Klejnot/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Klejnot
Podtytuł Powieść
Data wydania 1898
Wydawnictwo Kurjer Warszawski, S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


IV.

Pewnego wieczora, gdy Szymon, wezwany do dworu przez konnego posłańca, stanął przed Sokolnickim, zastał go nad stołem, zarzuconym pieniędzmi, z miną kandydata na samobójcę.
Gotówka w Sokołowie była taką osobliwością, że Łabędzki aż struchlał, myśląc, że to była pożyczka na wysoki procent.
— Panie, zkąd to? — zagadnął bez tchu.
— Niech go licho porwie!
— Kogo?
— A tę sakwę! Zagrodzkiego!
— Kupił konie! — zawołał Łabędzki szczęśliwy.
— Ciebie to cieszy! Takie konie! Płakać mi się chciało, gdy je zabierano! Hodowałem jak dzieci.
— Aleć były na sprzedaż.
— To i cóż! Miałem całą nadzieję, że się od tego wykręcę, że je zatrzymam. Gdy ten się mnie uczepił, postawiłem cenę umyślnie, by się cofnął, a on mi dziś odsyła pieniądze i zabiera konie. Wściekły jestem, bo on jeszcze na tem zrobi dobry interes. Ma je za dwa tysiące rubli, a ja co? Hodowałem dla tego śmiecia!
I odepchnął od siebie pieniądze.
Łabędzki wiedział, że najlepiéj, by się żal taki wylał do dna. Radość tedy swoją ukrył i rzekł ze współczuciem:
— To prawda, że pusto po nich będzie w stajni, aleć na przyszły rok przyjdzie znowu czwórka ze stada równie ładna!
— I znowu dla kogoś!
— Panie, a toć pan ostatnim razem w Horodyszczu piorunował na obywatelstwo, że nie jest handlarskie! Mówił pan, że wszystko powinno iść na sprzedaż.
— At, ty wiecznie łapiesz za słowa! To pewna, żem wtedy o tych koniach nie myślał. Teraz zobaczysz, co będzie. Najprzód u mnie nikt ich nie cenił, ale niech-no je zobaczą u magnata — ósmy cud świata! Powiedzą, żem je zbył za pół ceny, żeby się pochlebić Zagrodzkiemu, żem bankrut ostateczny, kiedym takie konie sprzedał. I te moje pieszczoty, hodowańce, pójdą pod babską rękę i na przyszłe lato panna będzie je razem z sobą produkowała na jakichś wyścigach austryackich, na podziw oficerom i błaznom!
— Proszę pana, a cóż znowu to panu szkodzi? Zrobił pan świetny interes handlowy: niechże i oni coś zarobią i ucieszą się nabytkiem.
— Ty lubisz tylko to śmiecie! Masz, bierz; może mi rozwiążesz zadanie, jaką dziurę tem zatkać, żebym na nie długo nie patrzał.
Dziury te Szymon miał nieustannie w pamięci, więc nawet nie potrzebował zaglądać do ksiąg gospodarskich i zaczął recytować:
— Trzysta pójdzie na remont i patent gorzelni, pięćset na wypłatę najmu, dwieście na zaległe pensye.
— A tysiąc na żydowskie procenty! — dodał Sokolnicki. — I koniec! Zkąd weźmiemy na noworoczną ratę bankową, na podatki, na kupno kartofli, na dalsze procenty, najmy, pensye!
— Czyż naprawdę zboża niema na sprzedaż?
— Ile być mogło, i więcéj nadto, już sprzedałem, a żniwa i zbiór! Wiesz przecie co to kosztuje.
— Panie, proszę zmienić pisarza i gumiennego.
— I dostać nowych złodziejów! Nie chcę! Uczciwych niema! Zresztą, co to pomoże na klęski! Oziminy zniszczyła śnieżna zima, jarzyny suche lato! Stodoły puste. I to już z rzędu trzeci rok nieurodzaju! Trzeba zginąć i basta! Ty się cieszysz tą garścią pieniędzy, a ja w tém tylko czuję przedłużenie konania. Całe życie pracować dla żydów lichwiarzy — co za nędza!
— Panie Sewerynie, jeszcze trochę cierpliwości, jeszcze trochę mocy i wytrwania! Wciąż piszą o kolei, co przerznie naszą okolicę. Wtedy ta ziemia się panu opłaci. Ta góra żwiru w Bielicy uratuje Sokołów.
— A ty zawsze to samo: cierpliwości, mocy, wytrwania! Mnie pieniędzy trzeba, a nie cnót!
— Pieniądze będą. Na bank i podatki ja się postaram, niech się pan tém nie truje.
— Ładna pociecha! Na trakcie rozbijać nie będziesz, ale gdzieś pożyczysz. A ty wiesz, że od lat trzech na płacenie procentów i ciężarów majątkowych zaciągam coraz nowe długi! I jakaż wobec tego może być nadzieja i przyszłość! Czy wiesz, że ja wreszcie o ostatecznéj ruinie marzę jak o wyzwoleniu z czyśćca!
— A ja panu powiadam, że to się skończy. Przyjdą urodzajne lata, inwentarze się powiększą, za żwir wpłynie kapitał, i odżyjemy, panie, odetchniemy, i nie jak zbiegi, gdy już umkną za granicę, ale jak porządni robotnicy po znojnym dniu. Na dziś Bogu dzięki za tę chwilową ulgę, i za te pieniądze własne, a nie pożyczone. Niech pan płaci, co bliższe!
Sokolnicki ręką machnął, ale pomimo to przestał narzekać i rzekł:
— Obiecałem się na to nieznośne polowanie w Głębokiem. Musimy tam być.
Szymon się uśmiechnął radośnie.
— Czyż pana łowy nie cieszą?
— Czyż to łowy? To okazya do zabawy. Zjedzie się pół powiatu, będą jedli, pili, grali w karty, ogadywali nieobecnych i obecnych, zawracali oczy do milionówki, i postraszą zwierzynę i postrzelą kogo jeszcze, a kilka psów padnie z pewnością. Szkoda mi psiarni!
— Niemiec nadleśny doskonały myśliwy i mnie prosił do pomocy. Jużeśmy objeżdżali ostępy i, wie pan, zdaje mi się, że niedźwiedź jest.
— Nie może być! — oczy Sokolnickiego zabłysły.
— Leży w świerkowych wywrotach, za trybem, gdzie niegdyś była smolarnia.
— Toby były dopiero gody! Szymek, a o mnie pamiętajcie, żebym dobre stanowisko miał.
— To się wie. Będzie pan tam, gdzie potrzebny strzelec, co nigdy nie chybia! Jutro wieczorem zabieram naszą psiarnię i strzelców, i nocujemy u niemca, a pojutrze użyjemy!
