Klejnot (Junosza-Szaniawski, 1926)
| Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Klejnot |
| Pochodzenie | Kalendarz Gazety Porannej 2 Grosze na Rok 1926 |
| Data wyd. | 1926 |
| Druk | Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB |
| Indeks stron | |
Pan Dominik Stukalski należał do pospolitych ofiar doby wojennej.
Zawierucha europejska zagnała go w głąb Rosji, a choć sam z uwagi na wiek przejrzały nie brał udziału w zmaganiach wojennych to jednak został draśnięty pazurem Marsa tak dotkliwie, że poprostu przyjść do siebie nie mógł.
Co było do spalenia, ogień mu strawił, co tylko miało jakąś wartość, poczciwi ludziska rozkradli i tak ogołoconego repatrjanta jakieś zacne komitety odstawiły bezpłatnie do stolicy Polski.
Rodzinie jego bliższej i dalszej powiodło się bez porównania lepiej, bo jedni w ogólnem zamieszaniu porobili pokaźne majątki, drudzy zaś cichutko przenieśli się tam, gdzie pokój wiekuisty panuje.
Pan Dominik został sam na świecie, choć niezupełnie, bo towarzyszyła mu stale bieda, która ma to do siebie, że jak się kogo uczepi, to już go puścić nie chce.
Na bruku warszawskim wyżyć mu było istotnie bardzo ciężko.
Do biura wogóle się nie nadawał, specjalnego uzdolnienia nie posiadał w żadnym kierunku, chwycił się więc brzytwy, której się czepia każdy tonący.... został pośrednikiem.
Ułatwiał ludziom sprzedaż domów, placów, mieszkań, kosztowności, mebli i tym podobnych drobiazgów, bez których ostatecznie, jak poucza praktyka powojenna, obyć się doskonale można.
Zajęcie pośrednika wymaga olbrzymiego zasobu energji oraz sprytu nietyle może do przeprowadzenia interesu, ile do przeżycia pauzy, jaka zwykle bywa między jedną tranzakcją a drugą.
Jest to istotnie lekki zarobek, który jednak bardzo ciężko przychodzi.
Zarobki więc komisowe pozwalały panu Dominikowi na skromną wegetację i w pewnym tylko stopniu ułatwiały wyczekiwanie lepszych czasów, w które nasz bohater niezłomnie wierzył, choć one jakoś nadejść nie miały ochoty.
Przeciwnie, sytuacja ogólna stale się pogarszała, bo w kraju zapanował zastój, więc nikt nie interesował się kupnem willi, placu lub mebli mahoniowych.
Panu Dominikowi z każdym dniem było trudniej żyć, bo interesów nie robiono zupełnie.
A widocznie leży już w naturze ludzkiej, że wraz z biedą przychodzą do głowy piękne, ale całkiem niedorzeczne, bo pozbawione realnego gruntu, marzenia.
Więc też i panu Dominikowi, jak na nieszczęście, snuł się wciąż w wyobraźni własny dworek, kawałek ziemi tuż pod miastem, park, prześliczny ogród owocowy, cisza bez troski, spokój błogi, raj....
Coś w rodzaju cudnych marzeń człowieka, zasypiającego na wieki w noc mroźną na zaśnieżonem pustkowiu.
A jednak....
— Jednak gdyby mieć taki własny kącik niedaleko miasta! Gdyby tam przeżyć spokojnie resztkę życia! — roił nieborak przy obiedzie w cukierni, gdzie bywał stałym gościem.
Na ten obiad najczęściej ostatniemi czasy składało się pół czarnej i wertowanie wszystkich pism codziennych od deski do deski, zaczynając oczywiście od ogłoszeń.
Pewnego razu przy studjowaniu dzienników wzrok pana Dominika padł na wzmiankę o sprzedaży brylantów carskich.
— Do licha! — pomyślał. — Już z Mikołaja ani śladu, a tymczasem jego brylanty posiadają taką wartość! Gdybym to ja miał jakieś klejnoty rodzinne, nie cierpiałbym biedy. Byłby z pewnością cichy dworek, cisza, błogi spokój...
