milcz Włoszy,
I cóż mają milszego nad polskie rozkoszy?“

Tych „rozkoszy“, tych piękności starczyło literaturze polskiej na długo. Wpływ trwał i podtrzymywał twórczość dalszą wśród niepomyślnych czasów późniejszych, wśród zamętu; nic bardziej charakterystycznego i bardziej wzruszającego, jak to uwielbienie, którem otaczali poetów „złotego wieku“, zwłaszcza Kochanowskiego, następni pisarze polscy (w w. 17-ym). Do poetów owego wieku zwróci się też znacznie później nanowo największy poeta polski, Mickiewicz; kiedy w romantyzmie nastąpi odrodzenie poezji, sięgnie się do tych krynic poezji polskiej.
Wiek 17-y odznacza się bujnością form i motywów. Prawie przez całe to stulecie nie braknie dobrych poetów. A choć się wiele nie drukuje, pisze się bardzo wiele. Poziom jednak ogólny poezji (i wogóle piśmiennictwa) w tym czasie nie jest już tak wysoki, jak w okresie poprzednim, w niejednem nawet zniża się bardzo. W mowie poetyckiej, w stylu, w zdobności — znać barok w ujemnych jego cechach. Gadatliwość w poezji świadczy o braku umiaru artystycznego, zwroty i ozdoby stylu często ciężkie, nienaturalne, dalekie od pięknej prostoty. Po wpływach klasycznego humanizmu pozostały czcze formy zewnętrzne — bez jego ducha. Poezja zgina się zbyt często niziutko w stronę magnatów i wysokiej szlachty (wszystkochwalczy „panegiryzm“); religijność zbyt wyłącznie zapanowuje nad ogółem twórczości. Mowa poetycka, wyzwolona w drugiej połowie 16 w. z pierwotności ludowej, wpada teraz w pierwotność i potoczność mowy gminu szlacheckiego. Wszystko to jednak nie ujmuje — bujności. Przybywają nowe formy poezji. Poezja wieku 17-go objawia wyraźną tendencję do stworzenia epopeji i jego rymowane kroniki często podnoszą się do wyżyn rycerskiego eposu. Epoka odbija się żywo w dziełach współczesnych; przyczynia się ta żywość do bujności i oryginalności poezji 17-go wieku. Polskie czasy „ognia i miecza“ i wojennego „potopu“ pozostawiły w poezji i współczesnej niezatarte ślady. Na plan pierwszy wysuwa się, mająca miejsca wspaniałe, „Wojna Chocimska“ Wacława Potockiego. Poza tem rozwijają się w dalszym ciągu dawne formy: sielanka (bracia Bartłomiej i Szymon Zimorowicze, Jan Gawiński), pieśń i fraszka (Potocki, Twardowski, Kochowski, Naborowski, A. Morsztyn), satyra (K. Opaliński), obok eposu rycerskiego nową formą jest powieść fantastyczna (Morsztyn, Twardowski, Potocki) i patryjotyczno-religijna proza poetycka Psalmodji polskiej (Kochowskiego). Poetów w wieku 17-ym mnóstwo, a choć stosunkowo niewielu powołanych, przecież wielu z nich daje rzeczy interesujące i niepowszednie w swojej twórczości, nieraz przerażającej ilością dzieł i ich gadatliwością a jeszcze bardziej — czczością. Wpływy literackie obce, i to nowe a w niejednem bardzo szacowne, rysują się coraz wyraźniej. Literatura Polski, stworzonej jakby na pośredniczkę różnych kultur europejskich, pozostaje zawsze pod silnym i to z niejednej strony wpływem. W 17 wieku dawne klasyczne już słabną, w każdym razie wyrodnieją, zato rosną (widoczne już w okresie poprzednim) inne: włoskie, francuskie, nawet hiszpańskie, wogóle — romańskie (wiele znaczące i wartościowe przekłady: A. Morsztyna Cyd, S. Morsztyna Andromacha, Piotra Kochanowskiego Jeruzalem wyzwolone i Orlando). Dziwnie nawet żyją sobie w tym czasie: wykwint i artyzm kulturalny wpływów obcych obok rubaszności i zacofania gminno-szlacheckiego. Nareszcie ton jeszcze jeden, zyskujący siłę w poezji tego czasu: Świadomość niebezpieczeństwa politycznego, możliwości upadku państwa, która żyła już w dziełach wszystkich niemal pisarzy l6-go wieku, teraz staje się często alarmem lamentem powszechnym („Lament Matki Korony polskiej, już już konającej“...), wołaniem tonącego w pierwszej fali „potopu“ (wojny najezdnicze, anarchja sejmowa, liberum veto); co lepsi uświadamiają sobie nawet zaćmienie literatury i kultury. Ogółem: ten wiek zamętu polskiego był owym twórczym chaosem, z którego wyłoniło się wiele tworów nowych i ważnych w poezji i w życiu duchowem Polski; jednym z najważniejszych było chyba unarodowienie literatury polskiej, mianowicie częściowe, o tyle, że zdobyła ona — przy wielu stratach chwilowych — swojskość wybitną, oczywiście jeszcze nie w najwyższych i najlepszych jej formach i przejawach. Ten etap rozwoju twórczości polskiej dokonał się w wieku 17-ym.
Prawdziwe zaćmienie poezji przypada na pierwszą połowę wieku 18-go, na czasy saskie. Czasy saskie odpokutowały za wszystkie swoje i dawniejszego wieku winy ogólnem zniżeniem ducha, umysłu, twórczości. Nie do tego stopnia, by nie znalazło się miejsce dla nowej fali reformatorów i odnowicieli, ale w każdym razie na tyle, że literatura a zwłaszcza poezja były w stanie zupełnego przygnębienia i nawet zaniku. W szczególności zatraciły czasy saskie poczucie poetyczności, poetyckie odczuwanie życia zatarło się niby, czego skutkiem był powszechny prozaizm, jakby to nazwać można; zostały rymy i rytmy, rozwiał się duch poezji; zdawało się „poetom“ ówczesnym, że same rymy stanowią poezję. Człowiek rozsądny i nawet uczony, jak biskup Załuski, pisał katalog swojej sławnej bibljoteki — wierszem. Rzeczy nadzwyczajne w literaturze przez swój komizm, curiosa literackie, były w tym czasie na porządku dziennym (wiersze ks. Baki, encyklopedja ks. Benedykta Chmielowskiego). Ratowali poezję: Wacław Rzewuski i Elżbieta Drużbacka: Rzewuski był nawet w tragedjach swoich i komedjach dość gładki, w „Psalmach pokutnych“ serdeczny. Ale od prawdziwej poezji wszystko to było dalekie.
Na szczęście trwał stan taki nie dłużej nad dwa pokolenia. Twórczość tak bujna i obfita, jak w wieku 17-ym, nie wróciła się szybko i to nie było możliwe. Ogół narodu za panowania Stanisława Augusta, zwłaszcza w pierwszej jego części, jeszcze tkwił w grubem poniżeniu i w pospolitości i dopiero dzięki nowym urządzeniom oświatowym i usiłowaniom od góry powoli podnosić się zaczynał. Wśród niego więc i materjału i podkładu dla odrodzenia poezji w czasie tym nie było. Poezja (i wogóle literatura) czasów Stanisława Augusta odrodziła się od góry i charakter ten warstwy oraz tła, z którego wyszła, zachowała na długo. Była to poezja odrodzona z tendencją odrodzenia umysłowości w narodzie. Poezja niejako wyrozumowana a w każdym razie mocno uczona; tło zachowała dworskie. W szczególności — co do swej wewnętrznej wartości — oznaczała zwycięstwo kultury umysłowej i kultury literackiej, objęcie panowania przez nią. Było to nawet pomyślne dla poezji polskiej, że po żywiołowej i mocno surowej bujności swojskiej wieku 17-go oraz straszliwem zacofaniu okresu saskiego przeszła przez ten salon twórczości stanisławowskiej, na wskróś zachodnio-europejski. Było to bowiem co do formy zwycięstwo całkowite wtórnego klasycyzmu francuskiego. Wtórny, dworski i racjonalistyczny charakter poezji polskiej tego czasu tak był zdecydowany i wyłączny, że właściwie niema w okresie tym poetów, jest tylko poezja, niema indywidualności, jest typ; żaden z poetów pierwszej połowy panowania Stanisława Augusta nie ma wyraźnej i własnej fizjonomji twórczej. Było właściwie wszystko jedno, czy dany poemat napisany został przez Krasickiego, czy przez Trembeckiego lub Naruszewicza; jeszcze chyba różnicę stanowiłoby tu autorstwo Węgierskiego. Panowanie wyłączne (i powszechne!) dwóch form głównych: satyry i ody. Satyry pod wszelkiemi postaciami: „właściwej“ (Horatiusowskiej). komedji, powieści, bajki. Zgodne to zupełnie z wyrozumowaną u góry tendencją oświatowo-reformatorską, właśnie nie tyle odczutą, ile wyrozumowaną. Tendencja to była szanowna i w skutkach wielce błogosławiona dla narodu. Ale sama poezja, która jej służyła, która ją hodowała, była od narodu daleka. Podobny też charakter miała mowa poetycka tego czasu: sztywna i zimna, daleka od serdeczności mowy Kochanowskiego i bujności mowy Potockiego lub Twardowskiego. Ale zaprzeczyć się nie da, że była nienagannie czystą, że nabrała literackiej elegancji i płynności, choć rzadko zdobywała się na siłę wyrazu (jedynie u Zabłockiego). A przedewszystkiem podkreślić trzeba, że w niej formułuje się już i krystalizuje nowoczesna forma literacka polska, jakkolwiek dopiero w ogólnych zarysach i w głównych zasadach (dlatego to Mickiewicz tak żywo interesował się mową poetycką tych czasów, n. p. mową Trembeckiego). Wogóle przełamują się tu wyraźnie formy (i czasy) polskie: stare polskie i nowe.
Młodsze pokolenie okresu Stanisława Augusta uczuciem i mową już wkracza w progi nowej Polski. Nieszczęście polityczne w okresu tego połowie widomie staje u wrót Polski. Ryć zaczyna i żłobić w poezji polskiej drogi, po których płynie do dzisiaj: walki o życie narodu, łez i wstrętu niewoli, krwi ofiarnej, zapału wyzwoleń. Poezja znowu wchodzi między naród, znowu napływać zaczynają do niej fale twórczości z gminu szlacheckiego (pieśni konfederatów barskich). Coprawda — miękną zrazu i słabną w formach sentymentalnych wśród poetów, nawykłych do salonowej poprawności (Karpiński, Kniaźnin). Ale zwolna dobywa się na wierzch ton silniejszy, energiczniejszy, ton religijno-patryjotyczny (Woronicz, Bard Polski A. J. Czartoryskiego), to bojowo-propagatorski (Niemcewicz). Jako forma dominuje elegja we wszelkich postaciach.
Mowa poetycka, która co do czystości i giętkości nigdy już — z rzadkiemi wyjątkami — nie spadnie z wysokości czasów Krasickiego i Trembeckiego, teraz nabiera coraz widoczniej ciepła, serdeczności, kolorów. Barwa jej główna: krew cierpiącego i walczącego narodu. Taka właśnie fala poezji wzbierać będzie odtąd coraz silniej i płynąć, niezależnie od gruntu, przez jaki jej chwilowo wypadnie przepływać, od charakteru, jaki w tym lub owym okresie mieć będzie poezja „urzędowa“; ona to stanie się ostatecznie narodową.
Jej w sukurs przyjdzie z czasem wielka, oczyszczająca, burza romantyzmu, wyzwalająca uczucie całkowicie i obejmująca mową swoją wszystkie warstwy narodu, całą jego twórczość.

GUST. BOL. BAUMFELD.




KLEJNOTY POEZJI
STAROPOLSKIEJ
RELIGIJNE
PIEŚŃ
BOGURODZICA.

Bogurodzica dziewica,
Bogiem sławiena, Maria!
Twego Syna gospodzina,
Matko zwolena, Maria,
Zyszczy nam, spuści nam!
Kyrie elejson!

Twego dziela Krzciciela, Bożycze,
Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze!
Słysz modlitwę, jąż nosimy!
To dać racz, jegoż prosimy:
A na świecie zbożny pobyt,
Po żywocie rajski przebyt!
Kyrie elejson!

(Z 2 poł. XIII wieku)[4].


PIEŚŃ
O ZMARTWYCHWSTANIU PAŃSKIEM.

Nas dla wstał z martwych Syn Boży;
Wierzyż w to, człowiecze zbożny,
Iż przez trud Bóg swój lud
Odjął djablej strożej.

Przydał nam zdrowia wiecznego,
Starostę skował pkielnego,
Smierć podjął, wspomionął
Człowieka pirwego;


Jenże trudy cirzpiał bezmierne,
Jeszcze był nie prześpiał zawierne,
Aliż sam Bóg zmartwychwstał.

Adamie! Ty Boży kmieciu,
Ty siedzisz u Boga w wiecu,
Domieściż nas, swe dzieci,
Gdzie królują angeli.

Była radość, była miłość,
Było widzenie Twórca
Angelskie bez końca.
Tuć się nam zwidziało
Djable potępienie.

Ni srebrem ni złotem
Nas djabłu odkupił,
Swą mocą zastąpił.

Ciebie dla, człowiecze,
Dał Bóg przekłuć sobie
Ręce, nodze obie;
Kry święta szła z Boga
Na zbawienie tobie.

Wierzyż w to, człowiecze.
Iż Jezu Kryst prawy
Cirpiał za nas rany,
Swą świętą krew przelał
Za nas, krześcijany.

O duszy, o grzesznej,
Sam Bóg pieczą ima,
Djabłu ją odima;
Gdzie to sam króluje,
K sobie ją przyima.


Już nam czas, godzina
Grzechów sie kajaci,
Bogu chwałę daci,
Ze wszemi siłami
Boga miłowaci.

Maria Dziewice!
Prośmy Synka Twego,
Króla niebieskiego,
Aza nas uchowa
Ote wszego złego.

Amen. Tako Bóg daj,
Bychom szli wszyćcy w raj.

(Z wieku XIV)[5].


SKARGA MATKI BOSKIEJ
POD KRZYŻEM.

Zamąt czaszki dostał sie mie ubogiej żenie,
Widząc rozkrwawione me miłe narodzenie,
Czaszka moja miała krwawą godzinę,
Widząc niewiernego żydowina,
Iż on bije, męczy mego miłego syna.

Synku, miły i wybrany,
Rozdziel z matką swoje rany,
A wszakom cię, synku miły, w swem sercu nosiła,
A takież tobie wiernie służyła.
Przemów k matce, bych sie ucieszyła.
Bo już idziesz odemnie, moja nadziejo miła.


Synku! bych cie nisko miała,
Niecoć bych cie wspomagała,
Twoja główka krzywo wisa, tęć bych ja podparłą,
Krew po tobie płynie, tęć bych ja utarła;
Picia wołasz, piciać bych ci dała.
Ale nielża dosiądź twego świętego ciała.

O Angele Gabryele,
Gdzie jest ono twe wesele,
Coż-eś mi obiecował tako barzo wiele?
A ja pełna smutku i żałości:
Spróchniało we mnie ciało i moje wszytki kości!...

(Z wieku XV)[6].


MISTRZ MACIEJ Z RACIĄŻA.
PIEŚŃ
O ZWIASTOWANIU.

Mocne boskie tajemności
O Maryjej wielebności
Krześcijaństwo, wierze wierne,
I nabożne, a i śmierne,
Racz tego posłuchać....

Anna w smutku swego ciała
Tego na Bodze żądała,
By ją Bóg płodem nawiedził,
Przez nią wszytek świat weselił,
Joachim smutnego...


Z skarbu boskiej głębokości
Wyszła krasa z jej cudności,
Miedzy kapłany w świętości,
Miedzy pannami we cności
Rosła ku obrzędu.

Panna, będąc wielmi młoda,
Już prosiła o to Boga,
By też sama matką była,
Coby Krysta porodziła
I panną została....

Ani lilija białością,
Czerwona róża krasnością,
Ani nardus swą wonnością,
Zamorski kwiat swą drogością,
Maryjej sie równa.

Maryja miedzy kwiaty kwiat:
Służbę jej dawa wszytek świat;
Z jej wielkiej wielebności
Szukajmy u Niej miłości,
Wszelki wierny sługa!....

Mistrz Maciej o tobie pisze
Wszemu ludu ku uciesze,
By sie k tobie uciekali,
Swoje krzywdy powiadali,
Boś ty ich rzecznica.

Tego domu racz być stróża,
Tyś jest, Panno, rajska róża,
Panno miłościwa!....

(Z wieku XV)[7].


Z LEGENDY O ŚW. ALEKSYM.
A. URODZENIE ŚW. ALEKSEGO.

Ach, Królu wieliki nasz,
Coż Ci dzieją Mesyjasz,
Przydaj rozumu k mej rzeczy,
Me serce Bóstwem obleczy,
Raczy mię mych grzechów zbawić,
Bych mógł o twych świętych prawić.
Żywot jednego świętego,
Coż miłował Boga swego,
Cztę w jednych księgach o nim:
Kto chce czytać, ja powiem.

W Rzymie jedno panię było,
Coż Bogu rado służyło.
A miał barzo wielki dwór:
Prócz panosz trzysta rycerzów...
Chował siroty i wdowy,
Dał im osobne trzy stoły.
Za czwartym pielgrzymi jedli:
Ci ji do Boga przywiedli.
Eufamijan jemu dziano,
Wielikiemu temu panu,
A żenie dziano Aglijas,
Ta była ubóstwu w czas.

Byli wysokiego rodu;
Nie mieli po sobie płodu:
Więc ci jęli Boga prosić,
Aby zaś je tem darował,
Aby jedno plemię dał.
Bóg tych prośby wysłuchał.

A gdy mu sie syn narodził,
Ten sie w lepsze przygodził,
Więc mu zdziano Aleksy;
Ten był oćca barzo lepszy....


B. POWRÓT I ŚMIERĆ.

A gdy do Rzyma przyjął, Bogu dziękował,
Iż ji do swej ziemie przygnał,
A rzekąc: „Już tu chcę cirzpieć,
Mękę i wszytkie złe file jimieć,
U mego oćca na dworze,
Gdym nie przebył za morze“.

Na żórawiu oćca swego
Potkał i jął prosić jego:
„W imię syna Bożego
I dla syna Aleksego,
A racz mi swą jełmużnę dać,
Bych mógł ty odrobiny brać,
Co będą z twego stoła padać.“

Jego ociec to usłyszał,
Iż synowo imię wspomniał,
Tu silno rzewno zapłakał,
Więc ji Boga dla chował.
Gdy usłyszał taką mowę,
Zawił sobie płaszczem głowę;
Tu sie był weń zamęt wkradł,
Mało eże z mostu nie spadł.
Podał mu szafarza swego.
Ten mu czynił wiele złego;
Tu pod wschodem leżał,
Każdy nań pomyje, złą wodę lał.
Leżał tu szesnaćcie lat
Wszytko cirpiał prze Bóg rad.
Siódmegonaćcie lata zachorzał był,
Co sobie nic czynił.

A więc gdy już umrzeć miał,
Sam sobie list napisał
I ścisnął ji twardo w ręce....

A gdy Bogu duszę dał,
Tu sie wielki dziw zstał:
Same zwony zwoniły
Wszytki, co w Rzymie były.
Więc sie po nim pytano,
Po wszytkich domach szukano.
Nie mogli go nigdziej najić,
A wżdy nic chcieli przestać.
Jedno młode dziecię było,
To im więc wzjawiło:
„Aza wy nie wiecie o tem,
Kto to umarł? Jać wam powiem:
U Eufamijana leży,
O jimże ta fała bieży;
Pod wschodem ji najidziecie,
Ać go jedno szukać chcecie!“

Więc tu papież z kardynały,
Cesarz ze swemi kapłany,
Szli są k niemu z chorągwiami,
A zwony wżdy zwoniły samy.
Chcieli mu list z ręki wziąć,
Nie mogli mu go wziąć,
Ani cesarz, ani papież,
Ani wsztko kapłaństwo takież...
Jedno przyszła żona jego
A ściągła rękę do niego,
Eż jej w rękę wpadł list....
A gdy ten list oglądano,
Natemiesce uznano,
Iż był syn Eufamijanów....

(Z wieku XV)[8].


HYMN
DO DUCHA ŚWIĘTEGO.

Pomóż mi, święty Dusze, twoję chwałę mnożyć,
Bych mógł nieco dobrego ku twojej czci złożyć:
Przez Ciebie nic dobrego nie mogę wyłożyć;
Ku rządnemu składaniu raczyż mię sposobić!

Pisze Paweł apostoł w epistole jawnie,
Iż rozdawasz komu chcesz, swoje dary pewnie:
Dawasz zdrowie rozkoszne, komu jedno raczysz,
I rozumu przymnażasz, kiedy Ty czas baczysz.

Ty rozdawasz wykłady Pisma głębokiego,
By ludzie nie błądzili do wieku wiecznego;
Kogokoli nauczysz po swej woli chodzić,
Na wiek wiekom nie może ku złemu ugodzić.

Nie przebierasz w personach, jak ludzie mnimają,
Którzy tylko wielmożnym cześć, chwałę dawają;
Kłamająć sie częstokroć ludzie na postawie,
Jedno Ty wszytko widzisz, coć jest w sercu, prawie.

Masz okrasy niebieskie, w nich często przebywasz
A i w sercach pokornych często odpoczywasz:
Gdziekoli Ty nawiedzisz, tu wypędzisz grzechy,
A po sobie zostawisz niebieskie uciechy.

Ucieszny Towarzyszu niebieskiego rządu,
Uchowaj nas żałości koniecznego sądu,
Nie daj złemu pociechy nad swojem stworzeniem,
Ale racz nas darować niebieskiem bydleniem!

Gdy przydzie ta godzina, miły święty Dusze,
Przykaż swoim aniołom zabrać nasze dusze!

(Z końca XV wieku)[9].


JAN KOCHANOWSKI.
PIEŚŃ
O DOBRODZIEJSTWACH BOGA.

Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary,
Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?
Kościół cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie,
I w otchłaniach i w morzu, na ziemi i w niebie.

Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszytko Twoje,
Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje,
Wdzięcznem Cię tedy sercem, Panie, wyznawamy,
Bo nad nie przystojniejszej ofiary nie mamy.

Tyś Pan wszytkiego świata, Tyś niebo zbudował
I złotemi gwiazdami ślicznieś uhaftował,
Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi
I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.

Za Twojem rozkazaniem w brzegach morze stoi,
A zamierzonych granic przekroczyć się boi,
Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają,
Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.

Tobie kwoli rozliczne kwiatki wiosna rodzi;
Tobie kwoli w kłosianym wieńcu lato chodzi;
Wino jesień i jabłka rozmaite dawa,
Potem do gotowego gnuśna zima wstawa.

Z Twej łaski nocna rosa na mdłe zioła padnie
I zagorzałe zboża deszcz ożywia snadnie.
Z Twoich rąk wszelkie źwierzę patrza swej żywności,
A Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.


Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie,
Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.
Chowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi,
Jeno niech zawżdy będziem pod skrzydłami Twemi!

(Około 1560 r.)[10]


JAN KOCHANOWSKI.
PSALM VIII.
O SPRAWIEDLIWOŚCI BOŻEJ.

W Tobie ja samym, Panie, człowiek smutny,
Nadzieję kładę: Ty racz o mnie radzić!
Nieprzyjaciel mój, jako lew okrutny,
Szuka mej dusze, aby ją mógł zgładzić;
Z jego paszczę ki jeśli mię, mój Boże,
Ty sam nie wyrwiesz, nikt mię nie wspomoże.
Jeśli mię, Panie, słusznie oszacował
Zły człowiek, a ma do mnie jaką winę;
Jeślim przyjaźni nieszczyrze zachował,
A do złej chęci dał z siebie przyczynę:
Niech nieprzyjaciel górę ma nade mną,
Niech mię w proch zetrze i moję cześć ze mną!
Powstań, o Panie wieczny, w gniewie Twoim
Przeciw złych ludzi niepobożnej radzie,
A powstań z pomstą, jakąś prawem swoim
Opisał! Oto lud w wielkiej gromadzie
Wyroku Twego czeka, jeśli złemu,
Czy upaść przed Twym sądem cnotliwemu
Przeto, o Sędzia, Sędzia wiekuisty,
Chciej na wysokiej sieść stolicy swojej,
A jeślim jest praw i przed Tobą czysty,
Osądź mnie wedla niewinności mojej!
Złego złość zniszczy, a człowiek cnotliwy
Jest w opiece Twej, Boże sprawiedliwy!

Boże, przed którym tajne być nie mogą
Myśli człowiecze! W Twej stojąc obronie,
Przed żadną nigdy nie uciekę trwogą.
Bo szczyre serce w Twojej jest zasłonie,
O sprawiedliwy Sędzia! Ty każdego
Sprawnie oddzielasz wedla zasług jego.
Jeśli sie człowiek zły nie pohamuje,
Pan swój miecz ostrzy, Pan łuk nałożony
Na ręku trzyma i strzały gotuje
Śmiertelne: zapadł w zazdrość człowiek płony,
Niesprawiedliwość nosi, kłam urodzi,
Dół pod kim kopa, a sam weń ugodzi.
Sam sie upęta w chytrem sidle swojem,
Nań sie obalą wszytki jego złości,
A ja, podparty miłosierdzim Twojem,
Próżen i troski i niebezpieczności,
Sąd sprawiedliwy i Twe imię, Panie,
Wyznawać będę, póki dusze stanie!

(1579)[11].



JAN KOCHANOWSKI.
PSALM XCI.
O BOSKIEJ OPIECE.

Kto się w opiekę poda Panu swemu,
A całym prawie sercem ufa jemu,
Smiele rzec może: mam obrońcę Boga,
Nie będzie u mnie straszna żadna trwoga.

Ciebie on z łowczych obierzy wyzuje
I w zaraźliwem powietrzu ratuje,
W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie,
Pod jego pióry ulężesz bezpiecznie.


Stateczność jego tarcz i puklerz mocny,
Za którym stojąc, na żaden strach nocny,
Na żadną trwogę, ani dbaj na strzały,
Któremi sieje przygoda w cień biały.

Stąd wedla ciebie tysiąc głów polęże,
Stąd drugi tysiąc, ciebie nie dosięże
Miecz nieuchronny a ty przedsię swemi
Oczyma ujżrzysz pomstę nad grzesznemi.

Iżeś rzekl Panu: Tyś nadzieja moja,
Iż Bóg Najwyższy jest ucieczka twoja:
Nie dostąpi cię żadna zła przygoda
Ani się najdzie w domu twoim szkoda.

Aniołom swoim każe cię pilnować,
Gdziekolwiek stąpisz: którzy cię piastować
Na ręku będą, abyś, idąc drogą,
Na ostry krzemień nie ugodził nogą.

Będziesz po żmijach bezpiecznie gniewliwych
I po padalcach deptał niecierpliwych,
Na lwa srogiego bez obrazy wsiędziesz
I na ogromnym smoku jeździć będziesz.

Słuchaj, co mówi Pan: Iż mię miłuje,
A przeciwko mnie szczyrze postępuje,
Ja go też także w jego każdą trwogę
Nie zapamiętam i owszem wspomogę:

Głos jego u mnie nie będzie wzgardzony,
Ja z nim w przygodzie, odemnie obrony
Niech pewien będzie, pewien i zacności
i lat szedziwych i mej życzliwości.

(1579)[12].


JAN KOCHANOWSKI.
PSALM CIV.
O CHWALE BOŻEJ.

Duszo! Śpiewaj Panu pieśń: O nieogarniony
Nieba i ziemie sprawco, wielceś uwielbiony!
Ciebie obeszła wkoło cześć i świetna chwała,
Ciebie jasność jako płaszcz ozdobny odziała;
Tyś niebo jako namiot rozbił ręką swoją:
Nad nim wody za Twojem rozrządzeniem stoją.
Chmury Twój Twóz, we konie wiatry nieścignione,
Duchy: posłańce, słudzy: gromy zapalone;
Twym rozumem tak miernie ziemia usadzona,
Że na wieki nie będzie nigdy poruszona;
Na tej, jako powłoka, przepaści leżały,
A góry niezmierzone wody zakrywały.
Ale skoroś rzekł słowo, a niebo zagrzmiało,
Wody spadły a morze na dół uciekało,
Skały ku górze poszły, pola rozciągnione
Opanowały miejsca, przez Cię naznaczone.
Zamierzyłeś kres pewny morzu, że wiecznemi
Czasy wezbrać nie może ani szkodzić ziemi;
Ty w skale ukazujesz drogę zdrojom nowym,
Które posiłek niosą rzekom kryształowym:
Tu sie wszelki żwierz chłodzi, który w polu żyje,
Tu łoś, mieszkaniec leśny, upragniony pije,
Tamże ptacy mieszkają, a w krzakach zielonych
Nie przestają powtarzać pieśni ulubionych.
Ty z pałaców swych świętych, Ojcze uwielbiony
Spuszczasz na niską ziemię deszcz nieprzepłacony,
A ona, nieprzebranej łaski Twojej syta,
Wszytkiego wszytkim statczy: stąd trawa obfita
Bydłu ku pożywieniu, stąd zioła ogrodne
I wszelki rodzaj zboża, stąd wino łagodne,

Dobrej myśli naczynie, stąd chleb, który snadnie
Siłę twierdzi, stąd olej, po którym twarz gładnie;
Taż wilgotność i lasy żywi niezmierzone
I cedry, na Libanie Twą ręką szczepione;
Tam wróble gniazda noszą, jodła bocianowi,
Sarnom góra mieszkanie, skała królikowi.
Tyś na znak czasów sprawił błędną twarz miesięczną,
Ty niedoścignionego słońca lampę wdzięczną
Prowadzisz do zachodu — wtem nocne ćmy wstają:
Wtenczas leśne bestyje wszytki sie ruszają,
Lwięta ryczą, pokarmu żądając od Ciebie.
Skoro zaś jasna zorza zakwitnie na niebie,
Zwierz do jaskiń uchodzi, ludzie następują
Na roboty, gdzie także do mroku pracują.
Zacne są Twoje sprawy i wielkiej mądrości,
Pełna jest wszytka ziemia Twej szczodrobliwości,
Pełne, Panie! i wody; kto wyliczyć może
Wszytki rybie rodzaje, które żywi morze?
Tam żaglem rozpuszczonym okręty biegają,
Tam swe igrzyska srodzy wielorybi mają.
Wszytko to, co jest w morzu, wszytko, co na ziemi,
I co siecze powietrze pióry pierzchliwemi,
Oczy ku Tobie wznosi, który siedzisz w niebie,
I oczekawa zwykłej żywności od Ciebie.
Kiedy rękę otworzysz, wszyscy nasyceni,
A kiedy twarz odwrócisz, wszyscy zasmuceni;
Jeśli im ducha weźmiesz, w proch sie wnet obrócą,
Jeśli im ducha natchniesz, na świat się zaś wrócą.
Wieczna jest Pańska chwała, a On z tak mądrego
Nie przestanie sie kochać nigdy czynu swego.
Pan, który kiedy pojźrzy, ziemia drży; Pan, który
Kiedy ręką gór dotknie, dymem pójdą góry.
Dokąd mi tedy mego żywota dostanie,
Głos mój Panu i lutnia śpiewać nie przestanie,
Tylko Jemu niech wdzięczne będą pieśni moje,
Bom ja wszytko położył w Nim wesele swoje.

Bodaj wszyscy złośliwi zagubieni byli,
Tak, żeby sie na wieki już nie poprawili
A ty, o duszo moja! daj cześć Panu swemu,
Dajcie wszytki narody winną chwałę Jemu!

(1579)[13].


JAN KOCHANOWSKI.
PSALM CXX.
O MIŁOSIERDZIU BOŻEM.

Wtroskach głębokich ponurzony,
Do Ciebie, Boże niezmierzony,
Wołam: Racz smutne prośby moje
Przyjąć w łaskawe uszy swoje.

Jeśli tej z nami surowości
Będziesz chciał użyć, jako złości
Nasze są godne, kto praw, Panie,
Przed srogim sądem Twym zostanie?

Aleś Ty Pan jest dobrotliwy,
Pan z przyrodzenia lutościwy:
Co przeciw Tobie u wszech ludzi
Uczciwość wielką w sercu budzi.

Cieszy mnie, Panie, dobroć Twoja,
Cieszą mię słowa: dusza moja
Upatrza Twego zmiłowania
Barziej, niż nocna straż świtania.

Barziej, niż nocna straż świtania,
Pragnie duch Twego zmiłowania.
O Izrahelu, niech się dzieje
Co chce, ty w Panu kładź nadzieje!

U tego litość nieprzebrana,
U tego pomoc nieczekana,
Ten miłosierdziu swemu gwoli
Ze wszech Cię grzechów twych wyzwoli!

(1579)[14].


JAN KOCHANOWSKI.
PSALM CXXXVII.
O NIEWOLI.

Siedząc po niskich brzegach Babilońskiej wody,
A na piękne Sijońskie wspominając grody,
Co nam inszego czynić, jedno płakać smutnie,
Powieszawszy po wierzbach niepotrzebne lutnie?

Lecz poganin niebaczny, w tej naszej żałobie
Przedsię piosnkę Sijońską każe śpiewać sobie.
Przebóg! jako to ma być, aby pieśni Pańskich
Głos kiedy miał być słyszan w krainach pogańskich!

Jeślibych cię zapomniał, o kraino święta,
Niech moja swej nauki ręka zapamięta!
Niechaj mi język uschnie, kiedy cię przepomnię,
Kiedy cię na początku weselu nie wspomnię!

Pomni, wszechmocny Panie, co nam urządzali
Edomczycy, jako w nasz ciężki dzień wołali:
Zagubcie ten zły naród, ogniem miasto spalcie,
A ich mury do gruntu samego rozwalcie.

Ale i ty, Babilon, strzeż dobrze swej głowy!
Bo już wisi upadek nad tobą gotowy,
Szczęśliwy, któryć za nas odmierzy twe winy,
A o skałę roztrąci twe nieszczęsne syny!

(1579)[15].


SEBASTJAN GRABOWIECKI.
„OGNIU NIEZGAŚNEMU WYDARCI...”
(Z „RYMÓW DUCHOWNYCH“.)

Myśli moje, święte i drogie,
I dusze sprawiedliwych,

Co imo ciało do nieba się pniecie!
Wy, pokory ubogie,
Coście dróg świętobliwych
Pilne — ku dobru, co nam tajne w świecie!

Zaż chęci nie wzniesiecie
Ku czci, chwale Onemu,
Co was chowa beśpieczne,
Wabiąc w tryumfy wieczne?
Wy, ogniu niezgaśnemu
Wydarci! chwalcie zgodnie
Pana, co, gdy chce, w lód obraca ognie!

(1590)[16].


SEBASTJAN GRABOWIECKI.
O BŁOGOSŁAWIEŃSTWO BOŻE.
(Z „RYMÓW DUCHOWNYCH“.)

Kiedy noc swoje cienie chłodzi,
A myśli, które kołem
We dnie bujały, prawie wszytkie społem
W mej zgodzie serce wodzi,—
W nabożeństwie, w radości,
Śpiewajmy chwałę Panu wszech możności.

Zniżmy kolana a wznieśmy źrenice
Do światłości wieczystej;
Słowa do chęci przyłączywszy czystej,
Prośmy, by lżył tesknice,
A krewkości potężne
Skromił przez łaski swoje niezwyciężne.

A jako czyni przy pracej młockowi
Pożądny wiatr czerwcowy,
W słonecznym ogniu z ziarn precz wiejąc plewy, —
Aby też człowiekowi
Duch jego łaski wiecznej
Troski odwiewał z istności serdecznej:

By błogosławił polam w obfitości,
Tak, iżby ziemia miła
Więcej owocu niż kwiecia rodziła,
Rószczki pełne radości!
Pokój torem wybornym,
W jasnym ubierze, umyśle niespornym,

Wkoło niech buja w wieńcu oliwowym,
W rozkoszy opływając.
Gaje, pagórki, rzeki okrywając
W bezpieczeństwie takowym,
Aby bez broniej wszelakiej
Każdy wolno szedł bez bojaźni jakiej!

Aby, jak słoneczne promienie życzliwe
Wilgotność wysuszają,
Którą użytki z ludźmi upadają:
Tak błędy nam szkodliwe
Niech niszczy Bóg litości,
A potem wwiedzie do wiecznej radości!

(1590)[17].



WACŁAW POTOCKI.
MODLITWA O NATCHNIENIE
(Z „WOJNY CHOCIMSKIEJ“.)

Wprzód, niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje
Potomnym wiekom Muza na papier wyleje,
Niż durnego Turczyna propozyt szkarady
Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady,

Który, z nimi zuchwale mir zrzuciwszy stary,
Chciał ich przykryć haraczem z Węgry i Bułgary,—
Boże! którego nieba, ziemie, morza chwalą,
Co tak mdłem piórem, jako władniesz groźną stalą,
Co się mścisz nad ostatnim tego domu węgłem,
Gdzie kto usty przysięga, sercem nieprzysięgłem!
Ciebie proszę, abyś to, co ku Twojej wdzięce
W tem Królestwie śmiertelne chcą wspominać ręce,
Szczęścić raczył! boć to jest dzieło twej prawice:
Hardych tyranów dumy wywracać na nice,
Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli
Przez tych, którzy swą siłą od Ciebie zawiśli!...

(1672.)[18]



WACŁAW POTOCKI.
MODLITWA O ŻYCIE RYCERZY.
(Z „WOJNY CHOCIMSKIEJ“.)

Pojźry, o wieczny Boże, któryś niegdy tęgiem
Ujął gniew sprawiedliwy przez niebo popręgiem
I wiecznieś malowaną zawiązał obręczą
Swój arsenał, skąd grozy Twe nad światem brzęczą;
Pojźry na tęczę, którą słońce Twej dobroci
We krwi i wodzie świętym rumieńcem stokroci,
W tej krwi, którą toczyła niedołęga nasza,
W tej wodzie, co Twych sądów na ludzi przygasza:
Przez tę krew, przez tę wodę, która jednym stokiem
Lała się, wytoczona syna Twego bokiem,
Proszą Cię chrześcijanie, Stwórco miłosierny!
Zamknij krwie w Cię wierzących żałosne cysterny,
Nie racz ich, nie racz, Panie, z twardym Faraonem,
Za wielkie grzechy, w morzu zagubiać Czerwonem!...

(1672.)[19]


WACŁAW POTOCKI.
PODZIĘKOWANIE BOGU
ZA WIKTORJĘ CHOCIMSKĄ.

Tobie, Tobie, Monarcho szerokiego świata,
Aczci Cię żadna potkać nie może odpłata
Za Twoje dobrodziejstwa, któremi (przez szpary
Na nasze patrząc grzechy) krom końca, krom miary
Swoje raczysz stworzenie! mostem przed bogatym
Posławszy ciała nasze Twoim majestatem,
Niesiemy hołd powinny i wieczne trybuty:
Pełne usta Twej chwały i serca pokuty.
Tobie w piersiach, podniósłszy tryumfalne palmy,
Święty pean przez hymny głosimy i psalmy;
Twoja-to wiktorya, Twój fest, Twoje dziwy,
Że Turczyn, który samym strachem końskiej grzywy
Wielkie kruszył fortece i narody gładził,
Pierwszy raz, jako kosa o kamień, zawadził
O szczyptę Twoich ludzi, których wzgardził przodem,
I zamierzać nad nimi śmiał zwycięstwo głodem!....
Twojej-to, Twojej dzieło wszechmogącej ręki!
Za co-ć wszyscy pokorne oddajemy dzięki,
Ofiarę-ć na czystych serc kładziemy ognisko,
Żeśmy na łup poganom, na urągowisko
Pokrytym przyjaciołom i naszym sąsiadom
Nie przyszli. wszak-eś serca człowieczego wiadom,
Chciejże, wszechmocny Stwórco wszytkich rzeczy, zdarzyć,
Aby pokój, któryś nam dziś raczył skojarzyć,
W tej Koronie wiekował, ku Twej chwale świętej,
A z nas grzechu wszelakie wykorzeń ponęty!
Pobożność, mądrość, miłość i insze pożytki
Rozmnóż świętego Ducha, a przemierzłe zbytki,
Wstręt na niebie i ziemi (byle zaś nie w gniewie)
Do żywota, niech z nas Twa prawica wyplewie;
Daj w ojczystej swobodzie, w rządzie, w dobrej sile
Wyżyć tej śmiertelności zamierzone chwile!

(1672)[20].


WACŁAW POTOCKI.
WIOSNA.
(Z POEMATU „NOWY ZACIĄG“.)

Wiosna się po zimowym zaczynała chłodzie,
Gdy słońce Ryby z lutym zostawiwszy wodzie,
Postąpiło w Barana: dzień sie równa z nocą,
Dniowi przybywa, nocy godziny sie krocą....
Miła wiosna nastała, której ta jest władza,
Że sie w nią wszytkich rzeczy natura odmładza.
Sieją uprawne role, sady ludzie szczepią,
Parzą sie źwiérze w boru, ptacy gniazda lepią,
Trawa roście po górach, łąki ślicznie kwitną,
Kędy barwą purpurę przetyka błękitną
Wdzięczna Flora, stosując do kolorów woni;
Zbiegło wszytko, cokolwiek zimie od nas stroni,
Ozwie sie, co zmilczało przez te wszytkie czasy,
Nieme drzewa i ledwie nie przemówią lasy;
Żeby całą noc, ptacy od świtu do mroku
Piérwsze świata początki w tym witają roku.
W tym bowiem czasie, owszem i tego miesiąca
(Co Mojżesz z rozkazania bożego natrąca),
Fundamenty założył Bóg machinie świata,
Żeby wszytko, co chodzi, co pływa, co lata,
Mnożyło sie na ziemi: wtenczas drzewo sadzi,
Którego fruktem człeka wąż przeklęty zdradzi....
Wtenczas Noe z korabia, zachowawszy plemię
Wszytkich rzeczy żywiących, wychodzi na ziemię....
Wtenczas Świata Stworzyciel znaczy miejsce tęczy,
Która zań jego mrówce — człowiekowi — ręczy,
Że go nie skarze za grzech potopem raz drugi....
Wtenczas, gdy ku lepszemu wszytkie idą rzeczy,
Jezus umarł, Bóg umarł' w naturze człowieczéj!
Kiedy, co żywo, na świat,— on z świata żałośnie,
Nowemu dając światu początek i wiośnie:

Stawszy sie nam Barankiem onéj Nocy Wielkiéj,
Wylał krew dla znaku serc naszych do kropelki!
W tegoć to dzisia słońce wstąpiwszy, noc skraca,
Nie w Baranka, w samo sie Słońce nam obraca,
Które, z ziemie swe na krzyż podniósszy promienie,
Gubi z niego pogańskich zmysłów, gubi cienie
Żydowskich ustaw, czyni istota figury;
Równają sie pagórki, uniżają góry,
Krzywe rzeczy prostują a chropawe gładzą,
Nowe sie na świat nowy obrzędy prowadzą.
Nowy raj! Adam wtóry szczepi jabłoń iną
Na lekarstwo tym, którzy, piérwszą struci, giną.
Krzyż Jezusów Korabiem na Golgocie stanie,
Gdzie w małej liczbie z Noem na świecie zostanie:
Wszytek świat, wód szatańskich opiwszy się pluty,
Tonie w błędzie, aż gdy Jan woła do pokuty;
O cud, którego nasze zmysły nie dościgną!
Skropieni wodą, wodę szatańską wyżygną!...
Wtenczas on gołąb, co sie nad Jordanem wiesza,
Ogniem swym apostołów dwunastu pociesza:
Dziś, przed którą narody wszytkie niechaj klęczą,
Jezus różnych kolorów zawieszony tęczą,
W której wiecznem przymierzem Bóg sie z ludźmi łączy;
Rumiana krew i woda zielona z niéj siączy....
Dość zimy, dość i nocy! Jużeż, chrześcijanie,
Z nową nam słońce wiosną stanęło w Baranie!
Minął zakon Mojżeszów, co sie Żydom sroży,
Nowe nam zaświeciło słońce Łaski Bożej.
Dzisia czas przyjmowania w jego sadzie drzewu,
Czas rolą serc pobożnych wyprawiać do siewu....
Tylko w duchu siać trzeba! bo, kto sieje w ciele,
Chwasty zrostą i lada za pszenicę ziele.
O któryś nowe niebo, nową stworzył ziemię!
Wrzuć, Jezu, w serce moje słowa swego siemię!
Niech ci owoc stokrotny, skoro przydą żniwa,
Przyniesie; a gdzie miał być oset i pokrzywa,

Niech jodły i modrzewie, jako w bujnym lesie,
Zagęszcza ją na domu twojego przyciesie!
Pomóż mi krzyża swego drzewo w serce wsadzić,
Żebym czartu do inszej nie dał sie prowadzić, —
Jakich dzisia pełen świat, dla jakich uroni
Nieśmiertelność najpierwszy rodzic nasz, — jabłoni!

(1680.)[21]


WESPAZJAN KOCHOWSKI
UCIECZKA KORONY POLSKIEJ DO N. P. MARYI.

Jak się owo dziecko bierze rozkwilone do macierze,
Kiedy, swawolnie, bojąc się chabiny,
Gniewnemu ojcu czyni przeprosiny;
Więc do matki ręce wznosi i ratunku od niej prosi,
Pod nię się tuli, jej zakrywa szatą,
Aż je pojedna z rozgniewanym tatą:
Polsko moja, w tak złej toni, któż cię dźwignie, kto obroni?
Skąd ci tak wcześne supecyje przydą?
Któraż cię Pallas zasłoni egidą?
Apollo swej bronił Troi, Mars przy Rzymie mocno stoi,
Jupiter swemi opiekał się Greki,
Jako wierzyły dawno błędne wieki:
A my dokąd, bliżsi zguby, udamy się z swymi śluby,
Kiedy Niebieski Ociec rozgniewany
Przepuścił gorsze Szwedy, niż pogany?
Pódźmy Boskiej prosić Matki: Aza Polski to ostatki
Pożarte wydrze z łakomej paszczeki
I nie da zginąć Sarmatom na wieki!
Pokaż się nam Matką, Pani! Prosim, upadli poddani:
Broń nas zaszczytem, o Królowa, czułym, —
Tym Cię na wieki Polska czci tytułem!
Ukój Ojca w gniewie srogim, Przeproś winy nam ubogim,
Aby pamiątka w polskim była państwie:
Nie zginie, kto jest w Maryjej poddaństwie!

(1674)[22].


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
POKUTA W QUARTANNIE R. 1678.

O Boże! Jakoż podnieść grzeszne oczy
Tam, gdzie Twoja moc wieczną Światłość toczy!
Jam robak ziemny, proch marny, pies zgniły;
We mnie się wszystkie brzydkości zrodziły;
Jam jest nieczystej białejgłowy szmaty
Kawalec, wywóz miejskich ścierwów! a Ty
Pan Bóg zastępów, Święty, Święty, Święty,
Tyś szczera czystość, niewinna bez skazy!
Jakoż Ci swoje odkrywać mam zmazy?
Jam widział gmachy śmiertelnego grzechu
Siedmiorakiego i straszny w pośmiechu
Zakon Twój miałem i Twe przykazanie
Każdem znieważył albom zgwałcił, Panie!

Jam niejednego, chociaż Twa przestroga
Przeciwna była, miał pana i boga;
Jam z swych wymysłów bałwanom ofiary
Oddawał, niosąc namiętności w dary.
Brzuch mi był bogiem, i tak bogów wiele
Miałem, jako mam zmysłów w własnem ciele.
Bo, gdy mię który zwyciężył nałogiem,
Zbyteczność panią, a zwyczaj był bogiem.
Częstom człowieka tak spodobał sobie,
Żem kładł w nim większą nadzieję, niż w Tobie.
Często godności i dobrego mienia
Chciwość tak srodze ujęła sumienia,
Żem ich posadził, jakoby tam Ciebie
Nie było nigdy, za bogi na niebie!....

Jam wsteczeństwa wszelkiego świadomy
I obywatel bezbożnej Sodomy;
Rzadki dzień minął, rzekę i godzina,
Żeby nie przybył świeży grzech i wina.

To myśl pragnęła, pożądało oko,
To serce ognia zawzięło głęboko.
Ty, będąc świadom mych najskrytszych złości,
Cóż Ci mam swoje wyliczać próżności?....

Jam w swym umyśle zapisał gospodę
Pożądliwości, i za własną szkodę
Sądziłem, że się nie mnie to dostało,
Co już za wolą Twoja pana miało.
Żyźniejsze było u sąsiada żniwo
W oczach mych, tłustsze obory, i żywo
Zazdrość mnie piekła, kiedyś, Panie, komu
Większą pokazał łaskę, niż mnie w domu....

Cóż chcesz! jam w białym pokarmie przeklęty
Grzech ssał od matki, jam w grzechu poczęty!
Jakom począł być, jakom się w żywocie
Ruszył, tak w grzesznem zaraz jestem błocie.
A jakoż tedy mam zacząć swą mowę
I tak niegodny wniść z Tobą w rozmowę?....

Zmiłuj się, Boże, a podług litości
Boskiej, nie ludzkiej, odpuść moje złości!
Odkryłem Ci grzech, odkrył swoje rany,
Wieczny lekarzu! a Ty, ubłagany,
Przemyj je winem, miej o nich staranie,
O litościwy mój Samarytanie!
Jam wyznał, a Ty odpuść. Inszej sprawy
Nie masz. Jam grzeszny, a Ty bądź łaskawy.
Nie wchodź z sługą Twym w sąd, bo żaden żywy
Nie ostoi się na sąd sprawiedliwy!

Jeśli, jak słusznie, zechcesz karać złości,
A któż wytrzyma Twoje surowości?....

(1678.)[23]


PIEŚŃ DO MATKI NAJŚWIĘTSZEJ
OD WOJSKA SKONFEDEROWANEGO.
(PIEŚŃ KONFEDERATÓW BARSKICH.)

Woła do Ciebie przez nas Polska cała,
Matko, w nadziei, w miłosierdziu stała!

Abyś schyliła Twą rękę w tej porze, —
Prześliczna Panno codziennie w swej zorze! —
Nie dając górę gwałtownikom wiary!
Za co Ci wiecznie oddawać ofiary
Przez synów będzie swych, Pani łaskawa!
Gdy ocalone będą polskie prawa.
Wszelkie nieszczęścia oddal od nas żwawo,
Nie daj nam ginąć, mając, do nas prawo;
Zwłaszcza gdy się lud pod Twój znak gromadzi
Z głosem: Ta Matka wszystkiemu poradzi!

(Około 1770)[24].


HYMN DO BOGA.
(Z MODLITEWNIKA KONFEDERATÓW BARSKICH.)

Królu nieba, królów Panie
Wojska Rządco i Hetmanie!
Tyś zwycięstwa dawcą w boju,
Tyś i źródłem jest pokoju!
Ojcze miły dla pokornych,
Sędzio mściwy na upornych,
Masz gniewliwą lwów naturę
Mienić w lepszą moc posturę.
Nieprzyjaciół stłum zamachy,
Oddal od nas ich postrachy!
Ręki Twojej dziwna siła
Daj, by z nami zawsze była!

(Około 1770 r.)[25].


HYMN DO MATKI BOSKIEJ.
(Z MODLITEWNIKA KONFEDERATÓW BARSKICH.)

Zawitaj, najmężniejsza
Nad wszystkie rycerze!
Tobie pułki Niebieskie
Są posłuszne szczerze.
Tyś jest nasza królowa
I nasza obrona,
Moc niezwyciężonego
Przechodzisz Samsona.
Strasznaś nieprzyjaciołom
W szyku, obóz silny,
Przy Twych posiłkach męstwo,
Tryumf nieomylny!
Posilaj nas Twą mocą,
Daj jedność i męstwo,
Nad nieprzyjacielem
Niech mamy zwycięstwo!

(Około 1770 r.)[26]


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
DO BOGA.

Od Ciebie moja niech zabrzmi lira,
Twoją na zawsze strojona wiarą:
Znajoma Tobie myśl moja szczéra
I usta, zgodne z serca ofiarą.
Czem tchnę, co czuję, co mię wzbić może,
Twoja to wola, Twoja moc, Boże!

Uczuciom moim Ty dodaj mocy,
Światła pojęciom, obrazom ducha.
Zaniechasz? gnuśnie mgła ślepej nocy

Ciąży nade mną, gruba i głucha.
Błyśniesz? — aliści, wzbudzony, czuję,
Widzę coś, chwytam, gorę, wzlatuje.

Do Twojej łaski ustawnie wzdycham,
Uroń tę znanej ducha pokorze!
Bez niej ja w czczości więdnę, usycham,
Głowa jak kruchy kwiat na ugorze:
Ale, gdy zrzęsisz hojną jej rosą,
Jak listki z pączka, myśli się wzniosą.

Cóż, kiedy dzielna Twórcy potęga
W bystrym umyśle ogień roznieci!
Posłuszny dowcip, kędy chcesz, sięga,
I cnota przy nim i sława leci.
Zapal — a między gwiazd Twoich kołem
I ja ognistem zabłysnę czołem!

Ale niech pycha Twojego daru
Zna moc i zapał i pęd wysoki.
Ten proszek, coś go z ziemi rozparu
Aż poza jasne wyniósł obłoki,
Utknięty w ostrze ognistej strzały
Truduoż Ci strącić w podziemne skały?...

(Około 1780 r.)[27]


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
PIEŚŃ PORANNA.

Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,
Tobie śpiewa żywioł wszelki,
Bądź pochwalon, Boże wielki!

A człowiek, który bez miary
Obsypany Twemi dary,
Coś go stworzył i ocalił,
A czemużby Cię nie chwalił?


Ledwie oczy przetrzeć zdołam,
Wnet do mego Pana wołam.
Do mego Boga na niebie,
I szukam go koło siebie.

Wielu snem śmierci upadli,
Co się wczora spać pokładli:
My się jeszcze obudzili,
Byśmy Cię, Boże, chwalili!

(1798 r.)[28]


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
PIEŚŃ
O NARODZENIU PAŃSKIEM.

Bóg się rodzi, moc truchleje;
Pan niebiosów obnażony;
Ogień krzepnie; blask ciemnieje;
Ma granice — nieskończony;
Wzgardzony — okryty chwałą,
Śmiertelny — król na wiekami!...
A Słowo — Ciałem się stało
I mieszkało między nami.

Cóż, Niebo, masz nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście twoje,
Wszedł między lud ukochany,
Dzieląc z nim trudy i znoje.
Niemało cierpiał, niemało,
Żeśmy byli winni sami.
A Słowo — Ciałem się stało
I mieszkało między nami.

W nędznej szopie urodzony
Żłób mu za kolebkę dano!
Cóż jest, czem był otoczony?
Bydło, pasterze i siano.
Ubodzy! Was to spotkało
Witać go przed bogaczami!
A Słowo — Ciałem się stało
I mieszkało między nami.

Potem i króle widziani:
Cisną się między prostotą,
Niosąc dary Panu w dani,
Mirrę, kadzidło i złoto.
Bóstwo to razem zmieszało
Z wieśniaczemi ofiarami!...
A Słowo — Ciałem się stało
I mieszkało między nami!

Podnieś rękę, Boże dziécię,
Błogosław ojczyznę miłą,
W dobrych radach, w dobrym bycie,
Wspieraj jej siłę swą siłą.
Dom nasz i majętność całą,
I Twoje wioski z miastami!
A Słowo — Ciałem się stało
I mieszkało między nami.

(1798 r.)


PATRYJOTYCZNE. RYCERSKIE
JAN KOCHANOWSKI.
NA SOKALSKIE MOGIŁY.

Tuśmy sie mężnie prze ojczyznę bili
I naostatek gardła położyli.
Nie masz przecz, gościu, łez nad nami tracić!
Taką śmierć mógłbyś sam drogo zapłacić.

(Około 1560)[29].


MIKOŁAJ REJ.
SPÓLNE NARZEKANIE
NA PORZĄDNĄ NIEDBAŁOŚĆ NASZĘ.

Patrzaj, które jest tak zacne a tak sławne królestwo, jako jest (iż tak mam rzec) nasze królestwo polskie, w którem nas tu Polaki Pan nasz z łaski swej posadzić a rozszyrzyć raczył. Albo które jest królestwo okoliczne, aby od niego albo jakiej pomocy, albo jakiej żywności nigdy nie potrzebowało? A wiele krain i królestw, co na nie robią, jako za dzień kmiotkowie, a tu wszytki swe prace podawają, a stąd pożytków swych, żywności swych i innych rzeczy, szukając, nabywają. A my Polacy, za małą pracą a za małem staraniem, ich kosztownej pracy a ich robót z rozkoszami sobie używamy. Czego ja wyliczyć nie chcę: snadnie sie temu, kto jedno chce, każdy przy patrzyć może. Bo, acz w inych stronach jest więcej złota, srebra, korzenia, jedwabiów i inych rzeczy, a wszakże to nam tu przedsię od nich mało nie darmo przychodzi. Ale takich ludzi, takich cnót, takich obyczajów, takiego męstwa: a który w tem naród porównał z narodem tym? a które wojsko kiedy polskiemu wojsku wytrwać mogło? Tak, iż i ini, mało nie wszyscy, narodowie, już za naszej pamięci, wielekroć do nich ubiegali. A szczęśliwem to wojskiem zową, gdzie Polaki widają. A straszny huff każdemu nieprzyjacielowi bywa, gdzie Polak swe jasne a niezakryte czoło ukaże!
Poźrzysz zasię, przewróciwszy kartę, na drugą stronę, jeśliże jest nędzniejsze, zeszlejsze a niedbalsze państwo w sprawach a w opatrznościach swoich, jako jest to sławne a tak zacne królestwo polskie nasze? Żaden naród, żadna horda, a snadź i cygańska, nie jest w takiej niedbałości, a snadź jest w lepszem opatrzeniu, niźli tak sławne a zacne to państwo nasze. Azaż my mamy postanowienie jakie pewne, oprócz tych marnych a niepobożnych wici? Gdyby na nas jaki prędki nieprzyjaciel przypadł, cobychmy z nim czynić mieli? Azaż mamy miejsca jakie pewne ściągnienia swego? Azaż mamy ty, do którychbychmy sie ściągać mieli? Azaż mamy pewną wiadomość jaką o sprawie nieprzyjaciela którego? Poźrzy na ony ludzkie urody, ubiory, kształty, obyczaje, gotowości, że chodzą rotami młodzi ludzie jako lwy, a snadźby sie mogli, jako ono dawna przypowieść, i z djabły łamać....
Stoją zamki, stoją mury puste, wilcy a świnie dzikie się w nich lągną, a ninacz ich podobno nie chowamy, jedno na baszty nieprzyjacielom swoim, aby oni to, powoli pobrawszy sobie, osadzili, a stąd nas bezpieczniej wojowali a posiadali.
A jakoż tu nieprzyjaciel serca nie ma brać? a jakoż się tu nie ma jako djabeł z niedbałej dusze rozkochać, wiedząc o tak zacnem, sławnem a bogatem królestwie, wiedząc o takich sławnych, zacnych, a bojowych ludziach, i wielkości ich, a wiedząc też o takiej niedbałości i o takiej sprawie ich?....
A jakoż tu Pan, prosze cie, ma podnieść oczy swoje na wspomożenie nasze? Ano, jako sam powiedać raczy, iż: wołacie do Mnie a narzekacie, iż was nie chcę wysłuchać, a ręce wasze, które podnosicie do Mnie, pomazane niesprawiedliwością!.... Obaczże sie, smaczno-li-ćby to było, kiedybyś ujrzał, ano postronny człowiek rozkazuje w domu twoim, a urzędnikać odmienił, a ty zdaleka z cirnia wyglądasz, co sie dzieje: ano już iny urzędnik, albo cie w łykach przy koniu wodzą!.... Pomyśl sobie jedno, jeśliby do tego kiedy przyszło (jakoż nieomylnie przyść musi, nie będzie-li uznania twego a miłosierdzia Pana twego), gdyby obcy a srogi człowiek przyszedł mocą do domu twego, posiadł albo rozproszył wszystką majętność twoję, zapalił srogim ogniem dom twój i wszystki rozkoszy twoje, posiekałby głowy dziatkam twoim przed oczyma twemi, zelżyłby małżonkę i naród twój, a ciebieby, jako psa, wodził na łańcuchu, przy koniu swoim, tłukąc głowę twoję: jakoby tam Żałosna była dusza twoja i serce twoje!

(1568)[30].



MIKOŁAJ REJ.
O BŁĘDACH ŚWIECKICH URZĘDÓW.
(ŻALE PLEBANA Z „KRÓTKIEJ ROZPRAWY MIEDZY
TRZEMI OSOBAMI“).

Atkniż jedno świeckich urzędów,
Jeśli tam nie więcej błędów,
A jako wam też przychodzą?
Bo się tak z wami nie rodzą?
A ze sta was jeden siędzie
Takim kształtem na urzędzie,
Aby jedno prawdę mnożył,
A swe pożytki odłożył.

Chyba drobnych kęs cześników,
Chorążych, wojskich, stolników....
Ale, gdyby nie pamiętne,
I sędzić też nic niechętne,
Ale, więc nie szkoda pracej,
Kiedy już kto pewien płacej.
Bo uźrzysz ony proroki,
Kiedy już odsądzą roki,
Sporo im więc młyny mielą,
Kiedy sie pamiętnem dzielą.
A to barzo łowne pole,
Sporzej młócić, niż w stodole....
Wiarę snadź z sejmu naszego
Nie słychamy nic dobrego:
Już to kielka niedziel bają
A w niwczem sie nie zgadzają.
Podobno, jako i łoni,
Każdy na swe skrzydło goni;
Pewnie pospolitej rzeczy
Żadny tam nie ma na pieczy.
Boć i owi z pustą głową,
Co je rzkomo posły zową,
Więcej też sobie folgują,
A to, co jem trzeba, kują.
Bo jedni są, co sie boją,
Drudzy o urzędy stoją;
Jako tako pochlebuje,
Gdy kto co smacznego czuje.
Bo, acz to jest wielki urząd,
Kto chce łatać ten spólny błąd,
Lecz, gdy nie będzie pilności
A prawej spólnej miłości,
Przedsię, z oną płochą radą,
Na chromem do domu jadą....

(1543)[31].


MIKOŁAJ REJ.
ZBROJA PEWNA
KAŻDEGO RYCERZA KRZEŚCIJAŃSKIEGO.

Imię Boga wszechmocnego
A mocna obrona jego,
Toć jest zbroja poćciwego
Rycerza krześcijańskiego.
Ta zbroja, z cnoty kowana
Ma być wiarą hartowana,
Stałością wyhecowana,
Nadzieją polorowana.
A toć iście pewna zbroja,
Pewniejsza, niźli pstra twoja,
Chociać będzie malowana,
Złotem pięknie nakrapiana.
Tą zbroją masz wszytko zborzyć,
Acz i swoję możesz włożyć,
Choć przeciw tej jako śklana,
Lecz przedsię od Boga dana.
A tak, radzęć, miej na pieczy,
Jako słaby stan człowieczy;
Nie będzieli Pan Bóg z nami,
Mało przemożemy sami.

(1568)[32].



MARCIN BIELSKI.
SPRAWA RYCERSKA.

Ćwiczcie się rycerskim sprawam, młodzi Sarmatowie,
Byście byli ku potrzebie zawżdy pogotowie.
Ze wszytkich stron w tej krainie na nas zły wiatr wieje:
Bacząc naszę niegotowość, poganin sie śmieje...

Patrzcie jedno ku północy, patrzcie na południe,
Jako się knim przymykają zagorzanie cudnie,
Jako się też ci latawcy roją jako pszczoły:
Popalili ruskie ziemie, wygnali plon, woły.
Drudzy przeorują miedze w Litwie na granicy,
Trzeba sie spodziewać tego i w pruskiej ziemicy....
Czas przychodzi obaczyć się, panowie żołnierze,
Zbroję na się przystosować, odpruwszy kołnierze.
Przychylcie się wszyscy ktemu, prawdzie miejsce dajcie,
A swoim nieprzyjaciołom mocno odpierajcie.
Wziąwszy w swoją prawą rękę koncerz, szablę, drzewo,
Wsiądź na swój koń a bądź gotów, obróć tarcz na lewo
Lepsza zbroja, rohatynka, szabla i siekierka,
Niźli kufle, albo karta, w biesiadzie fryjerka....
Strzeżcie się takowych utrat, które męstwu szkodzą,
Kufle, karta, spólne zwady, wszytko złe przywodzą.
Bo te rzeczy z mężów dobrych robią niewieściuchy,
Znikczemnieje taki każdy, złe miewa posłuchy.
Macie po temu wiek młody, utracać go szkoda;
Snadnie przydzie ku obronie, kiedy będzie zgoda.
Pamiętajcie na swe starsze i miesce ojczyste,
Które w Polsce wychowało takie męże czyste.
Mając tego z przodków swoich sławę znamienitą,
Starajcie się wszyscy pilno o Rzeczpospolitą.

(1569)[33].



JAN KOCHANOWSKI.
OMEN JANA KOCHANOWSKIEGO.

Gdzieżto piękne boginie tak łaskawe były,
Żebych ja, ile chęci, tyle miał i siły
Służyć ojczyźnie miłej, a jej sprawom sławnym
Nie dopuszczał zamierzknąć w ciemnym wieku dawnym.


Gdzie pójźrzę, wszędy widzę polskiej siły znaki:
Tu do Czarnego morza jeszcze świeże szlaki,
Tu droga znakomita przez śnieżne Bałchany,
Tu Psie pola, a sam brzeg pruski zwojowany.

A ktoby oczy podał jeszcze w głębsze lata:
Przodkom naszym większa część hołdowała świata,
Bo od Zmarzłego morza po brzeg Adryjański
Wszytko był opanował cny naród słowiański!

(Około 1580 r.)[34]



JAN KOCHANOWSKI.
POCHWAŁA
ZNAKOMITSZYCH KRÓLÓW POLSKICH.

Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry
I tak wysoko postawił, że z góry
Wszytek Świat widzę, a sam, jako trzeba,
Tykam się nieba?

Toli jest ogień on nieugaszony
Złotego słońca, które, nieskończony
Bieg bieżąc, wrotne od początku świata
Prowadzi lata?

Toli jest on krąg odmiennej światłości,
Wódz gwiazd rozlicznych i sprawca żyzności?
Słyszę głos wdzięczny... Prze Bóg! a na jawi,
Czy mię sen bawi?

Tu, widzę, ani ciemne mgły dochodzą,
Ani śnieg, ani zimne grady szkodzą;
Wieczna pogoda, dzień na wszytki strony
Trwa nieskończony.


Godne pałace Twojej wielmożności,
Panie, a jakiej cnota dostojności,
Widzę na oko, bowiem wedle Ciebie
Ma miejsce w niebie.

Ktoby cię nie znał, Lechu Słowianinie,
Któryś najpierwej zasiadł w tej krainie
I opanował męstwem swojem mocne
Brzegi północne?

Kroka patrz, jako, siedząc tak wysoko,
Przedsię ku miastu swemu skłania oko:
Wandę wydawa ubiór, bo z postawy
Zda się maż prawy.

Tu i fortelny Przemysł jest wzniesiony,
I ten, co dostał trefunkiem korony,
Dożrzawszy zdrady, gdzie koń prędkonogi
Biegł zawód drogi.

Bóg fałszu nie chce, a jako miłuje
Sprawiedliwego, Piast i dziś to czuje,
Bo mieszka w niebie, a jego cne plemię
Rządziło ziemię.

Zemowit stoi wedle ojca, prawie
Z drugiemi równo, ty wysszej, Miecławie,
Którego sprawą chrześcijański zakon
Podan Polakom.

Tuż po nim widzę mężne Bolesławy,
Prze których dzielność i stateczne sprawy
Polska szeroko swych granic pomknęła
I serca wzięła.

W tejże jej liczbie on zakonnik święty,
Z cieniów klasztornych na królestwo wzięty.
Są dwa Leszczkowie, jest król, wzrostem mały,
Ale mąż śmiały.


Widzę Jagełła i dwu Kazimierzu,
Dobrych tak w boju, jako i w przymierzu:
Widzę i ciebie, gwiaździe równym prawie,
Cny Władysławie.

To też jest Olbracht, król serca wielkiego,
Tuż z Aleksandrem Zygmunt, za którego
Polska zakwitła, a po długim boju
Wytchła w pokoju.

Szlachetne dusze, które swej dzielności
Macie zapłatę niebieskie radości,
Życzcie ojczyźnie, aby wam rodziła
Podobnych siła!

A ten, co po was dziś państwo sprawuje,
Niechaj fortunnie i zdrów nam panuje,
A zwierzonego nie wzdawa opieku,
Aż pełen wieku.

(1568)[35].



JAN KOCHANOWSKI.
PROPORZEC JAKI BYŁ.
(Z „PROPORCA ABO HOŁDU PRUSKIEGO“).

Zatem mu jest do ręki proporzec podany,
Kosztownemi farbami wszytek malowany,
Wielki, świetny, ozdobny, jaki za lat dawnych
W żadnym szyku nie był znan, ani w bitwach sławnych.
Ten, jako skoro z drzewa swego był spuszczony,
A potem wzgórę na wiatr wolny wyniesiony,
Okazały się na nim rozliczne narody,
Króle, wojska, hetmani, rzeki, miasta, grody.
Tam było widać Prussy, a oni wojują
Mazowsze, ludzie wiążą, wsi i miasta psują;

A Konrad przeciwko nim Krzyżaki prowadził
I nad głęboką Wisłą przy Dobrzyniu sadził.
Margrabiowie Pomorską ziemię posiadali
I już Gdańsk niedobyty zdradą otrzymali,
Starosta zamku bronił, a temu Krzyżacy
Na ratunek bieżeli i Zbrojni Polacy.
Wilkowi owcę odjął pies niepościgniony,
Ale ją sam przedsię zjadł. Zamek obroniony,
Lecz dobrzy zakonnicy Polaki wygnali
I starostę, a sami zamek otrzymali,
Aż i wszytko Pomorze; król wojnę gotował,
A Czech sie przeciw jemu z Krzyżakiem spisował....
Mazowszanin ściśniony Czechowi hołduje,
A za dobre sąsiedztwo Krzyżakom dziękuje....
Inszy król, insze czasy; ludzie, syci boju,
Dali w moc dwiema królom sądzić o pokoju.
Wyrok naszym nie kmyśli, przedsię go trzymają,
Ale sie Niemcy czegoś więcej domagają.
Znowu wici roznoszą, lecz Papież hamuje,
A przysłuchawszy sprawy, Krzyżaki winuje.
A ci oto zaś z królem znowu sie jednają,
Ale polscy biskupi na to nie zwalają.
Tamże piękny majestat był wymalowany
Na nim król siedział, w myślach swoich rozerwany,
Bo sie na zad oglądał, na to, co sie działo
Przed nogami, nie patrząc, abo dbając mało.
Po nim Jagiełło Litwę jednoczy z Polaki,
A potem o pokoju rokuje z Krzyżaki.
Próżno podobno; bo patrz, jako wsi gorają,
A zamków miedzy sobą przedsię dobywają.
Widać, że było dalej dwie wojszcze ogromne,
Strzelbę na sie składając i kopije łomne:
Stąd Krzyżacy, a z nimi Niemcy i Czechowie,
Stąd Polacy i Litwa, Ruś i Tatarowie.
W bok wojska król dwa miecza od Niemców przyjmuje,
Z drugiej strony Tatarów Witułt już hamuje,

Ale ci przedsię serca drugim nie skazili,
Bo Polacy na głowę Niemce porazili....
Tu już zasie Krzyżacy z królem sie jednają,
A Zmódzką płodną ziemię panom własnym zdają....
To w niwecz, znowu przedsię radzą o pokoju,
Ale sprawą cesarską przyszło zaś do boju,
Bo Niemcy pod przymierzem do Polski wtargnęli,
A jako Bóg chciał, i tak przedsię klęskę wzięli...
Patrzajże tu Prussaków, jako zamki psują,
A wygnawszy Krzyżaki, koronie hołdują....
Zamki zatem służebni królowi podają
A dawno zatrzymany swój żołd odbierają.
Krzyżacy przedsię znowu swego szczęścia kuszą.
Lecz za Pańską pomocą ustępować muszą.
Tu pokój zasie poseł papieski stanowi,
A Krzyżak czołem bije polskiemu królowi....
Matiasz do Prus godzi, lecz mu drogi bronią,
A Krzyżacy powinnej przysięgi sie chronią.
Przeto znowu niepokój: Firlej zamki wali,
Wsi i miasta gorają, Niemcy już ustali.
Na końcu Olbrycht klęczy w książęcym ubierze,
A od króla chorągiew rozpuszczoną bierze.
Na niej skrzydła roztoczył czarny orzeł śmiały,
Niosąc w sercu zwyciężce wielkiego znak mały.
Śrzodkiem tego wszytkiego srebrna rzeka płynie,
Którą, leżąc pod skałą przy powiewnej trzcinie,
Rozciągła Wisła leje krużem marmurowym,
Głowę mając odzianą wieńcem rokitowym,
A do morza przychodząc, drze sie na trzy części.
Tam okręty a przy nich Delfinowie gęści
Po wierzchu wody grają, połyskując złotem:
Brzegi bursztynem świecą—Pierwsze lice o tem,
Z drugiej strony zaś tenże mistrz początki dawne
I dzieje był wyraził, na wszytek świat sławne
Słowieńskie....