— Gdybym niedźwiedzia ubił, tobym Zagrodzkiemu nawet tych koni nie żałował i nawet-bym się z panną pogodził. Wiesz, i ona będzie na polowaniu, i jakąś kuzynkę sprowadzili z Austryi na tę uroczystość. Potrzebne tam kobiety! Ani chybi, kogoś postrzelą!
— Już téż nie panna Zagrodzka, bo ta strzela doskonale.
— Gdzieżeś widział?
— Wczoraj u niemca. Była z nami przy objeździe, a potém w leśniczówce próbowała mojéj strzelby. O sto kroków trafiała kulą w muchę na pniu i postrzelała mi zupełnie czapkę w lot.
— Ta ma pasyę do wszystkiego, co niekobiece. A rodzice, jak gęsi, co wychowały jastrzębia: gęgają nad nią bezradnie.
— Zuch dziewczyna, i niech jéj pan nie dogaduje, bo warta i uznania, i grzechu. Wesoła, ładna, a zdrowa, jak dębczak młody. Pan się śmieje z mego porównania. Ano, bom ja syn szaréj szlachty, co ceniła zdrowie do pracy, i leśniczy z zawodu, więc mi dęby w głowie!
— Możeś się zakochał?
— Będę bardzo szczęśliwy, jak pan się w niéj zakocha.
— To nastąpi w ów dzień, gdy szanowny stryjaszek zapisze majątek na kościół.
— Wszystko się stać może. Tymczasem, co pan mi rozkaże?
— Już ci gdzieś pilno?
— Oj, i bardzo! Dziś mam rewizyę gajowych, jutro dzień wywozu chrustu i drzewa, a przytém osaczam i ja grubego zwierza w pańskiéj kniei, Altera. Czy pan mu sprzedał pszenicę?
— Nie jemu, ale jego szwagrowi.
— Uhm! A dużo jéj zdano?
— Pięćset pudów.
— Alter sprzedał osiemset do miasteczka! A pan wie, że ekonom wydaje córkę za pisarza?
— Nie może być! Toć się nienawidzą i jeden drugiego ogaduje codziennie.
— Tem bardziéj muszę ich mieć na oku! Trzeba będzie zrobić lada dzień rewizyę śpichlerza! Ach, te szczury domowe!
Potarł desperacko czuprynę i wyszedł.
Na podwórzu spotkał go ekonom, jakby nań czatował.
— Pan na nas niełaskaw. Nigdy do chaty nie wstąpi! — rzekł, uśmiechniony pochlebnie.
— Alboż dadzą tchnąć! Pan mnie gania jak grabieżnego konia. A te procesy to mnie pół życia kosztują.
— Może teraz choć na chwilę! Zimno i wilgotno. Przetrącimy po kieliszku i zagryziemy wędzonką.
— Dziękuję panu. Tego się nie odmawia.
Poszli tedy na podwórze folwarczne, gdzie w oficynie gnieździli się oficyaliści. Na widok rzadkiego gościa zabiegała się ekonomowa z córkami, z innych mieszkań poczęły wyglądać kobiety.
Zjawił się téż zaraz gorzelany i magazynier od wódki. Szymon był ich zmorą, ale nie mogli wierzyć, by prędzéj, czy późniéj, nie wypadł z łask pańskich, lub nie przeszedł do ich kompanii. Więc go zawsze honorowano, głaskano, próbując terrenu. Zresztą on wiedział myśli pańskie: więc się można było wiele odeń dowiedziéć.
— A co? Koniki zabrał Zagrodzki — zagadnął ekonom.
— Dzięki Bogu! Będzie grosz w kassie i dla nas — odparł Szymon. — Dobrą cenę dał.
— Szaloną! Słyszę, półtora tysiąca.
— I jeszcze więcéj! Jedziemy tam na polowanie pojutrze.
— Oho! może z tego i maryaż wyniknie! — wtrąciła ekonomowa, która w Sokołowie zajmowała posadę klucznicy i gospodyni i bała się małżeństwa dziedzica, jak upiora.
— A cóż! — uśmiechnął się Szymon. — Kawaler jak ptak szczęśliwy, może wybierać. Ale jeśli ta nam spadnie, to będzie dopiero ruch!
— Zła?
— Złość w pannie ukryta pod siedem zamków: dopiero się po ślubie okaże. Ale przecie poznać można, że ta będzie ostra i wścibska.
— O! Jaki też pan Szymon dla panienek niepolityczny! ujęła się ekonomowa ze śmiechem.
— To tak przez zemstę, że mnie żadna kochać nie chce, bom dziobaty.
— Baje pan Szymon! A wiadomo, że bałamut!
— To plotki. Ja ta jak mnich żyję.
— No, no, wiedzą sąsiedzi czém kto broi.
Mężczyźni, widząc, że Szymon pozwala żartować, poczęli ostrzéj dogadywać. Rozmowa przybrała nastrój przyjacielski, właśnie taki, jaki miéć chciał Łabędzki.
Doskonała starka, zapewne z piwnicy Sokolnickiego, ścierała resztę nieufności i sztywności, humory czyniły się różowe.
— Już to i nasz pan słodki nie jest. Nie trzeba mu złości żoninéj! — zawołał ekonom. — Sądny dzień miał wczoraj pisarz o obroki. Szelma jedna, choć dobry chłopak, pomyli się w rachunkach i chce mi fornalkę głodzić! Nie słyszał pan w pałacu o tém?
— Nawet i mowy nie było. Pan się wykrzyczał i zapomniał. Tylko na osuszkę wódczaną narzekał i mówił, że klucz od magazynu do siebie weźmie.
— A i owszem! — zawołał magazynier. — Spadnie mi odpowiedzialność za stare kuty, które cieką jak rzeszota. A nie mówił, kiedy to nastąpi?
— Od pierwszego listopada. Nie ciesz się pan zbytnio: nie długo to potrwa. Znudzi się panu rychło.
— Niech spróbuje, jakie to słodkie! Niech pozna, co to za psia służba! A zresztą, niech potrafi skontrolować! Ot, załóżmy się, u kogo będzie większa osuszka?
I śmiał się, mrugając do gorzelanego, i Szymon śmiał się także, a wściekłość go ogarniała na tych wrogów, sytych chleba pańskiego, rozmyślających tylko o oszustwie i krzywdzie dziedzica.
— I z Alterem pan zadziera! — wtrącił krytycznie ekonom. — I źle się to skończy, bo żyd obrotny, pieniężny, potrzebny dworowi. Poco go drażnić o byle głupstwo! Każdy żyć musi, a mojém zdaniem, w wielkim skarbie wielkie rzeczy trzeba uważać za małe, a małe za nic. Kto w małe wgląda, wielkiego nie zobaczy i ludzi nie utrzyma.
— Święta racya! — potwierdzili inni.
Szymon, który umyślnie tu przyszedł, by ich czujność uśpić, potakiwał także.
— To plotki o Alterze — rzekł. — Pan go lubi, choć krzyczy i parska. Wspominał, że mu nawet smolarnię w dzierżawę odda.