Tu nieborak oddał się znów zwykłym marzeniom, z których atoli szybko się ocknął zrezygnowany.
— Co począć jednak, skoro poczciwy ojciec nie zostawił mi nic prócz nazwiska, a jedyny nasz klejnot rodowy stanowi herb „złamana podkowa“ i nic więcej?
Zapadł jeszcze w zadumę, czepiając się w rozmyślaniach gałązek drzewa genealogicznego, chwilami się uśmiechał gorzko, to znów zamyślał się ponuro.
Nagle uderzył palcem w czoło, dopił nerwowo resztek wystygłej kawy, dobył z kieszeni ołówka i na ćwiartce papieru nakreślił następujące ogłoszenie do gazet:
Po kilku dniach wczesnym rankiem, gdy już miał zamiar wyruszyć na zwykłą wędrówkę na miasto, ktoś zapukał energicznie do drzwi.
— Proszę!
— Czy to tu było ogłoszenie o adoptowaniu? — zapytał czterdziestoletni mężczyzna, czerwony jak rak, otyły jak wieprz, a sapiący jak hipopotam.
— Jestem Franciszek Gompka — rzekł przybysz, podając widocznie dla lepszej prezentacji kartkę firmową. — Właściwie tu piszę Gompka i Stryczek, ale to mój wspólnik. Prowadziło się różne interesy razem, kombinowaliśmy, ale teraz zastój, więc pewnie zlikwidujemy, bo szkoda nawet mankietów.
— Zastój, panie — dorzucił pan Dominik.
— A zastój, niech go szlag trafi! Co jednak poradzić? Nie nasza głowa na to. Niech ten sobie łeb łamie, co mu pensję za to rząd płaci. Ja tu do pana dobrodzieja przyszedłem w innej sprawie, względem owego adoptunku.
— Pan ma na myśli siebie?
— Przecież nie kogo innego. Co tu, panie szanowny, w bawełnę okręcać? Dorobił się człowiek grzecznego grosza to mu jakoś ta Gompka nie pasuje do twarzy. Prawda, panie?
— Chciałby pan więc zmienić nazwisko? — zapytał uprzejmie pan Dominik.
— Ma się wiedzieć. Mogłem, panie, to już dawno zrobić i postarać się o nowe. Niewiele to kosztuje, ale i pociechy dużej z tego niema.
— Czemu?
— Te wszystkie nowe nazwiska to szmelc, do luftu, panie dobrodzieju. Jakieś takie dziwaczne, nieznane, bo do znanego żadna rodzina nie dopuści. Zresztą czuć farbą te nowe, jakby były świeżo pomalowane. Ja tego, szanowny panie, nie znoszę. Jak ma być sprawunek, to niech będzie prima, w dobrym gatunku. Taka jest moja zasada.
— Ma pan słuszność.
— Spodziewać się! Przecież człowiekowi tyle rozmaitego towaru przez ręce przeszło, to musiał nabrać smaku.
Uśmiechnął się z zadowoleniem, pan Dominik mu zawtórował i po chwili rzucił pytanie:
— Pan wolałby nazwisko herbowe?
— Ma się wiedzieć! — zawołał gość, pełen szczerego zapału. — To zupełnie inny gatunek. Można i pierścionek herbowy na palec nałożyć i przed ludźmi jest się czem pochwalić. Zawsze, panie dobrodzieju, co herb, to herb. Prawda?
— Zapewne.
— Ależ z całą pewnością! Chociaż tam w Sejmie niby dla oka ludzkiego herby pokasowali, ale panu mówię, ja, Gompka, że to dobry towar i pójdzie jeszcze w górę, tylko trzeba trochę przeczekać.
— Bardzo możliwe! — rzekł pan Dominik ze szczerem zadowoleniem i łezką w oku.
— To pewniak murowany, ja panu dobrodziejowi powtarzam. A węch mam dobry i można mi zaufać. Jeszcze nie było wypadku, żebym się pomylił. Jak tylko powiem, że cośkolwiek pójdzie w górę, to, panie, tak leci, że strach.
I spojrzał z dumą na pana Dominika.