(1569)[36].


JAN KOCHANOWSKI.
NA SPUSTOSZENIE PODOLA PRZEZ TATARÓW.

Wieczna sromota i nienagrodzona
Szkoda, Polaku! ziemia spustoszona
Podolska leży, a pohaniec sprośny,
Nad Niestrem leżąc, dzieli łup żałośny!

Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje,
Którzy zagnali piękne łanie twoje
Z dziećmi pospołu: a niemasz nadzieje,
By kiedy miały nawiedzić swe knieje.

Jedny za Dunaj Turkom zaprzedano,
Drugie do Hordy dalekiej zagnano;
Córy szlacheckie (żal sie, mocny Boże)
Psom bisurmańskim brzydkie ścielą łoże.

Zbójce (niestety), zbójce nas wojują,
Którzy ani miast ani wsi budują,
Pod kotarzami tylko w polach siedzą, —
A nas nierządne, ach, nierządne, jedzą!

Tak odbieżałe stado więc drapają
Rozbójce wilcy, gdy po woli mają,
Że ani pasterz nad owcami chodzi
Ani ostrożnych psów za sobą wodzi.

Jakiego serca Turkowi dodamy,
Jeśli tak lekkim ludziom nie zdołamy?
Ledwieć nam i tak króla nie podawa,
Kto się przypatrzy, mało nie dostawa.

Zetrzy sen z oczu a czuj wczas o sobie,
Cny Lachu! kto wie, jemu czyli tobie
Szczęście chce służyć? a dokąd wyroku
Mars nie uczyni, nie ustępuj kroku!


A teraz k temu obróć myśli swoje,
Jakobyć szkody nieprzyjaciel twoje
Krwią swą nagrodził i omył tę zmazę,
Którą dziś niesiesz prze swej ziemie skazę.

Wsiadamy? Czy nas półmiski trzymają?
Biedne półmiski, czego te czekają?
To pan i jadać na śrzebrze godniejszy,
Komu żelazny Mars będzie chętniejszy.

Skujmy talerze na talary, skujmy,
A żołnierzowi pieniądze gotujmy!
Inszy to darmo po drogach miotali,
A my nie damy, bychmy w cale trwali?

Dajmy, a naprzód dajmy; sami siebie
Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.
Tarczej, niż piersi, pierwej nastawiają,
Poźno puklerza przebici macają.

Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie;
Lecz, jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi:
Że i przed szkodą i po szkodzie głupi!

(1575)[37].



JAN KOCHANOWSKI.
MONOMACHIA
PARYSOWA Z MENELAUSEM.
(Z „ILJADY.“)

Owi tedy w swych rzędziech siedli, gdzie burzliwe
Ich konie z wozy stały i zbroje cierpliwe,
A Parys ku przyszłemu boju się gotował:
Naprzód nakolankami nogi obwarował
Pięknemi złocistemi; więc na się nie swoję,
Ale Tejkaonową bracką włożył zbroję:

A potem miecz przypasał śrebrem obleczony,
I tarcz wielką na głowę i szyszak złocony;
Temu włosy na głowie trzęsły czub ogromny;
Po tem wszytkiem wziął oszczep w rękę nieułomny.
Toż czynił Menelaus. A gdy ku bojowi
Zdali się być już sobie obadwa gotowi,
Szli prosto miedzy wojska, srogo poglądając;
A ludzie strach zejmował, na obu patrzając.
Już w rozmierzonym placu przeciw sobie stoją,
Gniewając się i bronią potrząsając swoją.
Naprzód Parys wystrzelił oszczep i uderzył
Atrydę prawie na tarcz, jako był umierzył;
Lecz żelaza nie przebił, bo grot nie hartował
W pawężę niezdobytą. Potem się gotował
Menelaus, tę modlitwę czyniąc bogu swemu:
Boże, pomóż mi przeciw Parysowi złemu,
Od któregom ukrzywdzon nie dawszy przyczyny:
Tego ty skarz ma ręką, aby i kto iny
Napotem wiedział, jako ma ludzi szanować,
Od których dobrodziejstwa zwykł kiedy przyjmować!
To wyrzekłszy, wystrzelił oszczep i uderzył
Parysa prawie na tarcz, kędy był umierzył;
A ten się nazad cofnął i został przez rany.
Oszczep w stronę uderzył, krwią nie umazany.
A Menelaus, miecza dobywszy srogiego,
Uderzył z wierzchu w szyszak; od razu tęgiego
Rozpierzchnął się miecz w kęsy; westchnął nieszczęśliwy
Menelaus: Ach, Boże! Toś mi nie życzliwy;
Jam się dziś myślił pomścić zelżywości swojej
Nad bezecnym Parysem; ali w ręce mojej
Tylko jedlca zostały, a miecz sam skruszony,
I oszczep darmo poszedł, a ten nie raniony!
To mówiąc, dopadł końskich włosów u szyszaka
I ciągnął go, wracając do swego orszaka.
A tego węzeł dusił upstrzonej tkanice,
Która pod brodą strzegła czubatej przyłbice.

I wciągnąłby był i dank wielki miał, by była
Wenus, krew Jowiszowa, niewnet obaczyła,
Która mu pas bitego wołu rozerwała,
A temu próżna w ręku przyłbica została.
Tę tedy Menelaus prze swoje porzucił,
A ci ją wnet porwali; on się znowu rzucił,
Chcąc go oszczepem zabić; a ta obroniła
Snadnie, jako bogini, a mgłą go zaćmiła....

(Około 1570 r.)[38]



MIKOŁAJ SĘP SZARZYŃSKI.
PIEŚŃ O FRYDRUSZU.
KTÓRY POD SOKALEM ZABIT OD TATARÓW
ROKU PAŃSKIEGO 1519.

Umysł stateczny i w cnotach gruntowny
Kto ma od Boga, żywie świętym rowny;
Nietylko wytrwa głos szczęścia surowy,
Ale i łaską wzgardzić jest gotowy.

Tysiąc przykładów! Ale dostateczny
Słów moich świadek sam Frydrusz serdeczny;
Który to sprawił, że sie mniej wstydamy
Blizny, prze upór co nieszczęścia mamy.

Na Sokal wojska gdy już płaczliwego
Ostatek uwiódł od rąk okrutnego
Pohańca, wolny—serce nielękliwe
Odkrył, te słowa mówiąc pamiętliwe:

„Farbę Bugowej, widziałem, krew wody
Nasza zmieniła, prócz pohańskiej szkody
Skryły sie pola pod zacnemi ciały,
A mnie, niestetyż, kto w te zagnał wały?


„Bojaźń wyrodna w serce me nie wchodzi,
Lecz, mogąc pomóc, żywiąc, umrzeć szkodzi,
Choc miejsce wzywa, i dusza uczciwa
Krwią, ciałem, zbroją sławę kupić chciwa.

„Ale jeszcze trwa ten targ! otwórz bronę,
Otwórz, już mię wstyd mieć mur za obronę!
Niechaj przypłaci pohaniec zdradliwy,
Że tył mój widział, gdym zbrojny i żywy!“

To rzekłszy, jako z działa śmiertelnego
Kamień, płomienia gwałtem siarczystego
Z hukiem wyparty. jako przez wiatr rzadki
Leci przez ciała, dając im upadki:

Tak mężny Frydrusz, gniewy szlachetnemi
Zapalon, z zamku z krzyki rycerskiemi
Wypadł, i przeszedł zastęp niezliczony,
Swą i tatarską prawie krwią zjuszony.

Tam zaś, by tygrys, gdy swe baczy dzieci
Miedzy myśliwcy, choć tysiąc strzał leci,
Wpada w pośrodek, nie o ratunk dbając,
Ale o pomstę, szkodzi, i konając:

Taki był on mąż, widząc swój lud zbity,
Drugi związany; aż go znamienity
Duch ze krwią odbiegł. Padł. Krzyknął bezbożny
Zastęp i więźnie. Lecz był okrzyk rożny...

O cny rycerzu! Nietylko szczęśliwie
Duch twój z wielkiemi bohatyry żywie:
I tu, dokąd Bug ciche wody swoje
Niesie do Wisły, dotąd imię twoje

Trwać będzie w ustach ludu rycerskiego;
I rzecze człowiek serca wspaniałego:
„Z lepszem ojczyzny szczęściem, wieczny Panie,
„Bacz mi naznaczyć tak prędkie skonanie!“

(Około 1570)[39].


STANISŁAW GROCHOWSKI.
ŻAŁOSNA KAMENA.

Jestże kto taki, co to upatruje,
Skąd takie plagi naród nasz dziś czuje!
Jeśli jest, i mnie to wspomnieć nie wadzi,
Co prawda radzi....

Schorzało tego państwa wszytko ciało,
Zgasły, na których siła zależało,
Gwiazdy koronne; hetman dziś, kto czuje,
Gdzie go wakuje.

Kto dla ojczyzny niesie na plac zdrowie?
Kto się do gardła przy prawdzie opowie?
Kto dzisiaj, choć jawny błąd się oń ociera.
Usta otwiera?

Tam, gdzie nie trzeba, aż nazbyt mówiemy,
A tam, gdzie słuszna radzić, każdy niemy.
Ale my rzadko do skutku wprowadzim,
Choć co uradzim.

Sami się z sobą tylko dziś waśnimy,
Koszt na hajduki napróżno czynimy,
Nieszczęśni ludzie i bliscy zginienia
Prze te jątrzenia....

Sprawiedliwości niemasz przez sejm cały,
Ledwie osądzą ze dwa kryminały,
A drugich z klątwą idzie płacz w obłoki
Na nasze zwłoki...

Statuta boskie i ludzkie zwątlone,
Prawo gwałt cierpi już i przyrodzone;
Co za sława brzmieć o nas będzie potem,
Nie myślem o tem.


Nie wspominam tu próżnowania, ani
Zbytku, w którym się topim by w otchłani;
Jedni przed czasem schodzim, drudzy w sługi
Idziem przez długi.

Dasz półmisków sto, on da tyle troje,
Ty go upoisz, on woźnice twoje;
Ty dasz pachołkom kuny, pan da rysie,
Nae stronę lisie...

Z drugich dostatku, jakoby z tłustego
Sadła, wypływa chęć jakaś do złego,
Do buntów między bracią, do niezgody;
To są ich gody...

Wzdychają z nędzy biedni służebnicy,
Miasto odźwiernych drzwi strzegą dłużnicy;
Bez miłosierdzia, ma tytuł fałszywy:
Pan miłościwy....

Więc i gdzie spojrzysz. tam pełno głowników,
Pełno lichwiarzów i jawnogrzeszników,
Nie usłyszysz nic, jedno słowo krwawe
Albo plugawe.

Zapłaty dzielność nie ma, cne nauki
Głodne boleją, też bez chleba sztuki,
Nie mają wagi ani na się względu;
W czem pełno błędu.

Sromota nasza, kochani, sromota,
Za nią w nas klęski Pan i plagi miota,
Za oną zsyła niedole i troski
Na nas gniew boski.

Błogosławieństwo Pańskie nas minęło,
Siłachmy siali, a mało się wzięło.
Nędzni grzesznicy, prze Bóg, co czynimy?
Wżdy sie ocknimy!


Swawola panów, lud uciemiężony,
Słusznie nas karzesz, Boże niezmierzony.
Ale się zmiłuj, uczyń koniec temu
Gniewu Twojemu!....

Podnieśmy serca do modlitwy społem,
A posypujmy swe głowy popiołem,
W popiół nam wszytko poszło i perzynę
Prze naszą winę.

Do tego w cale chcemli się zachować,
Każdy ojczyznę usiłuj ratować,
Póki, co blizko, siekiera ostatnie
W korzeń nie zatnie...

O Chryste, nawróć nas, racz nami rządzić,
Nie daj w tej puszczy niebezpiecznej błądzić,
Otwórz nam oczy i zamknione wrota
Nam do Żywota!...

1605.[40]



PIOTR SKARGA.
O MIŁOŚCI OJCZYZNY.
(Z „KAZAŃ SEJMOWYCH.“)

Słusznie też do was mówić tak mam, przezacni obmyślacze dobra pospolitego; wszytkiej tej korony, to jest ludzi i dusz, ile ich jest w Polszcze, w Litwie, w Rusi, w Prusiech, w Żmodzi, w Inflanciech, oczy się do was obracają i ręce do was podnoszą, mówiąc, jako oni Egipcyanie do Józefa: Zdrowie nasze w ręku waszych, wejźrzyjcie na nas, abyśmy nie ginęli i w domowej niesprawiedliwości i w pogańskiej niewoli. Wyście ojcowie naszy i opiekunowie, a my sieroty i dzieciny wasze. Wyście jako matki i mamki nasze; jeśli nas odbieżycie, a źle o nas radzić będziecie, my poginiem i sami zginiecie. Wyście rozumy i głowy nasze, my, jako proste dzieci, na wasze się obmyślanie spuszczamy, i Pan Bóg wam myślić o nas rozkazał. Wyście jako góry, z których rzeki i zdroje wytryskają, a my jako pola, które się onemi rzekami polewają i chłodzą. „Góry (jako Psalm mówi) przyjmujcie ludkom pokój, i pagórki, spuszczajcie im sprawiedliwość“. Was Pan Bóg podniósł na wysokie urzędy nie dla was, abyście sami swoich pożytków pilnowali; ale dla ludu, który wam Pan Bóg powierzył, abyście nam sprawiedliwość i pokój, który od Pana Boga bierzecie, spuszczali.
Toć są głosy i wołania ich do was; zmiłujcież się nad nimi. Miłujcie ojczyznę tę swoję i Hieruzalem swoje, to jest Koronę tę i Rzeczpospolitą a mówcie tak z serca z Dawidem: „Jeśli cię zapomnię, ojczyzno miła moja i Jeruzalem moje, niech zapomnię prawice ręki swojej. Niech język mój przyschnie do ust moich, jeśli pomnieć na cię nie będę, a jeśli cię na czele wszytkich pociech moich nie położę“[41]. O jakie zaklinanie! którem się wiązać macie, abyście nic sobie tak miłego, tak wesołego nie mieli, jako dobro Jerozolimy swojej, to jest rzeczypospolitej i ojczyzny swojej, życząc sobie onego w psalmie błogosławieństwa: „Błogosław ci Bóg, abyś patrzył na dobre Jerozolimy po wszytkie dni wieku twego“.
Jako namilejszej matki swej miłować i onej czcić nie macie, która was urodziła i wychowała, nadała, wyniosła?
Rozmyślcie, jakie od matki, od Korony i Rzeczypospolitej tej, dobrodziejstwa i upominki macie.
Ona wam wiary ś. katolickiej, przez którą do wiecznej ojczyzny przychodzicie, dochowała, i Chrystusa, Zbawienie wasze, i Jego Ewangelją przyniosła...
Ta matka, ojczyzna namilsza, wszczepiła wam i dochowała stan i majestat królewski, który jest zatrzymanim i ozdobą wszystkich dóbr i sławy waszej....
Ta matka skupiła wam do jednego ciała Rzeczypospolitej tak szerokie i zacne narody, rozszerzyła państwo swe od morza do morza i sąsiadom was straszliwe poczyniła, iż oburzyć się na was nie śmieją!....
Ta miła matka podała wam złotą wolność, iż tyranom nie służycie, jeno bogobojnym panom i królom, które sobie sami obieracie, których moc, prawy okreszona, żadnego wam bezprawia nie czyni, żadnego i od postronnych panów i od swoich uciśnienia nie cierpicie. Samiście tylo sobie tyranami, gdy praw nie wykonywacie, a do sprawiedliwości fałszywą wolnością abo raczej swowolnością przeszkody sami sobie czynicie. Tureckich i moskiewskiego państwa obywatele, patrzcie, jakie uciśnienie i tyranją cierpią. Nie taka to ojczyzna wasza! matką wam jest, a nie macochą! Na ręku was swoich nosi a krzywdy Żadnej cierpieć nie dopuści. Sami sobie szkodzicie i jeden nad drugim tyranją podnosicie, praw nie egzekwując, a moc pańską tam, gdzie nie potrzeba, krócąc. Z strony matki niemasz nic, w czembyście się żałować na nię mieli — chyba sami na się!....
Patrzcie, do jakich dostatków i bogactw i wczasów ta Was matka przywiodła, a jako was ozłociła i nadała, iż pieniędzy macie dosyć, dostatek żywności, szaty tak kosztowne, sług takie gromady, koni, wozów, takie koszty, dochody wszędzie pomnożone: sama tylo matka mało ma!....
Taż miła matka dała wam taki pokój, jakiego wiele królestw nie mają, za którym napełniły się komory wasze i rozszerzyły się pożytki wasze....
Macie od tejże ojczyzny do tego czasu sławę wojenną, która się tych wieków najwięcej za szczęśliwem panów i królów waszych panowaniem podniosła. Rodzi wam matka ta mężne i mądre i szczęśliwe hetmany, mocne i nieustraszone rycerstwo i lud taki, na który się nieprzyjaciele oglądają.
Taż matka namilsza uczyniła wam sławę u wszytkiego chrześcijaństwa i u pogaństwa, iż od zachodu i wschodu zacnemi poselstwy uczczony król i pan wasz wielką wam u postronnych powagę i mniemanie czyni.
Cóż wam więcej uczynić mogła? czemuż jej serdecznie miłować i onę w całości zatrzymawać i dla zdrowia jej wszytkiego tracić, gdy tego jest potrzeba, nie macie? Onę miłując, sami siebie miłujecie, a nie utracacie; onej nie życząc i wiary nie dochowując, sami siebie zdradzacie. Miłujecie pożytki swoje pojedynkowe a pospolite burzycie — i mnimacie, abyście dobrze sobie czynili i życzyli. Nie tak jest; ale jako Pan rzekl: „Kto zdrowie swoje miłuje, traci je. A kto je utraca, najduje je“. Gdy okręt tonie, a wiatry go przewracają, głupi tłomoczki i skrzynki swoje opatruje i na nich leży, a do obrony okrętu nie idzie — i mnima, że się sam miłuje, a on się sam gubi. Bo, gdy okręt obrony nie ma, i on ze wszytkiem, co zebrał, utonąć musi. A gdy swemi skrzynkami i majętnością, którą ma w okręcie, pogardzi, a z innemi się do obrony okrętu uda, swego wszytkiego zapomniawszy, dopiero swe wszytko pozyskał i sam zdrowie swoje zachował. Ten namilszy okręt ojczyzny naszej wszytkich nas niesie, wszytko w nim mamy, co mamy. Gdy się z okrętem źle dzieje, gdy dziur jego nie zatykamy, gdy wody z niego nie wylewamy, gdy się o zatrzymanie jego nie staramy, gdy dla bezpieczności jego wszytkiem, co w domu jest, nie pogardzamy — zatonie, i z nim my sami poginiemy.
W tym okręcie macie syny, dzieci, żony, imienia, skarby i wszytko, w czem się kochacie; w tym tak wiele dusz jest, ile ich to królestwo i państwa przyłączone mają; nie dajcie im tonąć, a zmiłujcie się nad krwią swoją, nad ludem i bracią swoją, nie tylo majętnością, ale i zdrowim im własnem usługujcie wy, którzyście je pod swój rząd i opiekę wzięli...
O wielmożni panowie! O ziemscy bogowie! miejcie wspaniałe i szerokie serce na dobre braci swojej i narodów swoich, wszytkich dusz, które to królestwo z swemi państwy w sobie zamyka. Nie cieśnicie ani kurczcie miłości w swoich domach i pojedynkowych pożytkach; nie zamykajcie jej w komorach i skarbnicach swoich! niech się na lud wszytek z was, gór wysokich, jako rzeka w równe pola, wylewa! Naśladujcie onego chrześciańskiego króla, który, z wojskiem wyciągnąwszy, na chorągwi swojej namalować kazał ptaka, który swoją krwią ptaszęta, od węża zarażone, ożywia, dając znać, iż za swój lud rad umrzeć chce, sobie śmierć, a im żywot obierając...

(1597)[42].



PIOTR SKARGA.
O SKUTKACH NIEZGODY DOMOWEJ.
(Z „KAZAŃ SEJMOWYCH.“)

Nastąpi postronny nieprzyjaciel, jąwszy się za waszą niezgodę, i mówić będzie: „Rozdzieliło się serce ich, teraz poginą“, i czasu tak dobrego do waszego złego, a na swoje tyraństwo pogodnego, nie omieszka. Czeka na to ten, co wam źle życzy, i będzie mówił: Euge, euge! Teraz je pożerajmy, teraz pośliznęła się noga ich, odjąć się nam nie mogą.
I ta niezgoda przywiedzie na was niewolą, w której wolności wasze utoną i w śmiech się obrócą, i będzie, jako mówi Prorok: „Sługa równo z panem, niewolnica równa z panią swoją, i kapłan z ludem, i bogaty z ubogim, i ten, co kupił imienie, równy z tym, co przedał“. Bo wszyscy z domy i zdrowim swojem w nieprzyjacielskiej ręce stękać będą, poddani tym, którzy ich nienawidzą.
Ziemie i księstwa wielkie, które się z Koroną zjednoczyły i w jedno ciało zrosły, odpadną i rozerwać się dla waszej niezgody muszą, przy których teraz potężna być może ręka i moc wasza, i nieprzyjaciołom straszliwa. Odbieżą was, jako chałupki przy jabłkach, gdy owoce pozbierają, którą lada wiatr rozwieje; będziecie, jako wdowa osierociała, wy, coście drugie narody rządzili, i będziecie ku pośmiechu i urąganiu nieprzyjaciołom swoim.
Język swój, w którym samym to królestwo miedzy wielkiemi onemi słowieńskiemi wolne zostało, i naród swój pogubicie, i ostatki tego narodu, tak starego i po świecie szeroko rozkwitnionego, potracicie, i w obcy się naród, który was nienawidzi, obrócicie, jako się inszym przydało.

Będziecie nie tylo bez pana krwie swojej i bez wybierania jego, ale też bez ojczyzny i królestwa swego, wygnańcy wszędzie nędzni, wzgardzeni, ubodzy, włóczęgowie, które popychać nogami tam, gdziemwas pierwej ważono, będą. Gdzie się na taką drugą ojczyznę zdobędziecie, w którejbyście taką sławę, takie dostatki, pieniądze, skarby i ozdobności i rozkoszy mieć mogli? Urodzi-li się wam i synom waszym taka druga matka? Jako tę stracicie, już o drugiej nie myślić!....
(1597)[43].


PIOTR SKARGA.
POGRÓŻKI BOSKIE.
(Z KAZANIA „O NIEKARNOŚCI GRZECHÓW JAWNYCH“).

Cóż mam z tobą czynić, nieszczęśliwe królestwo? Kto tu na was, ze wszech stron królestwa zebrane, i na głowy ludu patrzy i wasze obyczaje i sprawy widzi, domyślać się może, jakie niezbożności i grzechy po wszytkiej Koronie panują!
Bych był Izajaszem, chodziłbych boso i na poły nagi, wołając na was, rozkoszniki i rozkosznice, przestępniki i przestępnice zakonu bożego: „Tak was złupią i tak łyskać łystami będziecie, gdy nieprzyjaciele na głowy wasze przywiedzie Pan Bóg i w taką was sromotę poda! I będzie wam złość wasza, jako mur porysowany wysoki, który, gdy się nie spodziejecie, upadnie, i jako garncarska flasza, mocno uderzona, z której się nie najdzie skorupka na noszenie trochy ognia i na poczerpnienie trochy wody z dołku“. Ustawicznie się mury Rzeczypospolitej waszej rysują, a wy mówicie: „Nic, nic, nierządem stoi Polska“! Lecz gdy się nie spodziejecie, upadnie i was wszytkich potłucze!
Bych był Jeremiaszem, wziąłbych pęta na nogi i okowy i łańcuch na szyję i wołałbych na was grzeszne, jako on wołał: „Tak spętają pany i pożoną, jako barany, w cudze strony“. I ukazałbych zbutwiałą i zgnojoną suknią, którą trząsnąwszy, gdyby się w perzyny rozleciała, mówiłbych do was: „Tak się popsuje i w niwecz obróci i w dym a w perzynę pójdzie chwała wasza i wszytki dostatki i majętności wasze“! I, wziąwszy garniec gliniany a zwoławszy was wszytkich, uderzyłbych go mocno o ścianę w oczach waszych, mówiąc: „Tak was pogruchocę — mówi Pan Bóg — jako ten garniec, którego skorupki spoić się i naprawić nie mogą“!
Bych był Ezechielem, ogoliwszy głowę i brodę, włosybych na trzy części rozdzielił. I spaliłbych jedną część, a drugąbych posiekał, a trzeciąbych na wiatr puścił, i wołałbych na was: „Jedni z was poginiecie głodem, drudzy mieczem, a trzeci się po świecie rozproszycie". I nie wychodziłbych z mieszkania mego drzwiami ani oknem, alebych ścianę przekopał, w rzeczy uciekając, i wołałbych na was: „Tak się z wami zstanie, żadne was zamki i twierdze nie obronią, wszytki nieprzyjaciel wywróci i was pogubi“!
Bójcie się wżdy tych pogróżek! Ja-ć objawienia osobliwego od Pana Boga o was i o zgubie waszej nie mam, ale poselstwo do was mam od Pana Boga i mam to poruczenie, abych wam złości wasze ukazował i pomstę na nie, jeśli ich nie oddalicie, opowiadał..

(1597)[44].



SEBASTJIAN FABJAN KLONOWICZ.
WRÓŻKA O UPADKU MOCY TURECKIEJ.

Upaść już, upaść tureckiej stolicy!
Trąbcie siódmy raz, wierni bojownicy!
Niech na trąbienie upadnie tyrańska
Władza a sceptrum i moc ottomańska, —
Jako Hierycho upadło od krzyku
I od głośnych trąb, nie bywając w szyku.
Niech się ulęknie Chrysta, lwa mocnego,
Grubość pogańska, i ryku strasznego!
Teraz już serca, teraz mocy trzeba,

Nie szonować się, a posiłku z nieba
Wołać! Choć stokroć już odważyć sobie
Umrzeć dla Pana, wziąć miecz w ręce obie!

Ręczne pioruny już krzosem zapalaj,
Mężny rycerzu, a wojsko powalaj
Podziurawione, nie strzelaj daremnie,
Nie psuj ołowiu i prochu nikczemnie.
Brzytwą golone zdejmuj łby pogańskie,
Siecz ostrzkiem i kol sztychem w imię Pańskie!
Ścinaj, przeszywaj, obcinaj, brodź w jusze,
Dław jako muchy a posyłaj dusze
Ćmę do Plutona; z sajdaków dobywaj
Strzał hartowanych, kąp się we krwi, pływaj
W mordziech pogańskich!

Wspomni Najwyższego
Krzywdę Jehowy i też namilszego
Chrystusa Jego. Wspomni pomieszane
Światłości z prochem, nogami deptane,
Wsi popalone, splondrowane domy,
W pogańską stronę zaniesione plony,
I łzy daremne więźniów spracowanych,
Chorych i letnich, srodze mordowanych;
Sprosną wszeteczność, białogłowskie głosy,
Przebijające pod same niebiosy.
Proszenie o śmierć, trapienie ciał wolnych,
Harde naśmiewców bluźnienie swawolnych,
Częste uszczypki wiary naszej, gdzie sam
Od niewierników zelżon jest Chrystus Pan!

To przed się biorąc, rycerzu cnotliwy,
Weź się za Ojcem, jako syn prawdziwy
Już się nie żałuj, już tu sercem całym
Czyń o Ojczyznę i umysłem śmiałym!....

(1597)[45].


PIOTR KOCHANOWSKI.
PLUTON ZAGNIEWANY
ZWOŁYWA PIEKIELNĄ CZELADŹ.
(Z „GOFFREDA ABO JERUZALEM WYZWOLONEJ“
TORQUATA TASSA.)

Kiedy tak pilnie i tak ukwapliwie
Robili cieśle, do lasu posłani,
Na chrześcijany pojźrzał nieżyczliwie
Straszliwy tyran piekielnej otchłani.
A widząc, że się im wiodło szczęśliwie
I że od Boga byli miłowani, -
Z jadu się kąsał i jako byk ryknął:
Tak mu ból serce przejął i przeniknął.

Chce wszytką mocą trapić chrześcijany,
Według swojego dawnego nałogu;
Na to złych duchów zbór sobie poddany
Zbiera do swego królewskiego progu;
Mniema tak, sprośny głupiec opętany,
Że to rzecz łatwa przeciwić się Bogu,
I nie chce pomnieć szaleniec przeździęki,
Jaki z gniewliwej piorun Jego ręki.

Ogromną trąbą Lucyper zuchwały
Kupi do siebie mieszkańce podziemne;
Której się straszne dźwięki rozlegały,
Przechodząc piekła i przepaści ciemne.
Nigdy tak nieba ogromnie nie grzmiały,
Gdy miecą gromy na doliny ziemne,
Nie tak ziemia drży i trzęsie się na dnie,
Gdy wiatr chce wypaść, co się w nię zakradnie.


Zbiegli się zaraz piekielni duchowie
Na pałac, w którym mieszka Pluton srogi,
W różnych postaciach: a kto je wypowie?
Strach i wspominać! Jedni kurze nogi,
Drudzy wielbłądzie, trzeci mają krowie:
Są i ci, którzy na łbie niosą rogi,
Inszy zaś warkocz z wężów upleciony
I smocze niosą za sobą ogony.

Widziałbyś tam był Arpije nieczyste,
Centaury, Sfingi, wybladłe Gorgony,
I szczekające Scylle zawiesiste,
Gwiżdżące Hydry, świszczące Pitony,
Chimery, sadze plujące ogniste,
Straszne Cyklopy, srogie Geryjony,
I wiele dziwów nigdy niewidzianych,
Z różnych postaci w jedne pomieszanych.

Starsze po prawej posadzono stronie,
Po lewej młodsze i nie tak wspaniałe,
We śrzodku Pluton straszliwy, na łonie
Trzyma żelazne sceptrum zardzewiałe:
Tak był sam w sobie, tak wielki w ogonie,
Że się i Alpy przy nim zdały małe,
I Atlas, chocia sięga pod obłoki,
Nie jest tak wielki, ani tak wysoki.

Oczy miał wściekle, wzrok, by u komety,
Powagę mu twarz surową czyniła,
Wszytek był czarny od głowy do pięty,
Kosmate piersi gęsta broda kryła,
Miąższy u gęby wąs wisiał pomięty,
W czele miał jeden, we łbie rogów siła,
A ukrwawiona gęba była taka,
Jako głęboka, straszna przepaść jaka....

(1618.)[46]



FABJAN BIRKOWSKI.
NAGROBEK OSMANOWI.
(KAZANIE.)

...Dziękujemy Tobie, Chryste Jezu, iżeś zniósł z karków naszych tego brzydkiego poborcę!... Gdy Faraona Bóg w morzu topił, „tańcowaly góry, jako barankowie“, mówi Pismo św.; gdy Juljana Apostatę Bóg włócznią swą zabił, morze tańcowało, jako niektórzy historycy piszą, wydzierało się z brzegów swoich i oświadczało radości swoje, które miało, gdy okrutnego tyrana piekło pożarło: toż mówię o weselu wszytkiego chrześcijaństwa, nawet i pogaństwa, jako się weselili wszyscy, gdyś ty jeden ginął!....
„Piekło — mówi... Ezajasz św. — pod tobą zatrwożyło się, zwłaszcza gdyś do niego przychodził; tobie kwoli wzbudziło olbrzymy swoje: wszytkie książęta ziemi porwały się z krzeseł swoich, wszyscy panowie narodów; wszyscy-ć odpowiedzą i rzeką tobie: „I ty zraniony jesteś, jako i my, nam podobny stałeś się! zwleczona jest do piekła hardość twoja; upadł trup twój, pod tobą pościel będzie mól, a kołdra twoja będą robacy!“ Spodziewaleś się podobno witania innego, Osmanie. aniż kiedy miał Nabuchodonozor w piekle: nie potkało cię insze od niego, boś nie robił na lepsze! Przestawaj na takiem, jakiem cię opatrzono teraz i jakiego cnota twoja godna była!
Zwiódł cię, jako wszytkich pobratymców twoich, bezecny Mahomet! Spodziewałeś się raju, a w nim rzek czterech: jednej — miodem, drugiej — mlekiem, trzeciej — winem, czwartej — wodą płynącej: i jednej z tych teraz nie masz! Masz jedną, która za wszytkie stoi: rzekę ognia i siarki pełną! Tą pragnienie swoje, tyranie, nasyć! nie godzieneś lepszej!.... Spodziewałeś się, według obietnic Alkoranu, pałaców i budynków od pereł i od złota: nie dla bisurmanów takie mieszkanie gotuje Bóg, ale dla wiernych chrześcijan swych!.. Spodziewałeś się bankietów po śmierci, przepysznych fazyjanów i ptaków innych smacznych, fruktów wszelakich. któreś miał wolę zbierać, leżąc, pod pięknemi drzewy: masz lichotę i masz ptaki, jakicheś godzien, owe sępy i harpje piekielne, które cię ustawicznie, jako Prometeusza bezbożnego, kłują! masz frukty ogniste, których przełknąć trudno, które gardziel twój dawić będą na wieki!....
Za takie okrucieństwa nizko padł ten Lucyfer, pod powrozy katowskie, cięciwami, jaką siatką, przykryty ten ptak, który tak wysoko latał! Latał wysoko ten ptak: na samo niebo chciał wlecieć, Krakowa mu się chciało i kościoła na zamku, Stanisława i Wacława świętych!....

(1622)[47].



BARTŁOMIEJ ZIMOROWICZ.
KOZACZYZNA.
OSTAFI.

O, Doroszu, Doroszu, na jakieśmy czasy
Przyszli, o których starsi nie słychali nasi!....
Ono chłopstwo nikczemne, bezecni hultaje,
Szczęśliwe niegdyś ruskie splądrowali kraje,
Które miodem i mlekiem przedtem opływały,
Dziś się łzami gorzkiemi i krwią swą zalały!

DOROSZ.

Kto się kiedy spodziewał, żeby wypaść miały
Z tak maluchnej iskierki tak wielkie zapały,
Których ani obfite łzy ugasić mogą,
Ani krew, wytoczona powodzią tak srogą:
Nie umiano tej iskry zalać wody kropią,
Teraz pożóg jej wielkie rzeki nie zatopią.
Do takiej nas niewoli zbyteczne swobody
I łakomstwo przywiodło do tak znacznej szkody....


WOJDYŁŁO.

Jako przyszłą nawalność żeglarzom na morzu
Gwiazdy opowiadają: tak na Zaporożu
Burdę kozacką, gdy się zaczynała właśnie,
Wiele praktyk domowych wróżyło nam jaśnie.
Nie było żadnej nocy (śmiele to rzec mogę),
Którejby nie trąbili kundysi na trwogę;
Nie było dnia, żeby weń stare wrony wieszcze
Nie miały krakać rano; a co powiem jeszcze,
Żadnego roku wilcy większemi kupami
Nie wili się naszemi między koszarami,
Nawet się z domowemi spąchawszy sobaki,
Szkody w trzodach czynili. Azaż to nie znaki
Unii niezwyczajnej, która biesa z Krzyżem
Pobratała, Krym dziki zjednoczywszy z Niżem?
Nuż, gdy najwięcej chmielu w zapustne ostatki
Zażywaliśmy, azaż w tenże czas na klatki
Wiejskie i na pałace pańskie z wschodniej strony
Szturmowny wiatr i wicher, wypadłszy, szalony,
Odzierając poszycia, łupiąc domy z dachów,
Prędko następujących nie był wieszczkiem strachów?....
Nazajutrz po wtargnieniu (że, co prawda, powiem)
Tatarowie z kozaki, jako gęsta chmura,
Naprzód na cmentarz wpadłszy do świętego Jura.

Kilka tysięcy ludzi, którzy tam uciekli,
W ocemgnieniu pobili i na śmierc posiekli:
Niektórych powiązali Tatarzy w surowce,
Tak, kiedy kupa wilków wpadnie między owce,
Żadnej całej nie puszczą; albo, gdy jastrzębie
Ze wszystkich stron uderzą na stado gołębie,
Choć się z strachu tęgiego przyczają do ziemi,
Przecie wszystkie poszarpią pazurami swemi,
Tak tu najmniejsza dusza śmierci abo łyków
Nie uszła suchą nogą jawnych rozbójników.
Bałuch ogromny z wrzasku, lamentów i pisku
Umierających, jako na pobojowisku!
Tu dzieci, tu niewiasty, tu leżą tułowy,
Tu pomieszane w kupę walają się głowy;
Wozów liczba niezmierna już pozakowanych,
Tamże niemało widać skrzyń porabowanych.
Bacząc my (a było nas nad tysiąc więcej),
W cerkwi drzwi zamknęliśmy drągami co prędzej,
Rozumiejąc, że nas dom boży z onej toni
Swojem poszanowaniem od szwanku obroni.
Lecz prędko nas otucha oszukała błaha;
Bowiem do cerkwi wszystka przypadłszy wataha,
Ze czterech stron poczęła łamać oraz mury;
Jedni z nich lud gromadny strzelali przez dziury,
Drudzy tłukli ciężkiemi furty taranami,
Niektórzy dziurawili ściany kilofami;
Inni, przebiwszy wierzchne młotami sklepienie,
Spuszczali na gęsty lud orklowe kamienie,
Aż niektórzy ze strachu napoły pomarli!
Aż kiedy się oprawcy drzwiami do nich wdarli,
Przesieczy siekierkami przez nacisk on srogi
I przez ciała czynili martwe sobie drogi,
Tamże jeden drugiego dusił w tym balasie,
Jeden drugiego krwią swą napawał w tej prasie,
Że niezadługo cerkiew pospołu z przytworem
Krwawą sadzawką, ciepłem stała się jeziorem,

Dopiero, jak snopie biorąc z wiejskiej kupy,
Przerzucali na stronę obnażone trupy.
I tuk gołe za nogi na podwórze wlekli;
Jeśli duszę zataił który, znowu siekli.
Jako w tym żona z dziećmi zginęła nierządzie,
Nie będę wiedział pewnie, aż na Bożym sądzie!
Ja przez ten czas, w maclochu nieznacznie zakryty,
Siedziałem za obrazem świętego Mikity.
Zrazu, widząc te mordy, serce we mnie drżało,
A potem, jako kamień, od żalu zdrętwiało,
Żem dalej nie mógł patrzeć. Dopiero poźrzałem,
Kiedy ihumen głosem zawołał niemałym:
„Hej! Proboh, Chrystyjane!“ Temu horylicą
Polawszy plesz na głowie, przypalali świécą,
Żeby wyśpiewał, kędy stare ryze schował
Abo srebro. On z nimi o wierze rokował;
Lecz mu jeden powiedział: „Bateńku horoszy!
„Nie choczem twojij wiry łysze ditczych hroszy!“
Insi ustawnie hałaj, bre gaur wołali,
Żeby się Tatarami, nie Rusią, być zdali.
Takowe wyprawiwszy do południa sztuki,
Ci odjechali, graty powiązawszy w juki.
Po nich zaraz nadeszli z rydlami kopacze
I nad pierwszych trzy razy ciekawsi badacze.
Ci, już kruszczu szukając, otworzyli groby,
Ruszyli wszystkie truny i zgniłe osoby,
Z których zdzierali ropą obewrzałe szmaty
I zaraz się dzielili zbutwiałemi płaty.
Naostatek, wołając: „Proszczaj, światyj Juru!“,
Oberwali na ziemię obraz jego z muru,
Większe tablice, rąbiąc, jako drwa, łupali,
Aż mię też w skałubinie onej wymacali.
Natychmiast, żegnając się, krzykną: „Buh, ne mara!“
Ja na to: „Ej, czołowik, ta i wasza wiara!“
„Ale masz denhy lackie!“ Skoro to wyrzekli,
Jako mysz, z onej jamy za łeb mię wywlekli

I obrali do naga; jedni za kaletę,
Drudzy za trzos, aże w nim naleźli monetę.
„Ho, ho, bo! — krzyknęli — ty, mużyku, kozackie
„Nieprzyjaciele nosisz z sobą, zdrajcę lackie!
„Gardłowa to jest sprawa i nieladajaka,
„Ale, żeś chrześcijanin, a nie Lach-sobaka,
„Czynią ci atamani łaskę (dziękuj Bogu!)
„Abyć trochę czupryny przycięto na progu“.
Już mię jeden z siekierą do progu przywodził,
Aż się we drzwiach Tatarzyn z trafunku nagodził;
Ten, opończę kilijską z kostrubatych sierci
Dawszy im, wybawił mię od zabitej śmierci
Sam na smyczy, jako psa, prowadził do koszu,
Kędy com przez pół roku ucierpiał, Doroszu,
Nie spisałbyś wszystkiego na wołowej skórze!....

(1648.)[48]


SAMUEL TWARDOWSKI.
ŚMIERĆ HETMANA ŻÓŁKIEWSKIEGO.
(Z „WŁADYSŁAWA IV.“)

Sam Żółkiewski, zginioną widząc rzecz na oko,
Jako zwierz, osaczony w puszczy gdzie głęboko,
Gdy z ostępów, zrozumie, że już nic ociecze,
Na wszystkie się naraża żelaza i miecze,
Żeby nie żyć co prędzej: tak i ów przyśpiesza
Sobie fatum, gdy miedzy pułki się zamiesza
I, gdzie gniew, gdzie potrzebę samą widzi walną,
Oną czyni aż dotąd ręką tryjumfalną,
Póki z bronią pospołu i ta nie ucięta.
A na wiek swój nie pomnąc, tylko to pamięta,
Czem dobrego hetmana kiedyś zalecono,
Że, stojąc, ma umierać. Aż i postrzelono
Konia pod nim; na stronę kinąwszy którego,
Czeka śmierci. Dodawa żołnierz mu drugiego:

„Hej! Dzień już ostateczny! I w ręku poganie
„Mają obóz! Ubiegaj, ubiegaj, hetmanie!
„I nie dopuść, żeby ten odnieść miała w tobie
„Żal ojczyzna!” Na co ów: „Już ty radź o sobie
„I uchodź, gdzie rozumiesz: mnie, że tak zrządzieło
„Szczęście moje, umrzeć mi na tym placu mięło
„Z żołnierzami moimi! Ciebie, jeśli cało
„Bóg stąd kiedy wyniesie, co ze mną się stało,
„Opowiedz senatowi, żem nad jego rady
„Nic nie czynił, chroniąc się z tem pogaństwem zwady
„Do ducha ostatniego. A niech Lwów co prędzej
„I Kamieniec opatrzą, niż serca tem więcej
„Dostanie nieprzyjaciel i, zwycięstwem srogi,
„Przez mię dziś zawalone te przestąpi progi!
„Ja niech już tu zostawam, a wolę, niż w domu
„Swej się potem sprawować niewinności komu!“
W tem nieznany — z drugimi, końmi porażony
I gradem strzał pogańskich poległ zarzucony....
I ten-ci to zabój nasz, ta Cecorska beła,
Jaka nigdy, rozprawa. Której dotąd fali
Dałem żagle, bo którzyżby ją opisali
Tak krótko Orfeowie? który styl ścieńczony
I jednem wymówieły słowem ją Lakony?

(1649)[49].


SZYMON STAROWOLSKI.
LAMENT UTRAPIONEJ MATKI
KORONY POLSKIEJ.

Nieszczęsna matka, schodzę z tego świata, nie rozrządziwszy dziatek moich! Umieram w boleściach i frasunkach, nie dawszy błogosławieństwa złośliwym synom moim! Kończę naznaczony z nieba kres wieku mojego, nie mając, ktoby mi z potomków moich ręką łaskawą zawarł oczy, w słup idące, przy skonaniu, ktoby po wyjściu ducha mojego zaniósł mię do grobu, jako matkę, żałobliwie zapłakawszy, i, ludzką pobożnością wzruszony, rzucił bryłkę ziemie do grobu mojego, abo ktoby, wspomniawszy na wdzięczność, żem tak wielu niegdy zacnych synów spłodziła, mogiłę nade inną, jako nad Wandą królewną, abo rękawkę, jako nad Krakusem królem, na wieczną potomnym czasom pamiątkę usypał i napisał, piramidę jaką zacną abo kolumnę marmurową wystawiwszy:


Tu Polska leży, złością wyrodków zgubiona,
Przy niej i złota wolność oraz pogrzebiona;
W tymże dole i święta katolicka wiara
Zakopana i cnota przodków naszych stara.
Obłuda i niestworność, swawola zbyteczna,
Pycha, nieposłuszeństwo i chciwość wszeteczna
Wszytkich stanów ludzi i herczyje sprośne,
A przytem opresyje żołnierskie nieznośne —
Utrapioną ojczyznę gwałtem umorzyły,
Jaszczurcze — pry — potomstwo matkę swą zabiły.
Ty, co przemijasz tędy, czytelniku miły,
Jeśli cnotę miłujesz, proszę, tej mogiły
Nie mijaj bez wiernych łez, westchnienia gorzkiego,
A użal się serdecznie upadku mojego....


Obciążaliście poddane wasze gorzej niżli egipską niewolą: ponoścież ją teraz sami, mając panami cudzoziemców nad sobą; i co się każdy z was czynił królem nad poddanymi swymi, to teraz znajcie króla nad sobą, który będzie umiał ochełznać swawolę waszą, absolute rozkazując;.... i coście w purpurach się nosili, abyście knechtom jego trzewiki robili, coście się stroili w tabiny ze złotem, abyście smołę palili i pod wagę oddawali z wiosek waszych, a małżonki wasze, co się w klejnoty ustroiwszy i bławaty różne, ni o czem, jeno o delicjach, o zbytkach wszelakich myśliły, to teraz piechocie pończoszki robić muszą, i oddawać je pod liczbę, jako czyjej wiosce na kartce naznaczą. Jedni pójdą w niewolą do Moskwy, do Szwecji, do Tatar, a drudzy na wygnaniu, w nędzy i w zniewadze od sromoty pomrą.... Rozprószą się jako mrówki Lachowie moi, po Śląsku, po Węgrzech, po Wołoszech, po Siedmiogrodzkiej ziemi, a ziemia ich pójdzie na szarpaninę różnym narodom....
Pobudziłeś na nas wszytkie sąsiady nasze do wojny, wszytkie okoliczne narody naśmiewają się teraz z synów przezacnej niegdyś Korony polskiej, którzy straszni bywali wszytkim pogranicznym sąsiadom, nawet i odległym pogańskim monarchjom!... Widzisz, Panie, jako bluznierskie narody, heretyckie, odszczepieńskie i bisurmańskie, pogwałcili Kościoły Twoje, pomordowali kapłany Twoje, pozabijali tysiącami sług Twoich, w wierze świętej katolickiej trwających...
Odpuść nieprawości ich, jako Bóg miłosierny!... Wspomni na miłosierdzie Twoje nieskończone, a oddal tę plagę od narodu Twego wybranego!... Wspomni na prostotę starych Polaków onych, którzy w szczerości serca mandatów Twoich świętych przestrzegali, którzy od przyjęcia wiary katolickiej zawsze się za Kościół Twój Święty i za wszytko chrześcijaństwo pogańskim narodom zastawiali!... Niech oczy nasze widzą zemstę niewinnie rozlanej krwie wybranych sług Twoich od krzywoprzysięgłych sąsiadów naszych. Niechaj ciężki płacz i wzdychania pobranych w niewolą córek i synów koronnych przeniknie boskie uszy Twoje, że w tem zagniewaniu Twojem na Polskę wspomnisz na miłosierdzie Twoje, jako Ociec łaskawy i dobrotliwy, — abym ja, utrapiona matka, po karaniu dziatek moich wysławiała przed światem wszytkim, quantas ostendisti mihi tribulationes multas et malas et conversus vivificasti me et de abyssis terrae iterum reduxisti me....
Jakoż już miałam zginąć, Polska, dla nieprawości potomków moich, a Tyś mię, Boże, wyrwał wszechmocną ręką swoją z przepaści śmierci. Podałeś mię sąsiadom moim nielitościwym: Sudermanowi, Moskwicinowi, Tatarzynowi i rebelizującemu Kozakowi, ale na skaranie tylko, nie na zgubę, na wykorzenienie zbytków i swejwoli dziatek moich, ale nie zatracenie i wyniszczenie imienia polskiego....
Ratuj nas sam, Boże, Zbawicielu nasz, w tych utrapieniach naszych, abowiem próżno się mamy spodziewać ratunku z Rakus, próżno i ze Francyjej, mało nas wesprą i włoskie obietnice i kumanie się z Perekopem, nic nie pomagą Wołosza, Węgry i Siedmigrodzianie, byśmy ich najbarziej prosili, bo się oni teraz cieszą z nieszczęścia naszego, jako i wszyscy inszy pograniczni! W samym tylko Bogu nadzieja a w pokucie świętej, do której gdy się z szczerego serca udamy,... z nieba otrzymamy posiłki, z nieba dadzą nam męstwo, śmiałość, siły i serce nieustraszone, że, jakeśmy teraz po te lata sromotnie uciekali dla grzechów naszych, tak, za pomocą Najwyższego, gdy się poprawiamy w cnocie, będą przed garstką naszych uciekały nizliczone hufce nieprzyjaciół naszych....
Obrońco nasz niezwyciężony, Chryste Zbawicielu, wejźrzy na pokorę ludu Twojego utrapionego, którzy wszytkę ufność i nadzieję swoją w Tobie pokładają, że, przyjąwszy płaczliwe modlitwy nasze, wyrwiesz nas z paszczęki nieprzyjaciół naszych! Wejźrzy i na pomazańca Twojego, Kazimierza, króla naszego, który do Ciebie samego ucieka się o ratunek!....

(1652.)[50]



WESPAZJAN KOCHOWSKI.
DAWNA KANNEŃSKA
ODNOWIONA.

Nie łaj, nie fukaj, który chcesz, ojczyzny
By w pamięć szły mniej uczciwe blizny!
Nie klniej, nie złorzecz! Jako chwalne dzieła,
Tak trzeba, hańba by pamiętna beła!
Chwała wspaniałym jedną jest ostrogą,
I hańby także poruszeni trwogą,
Zmierzywszy w betach lenistwo ospałe,
Drą się na przykrą pięknej cnoty skałę...
Jako od wieku Polska tu osiadła,
Na nię takowa obelga nie padła:
Umierać raczej poczciwie woleli
Polacy, niżby z placu zbiegać mieli!
Wspomnieć Chojnicką, wspomnieć Bukowinę,
Rzadką niesławy w kronikach nowinę:
Choć nieprzyjaciel otrzymał zwycięstwo,
Krwią je swą płacił prze Polaków męstwo....
Na nim nie droga ode złota gaza.
Leć od rzemienia tylko a żelaza,
Na panu serdak z prostej tkany wełny,
Suchar a woda — bańkiet mu zupełny.
W ciągnieniu się nań nie poskarży chłopek,
Na podwodę mu nie wzięto świerzopek,
W stacyjej sierot nędznych nie ciemięży,
Na sumnieniu mu ludzki płacz nie cięży.
Za wami zasię skwierk ubogich bieży,
Pełniście zdzierstwa, pełniście grabieży!
W taborach krowy są i jałowice,
Pono bez kasze mlecznej dla tęsknicę.
Bo pocoście wy do obozu przyszli?
Snadź dla bańkietów, biesiad, dobrej myśli!

Poranek gnuśny, a wieczór pijany:
Takżeto Kozak będzie zwojowany?
Szańców nie sypią, nie ćwiczą piechoty,
W polu na monstrę nie wynidą roty.
To kunszt — harcować pod wieczór wesoły
I Chmielnickiego wojować za stoły!
Ospałe straże, rzadko kiedy rady,
Leć i te raptem, bo długie obiady
Wszytek czas wezmą: gorące pasztety
I genueńskie od kanarów wety!
Potem, w okropne jak naleją czary
Mocnych cekubów, pstrykniem na Tatary,
Lub tej od wina śmiałości nawykniem,
Iże Kozaków kańczugami wytniem!....
Złoto nie rani, ni piersi zasłoni;
Kto je ma, zbiega, kto go nie ma, goni.
Mizerny kruszec i te cacka twoje,
W niebezpieczne cię wdać mogą rozboje.
Żelazo siecze, kole, rani, bije,
I przeciw razom piersi twe zakryje.
A chociaż tańsze, tak się jednak stawi,
Że mężnych sławy najdroższej nabawi!

(1648)[51].


WESPAZJAN KOCHOWSKI.
PSALM DZIĘKCZYNNY,
SZCZĘŚLIWĄ ELEKCJĄ IN ANNO 1672
PRZEZNACZENIU BOSKIEMU PRZYPISUJĄCY.
(Z „PSALMODJI POLSKIEJ“.)

Chwalcie Pana, wszystkie narody! Śpiewaj mu i dziękuj z radością, słowiańskiego Lacha pokolenie!
Niech się po równinach polskich tubalne echo rozchodzi a odgłos wesołego vivat! niechaj niebiosa przebija.
Żyje Bóg Stwórca nasz, króle podający; niech i król długowiecznie żyje, od Boga podany!
Którego nie żywot niewieści albo marna kolebka na tronie posadzi; ale wola Boga zastępów przez głosy mnogiego rycerstwa panem uczyni.
Nie przekupieni elektorowie, nie wymyślne praktyki albo subtelność jaka; ale najlepszego z pośród siebie kreski szlachetnego ludu obrały.
Ciesz się, od wieku wolna Sarmacjo! któraś pod panowaniem obcych, jak w przysłodzonem wędzidle, w nieznacznej zostawała niewoli.
Radujcie się, mężowie polscy, że ze krwi waszej otrzymaliście pana, którzy, obierając cudzoziemców, dotądeście sami siebie niegodnymi berła sądzili.
Weselcie się, płodne matrony, że synom waszym przy staropolskiej cnocie mniej potrzebna zagranicznych języków umiejętność, kiedy z królem ziomkiem po polsku doskonale się rozmówią.
Podnoś głowę, sprawiedliwości święta: bo już sądzącemu królowi ojczystych praw tłumaczyć nie trzeba.
Cnoto i poczciwości! wiem, żeć miło, bo nie może ten pan występkom być przyjazny, którego dobroć nad rówienniki wywyższyła.
Zakwitnij, sławo polska! i rozjaśnij teraz, kiedy nad bisurmańskim miesiącem znamię Zbawiciela wywyższone.
Ale i ty, wolności nasza! wielbij Imię Boskie, które zdarzyło, że przez wolną elekcją wybraliśmy upodobanego niebu.
Że w huku i w odgłosie tak siła zgromadzonych głów; a wszak i na górze Syna i we grzmocie i biciu piorunów podawał Bóg Izraelowi zakon i zakonodawcę....
Pan jest podawcą moim, opiekunem i stróżem; a chociażem (tak mówi Polska) przez wojny obnażona z ozdoby, mocen jest pierwszą mi przywrócić krasę....
Z woli jego wybije anioł wojska Sennacherybowe; albo, jak we Francji, dziewczysko jedno potłucze mocarze angielskich.
Tenci jest dzień, który uczynił i postanowił Pan — obrania króla naszego. Niechajże Jemu samemu, podawcy, będzie cześć i chwała na wieki wieków! Amen.

(1672.)[52]




WESPAZJAN KOCHOWSKI.
PIENIE WDZIĘCZNOŚCI
ZA ZWYCIĘSTWO WIEDEŃSKIE.
(Z „PSALMODJI POLSKIEJ“)

Boże! Cośmy uszyma naszemi słyszeli, co nam ojcowie nasi powiadali, tego się teraz oczy ludu Twego z pociechą napatrzyły.
Dzieło mocy Twej, któreś za dni ich uczynił z Faraonem. — toż i teraz nieskrócona w cudach ani osłabiała w potędze wykonała ręka Twoja.
Ręka Twoja, Panie, nie ludzka, pogany starła; przed nią pyszny Asur sromotnie uciekał, który z hardości serca na zgubę naszę przyszedł.
Z nim gruby Edomczyk w lot bieżał, a oba, strachem zdjęci, z bystrego Dunaju wodami na wyścigi lecieli.
Nie obejrzał się Part, który w odwodzie potyczkę daje, ani Bisurmanin wspomniał, że się wnukiem bożym nazywa.
Wydarł miecze z rąk ich Zwycięzca w Imieniu Twojem silniejszy; prysnęły łuki i strzały z kołczanu posypały się po ziemi.
Patrzało na hardość ich wschodzące słońce, a toż na odwieczerzu widziało sromotnie rozgromionych.
Wstydził się miesiąc piętna swego, a żeby sromotę zakrył, nie chciał świecić w nocy uciekającym.
Nie pomógł w trwodze fałszywy prorok, ani częste umywanie nie oczyściło wszetecznych z grzechu.
Leżeli w polu, jako bycy tłuści po rzezi, a plugawe ścierwy kazał Zwycięzca ziemią nakryć z politowania.
Jeńcy w zatrzymaniu żywi zostali, a miecz po zwycięstwie ochłodnął, w pochwy włożony.
Tyś tak kazał, Boże nasz, cuda czyniący, aby, którzy po cudze zdrowie przyszli, swojem nałożyli; aby od gęby niewinnym wydzierający nie spożyli go, a słabszy z mocniejszego zagarnął łupy.
Mało trzy dni było do zbierania korzyści; brali nietylko żołnierze odbierzane dostatki, ale i dzieci małe z pospolitym gminem.
One pyszne w Sydonie czy w Dziarbecie złotem tkane namioty, odbieżane, stały, jako buda w sadzie, w której jabłek pilnowano.
Konie ich poosiadał mocniejszy, dzidy ich o nichże skruszył i kulami do grzbietu uciekających strzelał.
Przepadli wszyscy purpuraci ich, którzy mówili: „Posiądźmy ziemię chrześcijańską!“.
Zginął wezyr niemęsko, powrozem uduszony, a onemu kościołów Pańskich burzycielowi niedługo w skronie młotem Jachel gwóźdź wbiła.
I stało się im tak, jako Madyanitom i jako Jabinowi u rzeki Cisson:
Położyłeś ich, Panie, jako koło na odwrocie; i, jako źdźbło przed wiatrem, tak pyszni zniknęli.
Jako ogień, który pali lasy, nikomu nie przepuszczając, tak napełniona jest twarz ich sromotą.
Stąd niech poznają, że Pan imię Twoje, o Jehowa, boś się wielmożnie wsławił, konia i jeźdźca wrzuciwszy w morze.
Ten ci jest Pan, którego wielbić trzeba: Bóg Ojców naszych, którego wywyższać będziem!
Pan jako mąż waleczny,tryumfujący, Imię Jego, przed którem wojska i wozy faraonowe w Czerwonem morzu na dnie zostały.
Prawica Twoja, Panie, za nas wojowała; ręka Twoja, Najwyższy, nieprzyjaciół zbiła, a w mocy Twojej, o Wszechmocny, poraziłeś przeciwniki nasze!
Któż podobny Tobie między mocarzami, Panie? tak wielmożny w potędze, jako straszny i chwalebny i czyniący dziwy!
Nie nam tedy, Panie, podłemu gminowi, ale Imieniowi Twemu świętemu, które cudowne jest, niech będzie od nas chwała, wdzięczność i poszanowanie na nieprzeżyte wieki! Amen.

(1683.)[53]



WESPAZJAN KOCHOWSKI.
HEJNAŁ
UTRAPIONEJ KORONIE POLSKIEJ,
INKURSJAMI POGRANICZNYCH NARODÓW SPLĄDROWANEJ.

...Hejnał świta, cna Korono
I litewska zacna strono,
Patrz — kometę ujźrzysz ono.
Cóż to znaczy, Polsko miła,
Na powietrzu znaków siła,
Twarz się Feba zakrwawiła.
Hejnał świta, astrologi
Wszystkie czytam i przestrogi,
Co znaczą tak straszne wrogi.

Że Feb oraz i z Cyntyją
Jasne lampy w ciemność kryją,
Zły znak tą antypatyją.
Hejnał świta, chodź w żałobie
Po straconej twej ozdobie:
Legł Władysław, Polsko, w grobie.
Pan szczęśliwy, pan waleczny,
Dziś go wyrok uśpił wieczny
Po nim obrót szczęścia wsteczny.
Hejnał, orle w białem pierzu
I litewski cny arcerzu,
Przy twym Janie Kazimierzu
Otrząśnij się, gotuj szpony
W obroty na wszystkie strony,
Od niechętnych obarczony.
Hejnał świta, z Ukrainy
Jakoś słychać złe nowiny,
Uchodź, panie, z twej dziedziny.
Twa majętność już nie twoją,
Jak pszczoły się chłopy roją
I z twym Chmielem dziwy broją.
Hejnał świta, krymska knieja
Wypuściła Tohajbeja,
Jego: niszczyć nas — nadzieja.
Zaganiają zdobycz sporą:
Gdy w niewolę ludzi biorą,
Nikt im wstrętem, nikt odporą.
Hejnał świta, Moskwa znowu,
Wyszedłszy z swego parowu,
Do nas ciągnie dla obłowu.
Sroży się lud jadowity
Nad krajmi Litwy obfitej,
Smoleńsk wziąwszy niedobyty.
Hejnał świta, Szwedzi jadą,
Choć z niewielką dość gromadą,
W zdrajcach naszych ufność kładą.

Wielka burza w kształt powodzi
Po Koronie się rozchodzi; —
Przed którą i król uchodzi.
Hejnał świta, znowu trwogi,
Węgrzyn wpada w polskie progi;
Jakoż jej już stać niebogiej?
Nie żołnierze, zbójce prości.
Burzą miasta, palą włości.
Bez hamulca w swej srogości.
Hejnał świta, on Sarmata,
Z zgody zalecon u świata.
Dziś miecz bierze — brat na brata,
Z sobą walcząc; źle się dzieje,
Gdy krew polską Polak leje:
Na postronnych osłabieje.
Hejnał świta, brzydkie zgraje
Turków w nasze wchodzą kraje;
Jakoż cię wżdy, Polsko, staje?
Obrzydliwi bisurmani
Z wiernych ludzi chcą brać dani,
Skąd my wielce zasromani.
O Boże nasz, Boże żywy,
Osądź termin uciążliwy,
A wspomóż nas, miłościwy!
Ty, który się pychą brzydzisz,
Niesłuszności nienawidzisz.
Twą obelgę, mściciel, widzisz.
Święty, mocny nasz o Panie,
Krzywdę czynią nam poganie,
Racz twą zemstę zesłać na nie.
Bo niesłusznie cierpi wierny
Lud twój ten ucisk niezmierny.
Dźwignij, Boże miłosierny!

(Około r. 1660.)[54]


WESPAZJAN KOCHOWSKI.
O WOLNOŚCI POLSKIEJ..

Wieleć my mamy swobód w tej naszej Koronie,
Cóż, gdy się nie staramy i mniej dbamy o nie.
Przeważają prywatnych pożytków chciwości,
Barziej dbamy o włości, a niż o wolności;
Słobody, nie swobody, głowę nam mozolą,
Niż złotą wolność, barziej samo złoto wolą.

1674.[55]


KRZYSZTOF OPALIŃSKI.
NA CIĘŻARY I OPRESJĄ CHŁOPSKĄ W POLSZCZE.

Rozumiem, że Bóg Polski za nico nie karze
Więcej, jak za poddanych srogą opresyją
I gorzej, niż niewolą, — jakoby chłop nie był
Bliźnim nie tylko twoim, ale i człowiekiem!
Serce się oraz lęka, skóra drży, wspomniawszy
Na tę niewolą, która cięższa, niż pogańska.
A! dla Boga, Polacy! czyście oszaleli?
Wszytko dobro, dostatek, żywność, wszytkie zbiory
Z waszych macie poddanych; ich ręce was karmią:
Przecię się tak okrutnie z nimi obchodzicie?
Wielbłąd — tak powiadają — nad siły nie nosi
I, kiedy go najuczą, że przeładowanym
Być się poczuje, zaraz tamże się położy
I wstać nie chce. Opak tu: bo nad przyrodzone
I boskie prawa chłopek wytrzymać to musi,
Co mu pan na ramiona włoży, by miał zdyszeć!
Łają i kaznodzieje, łają spowiednicy,
Piekłem grożą; nic na tem! Sami to biskupi
Przez swoich ekonomów czynią i prałatów,
A bodaj i nie więcej! Ma szlachcic ubogi
Zasłonę, kiedy widzi, że przedniejszy grzeszą!
Naprzód, jakie ciężary w samych robociznach!

Gdzie bywało dwadzieścia kmieci albo więcej,
Tam ich ośm albo dziesięć, a przecię to zrobić
Każą dziesiąci, co ich dwadzieścia robiło!
Gdzie przedtem wychodziło ludzi po jednemu
Z domu, pótem i po dwu, po trzech i po czterech,
Gdzie dwa dni albo i trzy robili w tygodniu, —
Teraz nie mają czasem wolnego żadnego...
Rzeczesz: „Ale mam dziatki, mam i różne spezy!“
Wszytko to zły duch weźmie, i zbiory i ciebie
I dzieci; bo taki zbiór nie zwykł bywać trwały!
Nie wspominam zaś zdzierstwa, które z chłopów czynisz!
Ale spyta kto: „Jużeś wszytko wypowiedział?“
Stu gąb i stu języków — i to jeszcze mało —
Potrzeba by na słuszne chłopskich opresyji
Wyrażenie. Jeszcze main kilka ich powiedzieć.
Kiedy wojna nastąpi, a deszcz ustał w maju,
Czarownica przyczyną! Zdechł wół jeden, drugi,
Albo tam co z przychówków, — czarownice winą!
Każą tedy niewinną babę wziąć i męczyć,
Aż ich z piętnaście wyda! Ciągnie kat i pali,
Aż powie i powoła wszystkie, co ich we wsi;
A baba, dziw, że pana z panią nie powoła,
Którychby raczej spalić za to, że niewinnie
Męczyć i tracić każą swoich bez przyczyny!....
Ale azaż nowina i nie z tej przyczyny
Męczyć ludzi? Urzędnik da chłopa obiesić,
O czem nawet pan nie wie. Ale cóż wżdy zrobił?
Ukradłże co, czy zabił? jestże świadek jaki?
Żadna o głowę ludzką zwłoka nie jest długa:
Wżdy poczekaj i uczyń wprzód inkwizycyją!
„Na co inkwizycyją? Chłop to i poddany!“
— To poddany nie człowiek? — „Ej nie, daj mi pokój!
„Wiem, co czynię!“ Znajdzie się drugi, co piątnuje,
Co bije do umoru, co w tarasie zgnoi,
Co rózgami siec każe, jako dzieci w szkole,
Sędziwych i poczciwych starców, bez przyczyny!....

O, sroga opresyja, nigdzie nie widziana!
Chłopka takim przyciskać ciężarem, który to
Księdzu, Rzeczpospolitej, panu, żołnierzowi,
Urzędnikom, pisarzom, klechom, sługom pańskim,
Hajdukom i kozakom, dzieciom swym i żenie
Dawać musi ustawnie z ubogiego szpłachcia!....
I te-ć to opresyje onych dawnych wieków,
Po wypędzeniu Ryksy drapieżnej i z synem
Kazimirzem, sprawiły, że się wszytko było
Poddaństwo zbuntowało na swe własne pany...
Też ciężary Pawluków, Muchów, Nalewajków,
Buntowników i teraz krwawej nabawiły
Wojny i srogiej hańby ojczyznę, ha, mało,
Nie ostatniej już zguby, gdy Bóg to flagellum
Przez chłopy zesłał na nas, karząc oczywiście
Wprzód klęską i więzieniem hetmanów, a potem
Brzydką i desperacką ucieczką, nakoniec
Sromotnym i zelżywym pokojem ojczyznę!
Per quae bowiem quis peccat, per eadem
Także punitur. Doznaliśmy, ach! doznali tego!
Zamykam, jakom zaczął: że Bóg Polskę karze
Najwięcej za poddanych, ba, i karać będzie,
Jeżeli się, Polaku, nie obaczysz kiedy!

(1650.)[56]


KRZYSZTOF OPALIŃSKI.
NA OGOŁOCONE ŚCIANY W OBRONĘ.

Nierządem Polska stoi — nieźle ktoś powiedział;
Lecz drugi odpowiedział: że nierządem zginie!
Pan Bóg nas ma jak błaznów. I to prawdy blisko,
Że między ludźmi Polak jest Boże igrzysko.
Kiedyby nas wszechmocna Pańska nie trzymała
Ręka, jużbyśmy dawno rąk nieprzyjacielskich
Nie uszli, a, że przydam, i ostatniej zguby.
Ten nas trzyma, ten nas sam okrywa i szczyci.
Zgoła tak sobie z nami Bóg więc zwykł poczynać,

Jako który pan z błaznem. Gdy błazna opadną
Chłopięta, jeden go co raz uszczypnie, drugi go
Zakole gdzie najgorzej; błazen się opędza
I wrzeszczy, raz — drugi raz. Cierpliwie pan słucha.
Ale też, gdy chłopcy błazna nazbyt obracają
I nie dadzą wypocząć, pocznie wrzeszczeć, gębę
Aż po uszy rozdarłszy, że się też naprzykrzy
Panu onem wrzeszczeniem, dopieroć zawoła
Na chłopcy: Chłopcy, ciszej, długoż tego będzie!
A chłopcy w kierz, odbiega błazna i igrania.
Tak Pan Bóg czasem czeka, aż nieprzyjaciele
Dowoli się ucieszą, zewsząd obracając
Mizerną naszą Polskę. Dopiero, gdy nazbyt
Naprzykrzą się i onej i jemu samemu,
Zawoła: Ciszej, Turcy! ciszej, Tatarowie!
A Turcy w kierz i oraz inni bisurmańcy.
Opatrzność zgoła Boża nad nami Polaki:
Siłęć bowiem obrony mamy na granicach?
Kilka set mil kilka set ludzi bronić mają
I obronić, — a gdzież to podobieństwo kiedy?....

(1650 r.)[57]


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
NON FECIT TALITER ULLI NATIONI.

Żadnej krainie Bóg nie błogosławił
Tak, jak Polszcze; bo choć ją postawił
Wśrzód nieprzyjaciół krzyża zbawiennego,
W całości dotąd jest z obrony Jego.
Stąd ma i sławę, bo postronni wiedzą,
Że za jej strażą w bezpieczeństwie siedzą.
Do samsiadów też chicha nie biegamy
Prosić, i owszem swego udzielamy.
Czegóż chce więcej ta kraina z nieba,
Mając dość sławy, obrony i chleba?...
Rządu potrzeba.

(Około 1660 r.)[58]


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
SKARGA XIMENY.
(Z „CIDA“.)