— Doprawdy? a ludzie dowodzą, że pan Szymon go właśnie przeciw Alterowi buntuje — rzekła ekonomowa.
— Ja powiadam to samo, co państwo. Żyd we dworze potrzebny: nie będzie ten, będzie inny. Niech dawny siedzi. Trzeba go pilnować, by nie kradł nad miarę, ale toć nas tyle służby. Przecie ktokolwiek złapie nicponia!
— A pewnie. Żyd sam to wie i wystrzega się — potwierdzono chórem.
Wódka obeszła raz trzeci. Wypiła nawet ekonomowa i stała się bardzo czułą.
— Toć wiadomo! Pańskie dobro a nasze — to jedno! A przecie z nas każdy w wierze utwierdzony i obowiązek swój spełnia. Panisko dobre, niema co powiedzieć, można przy nim żyć! Jakby się ożenił, to niewiadomo, a dopóki to się nie stanie, żadne z nas go nie opuści.
— Wierzę! — pomyślał Szymon, który ich dobrze znał i którego przymus dławił za gardło. Dawniéj wybuchnąłby; teraz ostygł już i żywą krew młodą przejęła żółć doświadczenia. Nie zdradził się niczém, tylko na zegarek spojrzał i za czapkę porwał.
— Czego się pan Szymon śpieszy? — zatrzymywał go ekonom. — Robota nie zając, nie uciecze!
— Ale, na Dubinki mi trzeba, po strzelców na jutro.
— Aha, i do pięknéj Tekli! — zaśmiał się magazynier.
— A cóż? — odparł podobnież. — Nie chcą mnie szlachcianki, pójdę do chłopianki!
— Ach, te huncwoty mężczyźni! Idźcie na dwór bredzić! Mam córki! — krzyczała ekonomowa, udając zgorszoną.
Szymon udał przerażonego, bez pożegnania się wycofał, na konia swego siadł i wyjechał za wrota. Tam dopiero wzdrygnął się, splunął i zaklął:
— Nie dam go wam, nie dam! — zamruczał. — Jest was legion — ja jeden. Ale go wam wydrę z paszczy, chyba mię uśmiercicie, szakale!
Konia do prędkiego kroku popędził i bez drogi, na przełaj, puścił się ku borom, omijając nawet swą leśniczówkę.
Cały dzień o głodzie i chłodzie rewidował poręby i zagajniki, i już zmierzch zapadał, gdy raczéj dla zmęczonego konia, niż dla siebie pomyślał o powrocie i wypoczynku.
Gdy na podwórze swéj zagrody wjechał, z ławki pod ścianą podniósł się czarny cień człowieka i stanął, milcząc, u drzwi.
— Kto to czeka? — spytał Szymon chłopaka, który mu konia odebrał z rąk.
— A to Hipek Adamów z Dubinek. Od rana czeka i do chaty nie zechciał wstąpić.
Był to dziwny gość. Dzikiego chłopca, który życie spędzał w lesie, ze strzelbą i sidłami, Szymon prawie nie znał, tylko z opinii, jako mruka i prawie zwierzę: więc się mocno zdziwił odwiedzinom. Pozdrowił go tedy uprzejmie i przyjrzał się ciekawie.
Chłopak to był wysoki i chudy, spalony przez słonce i przez wicher uwodzony. Szara, krótka świta i wysoko rzemieniami oplecione chodaki na nogach, w ręce kij, na głowie stara czapka, wygląd istotnie dziki i oczy z podełba patrzące — nie dobrze uprzedzały do niego. Na pozdrowienie coś zamruczał i stał bezradny, może przerażony swą sprawą.
— A czemuście-to do domu nie wstąpili? Słyszę, dawno już czekacie — dodał Szymon, by go ośmielić.
— Tu nieciasno! — odparł Hipek.
Leśniczy się roześmiał.
— Nie wątpię, że obszernie pod niebem, ale i zimno! Proszę, wstąpcie teraz do izby i przyjmijcie gościnę. Semenicho, dajcie jeść!
Wahając się, potykając o progi i potrącając futryny, Hipek wszedł za nim do domu.
Baba wniosła światło i zaraz potém obiad. Szymon się przebrał i wrócił do gościa.
Hipek stał u okna, mnąc w ręce czapkę i wyzierając na podwórze. Dopiero, gdy pies leśniczego, obejrzawszy go i obwąchawszy, zaczął uprzejmie witać, trochę się ośmielił i jął psa głaskać.
— Siadajcie i jedzcie! — rzekł Szymon.
— Nie głodnym! — odparł.
— To darujcie, ale nie wierzę, chyba wam w Dubinkach zakazali tknąć mego chleba.
— Mnie Dubinki nie hodowały, ni uczyły. Ja osobno żyję! — odparł hardo strzelec.
— No, to moim obiadem nie gardźcie, jakby oni uczynili.
Hipek sekundę się zawahał, wreszcie kij i czapkę na krześle położył i usiadł za stołem.
Jadł mało i z roztargnieniem; co chwila urywał, podnosił oczy na leśniczego, słowo jakieś miał na języku i nie mógł wykrztusić.
— Macie do mnie jakąś sprawę, i ciężko wam gadać — dopomógł mu życzliwie Szymon. — Co? może wam gajowi strzelbę odebrali?
— To-bym żyw nie chodził, albo oni! — mruknął Hipek, łyskając złowieszczo oczami.
— Ho, ho! niedarmo z Dubinek! — uśmiechnął się Szymon. — Kiedy nie to, więc już się nie domyślę, co was tu sprowadza.
— Ja przyszedł za służbą — wyjąkał nareszcie chłopak i poczerwieniał, nieufnie ku leśniczemu spoglądając.
— A czémże chcecie być? — spokojnie spytał Szymon.
— A czémże? gajowym! — odparł już śmieléj.
— A znacie służbę? Włóczyć się ze strzelbą po lesie, to nie robota. Ja wymagam wiele.
— Lepiéj od innych zrobię i więcéj, a kraść nie będę.
— O to was nawet nie będę posądzał. Ale dziadek wasz co na to powie?
— Dziadkowi do mnie zasię! Nie hodował on mnie, anim ja go kosztował. Nie rzeknie słowa.
— A zkądże wam, coście nigdy nikomu nie ulegali, przyszła ochota do niewoli? Boć służba nie drużba, ale niewola.
— Tak mi trzeba — odparł Hipek lakonicznie.
Przestał już jeść i teraz oburącz na stole się wsparł i sumował. W głowie miał widocznie natłok myśli i z sobą się borykał. Zdławić je, czy wypowiedzieć temu obcemu, który dotychczas tropił go i prześladował, jako złodzieja zwierzyny?
Nareszcie podniósł dzikie oczy, w których był strach, i rozpacz, i zaciętość.
— Dlaczego wy Makarewiczów do turmy nie oddacie? — zawołał z wybuchem wściekłości.
— A po co?