W pokoju zapanowała dłuższa cisza, bo gość widocznie coś kalkulował i obliczał, a gospodarzowi ni z tego ni z owego zaczął się znów majaczyć dworek z ogródkiem.
Z tej zadumy wyrwał ich przerażający krzyk jakiegoś handlarza, nawołującego na podwórku do tranzakcyj finansowo-handlowych:
— Handel, handel!
Gość ocknął się raptownie i zapytał:
— Więc jak będzie?
— Niby co? — rzekł, obudzony z głębokiego zamyślenia, pan Dominik.
— Z tem wszystkiem jak będzie? Niech pan dobrodziej powie, ile. Zgodzimy się i jazda do rejenta, żeby czasu nie marnować.
— Muszę się trochę namyśleć — rzekł gospodarz, nie mając na razie pojęcia, jaką cenę postawić gościowi, bo taki towar jeszcze na żadnej giełdzie nie był notowany.
— Wiem, o czem pan dobrodziej myśli! — nagle poderwał gość. — Pan się obawia, czy nie byłem notowany kryminalnie, bo to dziś w handlu rozmaicie bywa? Otóż mogę powiedzieć, że ani razu noga mi się nie powinęła, choć interesy robiłem bardzo duże i zarabiało się sporo.
— Ale.... — usiłował protestować gospodarz.
— No, no, ja nie lubię mówić na wiatr. Zresztą, to zawsze można sprawdzić.
Tymczasem do drzwi ktoś dyskretnie zapukał. Pan Gompka zerwał się jak oparzony.
— Djabli kogoś niosą! Niech więc pan dobrodziej ze mną kończy. Pierwszy kupiec zawsze bywa najlepszy! Bez długiego gadania dam pięć tysięcy dolarów na stół i poniosę koszty rejentalne.
A nie mogąc doczekać się odpowiedzi mocno oszołomionego gospodarza, dodał: — No, dorzucę jeszcze tysiąc, to razem sześć tysięcy, ale więcej ani grosza nie mogę. Zgoda?
— Ależ... — bąknął pan Dominik, przerażony tak olbrzymią kwotą i oglądający już w wyobraźni domek z upragnionym ogródkiem.
Znów pukanie do drzwi.
Zniecierpliwiony gość rzucił okiem po pokoiku i nagle zawołał:
— Jeszcze dodam panu dobrodziejowi pokój z utrzymaniem w moim domu na cały rok. Byłoby mi przykro, żeby najbliższy krewniak mój miał się tak poniewierać u obcych.
Pan Dominik poczuł łzę w oku, bo już dawno nie spotykał się ze współczuciem w swojej ciężkiej doli.
— Więc dobrze — odparł stanowczym głosem. — Godzę się na proponowane warunki. Teraz będę miał trochę zajęcia, ale niech się pan zjawi około południa, to pójdziemy do rejenta i dopełnimy formalności.
Gość zgniótł na pożegnanie w swoich mięsistych łapach wychudzoną rękę pana Dominika i wyniósł się śpiesznie, mocno uradowany z dobicia targu.
Po jego odejściu pan Dominik miał jeszcze u siebie kilka osób w tej samej sprawie.
Nikomu zasadniczo nie odmawiał, ale i nie obiecywał, odkładając tylko dalsze porozumienie na tydzień, obawiał się bowiem, czy pan Gompka nie zrobi w ostatniej chwili zawodu, a od czasu do czasu przychodziło mu na myśl, czy się nie pospieszył i nie zrobił interesu za tanio.
W każdym razie tych nowych kandydatów postanowił zatrzymać w rezerwie, wierząc, że przy staraniach wynajdzie dla nich odpowiednich ojców.
A wtedy otrzyma słusznie zarobioną prowizję od tych ojców oraz adoptowanych synów.
Będzie to niezły zarobek, którym przecież gardzić nie można...
Zwłaszcza gdy przed oczyma wciąż się snuje własny cichy dworek z ogródkiem, niedaleko miasta.
A w tym dworku błogi spokój i prawdziwy wypoczynek po wszystkich okropnościach doby wojennej.