Królu, ociec mój zabit, i te oczy moje
Widziały krwie płynącej z piersi jego zdroje:
Tej krwie, która wielekroć broniła tych murów,
Tej krwie, za którąś odniósł zwycięstwo z Maurów,
Tej krwie, która się gniewem kurzy, żalem dusi,
Że nie na twej usłudze teraz lać się musi!
Tę krew, której nie śmiała wojna toczyć swemi
Razami, rozlał Rodrik w twym dworze po ziemi,
I jakoby na próbę ręki nieużytéj,
Obalił filar znaczny Rzeczypospolitéj!
Wziął serce twemu wojsku, zasmucił żołnierze
I nieprzyjacielowi dodał dumy szczerze!....
Przybiegłam, gdzie się bili, z przestrachem i z trwogą,
Lecz już nie w czas. Odpuść, mi królu, że nie mogą
Usta dalej wymówić i że-ć miasto mowy
Głuchemi ostatek mój lament powie słowy.

(Król:

Nie smęć się, moja dziewko. Jać przy tym kłopocie
Na miejscu jego chcę być ojcem, jak sierocie.)

Nazbyt to łaski, panie. Szłam tedy bez zwłoki,
Lecz zastałam już ojca, przez obadwa boki
Przebitego. Sam mi już nic nie rzekł, lecz z ciała
Krew na piasku powinność moją zapisała!
I już zamknąwszy mowę, przez otwarte rany
Mówił mi, żeby jego morderz był karany!
I teraz przez też nieme i przez moje usta
Prosi, żeby nie spełzła takowa rozpusta!
Królu! Niechaj się tam, gdzie twa panuje władza,
Zbrodnia i mężobójstwo wolno nie przechadza!...

Królu! ociec mój zabit; ja o pomstę proszę;
Za sobą prosząc, oraz, twoją sprawę wnoszę....
Słońce, co wszytko widzi, nic nie widzi, coby
Mogło-ć słusznie nagrodzić krew takiej osoby!

(1661)[59].


WACŁAW POTOCKI.
CHODKIEWICZ HETMANEM.
(Z „WOJNY CHOCIMSKIEJ“.)

Obierz sama, ojczyzno! sama życz buławy,
Kogo do tak pamiętnej godnym widzisz sprawy;
Pod któregobyś głowy i piersi zaszczytem,
Z chwały Bożej, z całości swojej depozytem,
Bezpiecznie zostawała, aż Bóg, twój obrońca,
Zruci miesiąc pod nogi prawdy swojej słońca!
Wszyscy oczy i serca na jednego zgodnie
Obrócą Chodkiewicza; tak się zda, że miodnie,
Że dzieła nieśmiertelne, których mu nie szczędzą
Późne wieki, siwy włos, ze skroni mu pędzą;
Mars z oczu, powaga mu sama bije z twarzy!
Tak się w nim wielkość męstwa i swoboda parzy,
Że mu szczere tryjumfy może czytać z czoła.
Kogo szukać, dla Boga? Ciebie dzisia woła
Ta wiekopomna praca, waleczny Karolu!
Jeszcze Cię też nie znano w Konstantynopolu;
Poznają, co za ludzie idą z naszej Litwy,
Kiedy serdeczny Polak siędzie na koń przy twéj
Doskonałej biegłości, o której sąsiedzi
Niech powiedzą: uparta Moskwa, bitni Szwedzi.
W obozieś się urodził, urosłeś na łęku,
Odbieraj-że buławę dziś z królewskich ręku,
I, jeśli tak chcą nieba, ostatniej ćwiczyzny
Dopędzisz na usłudze kochanej ojczyzny!
Ogłosiwszy swe imię na wschód słońca cały,
Będziesz burzył górnemi Turków arsenały!

(1672.)[60]


WACŁAW POTOCKI.
STANISŁAW LUBOMIRSKI,
HETMANA POLNEGO NAMIESTNIK.
(Z „WOJNY CHOCIMSKIEJ”.)

Igra krew w Lubomirskim: bo młodość krzemiczna
Żadnych szwanków na ciele, żadnych razów nie zna;
Jędrznie mu we lwiej piersi ono serce żywe,
Im bliżej czuje pole sławy swej szczęśliwe.
W koźle Mars urodzony, w oczu, choć nieznaczny,
Uśmiecha się, gdy czas ma, Kupido sajdaczny.
Pod nogami koń dzielny i według podoby,
Który do przyrodzonej chodzy i ozdoby;
Widząc, że złotem gore i co ma za jeźdzca,
Stać, spokojnie nie może, lecz na miesce z miesca
Stąpa, wysmuknionej go szukający nodze;
Rzuca wodza i munsztuk upieniony głodze.
Tak Ksantus pod Achillem, Cillar pod Kastorem,
Ten kiedy szedł na Sfery, tamten gdy Hektorem,
Rozgniewany zwycięzca, obciążywszy osi.
Butny jedzie: raz igra, drugi się komosi.

(1672.)[61]


WACŁAW POTOCKI.
ROTY KONNE
W POTRZEBIE CHOCIMSKIEJ.

Te były cztery pułki ćwiczonej piechoty,
Drugą zaś stroną konne waliły się roty.
Naprzód Władysławowa, kwiat sarmackiej młodzi,
Którą stary on wojen, Kazanowski, wodzi,
Gdzie Orzeł białopióry w części swej Europy
Dzieli syny koronne królewskiemi snopy,

Rozdaje plenne kłosy, a do takiej zobi
Każdy się wczas pobiera, każdy się sposobi.
Świetna ta i ozdobna, a to z tej przyczyny,
Że same senatorskie okrywała syny.
Po tej szedł książę Janusz Wiśniowiecki w tropy;
Tamta w złoto bogatsza, ta w Marsowe chłopy;
Staremi kawalery szeregi osadził.
Po nim Tomasz Zamojski cały pułk prowadził,
W gorąco uzłocone obleczony blachy;.
Mars a Mars, kiedy ciska śmiertelne zamachy!
Turek pod nim chodziwy, tak się gładko składa,
Rzekłbyś, że krty kopyty ziemie nie dopada;
Groźna w ręku buława, której nikt nie ceni
Ze złota brantownego, z wyboru kamieni:
Pamiątka ojca Twego bohaterskiej cnoty,
Najdroższe dyjamenty i brant przejdzie złoty.
Oby cię dziś ojczyzna miała, wielki Janie!
Na samo imię twoje zdechliby poganie....
Tedy naprzód usarzc za swym pułkownikiem,
Z wesołych trąb i surem piskliwych okrzykiem.
Trzysta po nich pancernych szło pod trzcina znaki,
W bandolety i w świetne przybranych sajdaki.
Za nimi dragonija pod dwoma kornety,
Chłop w chłopa świeże mając płaszcze i kolety.
Po tych wszytkich na końcu czwarte mieli miesce
Wołochowie, najskrytszych kątów wynalezce.
Tu Plichta i Niemira, kasztelani oba,
Podlaski z Sochaczewskim, domów swych ozdoba;
Tu Firley z Dąbrowice, tu Przyjemski Adam,
Których za wieczny przykład wnukom ich pokładam.
Działyński z Koniecpolskim i Zygmuntem Tarłem,
Usarzów swych prowadzą, których całem garłem
Niech nasze pieją Muzy, aby takie pieśni
Potomków ich ruszyły ze snu, z drzymu, z pleśni!....

(1672.)[62]


WACŁAW POTOCKI.
POTĘGA TURECKA.
(Z „WOJNY CHOCIMSKIEJ.“)

Zabielały się góry i Dniestrowe brzegi,
Rzekłby kto, że na ziemię świeże spadły śniegi,
Skoro Turcy stanęli, skoro swoje w loty
Okiem nieprzemierzone rozbili namioty.
Nie toczyli obozu, nie ciągnęli sznurów,
Ale tak małą garstkę wzgardziwszy giaurów,
Kędy kto szedł, tam stanął; na mocy się czują:
Jeśli nas nie wystraszą, to pewnie zaplują....
Skoro Osman zobaczył nasze szańce z góry,
Jako lew, krwie pragnący, wyciąga pazury,
Jeży grzywę, po bokach maca się ogonem,
Jeżeli żubra w polu obaczy przestronem:
Chce się i on zaraz bić, zaraz chce na nasze
Wsieść obozy, hetmany zwoławszy i basze,
Każe wojska szykować, choć już i niesprawą
Dla pola ciemniejszego, iść na nas obławą.
Kto mu wspomni nie w polskim wieczerzą obozie,
Choć najwierniejszy sługa, będzie na powrozie;
Tedy, o tak haniebnej usłyszawszy karze,
Biednego ognia składać nie śmieli kucharze....
Teraz, gdy Osman każe, lub zysk, lubo strata,
Walą się wojska, idzie i groźna armata,
Strasznie się bisurmańskich z góry garną roje,
A białe, jako gęsi, migocą zawoje.
Janczar-aga we środku, ustrzmiwszy w puch pawi,
Ogniste swoje pułki na czele postawi;
Sam, dosiadłszy białego Arabina grzbietu,
Jako między gwiazdami iskrzy się kometa,
W barwistym złotogłowie pod żórawią wiechą,
Buńczuk nad nim z miesiącem, otomańską cechą....

W prawą i w lewą janczar na widoku stały
Nieznane oczom naszym dotąd specyjały:
Straszne słonie, co trąby okrom mają kielców;
Każdy swą wieżę dźwiga, każda wieża strzelców
Po trzydziestu zawiera; tak, gdzie tylko chodzą
Rozdrażnione bestyje, nieprzyjaciół szkodzą.
Konne wojska po skrzydłach, wyniósłszy swe dzidy,
Patrzą, rychło się do nich sunie giaur gidy....
Wszyscy siedzą, od złota, od rzędów, od pukli
(I nie jako na wojnę daleką) wysmukli;
Nie widziałeś kirysów, nie widział pancerzy:
Każdy się złotogłowi, jedwabi i pierzy;
Ogromne skrzydła sępie, forgi, kity, czuby
Trzęsą się im nade łby. A ono nie tu-by
Te prezentować cienie i nikłe ozdoby,
Kiedy wróble takiemi straszą z prosa boby.
Wszystko znieśli, wszystko to dziś na się włożyli,
Z czego świat przez lat tyle zdarli i złupili....
Świeciły się od złota chorągwie gorące,
Po których haftowane tureckie miesiące.
Pod złocistą skofiją strojnych ludzi grona
Okryją, a żelazna szydzi z nich Bellona....
W tymże obłoku stali Murzyni cudowni,
Jako się błyszczy iskra w opalonej głowni,
Tak i tym z warg napuchłych, z czerniejszej nad szmelce
Paszczęki, bielsze niż śnieg, wyglądały kielce.
Tu się w szerokobiałej na wierzchu koszuli,
Na polach Mamalucy przestronych rozsuli,
Jakoby przy łabęciach postawił kto kruki,
A gęste się nad niemi wieszają buńczuki.
Tamże wszytkie narody, które jako sznuru
Długiego się z obu stron trzymają Tauru....
Toż Wołosza z Multany, co przedtem sąsiedzi,
Dziś nam nieprzyjaciele. Tam sie wszytka scedzi
Zgraja ona niezmierna, niezliczona gęstwa,
Z której Polska ma świadka, póki świata, męstwa.

Cóż pisać o armacie? gdy samemi działy
Obóz swój osnowali, za szańce, za wały
Z takim grzmotem, że ledwie podobny do wiary.
Sam to przyznał Chodkiewicz, wódz i żołnierz stary,
Który jak się marsowym począł bawić cechem.
Nigdy tak wielkich, nigdy z tak ogromnem echem
Sztuk ognistych nie widział, które ziemię z gruntów
Trzęsły, rzygając kule o sześćdziesiąt funtów.
Toż prochy i granaty i rozliczne twory
Na krew ludzką osobne ciągnęły tabory.
Niestrzymane petardy, windy i moździerze,
Pęta nawet i dyby, kajdany, obierze,
Już wygraną w szalonej uprządłszy imprezie,
Hardy tyran — na karki nietykane wiezie.
Drą się trąby i surmy, i w tyle i w przedzie,
Ale po lepszych w Wilnie tańcują niedźwiedzie!
Takie wilcy, w gromniczny czas, mrozem przejęły,
Takie wydają świnie zawarte koncenty,
Łagodną symfoniją tak ślusarz pilnikiem,
Tak osieł swoim cieszy ludzkie ucho rykiem!....
Przyznałby mi to pewnie Febus złotowłosy,
Że, jako rozpostarto nad ziemią niebiosy,
Jako on dawno snuje swojej sfery wydział,
Takiej liczby stad i trzód w gromadzie nie widział!
Mułów naprzód i osłów z rożnem i ciężary,
Potem cielców ćma sroga, zaprzężonych w kary,
Nuż tak straszna armata, gdzie i po sto wołów
Jednę sztukę ciągnęło! Cóż kula? cóż ołów?
Wszytko to swym taborem, jako się już rzekło,
Kilka mil za wojskami powoli się wlekło.
Porożyste bawoły, barany i kozły,
Krowy, których cielęta na wozach się wiozły,
Owiec i bierek trzody, niezmierzone okiem,
Razem pasły, razem szły, ale wolnym krokiem.
Nuż maże, które rzeczy, potrzebne do żydła
Wiozły, co miały w jarzmach robotnego bydła!

Tak się Osman opatrzył prowijantem sporem,
Bojąc się, żeby Polska pospołu go z dworem
Głodem nie umorzyła....

(1672)[63].


WACŁAW POTOCKI.
W OBOZIE
PRZED BITWĄ CHOCIMSKĄ.

Już się niebo bielało, już Febus życzliwy
Wywieszał na horyzont purpurowe grzywy,
W pierwszej się kawalkacie wali Zefir gładki,
Spędzając z firmamentu bladych gwiazd ostatki,
I jeśli się jeszcze co szarej nocy pląta,
Wolniusieńkim ją szumem i lekkim tchem prząta;
Potem szeroka rosa z zebranego łona
Na nizką sypie ziemię mokrych pereł grona.
Dopieroż zostawiwszy złote łoże zorzy,
Ruszy się słońce z miejsca i wrota otworzy
Płomienistym dzianetom, które na świat nizki
Pędzi, ognistemi ich ustrzmiwszy igrzyski.

Już się ptastwo ozwało, już zupełnem kołem
Tytan idzie do góry, jeszcze się kościołem
Chodkiewicz bawił, kiedy szpieg na szpiegu jedzie,
Że się Osman u niego kładzie po obiedzie.
A ten, skoro nabożne modlitwy odprawi.
Wstawszy z kolan na nogi: „Rad mu będę, prawi,
Tylko niechaj nie mieszka, niech nie kwasi grochu,
Będzie bigos gorący z ołowiu i z prochu.
Jeżeli też chce zażyć pieczeni podróżnej,
Gotowi zarębacze czekają i z rożny“.
Toż na się zbroją bierze i świetne paiże,
Rzekłbyś, że mu się nazad wróciły trzy krzyże,
Ani lat siedmiudziesiąt twarde blachy gniotły
Wraz każę w swe uderzyć wsiadanego kotły.

Larmo zatem po wszytkich obozach się szerzy,
Jedni do zbroi, drudzy się biorą do pancerzy,
Wszyscy na koń wsiadają i wychodzą z szańcu,
Rzekłbyś, że na wesele, rzekbyś że do tańcu
Że już na skroń korony wdziali tryumfalne.
Grzmią bębny w regimentach, a kotły tubalne,
Gdzie żelazny na rzeźwych jeździec koniech siedzi,
To basem, to dyszkantem rozprawują w miedzi
Bez wiatru, i powietrze pomagało echu,
Kiedy trąby wesołe, surmy bez oddechu,
Zadymani szyposze, co im staje pary,
Nucą treny marsowe, w gwardyach fujary.

O chwalebna ochoto! o kochana młodzi!
Serce rośnie patrzącym, gdy nakształt powodzi
Blizkie pola osuli, a mężnemi czoły
Wyrażają zmieszany gniew z radością wpoły.
Zakwitnął barwistemi tamten świat proporcy,
Że wynurzeni z Dniestru Trytoni i Forcy
Na podziw; bo kiedy je Fawonius wije,
Igrają po powietrzu róże i lilije.
Nad któremi przybite do kopii złotej
Równem gronem gorzały wyostrzone groty,
Odymały się orły po chorągwiach tkane,
A konie pod pańskiemi nogami — igrane
Wyprawują korbety, sforcują się w salty,
Dzielniejsze na swych grzbietach czując, niźli z Malty,
Kawalery; pryskają, rżą i postać w miescu
Nie mogą, czyniąc serce i ochotę w jeźdzcu.
Po Dniestrowych piechoty rozwlekły się brzegach,
Niemieckie szwadronami, węgierskie w szeregach, —
Rozlicznych barw kolory prezentując oku,
Jakie słońce maluje w wieczornym obłoku...

(1672.)[64]


WACŁAW POTOCKI.
PRZEMOWA CHODKIEWICZA DO WOJSKA
PRZED BITWĄ CHOCIMSKĄ.

...Ani mnie ust natura formowała z miodu,
Ani też tam oracyj trzeba i wywodu,
Gdzie Bóg, Ojczyzna i pan swoje składy święte
W archiwie piersi waszych chowają zamknięte.
Dziś wam się Bóg swej chwały, dziś ołtarzów zwierza,
Nowego, które stwierdził krwią własną, przymierza;
Klasztorów płci obojej, kędy, świecką tuczą
Wzgardziwszy, w nabożnych łzach grzechy nasze płóczą.
Wam ubogich poddanych chrześcijańskie gminy,
Ojczyste naostatek ściany i kominy
Pokazuje zdaleka matka utrapiona;
Pod wasze się z tem wszytkiem dziś kryje ramiona!
Do was obie wyciąga ręce wolność złota!
Niech się sam w swych poganin obierzach umota!
W te ręce król ozdoby swej dostojnej skroni,
Kiedy mu hardy Osman śmie posiągnąć do niej,
Porucza, z których je ma, nadzieje nie traci,
Że tyran posiężnego sowicie przypłaci.

Ja uniżone Bogu czynię dzięki, że mi
Dał żyć na nizkiej do dnia dzisiejszego ziemi;
Dał na tem stanąć miejscu, skąd, jeżeli żywo
Wrócę, czeka mnie żyzne wiecznej sławy żniwo.
Jeśli też tu Bóg schyłki wieku mego scedzi,
I to zysk liczę, gdy mnie nie iloma sąsiedzi,
Lecz tak wiele chrześcijan pod tureckiem niebem
I moje martwe kości ozdobi pogrzebem.
Więc, o kawalerowie, w których serce żywe
I krew igra! przyczyny mając sprawiedliwe
Tak koniecznej potrzeby, Litwa i Polanie,
Osiądźcie Turkom karki i nastąpcie na nie!


Niechaj was to nie stracha, niech oczu nie mydli,
Że się poganin upstrzy, ozłoci, uskrzydli.
Namioty, słonie, muły, wielbłądy i osły,
To nie bije, stąd serca przodkom waszym rosły
Do szczęśliwych tryjumfów: i mięso i pierze
Lubią sławę, a mięso przy sławie żołnierze.
Mało co lam wojennych: dziady, kupce, żydy,
Martanze postroili i dali im dzidy;
Co człek, to tam rzemieślnik; cień ich tylko ma tu
Osman, każdy zostawił serce u warsztatu....
Tedy do tak nikczemnej, marnej, szewskiej smoły
Sarmatów będą równał? Naród, który z szkoły
Marsowej pierwsze przodki, stare dziady, liczy?
Który wprzód w szabli, niżli w zagonach dziedziczy?
Którym Chrobry Bolesław, gdy Rusina zeprze.
Żelazne za granicę postawił na Dnieprze,
Gdy Niemca, co w fortecach i swój ufał strzelbie.
Takież kazał kolumny kopać i na Elbie?....
Starych mi tu wiktoryj tak wiele nie trzeba
Wspominać; więc na pomoc, bracia, wziąwszy nieba...
Dobądźmy na dzisiejszy dzień chowanej broni,
A skoro hasło Jezus po wojsku zadzwoni.
Nie szczędząc bisurmańskiej nikczemnej posoki,
Odbierzmy należyte szablom swym obroki!
Jeżeli się kto boi, jeśli ufa w nogi,
Niech patrzy na bystry Dniestr, tatarskie załogi, —
(O czem wątpię), a mężnym bohaterska cnota
Niechaj do wiecznej sławy pootwiera wrota!

A ty, o wielki Boże! który jednem słowem
Wodzisz wojsk milijony, przeto obozowem
Panem się słusznie zowiesz, Ty sadzasz na trony,
Ty królom z głów niewdzięcznych odbierasz korony:
Pokaż swoję moc w naszej niedołędze lichej,
Zepchni nieprzyjacioły swoje dzisia z pychy!
Onić liczbie tak wielkiej, wozom, koniom, a my

W Tobie tylko, o wielki Boże nasz, ufamy!
Racz podrzeć wielkie grzechów naszych katalogi,
Weź im serca a nam daj; pokrusz im ostrogi,
Niech się im łuki łomią, niech im szabla stępie;
Daj cześć swemu imieniu w tym ludzi zastępie!

(Gdy dokończył Chodkiewicz takiéj swojéj mowy.
Zdało się, że ze słońca promień go ogniowy
Ogarnął, że na głowie i na skroni białej
Włosy mu oszedziałe płomieniem gorzały...
Wszyscy wrzących łez rzucą gorące granaty
Na Turków, przed wielkiego Twórcę majestaty,
Wszyscy się chcą z niemi bić, z tak wdzięcznej przynęty
Zabrzmiał głośno po całém wojsku pean święty
Bogurodzice; przez Nię chcą syna ubłagać,
Żeby swoich chciał stwierdzić, nieprzyjaciół strwagać...)

(1672.)[65]


WACŁAW POTOCKI.
DZIŚ A WCZORA.

Nie łoże, nie łabęcie mchy, nie miękkie szaty
Przodki nasze, a stare zdobiły Sarmaty:
Ziemia łóżko, barłóg mech, falandysz od festu;
Zwyczajnie karazyi albo też breklestu
Na kurty zażywano; co większa, obok cię
Posadził, chocieś oszył safijanem łokcie,
Największy pan; gdzie cnota rycerska nas braci,
Ani złotogłów, ani tam aksamit płaci.
Pójdźże z nim do rynsztunku, najdziesz tam i krzesła,
Znajdziesz i marsowego zwierciadła rzemiesła:
Siodła one usarskie, on polerowany
Puklerz i tarcz, któremi ozdobił swe ściany,
Które, jeśli się kto w nic wpatrzy okiem zdrowym,
Wyrażają postaci, równe Gradywowym,
I dadzą met szpalerom; a nuż pełne gromu

Kirysy, jakiegoż nas nabawią soromu,
Którym dziś szaty ciężkie, nie rzkąc twarde blachy;
Takeśmy się postrzygli z bohaterów w gachy!
Ale co mówię zbroje, ciężą nam i suknie,
Wąsy ogoli drugi i tak się wysmuknie,
Jako jedna z Francuzek, prócz że much na czole
Nie stawia ani uszu dla trzęsideł kole;
Od głowy się do stopy ustrzmi i uwstęży;
W ręku mu obuch, szabla u boku mu cięży.
O wszeteczne pieszczoty! o sromotne fochy!
Jużeśmy wyrównali delikackie Włochy!
— — — — — — — — — — — — — —
Patrzcież na świątobliwe ojców swych obrazy,
Które, dokąd świat stoi, nie uznają skazy;
Patrzcie, a kinąwszy cień marnych ozdób płony,
Ich się imcie przykładem sarmackiej Bellony!
Bo ci, nic mając chicha królewskiego bułki.
Nie rzkąc roty usarskie, lecz stawiali pułki.
Nie szarków, nie Rusnaczków, owych skotopasów, —
Żołnierza ćwiczonego: Węgrów, Szwedów, Sasów,
Co się rodził w obozie, we krwi go kąpała
A trzaskiem muszkietowym matką usypiała,
Co mu nie zadrży czoło, choć w ogniu, choć w kurzu,
Za którego piersiami staniesz, jak w zamurzu!

(1672.)[66]


WACŁAW POTOCKI.
VETO ALBO NIE POZWALAM.

Powiedziałem ci nieraz, miły bracie, że to
Po polsku „nie pozwalam", po łacinie „veto“ —
Wiem, niechże wedle sensu swego kto przekłada,
To będzie z łacińskiego vae, po polsku: „biada“.
Jakobyś rzekł: biada to, gdy zły nie pozwala
Na dobre i tem słówkiem ojczyznę powala.

(Około 1670 r.)[67]


WACŁAW POTOCKI.
NA PANÓW,
OSKARŻAJĄC ICH O NIEDBAŁOŚĆ OJCZYZNY.

Nie pisać, ale każdemu plwać w oczy
Z takich wyrodków nieszczęśliwych trzeba,
Kto tak ospały, kto tak nie ochoczy,
Kto sławę w sobie przodków swych zagrzeba....
Wstydźcież się, baby, trzebienie i karły,
Chwalebnych przodków, jeśli nie kościołów,
Jeśli nie sąsiad, co oczy rozdarli,
Jeśli nie smutnej ojczyzny popiołów!
Czemuż na palcach nosicie sygnety?
Czemuż po ścianach malujecie herby?
Gdy: kufle wasza cecha i kalety,
Kiedyście z synów stali się pasierby!
Śmielsze gdzieindziej rodzą się kobiety....
Co rok pięćdziesiąt tysięcy intraty
Z starostwa i z królewskiego ina grodu,
A wżdy tak skąpy, zły i żydowaty,
Że na hajduków zanikowych dochodu
Żebrze, na swoje garnąc go prywaty, —
Choć cnotliwego bezbożny syn rodu....
W wojsku ani sam ani ma żołnierza.
O świat! o ludzie! Ni z mięsa ni z pierza!....
Każ, królu, na te brzydkie niewieściuchy,
Jako Bolesław jednemu wyrządził,
Robić z lękliwych zająców kożuchy....
Lecz, gdybyś wszytkie chciał przyodziać tchórze,
Słać po zająców trzebaby za morze....
Odpuśćcież, że tak piszę do was śmiele,
Ani sarkazmem mego czcijcie wiersza,
Poecie w księdze, a księdzu w kościele
Prawdą kłuć oczy słuchaczom — nie pierwsza.

(Około 1670 r.)[68]


WACŁAW POTOCKI.
CZUJ! STARY PIES SZCZEKA.

Stary pies, gospodarzu, czuj o sobie! szczeka,
Dosypiasz-li? Szkoda cię, bo zginienie czeka;
Podkopują złodzieje, zbójcy, na przemiany,
Do komór, domu twego rozbierają ściany.
Porwi się, biały orle! Radź o sobie, Lachu!
Cnotę wprzód, męstwo za nią postaw na szyldwachu.
Domowi, co rzecz gorsza, (żeby cicho kradli!),
Złodzieje i postronni zbójcy cię opadli.
Trudno ustrzec domowych, snadniej ich odprawić;
Gwałtownikom odważnie żelazem się stawić.
Jużeś pozbył pieniędzy, stróżów pogotowiu,
Nie mając im czem płacić, przynamniej o zdrowiu
I o swej czuj wolności, którać była chlubą,
Pierwej, nim pierze z ciebie do końca oskubą.

Chłopskiej przed laty kradzież natury przywarą;
Dlatego im szubiencę naznaczono karą,
Żeby, wisząc, drugich swym straszyli widokiem,
Jako źle do komory cudzej chodzić mrokiem;
Panowie urzędnicy dla dobrego mienia
Gorzej chłopów jęli się gryźć tego rzemienia,
Z pijawkami krwie, którą na ciężkie podatki
Kmiotek da, wysysając bezbożnie ostatki.
Chłop z głodu, ci na zbytki; chłop wisi za wołu
Tym jeszcze kradzież płacą i grają do stołu,
Wynoszą ich, dziękując za chwalebne czyny,
Aż czart, choć nie kat, zepchnie do grobu z drabiny...
Niewiele młynarz mąki ani żyta na kosz
Nasypie, póki miarki nie weźmie. O! jakoż
Nikt rzeczypospolitej usługi nie tyka,
Nikt województwa, póki miarki nie wytyka!....
Odpuśćcie, że i na was patrząc, jak przez spary,

Pies, ojcowie duchowni, musi szczekać stary.
Przeszło mu lat siedmdziesiąt, zjadł zęby, osiwiał,
Nie, żeby się stanowi świętemu sprzeciwiał:
I wyście młynarzami! niech nikt nie potwarza:
Sami niosą mu ludzie, żeby kradł, młynarza....

Wydawszy, którzy cicho i nieopowiednie,
Na tych, co gwałcą, szczeka pies, komorę we dnie, —
Widząc, że się gospodarz domowym nie zbroni,
Że przed kim trzeba było kryć, dał klucze do niéj.
Rozbierają ze wszech stron ściany źli sąsiedzi:
Śląsko i Prusy Niemcy, Inflanty mu Szwedzi,
Moskwa Kijów z Zadnieprzem, krom zwady, krom bitwy
Wydarszy, jeszcze głębiej zamierza do Litwy;
Turczyn, wziąwszy do swego Wołochy sekwestru,
W Podolu się z tej strony rozpościera Dniestru;
Orda co rok zuchwale zagląda do Lwowa,
Niemiec na Spiż; ledwie nam zostanie połowa
Spustoszona. Nie ma się kędy orzeł lągnąć,
Nie ma po co gospodarz, do komory sięgnąć....

Darmo szczeka stary pies, to będzie miał zyskiem,
Że mu się wręcz albo też dostanie pociskiem.
Śpią wszyscy na obiedwie uszy, jako w lesie;
Nikt nie wyjdzie, nie wyjźrzy; pies szczeka, wiatr niesie.
Darmo skomlą szczenięta po sejmikach młodsze:
Spowszednie to i w uszu gospodarskich zwiotsze!

(1688.)[69]


WACŁAW POTOCKI.
NIECHAJ ŚPI PIJANY...

Śpi świat, pijany winem, zamrużywszy oczy;
Nalewa babilońska swacha, czart go toczy.
Śpi świat, rówien martwemu, opiwszy się, drzewu,
Winem z prasy Bożego na swe grzechy gniewu.

Djabeł na warcie, żeby nikt nie budził, stoi,
Grozi palcem zdaleka, psów nawet popoi:
Najpierwej im toż wino postawiwszy w wiedrze,
Żeby spali, nie szczekał żaden na katedrze,
Abo niezrozumianym głosem. Chceli pyska
Uchylić który, chleba po kawałku ciska.
Niechżeby który krzyknął, jako ogar w borze, —
„Heretyk! Zamurować na śmierć go w klasztorze
Abo ściąć abo spalić! Tak smaczny sen światu
Przerywać? Niech paszczeki swej sprawi sie katu!
Gdzie drudzy Syrenami przyśpiewują zlekka,
Przygrywają, żeby spał tem smaczniej; on szczeka.

(1688)[70].


ZBIGNIEW MORSZTYN.
DUMA NIEWOLNICZA.

Ja śpiewam, chociaż biedy, zgoła mizernego,
Ogarnęły mię wszędy, więźnia ubogiego,
Choć nieszczęśliwy
Ledwiem już żywy.

Śpiewam ci, ale moje serce bez przestania
Ciężkie ma niepokoje, gdy częste wzdychania,
Trapiąc mą duszę,
Wylewać muszę.

Ja śpiewam, choć ojczyzna matka utrapiona,
Ona, tak kiedyś żyzna, tak niezwyciężona,
Nagle upada,
Szwed ją podsiada.

Śpiewam ci, lecz me pieśni tylko faunowie
I satyrowie leśni po głuchej dąbrowie
Niechaj śpiewają,
A narzekają.


Ja śpiewam a potoki z krwie polskiej zbierają,
A dymy i obłoki z miast i ze wsi wstają,
On kraj wesoły
Idzie w popioły....

Ja śpiewam, a tak wiele braciej mej kochanych,
Jednych miecz w boju ściele, drugich okowanych
Równą mej dolą
Pędzą w niewolą.

Śpiewam ci, jak Niobe, co na dzieci ciała
I na swoję żałobę patrząc, skamieniała;
I me — choć śpiewa —
Serce omdlewa....

Śpiewam ci, lecz śpiewanie takie, — które rodzi
Lamenty, narzekanie, krwawych łez powodzi, —
W tak gorzkiej chwili
Barziej rozkwili....

Śpiewam ci, jako licha, gdy lubego zbędzie,
Synagorlica wzdycha, na żadnej nie siędzie
Rózdze zielonej
W żałobie onej....

Śpiewam ci, lecz me głosy, głosy żałośliwe,
Echo porannej rosy rozbija płaczliwe,
Gdy po dolinie
Dźwięk się rozwinie....

Śpiewam ci, lecz obfite z serca zranionego,
Co w niem było zakryte, kształtem dżdża ranego
Łzy wypadają,
Pieśń zalewają....

(1657)[71].


WACŁAW RZEWUSKI.
DO KOCHANEJ OJCZYZNY.

W okropnych czasach, w pośrodku dni smutnych,
Bierz się, Ojczyzno, do psalmów pokutnych,
A gdy cię gniewny Bóg chłosta swym biczem,
Płacz, jęcz, upadaj przed Jego obliczem!
Wszak Bóg, jak ociec, gdy dziecie swe otnie,
Cieszy je potem i głaszcze stokrotnie:
Po srogich klęskach, po morze, po bitwie,
Da Bóg szczęśliwy los w Polszcze i Litwie!
Mnie w pięcioletniej przeciągu niewoli
Nie ma niedola, ale Twoja boli:
Niech mój surowszy los będzie, — Twój miększy!
Niech me nieszczęście, — Twe szczęście się zwiększy!

1772.[72].


PIEŚŃ KONFEDERATÓW BARSKICH.

Stawam na placu z Boga ordynansu,
Rangę porzucam dla nieba wakansu,
Dla wolności ginę,
Wiary swej nie minę:
Ten jest mój azard.

Krzyż mi jest tarczą, a zbawienie łupem,
W marszu zostaję, — choć i padnę trupem.
Nie zważam, bo w boju
Dla duszy pokoju
Szukam w ojczyźnie.


Krew, z ran wylana dla mego zbawienia.
Utwierdza żądze, ukaja pragnienia,
Jako katolika
Wskroś serce przenika,
Prawego w wierze.

Śmierć Zbawcy stoi za pobudki hasło,
Aby wzniecenie złych czynności zgasło,
Wolności przywary,
Gwałty świętej wiary —
Zniesione były.

Wyroku Twego, wiem, że nie zapłacę,
Niech choć przed czasem życic moje tracę,
Aby nie w upadku,
Tylko w swoim statku
Wiara słynęła.

Nie obawiam się przeciwników zdrady,
Wiem, że mi dodasz swej zbawiennej rady
W zamysłach obrotu,
Do praw swych powrotu.
Jak rekrutowi.

Matka łaskawa, tuszę, że się stawi,
Dzielnością swoich rąk pobłogosławi,
Aże gdy przybraną
Będę miał wygraną —
Wiary obrońca.

Boć nie nowina Maryji puklerzem
Zastawiać Polskę; wojować z rycerzem
Przybywa w osobie,
Sukurs dawać tobie.
Miła ojczyzno![73]


Niech nas nie ślepią światowe ponęty,
Dla Boga brońmy wiary jego świętej,
A za naszą pracą
Będzie wszystką płacą
Żyć z Bogiem w niebie!

(Około 1770 r.)[74]


PIEŚŃ KONFEDERATÓW BARSKICH.

Morze się burzy, ziemia się wali,
Miesza się niebo, powietrze,
Niech się świat cały na nas obali,
Wzruszy nas, ale nie zetrze.

Wpośród tych ruin podniesieni głowy,
Z których i włos nam nie spadnie,
Bo wszystkich przygód naszych osnowy
Są w ręce, która wszem władnie.

Mam ufność, iże, jak niegdyś w Kanie,
Gdy Matki zajdzie przyczyna,
Ta trosków woda winem się stanie,
Przyjdzie Jezusa godzina.

Jeszcze dni kilka wytrzymać trzeba,
Cna Belulija ściśniona!
Doznasz, że Judyt przybędzie z nieba
I Holoferna pokona.

Gdy zawołamy: ratuj nas, Panie!
Giniemy, burza nas kłóci, —
Wnet niby ze snu Jezus powstanie,
Burzę i wiatry ukróci.

Co mówię, i dzień jeden to sprawi.
Ze na Jozue wzdychanie
Słońce nie zajdzie, Bóg lud swój zbawi
A nieprzyjaciół nie stanie!....

(Około 1770 r.)[75].


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
AUFERAM VOBIS VIROS FORTES ET CONSILII[76].
(DO KRASIŃSKIEGO, BISKUPA KAMIENIECKIEGO).

Jak to nam obraz naszych nierządów wystawia!
Kiedyśmy się w nieszczęściach i we łzach grążyli,
Rzadką gdzie widząc cnotę a wszędzie bezprawia:
Auferam nobis viros fortes et consilii.
Poszli w niewolę hetman, poseł, dwa biskupy,
Bracia na siebie oręż śmierci wymierzyli,
Branicki sam zabijał, sam ich liczył trupy:
Auferam nobis viros fortes et consilii.
Nadszedł rok siedemsetny siedmdziesiąt trzeci,
Dzielącym nas mocarstwom samiśmy służyli,
Na matkę użył obcy gwałt własnych jej dzieci:
Auferam nobis viros fortes et consilii.
Stała moc obca, mocą krajową władnąca;
Daremnie się cnotliwi przeciw niej silili;
Zaledwie jeden dobry był ze złych tysiąca:
Auferam nobis viros fortes et consilii.
Przecież już nieszczęść naszych spełniliśmy miarę,
Przecież się zdrajcy sami z czasem wytępili,
A ci, co żyją, żyją na hańbę i karę:
Ecce adestis viri fortes et consilii...

(1789)[77].


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
TĘSKNOŚĆ DO KRAJU.

Kiedy mną tęskność rządziła,
Szedłem nad brzegi Dunaju.
Odludność mię tam pędziła
I chęć wzdychania do kraju.

Cichości! siostro tęsknoty,
Ja nie wiem, czem ty mię bawisz?
To wiem, że serce mi krwawisz:
Ja przecię lubię twe groty.


Łzy moje z jego wodami
Mieszając, w dalekie kraje
Wysyłałem je posłami,
Aż tam, gdzie mu bieg ustaje.

Łzy moje! płyńcie, mówiłem,
Kiedy w Euksynie staniecie,
Tam łzy mych braci znajdziecie,
I krew ich, zmieszaną z iłem.

O wy! sprawiedliwe świadki
Tej rany, co mię tak boli:
Powiedzcie, jak jest dzień rzadki,
Żebym nie płakał ich doli.

Wy, w ciszy morza głębizny,
Poznacie tam: jak jest mało,
Którym by się płakać chciało
Upadającej ojczyzny....

Naród mój postać swą traci,
Miasta poszły na pustynie;
Nie widzę w ich rozwal i nie,
Ledwie część jakąś mych braci.

Dusze szlachetne! wy, które
Dając ojczyźnie krew swoją,
Jużeście przeszły tę chmurę.
Wśród której burzy ci stoją.

Jeśli tam macie łzy wolne,
Płaczcież, prosząc o ulżenie!
Tu, widzę, nasze westchnienie
Ani łzy nasze niezdolne...

(Około 1770 r.)[78].


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
PIEŚŃ DZIADA SOKALSKIEGO
W KORDONIE CESARSKIM.

Śladem bieda przyszła, śladem,
Za zbytkami i nieładem!

Długo nad granicą stała,
Wolności się dotknąć bała.

Wolności się dotknąć bała,
Bo ją dawno szanowała.

Wolności, niebieskie dziecko!
Ułowiono cię zdradziecko.

W klatkę cię mocno zamknięto,
Bujnych skrzydełek przycięto.

Przedtem u jednego stołu
Król z poddanym jadł pospołu,

Jak ojciec dzieci przyjmował,
Jak swych przyjaciół częstował.

Dziś mu u stołu klękają,
Kości z psiętami zbierają.

Głowę, kiedyś w kraju drogą,
Służka pański trąca nogą!...

Pochlebcy go otaczają,
Palcem biednego stykają.

Ot, mówią, kość polizuje,
Dawnej wolności żałuje...

(Około 1772 r.)[79].


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
NA POSĄG CZARNIECKIEGO W TYKOCINIE.

Wielki Czarniecki z śmiercią nie upada!
Słuchaj narodzie, ten ci posąg gada:
„Męstwem, miłością króla i ojczyzny,
„Służąc krajowi do późnej siwizny,
„U potomności jestem w jakimś względzie.“
Czarniecki!... Po nas posągów nie będzie.

(Około 1770 r.)[80]


IGNACY KRASICKI.
HYMN DO MIŁOŚCI OJCZYZNY.

Święta miłości kochanej ojczyzny!
Czują cię tylko umysły poczciwe.
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny;
Dla ciebie więzy, pęta nie zelży we!
Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny;
Gnieździsz w umyśle rozkosze prawdziwe.
Ryle cię można wspomóc, byle wspierać —
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać!

(1774).


IGNACY KRASICKI.
Z SATYRY
„ŚWIAT ZEPSUTY.“

Wolno szaleć młodzieży, wolno starym zwodzić,
Wolno się na czas żenić, wolno i rozwodzić,
Godzi się kraść Ojczyznę łatwą i powolną:
A mnie sarkać na takie bezprawia nie wolno?
Niech się miota złość na cię i chytrość bezczelna, —
Ty mów prawdę, mów śmiało, satyro rzetelna!
Gdzieżeś, cnoto? gdzieś, prawdo? gdzieście się pod
Tuście niegdyś najmilsze przytulenie miały.
Czciły was dobre nasze ojcy i pradziady,

A synowie, co w bite wstąpić mieli ślady,
Szydząc z świętej poczciwych swych przodków prostoty,
Za blask czczego poloru zamienili cnoty....
Duchy przodków, nagrody cnót co używacie!
Na wasze gniazdo okiem jeżeli rzucacie,
Jeśli odgłos dzieł naszych was kiedy doleci,
Czyż możecie z nas poznać, żeśmy wasze dzieci?
Jesteśmy, ale z gruntu skażeni, wyrodni.
Jesteśmy, ależ tego nazwiska niegodni!
To, co oni honorem, poczciwością zwali,
My prostotą ochrzcili; więc, co szacowali,
My tem gardziem, a grzeczność przenosząc nad cnotę,
Dzieci złe, psujem ojców poczciwych robotę....
Płodzie, szacownych ojców noszący nazwiska!
Zewsząd cię zasłużona dolegliwość ściska,
Sameś sprawcą twych losów: zdrożne obyczaje,
Krnąbrność, nierząd, rozpusta, zbytki — gubią kraje.
Próżno się stan mniemaną potęgą nasrożył,
Który na gruncie cnoty rządów nie założył;
Próżno sobie podchlebia: ten, co niegdyś słynął,
Rzym cnotliwy — zwyciężał, Rzym występny — zginął;
Nie Goty i Alany do szczętu go zniosły:
Zbrodnie, klęsk poprzedniczki i upadków posły, —
Te go w jarzmo wprawiły] Skoro w cnocie stygnął,
Upadł — i już się więcej odtąd nie podźwignął.
Był czas, kiedy błąd ślepy nierządem się chlubił:
Ten nas nierząd, o bracia, pokonał i zgubił,
Ten nas cudzym w łup oddał: z nas się złe zaczęło;
Dzień jeden nieszczęśliwy zniszczył wieków dzieło.
Padnie slaby i lęże — wzmoże się wspaniały:
Rozpacz — podział nikczemnych!... Wzmagają się wały,
Grozi burza, grzmi niebo: okręt nie zatonie,
Majtki, zgodne z żeglarzem, gdy staną w obronie;
A choć beśpieczniej okręt opuścić i płynąć,
Poczciwiej być w okręcie, ocalić lub zginąć!

(1779.)[81].


ADAM NARUSZEWICZ.
GŁOS UMARŁYCH.

Z kwiecistych posad helikońskiej góry
Między zamierzchłe wtrącony cyprysy,
Gdy mchem porosłe przeglądam marmury,
Nad zatartemi jękając napisy, —
Lat waszych niemem świadectwem, królowie! —
Taki się z mogił głos do mnie ozowie:
„Ty, co narodu mego piszesz dzieła
„I z umarłymi mieć rozumiesz sprawę!
„Nie tak nas twardym snem Kloto ujęła,
„Zwlókłszy widzialną słabych ciał postawę,
„Byśmy część lepszą życia utracili:
„Żyliśmy, żyjem i będziemy żyli.
„W wiecznego kręgu osadzeni świata,
„Patrzym na ciemne z wysoka mieszkance:
„Głos żalów waszych i tu nas dolata,
„Gdzie, nieprzebyte usypawszy szańce,
Twórca, na oddział błędu i istoty,
„Nam dał doznawać, wam — dociekać cnoty.
„Czegóż się błędny uskarżasz narodzie,
„Zwalając los twój na obce uciski?
„Szukaj nieszczęścia w twej własnej swobodzie
„I bolej na jej opłakane zyski!
„Żaden kraj cudzej potęgi nie zwabił,
„Który sam siebie pierwej nie osłabił.
„Stargawszy węzeł pokoju i zgody,
„Niegdyś w najwyższej władzy osadzony,
„Rozbiegliście się jako liche trzody,
„Bez wodza, rządu, rady i obrony;
„Ostygło dobra publicznego serce,
„Albo pochlebce, alboście oszczerce!

„Cóż kiedy niesfor głów tysiąca zrobił?
„Wiążąc bezczynne monarchów ramiona,
„Zdzierał publiczność, swe prywaty zdobił,
„Szerzył ze starostw dziedziczne imiona,
„A pod pozorem wolności mniemanej
„Określał króle, rozmnażał ty rany.
„W niczem ojczyzna dotąd nie urosła,
„Jako się członki rozprzęgły od głowy:
„Stracił kmieć przemysł, upadły rzemiosła,
„Włożyła w pochwy Temis miecz surowy;
„Kapłan dla zbioru, pan został dla zwady,
„Król dla pozoru, żołnierz dla parady....
„Zbrojnych zastępów ogromne szeregi
„Pod jednem berłem ledwo kto policzy;
„Drżały przed niemi oba morza brzegi,
„Gdzie im Dniestr z Wisłą pławi swe zdobyczy;
„Dziś ni rycerstwa, ni wojennej sławy,
„Chociaż się liczne podniosły buławy....
„Niemasz pod słońcem, jak świat stoi światem,
„Gdzieby się w rządzie większe działy cuda.
„Pocóż królewskim błyskać majestatem,
„Jeśli bezczynna w nim tylko obłuda?
„Poco ich szukać, łożąc kosztów wicie,
„Jeśli królowie są nieprzyjaciele?
„Ociec król — czemuż dziecię mu nie wierzy?
„Pan — cóż poddaństwo w hołdzie mu oddawa?
„Wódz jest najwyższy — czemuż bez żołnierzy?
„Sędzia — gdzież w jego ręku miecz i prawa?
„Nędznaż to ziemia, dzika i szalona,
„Gdzie same tylko w rządzących imiona!
„O błędna trzodo herbownej gołoty,
„Co, na twe chytre patrząc przewodniki,
„Nie znasz, jak z twojej żartują prostoty,
„Klejąc, zrywając przedajne sejmiki!
„Dla swych cię oni prywat używają:
„Ty chcesz wolności — a oni ją mają!

„Kto tylko wielkim żył na waszym tronie,
„Musiał za pasy chodzić z niewdzięczniki;
„Zwano go ojcem, ale już po zgonie,
„W martwych popiołach między nieboszczyki!
„Wasz to obyczaj cierń w życia przeciągu
„Kłaść im na głowy, kwiat — aż na posągu.
„Dzielny Łokietek, co Polskę zjednoczył,
„Trzykroć ojczystą musiał rzucać ziemię;
choć sto grodów murami otoczył,
„Choć dzikie w kluby praw osadził plemię,
„Złość i wielkiego Kazimierza przecie
„Czarnemi farby oćmiła na świecie.
„Tęsknił Jagiełło nieraz w tej koronie;
„Syn jej nie pragnął, zwlekając czas długi;
„Zygmunt, choć mówił, że śmiało na łonie
„Poddanych spocznie na liczne usługi,
„Targnęliście się po dwakroć nań, dzicy:
„Buntem we Lwowie, a kulą w stolicy!
„Któż twe policzy przykrości, Stefanie,
„O ty północnej siły mężny gromie?
„Kto trudy twoje, Kazimierzu Janie?
„Los cię przymusił umrzeć w obcym doinie;
„Uratowałeś ojczyznę w złej toni:
„Twoi się na cię porwali do broni!
„I ty, choć pędzisz wiek w troskach i pracy,
„Znosząc win cudzych ciężar, Stanisławie,
„Pewnie ci wdzięczni zostają Polacy,
„Że im królujesz mądrze i łaskawie?
„Oto ci codzień, w samej wieku wiośnie,
„Z smutku na głowie śnieżny włos urośnie.
„Tyś ciągłej rady duchem rząd ocucił,
„Co, śpiąc dwa roki, ocknął się i zasnął;
„Za twym powodem lustr nauk powrócił, —
„Już on był prawie w barbarzyństwie zasnął;
„Łagodzisz wrzawy, wprowadzasz porządki,
„Targasz zawisne na kraj losów wątki....

„Czekaj tej słodkiej, lecz późnej zapłaty,
„Kiedy twe zwłoki zimny głaz przywali;
„Zapłacze naród twój w czasie utraty —
„Cnota dopiero po zgonie się chwali —
„I, żeś był ojcem swej Ojczyzny, powie!“
Na tem się ziemny głos zakończył słowie.

(1778)[82].


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
DO OJCZYZNY.

Kędyż te słupy, te granice twarde,
Które nasz Chrobry oznaczał żelazem?
Tenże to naród cary wiązał harde,
Gromiąc i orły i księżyce razem,
Myż to, Polacy, owych mężów plemię,
Co nam krwią swoją kupili tę ziemię?
O wielkie dusze, których tu nic zliczę!
Jeśli z swej na nas poglądacie chwały.
Zacni Tarnowscy, mężni Chodkiewicze!
Nacóż przykłady nam wasze zostały!?
Takeśmy podli, że was bierze trwoga
Błagać za nami zwróconego Boga!
Cokolwiek świętej po was jeszcze sławy
Nam się zostało (o bezczelna zbrodni!),
Gładzim do szczętu sromotnemi sprawy,
Wspomnienia nawet waszego nie godni
Zdradzając braci i wolność i chwałę,
Cóż poczną serca, hańbą odrętwiałe?
Ojczyzno! Na cóż nam, przeszyte mieczem,
Piersi otwierasz? My nic twoje dzieci!
Straciwszy czułość, tam kajdany wleczeni,
Gdzie pędzi przemoc lub mamona świeci:

Oto na sam brzęk i krótki blask złota
Troskliwem uchem czatuje niecnota.
Skądkolwiek chytra zabłyśnie intryga,
Leci tam nędza i co urwać pragnie;
Chełpi się zdrada, że ją gwałt podźwiga,
Klaszcze mu podłość i kark jarzmu nagnie.
Jakże się z twojej wydźwigniesz ruiny,
Matko, takiemi otoczona syny?!

(Około 1760 r.)[83]


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
MATKA OBYWATELKA.

Śpij, moje złoto! — śpiewała,
Kołysząc matka swe dziecię —
Śpij, moja nadziejo cała,
Moje ty życie!

Usnęło; słabe niebożę
Dosyć się, dosyć spłakało;
Po płaczu lepiej też może
Będzie mi spało!

Dziecię! O, wieleż to biedy
Matczyna znieść musi głowa,
Nim się pociecha jej kiedy
Z ciebie wychowa!

Wieleż ja z czasem odbiorę
Miłej mi za to wdzięczności,
Gdy z ciebie uznam podporę
Mojej starości;


Gdy więc i sercem i głową
Nie dasz prodkować nikomu,
Przydając coraz cześć nową
Dla twego domu;

Gdy się kraj cały zdumiewać
Nad każdym twej cnoty czynem,
A sława będzie mi śpiewać,
Żeś moim synem!

Któż wie, co jeszcze być może?...
Ach! sztylet serce przenika,
Poczwara jakaś (o Boże!)
Staje mi dzika:

Może to nikczemnik jaki,
Co ma swe imię znieważyć
Lub na postępek wszelaki
Niecnoty zażyć?

Wstydu on mego przyczyna,
A może i śmierci jeszcze,
Gdy ujrzę niewdzięcznym syna,
Którego pieszczę?

Ojczyzny zdrajca i zbrodzień,
Może krew braci rozleje?
Ach! serca mego niegodzien!
Cała truchleję!...

Tażby nagroda i ta mi
Pociecha z ciebie być miała?...
— Rzekła i oczy swe łzami
Gorzko zalała. —

(Około 1780 r.)[84]


STANISŁAW TREMBECKI.
DO MOICH WSPÓŁZIOMKÓW.

Mądry Polak po szkodzie, — już były te szkody!
Dziś na nas obrócony wzrok mają narody:
Lub nasz rządnych, przezornych, czynnych świat pochwali,
Lub nad chcącymi zguby nikt się nic użali!
Nigdy dobrańszych posłów nie miała Warszawa,
Ich cel — ojczyzny dobro, ich nagroda — sława!
Ale, jeśli na sporach czas wycieńczą marnie,
Jeśli wzgląd osobisty serca ich ogarnie,
Jeśli granic obrony silnej nie wyznaczą,
Jeśli jeszcze i tacy na swe zyski baczą,
Jeśli ta góra wielka śmieszną myszkę zlegnie:
Już mnie o szczęściu Polski nadzieja odbiegnie.
Kto pragnie pospolite opatrzyć pożytki,
Nieprzyzwoite smutnym niech wytępi zbytki!
Gną się stoły pod srebrem, w galonach lokaje,
Tłoczą nam sok Bachusa Hotentotów kraje,...
A bracia nieobronni w srogiej jęczą doli,
Wolność nasza na obcej gruntuje się woli.
Ojczyzna uszczerbiona! O sławo! po tobie
W najgrubszej by nam chodzić przystało żałobie!
Niech wzgardza obywatel te kosztowne szaty,
Te zgraje służebników, ten pozór bogaty!....
Nieludzko nas odarli opiekuni srodzy:
Nie udajmy bogaczów, kiedyśmy ubodzy!
Jedni frantostwem, drudzy przez użycie wiosła,
Inni dostatki ciągną z handlu i rzemiosła:
My, na środku żelaznej wychowani ziemi,
Umiemy kuć oręże, zręcznie władać niemi.
Można z żelazem w ręku zniżyć krytych złotem,
Więcej krwią w roku nabyć, niż ci w sto lat potem.
Póki u młodych orląt dziób jest niedojrzały,
Póty ich baczny ojciec nic puszcza ze skały;
Ale, gdy jego dziatwie z kończącą się wiosną

Dłuższe pióra stężeją i szpony odrosną,
Sam ich uczy lot śmiały czynić nad obłoki,
Niebezpieczeństwem gardzić, rzucać się na smoki
Póki nas oszpecały gnuśność, zdania gminne,
Obrzydliwe pijaństwo, przesądy dziecinne, —
Wpośród mocarstw ogromnych zamknięci, jak w matni,
Do dania im odporu nic byliśmy zdatni.
August raczył powszechniej światło rozprowadzić
I myśleć nas nauczył i potrzeźwu radzić;
I ta jest między nami najdzielniejsza młodzież,
Co nosiła wojenną jego szkoły odzież.
Tworzy nam w sercach siłę, do męstwa zachęca,
Do obrony ojczyzny nadgrodami znęca....
Ku broni kierowany, żeby duch nie stygnął,
August naszego posąg bohatera dźwignął.
Między starożytnymi archiwów zaszczyty
Stał obraz Aleksandra, przez Lizypa ryty;
(idy w jego rozważaniu Cezar się zatopił,
Szlachetnie zawistnemi lice łzami skropił,
Bogdaj podobna zawiść w nas była widziana!
Idźmy ten uczcić posąg walecznego Jana,
A przed nim na dobyte przysiążmy pałasze
Za niepodległość kraju łożyć gardła nasze!

(Około 1700 r.)[85]


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
DO POWSZECHNOŚCI.

Przezacna powszechności! Nie sądź mnie Zoilem,
Wiem, że paszkwil nie zdobi uczciwego pióra:
Ale, kiedy ich całe życic jest paszkwilem,
Na które się prawdziwie otrząsa natura,
Kiedy widocznie idą na ojczyzny zgubę:
Ostrzegać, choć paszkwilem, mam sobie za chlubę.

(Około 1789 r.)[86]


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
DO PEWNEGO MINISTRA.

Ministrze! Nim tej nieczci piorun cię uderzy,
Którym padł Radziejowski zdrajca, podkanclerzy,
Nim cię czas, kryciem zbrodni długiem przesilony,
Całkowicie ukaże zdrajcą z pod zasłony,
Nim was, kupczących ojcem i bracią, handlarze,
Wypędzeniem z kościoła ojczyzny lud skarze,
Póty jeszcze... i mojej sekret wódz niechęci,
Póty milczę — od klucza czyś jest od pieczęci.
Nadto, żebyś tem trudniej mógł zostać trafiony,
Nie powiem, czyś minister Litwy czy Korony.
Bo ten cel pióra mego, twej przychylny sławie,
Abym cię nie pogorszył, jeśli nie poprawię;
Bo ten cel pióra mego, żebyś, nim kto inny
Sądzić cię zacznie, sam się osądził, żeś winny.
Z imienia, z krwi kochanej w Rzeczypospolitej,
Czcią przodków i wzorami ich cnót znakomity,
Znacznej nader po przodkach właściciel puścizny.
Mocniejszy jeszcze w wzory ich czci dla ojczyzny,
Żadną i w żadnym względzie nie ściśnion potrzebą,
Mając to, czem obsyła najszczęśliwszych niebo, —
Pytam: Jaki zawistny duch twego imienia,
Pana z panów, umiał cię skłonić do służenia?
Komuż jeszcze? i przeciw komu? mówić zgroza!
Oto hordzie, dziś ledwie wolnej od powroza;
Oto hordzie, od której srogiego topora
Połowa omal naszych nie zginęła wczora;
Oto przeciw ojczyźnie, przeciw własnej braci, —
Która jeszcze cię zyskać nadziei nie traci,
Która cię na swe święte wnętrzności zaklina,
Żebyś z sługi obcego powrócił jej syna;
Żebyś krwi swej nie plamił, nie smucił przyjaciół,
Lub żebyś zdrad nie przeżył, jeśliś się w złem zaciął.

(Około 1790 r.)[87].


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
DO ZGROMADZONYCH STANÓW.

Niech się w piersi uderza grzesznik jaki laki!
Straszne się wśród Warszawy pokazują znaki.
Widziano na ulicy pannę z gęsim nosem,
Tej nocy o dwunastej przeraźliwym głosem
Zapiał kogut miedziany w świętokrzyskiej wieży;
Na redutach szalonej nie widać młodzieży,
Stonce często tej zimy nie świeci z południa,
Na Solcu wody nowa nie choć dawać studnia;
Żyto snopami kwitnie w ujazdowskiem gumnie;
Tego sejmu kasztelan przemówił rozumnie.

Nie chcę ja skrytych badać sądów Pana Boga,
Lecz to wielkich jest nieszczęść wieszczba i przestroga.
Szkoda nam księdza Marka prorockiego ducha,
Nikt mego, choć prawdziwe, zdania nie usłucha;
Choć świętych przyszłowidzów duch mnie nie przenika.
Powiem jednak, co prosta naucza logika.
Nie wiem, czyli Saturna z słońcem bliska meta,
Czy z rozżarzonym przyjdzie ogonem kometa,
Nie wiem, z śmiesznym swym nosem co znaczy niewiasta,
Ani, czemu miedź śpiewa dla polskiego miasta;
Lecz jeśli nie mniej od tych niepodobne rzeczy
Każdy mi utrzymuje, a nikt im nie przeczy,
Jeśli rozum zawitał między kasztelany,
Korzystajcie z tych cudów, zgromadzone stany!
Bo dotąd, jak przy dziele wieży Babilonu,
Chcieliście wolność jednać z wielmożnością tronu;
Skoro zaś Stwórca promyk nadziei rozniecił,
Jednych odwagą natchnął, a drugich oświecił,
Skoro na szczęście Polski pomiędzy sąsiady
Rzucił z nieba kość twardą upragnionej zwady;

Jeśli na tak widoczne względy Opatrzności
Dziś ratunku nie (tacie upadłej wolności,
Potomności cnót waszych nie zwiedzie obłuda:
Tyle w nią wierzyć będzie, co wy w moje cuda

(Około 1790 r.)[88]


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
DO BRANICKIEGO HETMANA,
OBIECUJĄCEGO NAGRODĘ ZA WYDANIE AUTORA WIERSZY
PRZECIWKO NIEMU.

Zdrajco własnej ojczyzny! nie godzien tej ziemi,
Którą tak świętokradzko depczesz z poczciwemi.
Ty, krwie czystej Polaka nie syty rarogu!
Przysięgam mej ojczyźnie i mych ojców Bogu,
Że twą głowę mieć muszę, a to nie za złoto,
Ale męstwem, odwagą i Polaków cnotą.
Straszydło! Jak śmiesz rękę cnotliwego cenić?
Rękę, która cię chciała w Polaka odmienić!
Nie lękam ja się zdrady, Polak mnie nie zdradzi.
Co tylko było zdrajców, to z twojej czeladzi.
Lecz, żeby ci mniej zadać w dociekaniu pracy,
Wiedz, jako są szlachetni i mężni Polacy:
Powiem ci sam, kto jestem, lecz nie wprzódy, aże
Sprawiedliwy miecz w serce zbójcze twoje wrażę!

(Około 1790 r.)[89]


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
DO NIEKTÓRYCH CHLUBY.

Stanęło sto tysięcy wojska. Bogu chwała!
Teraz to będzie Polska po Europie brzmiała!
Stanęło sio tysięcy wojska. Są żołnierze.
Bogu chwała! Gdzie oni? Gdzieżby? Na papierze!

Dajmy na wojsko wszystko, połowę mniej więcej!
Bogu chwała! Już i żołd jest na sto tysięcy.
Jedni płaczą, drudzy się śmieją rozrzewnieni;
Są milijony... Gdzież są?... W każdego kieszeni.
Nikt wam przeczyć nie będzie ni rządu, ni męstwa,
Ni wspaniałości... prawda! ni krzywoprzysięstwa.
Odtąd bać się nie będziem pamiętnych nam gości:
Jest obrona! W kim?... Pewnie w boskiej Opatrzności...
Samochwalcy! niechaj was Opatrzność nie mami!
Niech się nie na was prawdzi, że „Bóg za durniami“

(1791)[90].


JULJAN URSYN NIEMCEWICZ.
ROZMOWA O KONSTYTUCJI 3 MAJA.
(Z „POWROTU POSŁA“.)
PODKOMORZY odpieczętowawszy list.

A to od mego syna; chwalebna ich praca
Zawieszona na chwilę i syn mój powraca.
Ciesz się, kochana żono, dzisiaj go ujrzymy.


PODKOMORZYNA.

Jakżem szczęśliwa! dawno już po nim tęsknimy.


PODKOMORZY.

Jam nie tęsknił, gdy zadość czynił urzędowi;
Dom zawsze ustępować powinien krajowi.
W nieprzytomności jego cieszyły mię wieści,
Że się wśród tych cnotliwych mężów syn mój mieści,
Co z przemocy i hańby kraj nasz wydobyli.


STAROSTA.

Niedługo się tem wszystkiem będziemy cieszyli.
Bóg wie, co porobiły sejmujące Stany!
Dlaczego ten rząd, po co te wszystkie odmiany?
Alboż źle było dotąd, a nasi przodkowie
Nie mieliż to rozumu i oleju w głowie?
Byliśmy potężnymi pod ich ustawami.
Jak to Polak szczęśliwie żył pod Augustami!
Co to za dwory, jakie trybunały huczne,
Co za paradne sejmy, jakie wojsko juczne.
Człek jadł, pił, nic nie robił, i suto w kieszeni.
Dziś się wszystko zmieniło i bardziej się zmieni.
Zepsuli wszystko, tknąć się śmieli, okrutnicy,
Liberum veto, tej to wolności źrenicy! Płacze.
Przedtem bez żadnych intryg, bez najmniejszej zdrady
Jeden poseł mógł wstrzymać sejmowe obrady,
Jeden ojczyzny całej trzymał w ręku wagę,
Powiedział: nie pozwalam, i uciekł na Pragę.
Cóż mu kto zrobił? jeszcze za tak przedni wniosek
Miał promocje, i dostał czasem kilka wiosek;
Dzisiaj co kto dostanie? nowomodne głowy
Chcą robić jakieś straże, jakiś sejm gotowy:
Czyste do despotyzmu otwierają pole!


PODKOMORZY.

Wskrzeszają mądrą wolność, skracają swywole.
Ten to nieszczęsny nierząd, to sejmów zrywanie,
Kraj zgubiło, ściągnęło obce panowanie:
Te zaborów, te srogich klęsk naszych przyczyną.
I my sami byliśmy nieszczęść naszych winą;
Gnijąc w zbytkach, lenistwie i biesiad zwyczaju,
Myśleliśmy o sobie, a nigdy o kraju.
Klęskami ojców nowe plemię ostrożniejsze,
Wzgardziwszy zyski, było na całość baczniejsze.
Nieba zdarzyły porę, oni ją chwycili,
Ojczyznę z pod ciężkiego jarzma wydobyli.

Walcząc wszystkie przeszkody gorliwą robotą,
Idąc przykładem króla i własną swą cnotą,
Powracają porządek, i sławę ojczyźnie.
Stokroć szczęśliwym, że choć przy późnej siwiźnie
Ujrzę, że Polska rządna i że poważana.


STAROSTA.

Wiem, że waćpanu każda przyjemna odmiana.
W księga się tych zdrożności wszystkich nauczyłeś,
W tych księgach, nad któremi już oczy straciłeś.
Ja, co nigdy nie czytam lub przynajmniej mało,
Wiem, że tak jest najlepiej, jak przedtem bywało.
Równycheś sentymentów nauczył i syna;
Czysto w zdaniach tatunia swego przypomina.
Pięknie się na dzisiejszym sejmie popisował!


PODKOMORZYNA z żywością.

W nieuczciwem go zdaniu nikt nie poszlakował.


STAROSTA.

Nie wiem, czyli złe zdanie, czyli też uczciwe.
Może bardzo rozumne, ale — niegorliwe;
Każdej rzeczy jakoweś zgłębianie zdaleka:
To śmieszne jakieś względy na prawa człowieka,
To zawody sumienia, to delikatności,
To jakieś szanowanie świętych praw własności.
Za naszych czasów na to wszystko nie zważano.
Wszyscy byli kontenci, robiono, co chciano....
Jakież waćpana zdanie o sejmie gotowym?!
Czy liż się to z rozumem może zgadzać zdrowym,
Żeby poseł w urzędzie był dwa lata trwale?
Sejm powinien być tylko o świętym Michale,
Nie więcej, jak sześć niedziel, tak przedtem bywało.

PODKOMORZY.

I to wszystkich klęsk naszych przyczyną się siało!
W nierządzie i letargu naród zanurzony.
Raz we dwa lala sejmem bywał przebudzony,
Nie dlatego, by radził, lecz żeby się kłócił,
W nieładzie wszystko zasiał, w nieładzie porzucił.
Kraj ustawnych zaradzeń może potrzebować,
Te powinien w swym rządzie bez zwłoki znajdować.


STAROSTA.

Bez zwłoki! to o sejmie nie można powiedzieć.
Dzisiejszy przez dwa lala nie przesłał się biedzić:
I cóż ci prawodawcy dobrego zrobili?
Wszystko pozaczynali, a nic nie skończyli.


PODKOMORZY.

Narody szybkim pędem do upadku lecą,
Lecz długo trzeba czekać, niżli się oświecą,
Nim się zwalczą przesądy, duch niezgód obłudny;
Nad wkorzenionym błędem tryumf światła trudny.
Czernić sejm ten już rzeczą stało się zwyczajną.
Nie zrobił tyle, co mógł, nikomu nietajną;
Ale zważając, jakie znajdował trudności,
Za to, co zrobił, wiele winniśmy wdzięczności.
Nie podlegamy więcej panowi obcemu.
Zważmy, czemeśmy byli łat tylko dwa temu?
Wewnątrz słabi, niezgodni, srodze uciśnieiii,
U postronnych nieznani, albo też wzgardzeni.
Dziś się sława narodu i powaga wraca;
Obywatel z radością podatek opłaca;
Przez wolny sojusz dawna świetność nam oddana,
Mamy dziś sprzymierzeńca, mieliśmy wprzód pana;
Wojska wzrastają, pełne szlachetnej ochoty:
Patrz na okryte zbroją cnej młodzieży roty,
Skarby, złotem, zbrojownie, śpiżem, napełnione.

Będą jeszcze dla Polski dni świetne wrócone,
Będą! byleby naród, cnotą zapalony,
Chęcią dobra ojczyzny z królem połączony,
Uwodzić się namowom przewrotnym nie dawał
I w zaczętej już pracy nigdy nie ustawał!
Niech każdy ma szczęśliwość powszechną w pamięci,
I miłość własną — kraju miłości poświęci!
Z dawnym wyborem wkrótce nowy się połączy;
Co pierwszy nie dokonał, to drugi dokończy;
Czynnie robiąc, zaradzi powszechnej potrzebie,
Zyska szczęście dla kraju, a sławę dla siebie!...

(1790)[91].


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
DO STANISŁAWA MAŁACHOWSKIEGO,
MARSZAŁKA SEJMU WIELKIEGO.

Mężu zacny! w podróży twojej dla ojczyzny,
Z trudów doczekawszy się szanownej siwizny,
Nie dbasz na oset, który nawija się drogą,
Co na to tylko rośnie, żeby ukłuć kogo.

Podnieś oczy: oto ten wzgórek umajony
Szlachetnym twym zabiegom miedzą naznaczony;
Tam dla cię wiją śpiesznie na skronie święcone
Córki nieśmiertelności wieńce zasłużone.

Oby te wiersze moje, dzieło słabej ręki,
W pożyczone od cnót twych przybrawszy się wdzięki,
Mogły jako spraw twoich szlachetności sprostać
l z niemi się do ciągłej potomności dostać!

Żeby kiedyś, gdzie będą twe prochy złożone,
Przy nich je odczytując, wnuki opóźnione,
Czuciem obywatelskiem do serca przejęci,
Błogosławili twojej wiekami pamięci.


Nie ślepym dziwacznego losu pchnięty błędem,
Lecz samym wielkiej duszy ruszony zapędem,
Serca tylko twojego pilnujesz ukazu,
Uderzając szczczęśliwe razy koło razu.

Po pięknych przyniesionych darach dla ojczyzny
Obciążasz swoją dla nich poręką dziedzizny:
Teraz, co twoją chwałę, prócz inszych, stanowi,
Dajesz wolność poddanym, człowiek człowiekowi.

Widzę nakoło ciebie tysiączne ich gminy:
Oni się błyszczącemi nie wsławili czyny,
Chyba ten u nich siądzie na poczesnej stronie,
Co więcej wylał potu na pańskim zagonie.

W nędznej chacie zrodzeni, nędzę spadkiem wzięli,
Chlebem, łzami skropionym, zła dola je dzieli;
Chlebem, który tysiącznym okupują trudem,
Pracują równo z bydłem, a zowią je ludem.

Widzę cię w pośrzodku nich, ojca z dziećmi swemi,
Cisną się, by stać bliżej pod oczyma twemi.
Ty do nich (gdy skinienia twego każdy czeka):
„Wracam wam stare prawo wolności człowieka“....

Rozbieży się twój przykład w różne kraju strony,
Odzyskując ojczyźnie ludzi milijony,
Którzy, od niej tuleni, będą o nię dbali:
Ro dotąd, co to dobro krajowe, nie znali.

Dziecka swego, kiedy mu rozpłakać, się przyjdzie,
Nie będzie mać uboga zagrażać: Pan Idzie;
Ani brząkać nad głową ciężkiemi okowy
Gminu zalęknionego urzędnik surowy....