— Za to, że do was strzelał Marcin, a fuzyę Wicka miał. Ihnat Wilk wie, że to on był, a ja wiem, gdzie strzelba schowana.
— I świadkiem możecie być?
— Mogę i poprzysięgnę!
Zastanowiła ta zawziętość Szymona, który wiedział, że Wicek z Hipkiem dotychczas polowali wspólnie i byli nierozłączni.
— Wicek może was zgubić.
— Niech tam! Ale i on przepadnie.
— Cóż to? pokrzywdził was stary przy podziale, jako w pieśni stoi:

Tobie zając i sarna,
A mnie sobol i panna,
Towarzyszu mój!

Na te słowa Hipek drgnął i spojrzał na Szymona przerażony.
— Wam kto mówił? Może ona była?
Teraz Szymon zrozumiał wszystko i poczuł dla dzikiego chłopaka sympatyę.
— Nie, ona nie była, alem się domyślił — odparł życzliwie.
— Powiadają, że zaraz po kolędzie zapowiedzi wyjdą — rzekł Hipek głuchym, znękanym głosem, jakby zmęczony był wściekłością, a żalić się nie chciał. — A ona mi wciąż powtarza: „Zabij mnie, a nie daj!” Na zabicie będzie czas, a tymczasem trzeba próbować innych sposobów.
— No, i cóż obmyśliliście?
— Jeśli jego nie wsadzicie do turmy, to służbę mi dajcie. Zwierz nawet legowisko ma, a ja nie! Dziadek na procesy roztracił, co było, i w Dubinkach siedzieć nie będę. Oni mi nie swoi — złodzieje! Mnie trzeba teraz byle nory, byle kotliny i żebym w gromadzie nie żył, ino sam, w borze!
— A jak wam służbę i gniazdo dam, będziecie wy mi przyjaciel?
— Będę jak zwierz, nie jak człowiek!
— No, to sprawa załatwiona. Jest buda w Bobrówce pusta; tam was osadzę, jeśli dziedzic was zatwierdzi.
— Robotę zaraz dajcie! — rzekł Hipek. — Nie chcę już w bór iść: chcę zacząć, com postanowił.
— Ano, kiedy wam tak pilno, to idźcie zaraz do chłopskich Dubinek, z poleceniem do Makara Wilka, starosty, żeby na pojutrze zegnał obławę do Głębokiego.
— To teraz i mnie wolno będzie tam być! — rzekł Hipek, a nozdrza mu się rozdymały.
— Zabiorę was z sobą!
Wtedy dziki chłopak cały się zmienił. Coś niby uśmiech skurczyło mu twarz; powstał, do Szymona przystąpił i sam nie wiedział, jak swą wdzięczność okazać, tylko nań patrzał.
Więc Szymon, ubawiony tą prostotą i naiwnością, po ramieniu go poklepał i uścisnął, jak brata.
— No, chłopcze, bądź-że mi druhem, a ja cię wykieruję na człowieka! — rzekł serdecznie.
Hipek, gdy wychodził z téj izby, był już innym człowiekiem i zaprzedaną duszą Łabędzkiego.
I ta jedna dusza miała stokrotnie się opłacić.
Po odejściu gościa Szymon obejrzał swą broń i wybrał do polowania piękny sztucer, który mu Basia ofiarowała w zeszłym roku za rozmierzenie lasu i urządzenie gospodarstwa.
Sztucer, rzadko używany, potrzebował oczyszczenia, więc wziął go Szymon do kuchni.
Chciał téż, przy téj okazyi, pogadać z Semenichą, która, chociaż służyła u niego lat trzy, niezwykle była małomówna i nieprzystępna.
Leśniczy, zawsze zajęty, rad był temu, że w domu był zawsze spokój i cisza, ale teraz opowiadanie Arechty w drodze do miasteczka zaciekawiło go co do stosunku baby z wszechwładnym Ułasem.
W kuchni roboty dzienne były już pokończone, chłopak chrapał w kącie, Semenicha przędła u komina, zapatrzona w żar i zadumana.
Szymon jął broń czyścić i, znając chłopską nieufność, rzecz zagaił zdaleka:
— Jakże nasza krowa? Zrośnie jéj się noga?
— Poprawia się?
— Sprowadziłaś, babo, znachora?
— Nie słychać blizko o żadnym.
— A Ułas z pasieki?
— Ułas by do pana nie przyszedł, tém bardziéj do krowy.
— I dojechać do niego teraz ciężko, gdy wody rozlały.
— Dopłynąć można od Dubinek, wedle Bobrówki.
— Toś sama do niego się dowiadywała?
— E, już dawno, jeszcze liście wtedy były.
— On ci swéj?
— At, trochę.
— I ja do niego się wybieram.
— Po miód?
— Nie, po radę. Powiadają, że z mądrych — mądry.
— Zna wszystko, jakby z tamtego świata wrócił.
— Otóż właśnie! Ale czy mnie zechce przyjąć? Powiadają, że stary chimeryk.
— Pana przyjmie, bo zna.
— Zkądże? Nigdym go nie widział.
— To nic! Jemu nie trzeba widziéć, by znać.
— Zkądże on swą mądrość ma?
— W rodzie u nich jest oddawna, a on-że wiek nad tém zbył. To wielka nauka!
Pokiwała głową i westchnęła ciężko.
Szymon rozmowę zmienił.
— Nie było listu od twego chłopca?
— Nie było.
Wrzeciono oparła na kolana i jeszcze posępniéj w ogień się wpatrywała.
— Et, babo, nie sumuj! Zdrów pewnie. Odezwie się przed kolędą o pieniądze.
Syn ten był ukochaniem baby; młodszy, który służył téż u Szymona, nie był w łaskach.
Tamten, starszy, utrzymywał ją, gdy był w domu. Gdy go zbrakło, baba z wyrostkiem tułała się po służbach, aż ich Szymon przygarnął.
Grunt tymczasem zagrabili krewni bogaci.
Baba od téj pory była cicha, ponura i w długie wieczory, przędąc samotnie, naprzemian myślała o tym dalekim i o odwecie za krzywdy i poniewierkę.
— Jeszcze półtora roku! — szepnęła po chwili.
— A potém porzucisz mnie, babo?
— Drugą pan dostanie. A zresztą Bóg wie, kto dożyje.
— Czy ty mi śmierć wróżysz?
— A cóż! Zaczepia ją pan codzień, a wrogi pana wyklinają w dzień i w nocy.
— Ino ich Bóg nie słyszy.
— W złą porę jak słowo padnie, to i krzyż nie obroni. W Dubinkach sądny dzień na pana! Nie dożyje pan starości!
— Dożyję, ile mi odmierzono.
Baba potrząsnęła głową.
— Do Ułasa niech pan pójdzie. On zakryte widzi: on panu powie, czego się wystrzegać.
To ty-byś, babo, nierada, by mnie ubito?