Odżyją opłowiałe pod niewolą pola,
Zrodzi bujniej sprawiona wolną ręką rola.
Nieznana czerstwość twarze włościan pookrywa;
Bo chleb nawet — wolności posilniejszym bywa.


Mężu zacny! toś zrobił w domu mimochodem,
Cały zajęły z gruzów wstającym narodem;
Gdzie króla, ciebie i prac twoich towarzysze,
Jak twórców życia Polski, nieśmiertelność pisze!

(Około 1791 r.)[92]


IGNACY KRASICKI.
HYMN NA ROCZNICĘ 3 MAJA.

Wyższym nad nieba wzniosły majestatem,
Boże, co raczysz zawiadować światem,
I dobrodziejstwy, czem jesteś, objawić,—
Pozwól się sławić!

Lud Twój, lud braci, znękan niegdyś marnie,
Wesół do Twego kościoła się garnie.
Przyjm na ofiarę, Opatrzności święta,
Stargane pęta!

Daj użyć, coś dał, w pokoju i zgodzie!
Daj ducha rady i męstwa w narodzie,
Podległość rządną, w swobodzie wstrzymałość,
W działaniu trwałość!

Niech łaski Twojej będzie uczestnikiem
Król, radny, rycerz, mieszczanin z rolnikiem,
Dotąd, gdy większą szczęśliwiec swobodą.
Tyś sam nagrodą!

(1792)[93].


JULIAN URSYN NIEMCEWICZ.
WIOSNA.

Tchnąca przyjemną wonią, z majowym porankiem
Przyszła wiosna, kwiecistym ozdobiona wiankiem;
Przyszła wesoła, a gdy lube jej spojrzenie
Wzbudza rozkosz i całe cieszy przyrodzenie,
Gdy ziemia, przyodziana ozdobnemi szaty,
Pyszni się nowem liściem i świeżymi kwiaty:
Szczęśliwy, kto, nie znając ni smutku, ni męki,
Wcsołem okiem patrzy na te lube wdzięki!
Lecz ten co stracił wszystko, co nie ina Ojczyzny,
Co, czasem niezatarte, w sercu nosi blizny,
Dla tego, co nadziei stracił promyk słaby,
Czarną krepą okryte te wdzięczne powaby!
O Ojczyzno! Dla Ciebie już słońce pogodne
Nie wznijdzie, bo już obcy i ziomki odrodne,
Słodkich nadziei pierwsze zgasiwszy promienie,
Zepchnęli Cię bezbożnie w straszne grobów cienie.
Przebóg! Pośród niesilnych i łez i rozpaczy
Srogi wojownik chciwe zabory już znaczy:
I gdy śmierć nam gotują umowy zwodnicze,
Kto wodze rządu trzyma? Ach, ręce zbrodnicze,
Co za kruszec zbyt podły przyjęły kajdany
I nad Ojczyzną obce postawiły pany!
Ojczyzno! Gdyby jeszcze można Cię ratować,
Któżby, kiedy Ty giniesz, chciał życie zachować?
Czemuż nieba nie raczą bohatera wskazać,
Coby śmiał kraj uwolnić i wstyd jego zmazać?....
Cięży na wolnych barkach obce panowanie:
Lecz, kiedy z twych popiołów mściciel nie powstanie,
Gdy zgon Twój opłakujesz, przykryta żałobą,
Któreż cnotliwe serce nie westchnie nad Tobą?
Któż wam hołdu nie odda, wy, dusze wspaniałe,

Co, w kluby rządu wziąwszy bezprawia zuchwałe,
Zmieniając hańbę kraju w pomyślniejsze bycie,
Poświęcali Ojczyźnie majątki i życie?
Nie zginą prawa wasze z powszechnym upadkiem,
Będą cnoty i świateł waszych wiecznym świadkiem;
I będzie miał czem Polak potwarców rumienić:
Dowiódł, że chciał być rządnym i umiał się cenić.
Może niejeden dzisiaj z tych ludzi cnotliwych
Stał się ofiarą gwałtu i przewodzeń mściwych?
Może rycerz, którego nieskażone dłonie
Miecz wzniosły raz ostatni w Ojczyzny obronie,
Dziś, w srogiej żyjąc nędzy, okryty bliznami,
Jęczy nad swem kalectwem i Polski stratami?
Jęczy, ale w uciskach ulga mu zostaje,
Ulga, której występny nigdy nie doznaje:
Na nieskażone serce wspomniawszy i cnoty,
Pozna, że lżejsza nędza, niżeli zgryzoty,
I, gdy śmierć przyjdzie, zamknie powieki spokojnie.
Ale ci, co Ojczyznę najechali zbrojnie,
Co, zgubiwszy swe ziomki wyniosłością hardą,
Kryją się w gmachach obcych przed świata pogardą, —
Mimo świetne bogactwa i majątek drogi,
Gorzkie będzie ich życie i śmierć pełna trwogi!
Lecz co widzę? Już ziemia, krwią przodków zdobyta,
Obcemi orły, obcym żołnierzem pokryta!
Jak ciężko Polskę obcem imieniem nazywać!
Jak ciężko słodkie związki natury rozrywać!
Brat bratu stał się cudzym; co mówię, o zbrodnie!
Gdy zawiść wśród mocarzów rzuci swe pochodnie,
Kiedy ludem zabranym wojnę zaczną toczyć,
Ziomek we krwi współziomka oręż będzie broczyć.
Ach! niech mię wprzód mogiła i cyprys żałobny
Pokryją, niżbym patrzał na widok podobny!
O lutni moja! Był czas, gdzie twojemi tony
Nuciłaś dawny blask, mej Ojczyźnie wrócony:
Dziś, dotknięta ostatni raz od drżącej ręki,

Już nie jej głosisz sławę, ale smutne jęki,
I kryć się przed okrutnym musisz przeciwnikiem,
I dźwięk twój wkrótce obcym stanie się językiem!
Chyba starzec w ustroniu, ciesząc swą siwiznę,
Wnukom wspominać będzie dawną ich Ojczyznę...
Ale może wojownik ziemię krwią zrumienić,
Wywracać grody, postać narodów odmienić:
Stanie się strasznym zdradą i siłą oręża.
Świat zburzy, lecz nic zegnie cnotliwego męża!

(1793)[94].


IGNACY KRASICKI.
DO.....

Szacowny starcze! Iskierko ostatnia
Dawnej Polaków ochoty!
Płaczesz?... Ojczyzna, niegdyś zbyt dostatnia
W skarby, oręże i cnoty,
Dziś w innym stanie: podłych duchów matnia!
Upłynął ojców wiek złoty...

Nietrwałość ludzkiej roboty znamieniem;
Moment ją stawia i psuje.
Idą w łup czasu, za dzielnem wzruszeniem,
I gmach, i ten, co buduje...
I dąb stuletnim nie inocen korzeniem:
Przyjdzie grom — z ozdób wyzuje...

Grozi wiek przyszły gmachom wyniesionym,
Łupy wspaniałe przyswoi.
Przestanie jednak być niezwyciężonym,
Gdy się na cnotę uzbroi.
Na fundamencie wsparta niewzruszonym,
Mocy się jego nie boi.
Choć gwałt nieprawy gnębi i ciemięży —
Przetrwa gwałt, nędzę i los przezwycięży.


Żeglarz, chociaż się na schyłku zobaczy,
Sili się skały ominąć.
Źle czynił Kato, ginący w rozpaczy:
Nie śmiercią życiem miał słynąć.
Wspaniały umysł działać ma inaczej:
Bronić ojczyznę — i zginąć.
Niech podły służy, niech zyska na panach!
Milsza śmierć wolna, niż życie w kajdanach!

(1794)[95].


ADAM JERZY CZARTORYSKI.
Z „BARDA POLSKIEGO“[96].
WEZWANIE PIEŚNI.

Żal, trwogą osłupiały, rozpacz nawet głucha!
Z podłych gwałtu służalców czy tu kto nie słucha?
Westchnąć, o miły Bardzie! skarżyć się nie godzi:
Weź ty ukrytą lutnię, jej głos mnie odrodzi.
Niech się z mem czuciem poznam, choć rozjątrzy duszę:
Żółć wściśnioną, łzy spiekłe, muszę wylać, muszę!
Tyś pienia dał mi poznać: Polskę razem z tobą
Kochałem, unosząc się jej darów ozdobą!...
Śpiewaną była od nas jej postać szczęśliwa.
Odtąd mój głos ucichnie, bo komuż zaśpiewa?
Ale pójdźmy przy najmie] zobaczyć tę ziemię,
Zapłakać na nieszczęsne pozostałych plemię.
Raz jeszcze niech nas wzruszy wolności wspomnienie,
I ostatnie Polaków wywołajmy cienie!
Dla nich i dla Ojczyzny ostatecznej chwili
Ostatni raz nieszczęście tę lutnią rozkwili! —
Tak mówiłem. Poszliśmy.



SPUSTOSZENIE.

O Ziemio kochana!...
Jakiż okropny widok, jakaż sroga zmiana!
O Ziemio! jam Cię widział, kiedyś zakwitnęła,
(idy Twoja ludzi wszystkich powabność ujęła:
Ojczyste siadła rzucał mieszkaniec daleki
Ród pracowny i mienie oddać Ci na wieki.
Kędyż Twoje wesołe, te zdobne osady?
Stadami pyszne łąki, owocami sady?
Kędyż są kłosem bujnym pozłocone żniwa,
Których to obfitości głos narodów wzywa?
Gdzie spojrzę, spustoszenie okropne i srogie
Zżarło, co tylko ludziom na ziemi jest drogie:
Po całym gruncie twoim drapieżność się wiła.
Co żyje, rośnie, wszystko swym zębem zniszczyła....
Nigdzie pożycia śladu, wzrok nigdzie nie spocznie;
Z gruzów, napół skopconych, wymknięty ubocznie
Dym tylko błękit niebios kłębami przerywa;
Tam, owdzie smutna stoi w nagiem polu śliwa.
Pusto; zabite okna, gdzie zostaje chata,
Przez które rolnik witał roboczego brata.
Las, zewsząd osę piały, wyziera zdaleka,
Dokąd drżący mieszkaniec z swem życiem ucieka....



POWSTANIE KOŚCIUSZKOWSKIE.

Na szarym ranku tam jutrzenka płonie.
Patrz, jak się łańcuch pagórków oddala,
Smutne gdzieś wieże Krakowa w tej stronie.
O, gniazdo Polski i jej dawnej chwały!
Promyk ostatni na twem błysnął łonie!
Mąż (cnotliwszego kiedyż Nieba dały?)
Ducha wyższego, szlachetnej prostoty,
Z swem tylko sercem pośrzód braci staje;
Już mężne k niemu zbierają się roty,

Ojczyzna siły i władzę oddaje;
Chce on jej bronić, rozrywa kajdany;
I o swą grabież zadrżały tyrany!....
O uczucia gorące!.. O radości święta!
Które mi byłaś, duszo, naówczas przejęta!
Choć w najsroższej niewoli przywalony stanie,
Niech mi się pamięć o was przynajmniej zostanie.
Zabrzmij ty, Bardzie! o pięknym zawodzie,
Gdzie chętnie nieśli życie i majątek.
Niech Racławice świetnieją na przodzie,
Kosami sławne! Prawych kmieci szczątek
Leci na działa, na ostrza sterczące,
I pierwsze wolnych wykrzykną zwycięstwo!
A gdzież w stolicy najeźców tysiące?
Uciśniony lud powstał, obudził swe męstwo:
W strasznej i świętej chwili staje mi Warszawa.
Bruk śniady płucze kipiąca posoka,
Dym z bukiem harmat, rozwalin kurzawa,
Śmierć sypią okna i dachy z wysoka,
Nie wie najeźca we krwi, skąd pocisk wypada.
Zbrodni na ściągłej twarzy mróz trwogi osiada.
Cnota odetchnie; trud jej nareszcie zwycięża
Na jedno imię cnotliwego Męża!

Nie przestań, moja Muzo! Niech się odda chwała
I krwawym Szczekocinom! Polskiego oręża
Tam ostra tęgość zgraje złączone wytrwała,
Wiarołomnego króle duma się dziwuje
I zburzyć w swoim gniewie stolicę ślubuje.
Pod jej wałami sroższa czekała sromota:
Uchodzi; wolnych łudzi przemogła go cnota....
Cuda, o cuda! Podniósł Bóg za nami ramię:
Wolny Obrońca pychę najeźników łamie.
Cuda wolności! ona z niczego coś tworzy:
Niechaj się mus tyranów przed siłą jej korzy!
Wojsko rycerzy, czoło i chluba narodu,

Jednym tchem pała w pędzie świetnego zawodu.
Jakże ich może moja w tym wywielbić rymie
Wdzięczność. Iluż to mężów godne słynąć imię!
Wilii nurt i Bugu, krwią zarumieniony.
Świadczą i Krupczyc trupem zasłane zagony....
W każdym dniu nowy rycerz, nowe codzień czyny.
Cieszyła się ojczyzna, patrząc na swe Syny!



MACIEJOWICE.

Ale wszystko napróżno, wszystko już zginęło!
Wsparte na świętem prawie, ginie cnoty dzieło.
Przebóg! Widzisz, jak Wisła bieli się zdaleka:
Oto przez puste grunta swe nurty przewleka,
Ach! odwróć od tej strony twoje smutne oczy:
Maciejowic nieszczęsny tam widok zaskoczy....
Tu cnota uporczywem starła się żelazem.
Boże! Umknąłeś łaski i — zginęli razem....
Widzieć te okolice gorzko nam i miło!...
Tu jeszcze męstwo Wodza Ojczyzny broniło.
Niestety biedna teraz w okropnej postaci
I ojca w nim i syna drogiego utraci.
Płacze, konając, płacze swego Bohatera!
Obywatel w rozpaczy, rycerz włos wydziera,
Tysiące ludzi we łzach. Ach! Niemasz nikogo,
W kimby ta strata duszy nie zniszczyła srogo.
Losie! Okrutny losie i niezrozumiały!
Dawco ty, ślepy zawsze, i szczęścia i chwały!....
Gardzę ślepą srogością twojego igrzyska,
Które zbrodni pomaga a cnotę przyciska!....

Ale jakież znów czucie, nowe, niedoznane,
Ssie tylą już ciosami serce skołatane?
Lada co kiedy ujrzę, czy spotkam człowieka,
Szybka z powiek spuszczonych łza tylko ucieka.
Skupi się obraz cały strat, nędzy, zniszczenia,
Chciałbym ująć, uścisnąć, przyczynić ulżenia....

Ojczyzno rozszarpana! Wszystkoż ci stracone?
Nieszczęsna Polsko! nawet twe imię zgładzone?
Święte ucichły pienia, głos na listach kona:
Dusza gorzkiem znużeniem znów martwa, uśpiona...



POŻEGNANIE.

Żegnamy ciebie, Ziemio ulubiona!
Mus nas okrutny spędza z twego łona,
Drżącemi usty dotknijmy powłoki
Poległych braci... O święte wy cienie!
Bądź nas gdziekolwiek powiodą wyroki,
Niech wasze nami kieruje natchnienie!

(1795).


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
ŻALE SARMATY
NAD GROBEM ZYGMUNTA AUGUSTA.

Ty śpisz, Zygmuncie, a twoi sąsiedzi
Do twego domu goście przyjechali!...
Ty śpisz, a czeladź przyjęciem się biedzi
Tych, co cię czcili, co ci hołdowali!...
Gorzkie wspomnienia, gdy szczęście przeminie!
Czemuż i pamięć o nich nie zaginie!
Nie zostawiłeś syna na stolicy
Przez jakieś na nas Boga rozgniewanie,
Któregoby wnuk dziś po swej granicy
Rozrzucał postrach i uszanowanie!
Po tobie poszła na handel korona,
Tron poniżony i rada stępiona!
Ojczyzno moja, nakońcuś upadła,
Zamożna kiedyś i w sławę i w siłę!...

Ta, co od morza aż do morza władła,
Kawałka ziemi nie ma na mogiłę...
Jakże ten wielki trup do żalu wzruszał
W tem ciele była milijonów dusza...
Patrzcie! Matczyne jakieś leży dziecię,
W wyniosłych piersiach głęboka mu rana.
Którą ślachetne wychodziło życie!
On nie uciekał, bo zprzodu zadana!
Jeszcze znać w twarzy, jak jest zemsty chciwy,
Zdaje się gniewać: zaco nieszczęśliwy?
A tam poczciwość, Kościół, wstyd zgwałcony,
Pożarem całe spłonęły osady,
W dom gorejący właściciel wrzucony,
Pierwej mu wszystkie zrabowawszy składy.
Wszędzie zajadłość ogniem, śmiercią ciska,
Gdzie pojżrzysz, — rozpacz, trupy, zgorzeliska!...
Po tych rozbojach jedni, zniechęceni.
Pod nieznajome rozbiegli się nieba;
Drudzy, ostatnią nędzą przyciśnieni,
W swych kiedyś domach dzisiaj żebrzą chleba:
Insi, rozdani na Moskwę i Niemce,
Na roli ojców płaczą, cudzoziemce!...
Wy, co, domowe opłakawszy klęski,
Poszliście naród ratować niewdzięczny!
W tylu przygodach wasz oręż zwycięski
Pokazał światu, że i Polak zręczny!
Cóż przynieśliście z powrotem w swą stronę?
Ubóstwo, blizny, nadzieje zwiedzione!...
Oto krwią piękna ziemia utłuszczona
Konia i jeźdźca dzikiego wy tuczą,
A głodne dzieci matka przymuszona
Panującego języka naucza...
Tak jest, jak twardy wyrok jakiś kazał:
Inszych popisał, a Polskę wymazał!...
Wisło! Nie Polak z ciebie wodę pije.
Jego się nawet zacierają ślady,

On dziś przed swojem imieniem się kryje,
Które tak możne wsławiły pradziady...
Już białym Orłom i bratniej Pogoni
Świat się, przed laty nawykły, nie skłoni!...
Zygmuncie! Przy twoim grobie,
Gdy nam już wiatr nie powieje,
Składam niezdatną w tej dobie
Szablę, wesołość, nadzieję
I tę lutnią biednę...
Oto mój sprzęt cały!
Łzy mi tylko jedne
Zostały...

(1796)[97].


JAN PAWEŁ WORONICZ.
HYMN DO BOGA
O DOBRODZIEJSTWACH, NARODOWI POLSKIEMU
WYŚWIADCZONYCH.

Nieogarniony światem, ojców naszych Boże!
Ty, który jeden nie znasz płochej wieków zmiany!
Otośmy Twych ołtarzów oblegli podnoże,
Niegdy lud Tobie miły, a teraz znękany!
Więc, gdy za sobą przemówić nie śmiemy,
Pozwól, niech dawne łaski Twe wspomniemy.

Już lat tysiąc niewrotnej swej dobiega drogi,
Jako się pobraciłeś z ojcami naszemi,
A wyrwawszy im z ręku ciosane ich bogi,
Świętym prawdy obliczem błysnąłeś tej ziemi;
I dałeś poznać wśród błędów zamieci,
Żeś ty ich ojcem, a oni Twe dzieci...


Jeszcze tych świętych umów nie oschły znamiona,
Kiedy naddziady nasze, cechą tej ugody
Wynurzeni z błędnego rozsypańców łona,
Poczesne wzięli miejsca pomiędzy narody;
A ci, co nimi dawniej pogardzali,
Ich pokrewieństwa i łaski szukali.

Ty sam, Boże zastępów! miecz nieukrócony
Przypasałeś twą ręką do ich twardych boków;
A ledwie nim błysnęli na okaz obrony
Objawionych stworzeniu Twych świętych wyroków,
Ucichły szepty i zmowy sąsiadów,
Ujrzawszy Ciebie wpośród naszych dziadów.

Tyś ich ziemię, jak niegdy Jordanu krainę,
Napoił błogosławieństw i mlekiem i miodem:
I zwierząt życiosłużnych nagnał w nią drużynę
I uczynił wszech tworów nieprzerodnym płodem;
Że się sąsiadom o nic nie kłaniała,
Lecz ich sytością swoją nakarmiała.

Tyś sam ją niemylnemi oznaczył kopcami;
Od upałów granitnym krępakiem odgrodził;
Ramiona przeciw wichrom umaił lasami
I gościńcem rzek spławnych dwa morza pogodził:
A przy podwojach wschodu i zachodu,
Do szlachetnego wytknął plac zawodu.

Tędy nasi ojcowie po wieńce biegali,
Tędy wlekli zwycięskie z łupami rydwany;
A Tyś na ich błyskotnej strach rozsiewał stali:
Że, gdzie tylko zmierzyli oręż niewstrzymany,
Placu nie widząc, zbrojne ćmy pierzchały,
Schnęły strumienie i góry tajały...


Po wieleż razy, Panie! ta ziemia spluskana
Milionowe hordy chlebem swym żywiła!
A kośćmi i rynsztunkiem zbójeckim zasiana,
Wrogów naszych zawodną nadzieją cieszyła,
Że w oceanie nieszczęść swych zatonie,
Głowy nie wzniesie ani świtem wionie....

Nie mniejsze Twoje dziwy, nasz obrońco możny!
Kiedy z pustyń arabskich Izmaela plemię
Posuwając orężem swój księżyc dwurożny,
Tysiąca państw kwitnące przywalało ziemie;
A depcąc carstwa wschodniego ruiny,
Przytknęło sztandar do naszej krainy....

Tyś garstkę ojców naszych przeciw niemu stawił;
Ledwie mu w twarz zajrzeli niezmróżonem okiem,
On się samym postrachem ich lica zadławił,
I jako drugi Dagon przed bóstwa widokiem,
Padł zgruchotany, krwią popoił rzeki!
Jęknął w pustyniach i przestraszył wieki!

Wielkie Twe dzieła, Panie! dla naszego rodu;
Przegadać ich nie mogli nasi pradziadowie.
Przestrzeń ta szerokiego nader jest obwodu —
Każdy dzień, każdy zakąt łaski Twe opowie,
Któreś po całym rozsiewał ich domu,
Że w niczem przodku nie dali nikomu....

Cóż się wżdy podziałało z późnem ich plemieniem?!
Tyś twarz odwrócił... a my!... w proch się rozsypali!
Szczątki jego wiatr rozniósł z pyłem i z imieniem.
Morza z niemi igrają po zaświatnej fali,
Ciskając z gniewem na murzyńskie piaski
Ciała, zaskrzepłe piętnem Twej niełaski.


Drudzy, przeżyć nie mogąc zgonu wspólnej matki.
Spostrzegłszy jakąś gwiazdę nowych świata cudów
I z nią tajnem przeczuciem łącząc tchu ostatki,
W bezdrożach skwarnych spiekot, włóczęgów i trudów,
Lądy i morza obieżawszy sławą,
Łzy krokodylom wmawiają swą sprawą.

Gościńce sławy naszej chwastami zarosły,
Rozwalinom Syonu pokrzywy panują,
Po wieżach głos pogrobny puszczyki rozniosły,
A smętne cienie ojców po kątach się snują,
Wskazując zwłoków swych ułomki świetne,
Powyrzucane na śmiecia wymietne....

Pamięć naszą uczciwą, głośną wpoprzek świata,
Jak skorupę garncarską o kamień stłuczoną,
Pogwizdując, wędrowiec depce i pomiata,
A patrząc na bram naszych postać okopconą,
Potrząsa głową i pyta zdumiany:
„I gdzież ich teraz ów Bóg zawołany?...“

Ty żyjesz i żyć będziesz, chocia świat upadnie!
Tyś policzył do włoska na tych głowach włosy;
Nie traf ślepy, nie kolej narodami władnie:
W Twoich się ręku rodzą i czasy i losy;
Więc, gdy nie możesz karać bez przyczyny,
Los nasz być musi płodem własnej winy....

Łzy nasze są świadkami błędu i poprawy:
A Ty patrzeć nie możesz na łez ludzkich zdroje,
Ni się wyprzeć Twych dzieci, rodzicu łaskawy!
Cóż Ci zostaje? Wyrzec dawne słowa Twoje:
„Kości spróchniałe, powstańcie z mogiły,
Przywdziejcie ducha i ciało i siły!“

(1810.)[98]


O ŻYCIU I O ŚMIERCI.
REFLEKSYJNE
ŻALE
UMIERAJĄCEGO.

Ach! mój smętku, ma żałości!
Nie mogę sie dowiedzieci,
Gdzie mam pirwej nocleg mieci,
Gdy dusza z ciała wyleci;

Byłżem z młodości w rozkoszy.
Nie usłałem swojej duszy,
Już stękam, już mi umrzeci,
Dusza nie wie, gdzie sie dzieci....

Eja, eja, dusza moja,
Ocuci sie, długoś spała,
Niemasz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama sobie....

Gdzie ma siła? ma robota?
Głupiem robił po ty lata.
Pięć miar płótna, ośm stóp w grobie:
Tylkom sam urobił sobie.

Halerzem łakomo zbierał,
Swój żywot rozpustnie chował:
Prze ta dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.

Jałmużnym nędznym nie dawał,
Ofierym Bogu nie czynił,
Ni z pirwiny, ni z nowiny
Bogum nie dał dziesięciny.


Kędy to mój rozum głupi!
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.

Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca sie barzo lęka,
Bóg sie z liczby upomina,
Dyabeł na grzechy wspomina.

Młotem moje pirsi biją,
Dusza nie śmie wy nić szyją:
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone....

O duszyco, drogi kwiecie,
Nic droższego na tym świecie,
Tanieś sie djabłu przedała,
Iżeś sie w grzeszech kochała....

Wiercę sie, wołam pomocy,
Nikt za mnie nie chce umrzeci,
Ni przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mięci.

Chryste, prze twe umęczenie
Rozprosz djable obstąpienie,
Daj duszycy pożegnanie,
Daj ciału dobre skonanie....

Zazżycież mi świeczkę ale,
Moi mili przyjaciele,
Dusza idzie z krwawym potem;
Co mnie dzisia, to wam potem.

(Z końca XV w.)[99].


ROZMOWA
MISTRZA ZE ŚMIERCIĄ.

...Wszytcy ludzie posłuchajcie
Okrutność śmierci poznajcie,
Wy, co jej nizacz nie macie,
Przy skonaniu ją poznacie.
Bądź to stary abo młody,
Żądny nie ujdzie śmiertelnej szkody.
Kogokoli śmierć udusi;
Każdy w jej szkole być musi.
Dziwno sie swym żakom stawi,
Każdego żywota zbawi.
Przykład o tem chcę powiedzieć,
Słuchaj tego, kto chce wiedzieć.
Polikarpus, tak wezwany,
Mędrzec wielki, mistrz wybrany,
Prosił Boga o to prawie,
By uźrzał śmierć w jej postawie.
Gdy sie modlił Bogu wiele,
Ostał wszech ludzi w kościele,
Uźrzał człowieka nagiego
Przyrodzenia niewieściego,
Wzraza wielmi szkaradego,
Łoktuszą przepasanego.
Chuda, blada, żółte lice,
Leści się, jako miednice;
Upadł ci jej koniec nosa,
Z oczu płynie krwawa rosa.
Przewiązała głowę chustą,
Jak samojedź, krzywoustą.
Nie było warg u jej gęby,
Poziewając, skrzyta zęby,
Miece oczy, zawracając,
Głośną kosę w ręku mając,
Wypięła żebra i kości,
Groźno siecze przez lutości.

Mistrz, widząc obraz szkarady,
Żółte oczy, żywot blady,
Groźno sie tego przelęknął,
Padł na ziemię, eże stęknął.
Gdy leżał wznak.jako wiła,
Śmierć do niego przemówiła:
...„Dzierżę kosę na rejistrze,
Siekę doktory i mistrze,
Zawżdy ją gotową noszę,
Przez dzięki noclegu proszę....
Stworzyciel wszego stworzenia
Pożyczył mi takiej mocy,
Bych morzyła we dnie i w nocy.
Morzę na wschód, na południe,
A umiem to działo cudnie,
Od północy do zachodu
Chodzę, nie pytając brodu.
Toć me nawiętsze wesele,
Gdy mam morzyć żywych wiele.
Gdy sie imę z kosą pląsać,
Chcę ich tysiąc pokąsać....
W grzechu sie ludzkim kocham,
A tego nigdy nie poniecham,
Duchownego i świeckiego,
Zbawię żywota każdego,
A każdego morzę łupię,
O to nigdy nie pokupię.
Kanonicy i proboszcze
Będą w mojej szkole jeszcze,
I plebany z miąższą szyją,
I co barzo piwo piją,
Dobre kupce, rosztohaze,
Wszytki moja kosa skarze,
Panie i tłuste niewiasty,
Co sobie czynią rozpasty,

Morderze i okrutniki,
Te posiekę nieboszczyki,
Dziewki, wdowy i mężatki
Posiekę je za ich niestatki,
Szlachcicom biorę szypy, lulce,
A ostawiam je w jednej koszulce....
Nie pomogą apoteki,
Przeciw mnie żadne leki;
A wżdy umrzeć każdy musi,
Kto ich lekarstwa zakusi,
Na mały czas mogą pomoc,
Iż niemocny weźmie swą moc,
A wżdy koniec temu będzie,
Gdy lekarz w mej szkole siędzie.
Bowiem przeciw śmiertelnej szkodzie
Nie najdzie ziela na ogrodzie.
Darmo pożywasz lubieszczka,
Już ci zgotowana deszczka;
Nic pomoże kurzenie piołyna,
Gdy przydzie moja godzina....

(Z końca XV w.)[100].


MIKOŁAJ REJ.
O SZCZĘŚCIU I NIESZCZĘŚCIU.

Szczęście jest własny łaskawy dar Boży,
Na kogo On już swe królestwo włoży.
Ci, co bywali zawżdy z mądrą głową,
Błogosławieństwo Pańskie szczęście zową
Acz sie i złemu pofortuni czasem,
Przedsię zły tego używie z złym kwasem.
Jeszczeć nieszczęsny nie to prawic bywa,
Kto swych frasunków do czasu używa.
To jest nieszczęsny, co sławę utraci,
Z panią niecnotą prawie sie pobraci.
Nie toć jest szczęsny, co siedzi we złocie;
Poleruje sie cnota przy kłopocie.

Ten jest u szczęścia towarzyszem w rocie,
Kto złoto może mieć zawżdy przy cnocie.
Ten szczęściem zawżdy, jako chce, harcu je,
Kto swawolną myśl w sobie opanuje.
Takiego szczęścia używa i bydło,
Gdy kto swej wolej da wolne wędzidło.
To jest fortunny, mojem zdaniem, każdy,
Który na równem dobrej myśli zawżdy....

(1567)[101].


MIKOŁAJ REJ.
MYŚLI O PRZYSZŁEM ŻYCIU.
(„Spólnego narzekania“
zakończenie).

Ale chceszli w tamten kraj na górę zajechać,
Już musisz ziemskich strojów poczęści zaniechać.
Trzeba tam subtelniejszą mieć wzory robotą,
Miarą wszytko pokryślać, rozumem a cnotą,
A nastrzępić nadzieją, wiarą a stałością,
Usznurkować nadobnie prawdziwą miłością.
Ho tam wszyscy dworzanie tych sie strojów dzierżą,
Ty świeckie obercuchy barzo je tam mierżą,
Nie najdziesz tam żadnego do pasa z kołnierzem,
Ani w bociech kowanych, ani na łbie z pierzem.
Jedno z rozkoszną myślą, a zawżdy weseli,
A nadobnem przezwiskiem zową je Anieli.
A tak, mój miły bracie, masz co czynić z sobą,
Gdy widzisz, jaką drogę pewną masz przed sobą.
Gotuj że się, jać radzę, boć o płatne idzie,
Nie daj sie światu stroić, tej nikczemnej gnidzie.
Widzisz więc, jako drugim jego bryże szkodzą,
A tam, gdzieby nie radzi, czasem je zawodzą.
A bądź gotów, jać radzę, być wszylkiego stradać,
Bo sie ani obaczysz, kiedyć każą wsiadać.
Poganiaj, poganiaj!

(1568)[102].


ŁUKASZ GÓRNICKI.
O PIĘKNOŚCI.
(Z „Dworzanina“).
PIĘKNOŚĆ ZIEMSKA.

Z Boga piękność się rodzi, a jest nieoddzielona od dobroci, jako gorącość od ognia. Cudność tedy zwierzchnia prawdziwy znak jest a piątno wnętrznej dobroci, jako piękny kwiat na drzewie znakiem jest dobrego owocu; a my przez to, co widzimy, dochodzimy tego, czego widzieć nie możemy, to jest umysłu — przez ciało; skądże to jest, iż owi fizjognomowie z twarzy a z położenia członków nie telko obyczaje, ale i myśli czasem człowiecze wiedzą. I myśliwiec, poźrzawszy na psa, na ptaka, już hnet wie, co w nim wre, jeśli rączy, jeśli łuczny, jeśli łowny abo gniewliwy, bo duch każdego źwirzęcia na ciele swem wyraża, jako najbarziej może, siebie. Patrzmy na lwa, na konia, na orła, jako w oczu jednego znać gniew, w drugiego oczu bystrość, w trzeciego nadętość jaką; pódźmyż zaś do owce, do gołębia: tam szczyrą a prostą widzimy niewinność, a w liszce, w wilku złość pokrytą. I tak niemal we wszytkich źwirzętach: co żadne, to i złe, a co piękne, to i dobre...
Owa, kto sie temu chce przypatrzyć, tedy tak najdzie, iż, cokolwiek jest dobrego a użytecznego, to każda rzecz ta ma i piękność w sobie. A to nad świat ten, tę tak wielką machinę, którą Pan Bóg ku pożytku a zachowaniu w dobrej mierze wszytkich rzeczy stworzył, i możeż być co cudniejszego? Niebo okrągłe, ozdobione tak wielem jasnych pochodni; w pośrodku ziemia, żywioły ogarniona i niczem nie podparta stoi; słońce, które, obchodząc ten krąg, wszytko oświeca, zimie do najniższego na niebie znaku schodzi, a zaś znienagła odchodzi, a przychodzi lecie ku najwyższemu znakowi. Nuż miesiąc! Ten bierze od słońca światłość, podług tego, jak blizko od niego abo daleko chodzi, i drugie pięć gwiazd, z których każda, inaczej a inaczej postępując, tenże bieg w krąg nieba odprawuje: to te wszytki rzeczy, jako z swej zamierzonej miary nigdy nie wychodzą (bo gdzieby się co namniej odmieniło, nie telkoby dobre nasze zginęło, ale świat bez pochyby upaśćby musiał), tak też zasie mają taką piękność w sobie i ozdobę, iż rozum człowieczy nic piękniejszego wymyślić sobie nie może.
Pódźmyż do wyobrażenia naszego, bo człowiek może być nazwan małym światem! Cokolwiek ma w sobie, wszytko w nim jest mądrze uczyniono, a pewnie nie przygodnie tak sam stanął, abowiem najmniejszy członek jego, najcieńsza żyłka, najliższa kosteczka jest mu potrzebna; a ten kształt wszytek człowieczy przedsię jest barzo piękny i nie wiem, jeśli pożytek więtszy czyli ozdoba ciału jest ze wszytkich tych członków, których używamy. To się też o inych źwirzętach powiedzieć może. Owo pierze u ptaków, liście i rószczki na drzewie, co natura dała obojgu temu ku potrzebie i zachowaniu swojej istności, a wdy i to ma wielką cudność w sobie.
Ale nie patrzmy na przyrodzenie, patrzmy na to, co człowiek rozumem i ręką urobi! W okręcie a co jest potrzebniejszego, jako maszty, jako żagle, jako powrozy, co to trzymają? a wdy te rzeczy mają tyle ozdoby w sobie, iż, kto na to patrzy, mnima, aby nie tak wiele dla pożytku, jako dla napasienia oczu to było uczyniono. Filary kształtowne trzymają na sobie w kościelech wysokie sklepy, i nie mniejsza z tego jest oczom uciecha, niż pożytek kościołowi.... A tak piękność wszędzie tam ma miesce, gdzie ma być co dobrego, i dla tego odtąd więc zawdy chwalić poczynamy, mówiąc: piękny dzień, piękne niebo, piękna ziemia, piękna rzeka, piękny kraj, las, łąka, sad, piękne drzewo, miasto, kościół, piękny dom, piękny poczet, piękne wojsko i dalej. Owa sie każda rzecz pięknością zdobi, i jest, jakom pirwej powiedział, nie oddzielona od dobroci, zwłaszcza w człowieczem ciele. Bo takiej cudności ina przyczyna nie jest, jedno piękność duszna, a taż jest istotną dobrocią. Bo dusza, mając cząstkę jednę prawdziwej cudności, to jest tej, która od Boga płynie, rozświeca i czyni każdą rzecz piękną, której sie jedno dotknie, zwłaszcza, jeśli ciało to, w którem mieszka, nie jest z tak grubej a podłej materjej, iżby dusza na niem wyrazić swego wzoru nie mogła. Przeto cudność jest znak zwycięstwa dusznego, jako owa chorągiew, co ją wytkną z wieże po wzięciu miasta, bo przez takową cudność, jako przez chorągiew, już dusza daje znać, iż opanowała ciało, a swoją światłością jasne uczyniła cielesne ciemności.

Piękność niebieska.

Jeśliż tedy ta piękność, którą oczyma śmiertelnemi tu na ludziech widamy (która ani tego przyrównania doszła, jakie też świece do słońca, ale jest prosto cień jakiś piękności) zapala serca nasze i przynosi taką uciechę, iż więc drugi nic nadto milszego nie ma, cóż tamta niebieska, na którą patrząc Aniołowie są błogosławieni? możeż być przyjemniejsza miłość, milszy płomień nad ten, który sie z widzenia najwyższej piękności rodzi? Wiem pewnie, iż, jako tej piękności żaden rozum ogarnąć, żaden język wysłowić nie może, tak też ani szy, którą te szczęśliwe dusze mają, co ku widzeniu onej do nieba przyszły, nikt wypowiedzieć nie umie. Abowiem ta piękność początkiem jest i studnią, z której wszytcy czerpają, a jej przedsię ani ubywa, ani przybywa, ale, w swej mierze ustawicznie stojąc, wszytkim na świecie pięknym rzeczam swej piękności użycza; bo przez się piękności mieć by nie mogły, jako ta niebieska piękność przez się sama i od siebie piękność ma nieprzyrównaną, wieczną, szczyrą a nieodmienną. Taż to jest piękność, od najwyższej dobroci nieoddzielona, która swą światłością wzywa i ciągnie ku sobie wszytki rzeczy. Ta daje Aniołom istność, ludziom rozum, źwirzętom zmysły, ziołom moc, kamieniom własność. A przeto, jako ten ogień widomy odgania od złota plugawość i ono na wybór dobre czyni, tak ten ogień niewidomy a święty sprosności duszne i to, co w nich jest śmiertelnego, wypala i gubi, a ożywia to wszytko, co byli zmysłowie umorzyli i podeptali.
Tenżeć to jest on stos drzew, na którym Herkules, jako poetowie piszą, na górze Oeta zgorzał, a przez takie zgorzenie policzon jest miedzy nieśmiertelnymi.
Tenże też to jest kierz on ognisty Mojżeszów, one rozdzielne języki, jakoby ogień, i wóz pałający Eljaszów, który łaski i błogosławieństwa przysparza duszam tych ludzi, którzy są tego godni, aby go widzieli na ten czas, kiedy, ziemskie ciemności nazad zostawując, do nieba leci.
Obróćmyż tedy myśli wszytki i siły duszne nasze ku tej najświętszej światłości, ktora nam drogę do nieba pokazuje, a za tą (zwlekłszy z siebie żądze i chciwości cielesne, w któreśmy się tu na ziemi oblekli) po tej drabinie, która na spodnim szczeblu ma cierń jakiś piękności, idźmy aż do onego najwyższego gmachu, gdzie niebieska, pożądana a istotna piękność mieszka, która w tajemnem zamknieniu u Boga najwyższego jest dlatego, iżby telko święte oczy patrzeć na nię mogły. A tu dopiero ostatni i błogosławiony kres i koniec najdziem naszym żądościam. Tu odpoczynie każdy z prac ziemskich. Tu wytchnie z nędz, w których opływa człowieczy żywot. Tu się uleczą cielesne choroby. Tu będzie najpewniejszy port nam wszytkim, którzy na świecie, jako na rozgniewanem, a niebezpiecznem morzu mieszkamy. Ale któż może miłość niebieską tę, która z piękności, z dobroci, z mądrości boskiej się wznieca, doskonale chwalić?... Ona jest matką rozkoszy, cichości, dobrotliwości, a wielkim nieprzyjacielem nieludzkości i obrzydliwej gnuśności; owa jest i początkiem i końcem wszytkiego dobrego.

(1566.)[103]



JAN KOCHANOWSKI.
O MŁODOŚCI.
(Z „ODPRAWY POSŁÓW GRECKICH“.)

By rozum był przy młodości,
Nigdy takiej obfitości

Pereł morze i ziemia złota nie urodzi,
Żeby tego nie mieli tem dostawać młodzi!
Mniejby na świecie trosk było,
By si to dwoje łączyło:
I oniby rozkoszy trwalszych używali,
Siebie ani powinnych w żal by nie wdawali.
Teraz, na rozum nie dbając
A żądzom tylko zgadzając,
Zdrowie i sławę tracą, tracą majętności,
I ojczyznę zawodzą w ostatnie trudności!

O Boże na wielkiem niebie!
Drogo to, widzę, u Ciebie,
Dać młodość i baczenie zaraz; jedno płacić
Drugiem trzeba; to dobre, a tego żal stracić...

(1578.)[104]


JAN KOCHANOWSKI.
SŁAWA JEDNA ZOSTAJE PO CZŁOWIEKU.

Jest kto, coby, wzgardziwszy te doczesne rzeczy;
Chciał ze mną dobrą tylko sławę mieć na pieczy?
A starać się, ponieważ musi zniszczeć ciało,
Aby imię przynamniej po nas tu zostało?

I szkoda zwać człowiekiem, kto bydlęce żyje,
Lejąc, tkając w sie wszystko, póki stawa szyje;
Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami,
Dał nam rozum, dał mowę, a nikomu z nami.

Przeto chciejmy wziąć przedsię myśli, godne siebie,
Myśli ważne na ziemi; myśli ważne w niebie;
Służmy poczciwej sławie a jako kto może,
Niech ku pożytku dobra spólnego pomoże!

Komu dowcipu równo z wymową dostaje,
Niech szczepi między ludźmi dobre obyczaje,
Niechaj czyni porządek, rozterkom zabiega,
Praw ojczystych i pięknej swobody przestrzega.

A ty, coć Bóg dał siłę i serce potemu,
Uderz się z poganinem, jako słusze cnemu;
Prostak to, który wojsko z wielkości szacuje;
Zwycięstwo liczby nie zna, męstwa potrzebuje!


Śmiałemu wszędy równo: a o wolność miłą
Godzi się oprzeć, by więc i ostatnią siłą;
Nie przegra, kto frymarczy na sławę żywotem!
Azaby go lepiej dał w cieniu darmo potem?

(Około 1580 r.)[105]


JAN KOCHANOWSKI.
DO SNU.

Śnie, który uczysz umierać człowieka
I okazujesz smak przyszłego wieka,

Uśpi na chwilę te śmiertelne ciało,
A dusza sobie niech pobuja mało.
Chceli, gdzie jasny dzień wychodzi z morza,
Chceli, gdzie wieczór gaśnie poźna zorza,
Abo, gdzie śniegi panują i lody,
Abo, gdzie wyschły przed gorącem wody.
Wolno jej w niebie gwiazdom sie dziwować
I spornym biegom zbliska przypatrować,
A jako koła w społecznem mijaniu
Czynią dźwięk barzo miły ku słuchaniu.
Niech się nacieszy nieboga do woli,
A ciało, które odpoczynek woli,
Niechaj tymczasem tęsknice nie czuje.
A co to nie żyć, wczas sie przypatruje.

(Około 1570.)[106]


JAN KOCHANOWSKI.
POWRÓT WIOSNY.

Serce roście, patrząc na te czasy!
Mało przedtem gołe były lasy,
Śnieg na ziemi wyższej łokcia leżał,
A po rzekach wóz nacięższy zbieżał;
Teraz drzewa liście na się wzięły,
Polne łąki pięknie zakwitnęły,

Lody zeszły a po czystej wodzie
Idą statki i ciosane łodzie.
Teraz prawie świat sie wszytek śmieje,
Zboża wstały, wiatr zachodny wieje,
Ptacy sobie gniazda omyślają
A przededniem śpiewać poczynają.
Ale to grunt wesela prawego,
Kiedy człowiek sumnienia całego,
Ani czuje w sercu żadnej wady,
Przeczby sie miał wstydać swojej rady.
Temu wina nie trzeba przylewać
Ani grać na lutni ani śpiewać:
Będzie wesół, byś chciał, i o wodzie,
Bo sie czuje prawie na swobodzie.
Ale kogo gryzie mol zakryty,
Nie idzie mu w smak obiad obfity;
Żadna go pieśń, żadny głos nie ruszy,
Wszytko idzie na wiatr mimo uszy.
Dobra myśli, której nie przywabi,
Choć kto ściany drogo ujedwabi!
Nie gardź moim chłodnikiem chróścianym,
A bądź ze mną, z trzeźwym i z pijanym!...

(Około 1580 r.)[107]


JAN KOCHANOWSKI.
NA LIPĘ.

Gościu, siądź pod mym liściem a odpoczni sobie,
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawyżej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potem ślachci pańskie stoły;

A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie;
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie,
Jako szczep najpłodniejszy w hesperyskim sadzie.

(Około 1580.)[108]


JAN KOCHANOWSKI.
NA DOM W CZARNOLESIE.

Panie! to moja praca a zdarzenie twoje;
Raczysz błogosławieństwo dać do końca swoje!
Inszy niechaj pałace marmurowe mają
I szczerym złotogłowem ściany obijają;
Ja, Panie, niechaj mieszkam w tem gniaździe ojczystem,
A ty mnie zdrowiem opatrz i sumnieniem czystem,
Pożywieniem uczciwem, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnemi, nieprzykrą starością!

(Około 1580.)[109]


JAN KOCHANOWSKI.
TĘSKNOTA[110].
(NA ŚMIERĆ URSZULI TREN X.)

Orszulo moja wdzięczna gdzieś mi się podziała?
W którą stronę, w którąś się krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wzniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe
Wyspy zaprowadzona? czy cię przez teskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?

Czy człowieka zrzuciwszy, i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli się w czyśćcu czyścisz, jeśli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości!
A nie możeszli w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw się przedemną,
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!

(1580.)[111]


JAN KOCHANOWSKI.
O SMUTNYCH PAMIĄTKACH.
(NA ŚMIERĆ URSZULI TREN VII.)

Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory
Mojéj najmilszej córy:
Po co me smutne oczy za sobą ciągniecie?
Żalu mi przydajecie?
Już ona członeczków swych wami nie odzieje:
Niemasz, niemasz nadzieje!
Ujął ją sen żelazny, twardy, nieprzespany.
Już letniczek pisany
I uploteczki wniwecz, i paski złocone,
Matczyne dary płone.
Nie do takiej łożnice moja dziewko droga,
Miała cię mać uboga
Doprowadzić, nie takąć dać obiecowała
Wyprawę, jakąć dała:
Giezłeczkoć tylko dała a lichą tkaneczkę,
Ojciec ziemie bryłeczkę
W główki włożył; niestetyż, i posag i ona
W jednej skrzynce zamkniona!

(1580.)[112]


JAN KOCHANOWSKI.
ZWĄTPIENIE.
(NA ŚMIERĆ URSZULI TREN XI.)

Fraszka cnota, powiedział Brutus porażony;
Fraszka, kto się przypatrzy, fraszka z każdej strony.
Kogo kiedy pobożność jego ratowała?
Kogo dobroć przypadku złego uchowała?
Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy,
Nie mając ani dobrych ani złych na pieczy!
Kędy jego duch wienie, żaden nie ulęże;
Prawli, krzywli, bez braku każdego dosięże.
A my rozumy swoje przedsię udać chcemy;
Hardzi między prostaki, że nic nie umiemy,
Wspinamy się do nieba, Boże tajemnice
Upatrując; ale wzrok śmiertelnej źrzenice
Tępy na to: sny lekkie, sny płoche nas bawią,
Które się nam podobno nigdy nie wyjawią...
Żałości, co mi czynisz? owa już oboje
Mam stracić: i pociechę i baczenie swoje?

(1580.)[113]


JAN KOCHANOWSKI.
POCIESZENIE.
(NA ŚMIERĆ URSZULI TREN OSTATNI ABO SEN).

Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała
Zamknąć i zemdlonego uspokoić ciała.
Ledwe mię na godzinę przed świtaniem swemi
Sen leniwy obłapił skrzydły czarnawemi.
Natenczas mi się właśnie matka ukazała,

A na ręku Orszulę moję wdzięczną miała,
Jako więc po paciorek do mnie przychodziła,
Skoro z swego posłania rano się ruszyła:
Giezłeczko białe na niej, włoski pokręcone,
Twarz rumiana, a oczy ku śmiechu skłonione.
Patrzę, co dalej będzie, aż matka tak rzecze:
„Śpisz, Janie? czy cię żałość twoja zwykła piecze?“
Zatemem ciężko westchnął i tak mi się zdało,
Żem się ocknął. A ona, pomilczawszy mało,
Znowu mówić poczęła: „Twój nieutulony
Płacz, synu mój, przywiódł mię w te tu wasze strony
Z krain barzo dalekich, a łzy gorzkie twoje
Przeszły aż i umarłych tajemne pokoje.
Przyniosłam ci na ręku wdzięczną dziewkę twoję,
Abyś ją mógł oglądać jeszcze, a tę swoję
Serdeczną żałość ujął, która tak ujmuje
Sił twoich i tak zdrowie nieznacznie twe psuje,
Jako ogień suchy knot obraca w perzyny,
Darmo nie upuszczając namniejszej godziny.

Czyli nas już umarłe macie za stracone
którym już na wieki słońce jest zgaszone?
A my owszem żywiemy żywot tem ważniejszy,
Czem nad to grube ciało duch jest szlachetniejszy.
Ziemia w ziemię się wraca, a duch z nieba dany
Miałby zginąć, ani na miejsca swe wezwany?
O to się ty nie frasuj, a wierz niewątpliwie,
Że twoja namilejsza Orszuleczka żywie.
A tu więc takim ci się kształtem ukazała,
Jakoby się śmiertelnym oczom poznać dała;
Ale miedzy anioły i duchy wiecznemi,
Jako wdzięczna jutrzenka, świeci, a za swemi
Rodzicami się modli, jako to umiała,
Z wami będąc, choć jeszcze słów nie domawiała.
Jeśliżeć też stąd roście żałość, że jej lata
Pierwej są przyłomione, niżli tego świata

Rozkoszy zażyć mogła: o biedne i płone
Rozkoszy wasze, które tak są usadzone,
Że w nich więcej frasunkow i żałości więcej,
Czego ty doznać możesz sam z siebie napręcej.
Ucieszyłeś się kiedy z dziewki tej tak wiele,
Żeby pociecha twoja i ono wesele
Mogło porównać z twoim dzisiejszym kłopotem?
Nie rzeczesz tego, widzę. Także trzymaj o tem,
Jakoś doznał; ani się frasuj, że tak rana
Twojej ze wszech namilszej dziewce śmierć zesłana.
Nie od rozkoszyć poszła; poszła od trudności,
Od pracej, od frasunków, od złez, od żałości,
Czego świat ma tak wiele, że, by też co było
W tym doczesnym żywocie człowieczeństwu miło,
Musi smak swój utracić prze wielkość przysady
A przynamniej prze bojaźń nieuchronnej zdrady.
Czegoż płaczem, prze Boga? czegoż nie zażyła?
że sobie swym posagiem pana nie kupiła?
Że przegróżek i cudzych fuków nie słuchała,
Że boleści w rodzeniu dziatek nie uznała,
Ani umie powiedzieć, czego jej troskliwa
Matka doszła: co z więtszem utrapieniem bywa,
Czy je rodzić, czy je grześć? Takieć pospolicie
Przysmaki wasze, czem wy sobie świat słodzicie.

W niebie szczere rozkoszy a do tego wieczne,
Od wszelakiej przekazy wolne i bezpieczne.
Tu troski nie panują, tu pracej nie znają,
Tu nieszczęście, tu miejsca przygody nie mają,
Tu choroby nie najdzie, tu nie masz starości,
Tu śmierć, łzami karmiona, nie ma już wolności;
Żyjem wiek nieprzeżyty, wiecznej używamy
Dobrej myśli, przyczyny wszytkich rzeczy znamy.
Słońce nam zawżdy świeci, dzień nigdy nie schodzi
Ani sobą nocy niewidomej wodzi;

Twórcę wszech rzeczy widziem w Jego majestacie,
Czego wy, w ciele będąc, próżno upatrzacie.
Tu wczas obróć swe myśli, a chowaj się na te
Nieodmienne, synu mój, rozkoszy bogate.
Doznałeś, co świat umie i jego kochanie,
Lepiej na czem ważniejszem zasadź swe staranie....

Nakoniec, w co się on koszt i ona utrata,
W co się praca i twoje obróciły lata,
Któreś ty niemal wszytkie strawił nad księgami,
Mało się bawiąc świata tego zabawami?
Terazby owoc zbierać z swojego szczepienia
I ratować w zachwianiu mdłego przyrodzenia.
Cieszyłeś przedtem insze w takiejże przygodzie,
I będziesz w cudzej czulszy, niżli w swojej, szkodzie?
Teraz, mistrzu, sam się lecz, czas doktor każdemu,
Ale kto pospolitym torem gardzi, temu
Tak późnego lekarstwa czekać nie przystoi;
Rozumem ma uprzedzić, co insze czas goi.
A czas co ma za fortel? dawniejsze świeżemi,
Przypadkami wybija, czasem weselszemi,
Czasem też z tejże miary; co człowiek z baczeniem
Pierwej, niż przyjdzie, widzi i takiem myśleniem
Przeszłych rzeczy nie wściąga, przyszłych upatruje
I serce na oboję fortunę gotuje.

Tego się, synu, trzymaj, a ludzkie przygody
Ludzkie nos; jeden jest Pan smutku i nagrody“.
Tu zniknęła, jam się też ocknął — aczciem prawie
Nie pewien, jeślim przez sen słuchał, czy na jawie.

(1580.)[114]


JAN KOCHANOWSKI.
ZŁOTE MYŚLI
WYJĘTE Z RÓŻNYCH PISM JEGO.

To pan, zdaniem mojem,
Kto przestał na swojem;

Kto więcej szuka, jawnie to znać daje,
Sam na sie, że mu jeszcze nie dostaje.
Siła posiadł włości,
Kto ujął chciwości;
Trudniej to przyjdzie, niż Turki shołdować
Abo waleczne Tatary zwojować.

(Z „Pieśni“.)


Wszytko sie dziwnie plecie
Na tym tu biednym świecie,
A ktoby chciał rozumem wszytkiego dochodzić,
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

(Z „Pieśni“.)


Ty pomni, że twój skarb u szczęścia w mocy,
A tak się staraj, o takiej pomocy,
Aby wżdy z tobą twego co zostało,
Jeśli zaś będzie szczęście swego chciało.

Cnota skarb wieczny, cnota klejnot drogi,
Tegoć nie wydrze nieprzyjaciel srogi,
Nie spali ogień, nie zabierze woda:
Nad wszytkiem inszem panuje przygoda.

(Z „Pieśni“.)


Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć sie kolwiek dzieje:
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.
— — — — — — — — — — — — — —

Nic wiecznego na świecie:
Radość sie z troską plecie:
A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,
W ten czas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

(Z „Pieśni“.)


A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym, co służą ojczyźnie: wątpić nie potrzeba,
Że, co im zazdrość ujmie, Bóg nagradzać będzie,
A cnota kiedykolwiek miejsce swe osiędzie.

(Z „Pieśni“.)


Przebóg! tychżeśmy ojców dzieci? czyli
W tak krótkim wiekuśmy sie wyrodzili?
Swięty pokoju, tę masz wadę w sobie,
że ludzie radzi zgnuśnieją przy tobie.

(Z „Pieśni“.)


W nadzieję ludzie orzą i w nadzieję sieją.

(Z „Pieśni“.)


Wielki przyjaciel — przystojność: tą sobie
Rozkazać służyć — nie jest przyjacielska.

(Z „Odprawy posł. greck.“)


O błędzie ludzki! O, szalone dumy!
Jako to łacno pisać sie z rozumy,
Kiedy po wolej świat mamy, a głowa
Człowieku zdrowa.

(Z „Trenów“)


Próżno morzem nie pływamy,
Próżno w bitwach nie bywamy;
Ugodzi nieszczęście wszędzie,
Choć podobieństwa nie będzie.

(Z „Trenów“)
(1560—1580)[115].


MIKOŁAJ SĘP SZARZYŃSKI.
O NIETRWAŁEJ
MIŁOŚCI RZECZY ŚWIATA TEGO.
(SONET.)

I nie miłować ciężko, i miłować
Nędzna pociecha, gdy, żądzą zwiedzione,
Myśli cukrują nazbyt rzeczy one,
Które i mienić i muszą się psować.

Komu tak będzie dostatkiem smakować
Złoto, sceptr, sława, rozkosz i stworzone
Piękne oblicze, by tem nasycone
I mógł mieć serce i trwóg się warować?

Miłość jest własny bieg życia naszego:
Ale z żywiołów utworzone ciało,
To chwaląc, co zna początku równego,

Zawodzi duszę, której wszytko mało,
Gdy Ciebie, wiecznej i prawej Piękności,
Samej nie widzi, celu swej miłości!

(Około 1580.)[116]


MIKOŁAJ SĘP SZARZYŃSKI.
O WOJNIE NASZEJ,
KTÓRĄ WIEDZIEMY Z SZATANEM, ŚWIATEM
I CIAŁEM.
(SONET.)

Pokój — szczęśliwość, ale bojowanie
Byt nasz podniebny: on srogi ciemności
Hetman i świata łakome marności
O nasze pilno czynią zepsowanie.

Nie dosyć na tem, o nasz możny Panie!
Ten nasz dom — ciało —, dla zbiegłych lubości

Niebacznie zajźrząc duchowi zwierzchności,
Upaść na wieki żądać nie przestanie.

Cóż będą czynił w tak straszliwym boju,
Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?
Królu powszechny, prawdziwy pokoju

Zbawienia mego, jest nadzieja w Tobie!
Ty mnie przy sobie postaw, a prześpiecznie
Będę wojował i wygram statecznie!

(Około 1580.)[117]


SEBASTJAN FABJAN KLONOWICZ.
ŻAL NAGROBNY
NA ŚMIERĆ JANA KOCHANOWSKIEGO.

Któż tak śmiały, któż tak, proszę, zuchwałego czoła,
Któryby się śmiał pokusić o twe stróny zgoła?
Coby się więc usty swemi stroju trzcinianego
Dotknąć ważył i piszczałki ze źdźbła owsianego?
Jako jeden świętokrajca, godzienby był skargi,
Kłoby na munsztuk uczony śmiał położyć wargi,
Na którymes ty więc dziwne wyprawował pieśni,
Że się, słuchając, Pan zdumiał i bogowie leśni.
Gdy, z przytuloną do piersi, tyś się porozumiał
Lutnią, słoniem oprawioną, sam się Febus zdumiał;
Każdyby rzekł, że sam Febus bije w kręte strony,
I osnowę trzewonitną ćwiczy bóg uczony.
Pan też z zagórza zaglądał, trząsając rogami,
Choć suremką swoją słynie tam między bogami.
Zdaleka się przysłuchiwał, stulając kosmate
Uszy, gdyś na szczupłej trzcinie pieśni grał bogate.

Echo też, za tobą chodząc, za wieczornej rosy,
Zbierała po dźwięcznym lesie rozpuszczone głosy.
Narcysowi się swojemu po dolnych zwierzyńcach
Zalecała pieśnią twoją, po kiściastych trzcińcach.
Komuż tedy odkazujesz odumarłe sprzęty,
Lutnią i treść niebotyczną, o poeta święty?
Tchu i dowcipu po tobie żaden dziś nie ma zto,
Coby się twych pieśni podjął; partacześmy prosto....

(1585)[118].


SEBASTJAN GRABOWIECKI.
NIECZYSTOŚĆ.
(SONET).

Nie przeto, żem jest od państw oddalony,
A, iż tak Bóg chce, w skarby nie bogaty,
Nie, iż w gałązki mój szczep nie rogaty,
Ni owoc jego nadzieją zmocniony;

Nie przeto, że mój dzień, chmurą strwożony,
Pragnąć i głód mrzeć, potnieć, ziębnąć na ty
Ziemi przymusza; nie, iż świat, mej straty
Chcąc, w tysiąc zdrad jest strasznie uzbrojony;

Ani, że ma przyść ostatnia godzina, —
Żywot mi brzydzi: ale dla płomienia
Cielesnej żądzej, co na mą krew chciwy.

Okrutny, szkodny, ciężki, niewściągliwy
Ogniu, dla ciebiem daleki zbawienia!
Że śmierci pragnę, tyś przednia przyczyna!

(1590)[119].


SZYMON ZIMOROWICZ.
O MARNOŚCI ŚWIATA.
(Z „ROKSOLANEK“).

Mądrość jest nad mądrościami
Widzieć śmiertelną za nami

Pogonią, która wyroki
Miece na świat bez odwłoki.

Jako pędem na dół wali
Wiatr skałę, którą obali:
Tak się nasze przerywają
Lata, kiedy koniec mają.

Jako z cięciwy wypada
Strzała, a wicher nią włada:
Tak nas, tak nasze nadzieje,
Śmierć wespół z prochem rozwieje.

A kto się rozbraci z światem,
Wszytkie jego sprawy zatem,
W niepamięci ponurzone,
Ludziom nie będą wspomnione.

Właśnie, jako kiedy morze
Okręt wielkim gwałtem porze;
Skoro ujedzie, by znaku,
Nie znać jego namniej ślaku.

Marność jest nad marnościami
Świat ten z swojemi pompami:
A przecie ludzi tak wiele
Każe nań hardzie i śmiele!

(1629.)[120]


SZYMON ZIMOROWICZ.
DO SŁOŃCA.
(z „ROKSOLANEK“).

Niebieskie oko, klejnocie jedyny,
Lampo gorąca wyniosłej krainy,
Ojcze gwiazd jasnych! Ty, skoro świt mglisty,
Poczniesz rozpalać kaganiec ognisty:
Natychmiast z łoża ramiona perłowe
Podniósłszy, oczy szczero szafirowe
Na świat obracasz, a potem, gdy z gory
Poczniesz rozpuszczać żarzyste kędziory,
Odległej ziemi, zdarłszy nocną larwę,
Dajesz glans dzienny i pozorną barwę.
Przez ciebie drzewa, z listów ogolone,
Rozpościerają warkocze zielone,
Pola odarte biorą na się szaty,
Zewsząd upstrzone rozlicznemi kwiaty.
Przez ciebie Lato, nasycone rosy,
Gotuje bujne oraczowi kłosy,
Jesień, owocem mnogim zbogacona,
W frukty i smaczne obfituje grona.
Gdy zaś najniższym pokazujesz biegiem,
Aquilo z srebrnym wylatuje śniegiem,
Rzeki porywcze upornie hamuje,
Tobie — nie role, nie żyzne pasieki
Mosty na wodach głębokich buduje.
Ja, twój chowaniec, daję do opieki,
Ani cię proszę, byś na mej winnicy
Rozkosznej trunek dowarzał w macicy.
Lecz żądam, abym stanął tam swem czołem,
Gdzie ty rysujesz niebo świetnem kołem!
Ażeby słychać było moje hymny,
I skąd Boreas wylatuje zimny

I gdzie z zarania rumianemi usty
Oświecasz Euxin i Delerman pusty,
I gdzie, pozbywszy południowej cery
Z twarzy, ostatnie patrzysz na Ibery!

(1629.)[121]


ZBIGNIEW MORSZTYN.
PIEŚŃ W UCISKU.

Obrońco uciśnionych, Boże litościwy!
Usłysz krzyk sierot Twoich, usłysz płacz rzewliwy!
Ciężka krzywda, o Boże! Ty na Twojej ziemi
Wszystkich cierpisz, Twe słońce promieńmi jasnemi
Złych i dobrych oświeca, Twój deszcz kropi ziemię
Złych i dobrych pospołu, a tu ludzkie plemię,
Samo na się zajadłe ciężko, następuje
Na swych bliźnich i z Twojej ziemie ich ruguje!
Którąś przestronną stworzył, a my nie możemy
W niej żyć, choć, że i dla nas stworzona jest, wiemy
Ty, zdawszy rządy królom, wielowładny Panie,
Nad sercem i sumnieniem ludzkiem panowanie
Sameś sobie zostawił, aleć się wdzierają
W twe prawa i gwałtem je ludzie odbierają!.....

(1658.)[122]


ZBIGNIEW MORSZTYN.
O SŁABOŚCI LUDZKIEJ.
(Z POEMATU „VOTUM“.)

Trzykroć szczęśliwy, który od młodości
I wiek znikomy i czasu spłynności,
Choć w ranym ale dojrzałym, rozumie
Uważać umie.
Szczęśliwy, który na dwu, prowadzących
Różno, gościńcach nie idzie błądzących

Stopami, ale wie, którędy trzeba
Piąć się do nieba.
Szczęśliwy, który świat z jego wabami
Pogardzić umiał i zdeptać nogami,
Którego umysł jest nieporuszony,
W kwadrat złożony.
Szczęśliwy, mówię, ale gdzież takiego
Najdziesz na świecie wieku dzisiejszego,
Żeby od swojej najpierwszej młodości
Nie uznał złości?
Żeby, od kresu samego puszczony,
Biegł na tak ślizkiej drodze niepotkniony,
Żeby we wszytkiem życiu jego cale
Nie było Ale?
Żeby na ten świat i jego szalone
Dumy i fochy myśli zapatrzone
Nie wpadły, wespół z jego służebniki,
W zdradliwe wniki?
Dawno ci byli, których okazałą
Cnota do nieba żywo porywała,
Dzisiaj takiego za naszego wieka
Niemasz człowieka.
Wszyscy my zgoła, których odmiennemi
Hekate koły oświeca na ziemi,
Wszyscy nieprawi, że niemasz jednego
Doskonałego.
Wszyscy błądzimy, a co starsze lata,
To dalej bieżym w błędną puszczą świata.
Rzadki na dobry tor powrół uczyni
Z dzikiej pustyni.
Tak, przeciw wodzie płynąc, gdy ramiona
Opuścisz, prędko powódź niewściągniona
Tam cię zaniesie, kędy niczebrniony
Nurt zakręcony.
Wszytkich mieszkańców swoich świat przeklęty,
Zwabiwszy na swe zdradliwe ponęty,

Na miękkiem łonie piastuje zmamione,
Snem opojone.
I jakie kiedy w pogańskie krainy
Ciężkie uczynił więzień przenosiny,
Od bisurmańskiej gdzie nieznośne męki
Ponosi ręki,
Jeśli snem kiedy powieka zmorzona
Od ciężkiej prace, przecię nieuśpiona
Myśl go przenosi, choć w kajdanach nogi,
W ojczyste progi:
Tak i ta nasza, z nieba udzielona,
Cząstka światłości, w cieniu położona,
Wzdycha do swojej niebieskiej dziedziny
Z ziemskiej niziny,
Brzydkim tłumokiem ciała obciążona
I snem głębokim prawie opojona,
Jako niewolnik, srogiego tyrana
Władzy oddana.
Lecz tego przecię spodziewać się może
Ułomność ludzka, gdy jej Bóg pomoże,
Że kiedyżkolwiek z tego, co ją ludzi,
Snu się obudzi....
Ciebie, którego wyrok świątobliwy
Pomni z radością człowiek nieszczęśliwy,
Że ty nie pragniesz zginienia prędkiego
Człeka grzesznego,
Oto, niegodny grzesznik, wieczny Panie,
Proszę, nademną miej swe zlitowanie,
Ani mię zdmuchaj, póki na twe drogi
Błądzące nogi
Nie wnidą! póki, zmazana grzechami,
Dusza ciężkiemi nie omyta łzami,
Póki w złych toniach śluby uczynione
Nie wypełnione!....

(Około 1660 r.)[123]


WACŁAW POTOCKI.
O CZASIE I O ROZUMIE LUDZKIM.
(Z „WOJNY CHOCIMSKIEJ“.)

Rozum mistrzem wszech rzeczy, czas mistrzem rozumu:
On mostu, on nas łodzi, on nauczył prómu.
Czasem człowiek lwy króci i niedźwiedzie uczy,
Czasem słonie w wojenne beloardy juczy,
Czas, odmieniwszy w pysku przyrodzenie ptasze,
Dał srokom i papugom czwarzyć słowa nasze,
Czas wiatry chełzna, które, zawarte w chomoncie,
Stawią człeka na drugim świata horyzoncie,
Gdy, odąwszy płócienne na galerze buje,
Wszytkie ziemie i wyspy i morza osnuje....
Działa lać, prochy robić, grzmieć i ognie błyskać,
Piorun zdaleka w miejsca umyślone ciskać,
Granatów i misternych rac, które, do góry
Wzbiwszy się, tworzą z ognia rozliczne figury,
Czas nauczył murować, czas murów ruiny
Przez potężne petardy i podziemne miny;
Cyngla ruszy, aż wszytko, co obaczą oczy,
Tak zwierza, jako ptaka, zmyślny strzelec troczy;
Czasem człek doszedł nieba i policzył gwiazdy,
Wie, która w miejscu wryta, która ma pojazdy.
Czas wiedzieć, kędy ziemia który kruszec kryje,
Czas znać ludzkie persony, dawne historyje,
Skoro je w miedzi ręka ćwiczona wydruży,
Skoro je malarz pędzlem na płótnie wysmuży,
Da w tysiąc lat oglądać, co już wszytko z czasem
W proch poszło za nikczemnej gadziny opasem;
Druk, papier i litery, któremi wykreśli,
Co mówi, co ma w sercu i co człowiek myśli;
I mogą się rozmawiać, nie ruszywszy usty,
Mogą widzieć zdaleka ludzie inkausty.

Wszytkiemu czas przyczyną. O Boże dobroci,
Tedyż człowiek żywioły i naturę kroci,
A przez te wszytkie wieki na grzech i złe żydło
Znaleźć mu się dotychczas nie dało wędzidło!
Zna zwierze, ryby, ptaki, drzewa, zioła, gady,
Wie, skąd grom, piorun, skąd deszcz, skąd padają grady.
Krótce mówiąc, na ziemi zna się i na niebie,
Wszędzie mądr; doma głupi, że sam nie zna siebie!
Wiatry chełzna, — o cuda! na cielesne żądze
Dotąd mu się nie dały wynaleźć wrzeciądze!

(1672)[124].


WACŁAW POTOCKI.
ŻEGNAM CIĘ, WDZIĘCZNE ŚWIATŁO.

Żegnam was, wdzięczne lampy! nie lampy, lecz troje
Ojcowskich na tym świecie oczu, słońca moje!
Zapadłyście przed czasem w serdecznych łez morze.
Już po tak długiej nocy nie doczekam zorze.
Komu dzień, mnie noc, którą pluta z wiatrem szpeci,
Opłakując żałośnie wychowane dzieci.
Zaszłyście mi przed czasem, spadłyście z kompasu,
Nie czekając danego od natury czasu.
Zasłoniła was czarna moim oczom chmura,
Gwałt cierpi serce w piersiach, gwałt cierpi natura.
Więc wszytko, co pod niebem, jej statutów słucha,
Jedna tylko śmierć na nie, śmierć, niestetyż, głucha
Bo, dopiero wschodzące, nie czekając końca,
Nie czekając zachodu, gasi ludziom słońca.
Ledwie że do pisania czas rozum pokaże,
Bierze wzrok oczom i to, co napisał, maże....
Im sie bardziej komu świat w młodym wieku łasi,
Tem prędzej bierze, prędzej śmierć mu słońce gasi.
I mnie już zaszło, już mi, choć żyję, nie świeci.
Żegnam was, złote lampy, moje śliczne dzieci!