— I pan był nierad, jak mnie katował posesor w Rudni, wtedy, kiedy mnie pan zabrał. Chce pan wierzyć, chce nie, a ja pana przestrzegę. Proszę unikać ryżego, kulawego i zeza!
— To i ty, babo, zakryte znasz!
— Wypłakałam oczy, zdarłam stopy, zerwałam piersi, dochodząc krzywdy sierot moich! Mocne moje wrogi, a ja słaba. Przetom moc znałazła gdzieindziéj jak w gminie.
Nie była to właściwie odpowiedź, ale na ten raz Szymon wiecéj nie badał.
Pomyślał tylko o niedostateczności wiary, wyznawanéj przez babę, która, zamiast jéj ozłocić krzywdę aureolą nieba, pozostawiła ją w ciemności na pastwę zabobonów i zemsty.
I westchnął.
— Zkądże wiesz, że pomstują na mnie w Dubinkach? — spytał po chwili.
— Przybiegła tu onegdaj wasza siostra i opowiadała, że sądny dzień tam panuje. Oni tam już siedzą, bez chleba i za darmo prawie ostatnie bydlaki sprzedają, by ich nie policytowano za koszta sprawy. Kto głodny i nagi, ten się niczego nie boi.
— A czegóż chciała Weronka?
— Nie wiem. Nie doczekała się pana i poszła, płacząc. Matka ją codzień bije. Źle się to skończy.
— I cóżem ja im zawinił! Co mi z tego za korzyść! — wybuchnął Szymon. — Niech mordują a ustąpić nie mogę.
— Alter z Jeziora głośno mówi, że kto pana uśmierci, dostanie sto rubli. Czy pan nie słyszy, jak wokoło pana śmierć chodzi?
Mimowoli wzdrygnął się Szymon i spojrzał w okno. Przy lampie, wprost szyby siedział i był doskonałym celem strzału. Psy podwórzowe jednak spały spokojnie. Leśniczy powrócił do zajęcia.
— Śmierć, babo, Bóg posyła, nie człowiek. To pewna, że za całość swéj skóry niewiele-bym dostał; ano, póki ścieżką prostą chodzę, śmierć nie straszna. Przyjdzie, to się położę i spocznę. Wilczyca stara z Dubinek, co wielki rozum ma, tak powiada: jak co cię straszy, to mu się nadstaw, a nie uciekaj. Tak ja myślę ze śmiercią zrobić.
— Dobrze Wilczycy bajać, siedząc na piecu! — mruknęła nieprzekonana Semenicha. — A onaż nie lęka to się Tekli ojca, co odchodząc przysiągł, że wróci i ją udusi! I wróci, wspomni pan moje słowo!
— Za co go zesłali?
— Żonę zabił, jéj ulubioną córkę, i jéj saméj omal nie uśmiercił. Gdyby nie jéj świadectwo, doma-by ostał. Dlatego do niéj wrócić poprzysiągł.
Za ścianą w sieni kogut ciężko skrzydłami załopotał i zapiał. Semenicha odstawiła prząśnicę i poczęła półgłosem odmawiać pacierze. Szymon broń złożył i wyszedł.
Tymczasem Hipek Dubiniecki już polecenie spełnił, obławę zamówił, u Wilków czółna pożyczył i do Dubinek pomknął. Było zimno i ciemno na rzece, ale jego to właśnie cieszyło. Bez szmeru do osady się wkradł i opłotkami podsunął się aż do gumna Morskich.
Tam ukryty, począł pohukiwać jak sowa.
Na to hasło ktoś czekał, bo skrzypnęły drzwi u Morskich, i po chwili pod węgieł stodółki podeszła Weronka.
Dziki chłopak, zdyszany ze szczęścia, rękę jéj uchwycił.
— Jedźmy! — szepnął.
— Tak zaraz? — wzdrygnęła się.
— Ano, mówiłaś, że szmaty już wyniosłaś. Ja już chatę mam. Czego czekać? Matczynéj pięści na karku, czy Wickowych zalotów!
— Jak chcesz! Ja ci poprzysięgłam! — odparła dziewczyna już spokojnie.
— No, to z Bogiem! Czółno na rzece, noc długa. A tak schowam, że i czort nie wynajdzie.
— Szymona-ś widział?
— Od niego idę. Opowiem ci w drodze wszystko. Teraz się śpiesz!
— Wracaj do czółna, za chwilę przyjdę!
Nie tracili czasu na czułości i słowa; byli trzeźwi zupełnie i przygotowani na ciężki los i walkę.
On znowu opłotkami wrócił do rzeki; ona z pustego ula w sadku dobyła już pierwéj przygotowany węzełek i, raz jeszcze spojrzawszy na rodzinną zagrodę, śmiało poszła do niego.
Po chwili czółno mknęło jak ptak. Weronka wzięła drugie wiosło i pomagała, nie spytawszy nawet dokąd jadą. Łódź czyniła tysiące zakrętów, odrazu wpadłszy w labirynt odnóg i strumieni.
Podróż trwała parę godzin. Nareszcie Hipek do brzegu przybił i do krzaku łozy łódź uwiązał, potem brodząc na ląd się wydostał, wziąwszy na ręce, jak dziecko, Weronkę.
Brzeg był błotnisty, pokryty łozą i tatarakiem; trochę wyżéj czerniał las i kontur niewyraźny chaty.
Do niéj skierował się Hipek, odnalazł drzwi ćwiekiem zabite, ale ich nie ruszał, tylko okno wyjął z futryny i wskoczył do środka.
Weronka podała mu węzełek i sama wsunęła się za nim.
Wilgoć i chłód były jeszcze dokuczliwsze niż na dworze, wiało zewsząd pustką i stęchlizną. Dziewczyna jednakże nie zdradziła ani lęku, ani przykrości. Po omacku zaczęli obchodzić izbę.
— Ognia zapewne nie można rozpalić? — spytała.
— Dziś można, bo nas jeszcze nikt nie szuka, ani się spodziewa tutaj. To straż, Bobrówka.
— Poznałam! — rzekła spokojnie.
— Nie będziesz się lękała sama tu zostać?
— Jak trzeba, to zostanę. Tylko mi broń jaką daj. Zaraz odjedziesz?
— Ino ci ogień rozpalę. Chleba wzięłaś?
— Zkądże? U nas już od tygodnia głód! Mam trochę kartofli.
— To je sobie upiecz w popiele. Jutro w nocy przyjadę, przywiozę ci garnek i grochu. Chleba to i u mnie niema, a boję się teraz co kupować, by mnie szpiegować nie poczęli.
— A gdzież groch masz? W domu?
— Ej nie, ja tam nic nie trzymam. Mam skrytkę w lesie, ale daleko, i jutro muszę być na ludzkich oczach dla niepoznaki!
Mówiąc to, wykrzesał ognia z hubki, zapalił garść pakuł od strzelby i z ciężkim trudem rozniecił ogień w kominie z resztek jakichś gałęzi.
Wtedy obejrzeli swe schronienie.
Była to zwykła chata chłopska, bez żadnego sprzętu, o ścianach pokrytych pleśnią i z ubitą ziemią zamiast podłogi. Do izby przytykała sień, za nią spiżarnia i skład. Pułap w kilku miejscach opadł i piec był trochę rozwalony, ale tych dwoje w téj chwili w pustce téj widziało cel swych żądań i marzeń.
— Na piecu sobie pościelesz! — rzekł Hipek.
— O mnie się nie troszcz! — odparła odważna Weronika. — Kiedym tu za tobą przyszła, to nie po to, by ci kłopot czynić. Ty teraz spokojny bądź. Biedy się nie lękam, a ludzie mnie ztąd żywą nie wezmą. Poprzysięgłam ci nie na wiatr!
— Takem cię pierwej poznał, zanim umiłował! — odparł Hipek poważnie.
Dziewczyna zdjęła z siebie dużą chustkę i gruby kaftan i jakby nic zaczęła się krzątać. W sieni znalazła sporo drew, w śpiżarni stołek kulawy, na strychu wiązkę zbutwiałéj słomy, a pod piecem, w śmieciach — skorupy garnka.
Wnet zużytkowała wszystko, a potém, rozwinąwszy węzełek, pokazała Hipkowi swoją wyprawę. Było tam trochę bielizny, odświętna perkalowa sukienka, trzewiki, lusterko i grzebień, a w chusteczkę zawinięty święty obrazek z odpustu.
Było to całe jéj wiano i własność, ale Hipek nie strapił się ubóstwem, jak się nie lękał nowych obowiązków i pomsty całéj rodziny.
— Ja mam w skrytce wszelakie dobro! — rzekł. — Jutro nocą ci trochę przywiozę. No, a teraz naści nóż i siekierę; ogień nad ranem zagaś i siedź dzień cały jak myszka w komorze. Ja i okno napowrót zamknę. Muszę już odejść!
— Poczekaj na kartofle! Pewnieś głodny?
— Niebardzo, wieczerzałem u Szymona.
Zbierał się do odejścia, ale niesporo, poglądając to na okno, to na dziewczynę. Spostrzegła to i rzekła:
— Może ci się spocząć chce, to ja czółno do Wilków odprowadzę!
— Jeszcze co może! Spocząć to mi się nie chce, ale możebyś buziaka mi dała na odjezdne — odparł.
— Jeszcze-śmy w kościele nie byli, a na buziaki ci nie przysięgałam. Ruszaj i głowy mi nie zawracaj!
Hipek, zawstydzony, poskrobał się za uchem i bez protestu zniknął za oknem.
Odrazu widocznem było, że ten wielki drab, co się i niedźwiedzia nie bał, będzie mężem pantoflem, a Weronka w duecie małżeńskim będzie trzymała prym.
Rekuza, zamiast, obrazić, podobała się chłopcu.
— Honorna dziewczyna i hambit ma! — myślał z dumą. — A com spłatał figla Wickowi, tom spłatał. Teraz się dzielmy, towarzyszu mój!
Ledwie na dzień szarzało i Szymon się ubierał, gdy Hipek już był w leśniczówce. Gajowi stawili się także i siedzieli w kuchni, a szlachcic, byle z nimi nie być, kostniał na zimnie.
Dzień zapowiadał się śliczny, bo mróz ścisnął i mgły opadły. Wyjrzał przez okno Szymon i zawołał chłopaka do siebie.
— No, rano wstałeś, to dobrze! Obława będzie?
— Będzie. Czy zaraz ruszamy?
— Zaraz, ino się okrzątnę, bo to łowy pańskie, a nie szlacheckie. Każ zaprzęgać, a gajowi niech ruszają naprzód. Chłop konia wyprzedzi.
Hipek spełnił rozkaz i wrócił. Dużo śmielszy dziś, niż wczoraj, jął oglądać broń nadleśnego.
— Żebym to ja takie cacko miał, toby za rok puste były lasy i pola! — rzekł.
— Wasze rozbójnicze pistonówki więcéj szkody czynią, bo polujecie z niemi cały rok i kaleczycie mnóstwo zwierza, zanim ubijecie jedną sztukę, No, ruszajmy!
Siedli do wózka i wyjechali na łąki. Już opodal spotkali gajowych i daléj, po drodze, szare grupy chłopów, sunące prędko i cicho w tymże samym, co oni, kierunku. Każdy był uzbrojony w pałkę i zapasową parę postołów; była to naganka.
Gdzieniegdzie trafiały się mniejsze grupy strzelców ochotników, z bronią przedpotopową i olbrzymiemi torbami borsuczemi.
— Dziw, że Makarewiczów z Dubinek nie widać — rzekł Szymon, który tych wszystkich kłusowników znał.
— Nie będzie ich dzisiaj — odparł Hipek.
— Dlaczego?
— Bo Weronki szukają — szepnął chłopak.
— Ejże, już! — zaśmiał się Szymon. — A dobrześ ją schował?
— Oj, dobrze. I pies nie wytropi!
— No, to niech szukają! Ot i naszą psiarnię wiozą.
Wyminął ich wóz pełen ogarów, które, jakby rozumiały swą ważną rolę, siedziały poważnie w słomie po dwa na smyczy i rozglądały się po okolicy.
— A pan gdzie? — spytał Szymon pisarza.
— Za nami wnet się wybierał. Gości miał.
— Kogoż?
— Ten cudzy, co marszałkowskie majątki wziął. Po drodze mu się powóz złamał, to na noc wstąpił. I pan z Miernicy nocował.
Minęli furę, coraz więcéj spotykali chłopów, nareszcie i Dubińców, z Makarem Wilkiem na czele.
Za ojcem szedł Ihnat, który swą pałkę wystrugał nakształt strzelby i niósł ją na pasku przez plecy. Makar miał minę posępną i fajkę ćmił. Pozdrowił ich Szymon.
— Coś taki chmurny, Makar? — spytał. — Gorzałki nie zbraknie u Głębockiego pana na poczęstunek.
— Kto ją to pić będzie, jak niedźwiedź człowieka zadrze! Powiadają, że w Jedlinach sześć zimuje — odparł chłop, spluwając.
— Oj Makar, Makar, twoja matka sokół a ty trus!
— Matka na piecu sokoł, a na niedźwiedzia to mnie posyła — burknął Makar.
— No, kiedyś taki, to cię zostawię w straży kaszę gotować — zaśmiał się Szymon.
Wjechali w bory Zagrodzkiego, nietknięte, bujne, wzorowo utrzymane.
— Ot, jak u bogacza — rzekł Hipek.
Szymon tylko westchnął.
Przed nimi słychać było już ludzki gwar, skomlenie psów, dźwięki trąbek, a po chwili ukazała się leśna straż główna, nowy szwajcarski dom, na szerokiéj polanie, gdzie się kilka dróg krzyżowało.