(1688)[125].


WESPAZJAN KOCHOWSKI.
MASZKARY.
(Z „FRASZEK“).

Wszyscy w maszkarach chodzim, a to z takiej miary,
Gdyż ciała nasze duszom są jedno maszkary.

(1674)[126].


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
O MOJEJ PRACY.
(DO PIOTRA BORZĘCKIEGO).

W świecie, daleki od świata,
Gdy mój nim umysł pomiata,
Zacóż to myślisz tak sobie,
Że nic nie robię?

Pracuję i i ja, mój Pietrze;
Celem tej pracy: powietrze,
Ziemia i niebo, co leci,
Pełza i świeci.

Bywa, że czasem na chwilę
Pomiędzy tłum się wychylę:
Ten mię w bok trąci, ten uszy
Wrzaskiem zagłuszy.

Ojczyzna ginie! czcze imię...
Ten się syn kłóci, ów drzémie.
Na toż wynieśli swe dzieło
Piast i Jagiełło?

Zrazi mię szelest przechodni
Niewoli śrzodkiem i zbrodni;
Wracam z miłością swobody
Do mej zagrody.


Tu jedną u mnie Bóg wiarą:
Moje mu serce ofiarą,
Dola czy z nami niedola,
Bądź jego wola!

Cnocie hołd płacę: jej szczyra
Brzmi moja na zawsze lira,
Kraszę ten, ołtarz bogaty
Świeżemi kwiaty.

Tu mile Przyjaźń odkryta
W sercu jej ufność wyczyta;
Z nią swoje uczucia dzieli,
Z nią się weseli.

Błyśnie Fortuna koło mnie,
Nadzieja coś chciała skromnie...
Ale to posąg, co łudzi
Skromniejszych ludzi.

Trudniejszą ja mam zabawę:
Chciałbym zarobić na sławę!
Co?... Rzeczesz: Próżna to praca — ?
Takaż i płaca!

(Około 1780)[127].


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
POWRÓT Z WARSZAWY NA WIEŚ.
(ELEGJA.)

Otóż mój dom ubogi! Też lepione ściany,
Też okna różnoszybne, piec niepolewany
I nizka strzecha moja! Wszystko tak, jak było,
Tylko się ku starości więcej pochyliło!
Szczęśliwy, kto na małym udziale przebywa!
Spokojny, siadł przy stole wiejskiego warzywa:
Z swej obory ma mięso, z ogrodu jarzynę,
Z domu napój i wierną przy boku drużynę!

Obym ja był tak dawniej myślił, oszukany,
I w ukrytym gdzie kącie żył raczej nieznany,
Gdzieby o mnie w powiecie nawet nie wspomniano
I tylko mię sąsiadem dobrym nazywano!
Bym się żywił z krwawego rąk moich wyrobku,
Żył na świecie bez wieści, umarł bez nagrobku!

Com zyskał, że, rzuciwszy ubogie zagrody,
Chciałem, nie opatrzony, płynąć przeciw wody
I, widząc na me oczy, jak drudzy tonęli,
Jam sobie myślił: „Oni płynąć nie umieli“?
Com zyskał, na wysokie pańskie pnąc się progi.
Gdzie, po ślizkich ich stopniach obrażając nogi,
Nic się z moim lepszego nie zrobiło stanem,
Prócz marnego wspomnienia, że gadałem z panem?

Kiedy mię ojciec stary żegnał przy swym zgonie:
„Idź — mówił — synu, na świat! w jakiej będziesz stronie,
„Pamiętaj, że na prawdzie nikt nigdy nie traci!
„Zostawiam cię ubogim: prawda cię zbogaci.“
Słuchałem cię, ojcze mój, goszcząc między pany:
Tak-em pisał lub mówił, jak był przekonany.
Nie brałem sobie za cel ludzkie głosić winy,
A jeślim kogo chwalił, nigdy bez przyczyny.
Cóżem zyskał, pochlebstwem nie służąc nikomu?
Otom wrócił uboższym, niż wyjechał z domu.
Nie przeto, święta Cnoto, porzucić cię trzeba,
Że wieku dzisiejszego nic nie dajesz chleba,
Choćby mi jeszcze wolniej miało szczęście pociec;
Bo i z prawdą pięknie jest, i tak kazał ociec.

Trzeba wyznać, jak było, że mi coś dawano,
Ale wszystkie godziny życia kupić chciano,
Żebym, wieczny niewolnik, nosił jarzmo czyje,
Żył cały komuś, a sami zapomniał, że żyję;
A wreszcie mi nadzieją szafowano szczodrze.
Nikomum źle nie zrobił, ani mnie nikt dobrze!

Nadziejo! czyż ja ciebie w złotej chciał mieć szacie,
Żeby oczy pospólstwo obracało na cię?
Żebym słynął majątkiem? drugimi pomiatał?
Nie o tom ja pod drzwiami Fortuny kołatał.
Jedna wioska do śmierci, jeden dom wygodny,
Gdziebym jadł nie z wymysłem, ale wstał niegłodny;
Gdziebym się nie usuwał nikomu do zgonu,“
Swym pługiem zoranego pilnował zagonu;
Spokojnym będąc na tem, co stan mierny niesie,
Stałbym sobie na dole: niech kto inny pnie się.

W tym zamiarze praca mię całe życie tłoczy;
Nad książkami straciłem i zdrowie i oczy,
Nad książkami, które ja, co gębie odjąłem,
Może zbytecznym na mnie nakładem ściągnąłem.
Cóż mi książki oddały? Jak niewierna niwa,
Co zgubiła nadzieję rolnikowi żniwa,
Po wieku mego wiosny niewróconej szkodzie,
Nachylony ku zimie, zostałem o głodzie.

Za lat Symonidesów albo Kochanowskich
Może znalazłbym sobie Zamoyskich, Myszkowskich,
Przy którychbym wygodnie wieku mego użył
I pismem pożytecznem narodowi służył.
Dziś zabierz mi kto księgi, ten sprzęt nieszczęśliwy,
Do których mię przywiązał nałóg uporczywy,
I, co mi będzie lepiej w ubóstwie usłużne,
Zamieniaj na motyki i żelaza płużne.
Porzucę nad pismami myśli kłopotliwe,
A serce niech mi tylko zostanie dotkliwe,
Żebym się mógł nad losem biedniejszych litować
I przy pracy miał sposób bliźniego ratować....
Stało się! Nie mam swojej, kopmy cudzą grzędę!
Podeprzeć tę lepiankę, jeszcze w niej przebędę!

(1784)[128].


JULIAN URSYN NIEMCEWICZ.
ŻYCZENIA W SAMOTNOŚCI.

Szczęśliwy, kto, samotnem ciesząc się schronieniem,
Dzieli swe chwile, mądrym tylko znaną sztuką,
Między lubą nadzieją i tkliwem wspomnieniem,
Między spoczynkiem, nauką!

Szczęśliwy, kto zasypia z wolną trosków głową,
Ani, co jutro będzie, tem się we snach trudzi:
Którego nudnik ciężką nie usypia mową,
Ani też natręt przebudzi!

(Około 1800 r.)[129]


MIŁOSNE
Z RĘKOPISÓW SREDNIOWIECZNYCH:
LIST MIŁOSNY.

W jedności, stałości serca mego
Żadnemu nie objawiam tego,
Jedno tobie, namilejsza!
Moje pocieszenie
A przytem pozdrowienie
I pokłonienie,
Bo tego jest w obyczajach wiele,
I po wtóry kroć pozdrowienie
I pokłonienie
Na obiedwie kolanie
Aż do samej ziemie.
Przytem, namilsza, nawiedzam zdrowie twoje,
A tobie też opowiedam swoje.
Toć na mię wie Pan Bóg z wysokości,
Iż ja ciebie miłuję z serdecznej miłości,
Tak, iż też o tobie nie mogę przestać myślić we dnie i w nocy,
Dobrze, że ze mnie zdrowie nie wyleci.
Toć bych ja ciebie nic nie żałował,
Bych sie jedno z tobą, moja namilsza, nagadał
I do wolej namiełował....
O Boże wszechmogący, który panujesz stworzeniu swemu,
Oddal dziś smutek, który panuje sercn memu,
Boć muszę na każdą godzinę wzdychać,
A ciebie, miłą, zawsze wspominać.
By sie wszyscy doktorowie argowali,
Jeszczeby mojego smutku nie wypisali,
Bo tak me serce jest wielmi zranione.
By były wsyćki maści zebrane,
Apteki przyrównane,

Nie mogłyby mieć pomocy,
Kromia bożej mocy.
Jedno ty, mój przyjacielu namilszy,
Ty jeś też ze wszech nawdzięczniejszy,
Ty pocieszysz, ty ochłodzisz,
Ty uzdrowić raczysz!
A by sie też wszyćcy ptacy zlecieli,
Tedyby sie takowej miłości dziwowali.
A jeszcze, moja namilejsza,
Przez ten list niniejszy pytam,
Powiedz mi co wesołego
Dla pocieszenia serca mego....
A zatem cię poruczę Onemu,
Co służy wszytek świat Jemu,
I po wtóry kroć poruczam ja Panu Bogu,
Który wstał trzeciego dnia z grobu.....
A jeślim ja tobie mił,
Chcę, aby ten list na cie zawżdy patrzył,
A póki sie nie zedrą słowa listu tego,

Póty ty, ma namilsza, nie wynidziesz z serca mego.
Amen.
(Z 2. poł. XV wieku)[130]


JAN KOCHANOWSKI.
DO PANIEJ.
(Z „FRASZEK.“)

Imię twe, pani! które rad mianuję,
Najdziesz w mych rymiech często napisane,
A kiedy będzie od ludzi czytane,
Masz przed inszemi, jeśli ja co czuję.

Bych cię z drogiego marmuru postawił,
Bych cię dał ulać i z szczyrego złota
(Czego uroda i twa godna cnota),
Jeszczebych cię czci trwałej nie nabawił.


I Mauzolea i Egiptskie grody
Ostatniej śmierci próżne być nie mogą;
Albo je ogień, albo nagłe wody,

Albo je lata zazdrościwe zmogą.
Sława z dowcipu sama wiecznie stoi,
Ta gwałtu nie zna, ta sie lat nie boi.

(Około 1560 r.)[131]


JAN KOCHANOWSKI.
DO MAGDALENY.
(Z „FRASZEK.“)

Ukaż mi sie, Magdaleno! ukaż twarz swoję,
Twarz, która prawie wyraża różą oboję.
Ukaż złoty włos powiewny, ukaż swe oczy,
Gwiazdom równe, które prędki krąg nieba toczy,
Ukaż wdzięczne usta twoje, usta różane,
Pereł pełne, ukaż piersi, miernie wydane,
I rękę alabastrową, w której zamknione
Serce moje!... O głupie, o myśli szalone!
Czego ja pragnę? o co ja nieszczęsny stoję?
Patrząc na cię, wszytką władzę straciłem swoję,
Mowy nie mam, płomień po mnie tajemny chodzi,
W uszu dźwięk, a noc dwoista oczy zachodzi....

(Około 1560 r.)[132]


JAN KOCHANOWSKI.
WEZWANIE HANNY DO CZARNOLASU.

Nie dbam, aby ziemne skały
Po mem graniu tańcowały;
Niech mię wilcy nie słuchają,
Lasy za mną nie biegają!
Hanno! Tobie kwoli śpiewam,
Skąd jeśli tę łaskę miewam,
Przeszedłem już Amfijona
I lutnistę Aryjona.

Mnie sama twarz nie uwiedzie,
I, choć druga na plac jedzie
Z herby domów starożytnych,
Zacnę plemię dziadów bitnych:
Ja chcę sie podobać w mowie
Nauczonej białejgłowie:
Ty mię pochwal, moja pani, —
Nie dbam, choć kto inszy gani!
Cnocie zajźrzą, jako żywo:
Bujne drzewo wiatrom krzywo;
Ale ty chciej pomódz sama:
Nie ugrozi zazdrość nama.
A jeśli me nizkie progi
Będą godne twojej nogi,
Nogi pięknej, nie potrzeba:
Dosięgę już głową nieba!
Samy cię ściany wołają
I z dobrą myślą czekają;
Lipa, stojąc wpośród dworu,
Wygląda cię co raz z boru.
Każ bystre konie zakładać,
A sama sie gotuj wsiadać!
Teraz naweselsze czasy:.
Zielenią sie pięknie lasy,
Łąki kwitną rozmaicie,
Zająca już nieznać w życie;
Przy nadziei oracz ścisły,
Że będzie miał z czem do Wisły;
Stada igrają przy wodzie,
A sam pasterz, siedząc w chłodzie,
Gra w piszczałkę proste pieśni,
A Faunowie skaczą leśni.
Kwap sie, póki jasne zorze
Nie zapadną w bystre morze:
Po chwili ćmy czarne wstaną,
Co noc noszą nienaspaną.

(Około 1570 r.)[133]


JAN KOCHANOWSKI.
POCHWAŁA PIĘKNEJ.

Kto mi wiary dać nie chce, daj ją oku swemu,
A przypatrz sie stworzeniu pilnie tak pięknemu;
Taka jeszcze nie była za dawnego wieku,
Aniołowi podobna barziej, niż człowieku.

Raj tam, gdzie ona siedzi; a którędy mija,
Za jej stopami wstaje róża i lelija;
Jej gwoli piękne drzewa dają cień sowity,
Nie chcąc, aby ją letni żegł ogień obfity.

A ona, myśl wspaniałą znosząc z układnością
I niedobyte serce zwycięża miłością,
A człowiekiem tak władnie, jako słońce wonnym
Nawrotem abo magnes żelazem nieskłonnym.

Wiele oczom powinien, o Pani, kto ciebie
Oglądał a ucieszył twem pojźrzeniem siebie;
Dalszego czasu może nie zamierzać sobie,
Iżby kiedy miał gładszą oględać po tobie.

Niech sie więcej nie chlubią starodawne lata
Z swojemi Helenami; jest za tego świata.
Która gładkością wszytki pierwsze tak minęła,
Az i przyszłym nadzieję na wieki odjęła.

(Około 1570 r.)[134]


JAN KOCHANOWSKI.
NA ROZSTANIE SIĘ Z KOCHANKĄ.

Trudna rada w tej mierze, przyjdzie sie rozjechać,
A przez ten czas wesela i lutnie zaniechać.
Wszytka moja dobra myśl z tobą precz odchodzi,
A z tego mię więzienia nikt nie wyswobodzi,
Dokąd cię zaś nie ujźrzę, pani wszech piękniejsza,
Co ich kolwiek przyniosła chwila teraźniejsza!


Już mi z myśli wypadły te obecne twarzy;
Twoje nadobne lice jest podobne zarzy,
Która nad wielkiem morzem rano sie czerwieni,
A z nienagła ciemności nocne w światłość mieni,
Przed nią gwiazdy drobniejsze po jednej znikają,
I tak już przyszłej nocy nieznacznie czekają:

Takaś ty w oczach moich! Szczęśliwa to droga,
Po której chodzić będzie tak udatna noga;
Zajźrzę wam, gęste lasy i wysokie skały,
Że przede mną będziecie taką rozkosz miały,
Usłyszycie wdzięczny głos i przyjemne słowa,
Po których sobie teskni biedna moja głowa.

Lubeż moje wesele, lubeż me biesiady!
Mnie podobno już próżno szukać inszej rady,
Jeno smutnego serca podpierać nadzieją;
W nadzieję ludzie orzą i w nadzieję sieją.
A ty tak srogą nie bądź, ani mię tym karzy,
Bych długo nie miał widzieć twojej pięknej twarzy.

(Około 1570 r.)[135]


MIKOŁAJ SĘP SZARZYŃSKI.
O KASI I ANUSI.
(FRASZKA.)

Kasia z Anusią, wdzięcznych i pięknych oboje,
Jednakiemi płomieńmi trapią serce moje;
Obyczaje, w obudwu godne pochwalenia,
Też wielką są przyczyną mego udręczenia.
A gdy czasem pospołu wedla siebie siedzą,
Na którą pilniej patrzać, oczy me nie wiedzą:
Anusia zda mi się być piekniejszą nad Kasię,
Kasia zda się piekniejszą nad Anusię zasię;

Tamta nad tę, a ta też nad tamtę wdzięczniejsza;
W rozmowie, ja nie wiem, która przyjemniejsza.
To jedno wiem, że obie bez miary miłuję:
Jak to może być, nie wiem; ale miłość czuję!

(Około 1570 r.)[136]


ANDRZEJ ZBYLITOWSKI.
DO MIŁEJ.
(Z „WIEŚNIAKA.“)

Teraz miła, której moje
Serce dało hołdy swoje,
Nimfo słowieńska wstydliwa,
Nade wszystkie urodziwa,
Nie gardź moją wsią ubogą!
Nawiedź twoja śliczną nogą
Gęste lasy, śliczne sady;
Będą-ć ściany moje rady,
I dom z drzewa budowany
I mój chłodnik przeplatany!
Półmisków nie mam bogatych:
Śliw a kasztanów kosmatych
Włożę przed osobę twoję,
A przytem wszytką chęć moję.
Orzechy, jabłka, jagody
I lipienie z bystrej wody,
Melon słodki, grono wina,
Leśne rydze i malina,
Gruszki, brzoskwinie ogrodne,
Mleko świeże, piwo chłodne,
I co jedno wieś uboga
Radzi, Amarylli droga,
Tem czcić będę usta twoje
I uderzę w struny moje:
Zaśpiewam przy lutni tobie,
Co jedno rozkażesz sobie!...

(1600)[137].


SZYMON SZYMONOWICZ.
KOŁACZE.
(SIELANKA.)

Sroczka krzekce na płocie — będą goście nowi,
Sroczka czasem omyli, czasem prawdę powié.
Gdzie gościom w domu rado, sroczce zawsze wierzą
I nie każą się kwapić kucharzom z wieczerzą.
Sroczko! umiesz ty mówić? Powiedz: gdzieś latała?
Z którejeś strony goście jadące widziała?
Sroczka krzekce na płocie: pannie się raduje
Serduszko, bo miłego przyjaciela czuje.
Jedzie z swoją drużyną panic urodziwy,
Panic z dalekiej strony; pod nim koń chodziwy,
Koń łysy, białonogi, rząd na nim ze złota.
Panno! gotuj się witać: już wjeżdża we wrota,
Już z koni pozsiadali, wszystko się po dworze
Rozśmiało, jako niebo od wesołej zorze!
Witamy cię, panicze, dawno pożądany!
Czeka cię upominek, tobie obiecany,
Obiecany od Boga i od domu tego.
Po obietnicę trzeba wsiadać na rączego:
A ty się gdzieś zabawiasz! Już nam nie stawało
Oczu, wyglądając cię; winieneś nie mało
Sam sobie, a pogonić trudno i godziny!
Cobyś rzekł, gdyby to był otrzymał kto iny?
Bardzoś się ubezpieczy!! Czyli tak urodzie
Dufasz swojej? Kto dufa nawiętszej pogodzie,
Deszcz go zlewa. Nie trzeba spać i w pewnej rzeczy:
I Bóg nie dźwignie, kto się sam nie ma na pieczy.
Często zazdrość o tobie złe powieści siała,
Ale cnota zazdrości wiary nie dawała.
Trudno stateczność ruszyć; niechaj zły wiatr wieje,
Jako chce, przedsię ona nie traci nadzieje.
Kędyś się nam zabawiał? mój panicze drogi!
Serce przez ciebie mdlało, i te piękne progi

Pustkami się widziały. Czyliś na jelenie
Z myślistwem jeździł? Wami, wami, leśne cienie!
Świadczymy, jakośmy wam częstokroć łajały,
Jako często zabawy wasze przeklinały....
Pełna jest trwogi miłość i w każdy kąt ucha
Przykłada; raz ją bojaźń, raz cieszy otucha.
Czyli cię krotofile jakie zabawiały?
Nam tu bez ciebie ani dzień widział się biały,
Ani słoneczko jasne. Komuż do wesela
Przyjść może, gdzie miłego niemasz przyjaciela?
Czyli nie każdy serce ma jednakie? czyli,
Co z oczu, to i z myśli? a czasem omyli
Oko jasne. O tobie tego nie trzymamy,
I owszem się pociechy wszelkiej spodziewamy.
Sokół wysoko buja, a bujawszy siła,
Jedno mu drzewko, jedna mu gałązka miła.
Młodość przestrono patrzy i daleko strzela
Z myślami, aż Bóg nawet każdego oddziela
Własną cząstką; kto na niej przestawa spokojnie,
Wszystkiego ma dostatek, wszystkiego ma hojnie.
I ty myśli uspokój, mój panicze drogi!
Nie darmo cię tu przyniósł twój koń białonogi.
Pryskał, we wrota wchodząc: znać, żeśmy-ć tu radzi,
Radziśmy wszyscy tobie i twojej czeladzi.
Już i matka i panna witać cię wychodzi;
Poprzedź ich ręką: tobie poprzedzić się godzi;
I czołem nizko uderz; jest dla czego czołem
Uderzyć; a nie chciej sieść za gościnnym stolem,
Aż otrzymasz, co pragniesz. Wszystko z czasem płynie,-
Co ma być jutro, niechaj będzie w tej godzinie.
I ty matko! nie zwłaczaj; czyń, coś umyśliła,
Żadna rzecz się nie kończy, gdzie rozmysłów siła.
Panno! czas już rozpuścić warkocze rozwite,
Czas oblec szaty, takiej sprawie przyzwoite.
Strójcię pannę do ślubu, sąsiady życzliwe!
Ślub święty jest, i wasze prace świętobliwe;

Wszak też wam tę przysługę przedtem oddawano,
Toż i za matek waszych w obyczaju miano.
Kapłanie! gotuj stułę!... Zbladłeś nam panicze,
Ba! i pannie łza za łzą płynie przez oblicze.
Przelękłeś się, panicze! — bojaźń ta od Boga:
Szczęście tam bywa, kędy bywa taka trwoga.
Nie płacz, panno! bo rzeką, że płaczesz z radości,
Pomyśli ktoś i gorzej, bo siła zazdrości.
Nie pierwsza to od matki wychodzisz z opieki!
Aboś chciała na łonie jej mieszkać na wieki?
I ona przy matce swej nie wiecznie mieszkała,
I tyś się nie dlatego tak tu wychowała.
Jużeście w stadle świętem. Wszyscy wam dajemy
Na szczęście, i miłego życia winszujemy;
Bodajeście długi wiek z sobą pomieszkali,
Bodajeście wszelakich pociech doczekali!
Potrawy postawiono. Do stołu siadajcie,
W pośrodku miejsce pannie z panem młodym dajcie!
Imci z sobą być; tak więc dwa szczepy zielone
Stoją w nadobnym sadu pospołu sadzone.
Panna nie wzniesie oka, serduszko w niej taje,
A pan młody długiemu obiadowi łaje.
Niech kucharze potrawy dziwne wymyślają,
Niechaj win rozmaitych chojno nalewają,
Kołacze grunt wszystkiemu, a może rzec śmiele,
Bez kołaczy jakoby nie było wesele.
Laską w próg uderzono. Już kołacze dają,
A przed kołaczmi pannie nadobnie śpiewają,
I taniec prędki wiodą, i kleszczą rękami.
Zabawmy oczy tańcem a uszy pieśniami!....
Sroczko! Z dobrąś nowiną do nas przyleciała,
Bodajeś i u sąsiad także zaskrzeczała!

(1614.)[138]


SZYMON SZYMONOWICZ.
Z SIELANKI „KOSARZE“.

Muzy, ucieszne Muzy! teraz zaczynajcie,
A ze mną moją piękną pannę wysławiajcie.
Kogo się wy dotkniecie przez wdzięczne śpiewanie,
Każdy się urodziwym, każdy pięknym stanie.
Bombiko ma namilsza! Wszyscy cię i małą
I chudą i cyganką zową ogorzałą;
Ja subtelną, ja Greczką. Nie wszystko są białe
Fijołki; są brunatne, są i podpalałe;
Są i ziółka ciemniejsze, a wżdy je zbierają
Piękne panny, i w wieńcach przodek im dawają.
Oracz za pługiem chodzi, za oraczem wrona,
Ja za tobą, Bombiko moja ulubiona!
Gdybym miał skarb królewski abo złote bani,
Stalibyśmy oboje ze złota odlani.
Tybyś bębenek abo piszczałkę trzymała,
Albo różą albo mi jabłko podawała;
Jabym stał, jako stawam, gdy taniec wywodzę,
Piórko za czapką, gładka skorzenka na nodze.
Bombiko ma namilsza! twoja nóżka biała,
Słówko jedwabne, łaska... nie wiem, jako trwała.

(1614)[139].


SZYMON SZYMONOWICZ.
Z SIELANKI „DZIEWKA“.
DAFNIS.

Piękna była Helena, co się Parysowi
Dała unieść, naszego cechu pasterzowi;
I ta pewnie Helenę urodą celuje,
Co teraz nadobnego pasterza całuje.

DZIEWKA.

Jeszcze tu nie masz z czego chełpić się, mój panie!
Marna rzecz, powiadają, samo całowanie.

DAFNIS.

Marna rzecz całowanie, ale w tej marności
Są też swoje przysmaki, są swoje słodkości.

DZIEWKA.

Splunę ja te przysmaki i obmyję wodą,
Gdzieś się ust moich dotknął tą kosmatą brodą!

DAFNIS.

Płuczesz usteczka swoje, płucz, moje kochanie!
A umywszy, mnie znowu daj pocałowanie.

DZIEWKA.

Co czynisz? zadusisz mię; źle z tobą kunsztować,
Krowyby tobie, a nie panienki całować....

DAFNIS.

Nie bądź tak zła; nie znikniesz przedsię przed miłością
Żadna dziewka nie znikła przed jej wielmożnością.

DZIEWKA.

Zniknę, i Bóg mi tego dopomoże: a ty
Zaniechaj mię, a indzie gotuj sobie swaty!

DAFNIS.

Kto gardzi, gardzą też nim, i bardzo się boję,
Że przyjdziesz na gorszego za tę hardość twoję.

DZIEWKA.

Co mi służą, mam z łaski Bożej nie jednego;
Chęć moja nie przystała jeszcze do żadnego.

DAFNIS.

I ja w tej liczbie jestem, i sam jeden z wiela,
Cobym cię za wiecznego chciał mieć przyjaciela.

DZIEWKA.

Cóż czynić? Teraz sobie na wolności żyję;
Szedłszy za mąż, jakobym w jarzmo dała szyję....

DAFNIS.

Bóg śluby wiąże! Bogu oddam śluby moje
I tobie; jedno ty chciej skłonić serce swoje!

DZIEWKA.

Kto się chce żenić, domu i dostatku trzeba;
Zła miłość, powiadają, bez soli, bez chleba.

DAFNIS.

I dom i wszystko będzie, wszystko pilność sprawi;
W małżeństwie, powiadają, sam Bóg błogosławi.

DZIEWKA.

Jedynaczkam u ojca, u ojca starego;
Trzeba się mu ukłonić, trzeba łaski jego.

DAFNIS.

Mam za to, że nie wzgardzi mojem przedsięwzięciem
Boby mię tu rad każdy miał w domu swym zięciem.

DZIEWKA.

Sam się chwalisz, znać, że masz niedobre sąsiady;
A wielkie obietnice omylają rady.

DAFNIS.

Więc ty, jako rozumiesz, podaj lepszą radę;
I przyjaciela poślę, i sam w dom przyjadę.

DZIEWKA.

Wprzód ja zmacam i wzmiankę uczynię o tobie,
Potem dam znać, jakobyś miał postąpić sobie....

DAFNIS.

Proszę cię, nie czyń mi już żadnej wątpliwości.

DZIEWKA.

Nie czynię, ale trzeba wszędzie uczciwości.

DAFNIS.

Dajże mi na to rękę, że dotrzymasz słowo.

DZIEWKA.

Strzymam, bodajem tak dziś do dom doszła zdrowo!

DAFNIS.

Niestetyż, jako ja tu bardzo tesknić muszę!

DZIEWKA.

Fortel na to, czynić co; i bawić tem duszę.

DAFNIS.

Trudno co czynić, kiedy umysł rozerwany.

DZIEWKA.

Wżdyć nam jeszcze oświtnie jutro dzień zarany.

DAFNIS.

Tuli jutro pożeniesz? czy na inszą stronę?

DZIEWKA.

Gdzie ty będziesz pasł, tam i ja swoje przyżonę.

DAFNIS.

Dajże mi na dobrą noc pięknie się obłapić.

DZIEWKA.

Nie baw mię, słońce siada, trzeba mi się kwapić.

DAFNIS.

Naści ten pierścioneczek, upominek mały.

DZIEWKA.

Jutro się tu, dalibóg, zabawim dzień cały.

DAFNIS.

Dajże mi ten wianeczek, przewiędły na poły.

DZIEWKA.

Wianek przewiędły, i ktoś nie bardzo wesoły..

DAFNIS.

Odchodzisz, me kochanie, a mnie tu zostawiasz?

DZIEWKA.

Puść mi rękę, próżno mi na ten czas zabawiasz.

DAFNIS.

Bądźże łaskawa, a tu wracaj mi się zdrowa.

DZIEWKA.

I ty bądź łaskaw.

Tu ich koniec wzięła mowa.
Ona za bydłem poszła, a Dafnis przy chęci
Został nieborak. Jako gdy kto od pamięci
Odejdzie, wszystek zmilknie, stoi jako wryty,
Zastrzał mając na sercu miłości niezbyty....

(1614.)[140]


PIOTR KOCHANOWSKI.
ŁAJANIE ARMIDY.
(z „GOFFHEDA ABO JEROZOLIMY WYZWOLONEJ“
TORQUATA TASSA).

„Nie Zofija cię piękna urodziła,
Nie z akcyjskiej krwie jesteś zrodzony:
Tygrys cię mlekiem hyrkańska karmiła,
Z Kaukazu jesteś zimnego spłodzony!
Żem do jednego w nim nie obaczyła
Znaku ludzkości, ze to nie zmiękczony!
Nie zmienił barwy, nie westchnął ni razu,
Łzy nie upuścił, podobny żelazu!

Więc przypatrzeie się złemu człowiekowi:
Moim się zowie, a tu mię opuszcza
I, jako złemu nieprzyjacielowi
Dobry zwycięzca — urazy odpuszcza!

Jakoć podobny Ksenokratesowi,
Czystej miłości teraz nie przypuszcza;
Więc piorunami w kościoły strzelacie,
Mocni bogowie, a takich mijacie!

Idźże, bezbożny, kiedy cię nie ruszę
Łzami, prośbami, serdeczną żałobą!
Ale nie długo cień i moją duszę,
O okrutniku, będziesz miał za sobą.
Gdziekolwiek stąpisz, wszędzie sobie tuszę
Iść — nowa jędza z wężami za tobą;
A jeśli skryte nie wpadniesz na skały,
I Bóg chce, że się do swych wrócisz cały, —
W bitwie między krwią i między śmierciami
Przypłacisz mi tej srogości — zginieniem,
I umierając z wielkiemi mękami,
Nieraz zawołasz Armidy imieniem!...“

Tu się zatchnęła i, zalana łzami,
Nie mogła więcej mówić, a strumieniem
Zimny pot z niej ciekł i, pozbywszy mocy,
Padła na ziemię i zawarła oczy.

(1618)[141].


SZYMON ZIMOROWICZ.
TĘSKNOTA.
(Z „ROKSOLANEK“).

Czemu narzekają smutno moje strony,
Czemu żałobliwie kwili flet pieszczony?

Dla ciebie, nadobna Halino, Dla ciebie, kochana dziewczyno!

Miasto lubych pieśni, miasto słodkiej lutnie,
Muszę ciężko wzdychać, lamentując smutnie:
Niemasz cię, nadobna Halino, Niemasz cię, kochana dziewczyno!


Kędy teraz oczy są powabne twoje,
Z których miłość codzień wypuszczała roje?
Niemasz cię, nadobna Halino, Niemasz cię, kochana dziewczyno!

Już-że to zagasły ust twych ognie żywe,
Któremiś paliła serce natarczywe?
Niemasz cię, nadobna Halino, Niemasz cię, kochana dziewczyno!

Próżno mój ogródek fijołki pachniące,
Próżno mój różaniec rozwija swe pącze:
Niemasz cię, nadobna Halino, Niemasz cię, kochana dziewczyno!

Gdyby mię Kupido oddział swemi pióry,
Żebym mógł polecieć przez lasy, przez góry
Do ciebie, nadobna Halino, Do ciebie, kochana dziewczyno!

Najmniejbym się nie bał skrzydłami pośpieszyć,
Abym mógł raz oczy tobą me pocieszyć;
Kędyś jest, nadobna Halino, Kędyś jest, kochana dziewczyno?

Lecz próżno cię moje szukają powieki,
Której nie obaczą pod słońcem na wieki;
Dobranoc, nadobna Halino, dobranoc, kochana dziewczyno!

(1629)[142].


SZYMON ZIMOROWICZ.
PROŚBA O WZAJEMNOŚĆ.
(Z „ROKSOLANEK“).

Do ciebie ja przez morze łez mych nie przebędę,
Choć w okręt, z strzał serdecznych zbudowany, wsiędę,
Choć Kupido na żagle da mi skrzydła swoje,
Chociaż Wenus sterować będzie nawę moję.
Bo wiatr mego wzdychania tak poburzył wody
I żal mój nagły takie wzbudził niepogody,
Że, niżeli na drugą nadziei mej stronę
Przyjadę, we łzach własnych nieszczęsna utonę.

Przeto ratuj, możeszli, podaj obietnicę,
Daj słowo, którego się tonąca uchwycę;
A jeżeli w tej toni tęskliwej zaginę,
Każ napisać na grobie, że przez twą przyczynę.

(1629)[143].


SZYMON ZIMOROWICZ.
WYBRANA.
(Z „ROKSOLANEK“).

Czołem miłości waszej, rosiejskie kniehynie,
Czołem, panienki lackie, czołewm wam, boginie,
Niekiedy w oczach moich: wszystkie ostatecznie
Żegnam was, wszystkie miejcie dobrą noc koniecznie.
Jużem ja z między waszej krotochwilnej trzody
Cząsteczkę najpiękniejszą, przedziwnej urody,
Obrał, przed której twarzą panny inne gasną,
Jakoby drobne gwiazdy przed jutrzenką jasną!
Choćby której swych oczu Wenus pożyczyła
Abo swe Herminija pieszczoty spuściła:
Przecie żadna w najmniejszej, wierzę, odrobinie
Przyjemnością nie zrówna mej wdzięcznej dziecinie!...

(1629)[144].


SZYMON ZIMOROWICZ.
DO LUBEGO.
(Z „ROKSOLANEK“).

Kochaneczku, mój kwiateczku, Milszy nad róże,
Nad lilije, konwalije, I co być może
Przyjemnego w pięknem lecie,
Kiedy bierze na się kwiecie
Barwę rozliczną.

Twa osoba, twa ozdoba, Mój oblubieńce,
I nad zioła owe zgoła, I nad młodzieńce,
Których teraźniejsza chwila

Młodością przyozdobiła,
Barziej jest śliczną.

Choć młodzieńcy swemi wieńcy Mnie obsyłają,
Choć dziewczyny rozmaryny Wonne mi dają,
Sama wdzięczność twoja miła
Serce moje zniewoliła,
Ja nie wiem czemu.

Chceszli winy, mój jedyny, Nie popaść dla mnie,
Moje chęci miej w pamięci, Bądź łaskaw na mnie;
Daj mi dar za dar przyjemny,
Miłość za miłość, wzajemny
Dar sercu memu!

Nie życz mi serdecznej szkody,
Nie żałuj równej nagrody
Sercu nędznemu!

(1629)[145].


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
NA PŁACZ JEDNEJ PANNY.

Płaczesz, Fillido, i śliczne jagody
Potoki słonej przebiegają wody,
Jak więc odwilża rosa kwiat różany
I ogród zdobią niemętne fontany.
Dobrze tak na cię, że wżdy raz uczujesz,
Jako niesłusznie z moich łez dworujesz
I jak to ciężko wylewać mej duszy
Płacz, co cię najmniej nie zmiękczy, nie wzruszy.
Aleć to nie twe łzy, tylko twe oczy,
Jak słońce — ten płacz, co się z moich toczy,
Promieńmi swemi ściągnąwszy do góry,
Teraz ten smętny deszcz spuszczają z chmury.
I jużbym się bał potopu strasznego,
Już o korabiu myślałbym Noego,
Ale mi miasto przysiężonej tęczy
Brew za pogodę zacerklona ręczy....

(Około 1640)[146].


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
JEDWABNICA.

Patrz, Kasiu, jako, gdy ciepła panują,
Jedwabną przędzę robaczkowie snują,
Jak żyją liściem, jak, gęste osnowy
Puszczając, domek gotują grobowy.
To ja tak właśnie robię bez przestania
I kręcę głową do mroku z zarania;
Liściem się karmię, niepewny nadzieje,
Które twéj wietrzyk niełaski rozwieje;
Z myśli i z żądze nawinąwszy przędzę,
Różne z niej myśli dowcipem swym pędzę,
I w tem dumaniu tak się bardzo topię,
Że trunę sobie kuję i grób kopię;
Potem jak i on, co z pracą zbuduję,
Samże to zgryzę, samże to popsuję.

(Około 1640)[147].


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
O SWEJ PANNIE.

Biały i polerowny jest marmur z Karary,
Białe mleko, przysłane w sitowiu z koszary,
Biały łabędź i białem okrywa się piórem,
Biała perła, nie częstym zażywana sznurem,
Biały śnieg świeżo padły, nogą niedeptany,
Biały kwiat lilijowy, na świeżo zerwany;
Ale bielsza — méj panny płeć twarzy i szyje,
Niż marmur, mleko, łabędź, perła, śnieg, lilije.

(Około 1660 r.)[148]


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
CUDA MIŁOŚCI.
(SONET.)

Przebóg! jak żyję, serca już nie mając?
Nie żyjąc, jako ogień w sobie czuję?
Jeśli tym ogniem sam się w sobie psuję,
Czemuż go pieszczę, tak się w nim kochając?


Tak w płaczu żyję; wśród ognia pałając,
Czemu wyszuszyć ogniem nie próbuję
Płaczu? Czemu jak z ogniem, postępuję,
Że go nie gaszę, w płaczu opływając?

Ponieważ wszystkie w oczach u dziewczyny
Pociechy, czemuż muszę od nich stronić?
Czemu zaś na te narażam się oczy?

Cuda te czyni miłość, jéj-to czyny,
Którym ktoby chciał rozumem się bronić,
Tem prędzej w sidło z rozumnem swym wskoczy.

(Około 1660 r.)[149]


JAN ANDRZEJ MORSZTYN.
DO WIAROŁOMNEJ.

Ty, wieczna, której Atropos ni Kloto
Szkodzić nie może, niezmazana cnoto,
ty, czystości, ty, wiaro i statku,
I godna po tych cnotach na ostatku
Chodzić, miłości; płaczcie, wszystkie cnoty,
Bo ona wasza radość i pieszczoty,
Ona tak śliczna dziewczyna, tak święta,
W której ni zła myśl, ni chciwość przeklęta
Nie miały miejsca, ni ogniste żądze,
Już was opuszcza, a woli pieniądze.
Fraszka-ście, fraszka, odpuśćcie mi, cnoty,
Kiedy was przemógł podarunek złoty.
Widzę, że, kędy złota zabrzmi strona,
Słaba z was pomoc i licha obrona;
Fraszka i wiersze, pochlebstwa, pochwały,
Fraszka i służba i mój afekt stały.
Wszystkoś, zła dziewko, obróciła w fraszki,
Za pełny mieszek i nabite taszki.
Bezecna dziewko, jeśliś miała wolą
Puścić się za grosz marny na swawolą,

Jeśli cię drogie, lecz nabyte dary
Z poprzysiężonej miały ruszyć wiary,
A nacóżeś się przybierała w srogi
Związek przysięgi i błaźniła bogi?
Nacóżeś żyła trybem Penelopy?
Czemuś inszemi brzydziła się chłopy?
Mniejszybyś miała ciężar na sumnieniu,
Kiedybyś tylko zgrzeszyła w płomieniu;
Mniejbyć szkodziło, gdybyś z młodu była
Skłonność do złego tak chciwą odkryła.
Mniejby trapiło i mnie, gdybym z tobą
Tak był żył, jako z zakupną osobą.
Ale, żeś i mnie i świat aż i nieba
Zwiodła, trojakiej kary na cię trzeba.
Jakoż tak będzie: bo cię Bóg zasmuci,
Świat cię osławi i sługa porzuci.

(Około 1660 r.)[150]


JERZY SCHLICHTYNG.
PIEŚŃ.

Dworską się żywić nie myślę, szablą nie będę.
Ani za stołem z zwajcami w rzędzie zasiędę,
Ale nadobną dzieweczkę, ściskający jej rączeczkę,
Całować będę.
Bo co mi to za uciecha krwie rozlewanie,
Łoskot szabel, z dział, z muszkietów groźne strzelanie?
Wolę ja słuchać muzyki, siedząc sobie u podwiki;
To me kochanie.
Niechaj do siebie narody głośno strzelają,
Niechaj z sobą traktat czynią, niech się jednają.
Ja już wojsko mijać będę, a do ciebie się przysiędę,
Kasieńku moja.
Wino, lutnia, twa uroda, me delicyje,
W tym się kocham, który pełną do mnie wypije.
A ci, co są też w obozie, niech rany leczą na mrozie,
Ja niechaj żyję.

Ciebie proszę, Kupidynku, co z łuczkiem chodzisz,
Co miłości szybką strzałą w serce me godzisz,
Ulecz ten bol między nami, nie dręcz nas więcej strzałami,
Co z niemi chodzisz,

(Około 1650 r.)[151]


JÓZEF BARTŁOMIEJ ZIMOROWICZ.
Z SIELANKI: ŚPIEWACY.
MUZYKA.

Róże ucieszne, róże, ognie samorodne,
Szkarłatne me opony i gwiazdy ogrodne!
Dotąd was rana zorza krwią swą napawała,
Dotąd Wenus letniemi łzami omywała,
Pókiście w ogródeczku mej Fillidy rosły.
Teraz, z siedmi tryjonów gdy was zimna doszły,
Zniszczałyście, ach marnie! któż wam teraz przyda
Latorośli, ponieważ umarła Fillida?

ŚPIEWACY.

Dlaczegom ja rozmaryn, z gorącego kraju
Na Pokucie zawiódłszy, według obyczaju
Auzońskich ogrodników, po grzędach rozpłodził?
Dlaczegom go co wieczór jędrną wodą chłodził?
Przeczżem go jako zielę, zdaleka przewoźne,
W lochach nie zaziębionych trzymał w czasy mroźne?
Czemum około niego całe lato robił?
Żeby czoło Pałachny urodziwej zdobil.
Jednak, jeśli Pałachna próg mój niski minie,
Dobranoc ci powiadam, wdzięczny rozmarynie!....

MUZYKA.

Śpiewaczko Mohylowska, kędy się zabawiasz?
Po której teraz łące białe nóżki stawiasz?
W którym kącie twe lata trawisz Ukrainy?
Powiedz, oto cię pola i wielkie doliny

Podolskie chrzęstem kłosów pochyłych wzywają,
Oto cię pochodziste góry wyglądają;
Ty na wszystko niedbała, wolisz Aleksemu
Temi czasy w Dąbrowie przygrawać lubemu.

ŚPIEWACY.

Skowronek w czystem polu, łabędź wedle wody,
Słowik w zielonym gaju krzyczy słodkie ody.
A ja na każdem miejscu wdzięcznej Symnosymie
Ogłaszam równym rymem twe wesołe imię;
Że tych pieśni łabędzie krzykliwi się uczą,
Że je już skowronkowie i słowicy nucą.

MUZYKA.

Hijola fiołeczki użyna na łące,
Rozyna zrywa róże czerwono gorące,
Amarynta rozmaryn szmaragdowy lubi,
Maryna rozsadzonym majranem się chlubi.
Lecz, gdy piękna Pałuchna nad wstydliwem czołem
Zwiesi wieniec, z wasilku wity równem kołem,
Jako sama dziewice urodą przodkuje,
Tak przy niej insze zioła wasilek celuje....

(1663.)[152]


WESPAZJAN KOCHOWSKI.
ZIELONE.

Maj wesoły nam nastaje
Zielenią się sady, gaje,
Wiosna zimie gnuśnej łaje,
A zielone w rękę daje.
Zakwitły piękne dziardyny,
Zgoła wszytek świat, jak iny;
Ogrodów Flora bogini
W oczach ludzkich cuda czyni.
Patrz, jako jawór wyniosły
Już gęstym liściem porosły;

Kochaneczek wawrzyn Feba,
Ma odzieży, co potrzeba.
Jabłoń w porosłe gałęzi,
Sama siebie kryjąc, więzi;
Na cytryny, gruszki, wiśnie
Gęsty przez gwałt list się ciśnie.
I wszytek rodzaj skołoźrzy,
Wierzchołka z pniaku nie doźrzy.
Wraz, wzgardzone swym niepłodem,
Zielenią się wierzby przodem,
Więc z nich zrywam latorośle,
Te Marynie pięknej poślę:
Zielonem się niech zabawi,
A niech słuszny zakład stawi.
Ta gra tem się prawem chlubi:
Komu zwiędnie, kto je zgubi
Lub go zbędzie inszym kształtem,
Opłaca zakład ryczałtem.
Więc ja stawiam łańcuch złoty
W grochowe ziarnka roboty,
Choć nie kanak, ni halzbanty,
Na jakiem się zdobył fanty.
A zaś moja stawi dama
Już nie kruszec — siebie sama!
Droższy zakład jej osoby,
Niż złoto węgierskiej proby.
Przyjmie prawo — i gałązki
Pięknemi związuje wstążki;
Pokrowczyk z skóry wierzbowej
Kładzie, by nie wiądł list płowy.
Tak jej miły, tak jej wzięty,
Wespół go chowa z drażnięty,
I z nim sypia i z nim chodzi;
Patrzaj, drewnu co się godzi?
Gdy już długo na nię schodzę
I podejść ją we grze godzę,

Aż mi się trafiło wcześnie,
Napaść na nię zrana, we śnie.
„Dobry dzień, panno! Zielone?”
Ta trze snem oczy zmorzone.
Że się ledwo zorza bieli,
Maca wszędzie po pościeli.
Ja znowu: „Maryś! Zielone?”
„Darmo się przysz, bo stracone!”
Potem się sama przyznała
A w zakładzie fawor dała.

(1674.)[153]


FRANCISZEK KARPIŃSKI.
DO JUSTYNY.
TĘSKNOŚĆ NA WIOSNĘ.

Już tyle razy słońce wracało
  I blaskiem swoim dzień szczyci;
A memu światłu cóż to się stało,
Że mi dotychczas nie świéci?

Już się i zboże do góry wzbiło,
I ledwie nie kłos chce wydać;
Całe się pole zazieleniło:
Mojej pszenicy nie widać!

Już słowik w sadzie zaczął swe pieśni,
Gaj mu się cały odzywa;
Kłócą powietrze ptaszkowie leśni:
A mój mi ptaszek nie śpiéwa!

Już tyle kwiatów ziemia wydała
Po onegdajszej powodzi!
W różne się barwy łąka przybrała:
A mój mi kwiatek nie wschodzi!


O wiosno, pókiż będę cię prosił,
Gospodarz zewsząd stroskany?
Jużem dość ziemię łzami urosił:
Wróć mi urodzaj kochany!

(Około 1770)[154].

FRANCISZEK KARPIŃSKI.
LAURA I FILON.
SIELANKA.
LAURA.

Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły,
I coś tam klaszcze za borem:
Pewnie mię czeka mój Filon miły
Pod umówionym jaworem.

Nie będę sobie warkocz trefiła,
Tylko włos zwiążę splątany,
Bobym się bardziej jeszcze spóźniła,
A mój tam tęskni kochany.

Wezmę z koszykiem maliny moje
I tę pleciankę różowę:
Maliny będziem jedli oboje,
Wieniec mu włożę na głowę.

Prowadź mię teraz, miłości śmiała!
Gdybyś mi skrzydła przypięła,
Żebym najprędzej bór przeleciała,
Potem Filona ścisnęła!

Oto już jawor... Nie masz miłego!
Widzę, że jestem zdradzona:
On z przywiązania żartuje mego, —
Kocham zmiennika Filona!...

Filonie! Wtenczas, kiedym nie znała
Jeszcze miłości szalonej:
Pierwszy raz-em ją w twoich zdybała
Oczach i mowie pieszczonej...


Ale któż zgadnie, przypadek jaki
Dotąd zatrzymał Filona?
Może on dla mnie zawsze jednaki,
Możem ja próżno strwożona?
 
Lepiej mu na tym naszym jaworze
Koszyk i wieniec zawieszę:
Jutro paść będzie trzodę przy borze,
Znajdzie: jakże go pocieszę!....
 
Wianku różany! gdym cię splatała,
Krwi cię rąk moich skropiła,
Bom twe najmocniej węzły spajała
I z robotąm się kwapiła.

Teraz bądź świadkiem mojej rozpaczy
I razem naucz Filona,
Jako w kochaniu nic nie wybaczy
Prawdziwa miłość wzgardzona!

Tłukę o drzewo koszyk mój miły,
Rwę wieniec, którym splatała:
Te z nich kawałki będą świadczyły,
Żem z nim na wieki zerwała!

(Kiedy w chróścinie Filon schroniony
Wybiegł do Laury spłakanej,
Już był o drzewo koszyk stłuczony,
Wieniec różowy stargany.)


FILON.

O popędliwa! o ja niebaczny!....
Lauro!.... Poczekaj!.... dwa sowa!
Może występek mój nie tak znaczny,
Może zbyt kara surowa:

Jam tu przed dobrą stanął godziną,
Długo na ciebie klaskałem;
Gdyś nadchodziła, między chróściną
Naumyślnie się schowałem,


Chcąc tajemnice twoje wybadać,
Co o mnie będziesz mówiła,
A stąd szczęśliwość moję układać;
Ale czekałem zbyt siła...

Cóżem zawinił, byś mię gubiła
Przez twój postępek tak srogi?
Czyliż dlatego, żeś ty zbłądziła,
Ma ginąć Filon ubogi?...


LAURA.

Dajmy już pokój troskom i zrzędzie:
Ja cię niewinnym znajduję:
Teraz mój Filon droższy mi będzie,
Bo mię już więcej kosztuje.


FILON.

Teraz mi Laura za wszystko stanie,
Wszystkim pasterkom przodkuje,
I do gniewu ją wzrusza kochanie
I dla miłości daruje.


LAURA.

Jedna się Dorys wyłączyć miała,
Jej pierwsze miejsce naznaczę;
Na to wspomnienie drżę zawsze cała,
Cóż, kiedy cię z nią obaczę!


FILON.

Dla twego, Lauro, przypodobania
Przyrzekam ci to na głowę:
Chronić się będę nią widywania,
W żadną nie wnidę rozmowę.


LAURA.

Czemże nagrodzę za te ofiary?
Nie mam, prócz serca wiernego:
Jedne ci zawsze przynoszę dary,
Przyjmij, jako co nowego!


FILON.

Któżby dla ciebie nie zerwał węzły
Przyjaźni, co mię nęciły?
W twej pięknej twarzy wszystkie uwięzły
Nadzieje moje i siły....


LAURA.

Czy w każdym roku taka z kochania,
Jak w osiemnastym, mozoła?
Jeśli w tem niemasz pofolgowania,
Jak człek miłości wydoła?....

(Około 1780 r.)[154].


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
DWIE GAŁĄZKI.

Gałązki, jedna z jesionu
A druga z pięknego klonu,
Rzucone jakąś przygodą,
Płynęły z wodą.

Dalekie od swej rodziny,
Przez obce błądząc krainy,
W silniejszym coraz wód zbiegu,
Chybiały brzegu.

Napróżno stan ich sierocy
W złej toni szukał pomocy:
Z twardych skał a głuchej kniei
Nie masz nadziei!

Z posłusznem one milczeniem
Szły za mruczącym strumieniem;
Pędził je coraz wiatr chyżej,
Dalej a niżej.


Przemijały się czas długi,
Nie wiedząc jedna o drugiej;
Aż jakoś zbliżył nurt wązki
Obie gałązki.

Szczęśliwy, komu dozwoli
Bóg towarzysza w złej doli!
Płynących obok gałązek
Ujął mnie związek.

Alić coś wodę zamąci,
Jedna z nich drugą potrąci:
Poszły od siebie zwrócone
W przeciwną stronę.

Żal więc ogarnął niemały,
Gdy się z osobna puszczały
Na powódź rzeki szeroką
I toń głęboką.

Z smutkiem zdały się obracać,
I niby z gniewem odwracać;
To bliżej siebie, to daléj
Szły podług fali.

Wtem Zefir, sprawca pogody,
Jął głaskać błękitne wody,
I tchem łagodnym ku sobie
Nakłaniać obie.

Gdy na to tkliwie patrzyłem:
„Złączcie się z sobą – mówiłem,
„Póki dma wieje życzliwa
„I was przyzywa!

Aż tu kamień wśrzód powodzi
Spółce gałązek przeszkodzi:
Znów je od siebie zdaleka
Uniesie rzeka.


Nakoniec jedna przy lasku,
Druga zostanie na piasku:
Ta uschła a tamtą marnie
Splątały tarnie.

(Około 1780 r.)[155].


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
DO NOCY.

Ta cicha rzeczy postawa
Jest moim myślom przyjemną;
Witam cię, Nocy łaskawa!
Tyś sama ze mną.

Ciekawy natręt w tej ciszy
Moich tajemnic nie złowi,
A śpiąca chytrość nie słyszy,
Co serce mówi.

Owóż i księżyc wyziera!
Z obłoku wystąpić raczył,
Przez te się liście przedziera,
By mię obaczył.

Niechże go widzę całego...
O srebrne koło miesięczne!
Zwierciadło serca prawego
Czyste i wdzięczne!

Jakże to dla mnie brzeg miły,
Skąd widzę rozkosz tej strugi,
Gdzie się twe wdzięki odbiły,
Gdzie takiś drugi!

Twarze w obydwóch jednakie,
I równą słodycz oglądam...
O gdybyż serce mi takie,
Którego żądam!

(Około 1780 r).


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
ZALOTY.
(Z KOMEDJI „FIRCYK W ZALOTACH“).
FIRCYK.

A! moja podstolina! cóż to za odmiana?
Co widzę? takeś mi dziś gustownie odziana,
Te kwiatki, te kosztowne fraszki, te trzęsidła?
Niech mi się godzi spytać, na kogo są sidła?

PODSTOLINA.

Pewnie nie na waćpana.

FIRCYK.

Pozwól, że nie wierzę.
Cóż ma znaczyć to śmierci ze światem przymierze?
Ta żałoba, z jasnemi zgodzona kolory?
Ten włos, gwoli zwycięstwom utrefion w kędziory?
Te oczy, na serc zapał dane od natury,
Pełne zmyślonej buty, pełne ciężkiej chmury,
Któremi, mimo przymus, przez skryte tajniki
Serce miękkie, nie umysł znać się daje dziki?
Co znaczy to zmieszanie wstydu i rzewności?
Łagodności i grozy, męstwa i słabości?
Wszystko to tysiąc wdzięków jedna twej osobie;
Stokroć ci jednak będzie lepiej nie w żałobie.

PODSTOLINA (udając gniewną).

Pókiż to tych waćpana żartów i swawoli?
Nie widzę w nich ni piętna dowcipu, ni soli;
Nie ten, mospanie! z naszą płcią zabaw gatunek
Jedna wam przywiązanie, względy i szacunek;
Zamiast, cobyś pokorny, powolny i cichy,
Miał szukać wzajemności, idziesz drogą pychy...
Porzuć waćpan tę miłość własną, te obcesy,
Te śmiałe z pokrzywdzeniem płci naszej karesy;
Służ, nadskakuj i bój się i wahaj w nadziei:
Te są drogi do serca, tem się miłość klei.
Na to mało lat dziesięć, nie, żeby w momencie...

FIRCYK (przerywając bardzo prędko).

Prawda, sam to czytałem w starym testamencie...
Co więcej powiem, dziesięć lat nie będzie wiele,
Kiedy Jakób czternaście służył za Rachelę;
Ale to, podstolino! stara czasów data;
Inne były zwyczaje, inna postać świata;
Ludzie wtenczas po trzysta lat żyli z okładem;
Jakże nam można teraz pójść za ich przykładem?
Ale, ale, a propos, pani mi mówiła,
Że ja nudzę, że moja bytność tu nie miła...
Jakże to się z zamiarem zgodzi lat dziesięci?
Jednak chcę się stósować do waćpani chęci;
Ale radzę, żeby to mnogło być wygodniej,
Zredukujmy lat dziesięć na kilka tygodni;
Albo też, żeby jeszcze rachować dokładniej,
Po co czekać lat dziesięć? zróbmy to za dwa dni.
Wszak, gdy komu tak miłość, jak mnie, się nie darzy,
Inny bieg czasów, inny pomiar kalendarzy,
Z chwil miesiące, dni z godzin, lata idą ze dni;
Tak na czas utyskują kochankowie biedni!...

(Podstolina się uśmiecha).

Cóż znaczy ten wzrok pani, do śmiechu skłoniony?

PODSTOLINA (śmiejąc się).

Czy podobna się nie śmiać na takie androny?
Ja, co mówię z waćpanem, mówię mu doprawdy.
Waćpana odpowiedzi żartami tchną zawdy;
Starościcu! nie te ma miłość charaktery,
Nie tak z swoją kochanką idzie amant szczery;
Kto kocha, ten się stara z swym nie dzielić celem,
Być jego naśladowcą, mieć go swym modelem,
Mieć te same myślenia, też czucia sposoby,
Zgoła jedną naturą dwie złączyć osoby.
Ale proszę nie myśleć, aby te przestrogi
Miały się do mnie ściągać, mój mospanie drogi!
Jeżeli lat dziesięci uczyniłam wzmiankę
Obojętnie, bądź jaką rozumiem kochankę,

Chcąc przez to w nim uniżyć uprzedzenie mylne,
Dla kobiet pełne wzgardy, dla siebie przychylne;
Nie takes niebezpieczny; nie tak bardzo na twe
Ofiary czucia moje możesz znaleść łatwe —
I jeźli jaka w mojej duszy jest odmiana,
To ta chyba, że mam gniew słuszny do waćpana
Za tę jego zuchwałość, za to niepotrzebne,
Jakobym cię kochała, myślenie pochlebne,
Za te zimne umizgi, te ofiary płonne,
To serce obojętne, słowa obustronne,
Które nie czułość duszy, nie umysł otwarty,
Ale nieprzyzwoite oznaczają żarty.

FIRCYK.

Czyż można tak tłómaczyć! żarty nie są drwiny,
Respekt pierwszy jest u mnie wzgląd dla podstoliny
I, jeźli co się żartem z moją panią mówi,
Folguję tem skromności, twojemu wstydowi,
Ażebyś — bez jawnego swej niewoli piętna —
Brała więzy serdeczne jak gdyby niechętna;
Żarty są moje groty, żarty me oręże,
Z tą bronią, jeźli wygram, jeżeli zwyciężę,
Tryumf mój będzie słodki bez strony skrzywdzenia;
Mam wszystko od uśmiechu, nic od zawstydzenia!
Kto tak kocha, zda mi się delikatnie kocha.

PODSTOLINA.

U mnie zaś taka miłość lekka jest i płocha;
Serce, które prawdziwie swoje więzy czuje,
Tyle zna miłość ważną, że z niej nie żartuje;
Owszem, nią zaprzątnione, nią całe przejęte,
Czci ją tylko westchnieniem, jako bóstwo święte.

FIRCYK.

Czy tak? nic łatwiejszego; wkrótce się odmienię,
Kończę żarty, i nudne zaczynam wielbienie.
Masz mnie, pani! dla siebie odtąd hołdowniczym,
Lecz, gdy stracę wesołość, zostanę przy niczem...

Ten tylko miałem w resztkach majątek na zbycie;
Żądasz więcej? mam jeszcze krew w żyłach, mam życie;
Lać ją będę do kropli; ważę się na wszytkie
Razy śmierci, harmaty, spisy, kordy płytkie...
Niech będę postrzelany, skłuty, stratowany,
Dość szczęśliwy, jeżeli od ciebie kochany!..
Aha! panię to nudzi?

PODSTOLINA.
Bynajmniej.
FIRCYK (zawsze tonem mocnym).

Niestety!
Kiedyż? kiedyż mojego szczęścia dojdę mety!
Kiedy głos mój, usłyszan, z ludzkości wyzute
Tknie twoje serce, z twardej skały kute!
Kiedy, patrząc na moje: rzewność i rozpacze,
Wzruszysz się, sroga! dla mnie litością?!

PODSTOLINA (domyślając się w tem afektacji, z gniewem).

Zobaczę;
Tymczasem proszę przestać. Nie dzieckom, mospanie!
Wiem, żeś wilk, w miękkie wełny przebrany baranie,
Znam, co prawda rzetelna, znam, co jest obłuda.
Do Warszawy płeć zwodzić, na wsi się nie uda.

FIRCYK.

Przebóg! co za dziwactwo! jakiemiż sposoby
Mam mówić? jakie odtąd serca dawać proby?
Wesoły urażałem; teraz, gdy szalony
W wysokie zachwycenia przechodziłem tony,
Kiedy chcę krwią szafować, iść samej wbrew śmierci,
Mówią, żem przyodziany wilk w baranie sierci.
Darmo... widzę dla siebie nieprzyjazne nieba...
Gdzie nie można przeskoczyć, tam podleżć potrzeba;
Los cię srogi na zawsze odemnie oddala,
Szczęśliwego zapewne lubiącą rywala;
Nie taj się, wyznaj szczerze, jakeś zacna dama.

PODSTOLINA.

Może, że waćpan zgadłeś.

FIRCYK.

Przyznajesz to sama?
Więc po mojej nadziei, zakończyłem rolę,
Mam być przykrym dla pani, oddalić się wolę.

(chce odchodzić).
PODSTOLINA.

Gdzież waćpan idziesz?

FIRCYK.

Stały w każdej szczęścia dobie,
Gdy ty myślisz o innym, ja myślę o tobie.

(odchodzi z miną żwawą).
(1781)[156].


JULJAN URSYN NIEMCEWICZ.
STAROŚCINY Z SZARMANTCKIM
ROZMOWA O MIŁOŚCI.
(Z „POWROTU POSŁA“.)
SZARMANTCKI.

Te łzy, te rozpacze
Porzuć, proszę, bo ja się prawdziwie rozpłaczę!

STAROŚCINA.

Comme vous êtes bon, honnête! jak masz duszę tkliwę!
Ty jeden cieszyć możesz serca nieszczęśliwe.

SZARMANTCKI.

Wszystkiego mi się zwierzyć możesz poufale;
Zdawna widzę, że smutek, ciężkie jakieś żale,
Struły życie waćpani: ustawnieś stroskana.

STAROŚCINA.

Twarz waćpana otwarta, dyskrecja tak znana
Ufność we mnie wzbudzają: wszystko mu odkryję:
Widzisz, w jakich supirach i tęsknocie żyję.
Une perte cruelle, o Boże! W kwiecie mej młodości
Kochałam szambelana, cud doskonałości!
Quelle figure et quels talents! jak cudnie walcował!
Jakie fraki, halsztuki! ach, jak się fryzował!

Ja, co zawsze nad względy miłość mą przekładam,
Mimo rodziców, chciałam z nim uciec od madam,
Złączyć się z mym idolem; kiedy Parki srogie
Przecięły nożyczkami dni jego tak drogie! (płacze).

SZARMANTCKI.

O żale! o rozpacze! o dniu nader smutny!

STAROŚCINA.

Nie wiesz jeszcze, przez jaki przypadek okrutny!
(Wyjmuje z kieszeni pulares atłasowy i z niego papier)
Oto wierszopis jeden, znany z swej czułości,
Podał go rymy swemi do nieśmiertelności.
Ja nie mam siły sama mówić o tej zgubie.

SZARMANTCKI.

Przeczytam, bo ja bardzo smutne wiersze lubię. (Czyta)

ELEGJA NA ŚMIERĆ SZAMBELANA.

„Płaczcie, małe Amorki! płaczcie, Alcyjony!
Szambelan już nie żyje, szambelan zgubiony;
A z nim zniknęły wdzięki, młodość i rozkosze.
Uciszcie się, Zefiry! Zgon jego ja głoszę.“

STAROŚCINA.

Jak to czule pisano! O gorzkie wspomnienie!

SZARMANTCKI.

„Febus, dnia tego mgliste rzucając promienic,
Ojciec wiecznej światłości, czynów naszych świadek,
Zapłakany przeglądał nieszczęsny przypadek.“

STAROŚCINA.

Ach! czemuś go nie przestrzegł, mieszkający w niebie,
O ty nielitościwy, o okrutny Febie!?

SZARMANTCKI.

Gdy szambelan do butów srebrne przypiął kolce
I przed ganek zajechać kazał karyjolce,
Wskoczył na powóz świetny i wprędce podane

Chwycił, jak od niechcenia, lejce, srebrem tkane,
I bicz angielski, giętki, długi, trzaskający;
Tak, podobny do bogów, w powozie stojący,
Przelatywał ulice wśród przepysznych gmachów,
Sięgając prawie głową latarni i dachów.
Leciał: bystre bieguny nieścignione okiem,
Okrywały go gęstym kurzawym obłokiem,
Zbiegały się do okna panny i mężatki,
Widzieć ten cel swych życzeń, widzieć ten cud rzadki;
Szczęśliwa! którą spostrzegł i uchylił głowy.
Już był biegu swojego dopełnił połowy,
Kiedy o ostry kamień koło rozpędzone
Uderza, pęka, powóz, schylony na stronę
Wyrzuca Szambelana; pada i umiera...
Napróżno zbroczonego stangret z krwi obciera,
Już nie żył, taka była srogich bogów wola!
Amorki, duszę jego w Elizejskie pola
Przeniósłszy, postawiły między Adonisem,
Dydoną, Eurydyką i pięknym Parysem.
Równie świeży jak róża, żył tyle, co ona!
O strato równie ciężka, jak nienagrodzona!
Nigdy więcej na świecie drugi nie powstanie,
Równie piękny młodzieniec jak ty, Szambelanie!
W cóż się teraz obrócą piękne twoje sprzączki,
Konie, fraki, łańcuszki i złote obrączki?
Ach w cóż się twoja czuła kochanka obróci!
Smutek, żałość i rozpacz życia jej ukróci.
Fatalna karyjolko, ja będę przeklinał
Dzień nieszczęsny, gdzie Dangiel robić cię zaczynał.
Płaczcie, małe Amorki, płaczcie, Alcyjony!
Szambelan już nie żyje, Szambelan zgubiony!“

SZARMANTCKI z rozrzewnieniem.

Ach, co za czułe wiersze! żal mi serce ściska.
I chociaż ten przypabek nie tyka mię zblizka,
Smutny będę przez tydzień.

STAROŚCINA.

Ja zaś całe życie
W plętach i gorzkich żalach trawić będę skrycie.
O vous ombre cherie! (płacze).

SZARMANTCKI.

Czemuż nieba zagniewane
Złączyć nie dozwoliły serca tak dobrane?

STAROŚCINA.

Tą śmiercią omylona w najtkliwszym wyborze,
Le reste de mes jours chciałam przepędzić w klasztorze!
I zostać bernardynką. Rodziców rozkazy
Nowe sercu mojemu poczyniły razy,
Łącząc mię malgré moi z dziwacznym człowiekiem,
Co się nie zgadza ze mną ni gustem ni wiekiem;
Który nawet wyrazów moich nie rozumie,
Co się attandryssować ni jęczeć nie umie:
I kiedy ja w najtkliwszem jestem rozkwileniu,
On przychodzi mi gadać o życie, jęczmieniu,
O fryjorze do Gdańska!

SZARMANTCKI.

A, to rzecz nieznośna!
I cierpi na to dusza prawdziwie miłośna!
Delikatnej czułości waćpaniś jest wzorem...
Ach! czemuż Starościanka nie idzie jej torem?

STAROŚCINA.

Jakże panna Teresa Waćpana znajduje?

SZARMANTCKI.

Kocha mię, ale tego nie dość pokazuje;
Podkomorzyc ją także pono bałamuci.

STAROŚCINA.

Bądź waćpan pewien, że się konkurencya skróci,
En vain podkomorzyna krząta się i swata:
Córki naszej nie damy nigdy za sensata.

SZARMANTCKI.

Zamiast romansów, w których czułość i zabawa,

Onby jej kazał czytać volumina prawa.

STAROŚCINA.

Zanudziłby ją na śmierć; tego nie ścierpiemy;
I ja i mąż mój nawet waćpana życzemy.

SZARMANTCKI.
(klękając z zmyślonym zapałem).

Wszechmocne nieba, coście dały jednę duszę,
Bym nieszczęsnej czułości ponosił katusze,
Dajcie drugą, bym znieść mógł rozkosz niepojętę!“

STAROŚCINA.

Ach! wszak to słowa, z „Nowej Heloisy“ wzięte!
Jak szczęśliwieś przytoczył! Takiego kochanka
En vérité nie warta zimna starościanka.
Mais bientôt ma tu nadejść mąż mój uprzykrzony,
Chcę z nim pomówić; waćpan bądź już zapewniony,
że koniec położymy czułej jego męce,
Że Teresa już jego.

SZARMANTCKI.

W waćpani ja ręce
Składam me losy, czucia i ogień ukryty. (odchodzi).

STAROŚCINA. (sama)

O ciel! Co to będzie za mąż wyśmienity!
Je suis fière de mon choix i wielbię niebiosy.
Zaraz mu starościanka musi dać swe włosy:
W czułych tandresach słodkie te serca daniny
Więcej są warte, niż te głupie zaręczyny.

(po chwili zamyślenia).

Ils sont passés pour moi te chwile miłośne,
Zostały się cyprysy i ciernie nieznośne.
Dni moje pełne smutku i pełne żałoby.
Z tobą ja, Jungu! mieszkać będę między groby.

(Dobywa „Nocy“ Junga i czyta, przerywa czytanie i woła)

O Jungu! twoja córka, twa córka kochana
Nigdy nie była warta mego szambelana!

(1790)[157].


WOJCIECH BOGUSŁAWSKI.
STACH I BASIA.
(Z KOMEDJI „CUD CZYLI KRAKOWIACY I GÓRALE“.)
STACH (biegnąc do Basi.)

Basiu! moja dusecko, zleź tu do nás trocha.

BASIA.

Nie moge, bo młyn wejcie zamknęła macocha.
Ale patsájcie jeno, jest ona w stodole?
Jezeli jej nie widać, zejdę choć po kole.

JONEK.

Niemás jej, chwilká temu posłá za ogrody.

STACH.

Zejdź więc, tylko ostroznie, abyś sobie skody
Nie zrobiłá.

BASIA.

Nie bój się, nie pierwsy ráz ci to.

(Schodzi po kole, Stach jej rękę podaje.)
STACH.

Ach Basiu! zycie moje, cóz to będzie z nami?

BASIA.

Abo co?

STACH.

Juz dwie krypy płyną z górálami.
Niezadługo tu staną.

BASIA.

A to niech ta staną.

STACH.

To cie wej nic nie mártwi, to chces być wydaną
Za Bryndosa, górála?

BASIA.

Nic z tego nie będzie.
Wsak wies, kiej u nás był tu po kolędzie,
Powiedziałam mu wyraźnie,
Ize ja się z nim nie drážnie,
Ale mu sceze mówię, ze, jak djábła, jego
Nie cierpie, i ze pójdę za Stasia mojego,
A ze on nie chce wiezyć, ze tak jest uparty,
Niech go biorą carty!
Jak psyjdzie, tak pójdzie s kwitkiem.

STACH.

Dobze to, moja Basiu, ale gdy s tem wszytkiem,
Ociec cię musić będzie, albo tes macocha?

BASIA.

Ociec tego nie zrobi, bo mnie mocno kocha,
A matuli zaś powiem: matulu, słuchájta,
Kiej wam tam górál miły, to se go kochájta,
Ja zaś wej za górála niechce pójść i kwita,
A jak mnie gwałtem weźmie, pozná, zem kobieta.
Tak go gryść, tak carłowsko zyć-em z nim gotowa,
Ze mu za jeden tydzień, jak kadź, spuchnie głowa;
Otósto tak jej powiem, i na tem się skońcy.
Nie bój się mój Stasieńku, nic nas nie rozłący,
Jeśli się nie nawiną inne pseciwności.

STACH.

Basiu, cylis ty nie znás całej mej miłości;
Jako węgiel, skropiony wodą, bardziej pazy,
Jako wiatr, rozdymając ogień, lepiej zazy,
Tak me serce więksego doznaje płomienia,
Kiedy mi się fortuná w pseciwną zamienia.

BASIA.

Jus se wej nie gryź głowy, jus já w to poradzę,
Ze tego natrętnego górála odsadzę;

A jak będzie uparty, zaśpiewam mu wreście
Tę piosneckę, co to ją jakáś panna w mieście
Swemu kawalerowi psed ślubem śpiewała,
Kiej ją matka za niego gwáłtem wyganiała.

(śpiewka)

Mospanie kawaleze:
Nie zeń się, prosę, ze mną,
Bo já ci powiadam sceze,
Ze ci nie będę wzajemną.
Naturá kochać kaze,
I mnozyć swoje plemię,
Ja mam ku tobie odrazę,
Prosę zaniechajze mię.
Gdzie jest w małzeństwie zgodá,
Tam słodko lata schodzą,
Tam w domu jest swobodá,
Tam się i ludzie rodzą.
Lec gdzie w małzeńskie łósko
Niezgodę djabeł wdmuchnie,
Tam zonie schnie serdusko,
Męzowi głowá puchnie..
Nie zdá się barán kozie,
I kacká nie chce kruka,
Wabią się ptáki w łozie,
Kazde swojego suka.
Gdzie się w niewoli zyje,
Niemás tam wzajemności,
Pies na powrozie wyje,
Kázdy pragnie wolności.
Otós to tak mu powiem....

(1794)[158].


OBYCZAJOWE. RÓŻNE
„ZŁOTA“.
O CZCI DLA NIEWIAST.
(Z „PIEŚNI O DOBRYCH OBYCZAJACH“.)

...Lecz rycerz abo panosza
Czci żeńską twarz: toć przysłusza....
Boć jest korona cna pani:
Przepaśćby mu, kto ję gani!
Od Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw im książęta wstają
I wielką im fałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie,
Iż przed wami nic lepszego nie!...
Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tem odarz:
Przyjmi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego!
Boć paniami stoi wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I od nich wszytką dobroć mamy;
Jeno o to sami dbajmy.
I toć są źli, co im szkodzą, —
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przeczby to było,
Ja mu powiem, acz mu miło:
Ktokoli cną matkę ma,
Z niej wszytką cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani;
Tęć ma moc każda cna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kim jeś-ć koli dobra dusza.
Przyjmicie to powiedanie
Prze waszą cześć, panny, panie!...

(Z pocz. XV w.)[159].


BIERNAT Z LUBLINA.
ŚMIERCI KOŻDY SIE BOI.
(BAJKA).

Człowiek stary w jednej dobie
Niósł drew brzemię z lasa na sobie;
Umęczywszy sie, z siebie złożył,
Śmierci, aby przyszła, prosił.
Owaciem Śmierć przybieżała,
O przyczynę sie pytała,
Czemu jej tak pilnie wzywał,
Alboby rychlej umrzeć chciał?
Starzec, widząc, Śmierci sie bał,
Pokornie jej odpowiedział:
Ta mi cię potrzeba była,
Byś na mię ty drwa włożyła“.
Wszyscy ludzie śmierci nie radzi,
Tak starzy, jako i młodzi;
Zwłaszcza, którzy ten świat miłują,
By nie umrzeć, o to pracują.

(Około 1520)[160].


BIERNAT Z LUBLINA.
KTO PILI, NIE ZMYLI.
(BAJKA).

Zając się niegdy z żółwia śmiał,
Jakoby nierychło biegał.
Rzekł mu żółw: „Możesz skosztować,
Chcesz-li ze mną w zawód biegać“.
Rzekł mu zając: „Żółwiu-bracie!
„Nieradbym ja twojej stracie:
„Alboś podobno nie słychał,
„Iżebych ja dobrze biegał?“
Żółw mu rzekł: „Coż wiele mówić!
„Chcewa sie na liszkę zwolić:
„Niechaj ta kresę zamierzy,
„Patrząc, jako który bieży“.

Liszka kresę zamierzyła,
Bo w tych rzeczach biegła była:
Dała czas, aby biegali,
Swych rozumów pokuszali.
Zając kresy niepilen był,
Żółwia sobie lekko ważył,
A iż barzo w nogi dufał,
Siadszy sobie, takoż zaspał.
A żółw zasię, nie mieszkając,
Szedł sobie w drogę, skakając,
I drzewiej nie odpoczynął,
Aże więc na kresie stanął.
Zając potem sie ocucił,
Ku biegu się prędko rzucił,
Natychmiast ono przebieżał,
A na kresie żółwia zastał.
Więc liszka tak wywołała,
A żółwiowi zakład dała,
Rzekąc: „Zającu! tyś stracił,
„Żeś swej rzeczy niepilen był“.
Nie ci tylko rzecz konają,
Którzy wielkie siły mają:
Barzoć lepszy dzielca pilny,
A gdy ktemu nieomylny.

(Około 1520.)[161]


MARCIN BIELSKI.
O CZYTANIU.
(Z „KOMEDJI JUSTINA I KONSTANCJEJ“.)

Który pismo waży lekce,
Czytających słuchać nie chce,
Jest podobien ku głuchowi
I niememu dobytkowi.
A kto sie kocha w czytaniu,
Bywa z duchem w rozmawianiu.

(1557.)[162]


MIKOŁAJ REJ.
ŻALE WÓJTA.
(Z „KRÓTKIEJ ROZPRAWY MIEDZY TRZEMI OSOBAMI“).

Miły panie, my prostacy,
A cóż wiemy nieboracy?
To mamy za wszytko zdrowie,
Co on nam w kazanie powie:
Iż, gdy wydam dziecięcinę,
Bych był nagorszy, nie zginę;
A damli dobrą kolendę,
Że z nogami w niebie będę.
Abo, gdy w obiad przybieży,
A kukła na stole leży,
To ją wnet z stołu ogoli,
A mnie kęs posypie soli....
Potem mię pokropi wodą.
To już z Bogiem idę zgodą....
Ksiądz pana wini, pan księdza
A nam prostym zewsząd nędza...
A zawżdy przystaw u niego,
By u posła tatarskiego.
Urzędnik, wójt, sołtys, pleban,
Z tych każdy chce być nad nim pan.
Temu daj gęś, temu kokosz,
Zać więc z nimi mała rozkosz?
A przedsię na tłokę robić?
Czasem proszą, czasem chcą bić.
Sprawnie ją nazwali tłoką,
Bo tam czasem i grzbiet stłuką.
Każdy, jako może, łata,
Wżdy, czem może, tem napłata.
Jedno nam, wieśnej chudzinie,
Nic niesporo, wszędy ginie:
Bo znowu nastanie nędza,
Kiedy czas przydzie na księdza,
Gdy chodząc, snopki przewraca

A co tłustszej kopy maca;
Wnet masz urzędnika z niego,
Choć tobie nie trzeba tego.
Natknieć wieszką, kopie w rogu:
„Nie mnie to dasz, synku, — Bogu“.
Acz nie wiem, wieli Bóg o tem.
Aż to zrozumiemy potem;
To wiem, iż żyta nie jada,
Bo w stodole nierad siada....

(1543.)[163]


MIKOŁAJ REJ.
NIEPOMIERNE BIESIADY.
(Z „WIZERUNKU WŁASNEGO ŻYWOTA CZŁOWIEKA POCZCIWEGO“).

Bo jeśli to rozkoszą kto ma przezwać właśnie,
Gdy grzmi bęben za uchem, a kozi róg wrzaśnie,
Pomorty a puzany, co wszytki zagłuszą,
Abo skakać od kąta do kąta z Maruszą.
Już który kąt zastąpisz, już siedź jako drewno,
Bo, jako sie podniesiesz, odepchną cię pewno.
Już, jako głuch, na drugie musisz palcem kiwać,
Bo, już tam trudno słusznej rozmowy używać.
Albowiem już tam każdy, chociaj ledwe ziewa,
Wrzeszczy, sapie, markoce, a mnima, iż śpiewa,
A drugi za nim stojąc, jako cielę ryczy,
A zda mu sie, iż wesół, a iż pięknie krzyczy.
Śklenice w kąt latają, na stole, by w łaźni:
Tak więc Bachus, on rycerz, swe kochanki błaźni;
Iż, kiedy rano wstawszy, wieczór wspominają:
Albociem był oszalał, sami sobie łają.
Ano sie we łbie kręci, pan, siedząc, szczka, spluwa,
Pierza ma we thie pełno, opak sie obuwa,
Oblicza sie z kaletą, nie chce respondować,
Musi jej dać na kwity, gdy niemasz co schować.

Suknia śmierdzi drożdżami, czapka gdzieś na ławie;
Patrzajże krotochwile w takiej miłej sprawie!...

(1558)[164].


MIKOŁAJ REJ.
PORANEK A WIECZÓR.
(Z „WIZERUNKU CZŁOWIEKA POCZCIWEGO“).

Rano sie potem porwał, ano pięknie świta,
Już sie jeden o drugim ptaszek w lesie pyta,
Już skowronek na górze pięknie przepieruje,
Słowiczek we krzu krzyczy, gżegżołeczka kuje.
Poźrzy wzgórę: skały już jasno sie błyskają,
A promienie słoneczne ziemię rozświecają.
Zarza wzgórę wychodzi różanej piękności,
Na obłokach sie broją jasne odmienności.
...................
Gdy już było k wieczoru, słońce zachadzało,
Jasne nazad promienie po górach puszczało.
Ciemność od wschodu słońca ziemię pokrywała,
A mgła szara po górach też sie podnaszała.
Obaczywszy młodzienice, iż już noc przychodzi,
A iż każde źwirzątko już na pokój godzi,
Przyszedł nad piękną rzeczkę, cichuczko płynącą,
Wodę w sobie, by kryształ, nadobną mającą;
Rybki, sie po niej miecąc, na brzegoch igrają,
Ziółka, trawkę, robaczki, biegając, chwytają.
Oliwne drzewka wszędy przy brzegoch zielone
Stoją pięknym porządkiem, jako rozsadzone.
Zabawił sie, dziwując, aż go ciemność zaszła,
I owa zarza śliczna już mu była zgasła.

(1558)[165].


JAN KOCHANOWSKI.
NA ZDROWIE.

Szlachetne zdrowie!
Nikt sie nie dowie,
Jako smakujesz, aż sie zepsujesz.
Tam człowiek prawie

Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Miejsca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale,
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie niemasz siły,
I świat niemiły.
Klejnocie drogi!
Mój dom ubogi,
Oddany tobie,
Ulubuj sobie!

(Około 1570.)[166]


JAN KOCHANOWSKI.
DO WACŁAWA OSTROROGA.
(Z „FRASZEK“).

Próżno przeć, upiłem sie; winem? Czyli rymy?
Jeśli winem, subtelne tego wina dymy.
Wiesz, co mi sie teraz zda, Wacławie cnotliwy?
Zda mi sie, że maluję swój obraz właściwy,
Który miedzy biskupy zawieszę zacnemi,
Nie wsiami światu znaczny, ale rymy swemi!...
Wszyscy pijani, widzę, a pijanym i ja;
Kto szczęściem, a ja — winem... odpuść, Adrastia!

(Około 1570.)[167]


JAN KOCHANOWSKI.
NA LIPĘ.
(z „FRASZEK“).

Przypatrz sie, gościu, jako on list mój zielony
Prędko uwiądł, a już mię przeźrzeć każdej z strony.
Co, mniemasz, tej przygody nagłej za przyczyna?
Ani to mrozów, ani wiatrów srogich wina;
Lecz mię złego poety wiersze zaleciały,
Tak, iż mi tylko prze smród włosy spaść musiały.

(Około 1570.)[168]


JAN KOCHANOWSKI.
CHORUS: O PORWANIU HELENY.
Z „ODPRAWY POSŁÓW GRECKICH“.

O białoskrzydła morska pławaczko,
Wychowanico Idy wysokiej,
Łodzi bukowa! któraś gładkiej
Twarzy pasterza Pryjamczyka
Mokremi słonych wód ścieżkami
Do przeźroczystych Eurotowych
Brodów nosiła!
Coś to zołwicom za bratową,
Córom szlachetnym Pryjamowym,
Cnej Poliksenie i Kassandrze
Wieszczej, przyniosła?
Za którą oto w tropy prosto,
Jako za zbiegłą niewolnicą,
Prędka pogonia przybieżała.
Toli on sławny upominek
Albo pamiętne, którem luby
Sędziemu wyrok ze wszech Wenus
Bogini piękniejsza zapłaciła,
Kiedy na Idzie stokorodnej,
Śmierci podległy, nieśmiertelne
Uznawca twarzy rozeznawał?

Swar był początkiem i niezgoda
Twego małżeństwa, Pryjamicze!
Nie śmiem źle tuszyć, nie śmiem, ale
Ledwie nie takiż koniec będzie.
Niechajże sie ja, można Cypry,
Ninacz cudzego nie zapatrzam,
Niech towarzysza życzliwego,
Jednemu łożu przyjaciela,
Mam z łaski twojej! Inszy więcej
Chcąli, niech proszą.
Oczy łakome siła ludzi
Zawiodły; lecz kto w krygi żądzą
Mógł ująć, w długiem bezpieczeństwie
Dni swych uzywie. Przydą, przydą
Niedawno czasy, że rozbójcę
Rozbójca znidzie, ten mu słodki
Sen z oczu zetrze i bezpieczne
Serce zatrwoży, kiedy trąby
Ogromne zagrzmią a pod mury
Nieprzyjacielskie staną szańce.

(1578.)[169]


JAN KOCHANOWSKI.
POCHWAŁA WSI.
(Z „PIEŚNI ŚWIĘTOJAŃSKIEJ O SOBÓTCE“).

Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?

Człowiek w twej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywie,
Pobożne jego staranie
I bezpiecznw nabywanie.

Inszy sie ciągną przy dworze
Albo żeglują przez morze,
Gdzie człowieka wicher pędzi
A śmierć bliżej, niż na piędzi.


Najdziesz, kto w płat język dawa
A radę na funt przedawa;
Krwią drudzy zysk oblewają,
Gardła na to odważają.

Oracz pługiem zarznie w ziemię,
Stąd i siebie i swe plemię,
Stąd roczną czeladź i wszytek
Opatruje swój dobytek.

Jemu sady obradzają,
Jemu pszczoły miód dawają,
Nań przychodzi z owiec wełna
I zagroda jagniąt pełna.

On łąki, on pola kosi
A do gumna wszytko nosi.
Skoro też siew odprawiemy,
Komin wkoło obsiędziemy.

Tam już pieśni rozmaite,
Tam będą gadki pokryte,
Tam trefne plęsy z ukłony,
Tam cenar, tam i goniony.

A gospodarz, wziąwszy siatkę,
Idzie mrokiem na usadkę
Albo sidła stawia w lesie,
Jednak zawżdy co przyniesie.

W rzece ma gęste więcierze,
Czasem wędą ryby bierze;
A rozliczni ptacy wkoło
Ozywają się wesoło.

Stada igrają przy wodzie,
A sam pasterz, siedząc w chłodzie.
Gra w piszczałkę proste pieśni,
A Faunowie skaczą leśni.


Zatem sprzętna gospodyni
O wieczerzej pilność czyni,
Mając doma ten dostatek,
Że sie obejdzie bez jatek.

Ona sama bydło liczy,
Kiedy, z pola idąc, ryczy,
Ona i spuszczać pomoże,
Męża wzmaga, jako może.

A niedorośli wnukowie,
Chyląc sie ku starszej głowie,
Wykną przestawać na male,
Wstyd i cnotę chować w cale.

Dzień tu; ale jasne zorze
Zapadłyby znowu w morze,
Niżby mój głos wyrzekł wszytki
Wieśne wczasy i pożytki.

(Około 1580 r.)[170].


SEBASTJAN KLONOWICZ.
PODANIE FLISACKIE
O SPORZE NARWI Z WISŁĄ.
(Z „FLISA“).

Dwa bracia z siostrą w drogę sie wybrali:
Z Litwy — Niemen, Bug — z Wołynia zuchwały
I Narew bystra, jako siostra starsza,
Przyszła z Podlasza.

Wziąwszy przymierze bez gniewu i trwogi,
Zażyła sobie przyjacielskiej drogi
W małym orszaku, co więc nie nowina:
Zgodna rodzina!

Potem lepszego bytu chcieli użyć:
Zachciało się im u królowej służyć,
Co do niej płyną ze wszech stron poprzeki
Sarmackie rzeki.


Przystali tedy do Nowegodworu
Narew i z bracią, puściwszy się toru,
I tak służyli Wandzie Krakusowej,
Jako królowej.

Czując do siebie Narew śliczną gładkość,
Czując też w braci siłę i też wartkość,
Chciała być równa w rodzaju, w urodzie
Wandalskiej wodzie.

Pani, ślicznością i domem chwalebna,
Nie chcąc być tańszą, niż panna służebna,
Wyzwała Narew, chcąc ją wywieść z błądu,
Pozwem do sądu.

Na którym zasiadł strumień nieujęty,
Do tego wolnie z obu stron przyjęty, —
Ów, co u Gniewu swemi wroty wpada,
Wisłę rozbada.

Sędzia roztropny puścił przed się strony
I zagaił sąd tuż u samej brony.
Szła para panien, każda z nich osobna,
Gwiaździe podobna.

I długo myślił, niż wszystkie przymioty
Wybaczył w obu i wrodzone cnoty;
Chwilę tak okiem poglądał na obie
Czujnem osobie.

Upatrzył sędzia, iż nad księżnę owa
Osobliwszego coś miała królowa,
Jako nad leśne Nimfy ma Dyjana,
Złotem ubrana.

A także zatem wnet uczynił wyrok,
Jako sumnienie świadczyło i też wzrok:
Skazał, iż gładsza królowa, rzecz ista,
Niźli służbista.

Narew i z bracią wnet się rozgniewała
A inszą drogą płynąć się wezbrała,

Więc miejsce sądu na brzegu, na lewem,
Nazwano Gniewem.

A gdzie się Narew na prawo chynęła,
A od królowej na różno płynęła,
Pod sławny Olbiąg, Nogatem to zową
Flisowską mową.

(1598.)[171]


SEBASTJAN FABJAN KLONOWICZ.
WIZERUNEK JUDASZA.
(Z „WORKA JUDASZOWEGO“).

Tak ci Judasz Chrystusem handlował w ogrojcu:
Upatrzył nań pogodę, gdy się modlił ojcu.
Jako prawny Martahuz, uczynił umowę,
Za trzydzieści pieniędzy przedał Pańską głowę.
Przyszedł z miedzianą brodą, całował go owym,
Dając hasło złodziejskie, wąsem mosiądzowym.
Powiedają, że bardziej Judaszowa broda
Świeciła, niż pochodnia, gdy szedł do ogroda.
Kiedy żydom hetmanił, wiecha płomienista
Więcej, niż świeca lana, pałała, rzecz ista.
Jako jaskier na łąkach, jako list osowy
Pod jesień, i rozwity kwieciec krokosowy;
Jako żółte fijałki, sadzone w ogrodzie;
Jak się letnie grzybienie kąpią w gnuśnej wodzie,
Żółty kwiat rozkładając, jak się świecą owe
Szafrany cylicyjskie, i oka wołowe:
Tak Iskarijotowa ognista uroda;
Jak zorza niezagasła świeciła się broda.
Tą brodą ten propornik potrząsa fałszerzom,
Dając godło złodziejom i wszytkim szalbierzom.
Nań patrzą, za nim idą cygani i zdrajcy,
Oszustowie i łgarze, zbójcy, świętokrajcy,
Obłudni ludzie wszyscy, niepewni frantowie,
Mrugałowie nieszczerzy, i sykofantowie.
Tą wiechą przyświeca tym, jakoby pochodnią,
Co kradną i z złodziejmi trzymają przewodnią.

Ten Martahuzów ojcem, wszytkich izmienników:
Ten ma i dziś na świecie wiele zwolenników.

(1600)[172].


SEBASTJAN FABJAN KLONOWICZ.
OSZUSTY I WYZYSKIWACZE.
(Z „WORKA JUDASZOWEGO“).

Pod lisim podobieństwem ci się zamykają,
Którzy się trochę niżej porząd dotykają:
Judaszowa drużyna. Naprzód, która prosi:
„Na Boga, na ubogie“, skąd korzyść odnosi,
Sobie to przywłaszczając, co Bogu przysłusza;
Choć się Bóg o to gniewa, nic jej to nie rusza.
Przędzie sobie postawę: żebrze płaskim głosem,
Włóczy się po kiermaszach z Judaszowym trzosem.
Nosi puszkę żelazną, dzwonek mosiądzowy:
Prosi rzkomo na szpital i na kościół nowy;
Prosi chytry nieborak na jakiego świątka,
Chocia z tamtej jałmużny nie da mu i szczątka.
Czasem zmyśli na błoniu i w boru zjawienie,
I ślubuje prostakom za pewne zbawienie.
Widziałem, pry, pod lasem miłą Matkę Bożą:
(A baby się, słuchając onych baśni, trwożą).
Wielka światłość wynikła w choinowym borku,
Na pieńku nowociętym na cudnym pagorku.“
Więc on niezbedny oszust twierdzi za rzecz istą,
Że widział własnem okiem Dziewicę przeczystą,
Która mu rozkazała chwałę Bożą mnożyć,
I tam na onem miejscu kościołek założyć.
Wiec plecie, bredzi, mata, i na on kościołek
Nawyłudza powałek, pieniędzy, gomołek.
I dobrze mu wychodzi matanina ona:
Idzie mu chleb w kobiałkę, i w puszkę mamona.
Więc też chudzi kleszkowie i książkowie prości,
Widząc, że tak przybywa do zjawienia gości:
Opuszczają więc pod czas i kościół swój stary,
Przenoszą się na odpust do lasa od fary,

Udają się za chlebem, za ofiarą głupią;
Kury, jajca, szelągi, kukle, świeczki, łupią.
Pomagają prostakom po staremu błądzić:
Nie umieją ubogich ludków dobrze rządzić.
Ślepi wodzowie ślepych; i wpadną pospołu
Mistrzowie i uczniowie do jednego dołu.

(1600.)[173]


BEZIMIENNE.
O ZYGMUNCIE III, KRÓLU POLSKIM.

Czyli nie masz, Zygmuncie, królewskiej zabawy?
Sąć inne, poważniejsze, po twej głowie sprawy sprawy.
Tobieć by się to z młodu przyćwiczać do boju,
Nie daremno się uczyć muzyki w pokoju.
Wszakże się i ta zgodzi przy rycerskiej cnocie,
Wiem, że twej nie zaszkodzi wojennej ochocie:
Na twe się nieprzyjaciel państwo nie pokusi,
Bo: jako mu zaśpiewasz, tak ci skakać musi.

(1600.)[174]


SZYMON SZYMONOWICZ.
ŻEŃCY.
OLUCHNA.

Już południe przychodzi, a my jeszcze żniemy!
Czy tego chce urzędnik, że tu pomdlejemy?
Głodnemu, jako żywo, syty nie wygodzi!
On nad nami z maczugą, pokrząkając, chodzi!
A nie wie, jako ciężko z sierpem po zagonie
Ciągnąć się; oraczowi insza, insza wronie:
Chociaj i oracz chodzi za pługiem i wrona.
Inszy sierp w ręce, insza maczuga toczona!

PIETRUCHA.

Nie gadaj głosem, aby nie usłyszał tego!
Albo nie widzisz bicza za pasem u niego?
Prędko nas nim namaca! Zły frymark — za słowa
Bicz na grzbiecie, a jam nań nie bardzo gotowa.
Lepiej złego nie drażnić: ja go albo chwalę,
Albo mu pochlebuję — i tak grzbiet mam w cale.

I teraz mu zaśpiewam, acz mi nie wesoło:
Nie smaczno idą pieśni gdy się poci czoło!
Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego!
Nie jesteś ty zwyczajów starosty naszego!
Ty wstajesz, kiedy twój czas: jemu zda się mało,
Chciałby on, żebyś ty od północy wstawało;
Ty bieżysz do południa zawsze twoim torem:
A onby chciał ożenić południe z wieczorem....
Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego!
Nie jesteś ty zwyczajów starosty naszego!
Ty dzień po dniu prowadzisz, aż długi rok minie!
A on wszystko porobić chce w jednej godzinie;
Ty czasem pieczesz, czasem wionąć wietrzykowi
Pozwolisz i naszemu dogadzasz znojowi:
A on zawsze: „Pożynaj! nie postawaj“! woła,
Nie pomnąc, że przy sierpie trój poť idzie z czoła...
Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego!
Nie jesteś ty zwyczajów starosty naszego,
Ciebie czasem pochmurne obłoki zasłonią,
Ale ich prędko wiatry pogodne rozgonią:
A naszemu staroście nie patrz w oczy śmiele, —
Zawsze u niego chmura i kozieł na czele;
Ty rosę hojną dajesz po ranu, wstawając,
I drugą także dajesz wieczór, zapadając:
U nas post do wieczora zawsze od zarania, —
Nie pytaj podwieczorku, nie pytaj śniadania!
Starosto! Nie będziesz ty słoneczkiem na niebie!
Ni panienka, ni wdowa nie pójdzie za ciebie:
Wszędzie cię, bo nas bijasz, wszędzie osławimy,
Babę, boś tego godzien, babę-ć naraimy,
Babę o czterech zębach! Miło będzie na cię
Patrzyć, gdy przy niej siędziesz, jako w majestacie,
A ona cię nadobnie będzie całowała,
Jakoby cię też żaba chropawa lizała!

OLUCHNA.

Szczęście twoje, że odszedł starosta na stronę:

Wzięłabyś była pewnie na buty czerwone
Albo na grzbiet upstrzony za to winszowanie!
Słyszysz! Jakie Maruszce daje tam śniadanie?
A słaba jest nieboga: dziś trzeci dzień wstała
Z choroby a przedsię ją na żniwo wygnała
Niebaczna gospodyni. Takci służba umie!
Rzadko czeladnikowi kto dziś wyrozumie.
Patrz, jako ją katuje: za głowę się jęła
Nieboga; przez łeb ją ciął, krwią się oblinęła;
Podobno mu coś rzekła; każdemu też rada
Domówi. Tak to bywa, gdy kto siła gada!
Dobrze mieć, jako mówią, język za zębami:
I my mu dajmy pokój, choć żartuje z nami!
Żart pański stoi za gniew i w gniew się obraca:
Ty go słówkiem, a on cię korbaczem namaca.

PIETRUCHA

Dobrze radzisz. Mnie się on, widzę, nie przeciwi,
Ale lepszy z nim pokój. Co się często krzywi,
Złomić się może, ― przyjdzie jedna zła godzina,
A częstokroć przyczyną bywa nieprzyczyna.

PIETRUCHA

Ale starosta do nas znowu przystępuje,
Kwaśno patrzy, z nahajką do nas się gotuje.
Zaśpiewam ja mu przedsię, — rad on pieśni słucha.
Patrzy na nas i stanął i nakłada ucha.
Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego!
Naucz swych obyczajów starostę naszego!
Ty piękny dzień promieńmi swojemi oświecasz
I wzajem księżycowi noc ciemną polecasz;
Jako ty bez pomocy nie żyjesz na niebie,
Niechaj i nasz starosta przykład bierze z ciebie:
Na niebie wszytkie rzeczy dobrze są zrządzone;
Księżyc u ciebie żoną: niech on też ma żonę!
Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego!
Naucz swych obyczajów starostę naszego!
Gdy ty na niebo wchodzisz, gwiazdy ustępują,

Gdy księżyc wschodzi, z nim się gwiazdy ukazują.
Siła gospodarz włada, siła w domu czyni:
Ale czeladka lepiej słucha gospodyni.
Niechaj ma żonę: będzie się domu trzymała
Czeladka, nie będzie się często odmieniała;
I nam do dworu będą otworzone wrota, —
Wszytkich do siebie wabi przyjemna ochota.
Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego!
Naucz swych obyczajów starostę naszego!
Ty nas ogrzewasz, ty nam wszytko z nieba dajesz,
Bez ciebie noc, z tobą dzień jasny, gdy ty wstajesz:
Niech i on na nas zawsze patrzy jasnem okiem,
Niech nas z pola wczas puszcza, nie z ostatnim mrokiem!

STAROSTA.

Pietrucho! Prawieś mi się sianem wykręciła!
Ta nahajka mocno się na twój grzbiet groziła.
Kładźcie sierpy, kupami do jedła siadajcie,
W kupach jedzcie, po chróstach się nie rozchadzajcie!

(1614.)[175]


DANIEL NABOROWSKI.
WIEŚ I POETA.
(Z „PIEŚNI: AD IMITATIONEM
HORATIUSZOWEJ ODY BEATUS ILLE I T. D.).

...Niech kto chce w boju sławę krwią oblewa,
Niechaj u dworu pogody zażywa,
Niechaj przez morze dla zysku żegluje
I pełne wory w swym pokładzie czuje.
Z wami na polu, Muzy, bez kłopota,
Nieznaczny starzec, dokonam żywota.
A wy, o łąki! o krzewiny moje!
I wy, potoki, i wy, żywe zdroje!
I wy, o nimfy, co w rzekach mieszkacie,
I co w jaskiniach skrytych przebywacie,
Faunowie leśni! Bądźcie mi świadkami,
Że ja do śmierci chcę zostawać z wami!

(Około 1630)[176].


BARTŁOMIEJ ZIMOROWICZ.
„RYMOTWÓRCY“.
(Z „SIELANEK”).

...Niemało
Rymotwórców po wszytkim świecie się nasiało,
Tak to jest, że, co żywo, wierszyki partoli,
Ale niepłatne, jako kiedy kto na roli
Choć dobre ziarna, tylko że gęsto zasieje,
Drobny urodzaj miewa; tak się teraz dzieje:
Pełna niedoszłych nasza poetów ojczyzna,
Że miary zawierszona nie ma już polszczyzna;
Lada partacz wyrwie się z pospolitych ludzi,
To wiersze niepoczesne natychmiast paskudzi.

Przedtem rzadki kto Muzy jak świętości ruszył,
Tylko, kogo swym duchem Cyntius napuszył;
Teraz lada kto z niemi swata się poprostu;
Jeszcze nie umie kozie zawiązać i chwostu,
A już słowom ogony związuje; na rzeczy
Nie znając się, jak sroka koło płotu skrzeczy.

Przetoż mądre panienki, które tylko w trudnych
Wertebach i jaskiniach mieszkają nieludnych,
Brzydzą się niemi, że ich tajemnice skryte
Objawiają i czynią wszytkim pospolite.

A chociażże który z nich poniewolną weną
Sili się nad niechętną ku sobie Kameną,
Chociaż i cudzej prace na pomoc zasięgnie,
Przecież nic, krom podmiolnych bęsiów, nie wylęgnie,
Które albo w pieluchach zła chwila podusi,
że żaden z nich potomnej sławy nie zakusi,
Albo, jeśli do cudzych wpadną kiedy ręku,
W pogardzie ostatecznej zostaną bez wdzięku.....

(1663)[177].


WESPAZJAN KOCHOWSKI.
MYŚLIWSTWO.

Wstawajcie, bracia, bo już słońce wstaje,
Nam pogodę piękną daje,
Konie dawno posiodłane,
Łowczy otrąbił na szczwaczów wsiadane....
To byt na świecie, byt nieporównany
Być jednym z cechu Dyjany;
I jeżeli nie myśliwy,
To nie jest żywot na świecie szczęśliwy!
Jako niezwykłej uciechy przybywa!
Łowczy: Pojedź! wytrębywa;
Pójdź za nim! myśliwczyk krzyczy;
Ogary w sforach, a charty na smyczy.
Tam, gdzie objezna knieja, z nimi staje,
Wywiera ogarów zgraje,
A szczwacze, pełni nadzieje,
Z postrzemiennemi jadą wkoło knieje.
Nie tak łabęcie głośno na Strymonie
Nucą przy ostatnim zgonie,
Erytrejskie nie tak dzwony
Wdzięczne, jako krzyk psi nieutulony.
Fraszka w Narbonie organy misterne,
Głosy wydając niezmierne:
Gdy ogary skulą w lesie,
Daleko huczniej echo odgłos niesie!
Już się na liszkę otrąbił i wilka
W trąbę łowczy razy kilka;
Idą psi; pąda! on krzyczy,
Żeby pilnować pewnej już zdobyczy.
Ha! ha! po lesie, wszedłszy, się rozlega:
Już sam bury wilk wybiega,
A ten zraził zwierza marnie,
Leć nań przesmykiem dwie wypadły sarnie.
Na tego wypadł dzik impetem wściekłem
I rozciął mu charcicę kłem,

Aleć przecię za tę szkodę
Położon kulą: zwierzyna w nagrodę!
Skończywszy dzieło, w kupę obłów znoszą,
Zaraz jedni zwierz patroszą,
Ci zaciekłe psy strębują,
Wszyscy wesoły tryumf odprawują.
Nie tak Herkules, kiedy nemejskiego
Zabił mężnie lwa srogiego,
Ani Meleager, dzika
Mężnym obłowem ucieszon, wykrzyka,
Jak oni chwalą, jako skromny zając;
Drugi, chartom swym dank dając,
Anatomizuje sobie
Wilka, o jego rokując wątrobie.
Temu wwiązana chytra liszka w troki
Konia szczypie mu za boki,
Ów sarny na wozie kładzie,
Ten skok podziela ogarów gromadzie.
Dopieroż, kiedy myśliwa drużyna
W domu siędzie u komina,
Tryjumfują wszyscy bardziej,
Niżli kiedy Rzym wzięli Longobardzi.
Wtem z rożnów niosą dziczyzny okroje
I z piwnice wtąż napoje;
Jak zamroczą łeb kieliszki,
Samiż pojedzą i wilki i liszki.

(1674)[178].


WESPAZJAN KOCHOWSKI.
ZGRZYTANIE ZĘBÓW.
(FRASZKA).

Pytała baba księdza, uprzykrzona srodze:
Na zbawiennejli ona, czy zgubionej drodze?
Ksiądz rzecze: „Rozdziew gębę“; że zębów nie miała:
„Nie będziesz, prawi, w piekle; czemżebyś zgrzytała?“.

(1674)[179].


ZBIGNIEW MORSZTYN.
ŻALE ŻOŁNIERSKIE.
(Z POEMATU: „VOTUM“).

Prawdać, że żywot zda się być przystojny
Służyć żołnierską i pilnować wojny,
Miłej ojczyźnie z własnej krwie ofiary
Przynosić w dary.

Ale to jabłko sodomskiej krainy,
Z wierzchu pozorne, a wewnątrz perzyny
I szczery popiół, że, kto go skosztuje,
Każdy wypluje.

Minąwszy biedy rozliczne, — ach, i te
I z serc kamiennych czasem łzy obfite
Toczą! — klnie drugi, że go kiedy miła
Matka zrodziła.

Gdyć się być przyda w ciężkiem oblężeniu
A już na wszytkiem zejdzieć pożywieniu,
Zjesz mysz, zjesz kotkę, zjesz z głodu ciężkiego
I psa zdechłego.

Często i w polu bywa, że, suchara
Pogryższy tylko, drugi już jak mara,
Nie człowiek, ale straszydło człowiecze
Ledwo się wlecze.

Rzucą się w wojsko choroby straszliwe,
Aż i powietrze czasem zaraźliwe,
A to najbardziej w owe nieprzyjemne
Pluty jesienne.

Że, choć nie widzą i nieprzyjaciela,
W kompucie się ich nie doliczą wiela,
Że się i całe wojska, choć próżnują,
W szczęt zruinują....

Gdyś zdrów a przyjdzie jechać na podsłuchy,
Choć cię wskroś prawie mróz przejmuje suchy,

Choć cię deszcz z śniegiem, w same siekąc oczy,
Do szczętu zmoczy.

Trwaj przecię i stój, bo, jak ruszonego
Z pierwszego miejsca albo zdrzymanego
Najdzie cię strażnik a powieć trzy słowa,
Toć spadnie głowa.

Będzieszli też stał i na dniowej straży,
źle cię deszcz zmoczył, lepiej cię wysmaży
Słońce, gdy ziem ognistemi koły
Pali w popioły.

Ach! Wtenczas, pomnę, gdy się nam trafiało
Potykać, jako gardło usychało,
Jako już dusza była na ramieniu
W ciężkiem pragnieniu....

A kiedy przyjdzie do walnej potrzeby,
Niech kto przysięga, nie uwierzę, żeby
Pod kolany mu, lub wiele lub mało,
Zadrżeć nie miało.

Śmierć przed oczyma lata, gdy się szyki
Straszne mieszają, brzmią nieba okrzyki,
Świata nie widać, dzień z nocą zrównany,
Z piaskiem zmieszany.

Tak rzeki szumią, kiedy z gór spadają,
Tak wiatry, kiedy drzewa wywracają,
Tak huczy, nagłym wichrem poruszone,
Morze szalone,

Tak niebo trzaska, gdy straszne powodzi
Z gradem spadają, a piorun ugodzi
W zamek wyniosły lub w dąb zastarzały
Lub w morskie skały.

W takowym razie, chocieś sławy chciwy,
Choć masz dość serca, choć koń natarczywy,
Próżno w nim, próżno w inszym tam rynsztunku
Szukasz ratunku.


Gdy ci nie będzie sam Pan Bóg łaskawy,
Nietylko żadnej nie nabędziesz sławy,
Lecz czasem hańby, sam nie zwiesz, jak snadnie
Serceć upadnie,

Że cię ustraszy list, wiatrem ruszony,
I marnie pierzchać będziesz, wylękniony,
Potem nie będziesz śmiał nikomu w czoło
Pojrzeć wesoło.

Lub też w potrzebie broń nieuchroniona
Od głowy twojej oddzieli ramiona,
Lub cię podepcą, z konia zwalonego,
Napół żywego.

Choć cię też z ciężkim uprowadzą razem,
Zadanym kulą lub bystrem żelazem,
Będziesz kaleczał, będziesz nieszczęśliwy
Chodził, trup żywy.

Jeśli w ostatku na tę przyjdziesz dolą,
Że się w pogańską dostaniesz niewolą,
Pójdziesz, nieboże, od okrutnej ręki
Na ciężkie męki,

Że sobie, z gorzkim steskniwszy żywotem,
Śmierci pożądać będziesz, by z kłopotem
Rozłączyła cię, gdy na gallijony
Będziesz kupiony.

Lub, choćbyś na swej nie szwankował głowie,
Kiedy utracisz prawie wszytko zdrowie,
Gdyć wszytkie życia odejmą sposoby
Gorsze choroby,

Nieraześmy się tego napatrzyli,
W co się żołnierze dobrzy obrócili,
Gdy od Zbaraża, Kamieńca, Sokala,
Szli do szpitala.

Chociaż prosili, choć supplikowali,
Choć swe kajdany pod nogi rzucali,

To tylko słowy ich pożałowano
A nic nie dano.

Takim to tylko dają dziś daniny,
Co sobie piżmem pudrują czupryny;
Ci to daniny, jak psi flak, łapają,
Tych tu kochają.

A ty, nieboże, chocieś już ćwiczyznę
Niejedną spędził, służąc za ojczyznę,
Chocieś ostatni ząb wyłamał stary,
Głodząc suchary:

Już, jak za płachtą, tak za portiriją
Stój za tą i za inszą okaziją,
Tak wiele weźmiesz, jako ci pobrali,
Co tu stawali....

Wszytkieby jednak, wszytkie mówię, były
Znośniejsze biedy, choćby się sprzykrzyły, —
Jeszcze ci, co są na tak gorzkim chlebie,
Nie będą w niebie.

Bo to rzecz pewna, niech kto, co chce, mówi,
Kto wiadom a da miejsce rozumowi,
Niech przyzna, jeśli żołnierz który żywy
Był sprawiedliwy....

O, jakie płacze, jakie narzekania,
Jakie za nimi idą przeklinania,
Które samego dosięgają nieba:
Że miasto chleba

Łzami ludzkiemi napełniają wozy,
Któremi swoje taborzą obozy;
Stąd też częstokroć przywodzi Bóg na nie
Ciężkie karanie....

Dlatego znowu już was żegnam, moje
Wojska, obozy, szyki, krwawe boje,
Żegnam cię, pole, witam, spracowany,
Domowe ściany....

(Około 1670)[180].


ZBIGNIEW MORSZTYN.
POCHWAŁA ŻYWOTA WIEJSKIEGO.
(z POEMATU „VOTUM“).

Niech każdy przyzna, czy nie droższe złota
Wszystkie godziny takiego żywota?
Gdy pańskie dwory, wysokie kominy,
Ich gęste dymy,
Wzgardzę; gdy, próżen lichwy i wszelkiego
Długu, mogę się obejść do nowego,
Tem, czem mię Pan Bóg na ten rok obdarzy
A w drugim zdarzy.
Będę swój własny zagon sprawiał krzywym
Pługiem, nie będę okiem zazdrościwym
Patrzał na cudze wyniosłe stodoły,
Zawsze wesoły.
Zawsze wesoły, na swojem przestanę,
Nie będą myśli moje obłąkane
Po cudzych gruntach szerokich latały;
Dość mnie mój, mały.
Tam, skoro tylko gnuśna zima minie
A wiosna śliczny warkocz swój rozwinie,
Kiedy się śmieją, kwiatkami upstrzone,
Łąki zielone,
Sam świat i samo rzeczy przyrodzenie
Radość wydaje przez swe odnowienie
I samo nawet światło najjaśniejsze
Zda się świetniejsze.
Jako rzecz piękna: lub ptactwo pierzchliwe
Łowić lub głosy słyszeć świegotliwe
Lub leśny pędzić zwierz w niepostrzeżone
Sieci wstawione,
Lub patrzeć, kiedy sady zakwitają,
Gdy łąki sieką, gdy siana sprzątają,
Gdy wół roboczy, w jarzmo zaprzężony,
Wali zagony....

A kiedy już noc czarnemi skrzydłami
Świat ten okryje, nie między ścianami,
Lecz w sadzie albo w otwartej stodole
Spoczywać wolę.
Tam niepodobnym swej urodzie huczy
Bąk wodny głosem, to niedźwiadek kruczy,
To powtarzają pieśni ulubione
Żabki zielone.
To szumią drzewa, powoli ruszone,
Gdy niemi chwieją zefiry pieszczone,
To wonność z rosy dają wszytkie zioła,
Pociechy zgoła.
To czyste wody w przejrzystym strumieniu
Szemrzą, spadając z góry po kamieniu,
Aż i na młyńskie woda lecąc koło,
Szumi wesoło.
Kiedy też księżyc swe pełne kieruje
Koła, że ledwie dniowi ustępuje,
Jakie przechadzki lub między łąkami
Lub nad stawami!
Lecz prędzej na dół swe obrócą koła
Słoneczne wozy, niż temu kto zdoła,
Żeby wyrazić umiał tego wszytki
Życia pożytki.
Niechaj w niem żyję, niechaj, obciążony
Laty, w niem umrę, starzec nieznajomy,
Choć mię mój kmiotek rękoma własnemi
Zagrzebie w ziemi.
A jako żeglarz, gdy już w porcie stanie,
Miłe mu przeszłych bied przypominanie,
Miło mu pojrzeć na wichry, na skały,
Gdy wyszedł cały,
Tak ja, gdy, da Bóg, w pokoju usiędę,
Przeszłe niewczasy przypominać będę,
Wszytkie me biedy, trudy, troski, szkody,
Wszytkie przygody:

Jakom skrzydłami niebieskiej obrony
Z ostatniej toni bywał wydźwigniony,
Jakom w najcięższe swe doznawał razy
Anielskiej straży.
Lubo nie po raz śmierć już srogą swoję
Kosę na szyję zakładała moję,
Nieraz już moje wstępowały nogi
W podziemne progi....
Nie zawsze trzeba w prochem przykurzonych
Dziejach przykładów szukać niezliczonych,
Są częste znaki i z naszemi wieki
Boskiej opieki.
Wszytko to, co się przydaje człowieku,
Było już w dawnym, będzie w póżnym wieku,
Nasze przygody, pokoje i zwady
Pójdą w przykłady.

(Około 1670.)[181]


WACŁAW POTOCKI.
GOLONO, STRZYŻONO.
(FRASZKA).

Idący gdzieś mąż z żoną po ławie przez wodę,
Ujrzał chłopa bez brody, co ongi miał brodę.
„Ba, wej, jak się nasz sąsiad wygolił“, — mąż powie.
A żona: Wżdyć to ostrzygł, oto znać po głowie!“
Znowu ten: „Ba, ogolił“, owa: „Ostrzygł“, — rzecze.
Tak długo między nimi było owej sprzecze,
Aż z słowa przyszło do rąk, aż ją zepchnął z ławy.
Już tonie, już się baba napiła Rudawy,
Już i z głową pod wodą baba łowi śliże.
Przecie palcami, rękę ukazawszy, strzyże.
Gdy się o tej sąsiedzi dowiedzą przygodzie,
Bieżą na dziw, a widząc, że przeciwko wodzie
Mąż jej szuka, a ci w śmiech. On też rzecze: „Szkoda
Dziwić się: wszytko, prawda, na dół niesie woda,
Lecz niewiasta, tak sprzeczna we wszytkiem z natury,
I po śmierci, rozumiem, płynęła do góry“.

(Około 1680.)[182]


WACŁAW POTOCKI.
Z KMIOTKI PANNA SŁUŻEBNA.
(FRASZKA).

Szlachcionka jedna, panny nie miawszy służebnej,
Kmiotkę w lnianą koszulę ubrawszy ze zgrzebny,
Bierze z sobą w gościnę. Ale wprzód napomni,
Żeby jak najprzystojniej, wszytko jak najskromniej
Czyniła, co jej każą; waszmościała wszytkim
I odwykała wiejskim obyczajom brzydkim:
Mianowicie u stołu patrzyła, jeśli ją
Posadzą, jako panny jedzą, jako piją;
Milczeć; spyta kto, — cicho odpowiedzieć, słuchać!
Na łyżkę całą gębą po wiejsku nie dmuchać,
Nie rządzić, nie przestawiać, żeby nie znać na niej!
Ręce założyć, skoro na nię pojrzy pani!
Pokrajawszy, na nożu w gębę kłaść z talerza!
Uczy tańca wielbłąda i wilka pacierza.
Siedzą panie. W niezwykłej stoi czuba szacie
Przed niemi, aż się hałas jakiś stał w komnacie.
Prosi jej gospodyni, nie żałując prace,
Żeby zajrzała, kto tam tak barzo kołace;
A ta z niskim ukłonem: Jegomość pan kurek
Stłukł pannę maglownicę, wleciawszy na murek“.
Śmiejąc się, gospodyni: „Daj zdrowie ichmościom!
Wielcem rada w domu swym niebywałym gościom“.
Stąd przypowieść: Pan Kurek Panną Maglownicą,
Kiedy się waszmościają pachołek z woźnicą....

(Około 1680 r.)[183]


WACŁAW POTOCKI.
O TŁÓMACZACH I PRAWDZIWEJ POEZJI.
(Z CYKLU „CKNI MI SIĘ“.)

Pisali Kochanowscy, wielcy dwaj poeci,
I pierwszy w naszej Polszcze, Jan z Piotrem, ale ci
Dali pokój łacińskim wierszom: Jan z Dawida
Psalmy, Piotr z Włocha Tassa tłómaczy Godfryda.
Pisał Andrzej Stanisław Morsztyn, i dziś pisze,

Nie borowe zbierając po Parnazie szysze,
Lecz słowa, odlewane sentencyj wybory,
Pod smoczą rwane strażą hesperyjskiej Flory
Z włoskich, francuskich, tekstów; albo więc z łaciny
Przesadzają owoce w ojczyste dziardyny.
Dwu rzeczy trzeba, kto chce dokazać tej sztuki:
Słów nałożonej sterty, a potem nauki.
O słowa jeszcze mniejsza, bo się z nami rodzą
I niewiasty do wierszy pisania podwodzą.
Ciężej nauka idzie; kto chce dobrze pisać,
Siła mu wprzód do głowy trzeba ksiąg wysysać.
Jeśli tylko wiersz czynią jednakie sylaby, —
Takie, jako się rzekło, leda piszą baby.
Mieszają też łaciny drudzy połowice:
Nie piszą ci po polsku, lecz macaronice,
Jakoby w słomianej strzesze blachą łatał dziury.
Niech słowa i naukę ma; jeśli z natury
Pochopu do pisania wierszy w sobie nie ma,
Nigdy nie będzie dobrym poetą obiema.

(1688)[184].


ELŻBIETA DRUŻBACKA.
WIOSNA.
(Z POEMATU: „OPISANIE CZTERECH CZĘŚCI ROKU“).

O! złoty wieku w postaci dziecinnej,
Wiosno wesoła! Toć się pięknie śmiejesz.
Wszytko twej ujdzie płochości niewinnej,
Czy chłodem dmuchasz czyli ciepłem grzejesz;
Wolnoć, jak dziecku, dla swojej zabawki
Dziś urodzone śniegiem straszyć trawki....

Zielone lasy w cieniach rozmaitych
Z pięknych kolorów liberyje mają:
Insze na brzegach, insze w gajach krytych,
Insze na drzewach niskich gust wydają,
Insze na buku, grabinie i sośnie,
Insze na dębie, który sto lat rośnie.

Insząś zieloność łąkom naznaczyła,
Jedwabność trawy dawszy im za płaszcze,
Ślicznemi kwiatki jak cacko upstrzyła....

Dopieroż kwiatom, ziołom ogrodowym,
Obacz, jak piękne sprawiła sukienki,
Trudno opisać, ni Apellesowym
Pędzlem malować ich kolorów wdzięki.
Niech się paryskich fabryk materyja
Wstydzi, wenecki jedwab w kłębek zwija.
Któryż król, książę, senator bogaty,
Co dzień się stroi w purpurową togę?
Odmienia różne na festyny szaty,
Podlejszych znowu zażywa na drogę....

Tu słowik wdzięczne przemiany w swym głosie
Posyła echu, które chętnie niesie
Przyjemny koncert porankowej rosie:
Słychać go w łozach, słychać w ciemnym lesie;
A gdzie strumyczek, szemrząc, płynie wązki,
Pleszcze skrzydełka, skoczywszy z gałązki.

(Około 1750.)[185]


ELŻBIETA DRUŻBACKA.
POCHWAŁA LASÓW.

Zważywszy życia ludzkiego obroty,
Mając w nich więcej gustu i ochoty.
Niech, kto chce, z mojej dzikości się śmieje,
Nie dbam nic na to; wolę z swej prostoty
Las, aniżeli świat, pełen niecnoty.
Lasy kochane, zielone chłodniki,
Drzewa, przyjemny szum dającc z siebie,
Trawy, pagórki, biegnące strumyki,
Przy was niech mieszkam, choć o suchym chlebie!
Zdrowszy mi napój z waszych źródeł żywych,
Niż drogie trunki, gdy z rąk nieżyczliwych.

Jak ranna zorza swój rumieniec śliczny

Pokaże, rosa perłowe kropelki
Pozbiera, jużci pasterz okoliczny
Nie zaśpi a ptak wyśpiewuje wszelki;
Ci trzody owiec żeną między wrzosy,
Te — mokre skrzydła otrzepują z rosy....
Wnet różnych głosów stroją instrumenta,
Po drzewach skacząc wysoko, to nisko;
Krzykną roślejsze i drobne płaszęta,
Bezpieczne, chociaż słuchamy ich blisko.
Za nic koncerty i włoskich nut sztuki,
Ich milsze głosy bez mistrza nauki.

Odpocznie ptastwo, aż zaczną pasterze
Smutne wywodzić dumy na fujarze,
Inni zaś skoczne mazury na lirze,
Tańcując z nami każdy w swojej parze;
My wdzięczne pieśni śpiewamy koleją,
Lasy słuchają a gaje się śmieją....

(Około 1750.)[186]


ELŻBIETA DRUŻBACKA.
SKARGA KILKU DAM.
(DLA JAKICH RACJI Z MĘŻAMI SWYMI ŻYĆ NIE CHCĄ).

W pewnym ogrodzie, pomiędzy szpalery
W czas ranny chodząc, szeptałam pacierze;
Słucham ciekawie, że jakieś afery
Sekretne mają damy przy kwaterze;
Siedząc na darniu w figurę kanapy,
Coraz z tabakier zażywają rapy.
Nadstawiam ucha przez grabiny gęste,
Liście mnie swoim zasłoniło cieniem;
Widzę łzy w oczu, a wzdychania częste
Uważam i mam litość nad stworzeniem
Płci mojej: ledwie wraz z niemi nie kwilę,
Nie wiedząc, że to płaczą krokodyle.
Pierwsza zaczyna żal do męża prawić,
Że „jak smok siedzi na łańcuchu w domu;

„Nic nie dba, bym się czem miała zabawić,
„Sługi nie pytaj, zagrać niemasz komu,
„Ani takiego, żeby mnie zrozumiał,
„W mądrych dyskursach rezonować umiał.
„Jakże tu mięszkać z takim domatorem,
„Co tylko wołom karmnym krzyżów maca,
„Zboże na targi wyprawuje worem?
„Prostych to osób z taką zrzędą praca!
„Kafy w mym domu nie znajdzie trzech ziarnek,
„Piwa mi z serem zagrzać każe garnek!..
Od trzeciej skarga zachodzi osoby,
Mówiąc: „Fraszka to, godna śmiechu sprawa!
„Mnieby zapłakać, gdy nie znam, co roby,
„Sejmów nie widzę, nie wiem, gdzie Warszawa:
„Choćby mi boków nastursano w ciżbie,
„Bylem z raz była w Senatorskiej Izbie!
„Nie wiem, co jest bal, assamble, reduty:
„Mój mnie jegomość osadził przy kurach;
„Paź do ogona ma łatane buty;
„O blondynowych nie chce garniturach
„Wiedzieć, żebym je mieć mogła na modę.
„Otóż z tych racji z gapiem się rozwiodę!“
Ostatnia mówi: „Jam się w wachlarzyku
„Pięknym kochała, gdzie minijatura
„Postać Kupida, niby w ołtarzyku,
„Wstawiła, co mu dać mogła natura,
„Wszystko wyraźne w tak subtelnej sztuce
„Było... A resztę dla żalu ukrócę!
„Mój Satyr, wziąwszy wachlarz w grube ręce,
„Jak jął wachlować, niby kowal miechem,
„Nie uważając na członki chłopięce, —
„Rozumiał, że to z pachołkiem Wojciechem
„Za pasy chodzi, -złamał kość słoniową.
„Rura!... Za rurę osądził wołową!
„Ja, pełna będąc cholery i żalu,
„Odjeżdżam z domu, porzuciwszy dzieci;

„Na pożegnaniu powiem mu: „Brutalu!
„Już z tobą żyję rok dziesiąty trzeci, —
„Dłużej nie myślę, intencji nie kryję:
„Wiedz, w jakiej cenie są galanteryje!“...
Milczałam dotąd, chcąc sekret zachować
Dla wstydu, zem też i ja białogłową;
Odtąd zaczynam mężatki rachować,
Zamiast pięć panien głupich, co je zową
W Ewangeliji, że w lampach nie miały
Oleju, od drzwi precz odejść musiały.
Wiem, że niejednej w sumieniu zawierci
Robak, choć go chce umorzyć sposoby;
„Nie opuszczę cię aż do samej śmierci!“
Opuszcza snadno dla podłej osoby.
Przymierze z Stwórcą dla stworzenia łamie:
„Idź precz, Antoni! Żyj ze mną, Adamie!“
Jeśli dla racji, wyżej wyrażonych,
Kochane panie, szukacie rozwodu,
Nie miejcie za złe, że was rozpuszczonych
W swywoli sądzę! Polskiemu narodu
Krzywdę czynicie, z siebie śmiechy, żarty;
Honor wasz płacze, że goły, wytarty.
Czy słuszna, żeby Rzym, nuncyjaturę,
Konsystorz kłócić niegodziwą sprawą?
Bóg dobry, iże piorunową chmurę
Nie ześle, w piekło nie wyprawi nawą!
Przyjdzie kres, kiedy z życiem was rozwiedzie;
Będzie wiedziała każda, dokąd jedzie!...

(Około 1750 r.)[187]


STANISŁAW TREMBECKI.
WILK I BARANEK.
(BAJKA).

Racyja mocniejszego zawdy lepsza bywa.
Zaraz wam tego dowiodę!
Gdzie bieży krynica żywa,
Poszło jagniątko chlipać sobie wodę.

Wilk, tam naczczo nadszedłszy, szukając napaści,
Rzekł do baraniego syna: — „I któż to zaśmielił waści,
„Że się tak ważysz mącić mój napitek?
„Nie ujdzie ci bez kary tak bezecna wina“.
Baranek odpowiada, drząc z bojaźni wszytek:
„Ach, panie dobrodzieju! racz sądzić w tej sprawie
„Łaskawie:
„Obacz, że, niżej ciebie, niżej stojąc zdroju,
„Nie mogę mącić pańskiego napoju“.
— „Cóż! jeszcze mi zadajesz kłamstwo w żywe oczy?
„Poczekaj, języku smoczy!
„I tak rok-eś mię zelżył paskudnemi słowy!“
„Cysiam jeszcze... i na tom poprzysiąc gotowy,
„Że mnie przeszłego roku nie było na świecie“.
— „Czy ty, czy twój brat, czy który twój krewny,
„Dość, że tego jestem pewny, że wy mi honor szarpiecie:
„Psy, pasterze i z waszą archandyją całą
„Szczekacie na mnie, gdzie tylko możecie:
„Muszę tedy wziąć zemstę okazałą“.
Po tej skończonej perorze
Łapes, jak swego, i zębami porze.

(1776)[188].


STANISŁAW TREMBECKI.
KOŃ I WILK.
(BAJKA).

Onego czasu, gdy
Sędzioły zmiatał i odmładzał trawy,
Gdy poczynało karmy brakować w stodole,
Poszły bydlęta żywić się na pole.
Pewny wilk także wtedy spacyjerem chodził,
Który się całą zimę rozmyślaniem bawił,

Wielki post wiernie odprawił,
Przez co się wielce wygłodził.
Po zejściu więc skorupy bieżąc koło błonia,
Ujrzał na czarny korzeń puszczonego konia.
Co za radość! Lecz chudziak, bojąc się nie sprostać:
„Szczęśliwy — rzecze — ktoby ciebie schrupał!
Ej, czemuś ty nie baran? byłbym cię już łupał,
A tak — muszę frantować, ażeby cię dostać!
Frantujmyż!“ Bierze zatem ułożoną minę,
Stąpa z partesu, nakształt karmnego prałata,
Powiada się być uczniem Hipokrata,
Ziółek szukanie kładzie za drogi przyczynę,
Których zna moc i własności,
I chce oddać usługę Jego Końskiej Mości:
Gdyż paść się tak, nie będąc wiązanym na linie,
Znaczy słabość w medycynie;
Lekarstwo tedy gratis oświadcza mu z duszy.
Pan Ogierowicz (nie w ciemię go bito!):
„Mam — rzecze — uczciwszy uszy,
Sprośny wrzód, który mi się zakradł pod kopyto“.
„Nie troszcz się, moje dziecię! — jeśpan medyk mówi —
Z skutecznych leków wzrosła moja sława;
Każemy się wnet ustąpić wrzodowi,
I cyrulictwo bowiem jest moja zabawa“.
Tymczasem ztyłu zachodzi
Rzkomo nogę oglądać, a do brzucha godzi.
Zwąchnął koś i nie chce tego czekać losu:
Podnosząc nogę ochotnie,
Z całej siły jak go grzmotnie,
Z paszczy narobił bigosu.
„Au — zawył wilk — au! jakżem głupszy jest od osła!
Chciałem się bawić zielnikiem,
Będąc z natury rzeźnikiem...
Niechby każdy pilnował swojego rzemiosła!“

(1776)[189].


ADAM NARUSZEWICZ.
SEKRET.
(SATYRA).

Ze wszystkich chorób dusznych, którym od tej pory
Świat podlega, jako złe, z fatalnej Pandory
Puszki wypadłszy, rodzaj śmiertelny dotyka,
Nie znajdziesz pospolitszej nad słabość języka.
Z lej to podobno sama natura pobudki
Przystęp doń dwoistemi zagrodziła kłódki;
Żeby snadź warowniejszej niewolnik katuszy
Nie tak swobodnie paplał, co się dzieje w duszy;
A chociaż się z kościanej czasem wymknie klatki,
Zatrzymały go drugie przy wargach rogatki.
Największy to ze wszystkich zmysłów jest niecnota;
Co drugie wniosą, on sam wyniesie za wrota.
Ile oko nachwyta, różne biorąc wzorki,
Albo ucho nakładnie słów do swej komorki;
Ile nos wścibski zwietrzy, gdzie mu nie należy,
A ręka cichej mackiem narobi kradzieży:
Owo zgoła, co wszystkie z panów, księży, gminu,
Kobiet zniosą do serca, jak do magazynu
Złodziejskiego, towarów, wszystko on wytrawi:
Jedne całą, a drugie półgębkiem wyjawi....
Dobrze zgoła powiedział Sokrat umęczony,
że łatwiej w gębie trzymać węgiel rozpalony,
Niz język za zębami: tak mu srodze piecze.
Plotka, jako jedwabnik, wszystko z siebie wlecze.
Więc, ktośkolwiek jest: czy ci monarcha powierza
Swe pióro, czyś ziemianin, czy flintę żołnierza
Dźwigasz, czyś bez żadnego pachołek urzędu,
Z tego samego, żeś jest między ludżmi, względu,
Bierz stąd prostą naukę, a pomów z kowalem,
By ci gębę łokciowym zagwoździł bretnalem.
Pewne na świerzb lekarstwo: chceszli być spokojny
I sam i między ludźmi nie podniecać wojny.....
Fircyk jest przyjacielem u całego świata,

Fircyk wszystkiego świadom i wszystko rozplata.
Fircyk ma nos ogarzy: wszędy się on dowie;
Fircyk gestami, jeśli nie językiem powie.
Fircyk trąbą u sławy: jeśli między ludzie
Głos puszcza, na fircyku dmie, jako na dudzie.
On najpierwszym jest woźnym bogini świegotki;
Pod jego są pieczęcią wszystkie babie plotki
I gazety fałszywe, co się w pustych rodzą
Głowiznach, a lud prosty bałamuctwem zwodzą.
Prawdziwie, nader słabej ten duszy być musi,
Co, jak wątły żołądek, wszystko wnet wykrztusi;
Byś mu z ptasiego mleka podawał serwatki,
Nie trzeba tkać do gardła palców i łopatki,
Odda zwierzoną sumę z rzęsistym profitem,
Jak pan Łapcap, co z wilczym jada apetytem.
Nie ustąpi milczenie częstokroć wymowie;
Gadać nas uczą ludzie, a milczeć bogowie....

(1778)[190].


ADAM NARUSZEWICZ.
BANKRUT.
(Z SATYRY „REDUTY“).

Owóż masz! Jedzie w modnej jegomość karocy.
Ma parę takich na dzień, a jednę do nocy.
Co za przepych na koniach! co za szór i siatki!
Mógłby za nie wyżywić i żonę i działki
Niejeden biedny rolnik, co się długo pocił,
By pan gnuśny z łez jego grzbiet szkapie ozłocił.
Wygląda, by kość święta z krzyształowej skrzynie:
Po sukniach, ekwipażu i po hojnej minie
Powiedziałbyś, że to pan. Istnać to gołota
Kryje się wśród jedwabiu i jasnego złota.
Zostawił-ci mu ojciec, smażywiecheć szczery,
Jedząc chleb za pieczyste, rzodkiew za selery,
Kilka włości obszernych, jak testament pisze;
Teraz się przy nim został tylko klucz Hołysze,
Wioseczka Pożyczanka z karczmą Nieoddajem.

Reszta poszła, chwalebnym świstaków zwyczajem,
Na oferty miłosne, na smaczne obiady,
Na fabryki rozkoszne z pochlebców porady,
Na dwór, z łuszczybochenków nikczemnych złożony.
Jeździł, nie wiedzieć po co, raz do Barcellony,
Dwakroć do Włoch; dwa razy i Londyn i Bernę
Odwiedził, skąd nam jednę przywiózł ficygernę
Z kilką modnych wachlarzów. Wionęły pieniądze;
Pycha tylko została i niesforne żądze,
Jakby dawną utrzymać choć w nędzy figurę.
Zaledwo mu dłużnicy nie obedrą skórę.
Niemasz kupca, patrona i klauzury mniszej,
Lub kędy utajony kapitalik dyszy,
Żeby go nie wymodlił, wypłakał, wymęczył.
Czy mu kto lada łajdę i błazna nastręczył,
Że ma sumkę, z szachrajstwa długiego nabytą,
Czy piwkiem robi sobie zysk i akwawitą:
Wnet doń posły wyprawia o jej pożyczenie,
Zawinąwszy w papierek honor i sumienie.
Teraz u kominiarza stu talerów szuka;
U stróża wziął dwanaście, dziesięć u hajduka,
Dziesięć z płaczem wycisnął, co pod świętym Janem
Przedaje baba krupy, siedząc za straganem....
Czem jeździ, w co się stroi, gdzie mieszka, czem płaci:
Cudze to są nabytki, jak owa w postaci
Nadobnych się piór kawka próżną chlubą jeży.
Ano, gdyby tu każdy do swojej łupieży
Rękę ściągnął, -szewc zerwał niepłatne trzewiki,
Krawiec porwał za suknię, szmuklerz za guziki,
Włoch czuprynę znienacka nabawił napaści,
Że mu z pudrem pachnącej nie zapłacił maści,
Więc i drudzy dłużnicy poczęli się srożyć,
Możnaby go jak świątka na ołtarzu złożyć,
Ze, światowych marności nie chcąc dalej zażyć,
Dał się z pana odartus zupełnie obnażyć....
Znowu się nadmiesz pierzem, gołoto obrzydła,

Wyrwawszy polskim ptakom i ogon i skrzydła.
Najpewniejszy to sposób do wszystkiego mienia:
Chciwość, przemoc bez kary, rozum bez sumienia.

(1778)[191].


ADAM NARUSZEWICZ.
CHUDY LITERAT.
(SATYRA).

A cóż to, mój uczony chudy mości panie?
Już to temu dwa roki, jak w jednym żupanie
I w jednej kurcie widzę literackie boki!
Sława twoja okryła ziemię i obłoki,
Że cię miały w kolebce Muzy mlekiem poić:
A z niej, widzę, że trudno i sukni wykroić.
Nie pytam, jak tam twój stół i mieszkanie ma się:
Podobno przy gnojowym blisko gdzieś Parnasie
Apollo ci swym duchem czczy żołądek puszy;
Szeląga nie maszż w wacku, a długów po uszy.
Z tem wszystkiem pod pismami twemi prasy jęczą;
Ledwo cię pochwałami ludzie nie zamęczą,
Żeś ozdoba narodu, pszczółka, pełna plonu
Cukrowego, pieszczota, oczko Helikonu,
Kwiatek, perła, kanarek, słońce polskiej ziemi.
— Przestań mię, miły bracie, szarpać żarty swymi.
Mam dosyć ukarania; wszystkom stracił marnie,
Żem się na mecenasy spuścił i drukarnie.
Te ostatni grosz za druk z kalety wygonią,
Tamci dość nagrodzili, kiedy się pokłonią.
Niepokupny dziś rozum: Irzeba wszystko strawić,
Kto go chce na papierze przed światem objawić.
Pełno skarg, że się gnuśny Polak pisać leni,
A niemasz, ktoby ściągnął rękę do kieszeni,
Niemasz owych skutecznych ze złota pobudek;
Więcej szalbierz zyskuje albo lada dudek,
Co pankom nadskakiwa lub co śmiesznie powie:
Bo on za swe rzemiosło podarunki łowi,
A ty biedny swe pisma, opłaciwszy druki,

Albo spal, albo rozdaj gdzie między nieuki.
Żeby z nich mogła imość, gdy przyjedzie Jacek
Ze szkoły, czem podłożyć z rodzynkami placek....
Gdybyć to kupowano księgi! toby przecie
Człowiek jaką łachmanę zawiesił na grzbiecie.
Każdy chce darmo zyskać: jużbym mu ustąpił
Rozumu, byle tylko za papier nie skąpił.
Lecz w naszym kraju jeszcze ten dzień nie zawitał,
Żeby kto w domu pisma pożyteczne czytał....
Każdy mówi, iż niema czasu do czytania,
Każdy się swą zabawą od książki zasłania.
Chłop ma co robić w polu, a rzemieślnik w mieście,
Mnich zabawny swym chórem lub chodzi po kweście.
Ksiądz... lecz ja nie chcę z takiem państwem mieć poswarki.
Kupiec łokcia pilnuje, lub zwiedza jarmarki,
Palestrant gmerze w kartach, co je strzygą mole:
Szlachcic pali tabakę lub łyka przy stole;
Dworaczek piętą wierci, żołnierz myśli, kędy
Karmnik z wieprzem, ser w koszu, a z kurami grzędy.
Pan suszy mózg nad tuzem i wymyśla mody;
Kobieta u zwierciadła, póki służy młody
Wiek, siedzi, a gdy starsze przywędrują lata,
Cudzą sławę nabożnym językiem umiata.
Stary duma, jak mu grosz jeden sto urodzi.
Młokos wiatry ugania i białą płeć zwodzi.
A z tej liczby zabawnych, można mówić śmiele,
Chłopi tylko a kupcy są obywatele.
Słyszałem ja, gdy pewny szlachcic do Warszawy
Przybył dla pewnej ze swym proboszczem rozprawy,
Który go za wytyczne wyklął z kazalnicy,
Ujrzał sklepik z księgami na Farskiej ulicy;
Dziad je jakiś przedawał. Spytał na przechodzie:
A nie wyszło też jakie dzieło w nowej modzie,
Bym je zawiózł dla dzieci? Dobrze to nawiasem
I samemu przy piwku co poczytać czasem.
Teraz jest świat uczony: daj Boże, poczciwy

Żeby był a poprzestał już wyrabiać dziwy! —
— Mam — odpowie staruszek — i różnych i wiele:
Kazania na święta i wszystkie niedziele. —
„Zachowajcie dla księży, mój bracie, boć lepiej
Z karty dobrze powiedzieć, niż co drugi klepi,
Djabeł wie, co, z pamięci na święconem drzewie,
A tego, co powiada, sam i słuchacz nie wie“.
— Mam wydanego teraz niedawno Tacyta
Niech go sobie sam miły pan autor przeczyła.
Niemasz tam nic śmiesznego; to pisarz pogański!“
— Więc waćpan racz dla śmiechu kupić Sejm szatański.
„To pewnie po radomskiej co nastąpił radzie?“
— „Ej, nie! Tu, w czarnej siedząc Lucyper gromadzie,
„Słucha biesów, aby mu rachunek oddali:
„Wiele ludzi po świecie poszukiwali,
„Wiele niewierny patron spraw wygra niesłusznych,
„Wiele ktoś nawyłudza złotówek zadusznych,
„Wiele łez pan wyciśnie z poddanych okrutny,
„Wiele biesów naliczy szuler bałamutny,
„Wiele plotek po mniszkach, próżności po damach,
„Obietnicy u panów, a łgarstwa po kramach“.
„To coś bardzo strasznego...“ — Owóż arcyśliczna
„Książka, co tytuł Przyjaźń ma patryjotyczna. —
„Musi to być szalbierstwo: teraz patryjotą
„Ten tylko, co do siebie zewsząd garnie złoto;
„Miłość dobra ojczyzny w księgach tylko stoi;
„Każdy się w sobie kocha i o siebie boi,
„Żeby mu kordon jakiej nie zagarnął wioski,
„Waląc wreszcie na króla i winy i troski“.
— Są wiersze.— „To błazeństwo!“ — Są też Polskie dzieje. —
„Bodajbyście wisieli na haku, złodzieje,
„Żeście, w wieczne swój naród podając pośmiechy,
„Powyrzucali z kronik i Wandy i Lechy!“
— A o gospodarstwie też będzie wziąć co wola?
„I bez książek pszenicę rodzi moja rola!“
— To o rządzie Europy? „A mnie bies co po tem,

„Jakim się cudze sprawy wiją kołowrotem!
„Ja wiem, że u nas sejmik będzie na Gromnicę,
„A jarmark na Łucyją, świętą męczennicę!
„Nie baj, miły staruszku; trzeba dla mej pani
„Dryjakwi, co od Złotej noszą Węgrzy Bani:
„Dwa razy tylko była mi w Warszawie, alić
„Nie może, biedna, spazmów od siebie oddalić“.
— Takie rzeczy w aptekach. Więc przecie, mój bracie,
„Drukowane jej w sklepie opisanie macie“.
— Cóż więcej? — „Kalendarza!“ A jakiego? — „Coby
„Uczył, czy będą u nas i jakie choroby
„W tym roku, jeśli pokój, czy będziem mieć wojnę,
„Czy głód, czy urodzaje obaczymy hojne?“
— Jest mały kalendarzyk. — „Ten?... to zdrajca, który
„Poodzierał szlacheckie nazwiska ze skóry,
„Co nigdy nie napisał (aż mię serce boli!),
„Lubom za przywilejem wendeński podstoli.
„Będę się, chyba że mię śmierć ze świata zdejmie,
„Publicznie protestował za wzgardę na sejmie,
„By mi go zerwać przyszło!... Tak po targu sprzecznym,
Dawszy tynfa rudego z mieczem obosiecznym,
Poniósł biblijotekę na ładunek głowy:
Receptę do dryjakwi i kalendarz nowy!....