Ruch już tu panował ogromny; przy ogniskach ruszali się naganiacze, wokoło domu biegała służba Zagrodzkich, a przy słupie z napisem rewiru nadleśny niemiec komenderował łamanym językiem gromadzie swych podkomendnych. Gdy ujrzał Szymona, począł go do siebie wołać, wyciągając, jak do zbawcy, ramiona.
Oni we dwóch objęli komendę polowania. Tymczasem w leśniczówce, naznaczonéj za punkt zborny myśliwych, gospodarzył sam Zagrodzki, pilnując zastawy stołu. Pani została w domu, oczekując myśliwych z obiadem; ale Nika była z kuzynką zagraniczną, obie w eleganckich kostiumach myśliwskich, obie uzbrojone, obie ubawione jak na widowisku.
Chodziły wśród chłopów, którzy im się przyglądali niemniéj ciekawie, oglądały psy i starą broń strzelców, próbowały nawet trąbek dojeżdżaczów i niecierpliwie wyglądały przybycia gości.
Wreszcie zaczęły się zjeżdżać bryczki obywatelskie. W leśniczówce uczyniło się gwarno jak w ulu. Zagrodzki promieniał szczęściem, widząc, że zjazd będzie liczny i że jego jedynaczka się ubawi.
Na szarym końcu przybył Sokolnicki.
— Patrzcie-no, i Woyno z nim! — zawołał Za grodzki. — Nawet nie wiedziałem, że się znają.
— Kolegowali niegdyś w szkołach — odparł któryś z sąsiadów.
Młodzi ludzie wysiedli. Sokolnicki na widok dam skrzywił się nieznacznie, Wojna radośnie się uśmiechnął.
Był to nowy obywatel, spadkobierca dóbr marszałka Woyny, z zawodu inżenier, osiadły w stolicy. Sam z siebie zamożny, miał wysoką płatną posadę, więc spadek był mu raczéj ciężarem. Przybył na pogrzeb stryja, z zamiarem rychłego powrotu do miasta, ale na pogrzebie poznał Nikę Zagrodzką, i pozostał, i bardzo się zajął porządkowaniem majątkowych interesów. Zaczął nawet przebąkiwać, że myśli brata spłacić i sam przy dobrach zostać.
Był to człowiek trzydziestokilkoletni, łysy już zupełnie, bardzo inteligentny, światowy, elegancki. Zakochał się w Nice od pierwszego wejrzenia, od pierwszego słowa, i zdecydowany był nie wyjechać ztąd bez niéj. Tajemnicy ze swych zamiarów nie czynił, więc, zanim konkury zaczął, już cała okolica mówiła o ich małżeństwie i teraz, gdy się pokazał, wszystkich oczy patrzyły na Nikę. Ale ona oglądała konie Sokolnickiego, nietylko obecnością konkurenta nie wzruszona, ale nawet nie zajęta. Na powitanie podała mu roztargniona rękę i zaraz zagabnęła pana Seweryna:
— Jakto? pan z pistonówką! Przecie mają być niedźwiedzie!
— A ja wcale bez broni! — rzekł Woyna.
— Ach, pan! — odparła lekceważąco. — Pan ma pojęcie o niedźwiedziu z menażeryi. Ale pan Sokolnicki dostanie stanowisko poważne, bo ma sławę najlepszego strzelca, i z taką bronią przyjeżdżał.
— Moją sławę właśnie tą strzelbą zdobyłem. Niech jéj pani z pozoru nie sądzi. Ma na sumieniu już pięć niedźwiedzi! — odparł Sokolnicki.
— Właściwie w takich łowach najwięcéj znaczy zimna krew — rzekł któryś z myśliwych. — Ja zawsze pudłuję z gorączki, chociaż mam pyszny sztucer.
— Proszę panów na przekąskę! — wzywał Zagrodzki. — Zkądże panowie razem jadą?
— Z Sokołowa — rzekł Woyna. — Odnowiliśmy dawną znajomość szkolną i przegawędziliśmy u komina prawie całą noc.
Obejrzał się za towarzyszem, ale ten pozostał na ganku, zajęty przez panny, które koniecznie chciały z pistonówki strzelać do celu.
Na co zaprotestował Szymon, który nadbiegł, wzywając wszystkich na stanowisko.
— Strzelać nie można, pani. Zajmujemy najbliższy ostęp. Już i bez tego zawiele tu gwaru.
Rzucili się wszyscy za nim, uciszeni nagle i już skupieni, a on skręcił na jedną z dróg i jął ich rozstawiać co kroków kilkadziesiąt. Słonce właśnie z za mgły się podniosło i cały las, cichy i poważny i szronem okryty, ozłociło cudnie.
Z gęstwiny rozchodził się czerstwy zapach żywicy i z cichym szelestem opadały ostatnie liście. Coraz topniała drużyna myśliwska, półkolem obejmując ostęp, aż ostatniego postawił Szymon i napowrót poszedł, by sprawdzić, czy każdy był na stanowisku.
Wnet téż na Ilinicza napadł, który papierosa zapalił i przeglądał jakieś papiery w pugilaresie.
— Na Boga, co pan robi?
— Ach, prawda, zapomniałem! Nic to, wiatr z ostępu!
Sokolnicki, który opodal stał nieruchomy, za drzewem ukryty, zaczął mu wymyślać.
— Ładnieś mnie umieścił! Z jednéj strony ten osieł, z drugiéj panny! Wolałbym iść z naganką.
— Nic to, ale przesmyk najlepszy!
Za pannami, które jednakże zachowywały się zupełnie poważnie, stał Woyna. Szymon go zastał po za linką, w ostępie, zbierającego ostatnie wrzosy i borówki.
— Panie, nie wolno ruszać się ze stanowiska!
— Nie wolno? Dlaczego?
— Bo pan dostać może kulą.
— Wielka mi osobliwość! Nie będę pierwszym, co dał życie za kwiaty — odparł obojętnie Woyna i daléj herboryzował w gąszczu.
Szymon na taki pogląd ręką machnął i pobiegł daléj. Po chwili trąbka jego zagrała sygnał do obławy. Dźwięk się odbił o gąszcze, wzbił w górę i popłynął po lesie; jeszcze drżał w powietrzu, gdy mu drugi podobny odpowiedział z oddali, i wnet potem niewyraźny jeszcze wrzask naganiaczy.
Wśród strzelców uczyniła się cisza. Każdy znieruchomiał, z palcem na cynglu broni, z okiem utkwionem w ostęp. A tam huczało niesfornie, dziko, coraz wyraźniéj.
— Pusto czy jakie licho! — pomyślał Sokolnicki.
Ilinicz po chwili się znudził i nieznacznie do szwagra się zbliżył.
— Nic tu nie będzie! — szepnął. — Możemy gawędzić.
— Daj mi pokój i nie psuj polowania!