(1775)[192].


IGNACY KRASICKI.
WALKA MNICHÓW.
(z „MONACHOMACHII CZYLI WOJNY MNICHÓW“).

Wpada Hyjacynt, — nowa postać rzeczy:
Miejsce dysputy zastał placem wojny;
Jeden drugiego rani i kaleczy!
Dostał po uchu nasz rycerz spokojny:
Widzi, że skromność już nie ubezpieczy:
Więc, dzielny w męstwo, w oddawaniu hojny,
Jak się zawinął i z boku i z góry,
Za jednym razem urwał dwa kaptury.

Lecą sandały i trepki i pasy,
Wrzawa powszechna przeraża i głuszy.
Zdrętwiał Hyjacynt na takie hałasy,
Chciałby uniknąć bitwy z całej duszy,
A przeklinając nieszczęśliwe czasy,
Resztę kaptura nasadził na uszy,
Już się wymykał.... wtem kuffem od wina
Legł z sławnej ręki ojca Zefiryna.
Ryknął Gaudenty, jak lew rozjuszony,
Gdy Hyjacynta na ziemi zobaczył;
Nową więc złością znagła zapalony,
Żadnemu z ojców, z braci nie przebaczył:
Padł i mecenas, z krzesłem przewrócony,
Definitora za kaptur zahaczył;
Łukasz, raniony, zwinął się w trzy kłęby,
Stracił Kleofas ostatnie dwa zęby.
Coraz się mnożą i krzyki i wrzaski,
Hałas powstaje i wrzawa, aż zgroza!
Ojciec Remigi, sążnisty a płaski,
Używa żwawo zgrzebnego powroza;
Wziął w łeb Kapistran obręczem od faski,
Dydak półgarncem ranił Synifroza,
Skacze Regulat do oczów, jak żmija,
Longin się z rożnem walecznie uwija.
Już był wyciskał talerze i szklanki,
Pękły i kufle na łbach hartowanych,
Porwał natychmiast książkę zza firanki:
Wojsko afektów zarekrutowanych,
Nią się zakłada, pędzi poza szranki
Rycerzów, długą bitwą zmordowanych.
Tak niegdyś sławny mocarz z Palestyny
Oślą paszczęką gromił Filistyny.
Widzi to Rajmund, ozdoba Karmelu,
Widzi w tryumfie syna Dominika,
Wyjeżdża na harc i wpada wśród wielu,
Godnego sobie szuka przeciwnika.

Rafał z nim obok: „Ratuj, przyjacielu!“
Rzekł. Seraficzna w tym punkcie kronika
Padła nań z góry: legł i ręką kiwnął,
Dwa razy jęknął, cztery razy ziewnął.
Zapłakał Rafał, a mądry po szkodzie,
Wtenczas błąd poznał, że wróżkom nie wierzył:
Dotrzymał jednak kroku na odwodzie,
A gdy Gaudenty na niego się mierzył,
Z mokrem kropidłem w poświęconej wodzie,
Oczy mu zalał, trzonkiem w łeb uderzył:
Nie spodziewając się takowej wanny,
Stanął Gaudenty i mokry i ranny.
Otrząsł się wkrótce, a nabrawszy duchu,
W dwójnasób czyny heroiczne mnożył.
Ojcze Barnabo! Lepiej było w puchu!
Pocoś szedł w wojnę? pocoś się tak srożył?
I ty, Pafnucy, ległeś w tym rozruchu!
I ty, Gerwazy, słusznieś się zatwożył!
Nic go nie wstrzyma w zemście przedsięwziętej,
Na waszą zgubę odetchnął Gaudenty!

(1778)[193].


IGNACY KRASICKI.
PIJAŃSTWO.
(SATYRA.)

Skąd idziesz? Ledwo chodzę. — Słabyś? — I jak jeszcze:
Wszak wiesz, że się ja nigdy zbytecznie nie pieszczę;
Ale mi zbyt dokucza ból głowy okrutny.
— Pewnieś wczoraj był wesół? — Dlategoż dziś smutny.
— Przejdzie ból: powiedzże mi, proszę, jak to było?
Po smacznym, mówią, kąsku, i wodę pić miło.
— Oj nie miło, mój bracie! bogdaj z tem przysłowiem.
Przepadł, co go wymyślił! jak było, opowiem.
Upiłem się onegdaj dla imienin żony,
Nie żal mi tego było. Dzień ten obchodzony
Musiał być uroczyście. Dobrego sąsiada
Nie źle czasem podpoić, jejmość była rada,

Wina mieliśmy dosyć, a że dobre było,
Cieszyliśmy się pięknie, i nieźle się piło;
Trwała uczta do świtu. W południe się budzę,
Cięży głowa, jak ołów; krztuszę się i nudzę;
Jejmość radzi herbatę, lecz to trunek mdlący.
Jakoś koło apteczki przeszedłem niechcący,
Anyżek mnie zaleciał: trochę nie zawadzi;
Napiłem się więc trochę, może mi poradzi.
Nudno przecie: ja znowu, już mi raźniej było.
W tem dwóch z uczty wczorajszej kompanów przybyło:
Jakże nie poczęstować, gdy kto w dom przychodzi?
Jak częstować, a nie pić? i to się nie godzi:
Więc ja znowu do wódki, wypiłem niechcący:
Omne trinum perfectum, bo trunek gorący
Dobry jest na żołądek. Jakoż w punkcie zdrowy.
Ustały i nudności, ustał i ból głowy.
Zdrów i wesół wychodzę z mojemi kompany,
Wtem obiad zastaliśmy już przygotowany.
Siadamy. Chwali trzeźwość pan Jędrzej, my za nim:
Bogdaj to wstrzemięźliwość! pijatykę ganim,
A tymczasem butelka nietykana stoi.
Pan Wojciech, co się bardzo niestrawności boi,
Po szynce, cośmy jedli, trochę wina radzi.
Kieliszek jeden, drugi, zdrowiu nie zawadzi,
A zwłaszcza, kiedy wino wytrawione, czyste.
Przystajem na takowe prawdy oczywiste.
Idą zatem dyskursa tonem statystycznemi,
O miłości ojczyzny, o dobru publicznem,
O wspaniałych projektach, mężnym animuszu;
Kopiem góry dla srebra i złota w Olkuszu,
Odbieramy Inflanty, i państwa Multańskie,
Liczymy owe sumy Neapolitańskie,
Reformujemy państwo, wojny nowe zwodzim,
Tych bijem wstępnym bojem, z tamtymi się godzim;
A butelka nieznacznie jakoś się wysusza.
Przyszła druga; a gdy nas żarliwość porusza,

Pełni pociech, że wszyscy przeciwnicy legli,
Trzeciej, czwartej i piątej aniśmy postrzegli.
Poszła szósta i siódma, za niemi dziesiąta.
Naówczas, gdy nas miłość ojczyzny zaprząta,
Pan Jędrzej, przypomniawszy żórawińskie klęski,
Nuż w płacz nad królem Janem. — Król Jan był zwycięski!
Krzyczy Wojciech. — Nieprawda! – A pan Jędrzej płacze.
Ja, gdy ich chcę pogodzić, i rzeczy tłómaczę,
Pan Wojciech mi przymówił. — Słyszysz waść, mi rzecze.
— Jakto waść! nauczę cię rozumu, człowiecze!
On do mnie, ja do niego: rwiemy się zajadli;
Trzyma Jędrzej; na wrzaski służący przypadli;
Nie wiem, jak tam skończyli zwadę naszą wielkę,
Ale to wiem i czuję, żem wziął w łeb butelką.
Bodaj w piekło przepadło obrzydłe pijaństwo!
Cóż w niem? tylko niezdrowie, zwady, grubijaństwo.
Oto profit: nudności, i guzy, i plastry.
— Dobrze mówisz, podłej to zabawa hałastry:
Brzydzi się niem człek prawy, jako rzeczą sprosną;
Z niego zwady, obmowy nieprzystojne rosną;
Pamięć się przez nie traci, rozumu użycie,
Zdrowie się nadweręża i ukraca życie.
Patrz na człeka, którego ujęła moc trunku,
Człowiekiem jest z pozoru, lecz w zwierząt gatunku
Godzien się mieścić, kiedy rozsądek zaleje,
I w kontr naturze postać bydlęcą przywdzieje.
Jeżli niebios zdarzenie wino ludziom dało,
Na to, aby użyciem swojem orzeźwiało,
Użycie darów bożych powinno być w mierze.
Zawstydza pijanicę nierozumne zwierzę!
Potępiają bydlęta niewstrzymałość naszą,
Trunkiem według potrzeby gdy pragnienie gaszą,
Nie biorą nad potrzebę. Człek, co niemi gardzi,
Gorzej od nich gdy działa, podlejszy tem bardziej.
Mniejsza guzy i plastry, to zapłata zbrodni.
Większej kary, obelgi takowi są godni,

Co, w dzikiem zaślepieniu występni i zdrożni,
Rozum, który człowieka od bydlęcia różni,
Śmią, za lada przyczyną, przytępiać lub tracić.
Jakiż zysk taką szkodę potrafi zapłacić?
Jaka korzyść tak wielką utratę nagrodzi?
Zła to radość, mój bracie! po której żal chodzi.
Ci, co się na takowe nie udają zbytki,
Patrz, jakie swej trzeźwości odnoszą pożytki;
Zdrowie czerstwe, myśl u nich wesoła i wolna,
Moc i raźność niezwykła i do pracy zdolna,
Majętność w dobrym stanie, gospodarstwo rządne,
Dostatek na wydatki potrzebne, rosządne.
Te są wstrzemięźliwości zaszczyty, pobudki,
Te są. — Bądź zdrów. — Gdzie idziesz? — Napiję się wódki.

(1779)[194].


IGNACY KRASICKI.
ŻONA MODNA.
(SATYRA.)

— A ponieważ dostałeś, coś tak drogo cenił,
Winszuję, panie Pietrze, żeś się już ożenił.
— Bóg zapłać! Cóż to znaczy? Ozięble dziękujesz,
Alboż to szczęścia swego jeszcze nie pojmujesz?
Czyliż się już sprzykrzyły małżeńskie ogniwa?
— Nie ze wszystkiem, luboć to zazwyczaj tak bywa;
Pierwsze czasy cukrowe. — Toś pewnie w goryczy?
— Jeszczeć!... — Bracie, trzymaj więc, coś dostał w zdobyczy,
Trzymaj skromnie, cierpliwie, a milcz, tak, jak drudzy,
Co to swoich małżonek uniżeni słudzy,
Z tytułu ichmościowie, dla oka dobrani,
A jejmość tylko w domu rządczyni i pani.
Pewnie może i twoja? — Ma talenta śliczne:
Wziąłem po niej w posagu cztery wsie dziedziczne:
Piękna, grzeczna, rozumna. — Tem lepiej! — Tem gorzej!
Wszystko to na złe wyszło i zgubi mnie wsporzej;
Piękność, talent wielkie są zaszczyły niewieście:
Cóż po tem, kiedy była wychowana w mieście!....

— Alboż to miasto psuje? — A! któż wątpić może!
Bogdaj to żonka ze wsi! — A z miasta? — Broń Boże!
— Źlem tuszył, skorom moją pierwszy raz obaczył;
Ale, żem to, co postrzegł, na dobre tłumaczył,
Wdawszy się już, a nie chcąc dla damy ohydy,
Wiejski Tyrsys wzdychałem do mojej Filidy.
Dziwne były jej gesty i misterne wzdzięki,
A nim przyszło do ślubu i dania mi ręki,
Szliśmy drogą drogą romansów; a czym się uśmiéchał,
Czym się skarżył, czy milczał, czy mówił, czy wzdychał,
Widziałem, żem niedobrze udawał aktora:
Modna Filis gardziła sercem domatora.
I ja byłbym nią wzgardził; ale punkt honoru.
A czego mi najbardziej żal: ponęta zbioru,
Owe wioski, co z memi graniczą dziedziczne,
Te mnie zwiodły, wprawiły w te okowy śliczne.
Przyszło do intercyzy. Punkt pierwszy, że w mieście
Jejmość, przy doskonałej francuskiej niewieście,
Co lepiej (bo Francuzka) potrafi ratować,
Będzie mieszkać, ilekroć trafi się chorować.
Punkt drugi: chociaż zdrowa, czas na wsi przesiedzi,
Co zima jednak miasto stołeczne odwiedzi.
Punkt trzeci: będzie miała swój ekwipaż własny,
Punkt czwarty: dom się najmie wygodny, nie ciasny,
To jest: apartamenta paradne dla gości,
Jeden ztyłu dla męża, zprzodu dla jejmości.
Punkt piąty... A, broń Boże! Zląkłem się! — A czego?
— Trafia się, rzekli krewni, że z zdania wspólnego
Albo się węzeł przerwie, albo się rozłączy.
— Jaki węzeł? — Małżeński. — Rzekłem: Ten śmierć kończy!
Rozśmieli się z wieśniackiej przytomni prostoty.
I tak, płacąc wolnością niewczesne zaloty,
Po zwyczajnych obrządkach, rzecz poprzedzających,
Jestem wpisany w bractwo braci żałujących.
Wyjeżdżamy do domu. Jejmość w złych humorach:
— Czem pojedziem? — Karetą. — A nie na resorach?

— Dalejż ja po resory. Szczęściem kasztelanic,
Co karetę angielską sprowadził z zagranic,
Zgrał się co do szeląga. Kupiłem. Czas siadać.
Jejmość słaba. Więc podróż musiemy odkładać.
Zdrowsza jejmość, zajeżdża angielska karéta.
Siada jejmość, a przy niej suczka faworyta;
Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki,
Te od wódek pachnących, tamte od tabaczki,
Niosą pudło kornetów, jakiś kosz na fanty;
W jednej klatce kanarek, co śpiewa kuranty,
W drugiej sroka, dla ptaków jedzenie w garnuszku,
Dalej kotka z kocięty i mysz na łańcuszku.
Chcę siadać, niemasz miejsca: żeby nie zwlec drogi,
Wziąłem klatkę pod pachę, a suczkę na nogi.
Wyjeżdżamy szczęśliwie. Jejmość siedzi smutna,
Ja milczę, sroka tylko wrzeszczy rezolutna.
Przerwała jejmość myśli: — „Masz waćpan kucharza?“
Mam, moje serce. — „A pfe! koncept z kalendarza:
„Moje serce!“ Proszę się tych prostactw oduczyć!“
Zamilkłem; trudno mówić, a dopieroż mruczeć!
Więc milczę. Jejmość znowu o kucharza pyta:
— Mam, mościa dobrodziejko. — Masz waćpan stangréta“? —
Wszak nas wiezie. „To furman! Trzeba od parady
„Mieć inszego. Kucharza dla jakiej sąsiady
„Możesz waćpan ustąpić.“ — Dobry! — „Skąd?“ — Poddany.
„To musi być zapewne nieoszacowany:
„Musi dobrze przypiekać reczuszki, łazanki,
„Do gustu pani wojskiej, panny podstolanki!
„Ustąp go waćpan, przyjmą pana Matyjasza,
„Może go i ksiądz pleban użyć do kiermasza.
„A pasztetnik?“ — Umiał-ci i pasztety robić.....
Wierz mi waćpan: jeżeli mamy się sposobić
„Do uczciwego życia, weźże ludzi godnych,
„Kucharzy-cudzoziemców, pasztetników modnych!
„Trzeba i cukiernika. Serwis zwierciadlany
„Masz waćpan i figurki piękne z porcelany?

— Nie mam. — Jak to być może? Ale już rozumiem
„I, lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem,
„Domyślam się: na wety zastawiają półki,
Tam w pięknych piramidach krajanki, gomółki,
Tatarskie ziele w cukrze, imbier chiński w modzie;
„Zaś ku większej pociesze razem i wygodzie,
W ładunkach bibułowych kmin kandyzowany,
„A na wierzchu toruński piernik pozłacany.
„Szkoda mówić: to pięknie, wybornie i grzecznie!
„Ale wybacz mi waćpan, że się stawię sprzecznie:
„Jam niegodna tych parad, takiej wspaniałości“.
Zmilczałem, wolno było żartować jejmości.
Wjeżdżamy już we wrota: spojrzała z karety:
— „A pfe mospanie! Parkan! Czemu nie sztakiety?“
Wysiadła, a z nią suczka i kotka i myszka.
Odepchnęła starego szafarza Franciszka:
Łzy mu w oczach stanęły, jam westchnął. W drzwi wchodzi:
— To nasz ksiądz pleban. — „Kłaniam!“ – Zmarszczył się dobrodziej.
— „Gdzie sala?“ — Tu jadamy. — „Kto widział tak jadać?
Mała izba, czterdziestu nie może tu siadać.“ —
Aż się wzdrygnął Franciszek, skoro to wyrzekła,
A klucznica natychmiast ze strachu uciekła.
Jam został. Idziem dalej. — Tu pokój sypialny.
— A pokój do bawienia?“ — Tam, gdzie i jadalny.
— „To być nigdy nie może, a gabinet?“ — Dalej,
Ten będzie dla waćpani, a tu będziem spali.
— „Spali? Proszę, mospanie, do swoich pokojów.
Ja muszę mieć osobne od spania, od strojów,
Od książek, od muzyki, od zabaw prywatnych.
Dla panien pokojowych, dla służebnic płatnych.
A ogród?“ — Są kwatery z bukszpanu, ligustru.
— „Wyrzucić: nie potrzeba przydatniego lustru.
To niemczyzna. Niech będą z cyprysów gaiki,
Mruczące po kamykach gdzieniegdzie strumyki,

Tu kiosk, a tu meczecik, holenderskie wanny,
Tu domek pustelnika, tam kościół Dyanny,
Wszystko jak od niechcenia, jakby od igraszki,
Belwederek maleńki, klateczki na ptaszki,
A tu słowik miłośnie szczebiocze do ucha,
Synogarlica jęczy, a gołąbek grucha,
A ja sobie rozmyślam pomiędzy cyprysy
Nad nieszczęściem Pameli albo Heloisy..."
Uciekłem. Jejmość wszędy, pełno w domu wrzawy,
Trzy sztafety w tygodniu poszło do Warszawy;
W dwa tygodnie już domu i poznać nie można.
Jejmość, w planty obfita a w dzieła przemożna,
Z stołowej izby balki wyrzuciwszy stare,
Dała sufit, a na nim Wenery ofiarę.
Już alkowa złocona w sypialnym pokoju,
Gipsem wymarmurzony gabinet od stroju.
Poszły słojki z apteczki, poszły konfitury,
A nowem dziełem kunsztu i architektury
Z półek szafy machoni, w nich książek bez liku,
A wszystko po francusku, globus na stoliku,
Buduar szklni się złotem, pełno porcelany,
Stoliki marmurowe, zwierciadlane ściany....
Zgoła przeszedł mój domek warszawskie pałace,
A ja w kącie nieborak jak płaczę, tak płaczę.
To mniejsza, lecz gdy hurmem zjechali się goście,
Wykwintne kawalery i modne imoście,
Bal, maski, trąby, kotły, gromadna muzyka:
Pan szambelan za zdrowie jejmości wykrzyka,
Pan adjutant wypija moje stare wino,
A jejmość, w kącie siedząc z panią starościną,
Kiedy się ja uwijam, jako jaki sługa,
Coraz na mnie pogląda, śmieje się i mruga.
Po wieczerzy fejerwerk; goście patrzą z sali:
Wpadł szmermel między gumna, stodoła się pali!
Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę,
A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębacze.

Powracam zmordowany od pogorzeliska,
Nowe żarty, przymówki, nowe pośmiewiska.
Siedzą goście, a coraz więcej ich przybywa.
Przekładam zbytni ekspens: jejmość zapalczywa
Z swojemi czterma wsiami odzywa się dwornie.
— I osiem nie wystarczy! przekładam pokornie.
— „To się wróćmy do miasta!“ — Zezwoliłem; jedziem;
Już tu od kilku niedziel zbytkujem i siedziem;
Już... ale dobrze mi tak, choć frasunek bodzie:
Cóż mam czynić? próżny żal, jak mówią, po szkodzie!

(1779.)[195]


IGNACY KRASICKI.
Z „BAJEK“.
WSTĘP.

Był młody, który życie wstrzemięźliwie pędził;
Był stary, który nigdy nie łajał, nie zrzędził;
Był bogacz, który zbiorów potrzebnym udzielał;
Był autor, co się z cudzej sławy rozweselał;
Był celnik, który nie kradł; szewc, który nie pijał;
Żołnierz, co się nie chwalił; łotr, co nie rozbijał;
Był minister rzetelny, o sobie nie myślał;
Był nakoniec poeta, co nigdy nie zmyślał.
A cóżto jest za bajka? wszystko to być może!
Prawda! Jednakże ja to między bajki włożę...

OWIECZKA I PASTERZ.

Strzygąc pasterz owieczkę, nad tem się rozwodził,
Jak wiele prac ponosi, żeby jej dogodził.
Że milczała: „Niewdzięczna!“ — żwawie ją ofuknie.
Więc rzekła: „Bóg ci zapłać!... a z czego te suknie?“

JAGNIĘ I WILCY.

Zawżdy znajdzie przyczynę, kto zdobyczy pragnie.
Dwuch wilków jedno w lesie nadybali jagnię;
Już go mieli rozerwać. Rzekło: „Jakiem prawem?“
„Smacznyś, słaby i w lesie!“ Zjedli niezabawem.

PAN I PIES.

Pies szczekał na złodzieja, całą noc się trudził:
Obili go nazajutrz, że pana obudził.
Spał smaczno drugiej nocy, złodzieja nie czekał;
Ten dom skradł: psa obili za to, że nie szczekał.

CHŁOP I CIELĘ.

Nie sztuka zabić, — dobrze zabić sztuka.
Z bajki nauka.
Szedł chłop na jarmark, ciągnąc cielę na powrozie;
W lesie, w wąwozie,
W nocy burza napadła, a gdy wiatry świszczą,
Wśród ciemności postrzegł wilka — po oczach, co błyszczą
Więc do pałki! Jak jął machać, nie myślawszy wiele,
Zamiast wilka, który uciekł, zabił swoje cielę.
Trafia się to i nie w lesie, panowie doktorzy!
Leki — pałka, wilk — choroba, a cielęta — chorzy.

PTASZKI W KLATCE.

Czego płaczesz?“ staremu mówił czyżyk młody,
„Masz teraz lepsze w klatce, niż w polu, wygody.“
„Tyś w niej zrodzon,“ rzekł stary, przeto ci wybaczę:
„Jam był wolny, dziś w klatce — i dlatego płaczę.“

NOCNI STRÓŻE.

Małe złego początki wzrastają z uporu:
Zawżdy ludzi omamia płochy punkt honoru.
Miasto jedno w ustawnej zostawało trwodze:
Jędrzej, Piotr, nocni stróże, zawzięli się srodze.
Więc rozruch w domach, w karczmach, na każdej ulicy:
Piotra wójt utrzymywał, Jędrzeja ławnicy;
Za mężami szły żony, za starszymi dzieci;
Przeniósł się wreszcie rozruch od mieszczan do kmieci.
Wojna zatem, i oto przez lat kilkanaście
Piotr krzyczał: Gaście ogień! Jędrzej: Ogień gaście!

(1779.)[196]


TOMASZ KAJETAN WĘGIERSKI.
LEW I ŚLIMAK.
(Z „MOJEJ EKSKUZY“).

Bardzo mi dobrą bajkę los mój przypomina,
Z której początek bierze cała moja wina.
Raz król zwierząt, by swojej chimerze dogodził,
Tym chodem lazł na drzewo, jak po ziemi chodził.
Ale, gdy się daremnie przez cały czas biedzi, —
Spojrzy w górę: a ślimak na wierzchołku siedzi.
Na widok tak nikczemny złość go mocna bierze:
„Jak — pyta — wleźć tam mogło to tak podłe zwierzę?“
„Dziwię się — rzekł mu ślimak — żeś tego nie wiedział:
„Kto się czołgać nie umie, nie będzie tu siedział“.
I mnie też to nienawiść sprawiło i biédę,
że się nie czołgam, ale moim krokiem idę.
Lecz, chociażbym do zgonu miał być nieborakiem,
Wolę być lwem w nieszczęściu, niż w szczęściu ślimakiem.

(Około 1780 r.)[197]


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
ZAMIARY MAŁŻEŃSKIE FIRCYKA.
(Z KOMEDJI „FIRCYK W ZALOTACH“).
ARYST (w szlafroku.)

Gość, gość luby! mojego witam dobrodzieja.

FIRCYK (ściskając go mocno).

A! jak się masz, poczciwy wieśniaku!

ARYST (wyrywając się wrzeszczy).

E, je, ja,
Stój, dla Boga, co robisz? starościcu? boki!

(wydarłszy mu się).

A, mój panie! jak widzę, mógłbyś dusić smoki.

FIRCYK.

U nas w Warszawie takie jest przyjaźni hasło.

ARYST.

A! niech cię licho weźmie; aż mi w karku trzasło.

FIRCYK.

Tylkobyś się nie pieścił. Cóż tu u was na wsi?
Zdrowsi, bogatsi od nas; lecz my za to żwawsi.

ARYST.

A w Warszawie co słychać?

FIRCYK.

Źle bardzo, pomorek.

ARYST (uląkłszy się, odskakuje).

Na ludzi?

FIRCYK.

Jeszcze gorzej.

ARYST.

Przebóg!

FIRCYK.

Na mój worek:
Zgrałem się, jak ostatni — szeląga przy duszy...
Ci nasi kartownicy gorsi od Kartuszy;
Złapawszy mię onegdaj, nie puścili póty,
Aż z ostatniego grosza zostałem wyzuty;
W sześciu taljach trójka, banku faworyta,
Tak mu była przyjazna, a mnie nieużyta,
Żem na nią przegrał razy dwadzieścia i cztery....

ARYST.

To być nie może, chybaś wpadł między szulery.

FIRCYK.

Tak dalece, że w jednej godzinie, gotowem,
Hollenderskiem, ważącem złotem obrączkowem
Przegrałem tysiąc dusiów — a co mi w szkatule
Brakło, musiałem wydać weksel na Trzy króle,
Na kontrakty do Lwowa ale będę w Dubnie;
Zje kata kto mnie złapie, a tembardziej skubnie;
Lecz wreszcie martwi mnie to... straciłem tak wiele.

ARYST.

Oj trzebaby, trzebaby waści w kuratelę...
Czy można, przy tak zacnem młodzieniec imieniu!

Pięknych przymiotach, sercu dobrem, znacznem mieniu!
Czy można się zapuszczać w nałóg tak fatalny,
Nałóg tem żałośniejszy, że nienaturalny?
Małoż człowiek wrodzonych ma w sobie zdrożności:
Zmysły z duchem walczące, z cnotą namiętności,
Ból, tęsknotę, zgryzoły, niepokój, choroby,
By jeszcze brał za inne zaguby sposoby?

FIRCYK.

Mójże ty filozofie, mój ostry cyniku!
Dobry sylogizm w szkole, lecz nie przy stoliku;
Schowaj się z morałami; nie prosiłem o nie,
Ratuj mię, podaj rękę, bo ostatniem gonię;
Nie mam nic, prócz stałego do gry przedsięwzięcia...
Czy nie wiesz czasem jakiej wdówki do najęcia?
Mniejsza o to, czy stara, czy młoda, garbata,
Prosta, chroma, czy ślepa, byleby bogata.

ARYST.

Jednoby się znalazło... wybierz sobie którą:
Mamy tu babsko ślepe, lat sześćdziesiąt z górą;
Wszak ci takiej potrzeba?

FIRCYK.

Maż funduszu wiele?

ARYST.

Już lat kilka w szpitalu siedzi przy kościele,
Fundusz dobry, i pewny, jeszcze Firlejowski;
Baby mówią pacierze, pleban trzyma wioski.

FIRCYK.

Idźże waść do stu katów, nie praw mi ambai,
Ja chcę baby bogatej, on mi ślepą rai!
Ciężkież to teraz czasy! serce człeka boli:
Kiedy ludzie żyć dobrze umieliby goli.
Źle w Polsce, zewsząd bieda: minery olkuskie
Zalane, zupy wpadły w kordony rakuskie.
Zboże tanie, cło drogie; ojciec znów mój sknera,
Stary, jak kruk, nie daje nic, i nie umiera;

Przecie się niezła człeku upiekłaby grzanka,
Mógłbym jeszcze z rok szumieć, i grać rolę panka;
Potem bym się ożenił z jaką ciepłą babą,
Notandum z babą starą, z babą dobrze słabą;
Ale cóż? bab do djabła! ładuj niemi bryki.
Są i bogate. Cóż stąd? zdrowe gdyby byki;
Jeszczeby mię trup który mógł przeżyć do licha!
Niejeden szczep zielony w starym pniu usycha...
Ale co też ja darmo trudzę sobie głowę;
Przypomniałem, znam jedną cud piękności wdowę...
Nie żleby się koło niej zawinąć nareście.
Pożycz mi, przyjacielu, dukatów ze dwieście.

(1781.)[198]


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
SPÓR O PIERWSZEŃSTWO.
(Z KOMEDJI: SARMATYZM).
GURONOS.

Jakem Guronos, szlachcic, jak z dziadów podczaszy,
Wkrótce dam znać Żugocie, że mnie nie zje w kaszy,
Dom mój miałby pierwszeństwo dać jego domowi?
Mnie djabli wezmą, albo tego, kto tak mówi!

SKARBIMIR.

Ależ...

GURONOS.

Niech każdy odda, co przystoi komu!
Ja pytam: ta impreza skąd Żugotów domu?
Kościół, mówią, dla wszystkich: nie zawsze, nie wszędzie!
Czemuż prosty kanona klerus nie podsiędzie?
Wszystko ma swoje szczeble: jest dalej, jest bliżej.
Niechże, kto wart, wespnie się, kto nie wart, niech zniży!
Przecież żona Żugoty (o co z nami zwada)
Zawsze mi moję jejmość w kościele podsiada.

SKARBIMIR.

Czyż?...

GURONOS.

Trzeba, abyśmy się lepiej zrozumieli.

Co stanowi lustr domu? Dawność parenteli!
Co znowu jej dowodzi? Metryki, herbarze,
Mauzolea, kroniki, statut, inwentarze!
Daj sobie pracę: czytaj! Wszędzie ciągła sława
Domowi Guronosów dank winny przyznawa.
Nie setnem, nie tysiącznem dowiodę to licem!

SKARBIMIR.

Któż wątpi? Jesteś waćpan, jak trzeba, szlachcicem,
Masz świetne antenaty, jasne ich wywody:
Lecz w czem to do sąsiedzkiej ma zawadzać zgody?
Czemu nie zważyć przyczyn?

GURONOS.

Otóż to, sąsiedzie,
W tem kozera: kto z nas krwie świetniejszej dowiedzie,
Ten pierwszy!

SKARBIMIR.

Dom waćpana w zacne ludzie plenny,
Staroświecki...

GURONOS.

Dodajmy: dom wielki, wojenny,
A co najrzadsza, równie z kądzieli, jak z miecza!

SKARBIMIR.

Wszystko to dawną jego świetność zabezpiecza.

GURONOS.

Jeżeli sławne w Rzymie imię Fabijuszów,
I naszych nam niemało Tatarzyn wziął uszów:
Nie pomnę, w którym roku, lecz rzecz oczywista,
Że w tej klęsce poległo Guronosów trzysta!

SKARBIMIR.

Słyszałem tyle razy od waćpana...

GURONOS.

To mi
Dom! Szczęściem został jeszcze Guronos Bartłomiéj,
Gdyż był lactans w kolebce. Dorósłszy lat pory —

Po naszym Sędziwojów wonczas dom był wtóry
I już schodził otóż w nim wziął sociam vitae
Dobrosławę — Gertrudę — Jadwigę — Brygitę,
Ostatnią z Sędziwojów, herbu Koziegłowy:
Alluzyja, jak wiemy z kroniki domowej,
Twardych rogów do Marsa, a koziej osady
Do dziedzicznej domowi Sędziwojów swady.

SKARBIMIR.

I to słyszałem.

GURONOS.

Otóż z tego Bartłomieja
I Brygity gasnąca dwuch domów nadzieja
Wskrzesiła się na Mieszku, jedynym ich synie,
Który Mieszek, pojąwszy Gryszkę na Myślinie,
Spłodził Andrzeja, Marka, Jana, Matyjasza,
Protazego, Łukasza i Matatyjasza,
Z których jeden był tylko sterilis: Protazy.

SKARBIMIR.

I tom miał honor słyszeć mało tysiąc razy,
Pocóż...?

GURONOS.

Aby się tamta dowiedziała strona,
że dom mój nie wyleciał sroce z pod ogona
I że pani Żugota...

SKARBIMIR.

Może mniej roztropna...

GURONOS.

Z tych Andrzej pierworodny wziął Różą z Konopna...

SKARBIMIR.

Zacny mój podczaszycu! Wiem, w jakiej jest cenie
I w jakiej być powinno domów pochodzenie;
Wiem, że i wasze z wieków brały wzrost olbrzymi:
Lecz, gdy, zdrobniawszy, ledwie dziś są dojrzanymi,
Gdy nas małych i wielkich nędza równie ściska,
Co z tego przodkowania? Rzecz do pośmiewiska!

GURONOS.

Mój dom, ale nie nasze! Proszę do kościołów
Na popis monumentów, grabsztynów, mauzołów!
Proszę do przywilejów!

SKARBIMIR.

Jabym zaś radniejszy
Wziąć na różnicę rozum, nad wszystko dawniejszy,
By przez te, śmiechu godne, domów waszych wojny
Nie cierpiał cały powiat nasz, dotąd spokojny,
Ile kiedy, nieszczęściem, drobiazg naszej braci,
Nawykły służyć dumie, co swe zyski płaci,
Nie omieszka, jak nieraz, z małej dość iskierki
Wzniecić pożar ogólny, rokosze, rozterki.
Przystałożby to na dom waćpana, tak stary,
Sławny jasyrem wziętych uszu przez Tatary,
Ażebyś, je wetując w pokoleniu setnym,
Równą klęskę gotował swojskim i szlachetnym?

GURONOS.

Krwie niczyjej nie chciałbym.

SKARBIMIR.

Przecie...

GURONOS.

Przecież, przecież
Próżno swe waszeć jeśpan terefery pleciesz!
Jeden jest dla Żugoty środek: mieć się skromniej!
A nie, to ten kord-cenzor mores mu przypomni.

SKARBIMIR.

Więc rada przyjacielska?...

GURONOS.

Przyjaciel i rada —
Ten kord, co nie, jak waćpan: bije, choć nie gada!

SKARBIMIR.

A prawo na najazdy?

GURONOS.

Oj, gdyby to nie te
Bałamutnie, te prawa! Bassamteremtete!
Do tysiącset kop djabłów, albo jeszcze gorzej!

SKARBIMIR.

Miałem honor już mówić: jeśpan podkomorzy
Tyle się tem zasmuca, wstydzi, gniewa wreście...

GURONOS.

Czy dla nas podkomorzy to, co burmistrz w mieście?
Czy mnie na ratusz wsadzi? Szlachcic na zagrodzie...

SKARBIMIR.

Wiem to, że dawniej równym bywał wojewodzie;
Ależ pan podkomorzy nie imperative,
Lecz, jak braterskie, radzi, jak serce życzliwe,
Naszym się opiekując szczególniej powiatem,
Ex quo jest przodkującym, starszym z braci bratem;
Pisał do mnie dwa razy (znać w nadzieję łaski
Waszeć jeśpana dla mnie), bym wszedł w te niesnaski,
Bym starał się ich zjednać, dając znać w przypisie,
Że już o tem stolica i wie i gorszy się.
Wiadomo waszećpanu, jednakże u Dworu
Takie burdy....

GURONOS.

Burdaż to interes honoru?
To mnie będzie lada kto szarpał, krzywdził, a ja
Mam płakać, uniżać się zwyczajem mazgaja?

SKARBIMIR.

Toż to jest rzecz honoru, aby z fraszki lada
Brat brata zbrojno, sąsiad nachodził sąsiada?
Ażeby chlubne męstwa miał czynić popisy
Przez szczerby, drugim dane, lub przyjęte krysy?

GURONOS.

Otóż to polityzmy, to grzeczności wasze,
Modne rozumowania, sensa! Na pałasze,

Dobrodzieju! to rozum był w dawnym Sarmacie!
Teraz tylko piszecie, pięknie rozprawiacie,
A gdy przyjdzie krzyżową w razie machnąć sztuką,
Stary, popraw! A! żaki z rozumem, z nauką!

(1784.)[199]


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
BABIA GÓRA.
DO PAWŁA CZEMPIŃSKIEGO, GDY OBJEŻDŻAŁ
GÓRY KRAKOWSKIE.

Trwoga warszawskie gubi dziewczęta:
Ta pierś wzdychaniem obrywa,
Płacz tej nabrzmiałe skrwawił oczęta,
Ta na twą pamięć omdlewa,
Ta już umarła!... Nie tak się bały,
Gdyś w obce kraje wędrował:
Choć innym niosłeś krok swój niestały,
Serces im przecię zachował.
Lecz teraz grożą krempackie kmochy,
Niechże cię niebo uchowa!
Ach, nacóż tobie, zuchwalcze płochy,
Podróż do tego Krakowa?
Kędyż tam jesteś? Na Babiej Górze
Słońce za chmury zapada,
Krwawią się nieba na nocną burzę,
Wicher się z Tatrów zakrada.
Ale ty, widzę, drwisz z naszej wiary
I gardzisz radą przyjaźni,
Nie wierząc w djabły, upiory, czary,
Śmiejesz się z ojców bojaźni.
Dokąd lat młodych niesiesz powaby?
Nazbyt swej ufasz nauce:
Jeszcze ty nie znasz, co to te baby!
Uległ niejeden ich sztuce.

Już dziesięć wieków, jak Polska stoi,
Wiedmy dotychczas tam były.
Szczęśliwy, kto się ich bał i boi:
Śmiałego zawsze zgubiły.
Niejeden pielgrzym czynił przysięgę,
Jako ich straszne wyroki:
Widziano z ludzi przez ich potęgę
Żmije, rozpuchy i sroki;
Lub, jeśli który młodzian się ważył
Krok tam posunąć zuchwały,
Przymus go dzikiej pastwie obnażył,
A one kwiat krwie wyssały.
Przebóg! Co słyszę? Powietrze świszczy,
Wzjeżone włosy powstają,
Wrzawa straszydeł huczy i piszczy,
Miotły, latarnie spadają.
Ucichło, ale nad ów zgiełk srogi
Sroższe to jeszcze milczenie;
Księżyc zza dębów, pełniąc swe rogi,
Blade przeciera promienie.
Nie tak kropidła pocisk mistyczny
Złe duchy w ciele zatrudzi,
Ani tak szarpnie drut elektryczny
Za jednem tknięciem sto ludzi,
Jak one razem, ujrzawszy ciebie,
Mocą ciśnione nieznaną,
Sądziły swoję przepaść w Erebie,
Że tam, skąd wyszły, zostaną.
Aż, siadłszy jedna z nich na łopacie:
„O głupie siostry! — zawoła —
Szpiega wy swoich ofiar tu macie:
Zrywa znajome nam zioła.
Twardowski jeno mógł one zrywać
Przeszłemi dawno czasami,
Wolnoć mu było tu niegdyś bywać;
Ale on sprawę miał z nami.

Ano jak w nasze wszedł tajemnice
Ten obcy śmiałek i młody?
Doznasz, co możem, czarnoksiężnice,
Doznasz twej na złe urody.“
Rzekła i zgrzytnie; — tu zapał dziki
Sprośnie im twarze rozżega,
Chwytają smolnie, widła, motyki,
I już, już lecą na szpiega!
Strach owej wyspy przede mną staje,
Gdzie był Ulisses zawinął:
Kwiczeć musiały tam ludzi zgraje,
Roztropny przecię nie zginął.
Straszy mię bardziej Chirona postać:
Czary zapewne to były;
Że człeku przyszło półbykiem zostać,
Tessalskie zioła sprawiły.
Umknij się żywo czarnej godzinie!
Truchleją twe przyjaciołki:
Nie tak Centaury ni Cyrcy świnie,
Jako im straszne wilkołki.
Wracając nam się tu, do stolicy,
W nadgrodę mojej pamięci,
Urwij po drodze garść czemierzycy,
Bo mi się we łbie coś kręci.

(Około 1780 r.)[200]


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
DO WĄSÓW.
(ODA).

Ozdobo twarzy, wąsy pokrętne!
Powstaje na was ród zniewieściały,
Dworują sobie dziewczęta wstrętne,
Od dawnej Polek dalekie chwały,

Gdy pałasz cudze mierzył granice
A wzrok marsowy sercami władał,

Ujmując wtenczas oczy kobiéce,
Bożek miłości na wąsach siadał.

Gdy szli na popis rycerze nasi,
A męstwem tchnęła twarz okazała,
Maryna, patrząc, szepnęła Basi:
„Za ten wąs czarny życiebym dała“.

Gdy nasz Czarnecki słynął żelazem
I dla Ojczyzny krew swą poświęcał,
Wszystkie go Polki wielbiły razem,
A on tymczasem wąsa pokręcał.

Jana trzeciego gdy Wiedeń sławił,
Głos był powszechny między Niemkami:
Oto król polski, co nas wybawił!
Jakże mu pięknie z temi wąsami!“

Smutne w narodzie dzisiaj odmiany:
Rycerską twarzą Nice się brzydzi,
A dla niej Dorant, wódkami zlany,
I z wąsa razem i z męstwa szydzi.

Kogo wstyd matki, ojców i braci,
Niech się z swojego kraju natrząsa:
Ja zaś, z ojczystej chlubny postaci,
Żem jeszcze Polak, pokręcę wąsa!

(Około 1780.)[201]


FRANCISZEK DYJONIZY KNIAŹNIN.
Z KOMEDJI:
CYGANIE.
CYGANIE I CYGANKI (W TABORZE PRZY OGNISKU).
WSZYSCY.

Ach! za nami zawsze nędza!
Od wsi do wsi nas popędza!
Ej, chłodno i głodno!
Choć i głodno i chłodno,
Ale żyjem swobodno!

MORYGA.

Czy wójt taki, czy starosta,
Drze nas jeden, drugi chłosta.
Ej, chłodno i głodno,
Ale żyjem swobodno!

DŻĘGA.

Ni ja Żydem, ni ja Lachem,
Las mnie domem, niebo dachem.
Ej, chłodno i głodno,
Ale żyjem swobodno!

JAWNUTA.

Drew przyrzućcie do ogniska:
I mnie zimno boki ściska.
Ej, chłodno i głodno,
Ale żyjem swobodno!

CHICHA.

Cóż my mamy? ot te szatry,
Które grodzą cztery wiatry!
Ej, chłodno i głodno,
Ale żyjem swobodno!

WSZYSCY.

Byle na dziś było chleba,
Czegoż więcej nam potrzeba?
Ej, chłodno i głodno,
Ale żyjem swobodno!

DŻĘGA.

Swobodno żyjem i nie znamy pana:
To prawda; ale co za stan Cygana?
Żeby kradł tylko i zato batogiem
Macał go szlachcic, a baba ożogiem?
Matko! ty widzisz, co było i będzie:
Czy też był kiedy Cygan na urzędzie,
Sędzią naprzykład, albo ekonomnem,
Któryby sobie cudzym rządził domem?
Możebym i ja był do tego zdolny!

JAWNUTA.

Alboż nie dosyć, żeś wolny?
Jeszcze to na nas kara bardzo mała
Za pierwszych ojców. Co za myśl zuchwała!
Niechaj nas Pan Bóg od podobnej strzeże!
Oni-ć to mieli tę budować wieżę,
Wysoką wieżę, po której z tronu
Chciał iść do nieba król Babilonu.
Ale Bóg takiej nie dopuścił dumie:
(O płochy ludzki rozumie!)
Kiedy już gwiazdy zdziwione postrzegły:
Że, bliżąc ku nim kamienie i cegły,
Lud wyniesiony po gzymsach się wieszał,
Bóg na nich błysnął i języki zmieszał:
Rozsypało się w gruzy owo dzieło;
Cóż tam lecących na łeb poginęło!
Kto się naonczas z karkiem nie pożegnał,
Postrach tę resztę po świecie rozegnał.
Otóż stąd ród nasz, otóż to Cyganie!

MORYGA.

Jawnuto mądra! O, jakżeś wysoka
I w tem, co kędyś tam widzisz głęboka!
Miej od nas uszanowanie!
Ty, jak orlica: my, jak nocne sowy...
Skąd ci nauka i moc tej wymowy?

JAWNUTA.

O dzieci moje! mało ja znam jeszcze;
Ta, co umiała grad ściągać deszcze,
Swej mi światłości trochę użyczyła;
Nad nią nie było na całe Pokucie!
Dziś tylko grób jej nad skałą przy Prucie.
Hababo moja, staruszko miła!
O, gdybyś dłużej nam żyła,
Możebym wstrzymać i te mogła gońce,
Któremi jeżdżą i księżyc i słońce!

(Tu słychać szelest).
CHICHA.

Owoż i nasi. Dobry znak! coś niosą,
Trudno też głodnym żyć rosą.

RUDIO.

Bywaj nam zdrowa, o szczęśliwa nocy!
Jam ukradł cielę przy twojej pomocy.

WSZYSCY.

A to jak?

RUDIO.

Ot, jak? Byłaby i krowa,
By trochę moja nie podrwiła głowa.
Już był ten powróz namówił jej rogi,
Już była ze mną gotowa do drogi, —
Czy mi czart nadał te wrota?
Skrzypnęły: nuż kundel szczekać!
Aż baba z kijem: „A tuś, niecnota!“
Cóż czynić miałem? Uciekać!
Więc cielę na grzbiet i dalej w nogi!
Tymczasem krówka została,
Krówka dojna, krówka biała!
Żal mi jej było, niebogi,
Jak za cielęciem i za mną ryczała.
Ano zjeść djabła sobace i babie!
Jeszcze ja ją tutaj zwabię.

MORYGA.

Nim krowa nasze powiększy wesele,
Tymczasem dobre i ciele....
A wy?

3 CYGANKA.

Ot rondel i dwie patelnie.

4 CYGANKA.

A u mnie młot i kowadło.

5 CYGANKA.

Jam jedną zrabował kielnię:
Ot chleb i sery i sadło.

DŻĘGA.

Toż my to dzisiaj użyjem!

6 CYGANKA.

A ja Lejbinej szynkarce
Ukradłem miodu trzy garce.

DŻĘGA.

To się i napijem!

MORYGA.

No, jakożkolwiek! Oddać to szafarce!
A ty, Gnus? cóż to? nie żyjesz?
Czego się za drugich kryjesz?
Ta łapa, co się po kudłach skrobie,
Źle, jako widzę, posłużyła tobie.

GNUS.

Daruj! Zdeptałem całą noc marnie.
Wszystkie zamknięte były śpiżarnie,
Wszystkie lamusy, wszystkie obory,
Kłódki wszędzie i zapory.
Ot, jenom od psów uciekał
To sporym krokiem, to kłusem,
Ażem i świtu doczekał.
Panie! zmiłuj się nad Gnusem!

MORYGA.

Bracia, do pletni, a ty do tańca!...
Zagrać na drumli smagańca!
Ty zaś, Rypało z nahajem,
Weźno kij swoim zwyczajem!

(Gdy Gnus smagańca tańczy, tymczasem między Stachem zza kulisy a Chichą i Dżęgą intryga zachodzi; słowa ich wychodzą w przerwach muzyki przy lekkiem graniu na drumli.)
RYPAŁO.

Kij ten wodził już niedźwiedzie.

MORYGA.

Teraz ciebie, Gnusa, wiedzie.

CYGANIE Z PLETNIAMI.

Niech ta prosta
Uczy chłosta!

(dwa razy)
GNUS.

Och, daleko jeszcze do sta...

STACH (zza kulisy).

Jak zorza, świeci moja piękna Chicha!

DŻĘGA (do Chichy).

Siostro. Stach na cię i mruga i wzdycha.

(Muzyka)
RYPAŁO.

Nuże, tańcuj, nie ustawaj!

MORYGA.

A drugiemu tył podawaj!

CYGANIE Z PLETNIAMI.

Niech ta prosta
Uczy chłosta!

(dwa razy)
GNUS.

Och! daleko jeszcze do sta...

STACH (zza kulisy).

Jakby ją tutaj na stronę sprowadzić?

CHICHA (do Dzęgi).

Bracie mój miły! chciej temu zaradzić!

(Muzyka)
RYPAŁO.

Nuże! teraz na kij siadać!

MORYGA.

A naucz się dobrze kradać!

CYGANIE Z PLETNIAMI.

Niech ta prosta
Uczy chłosta!

(dwa razy)
GNUS.

A dalekoż jeszcze do sta?

DŻĘGA (do Chichy).

Coby tu poczęć?... No, ja w to poradzę:
Oto na jarmark wszystkich wyprowadzę.

(Muzyka)
RYPAŁO.

Nuże! teraz przez kij skakać!

MORYGA.

Wara stękać! wara płakać!

CYGANIE Z PLETNIAMI.

Niech ta prosta
Uczy chłosta!

(dwa razy)
GNUS.

Wytańczyłem już i do sta!

STACH (zza kulisy).

Jawnuta, widzę, patrzy na nią z boku,
Strzeże swej córki, jak źrenicy w oku...

(1878.)[202]


STANISŁAW TREMBECKI.
Z POEMATU: „SOFIÓWKA[203].
UKRAINA.

Miła oku, a licznym rozżywioną płodem,
Witaj, kraino, mlekiem płynąca i miodem!
W twych łąkach wiatronogów rżące mnóstwo hasa
Rozroślejsze czabany twe błonie wypasa.
Baran, którego twoje utuczyły zioła,
Ciężary chwostu jego nosić muszą koła.
Nasiona, twych wierzone bujności zagonów,

Pomnożeniem dochodzą babilońskich plonów.
Czernią się żyzne role, lecz bryły tej ziemi
Krwią przemokły, stłuszczone ciały podartemi.
Dotąd jeszcze, wieśniaczą grunt sochą rozjęty,
Zębce słoniów i perskie wykazuje szczęty.
W tych gonitwach, od obcych we śrzodku poznany,
Szesnaście potem razy kraj odmienił pany;
W nim najsroższe z Azyją potyczki Europy,
W nim z szlachtą wielokrotnie łamały się chłopy.
Przeszły więc niwy w stepy, a trawy bez kosy
Pokrewne Pilonowi mnożyły połosy....



KASKADA[204].

Pójdę tam, gdzie, gwałtownym rzeka lecąc szumem,
Gdy słuch zaprząta brzękiem i wejrzenie bawi,
Zbyt ściśnionemu sercu jakąś ulgę sprawi.
Dostatek, moc przemysłu i sztuka rzemiosła
%Bliższe wody ściągnęła, złączyła, podniosła;
Z nich kanały, fontanny, z nich obrusy szklane
Płyną, skaczą i błyszczą, pod wagą rozlane.
Ale przemogła inne ogromna kaskada,
Którą od siebie większa Kamionka wypada.
Rozściełać się, nurkować czy piąć się na głazy,
Wzięte posłuszna Nimfa dopełnia rozkazy
I mimo praw swej równi, służąc do igrzyska,
Albo ryje otchłanie, albo w obłok tryska....



GROTA I SKAŁA.

A stamtąd, pochodziste przebiegłszy zielenie,
Starowniej kuta grota większe ma przestrzenie;
Z czoła olbrzymi granit, zamiast słupca, stoi,
Krynica ją, z opoki wytoczona, poi.
Tam słodki wiersz, którego żaden wiek nie zmaże,
W tę grotę wchodzącemu szczęśliwym być każe.
Smutnem nieposłuszeństwem ciężko jest przewinić;
Ten kazał, co szczęśliwych chce i może czynić.
Przy lewej stronie drogi, od swych sióstr osobna,

Wisząca grozi skała, Leukacie podobna,
Na której, gdy ich miłość niewzajemna pali,
Lekarstwa długiej męce amanci szukali:
Po wzdychaniach ostatnich, w krótkim ciała rzucie,
Żalu, zgryzot, boleści pozbywając czucie.

Młode i hoże Nimfy! Co na wasze wianki
Przy wdzięcznych Bohu nurtach łączycie równianki
Nie bądźcie nieużyte, i przez wspólną tkliwość
Nagradzajcie uprzejmą kochanków szczęśliwość.
Bo, jeśli na ich modły duszę macie twardą,
Jeśli wierne usługi płacicie pogardą,
Jeśli w daniu otuchy zbyt jesteście trudne.
Jeśli dla szczerze prawych będziecie obłudne,
Gdy kto, wpędzony w rozpacz, z tej wyżyny zleci,
Okrucieństwa waszego pamiątkę zaszpeci...



ZAKOŃCZENIE.

Kto gajów tuskulańskich smakował ochłody,
Kto uwieńczał Tyburu spadające wody.
Kto straszne Pauzylipu przebywał wydroże,
Jeszcze i w Sofijówce zadziwiać się może
I wyzna, jeśli szczerość usty jego włada:
„Czem tamte w częściach słyną, ta razem posiada!“
Ważąc pracy niezmierność i zdobienia liczne.
Rzekną później: „Było to dzieło monarchiczne!“
Lecz to miejsce, Sofijo, więcej zdobisz sama,
Podobniejsza niebiankom, niż córkom Adama;
Ciebie tu spuścił Olimp, chcąc trudy nagrodzić
I chcąc takiego męża ważne troski słodzić.
Godne są w jego domu wiek utwierdzać złoty
Twe wdzięki, twe piękności, twe łagodne cnoty.
A póki między rodem ludzkim raczysz gościć,
Pół świata czcić cię będzie, drugie pół zazdrościć!

(1806.)



SŁOWNICZEK DODATKOWY
wyrażeń staropolskich oraz imion własnych,
spotykanych częściej w „Klejnotach poezji staropolskiej“.


Apollo — starogrecki bożek słońca, opiekun poezji i wogóle sztuki (zwany także: Fojbos, Phoebus)
barzo — bardzo
Bellona — rzymska bogini wojny (oznacza często samą wojnę)
bisurmanin — Turek, Tatar, muzułmanin.
buńczuk — znak wojskowy oddziałów tureckich (ogon koński, umocowany na tyce)
cale — wcale; patrz: w cale
delfin — ryba morska z gatunku wielorybów
dobra myśl — spokój myśli, równowaga umysłu, wesołość
dowcip — umysł, rozum, talent (zdolność)
eże, — aż
Flora — starożytna bogini roślinności (czasami: sama roślinność)
fortel — wybieg, sposób
frukt (z łaciń.) — owoc
hajduk (z węgier.) — sługa dworski uzbrojony
haracz (z tatar.) — danina narodu podbitego
helikoński — poetycki (od „Helikonu“ gór w Grecji, uważanych za siedlisko Muz).
ji, ja, je — który, który, które; także: dawny zaimek osobowy 3-ej osoby zamiast dzisiejszego: on, ona, ono
Juppiter — najwyższy bożek starożytnych Greków i Rzymian (grecki: Dzeus, Zeus), ojciec i król bogów
liberum veto — wolne veto t. j. swoboda protestowania i zakazywania uchwał na sejmie, — prawo zwyczajowe posłów sejmowych w Polsce od w. XVII (do konstytucji 3 maja 1791 r.), pozwalające jednemu posłowi słowem, veto“ sejm zerwać
list — liść
lutościwy — litościwy
Mars — starożytny bożek wojny
nielża — niewolno, niemożna
opresja — ucisk, kłopot
Pallas (Atena) — starożytna bogini mądrości i siły (często opiekująca się wojownikami)
panosz — giermek
Pluton (Posejdon) — starożytny grecki i rzymski bożek morza i podziemi (piekieł)
płony — płonny, daremny
pogotowiu — dopiero, cóż dopiero
prawie — prawdziwie
próżen (czegoś) — pozbawiony, wolny od czegoś
pry — rzecze (prawi)
prze — przez
przez (do XVII w.) — bez (jak dzisiaj jeszcze w mowie ludowej)
przedsię — przecie(ż)
przeć (się) — przeczyć (zapierać się)
Sarmata — nazwa przypuszczalnego (wedle niektórych kronikarzy) mieszkańca dzisiejszych ziem polskich w czasach starożytnych: nazwa Polaka, zachowującego dawne obyczaje szlachecko-polskie
sceptrum, sceptr (z łaciń.) — berło
sprośny — brzydki, nieobyczajny
szedziwy — siwy
Tytan — najstarszy ród bogów przed Jowiszem; jeden z księżyców
w cale — w całości, całkiem, zupełnie
Wenus (Venus) — bogini piękności i miłości: synek jej: Kupido, którego strzały wszczepiają miłość
wielmi — wielce, bardzo
wieliki — wielki
wierę — zaprawdę, istotnie
własny — właściwy (do XVIII w.)
wstręt — przeszkoda (do XVII w.)
wszeteczny — nieobyczajny, nieprzyzwoity
zajrzyć (zajźrzyć) — zazdrościć
zbyteczny — zbytni
zdrowie — życie (często do XVII w.)






  1. Wstępne wiersze z poematu Jana KochanowskiegoMuza“, napisanego około r. 1570.
    K rzeczy — słusznie: Krom — oprócz, wyjąwszy; ma przodek — ma pierwszeństwo; słuchaczów próżen — bez słuchaczów, pozbawiony słuchaczów: przedsię — przecie(ż); za laty — po latach; syn LatonyApollo, bożek starorzymski (u Greków Fojbos, Febus), opiekun poezji i muzyki.
  2. Dawniejsze antologje, obejmujące — między innemi — poezję staropolską, mające charakter zgoła odmienny, podręcznikowy, wyczerpane są oddawna („Złota przędza“, „Obraz literatury pol.“); wypisy przy różnych podręcznikach historji literatury (np. przy cennej książce I. Chrzanowskiego) mają założenie ściśle historyczno-literackie.
  3. Dla pełności obrazu podaliśmy w tej książce wyimki z dzieł, których mowa, jakkolwiek „niewiązana“, jest mową poetycką o wysokim poziomie.
  4. Pieśń Bogurodzica. Najstarsza pieśń religijna polska, dotychczas znana. Autor niewiadomy. Rękopis najdawniejszy znajduje się w Bibliotece Jagiellońskiej (w Krakowie) i pochodzi z początków XV wieku. „Bogurodzica“ była pieśnią kościelną i zarazem narodową, najulubieńszą i najbardziej szanowaną w Polsce średniowiecznej: rycerstwo śpiewało ją przed rozpoczęciem bitwy. Wspomina o tem Długosz w Kronice Polski (z w. XV), w opisie bitwy pod Grunwaldem. Dziś śpiewa ją duchowieństwo w katedrze gnieźnieńskiej przy trumnie św. Wojciecha. „Bogurodzicę“ wydrukowano po raz pierwszy w r. 1506. Wypisana jest złotemi głoskami nad kaplicą św. Stanisława na Wawelu.
    Bogiem sławiena (sławiona) — przez Boga sławą, chwała obdarzona: gospodzina — pana; zwolena — wybrana; zyszczy — pozyskaj (łaskę Twego syna Pana): Kyrie elejson — Panie zmiłuj się (z greckiego); dziela — dla, za przyczyną (Twego Chrzciciela); Bożycze — Synu Boży; formę „Bożycze“ dajemy według uwag prof. J. Łosia (Przegl. zabytk. język.): jąż (od: ji, ja, je) — którąż, jegoż — czego, o co; przebyt — żywot.
  5. Pieśń o zmartwychwstanin Pańskiem. Autor nieznany. Dawniej uważana za ciąg dalszy „Bogurodzicy“, gdyż w dawnych rękopisach znajduje się zaraz po niej.
    Wierzyż — wierz-że: trud — męka: strożej — stróży (od stroża), straży: starostę pkielnego (piekielnego) — szatana (Lucyfera); wspomionął człowieka pirwego — wspomniał na grzech człowieka pierwszego (i dlatego „śmierć podjął“); cirzpiał — cierpial; nie prześpiał nawierne — nie doszedł (do wybawienia) zaprawdę (człowiek): Kmieć, wiec, starosta, stroża — urządzeniapolskie średniowieczne (!); zastąpił — obronił: ręce, nodze — dawna forma podwójna (dualis): (także: uszy, oczy, dwie słowie, dwie babie i t. d.); kry — krew; prawy — prawdziwy; angeli — anieli; ima — ma: odima — odejmuje; kajaci, daci — kajać dać (dawny bezokolicznik); aza — czy nie; bychom — byśmy (tryb łaczący: bych, byś, by, bychom, byście, bychą).
  6. Skarga Matki Boskiej pod Krzyżem. Należy do t. zw. pieśni Maryjnych łysogórskich (z klasztoru na Łysej Górze w Górach Świętokrzyskich). Autor niewiadomy.
  7. Pieśń o Zwiastowaniu. Należy do „Maryjnych“ z XV w. Dwa rękopisy: jeden w zbiorze kazań łacińskich, drogi w zbiorze Łysogórskim (dziś w Petersburgu).
    Tajemności — tajemnice; śmierne — pokorne: Joachim — Joachima (4 przyp.!) Joachim — mąż św. Anny.
  8. Z Legendy o św. Aleksym. Autor nieznany. Jedyna legenda polska wierszowana z XV w. Rękopis w Bibl. Jagiell. (przy łacińskich traktatach teologicznych), wierszy 240; ogłoszony po raz pierwszy w r. 1876. Bliższa data powstania legendy: początki w. XV.
    Coż — którego (cożci): dzieją — (od „dziać“) – nazywają; obleczy — oblecz (ma serce Bóstwem t. j. natchnieniem); cztę — czytam (od „czyść“); panię — pan (jak: książę); była w czas — szła na rękę, pomagała; w lepsze się przygodził — jeszcze lepiej się udał, jeszcze był lepszy; przyjał — przyjechał; file — chwile (przechowane długo np. w „krotofila“); podał mu szafarza swego — oddał go pod opiekę swego szafarza; najić — znaleźć; wzjawiło — objawiło; fała — chwała; szli są — dawny czas przeszły (jeszcze nieściągnięty!): szedł jeśm, jeś, jest i t. d.: natemiesce — natychmiast.
  9. Hymn do Ducha Swiętego. Autor nieznany.
    Złożyć — ułożyć, napisać; epistoła (z łaciń.) list: rozdawasz wykłady — pomagasz rozumieć (Pismo św.); persona (z łac.) — osoba: kłamają się — dają się oszukać (zewnętrznym wyglądem); prawie — prawdziwie; okrasy — ozdoby, rozkosze: towarzysz niebieskiego rządu — t. j. Trójcy św.; koniecznego sądu — sądu ostatecznego; bydleniem — bytowaniem, życiem.
  10. Pieśń o dobrodziejstwach Boga. Pieśń tę napisał Koch. podobno w Paryżu (koło r. 1556.), prawdopodobniej jednak w późniejszym czasie, kiedy tłómaczył Psałterz; ma pieśń ta wiele wspólnych z Psalmami myśli i zwrotów.
    Nieobeszłej ziemi — której nie można obejść, bardzo wielkiej; Tobie kwoli — ku (dla) Twojej woli (późniejsze: „gwoli“ — jak: grzeczny z: „k(u) rzeczny“): mdłe zioła — słabe, drobne, małe.
  11. O sprawiedliwości Bożej (Psalm VIII). Psałterz Dawidów, przekładania Jana Kochanowskiego w Krakowie, w Drukarni Łazarzowej, roku Pańskiego 1579“. Psalmów wszystkich 150. Kochanowski tłumaczył z łacińskiego. Najstarsze przekłady polskie Psałterza (niewierszowane) z wieku XIV i XV („Psałterz florjański“ i „P. puławski“. Wierszem część tłómaczył już M. Rej, a wszystko Jakób Lubelczyk (1558). Melodje do przekładu Koch. skomponował Mikołaj Gomółka (1580). W przekładzie Koch. psalmy nagłówków osobnych nie mają.
    Dusze — dawny 2. przypadek zam.: duszy: stojąc w Twej obronie — pod Twoją obroną: sprawnie — sprawiedliwie.
  12. O Boskiej Opiece. Psalm 91.
    Z obieży — z sideł, sieci; przeciwko mnie — wobec mnie (postępuje).
  13. O chwale Bożej. Psalm 104.
    Statczy — starczy (od tematu: statk [stateczność]); ćmy — ciemności; oczekawa — oczekuje.
  14. O miłosierdziu Bożem. Psalm 130.
    Uczciwość — cześć, szacunek: nieczekany — rychły.
  15. O niewoli. Psalm 137.
    Niech moja swej nauki ręka zapamięta — niech zapomni sztuki grania (na lutni).
  16. „Ogniu niezgaśnemu wydarci“. „Rymy duchowne“ (Setnik I i II) w Krakowie, w drukarni Andrzeja Piotrkowczyka, Roku Pańskiego 1590“. Wydanie z r. 1893: Nr. 26 Bibl. pisarz. pol., nakł. Akad. Umiejęt. w Krakowie, wydał dr. Józef Korzeniowski. Wzór literacki zapewne we włoskich „Rime spirituale“ Gabryjela Fiammy (1570). Trzeci wiersz ze zbioru Grabow., mniej wybitnie religijny, zamieściliśmy w dziale „poezji refleksyjnych“.
    Imo — mimo (poprzez, mimo przeszkody ze strony ciała): zaż — czy (nie); ogniu niezgaśnemu wydarci — wydarci mocy piekieł, potępieniu.
  17. O błogosławieństwo Boże. W zbiorze „Rymów duchownych“ wiersz 175.
    Krewkości — namiętności, żądze cielesne; młocek — młócący, pożądny — pożądany: rószczki (różczki) od: rózga; użytki — plony.
  18. Modlitwa o natchnienie (Z „Wojny Chocimskiej“), „Wojna Chocimska“, w 10 częściach (12.000 wierszy), napisana w r. 1670–2, odkryta i wydrukowana z rękopisu dopiero w r. 1850 we Lwowie. Wydanie późniejsze: Warszawa — Bibl. najcel. utworów literatury europ., nakł. S. Lewentala — 1880 (wyd. P. Chmielowski, z przedmową A. Tyszyńskiego). Pierwotnie wydano „W. Ch.“ mylnie pod nazwiskiem „Lipskiego“. Wielka,zwycięska, czterotygodniowa bitwa pod Chocimem (pod wodzą Karola Chodkiewicza), która jest tematem tego poematu, stoczona została w r. 1621.
    Rozdział, tutaj zamieszczony, stanowi początek (inwokację), Wojny Chocimskiej“; inwokacja na wzór Iliady i innych poematów — epopeji.
    Propozyt — zamiar; haracz — przymusowa danina; mdłem piórem — słabem, małem piórem (poety): wdzięka — podzięka: sercem nieprzysięgłem — tając w sercu zamiar złamania przysięgi.
  19. Modlitwa o życie rycerzy. (Z „Wojny Chocimskiej“.)
    Którys tęgiem ujął gniew sprawiedliwy przez niebo popręgiem — któryś na znak powstrzymania gniewu zawiesił tęczę wielką na niebie; malowaną obręczą — tęczą; słońce świętym rumieńcem stokroci — t. j. odbija się stokrotnie czerwoną barwą krwi świętej: niedołęga nasza — nasza słabość, grzeszność (wytoczyła świętą krew Chrystusa); jest w całym tym obrazie połączone znaczenie pojednawcze śmierci ze zbawieniem ludzkości przez śmierć Chrystusa; z twardym Faraonem — podobnie, jak zatwardziałego w grzechu Faraona; w morzu Czerwonem — tutaj morze Cz. oznacza morze krwi ludzkiej, wylanej na wojnie (i zarazem biblijne miejsce kaźni Faraona.)
  20. Podziękowanie Bogu za wiktorję chocimską. Rozdział końcowy „Wojny Chocimskiej“. Dla pobożności i wybujałej religijności XVII stulecia charakterystyczne jest, że W. Potocki nietylko zaczyna swój poemat historyczny, jak to czynią epicy, od modlitwy, ale i kończy go modlitwą.
    Krom końca, miary — bez końca, miary; mostem przed bogatym i t. d. przełożenie wyrazów (na wzór starożytnych poetów rzymskich) bardzo swobodne: posławszy (od: słać ciała nasze mostem przed Twoim bogatym Majestatem; trybuty: daniny; pean — starogrecka forma poematu pochwalnego i tryumfalnego: zwycięstwo głodem — długiem (czterotygodniowem) oblężeniem obozu polskiego pod Chocimem zamierzali Turcy wywołać głód wśród wojsk polskich i zmusić je w ten sposób do poddania się; pokrytym przyjaciołom — fałszywym, udanym; wstręt (do żywota) — przeszkoda.
  21. Wiosna. Poemat: „Nowy Zaciąg pod chorągiew starą tryumfującego Jezusa, Syna Bożego, nad Swiatem, Czartem y Piekłem, Gdzie traktamentem doczesne błogosławieństwo, żołdem wesołe sumnienie, Wysługą korona królewska, która już niezliczonemu tego towarzystwu znaku, na wieki wieczne kwitnącym okryła laurem skronie“ i t. d. (takie to tytuły wypisywali autorzy XVII wieku!) — napisany przez W. Potockiegow r. 1680, wydrukowany (przez O.O. Pijarów) w r. 1698. Jeden z kilku Potockiego a nader licznych w XVII wieku poematów religijnych jest jakoby filozoficzną historją życia i męki Jezusa Chrystusa. Dajemy tu ten rozdział jako nader charakterystyczny dla rodzaju i żarliwości uczuć religijnych i poezji tego zakresu w XVII stuleciu: przebija tu prawdziwe zamiłowanie do tematów religijnych.
    Ryby — gwiazdozbiór zimowy; Baran — gwiazdozbiór wiosenny; fruktem (z łaciń.) — owocem: Jego mrówce-człowiekowi — człowiekowi, który wobec Boga jest mały, jak mrówka wobec nas; wtenczas Jezus umarł w naturze człowieczej — t. j. na wiosnę (Wielki Piątek) Jezus umarł jako człowiek; kiedy, co żywo, na świat — kiedy na świat wychodzi (odradza się) wszystko, co żyje: on z świata żałośnie i t. d. — Chrystus schodzi ze świata (jako człowiek), dając początek światu chrześcijańskiemu, religji Zbawienia („wiośnie“ ludzi); stawszy się Barankiem — zestawienie wielkanocnej figury Chrystusa z figurą wiosennego gwiazdozbioru („Barana“); w samo się Słońce nam obraca — słońce zimowe zamienia się dla nas w słońce wiosny, słońce dawnej wiary w słońce nowej (prawdziwej) wiary; nowy raj! i t. d. — „nowy świat“ powstaje w podobny sposób, jak, świat stary, więc: Chrystus — człowiek jest nowym (wtórym) Adamem w nowym (drugim) raju; zamiast „drzewa świadomości dobrego i złego szczepi, jabłoń iną“ (Zbawienia), wydobywa człowieka z potopu (grzechu) w arce Krzyża; pluty wód szatańskich opiwszy się (t. j. potopu grzechów); gołąb (Duch św.) — na podobieństwo gołębia po potopie; ogniem swym — światłem (jak tęcza); właściwą tęczą znakiem wiecznego przymierza między Bogiem Ojcem a ludźmi — jest teraz Jezus Chrystus: krew jego męczeńska — to kolor czerwony tej tęczy, woda — zielony; rolą — dawniejszy 4 przyp. l. pojed. (rolę); czas rolą serc pobożnych wyprawić do siewu — zasiewy wiosenne zestawione z nowym posiewem wiary i pobożności (spowiedź wielkanocna).
  22. Ucieczka Korony Polskiej do N. P. Marji. Jeden z bardzo licznych poematów religijnych W. Kochowskiego, autora nawskroś katolickiego. Typowy objaw rosnącego w Polsce w owym czasie szczególnego kultu Matki Boskiej.
    Chabina — rózga: supecyje (z łacin.) — posiłki; wcześne — w porę (rychłe); Pallas — bogini starogrecka mądrości: egida — tarcza (bogini Pallas zasłaniała Achillesa tarczą od ciosów nieprzyjaciół): zaszczytem — bronią, tarczą. Co do języka i tonu tej poezji — warto porównać ją z zamieszczonemi dalej „pieśniami konfederatów barskich“ (zatem z 2 połowy XVIII wieku!).
  23. Pokuta w Quartannie r. 1678. Wiersz, tutaj zamieszczony jeden z bardzo nielicznych wierszy Morsztyna, na tak poważną nutę nastrojonych, ma siłę, właściwą jego talentowi, i charakterystyczny jest pod tym względem, że poeta, życie biorący z zupełnie innej strony, lekkiej i swobodnej (poeta miłości salonowej) na taki ton się zdobył.
    Quartanna — gorączka epidemiczna; zbyteczność — nadmiar, zbytek, chęć użycia; zwyczaj — (tutaj) nałóg; obywatel bezbożnej Sodomy — grzeszny, jak obywatel biblijnej Sodomy; serce ognia zawzięło głęboko — zapaliło się zbytnio miłością ziemską; próżności — marności, nikczemności.
  24. Pieśń do Matki Najświętszej od wojska skonfederowanego. Pieśń Konfederatów barskich. Osoba autora nieznana. Cytujemy tę pieśń za „Xiążką do nabożeństwa, w czasach Konfederacji Barskiej ułożoną, a na obecne czasy wielce przydatną, 1845, w Księgarni Katolic. Polskiej — Paryż“. Walki Konfederacji Barskiej od r. 1768 do 1772 w obronie wiary katolickiej (przeciw równouprawnieniu dyssydentów i wpływowi Rosji w tej sprawie) i wolności państwa polskiego. W książeczce tej pieśń niniejsza znajduje się dodatkowo, na końcu.
    Zwłaszcza, gdy się lud pod Twój znak i t. d. — jak wiadomo, Konfederacja Barska udała się pod szczególną opiekę Matki Boskiej.
  25. Hymn do Boga. Z tejże samej „Xiążki do nabożeństwa“, co wyżej. „Hymn“ ten szczególnie dobrze znamionuje ton religijno-patryjotyczno-rycerski Konfederacji Barskiej i jej pieśni bezimiennych.
    Masz gniewliwą lwów naturę mienić w lepszą moc posturę — wyrazy zbyt swobodnie przestawione: Masz moc zmieniać gniewliwą naturę lwów w lepszą posturę (łagodniejszą postawę, usposobienie).
  26. Hymn do Matki Boskiej. Z powyższej książeczki pieśń-modlitwa.
    Samson — biblijny prorok żydowski, którego Bóg obdarzył, gdy był jeńcem, taką mocą, że jednem wstrząśnieniem kolumny zburzył gmach cały“, pełen jego wrogów zwycięskich.
  27. Do Boga. Wiersz „Do Boga“ znajduje się na czele „Poezji“ F. D. Kniaźnina, jest to prośba o natchnienie poetyckie („inwokacja“).
    Co mię wzbić może — co może mnie podnieść (mego ducha): uroń tę (Łaskę) znanej ducha pokorze — pokora ducha ludzkiego ściąga Łaskę Bożą; dowcip — w staropolszczyźnie: rozum, tutaj: umysł, talent, natchnienie; i ja ognistym zabłysnę czołem — t. j. natchnieniem i sławą, niech pycha i t. d. — t. j. niech pycha pamięta, że to Twój dar — owa, moc, zapał i pęd wysoki.“
  28. Pieśń poranna. Ze zbioru poezji F. Karpińskiego p. t. „Pieśni nabożne przez F. K. W Krakowie, w drukarni Szkoły Głównej, 1798.“ Pieśni niektóre z tego zbioru doczekały się rzadkiej popularności, gdyż śpiewane są przez lud w kościołach; obok dwóch, tutaj zamieszczonych, także pieśń: „Wszystkie nasze dzienne sprawy“.
  29. Na Sokalskie mogiły. Bitwa pod Sokalem z Tatarami w r. 1519 szczególnej w owym czasie zażywała sławy (porównaj nieco dalej zamieszczony wiersz Szarzyńskiego „O Frydruszu“. Niniejsza fraszka Kochanowskiego, przypominająca (umyślnie) epigram starożytny o bohaterach z wąwozu termopilskiego, jest jakoby napisem na grobie, celującym wyborną zwięzłością i zarazem obfitością treści uczuciowej. Fraszki Koch. wydane w Krakowie, w druk. Łazarzowej w r. 1584 (w roku śmierci poety), napisane w latach 1560—1580.
    Prze — przez, za (ojczyznę); przecz — przez co (skrócone, jak dzisiejsze: w niwecz, t. j. nie masz powodu; złez — dawniejsze zamiast „łez“; mógłbyś sam drogo i t. d. — wartoby, opłaciłoby ci się za taką śmierć chlubną drogo zapłacić.
  30. Spólne narzekanie na porządną niedbałość naszą. Pełny tytuł zawiera jeszcze słowa: (Spóln. narzek.) Wszej Korony i t. d. Jest to jedna z końcowych części wielkiego dzieła Rejowego p. t. „Zwierciadło albo kstałt, w którym każdy stan snadnie sie może swym sprawom, jako we źwierciadle, przypatrzyć“; wydane dzieło to w Krakowie u Wierzbięty 1567—8. Nowe wydanie wzorowe: Kraków—1918. Akademja Umiejętności (opracowali Jan Czubek, Jan Łoś, Ign. Chrzanowski), 2 tomy. Ustęp, tutaj podany, złożony z części trzech rozdziałów „Spólnego narzekania“: „Jako jest zacne Królestwo Polskie“, „Iż gniew Pański nigdy bez przyczyny nie przypada“ i „Zbroja pewna każdego rycerza krześcijańskiego“ ten ostatni rozdział uważany jest właściwie za część osobną „Zwierciadła“. Ten sam temat opracował Rej obszerniej wierszem w ostatnich rozdziałach „Zwierciadła“.
    Zeszlejsze — słabsze (w większym upadku); w opatrznościach w zaopatrzeniu; postanowienie — zabezpieczenie; serca brać — ośmielać się, nabierać otuchy; uznania — opamiętania.
  31. O błędach świeckich urzędów. Rozdział z pierwszej książki Reja, wydanej w r. 1543, w Krakowie: „Krótka Rozprawa miedzy trzemi osobami: Panem, Wójtem a Plebanem“, pod pseudonimem Ambrożego Rożka.
    Tkniż — tknij-że; pamiętne — pamiątka, podarunek: proroki — ironicznie (o sędziach): roki — terminy (kadencje) sądowe; łatać spólny błąd — naprawiać wady ogólne (Rzeczypospolitej).
  32. Zbroja pewna każdego rycerza krześcijańskiego. Przedostatnia część „Zwierciadła“ M. Reja (jak wyżej). W zakończeniu tego wstępu wierszowanego do rozprawki prozą są jeszcze słowa: „Si deus nobiscum, quis contra nos?“ — (Gdy Bóg z nami, któż przeciw nam?)
    Wyhecowana — wygładzona, wyostrzona: zborzyć — zwalczyć, zwyciężyć.
  33. Sprawa rycerska. Wiersz wstępny do rozprawki prozą, wydanej przez M. Bielskiego w r. 1569., p. t. „Sprawa rycerska według postępku i zachowania starego obyczaju rzymskiego, greckiego (i t. d.)... ku czytaniu i nauce ludziom rycerskim pożyteczna. W Krakowie“. Jest to nauka wojskowości.
    Odpruwszy kołnierze — kołnierze, nieraz bardzo dużych rozmiarów, były ozdobą stroju cywilnego szlachty owych czasów; koncerz — rodzaj miecza: drzewo — kopja, włócznia: rohatynka — włócznia; fryjerka — ladacznica; posłuchy — pogłoski, mniemanie, opinja.
  34. Omen Jana Kochanowskiego. Jedna z „Pieśni“ tego poety, wydanych po raz pierwszy w r. 1595 (w rok po śmierci poety) pod krótkim tytułem „Jan Kochanowski“.
    Gdzież-to — gdybyż to; piękne boginie — Muzy: sam — tam (tu — sam, t. j. tu — tam: od Zmarzłego morza — od m. Lodowatego; brzeg Adryjański — brzeg morza Adrjatyckiego.
  35. Pochwała znakomitszych królów polskich. Pieśń, napisana przez Koch. w czasie postoju w obozie (na noclegu, kiedy brał udział w wyprawie Zygmunta Augusta na Moskwę).
    Wrotne lata — wracające się stale okresy przyrodnicze (pory roku); głos wdzięczny — chóry anielskie (w niebie): jakiej cnota dostojności — jaką wartość ma cnota (t. j. męstwo i szlachetność królów polskich), jakiego zaszczytu dostępuje (u Boga): Kroka — Kraka; Przemysł — Przemysław; trefunkiem — przypadkiem; serca wzięła — nabrała odwagi; dwu Kazimierzu — 4 przyp. dawnej liczby podwójnej (jak: uszu, oczu; dziś mówimy: dwoje uszu, oczu): zwierzonego — powierzonego (jemu); wzdawa — zdaje, oddaje.
  36. Proporzec jaki był. Tak nazwaliśmy opis proporca, mieszczący się w poemacie Kochanowskiego, wydanym w r. 1569. p. t. Proporzec abo hold pruski. Treścią poematu jesthołd, złożony w czasie sejmu Unji Lubelskiej 1569 przez Alberta II, księcia pruskiego.
    Zatem mu jest do ręki i t. d. — Albertowi. Na jednej stronie proporca wymalowane były (jakoby) dzieje stosunków polsko-krzyżackich od r. 1223, t. j. od sprowadzenia krzyżaków przez Konrada mazow.: spisował sie — spiskował, zmawiał: dwiema królom — dwom królom (3 przyp. dawnej liczby podwójnej): wici roznoszą — zwołują rycerstwo na wojnę; nie zwalają (biskupi) — nie pozwalają, nie zgadzają się; majestat — (tutaj) dwie wojszcze — dwa wojska (liczba podwójna); pod przymie — tron; rzem — w czasie trwania przymierza; Olbrycht — Albrecht I, składający w r. 1523 hołd Zygmuntowi I w Krakowie; niosąc w sercu i t. d. w środku wizerunku czarnego orła (pruskiego) był mniejszy orzeł polski (wielkiego zwycięzcy znak mały); rokita — wierzbina nadbrzeżna; tenże mistrz — ten sam malarz.
  37. Na spustoszenie Podola przez Tatarów. Pieśń, napisana przez Kochanowskiego z powodu napadu Tatarów podczas bezkrólewia po Henryku Walezym: Tatarzy uprowadzili dziesiątki tysięcy jeńców i mnóstwo łupów. Pieśń ta kilkakrotnie potem naśladowana była przez innych poetów przy podobnych okazjach.
    Łanie — niewiasty polskie (zagnane w jasyr); pod kotarzami pod namiotami (kotarami) tatarskiemi; odbieżałe — odbieżane, opuszczone; ten rym — to przysłowie: z tego nas zbodzie — i tej prawdy nas pozbawi.
  38. Monomachja Parysowa z Menelausem. Część przekładu III księgi Iljady (Koch. tylko tę księgę tłómaczył).
    Ich konie z wozy — starożytni Grecy (w czasie wojny trojańskiej) wjeżdżali zwykle na pole walki na specjalnych dwukołowych wozach i często z nich walczyli włóczniami: Tejkaonowa bracka — brata (swego) Tejkaona; na głowie czub ogromny — czub z włosia końskiego, umieszczony na szyszaku (rodzaju hełmu); oszczep — włócznia; wystrzelił oszczep — rzucił oszczepem: pawęż — tarcza, aby i kto inny napotem wiedział i t. d. — Parys był gościem Menelausa i porwał mu z domu żonę, Helenę: przez — bez: jedlca — rękojeść oszczepu: upstrzonej tkanice — tkaniny barwnej (pod szyją przytrzymującej szyszak); dank — dziękczynienie, chwała: pas bitego wołu — rzemień pod szyszakiem (na szyi).
  39. Pieśń o Frydruszu. O bitwie pod Sokalem patrz: Przypisy do fraszki „Na sokalskie mogiły“. Frydrusz — Fryderyk Herbort, który zginął w tej bitwie nad Bugiem. Szarzyński śmierć Frydrusza przedstawił w tej dumie rycerskiej według opisu Marcina Bielskiego, kronikarza.
    Głos szczęścia — głos losu; serdeczny — mężny, bohaterski (jak w wyrażeniu: „nabrać serca“ t. j. odwagi); że sie mniej wstydamy i t. d. — mniej wstydzimy się klęski, poniesionej pod Sokalem; farbę Bugowej, widziałem, krew wody nasza zmieniła — swobodne (na wzór poetów łacińskich) przestawienie wyrazów: „widziałem, krew nasza zmieniła farbę Bugowej wody“; prócz pohańskiej szkody — bez szkody (klęski) dla pohańców; żywiąc — żyjąc: targ t. j. wahanie się; bronę — bramę; więźnie — krzyknęli i jeńcy Polacy, znajdujący się wśród Tatarów.
  40. Żałosna Kamena. Jeden z coraz liczniejszych „lamentów“ owego czasu i następnych, wydany w Krakowie w r. 1605 p. t. „Ż. K. na powódź gwałtowną w r. 1605“.
    Kamena (Camoena) — muza o poezji tutaj: pieśń żałosna: gdzie go wakuje — gdzie go brak; hajduki — (z węgier.) lekko zbrojna piechota, tutaj: załoga, trzymana po dworach magnatów; kryminały — sprawy kryminalne (sądzone na sejmie); w sługi idziem przez długi — za lekkomyślne długi karano oddawaniem dłużnika wierzycielowi do pracy przymusowej; na stronę — na bok, nie mówiąc o....; gody — zabawy; głowników — przestępców kryminalnych (którym groziła kara śmierci czyli „głowy“); w czem pełno błędu — ważna tutaj skarga na upadek i nieposzanowanie sztuk i nauk, siłachmy siali — sialiśmy siła (t. j. wiele); ostatnie — po raz ostatni t. j. u samego korzenia. Z poematu tego dajemy wyjątki.
  41. Przypis własny Wikiźródeł Fragment Psalmu 137 (136) 5-6, por. tłum. Jakuba Wujka.
  42. O miłości Ojczyzny. „Kazania sejmowe“ ks. Piotra Skargi wydane zostały w r. 1597, t. j. w tym samym roku, w którym zostały wypowiedziane (w kościele św. Jana w Warszawie, na nabożeństwach w czasie sejmu, dla posłów sejmowych i senatorów). Kazał ks. Skarga przez 18 sejmów (od r. 1588 do 1611), ogłosił tylko ośm kazań wzorowych z roku powyższego („O mądrości potrzebnej do rady“, „O miłości ku ojczyźnie“, „O zgodzie domowej“. O naruszeniu religji katolickiej“, O monarchiej i królestwie“, „O prawach niesprawiedliwych“, „O niekarności grzechów jawnych“). Kazanie „O mił. ojcz. podajemy w skróceniu.
    Z Dawidem — według Psalmów Dawida; nadała — obdarzyła; okreszona — ograniczona (od: „kres“).
  43. O skutkach niezgody domowej.
    Pogodnego (czasu) — dogodnego, odpowiedniego; euge (z grec.) nuże!; imienie — majątek, mienie.
  44. Pogróżki Boskie. Nazwaliśmy tak tę część kazania ósmego, gdyż zawartości jej szczególnie nazwa ta odpowiada.
    Bych był — gdybym był: rozkoszniki — rozpustnicy, łystami — lydkami; w rzeczy — niby; jać objawienia osobliwego i t. d. — Skarga określa tu sam charakter swoich przepowiedni (nazywanych nieraz proroctwami) jako przestrogi, z natchnienia idące.
  45. Wróżka o upadku mocy tureckiej. Rozdział z większego poematu S. F. Klonowicza p. t. Pożar, upominanie do gaszenia i wróżka o upadku mocy tureck. (jest to powtórne opracowanie części poematu łacińskiego Klon. p. t. Victoria deorum). Jedna z licznych pobudek literackich w Polsce do wojen z Turkami. Ustęp charakterystyczny jako wyraz prawdziwej pasji wojennej.
    Sceptrum (łaciń.) — berło; nie bywając w szyku — bez bitwy; nikczemnie — nadaremnie; ćmę — mnóstwo; w mordziech — w zabijaniu, w trupach; światłości deptane — świętości (kościelne) poniszczone.
  46. Pluton zagniewany zwoływa piekielną czeladź. Przekład „Jerozolimy wyzwolonej“, wydany przez Piotra Kochan., uchodzi, obok przekładu „Orlanda szalonego“ (L. Ariosta) przez tegoż poetę, za jedno z najlepszych dzieł tłómaczonych literatury staropolskiej. Wpływ sięgał aż do Mickiewicza. Tytuł pełny I. wydania: Goffr. abo Jer. wyzwolona Torquata Tassa przekładania Piotra Kochanowskiego, sekretarza Jego K. M.“ Wydanie nowe Luc. Rydla — Kraków. Bibl. Pisarz. pol. Akad. Umiejęt. — Torquato Tasso, poeta włoski, ur. 1544, um. 1595, „Goffreda“ wydał w r. 1580, przedstawia w nim walki,„Krzyżowców“ o Jerozolimę.
    Pluton — tutaj: bóg piekieł (starogrecka mitologja), przeździęki — koniecznie; Arpije (Harpije), Centaury, Sfingi, Gorgony i t. d. — potwory, o ciele częścią ludzkiem, częścią zwierzęcem; Atlas — pasmo górskie w Afryce, także: postać mitologiczna, dźwigająca niebo na barkach; miąższy — gruby.
  47. Nagrobek Osmanów. Kazanie to wypowiedział Birkowski z powodu zabicia sułtana tureckiego Osmana przez zbuntowaną gwardję (janczarów).
    Juljana Apostatę — cesarza rzymskiego, odstępcę od wiary chrześcijańskiej; Nabuchodonozor — król babiloński: Alkoran (Koran) — księgi święte mahometańskie: fazjanów — bażantów: Prometeusz — bohater grecki, legendarny, który dla szczęścia ludzi ogień z nieba porwał i potem śmiało oparł się gniewnym bogom, za co, przykutemu do skaly, sęp wyżerał wątrobę.
  48. Kozaczyzna. Jest to jedna z t. zw. Sielanek ruskich B. Zimorowicza, w których włościanie (stąd „Sielanka“) rozmawiają o okropnościach zamieszek i rzezi kozackich i tatarskich: imiona włościan małoruskie, gdyż rzecz dzieje się na Rusi Czerwonej. Wydane Sielanki ruskie w r. 1663. Napad, w „Kozaczyźnie“ opisany, miał miejsce w r. 1648 w czasie bezkrólewia po śmierci Władysława IV. Druga sielanka podobna: „Burda ruska“.
    Kropią — kroplą; łakomstwo — chęć zysków (z pracy ludu): wiele praktyk — „znaków“, wieszczb; między koszarami — między zagrodami (na trzody); spąchawszy się — zwąchawszy się: unji — związku: Krym... z Niżem — Tatarów z Kozakami; do ś. Jura — katedra grecko-katolicka we Lwowie: bałuch — wrzawa; wataha — gromada: taran — maszyna z okutą żelazem belką, do rozbijania murów; orklowe kamienie (orkiel) — łamane, bryły: przesieczy — siekąc poprzez, bez względu na przeszkody: przytwór — przedsionek, kruchta: w maclochu — w niszy: ihumen — przełożony klasztoru: horylicą — gorzałką: plesz — łysina; ryze — szaty kapłańskie: bateńku horoszy i t. d. — ojczulku dobry, nie chcemy twojej wiary, gorsza od djablich pieniędzy!; hałaj — hałła (Allah), okrzyk tatarski; bre gaur — śmierć niewiernym! (po tatarsku): truny — trumny: proszczaj — do widzenia; w skałubinie — w niszy: Buh, ne mara — Bóg, nie mara: denhy — pieniądze: mużyku — chłopie: kilijska — z miasta Cylicji (w Azji Mniej.); kostrubaty (kostropaty) — szorstki, nastroszony: — od zabitej śmierci — od zabicia: do koszu — do obozu.
  49. Śmierć hetmana Żółkiewskiego. Poemat S. Twardowskiego „Władysław IV“ jest wierszowaną obszerną kroniką panowania tego króla: jest to jeden z kilku tego rodzaju utworów Twardowskiego („Wojna domowa z Kozaki, Tatary i Moskwą“, „Przeważna Legacja Krzysztofa Zbaraskiego do Konstantynopola“).
    Fatum — los (kres) ostateczny: potrzebę — walkę: kingwszy — cisnąwszy, odrzuciwszy: ubiegaj — uchodź: żeby ten odnieść miała w tobie i t. d. — żeby przez twoją śmierć ojczyzna (ten) żal (stratę) ponieść miała: formy zrządzieło, mieło — spotykają się w poezji pol. XVII wieku dość często: Kamieniectwierdza na Podolu: sprawować się — udowadniać, zdawać sprawę (ze swojej niewinności): ta Cecorska beła — śmierć Żółkiewskiego pod Cecorą 1620: Orfeowie — poeci (na wzór legendarnego Orfeusza greckiego): której dotąd fali i t. d. – którą dotąd opisywałem; Lakony — Spartanie starożytni słynęli z krótkości wysłowienia.
  50. Lament Utrapionej matki korony polskiej. W pełnym tytule było dalej: „...już, już konającej, na syny swoje wyrodne, złośliwe i niedbające na Rodzicielkę swoję...“ Rozdział niniejszy jest wstępnym. Elegja polityczno-religijna, pozostająca pod widocznym wpływem Kazań sejmowych Skargi. Różni się realizmem tła (wojny, najazdy, rozruchy, rzezie, anarchja).
    Rękawka — kopiec, usypany rękami; niestworność — niesforność: pry — prawi (mówi), skrócenie: absolute (łaciń.) — despotycznie: tabiny — jedwabna szata: mandatów (łaciń.) — poleceń; quantas ostendisti mihi i t. d. — jak wielkie uczyniłeś mi uciski mnogie i złe, a nawróciwszy się, ożywiłeś mię i z przepaści ziemskich zasie wywiodłeś mię (z Psalmu 70): rebelizującemu — powstającemu, buntującemu się: z Rakus — z Austrji (dawna nazwa): z Perekopem — z Tatarami perekopskimi; sromotnie uciekli — mowa o klęskach pod Korsuniem, pod Pilawcami i t. d.: do Ciebie samego ucieka się... — mowa o ślubach króla Jana Kazimierza.
  51. Dawna Kanneńska odnowiona. Napisana przez W. Kochowskiego po klęsce pod Pilawcami, skąd wojsko polskie rzuciło się do ucieczki na wieść o zbliżaniu się Tatarów: poeta przyrównywa tę hańbę do klęski Rzymian pod Kannami.
    Na przykrą skałę — trudną (do wejścia), stromą: w ciągnieniu — w czasie (jego) pochodu; świerzopek — klaczy; pono bez kasze i t. d. — przestawienie wyrazów: podobno dla (z.) tęsknoty — za mleczną kaszą; na monstrę — na przegląd; za stoły — za stołami: od kanarów — ze słodyczy: cekubów — win (włoskich).
  52. Psalm dziękczynny, szczęsliwą elekcją in anno 1672 przeznaczeniu boskiemu przypisujący. Z „Psalmodji polskiej, za dobrodziejstwa Boskie dziękującej“ wydanej w r. 1695. Zbiór to poemacików prozą, z życia publicznego i z przeżyć osobistych poety. Elekcja w r. 1672 wyłoniła na tron polski Jana Sobieskiego, który świeżo, jako hetman, odniósł zwycięstwo nad Turkami (pod Chocimem).
    Nie żywot niewieści albo marna kolebka — poeta wynosi tutaj elekcję „wolną“ nad dziedziczność tronu: elektorowie — delegowani do wyboru króla książęta i panowie: praktyki — kombinacje, intrygi: subtelność — względy dyplomatyczne, dyplomacja międzynarodowa: pod panow. obcem — pod królami z rodów obcych; kiedy nad bisurmańskim miesiącem i t. d. — mowa o zwycięstwie Sobieskiego (jak wyżej): wojska Sennacherybowe — Sennacheryba, wodza assyryjskiego, pokarał Bóg za bluźnierstwa pod Jerozolimą, posławszy anioła, który wielkie jego wojska jednej nocy wytracił (według Starego Testamentu): dziewczysko jedne — t. j. prosta dziewczyna, dziewczyna z ludu (Joanna d’Arc).
  53. Pienie wdzięczności za zwycięstwo wiedeńskie. Jeden z najpiękniejszych w literaturze owego czasu objawów radości i dumy z powodu zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem: poezyj szczęśliwemu wypadkowi temu poświęcali współcześnie bardzo wiele.
    Asur, Edomczyk — narody wschodnie pogańskie, pokonane przez Izraelitów, tutaj jako nazwy (porównawcze) Turków: Part — naród w Persji; Sydon, Dziarbet — miasta perskie: purpuraci — dostojnicy: Jachel — postać biblijna Starego Zakonu: Madjanici i Jabin — wspomnienie zwycięstw cudownych nad poganami (według Starego Zakonu).
  54. Hejnał utrapionej Koronie Polskiej. Ze zbioru W. Kochowskiego p. t. Liryca Polskie, w niepróżnującem próżnowaniu napisane.
    Astrologi — uczeni „w gwiazdach“ (dawniejsi astronomowie), którym w wiekach średnich przypisywano umiejętność wyczytywania losów ludzkich z położenia gwiazd.
    Z Cyntyją — przydomek bogini starożytnej Djany, równoznacznej z księżycem (jak Feb ze słońcem); Władysław — Władysław IV, umarł 1648 r.: arcerzu (harcerzu) — rycerzu konny (na herbie Litwy): Tohajbej — dowódzca Tatarów krymskich, którzy rozpoczęli z Polską wojnę wraz z Chmielnickim: niedobyty — nie do zdobycia, warowny: w kształt powodzi — porównaj: Sienkiewiczowskie określenie „potop“: termin — wyrażenie prawnicze, tutaj: los, dola.
  55. O wolności polskiej. Ze zbioru poezji W. Kochowskiego p. t. „Epigramata polskie, po naszemu: Fraszki“.
    Słobody — osady (wolne), folwarki, gospodarstwa.
  56. Na ciężary i opresją chłopską w Polszcze. Ze zbioru K. Opalińskiego: „Satyry albo przestrogi“. Bezwzględna prawdomówność i siła wyrazu chłoszcząca stanowią wartość tych satyr, pod względem poetyckim nierównych.
    Spezy — wydatki; inkwizycyą — śledztwo; taras — więzienie: szpłacheć — kawałek roli: po wypędzeniu Ryksy drapieżnej i t. p. — mowa o buntach chłopskich w czasie bezkrólewia po Mieszku II. (r. 1034): flagellum (łaciń.) bicz: Pawluków, Muchów, Nalewajków — przywódców zbuntowanych chłopów na Ukrainie w XVI i XVII wieku: ucieczką — mowa o ucieczce z pod Pilawiec (przed Tatarami, 1648): zelżywym pokojem — mowa o traktacie pokojowym z Turkami w Buczaczu w r. 1672: per quae quis peccat i t. d. — czem kto grzeszy, tem pokaran będzie.
  57. Na ogołocone ściany w obronę. Jedna z satyr Opalińskiego, odznaczająca się szczególnie oryginalnem ujęciem tematu, zaczepiająca nader śmiało ówczesne poglądy szlachty na położenie i losy Polski.
    W kierz — w krzaki.
  58. Non fecit taliter ulli nationi. Jedna z nielicznych poezji okolicznościowych patryjotycznych A. Morsztyna. Tytuł oznacza po polsku: Tak nie uczynił (t. j. tyle nie dał) żadnemu narodowi. Mor. popierał dążenia królowej Marji Ludwiki, żony Jana Kazimierza, do umocnienia władzy królewskiej w Polsce.
    Do samsiadów — do sąsiadów.
  59. Skarga Ximeny (czyt.: Chimeny, imię hiszpań.). Słynny dramat klasyczny P. Corneille’a (Kornela p. t. Cid, oparty na romancach (balladach) rycerskich hiszpańskich o zwycięzcy Maurów, Rodrigu, przetłómaczony został przez A. Morsztyna prawdopodobnie za pobudką królowej M. Ludwiki (Francuzki) i pod tytułem: „Cid albo Roderik, komedja hiszpańska“, wystawiony został w r. 1661 na zamku warszawskim (w czasie sejmowym): jest to pierwszy dramat francuski, przetłómaczony na język polski. Tłómaczył „Cida“ w naszych czasach S. Wyspiański. Skarga Ximeny spowodowana została zabiciem ojca jej przez Rodriga w pojedynku: Ximena kocha Rodriga i — mimo te wstrząśnienia — zostaje później żoną wybawiciela ojczyzny.
    Zwycięstwo z Maurów (latynizm) — zw. nad Maurami: za którą — przez którą, t. j. krew ojca Ximeny, zranionego w bojach z Maurami: mężobójstwo — zabójstwo (człowieka) — nazwa, używana także w prawodawstwie polskiem.
  60. Chodkiewicz hetmanem (z „Wojny Chocimskiej“ W. Potockiego). Rozdział z „części wtórej“ poematu. Bliższe szczegóły o „Woj. Choc.“ patrz obj. do str. 41. Karol Chodkiewicz objął stanowisko hetmana wielkiego po Stanisławie Żółkiewskim, który w r. 1620 zginął pod Cecorą. Rozdział ten dziwnie podobny do „Obioru“ (hymn wstępny i wiersze następne) w Konradzie Wallenrodzie“ Mickiewicza.
    Zruci miesiąc — t. j. znak (sztandar) turecki (pod nogi słońca „prawdziwej wiary“); których mu nie szczędzą późne wieki i t. d. — nawet „w późne wieki“ dokonywa czynów nieśmiertelnych; Mars z czoła — dzielność, męstwo („bije mu“ z oczu); łęk — część siodła („urosłeś na siodle“): ćwiczyzny — ćwiczeń, trudów (wojennych kampanji): górnemi arsenały — zwycięską bronią.
  61. Stanisław Lubomirski, hetmana polnego namiestnik. Rozdział z tejże części II „Wojny Chocim.“ Stanisław Lubomirski był w „potrzebie chocimskiej“ zastępcą hetmana polnego (Koniecpolskiego), gdy Chodkiewicz był hetmanem wielkim.
    Krzemiezny (krzemięzny, od „krzemień“) — krzepki, tęgi: jędrznie — jędrnieje, wzmacnia się: w oczu, choć nieznaczny i t. d. — w chwilach, wolnych od służby wojennej, widać w oczach Lubom. młodzieńczą zalotność („Kupido sajdaczny“); według podoby — według upodobania (dobrany); do przyrodzonej chodzy i ozdoby — z przyrodzenia dobry w chodzie (w marszu) i w paradzie: wysmuknionej — wysmukłej (nodze szukający miejsca): rzuca wodza — podrzuca wodza: głodze — gryzie: Ksantus, Cillar — nazwy koni, znane z historji i legend starożytnych greckich: gdy Hektorem rozgniewany... obciążywszy osi — gdy rozgniewany zwycięzca (Achilles), przywiązawszy do wozu trupa Hektora (według „Iljady“): komosi sie — sroży się, rzuca się.
  62. Roty konne w potrzebie chocimskiej „Wojny Chocimskiej“ W. Potockiego, rozdział części III.
    Władysławowa — króla Władysława IV; wojen — wojak, rycerz; zobi — przynęty (od: zobia): Mars a Mars — jeden w drugiego jak Mars (jak bóg wojny); krty — krzty: ze złota brantowego — wypalonego, czystego: wielki Janie — apostrofa do Jana Zamojskiego, hetmana: bandolety — strzelby długie; kornety — sztandary; kolety — kurty żołnierskie; sajdak (sahajdak, z tatarskiego) — łuk z kołczanem, t. j. futerałem do strzał.
  63. Potęga turecka. „Wojny Chocim.“ W. Potockiego rozdział z części IV.
    Niesprawą — nie w szyku (ale gromadą, „obławą“): ustrzmiwszy — nastrzępiwszy, ustroiwszy (w pióra pawie): pod żórawią wiechą — mając na czapce (turbanie) pióra żórawie: janczar-aga — dowódca janczarów; janczary — piechota turecka wyborowa: specyjały (tutaj:) nadzwyczajności: nieprzyjaciół szkodzą — przynoszą im szkodę, spustoszenie; gidy — szpetny, obrzydły (z tureck.); forgi — pióropusze: pod skofiją — pod pokrowcem: Tauru — Dniestru; za szańce, wały — zamiast sz. i w.: twory na krew ludzką — narzędzia wojenne; obierze — sidła; koncenty — harmonje, akordy muzyczne; snuje swojej sfery wydział — zawiaduje swoim wydziałem (Febus słońcem!): kary — wozy: bierek — owiec tureckich; maże — wozy łubiane: do żydła — do życia, do jedzenia.
  64. W obozie przed bitwą chocimską. „Wojny Chocim.“ rozdział z części IV.
    Kawalkata — grupa podróżna, gromada; dzianetom — rumakom arabskim lub tureckim, tutaj; rumakom ognistym, które ciągną wóz słoneczny (mity greckie): ustrzmiwszy — patrz wyżej: kościołem się bawił — modlił się: paiże — (pawęże) tarcze (blachy zbrojne): larmo — alarm (wojskowy); szyposze — trębacze: treny marsowe — pieśni wojenne; Trytoni i Forcy — bożki rzeczne: że wynurzeni i t. d. — aż wynurzyli się, podziwiając (piękny widok sztandarów i wojska): Fawonius — wiatr: korbety — skoki taneczne (franc. courbette): sforcują się w salty — wysilają się na skoki, prężą się w podskokach: niżli z Malty, kawalery — zakon maltański rycerzy; niemieckie, węgierskie najemne oddziały wojska polskiego, złożone z Niemców, Węgrów.
  65. Przemowa Chodkiewicza do wojska przed bitwą chocimską. Rozdział części IV „Wojny Chocimskiej“ Wac. Potockiego. Jeden z najpiękniejszych wzorów mowy staropolskiej.
    W archiwie piersi waszych i t. d. – macie w sercach milość Boga, ojczyzny i króla; wam się zwierza — powierza wam (w obronę); tuczą — dostatkiem, rozkoszą (świecką): w te ręce król i t. d. — ponieważ szlachta wybierała sama króla; posiężnego przypłaci — zapłaci za to, że sięgnął (po koronę polskiego króla): „posiężne“ na wzór: „czesne“, „drogowe i t. d. — Martauze — handlarzy żywym towarem t. j. sprzedających ludzi w niewolę Turkom: oszedziałe — osiwiałe: Twórce — Twórcy (2 przyp.); pean — hymn: stwierdzić — wzmocnić, pokrzepić.
  66. Dziś a wczora. Rozdziały z „Wojny Chocim.“ Wacława Potockiego (część III).
    Falandysz — sukno przednie (holenderskie): od festu — od święta: karazyi — sukna pośledniego; breklest — poślednia materja na suknie; płaci — znaczy: Gradywowym — Marsowym (przydomek Marsa): szpalery — obicia (w pokoju); met dadzą — dorównają; soromu — wstydu: nie rzkąc — nie mówiąc już o...: nie mając chleba królewskiego i t. d. — nie mając darowizn od króla (starostw): Rusnaczków — Rusinów; skotopasów — pastuchów.
  67. Veto albo nie pozwalam. Ze zbioru W. Potockiego „Moralia abo rzeczy do obyczajów, nauk i przestróg w każdym stanie żywota ludzkiego“: ten zbiór uwag, myśli, fraszek, facecji pozostawał w rękopisie do dzisiejszych czasów, obok drugiego zbioru podobnego p. n. Ogród: oba wydano teraz: „Moralia“ w Bibl. pis. pol. (Akad. Umiejęt. w Krakowie), w 3 tomach, ostatni w r. 1918.
    Satyra na liberum veto, prawo zwyczajowe zrywania sejmów przez jednego posła, zakorzenione w Polsce od w. XVII, zniesione przez konstytucję 3 maja 1791 r.
  68. Na panów, oskarżając ich o niedbałość ojczyzny.
    Trzebienie — t. j. eunuchy: co oczy rozdarli — co patrzą na was szeroko otwartemi oczami: kalety — trzosy: ani sarkazmem mego czcijcie wiersza — nie nazywajcie mego wiersza sarkastycznym (złośliwym).
  69. Czuj! Stary pies szczeka. Satyra ze zbioru „Moralia“ Potockiego (patrz wyżej).
    I o swej czuj wolności — czuwaj nad swą wol.: którzy nieopowiednie (kradną) — o których kradzieży się nie mówi: do swego sekwestru — do spółki przy swojem grabieniu (Polski).
  70. Niechaj śpi pijany. Satyra ze zbioru „Moralia“ (patrz wyżej.)
    Winem z prasy Bożego i t. d. winem, które gniew Boży (chyba) za jego grzechy mu podsunął: gdzie drudzy — gdzie indziej znowu drudzy: Syrenami przyśpiewują — jak Syreny (uwodzicielskie nimfy wodne).
  71. Duma niewolnicza. Poemat Zbigniewa Morsztyna pod tym tytułem znajduje się w zbiorze jego poezji (niedrukowanym): „Muza domowa“; inny tytuł ma w zbiorze („Silva rerum“) Jakuba Trembeckiego p. t. Wirydarz poeticki, z różnych poetów wiadomych y niewiadomych — łacińskich y polskich wielką y kilkunastu lat pilną pracą wystawiony y skończony — roku Pańskiego 1675 die 24 Xbris: „Wirydarz“ wydał z rękopisu Aleksander Brückner, we Lwowie 1910. Zbiór Tremb. obejmuje prawie wyłącznie poetów z sekty arjańskiej. — „Duma Niew.“ odnosi się do czasów oblężenia Krakowa przez Szwedów 1657 r. — Z poematu tego dajemy zwrotki wyłącznie ogólnego, patryjotycznego, charakteru, pomijając tony czysto już niemal osobiste.
  72. Do kochanej Ojczyzny. Wiersz, zamieszczony na czele „Psalmów pokutnych“, które W. Rzewuski, senator, hetman, wywieziony r. 1767 do Kaługi (wraz z biskupami Sołtykiem i Załuskim) przez ambasadora rosyjskiego, Repnina, napisał w czasie tego wygnania.
  73. Przypis własny Wikiźródeł W tym miejscu w niektórych wydaniach spotyka się jeszcze jedną zwrotkę:
    W polskich patronach niepłonne nadzieje.
    Zelantów serce niechaj się nie chwieje,
    Gdy ci przy swej pieczy
    Miecze do odsieczy
    Dadzą Polakom.
  74. Pieśń Konfederatów Barskich. Zamieszczone w Zbiorze „Skarbiec historji polskiej“, wydanym przez Karola Sienkiewicza, t. 1. Paryż 1839 i stamtąd powtórzona przez Mickiewicza w lekcji XV roku drugiego wykładów literatury słowiańskiej. Jak wszystkich pieśni konfederackich, tak i tej, autor nieznany.
    Z Boga ordynansu — z rozkazu Boga (po wojskowemu): rangę porzucam i t. d. — porzucam rangę ziemską (wojskową) dla osiągnięcia miejsca w niebie (t. j. gotów jestem zginąć za wiarę); ten jest mój (h)azard — na to się ośmielam; wyroku Twego i t. d.-t. j. niczem nie wykupię się od losu, przeznaczonego mi Twoim wyrokiem: aby nie w upadku itd. aby wiara nie upadła, lecz słynęła w pełni (wiadomo, że Konf. bar. walczyła pod hasłem obrony wolności i wiary katolickiej, zagrożonej, jej zdaniem, przez dyssydentów polskich i ich protektorkę, Rosję; (wyżej powiedziano: „aby... wolności przywary, gwałty świętej wiary — zniesione były“); przybywa w osobie — osobiście, sama; sukurs — pomoc.
  75. Pieśń Konfederatów Barskich. Druga pieśń Konf. bar., tutaj zamieszczona, wyjęta jest ze zbioru modlitw (Kon. Bar.(patrz: objaśnienie do str. 49), gdzie wydrukowano ją na końcu jako dodatek pod tytułem: „Pieśń Konf. Bar“.
    Betulija — miasteczko w ziemi żydowskiej, oblężone przez Holofernesa, ocalone przez Judytę, która, podstępnie zyskawszy sobie zaufanie Holofernesa, odcięła mu w nocy głowę (Stary Testament); że na Jozue wzdychanie — na modły Jozuego wstrzymany został przez Boga zachód słońca, póki bitwa nie skończyła się pomyślnie dla Izraelitów (Stary Testament).
  76. Errata: poemat: „Auferam vobis i t. d.“ ma być na stronie 142 (przed poematem: „Do pewnego ministra“).
  77. Auferam vobis viros fortes et consilii Tytuł łaciński znaczy: Odejmę z pośród was mężów walecznych i radnych: jest to zdanie z Pisma św., powtórzone przez króla Stanisława Augusta w jednej z jego mów sejmowych. Zabłocki, przypominając je tutaj, wyjaśnia je niejako na żywych przykładach.
    Poszli w niewolę hetman i t. d. — mowa o wywiezieniu przemocą i bezprawnie przez Repnina trzech senatorów polskich w r. 1767 (jedna z przyczyn zawiązania konfederacji barskiej): patrz str. 346 objaśnienie do wiersza Rzewuskiego: „Do kochanej ojczyzny“: bracia na siebie sami i t. d. – mowa o walkach wojsk rządowych z konfederatami (hetmanem wojsk rządowych był Branicki); ecce adestis viri fortes et consilii — oto jesteście, mężowie waleczni i radni: zdanie to wstawiliśmy w tem miejscu, wziąwszy je z innej zwrotki poematu, który podajemy w skróceniu (dalsze rozdziały przechodzą w szczegóły polityczne i osobiste).
  78. Tęskność do kraju. Wiersz, napisany prawdopodobnie w czasie pobytu Karpińskiego w Wiedniu, jak widać ze wzmianki o Dunaju.
    Euksyn — Morze Czarne.
  79. Pieśń dziada sokalskiego w kordonie cesarskim. Napisana po pierwszym rozbiorze, kiedy t. zw. Galicja przeszła pod panowanie austryjackie (cesarski“); Sokal, miasteczko w półn.-wschodniej części „Galicji“. Jedna z popularniejszych pieśni Karpińskiego.
    Przedtem u jednego stołu król i t. d. – prawdopodobnie wspomnienie obiadów czwartkowych“ Stanisława Augusta, (dla liteteratów i wogóle artystów polskich). na których Karpiński bywał.
  80. Na posąg Czarnieckiego w Tykocinie. Posąg ten wystawił Branicki J. K. w r 1755.
    Tykocin — miasteczko nad Narwią; Czarniecki Stefan — hetman, wielokrotny zwycięzca, ur. 1599, um. 1665.
  81. Z satyry „Świat zepsuty“. Po wstępie „Do Króla pierwsza satyra w zbiorze satyr Krasickiego, wydanym p. t. Satyry i listy. Wydanie nowe krytyczne Ludw. Bernackiego, Lwów 1908. (Wydawn. dla popier. nauki pol. we Lwowie). Zamieściliśmy ją w grupie „poezji patryjotycznych“ jako jeden z najsilniejszych w epoce Stanisława Augusta wyrazów bólu upadającego świata“. Dajemy tu z satyry tej właśnie te ustępy, w których zarysowano ogólne linie obrazu.
    To, co oni honorem, poczciwością zwali i t. d. Krasicki należał wprawdzie, wraz z innymi poetami z otoczenia Stanisława Augusta, do „oświeconych“ zwolenników postępu a przeciwników staroszlacheckiego z („sermackiego“) zacofania, jednakże był wśród tego grona jednym z najbardziej umiarkowanych i daleko stał od cynizmu i zobojętnienia moralnego pewnych sfer arystokratycznych, przeciwko którym właściwie głównie ta satyra się zwraca; próżno się stan mniemaną potęgą nasrożył — mowa o stanie szlacheckim: Goty i Alany — ludy germańskie, które zalały państwo rzymskie w czasie „wędrówki ludów“: wały — bałwany morskie: zgodne z żeglarzem — z królem.
  82. Głos umarłych. Wiersz, napisany przez Naruszewicza dla króla Stanisł. Aug. i posłany mu przed wydaniem „Historji narodu polsk.“ tegoż autora — jako odpowiedź na przynaglenia i dowód przemyślenia materjału historycznego.
    Helikońskiej góry — Parnasu poetyckiego: zamierzchłe cyprysy — cmentarze; Kloto — jedna z trzech prządek życia ludzkiego (która nić jego przecina; mit grecki): na oddział błędu i istoty — życie ziemskie jest życiem „błędu“ (nieświadomości), życie nieśmiertelne — daje świadomość „istoty“ (czyli istotnej „cnoty“): niegdyś w najwyższej władzy osadzony — autor w całym poemacie przemawia w obronie silnej władzy królewskiej, która wogóle ówczesnym reformatorom wydawała się jednym z najkonieczniejszych środków ratunku dla Polski); określał króla — ograniczał (władzę ich); rozmnażał tyrany t. j. samowolę magnatów („królewiąt“); Temis — (grecka) bogini sprawiedliwości; herbownej gołoty — drobnej („gołej“ t. j. biednej) szlachty.
  83. Do ojczyzny. Jeden z najlepszych wierszy patryjotycznych okresu Stanisława Augusta, uderza głównie w spodlenie polityczne warstw kierujących (magnatów). Patryjotyczne uczucie Kniaźnina przebija często nietylko w specjalnych utworach o tendencyi patryjotycznej (Matka Spartanka, Do ugody i t. d.), ale i w innych (patrz: wiersz „O mojej pracy“ w grupie „Refleksyjne“ tej antologji).
    Mamona świeci — jak wiadomo, cały szereg magnatów był na żołdzie moskiewskim.
  84. Matka Obywatelka. Jeden z najpopularniejszych wierszy Kniaźnina. Wyższą jego wartość artystyczna stanowi treść bogata i różnorodna w skupionej, zwięzłej formie. Co do formy, to Kniaźnin — jak wiadomo — pracował specjalnie nad udoskonaleniem formalnej strony poezji polskiej.
    Ojczyzny zdrajca i zbrodzień — szczególnie tragicznie brzmiały to słowa w okresie, w którym zdrada, łączenie się z wrogami, często za pieniądze, toczyły organizm państwa polskiego.
  85. Do moich współziomków. Poemat ten rozpoczyna w naszej antologji szereg poezji z okresu Wielkiego Sejmu, poświęconego zmianie konstytucji (1788—1791).
    Jeśli ta góra wielka śmieszną myszkę zlegnie — używany jako przysłowie zwrot łacińskiego poety, znaczy tyle, co: „z wielkiej chmury mały deszcz“; August raczył powszechniej światło rozprowadzić — zasługi Stan. Augusta dla oświaty i kultury są niezaprzeczone (w okresie tym powstały: Komisja Edukacji Narodowej, Towarzystwo ksiąg elementarnych: zreformowano Akad. Krakowską i t. d.): Wojenną jego szkoły odzież — „szkoła rycerska“, założona przez Stan. Augusta. W niniejszym wierszu charakterystyczne jest (między innemi), że pocta ten szybko wpada w ton panegiryku dla króla.
  86. Do powszechności. F. Zabłocki wydał w czasie sejmu wielkiego cały szereg poezji politycznych“ (bezimiennie), będących ostremi satyrami, czasem paszkwilami, na licznych zdrajców ojczyzny z partji moskiewskiej (późniejszych iniejatorów konfederacji targowickiej). Niniejszy wiersz „Do powszechności“ (społeczeństwa) może być uważany słusznie za wstęp do owego cyklu poezji. Cały ten zbiór, będący jedyną swego rodzaju ilustracją do dziejów Sejmu Wielkiego, wydał Dr B. Erzepki (Pisma Zabłockiego, Poznań 1903).
    Zoilem — złośliwym krytykiem (z historji literatury starożytnej); paszkwil — w przeciwieństwie do satyry, wytyka wady osobiście i imiennie w sposób złośliwy.
  87. Do pewnego ministra. Wiersz ten odnosi się do kanclerza w. koronnego, Jacka Małachowskiego, który pobierał roczną pensję od dworu rosyjskiego. Ściślejsza data napisania tego wiersza: rok 1788.
    Radziejowski — podkanclerzy, skazany w r. 1652 na banicję za zdradę: wypędzeniem z kościoła ojczyzny — jak Chrystus kupczących w świątyni (Ewangelja): od klucza czyś jest od pieczęci — podskarbi czyli kanclerz.
  88. Do zgromadzonych stanów. Ściślejsza data napisania tego wiersza do, zgrom. stanów“, t. j. do posłów sejmowych i senatorów, rok 1789.
    W świętokrzyskiej wieży — na wieży kościoła ś. Krzyża (w Warszawie): na Solcu — dzielnica Warszawy (nad Wisłą): w ujazdowskiem gumnie — Ujazdów pod Warszawą stanowił wtedy osobne przedmieście; księdza Marka i t. d., — t. j. szkoda prorokować, jak ks. Marek (kapelan Konfederacji Barskiej); Saturn — gwiazda (czyli Sat. wkrótce zetknie się ze słońcem i sprowadzi w ten sposób katastrofę): wolność jednać z wielmożnością tronu była na sejmie wielkim partja za wzmocnieniem władzy królewskiej (co Zabłocki, niezbyt monarchicznie usposobiony, nazywa dziełem wieży Babilonu“ t. j. pomieszaniem pojęć); skoro na szczęście Polski pomiędzy sąsiady — toczyła się wojna rosyjsko-turecka (która umożliwiła Polsce swobodne obrady sejmowe nad przemianą konstytucji).
  89. Do Branickiego hetmana.
    Rarogu — raróg, ptak z gatunku jastrzębia.
  90. Do niektórych chluby. Napisane po uchwale sejmu wielkiego, nakazującej zorganizowanie armji stotysięcznej: autor nie ufa szczerości niektórych posłów i nie ma wielkiej nadziei w urzeczywistnienie tej uchwały.
  91. Rozmowa o Konstytucji 3 maja. „Powrót posła“ J. U Niemcewicza (który sam był posłem z Inflant do Sejmu wielkiego 1788-1791) wystawiony został w Warszawie w czasie obrad sejmu w r. 1791. Było to dzieło, stworzone dla propagandy przez młodego, 34-letniego posła, przejętego do głębi swojem zadaniem i ideami nowej konstytucji. Była to pierwsza polska komedja polityczna. Jeden z objawów rozległej działalności patryjotycznej N. w czasie sejmu wielkiego.
    Podkomorzy — ojciec posła, Walerego; w jego domu odbywa się akcja całej komedji: chwalebna ich praca zawieszona — rzecz dzieje się w czasie limity (przerwy) sejmowej, gdy dokonywa się wybór nowych posłów (dla połączenia się z dawnymi w sejm wielki) w nieprzytomności jego — w nieobecności jego; Starosta — gość w domu Podkomorzego, zwolennik dawnego stanu rzeczy, zaślepiony w „złotej wolności“; pod Augustami — pod Sasami: promocje — darowizny; magnaci płacili postom, którzy w ich interesie sejmy zrywali, dzierżawą wiosek: straże, sejm gotowy — urządzenia, proponowane przez konstytucję 3 maja; sentymentów — uczuć, upodobań; prawa człowieka — naczelne hasło rewolucji francuskiej (1789), które wpłynęło także na uchwały konstytucji 3 maja; w letargu — w pozornej śmierci, stan snu chorobliwego o zewnętrznych cechach stanu martwoty): wolny sojusz — Polska zawarła wówczas sojusz z królestwem pruskiem (przeciw Rosji).
  92. Do Stanisława Małachowskiego, marszałka Sejmu wielkiego. Jeden z najlepszych wierszy Karpińskiego. Pełny tytuł brzmi: „Do S. M., referendarza Koron, Marsz. Sejmu i Konfeder. Koron., z okoliczności danej wolności poddanym swoim. Jest to jeden z kilku wierszy Karp., napisanych z powodu Konstytucji 3 maja.
    Obciążasz swoją dla nich poręką dziedzizny — S. Małachowski, podobnie jak wielu posłów sejmowych, uwolnił chłopów w dobrach swoich od poddaństwa; i prac twoich towarzysze — twórców Konstytucji 3 maja; w kilku zwrotkach tego poematu (tutaj pominiętych) wspomina Karpiński o dwóch jeszcze obywatelach, którzy znieśli u siebie poddaństwo, Jacku Chreptowiczu i Stan. Poniatowskim.
  93. Hymn na rocznicę 3 maja. Napisany widocznie specjalnie na uroczystość obchodu 1-ej rocznicy 3 maja, która, jak wiadomo, święcona była w Warszawie uroczyście. Tem echem sejmu wielkiego kończymy szereg poezji, odnoszących się do owego okresu dziejowego.
    Podległość rządowi — posłuszeństwo władzy i prawu, rządowi (w odróżnieniu od nierządu“); w swobodzie wstrzymałość — wstrzemięźliwość, miara w używaniu swobód (politycznych).
    Król, radny, rycerz, mieszczanin z rolnikiem — wymienienie w tem miejscu króla, radnego (członków rządu), rycerza (szlachty), mieszczanina i chłopa znamienne jest dla ideałów równouprawnienia społeczno-politycznego, które przyświecały Konstycji 3 maja: gdy większą szczęśliwiąc swobodą i t. d.do końca życia, do osiągnięcia życia wiecznego.
  94. Wiosna. Wyraz bólu patryjotycznego w okresie drugiego rozbioru, po ruinie najpiękniejszych nadziei i wysilków konstytucji majowej. Niemcewicz sam stał się teraz wygnańcem z ojczyzny. W tym samym okresie N. napisał: „Na hersztów targowickich“ i „Fragment Biblie Targowickiej. Księgi Szczęsnowe“. Niniejsza elegja patryjotyczna odznacza się szczególnie pełnem ujęciem nieszczęść Polski po upadku Konstytucji.
    Czemuż nieba nie raczą bohatera wskazać? — już w następnym roku (1794) podnosi sztandar powstania T. Kościuszko, którego sekretarzem i adjutantem został Niemcewicz: któż wam hołdu nie odda... — cały ten rozdział odnosi się do Konstytucji 3 maja; co ojczyznę najechali zbrojnie — Targowiczanie, którzy sprowadzili wojska rosyjskie; gdy zawiść wśród mocarzów rzuci swe pochodnie — N. przewidział tu dobrze grozęwojny między państwami zaborczemi, którą myśmy musieli przeżyć.
  95. Do..... Osoba, do której Krasicki wiersz ten napisał, niewiadoma.
    Kato M. P. — senator i wódz rzymski, gorący republikanin, który odebrał sobie życie z powodu zwycięstwa cezaryzmu w r. 46 przed Chr.
  96. Z „Barda Polskiego“. Poemat ten, napisany po upadku powstania Kościuszki, nieznany był ogółowi do roku 1839, względnie 1840, w którym wydany został w Paryżu bezimiennie, z przedmową Niemcewicza. Według pamiętników własnych napisał go, 23-letni wówczas, Adam Jerzy Czartoryski, późniejszy prezes Rządu Narodowego w r. 1831, mianowicie w Grodnie, gdzie jako zakładnik Katarzyny przebywał przy boku zdetronizowanego Stanisława Augusta. Pobyt młodego syna księcia generała ziem podolskich pod dozorem rosyjskim miał być ceną, za którą ogromne dobra przeciwnika Rosji wraz z miljonowemi oszczędnościami drobnej szlachty ocalone zostały od konfiskaty. „Bard Polski“ jest więc przedewszystkiem owocem bólu i wzburzenia młodego zakładnika. Tekst, wydany w r. 1839 (w „Skarbcu historji polskiej“ Kar. Sienkiewicza), później osobno 1840, różni się przeróbkami, ogładzeniem i wyraźnemi wpływami późniejszych poematów Mickiewicza i innych wielkich poetów, wcale znacznie od tekstu pierwotnego, z r. 1795. Ten zaś znajduje się w kopji, współcześnie sporządzonej (rękopiśmiennej) w Archiwum domu Czartoryskich w Krakowie, i ma napis: Bard polski, pisany przez Xięcia Adama Czartoryskiego Roku 1795, a przez siostrę Jego Maryę z Czartoryskich Xiężnę Württemberską w Świątyni Pamięci złożony Roku 1803“. Tutaj dajemy ustęp z tekstu pierwotnego według wydania prof. J. Kallenbacha, Brody, 1912. Nagłówki poszczególnych ustępów, tutaj dane dla przejrzystości, nie znajdują się w oryginale poematu, z wyjątkiem ostatniego nagłówka („Pożegnanie“).
    Bard — śpiewak, pieśniarz ludowy, nazwa znana m. in ze zbioru angielsko-szkockiego „Pieśni Ossjana“ (przekład ówczesny Kniaźnina): zgraje złączone wytrwała — oparła się wytrwale złączonym zgrajom; wiarołomnego króla — Fryderyka Wilhelma pruskiego, który złamał w r. 1793 przymierze, zawarte w r. 1788 (w czasie sejmu wielkiego): Wolny Obrońca — Kościuszko: Krupczyc zagony — w Krupczycach pod Kobryniem stoczył bitwę (18 września 1794) z Suworowem Karol Sierakowski; „Pożegnanie“ poprzedzone jest ustępem o nadziei.
  97. Żale Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta. Napisanepo ostatnim rozbiorze. Autor myśl zwraca ku czasom Zygmunta Augusta, który był ostatnim królem dziedzicznym Polski (umarł 1572) i zakończył epokę największej świetności Polski.
    Rozdani na Moskwę i Niemce — pod zaborem rosyjskim, pruskim i austryjackim: szablę, wesołość, nadzieję; Sarmata (Polak) oddaje się w tej ponurej elegji zupełnemu przygnębieniu, nie wierząc już ani w walkę orężną, ani w możność ratunku wogóle. Karpiński pisał w czasie Konstyt. 3 maja wiersze pełne nadzici (patrz: str. 149 antologji).
  98. Hymn do Boga o dobrodziejstwach, narodowi polskiemu wyświadczonych. Tym poematem nadziei i nowego tonu w poezji patryjot. pol. zamykamy tę grupę w naszej antologji, jakkolwiek datą powstania swego sięga poza okres niepodległości, jest niejako ostatecznem ujęciem i rozrachunkiem całej przeszłości niepodległej i wszystkich jej zasadniczych idei.
    Już lat tysiąc i t. d. — od przyjęcia chrześcijaństwa przez Mieszka I (963 r.); krępakiem — Karpatami; do szlachetnego wytknął plac zawodu do bojów szlachetnych: schnęły strumienie i t. d. — nie było przeszkód dla zwycięstw polskich, jak „gdyby schnęły strumienie i góry tajały“, gdzie oni przejść chcieli: Izmaela plemię — Tatarzy: Dagon — bożek filistyński: świątynię jego obalił Samson: przegadać ich nie mogli i t. d.— nie mogli opowiedzieć (historycy i poeci dawni): na murzyńskie piaski — mowa o wysłaniu części legjonistów przez Napoleona na wyspę San Domingo; drudzy, przeżyć nie mogąc i t. d. — wychodźcy i legjoniści, którzy łączyli „tchu ostatki“ z Napoleonem („gwiazdą nowych świata cudów“); łzy krokodylom wmawiają — „łzy krokodyla“ oznaczają (według przysłowia starogreckiego) udane łzy kata nad ofiarą (tutaj odnosi się do rzekomego współczucia mocarstw europejskich dla Polski).
  99. Żale umierającego. Rękopis polski tego zabytku z w. XV znajduje się w bibljotece kapituły płockiej, umieszczony po łacińskich komentarzach do Ewangelji; składa się z 22 zwrotek, oznaczonych literami abecadła (brak zwrotki na literę s). Tekst pełny wydał prof. J. Rozwadowski (Materjały i prace komisji językowej Akad. Umiej. w Krakowie r. 1904, tom. 1).
    Sie dzieci — podziać się; ocuci się — ocuć się (dawny tryb rozkazujący); tylkom — tyle-m; te dwa bogi przeklęta — liczba podwójna; nie uczynił — prawdopodobnie w rękopisie pierwotnym było tu: urobił, zrobił; wynić — wynijść (wyjść): zatworzone — zamknięte; zazżycież — zapalcie-ż (od: żec).
  100. Rozmowa mistrza ze śmiercią. Tekst tego djalogu znajduje się wraz z poprzednią pieśnią w rękopisie płockim, oznaczony nagłówkiem łacińskim: De morte prologus (O śmierci przemowa): pełny tekst ma wierszy 497 (najdłuższy poemat polski z XV w.). Tekst pełny wydano — jak wyżej.
    Nizacz — za nic; swym żakom — gdyż „każdy w jej szkole być musi“: ostał wszech ludzi — ostawił, zostawił; wzraza — postaci: łoktuszą — płachtą; leści sie — lśni się; samojedź — samolub (samojednik); przez lutości — bez litości; eże — aż; wiła — „zły duch“: na rejistrze — na pogotowiu; przezdzięki — przemocą, działo — dzieło (działanie); o to nigdy nie pokupię — nigdy za to dość nie zapłacę; miąższy — tłusty (mięsisty); rosztohaze — handlarze koni, kupczący także ludźmi (wyraz niemiecki); rozpasty — rozpusty: tulce — kołczany (ze strzałami); lubieszczka — lekarstwo; piotyna — piołunu.
  101. O szczęściu i nieszczęściu. Rozdział z „Apophtegmata“ („to jest krótkie a roztropne powieści, człowiekowi poćciwemu słusznie należące“); „Apopht.“ to jeden z kilku dodatków do „Źwierciadła“ M. Reja (patrz: Przypisy str. 335).
    Własny (w staropolszczyźnie) — właściwy, prawdziwy; używie — użyje; prawie — prawdziwie, zupełnie; harcuje — kieruje; na równem — na skromnem, małem.
  102. Myśli o przyszłem życiu. Tak nazwaliśmy część wiersza, przydanego przez M. Reja na zakończenie „Spólnego narzekania na porządną niedbałość naszę“ („Źwierciadło“, cz. II), p. t. „Do tego, co czytał ty księgi“.
    Trzeba tam subtelniejszą mieć wzory robotą — Rej różnicę między światem ziemskim a niebiańskim tłómaczy czytelnikowi w tym wierszu porównaniem strojów ziemskich i „strojów“ niebiańskich („Bo już tam inych strojów, nieboże, potrzeba, kto sie bierze wyjechać z tej ziemie do nieba“); obercuchy — suknie (z niemieck.): na łbie z piérzem — z piórami na czapce; o płatne — o rzecz cenną; bryże — kroje (stroje); być wszystkiego stradać — by ci wszystko stracić przyszło (co ziemskie); wsiadać — do podróży (na tamten świat).
  103. O piękności. „Dworzanin polski“ Ł. Górnickiego wydany został w Krakowie (u Mac. Wierzbięty) w r. 1566. Oparty na dziele włoskiem Baltazara Castiglione z r. 1528. („Il libro del Cortegiano“); w dużej części tłómaczony z tego dzieła. Poświęcony Zygmuntowi Augustowi. Składa się dzieło to z rozmów dworzan u biskupa Maciejowskiego w Prądniku pod Krakowem. Jakkolwiek tylko przetworzone (a poczęści właśnie dlatego) jest „Dworz. pol.“ jednem z najpiękniejszych dzieł polskiego humanizmu i prawdziwym klejnotem mowystaropolskiej. Wydanie pełne nowsze prof. Paulisza, Brody (u Westa) 1905.
    Hnet — wnet; łuczny — zażarty; żadne — brzydkie; bez pochyby — napewno; wdy'; — wżdy, przecież, najliższa — najlichsza: prosto — poprostu; odtąd — od piękności; cień jakiś — cieniem tylko; nieprzyrownaną — niezrównaną, nie dającą się porównać: gi (ji) — go (jego); nazad — za sobą: telko — tylko; owa — słowem.
  104. O młodości. W Odprawie posł. greckich J. Kochanowskiego, znajduje się kilka chórów — na wzór tragedji starogreckich. Chór, tutaj zamieszczony, jest odgłosem sceny, w której królewicz trojański Aleksander (Parys) daremnie usiłuje nakłonić starego doradcę królewskiego, Antenora, by głosował przeciwko oddaniu Grekom porwanej przez niego Heleny.
    Zgadzając — dogadzając; zaraz — za jednym razem, naraz.
  105. Sława jedna zostaje po człowieku. Ze zbioru „Pieśni“ J. Kochanowskiego (patrz: objaśn. do str. 60—65).
    Położyć równo — zrównać; stawa — staje, wystarczy; dowcipu — rozumu, przemyślności; słusze — przystoi (słuszna): frymarczy — kupczy: sprzedaje (żywot za sławę); w cieniu — w ukryciu, nieznany.
  106. Do snu. Z „Fraszek“ Kochanowskiego, których razem jest 294 w 3 księgach.
    Przyszłego wieka — przyszłości (tutaj: życia przyszłego t. j. pozagrobowego); uśpi — tryb rozkazujący: te — to; mało — trochę; chceli — chce-li, jeżeli chce; gdzie dzień wychodzi z morza — gdzie słońce wschodzi (według podań starożytnych): przed gorącem — od gorąca: spornym — rozmaitym (biegom gwiazd): w społecznem mijaniu — mijając się wspólnie, wzajemnie („koła“ t. j. kręgi niebieskie; według starożytnych „sfery“ niebios dźwięczały osobną muzyką).
  107. Powrót wiosny. Z „Pieśni“ księgi I.
    Roście — rośnie (od: rostę, rościesz, roście); rady — radości; przecz-by — przez co by, dlaczegoby; bo się czuje prawie — prawdziwie (swobodnie); chłodnikiem chróścianym — altaną z chróstu.
  108. Na lipę. Z „Fraszek“.
    Zamiast: pod mym liściem — w niektórych wydaniach: p. m. cieniem; pan tak kładzie — mój gospodarz tak mię ceni: w hesperyskim sadzie — w którym według podania starożytnego greckiego rosły złote jabłka.
  109. Na dom w Czarnolesie. Z „Fraszek“. W Czarnolesiu, dziedzicznej swojej majętności, osiadł Koch. na stałe około r. 1570 i ukochanemu swemu zaciszu niejedną poświęcił fraszkę, zwłaszcza ulubionej tam lipie.
    Raczyż — racz-że.
  110. Errata: tren Kochanowskiego „Tęsknota“ ma być: po trenie „O smutnych pamiątkach“ na stronie 182.
  111. Tęsknota. „Treny“ napisał poeta po śmierci córeczki Urszuli, która umarła (w r. 1579), mając dwa i pół roku. Trenów wszystkich wydał poeta dziewiętnaście. Nazwa Treny“ (żałosne pienia) jest starogrecka. Nagłówki poszczególnych „Trenów“ (które w oryginale nie mają nazw osobnych, prócz ostatniego) przez nas tutaj użyte zostały dla wyraźniejszego zaznaczenia ich treści.
    Na szczęśliwe wyspy — „pola Elizejskie“ (miejsce pobytu dusz po śmierci, wedł. wierzeń starogreckich): teskliwe — smętne: Charon — przewoźnik dusz (do świata umarłych: wierzenia starogrec.); zdrojem niepomnym — „Letejskim“, który odbierał zmarłym pamięć życia ziemskiego: człowieka zrzuciwszy — pozbywszy się ciała ludzkiego: nikczemną — znikomą (ni-ku-czemu).
  112. O smutnych pamiątkach. (Tren 7).
    Ochędóstwo — sukienki: pisany — barwiony, kolorowy: uploteczki — wstążeczki; giezłeczko — koszulka.
  113. Zwątpienie. (Tren 11).
    Brutus porażony — wódz rzymski, sławny z prawości, miał się wyrazić podobnie po przegranej bitwie (pod Filippi); nie ulęże — nie ostoi się: baczenie — rozwagę, przytomność umysłu.
  114. Pocieszenie. (Tren 19).
    Obłapił — objął: przełomione — przełamane, przerwane: porównać — zrównać się; rana (śmierć) — wczesna; złez — łez: przysady — dodatków (złych); nieuchronnej zdrady — pewnej odmiany (dobrego losu); przekazy — przeszkody: nie ma wolności — nie wolno jej działać; dobrej myśli — wesołości, spokoju; mdłego przyrodzenia (ratować) — słabą naturę (ludzką); fortel — sposób: takiem myśleniem nie wściąga — nie zatrzymuje, nie myśli (o nich) ciągle: ludzkie noś — po ludzku znoś (jak „dobrze“); aczciem — jakkolwiek jestem.
  115. Złote myśli, wyjęte z różnych pism J. Kochanowskiego.
    Sam na sie — sam po sobie; ujął chciwości — powściągnął swoją chciwość: w to ugodzić — utrafić (zrozumieć); przystojność — przyzwoitość, uczciwość; nie jest przyjacielska — rozumie się: rzecz; pisać sie — popisywać się.
  116. O nietrwałej miłości rzeczy świata tego. Poezje młodo zmarłego Mik. Szarzyńskiego wydane zostały po jego śmierci (r. 1601) p. t. „Rytmy abo wiersze polskie“; wydanie krytyczne (z dodatkiem pierwodruków z rękopisów); Bibl. pis. pol. Akad. Umiejęt. w Krakowie, 1903 (wyd. Ign. Chrzanowski).
    Mienić się — odmieniać się: sceptr (z łaciń.) — berło: stworzone piękne oblicze — piękne oblicze ludzkie: warować się — ochronić się (od trwóg); własny — właściwy: początku równego — co jest równe pochodzeniem (ciału).
  117. O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem. Z tegoż zbioru poezji Szarzyńskiego, co wyżej.
    Łakome marności — marności, na które się łakomimy: zepsucie, zguba: pilno czynią — pilnie starają się; zbiegłe — znikome (rozkosze): zajźrząc — zazdroszcząc; prześpiecznie — bezpiecznie.
  118. Żal nagrobny na śmierć Jana Kochanowskiego. Klonowicza „Żale nagrobne na szl