— Coś taki zły? Na Woynę? Sam sobie winę przypisz, boś osieł! Zabierze ci pannę!
— Odczep się odemnie i pilnuj własnych interesów! Nie rozumiem, jak kto w naszych warunkach może się takiemi głupstwami zajmować! A teraz wracaj na stanowisko, bo ja tu jestem dla polowania, a nie dla rozmowy.
Ilinicz minął go i poszedł do panien.
Raptem zagrał jeden ogar, potem dwa, wreszcie kilkanaście i jednocześnie prawie na linii strzelców padły dwa strzały. Daleko, koło Woyny, mignął szary przedmiot.
— Pilnuj! — ktoś krzyknął.
Woyna sięgnął po strzelbę; szary przedmiot rzucił się w bok pod strzał Niki.
Strzeliła dwa razy.
— Wilk! wilk! — krzyknęła kuzynka.
— Pal! — wrzasnął Ilinicz do Sokolnickiego.
Teraz z ostępu wypadły ogary, goniąc na oko, i dopadały już wilka, gdy go Sokolnicki jednym strzałem położył.
Nika, Woyna, Ilinicz, kuzynka, wszyscy teraz biegli, krzycząc i gestykulując.
Sokolnicki za głowę się złapał.
— Co państwo dokazują! Naganka nie wyszła, i schodzicie ze stanowisk. Ot, ot, niech pani patrzy, tam, gdzie pani stała, co za lis pyszny przemknął! Gwałtu! taka swawola!
Nika przez sekundę się stropiła, ale Woyna przyszedł jéj w pomoc.
— Mój drogi! Lis oszukiwał wszystkich od stworzenia świata! Ale ten drab wart przecie hucznego pogrzebu.
— Ja go trafiłam! — zawołała Nika — tu w bok, o, widzi pan! To mój nabój, a pan go dokończył!
Sokolnicki nie okazał wielkiego zapału. Strzelbę nabijał, a że stempel w zębach trzymał, więc czuł się zwolnionym od odpowiedzi.
Wnet téż pierwsi naganiacze wypadli z ostępu i gromadą otoczyli wilka, bijąc go pałkami i wypominając wszystkie gęsi, owce i prosięta, które poginęły po wsiach okolicznych.
Ta pośmiertna kara zakończyłaby się zapewne zupełnem zniszczeniem skóry; ale niemiec nadleśny wnet chłopów rozpędził, a gajowi uprzątnęli zwierza.
Myśliwi zeszli też ze stanowisk, i uczyniło się gwarno od opowieści, zapytań, anegdot, ale znowu przerwał im Szymon, wzywając do drugiego ostępu.
Mimochodem zauważył, że wrzosy i borówki, które Woyna zebrał, przypięte były do myśliwskiego futerka Niki, i ścisnęło mu się serce.
— Pan Seweryn nabije moc zwierza, a Woyna upoluje śliczną dziewczynę. Mój Boże, żebym ja mógł na to co poradzić!
Rozstawiał strzelców roztargniony i posępny, puszczając mimo ucha prośby różne i zapytania.
Wreszcie Nika go zagadnęła:
— Co pan taki nie swój, panie Łabędzki?
Uśmiechnął się z przymusem.
— Widziałem dzisiaj troskę-wiedźmę w tamtym ostępie.
— E, trzeba ją było zabić!
— Nie mam na nią kul zaczarowanych.
— I wypuścił ją pan bez próby zabicia?
— Nie moja moc!
— Jakże wyglądała? Zkąd szła?
— Wyszła z gąszczu, gdzie zbierała ostatnie wrzosy i zioła!
Nika spojrzała nań, potém na swój bukiet, wzdrygnęła się i odrzuciła go.
— Czy tu będą niedźwiedzie? — spytała.
— Nie, w jedlinach.
— Daj mi pan dobre stanowisko! Ja wiem, że ojciec zaklął pana, by mnie nie narażać, ale pan mnie posłucha, nie jego. Chcę stać między panem Sokolnickim i panem. Będę tedy bezpieczna: przecie mi zginąć nie dacie, a chcę strzelać do niedźwiedzia koniecznie.
— Znać, że pani raz pierwszy jest na takich łowach. Na drugi raz inaczéj pani mówić będzie.
— Ja odrazu się wycofuję! — zawołała kuzynka, blednąc.
Szymon, nic nie obiecując, umieścił je w gęstwinie i sam opodal stanął. Znowu cisza objęła bór, a potem trąbka i huk naganki i wreszcie strzały coraz żywsze.
Tymczasem drobny zwierz padał: zające, lisy i jakiś zbłąkany kozieł, którego położył znowu szczęśliwy Sokolnicki. Nika spudłowała do zająca, kuzynka postrzeliła sowę. Śmiechu było co niemiara, gdy napół żywego ptaka gajowi zabrali wraz z inną zwierzyną i ponieśli do leśniczówki.
Teraz następował moment najważniejszy.
Ile? Siedem podobno, jeden olbrzymi, stara z dwojgiem piastunów — podawano sobie z ust do ust, strzelby nabijano z wielką uwagą. Probowano kordelasów; miny były uroczyste.
Zagrodzki objął za ramiona Szymona, jeszcze raz polecając opiekę nad córką, któréj zaproponować zejścia z placu nawet nie probował. Kuzynkę Ilinicz podjął się odprowadzić do leśniczówki. Ten lubił w polowaniu tylko zakończenie, obiad: karty, rozmowy, czasem handle na konie i broń.
Szymon wyprowadził myśliwych na tryb szeroki w świerkowym ostępie.
Środkiem płynął ruczaj ledwie widoczny i gdzieniegdzie rosły olchy. Strzelcy mieli przed sobą o kilkanaście kroków czarną ścianę świerków, za sobą dębowy las, dość rzadki. Prawie każdy, zajmując stanowisko, po tych dębach spojrzał, wybierając najbardziéj rosochate, na wypadek odwrotu, i każdemu mocniéj biło serce.
— Pamięta pan moją wolę! — szepnęła Nika. — Za dobry punkt wdzięczność moją kupi sobie pan, a ja na wiatr nic nie obiecuję.
— Za taką nagrodę gotówem zdradzić pana Zagrodzkiego — odparł z uśmiechem, rozglądając się uważnie. — Tu pan stanie! — rzekł głośniéj do pana Seweryna.
Ten chwilę się zawahał, obejrzał położenie i wskazał jakiś punkt w dali.
— Tamtędy wyjdzie! Dobrze! Dajże mi porządnego sąsiada, bo tu nie żarty!
I został, ale po chwili aż zaklął przez zęby, widząc, że za nim Łabędzki umieścił Nikę.
— Oszalał! — zawołał i wbrew prawidłu poszedł za nim.
Zrozumiała go Nika i zatrzymała:
— Pan mnie chce ztąd wyrugować? Zostanę, powiadam: więc niech pan wraca, zkąd przyszedł.
— Pani nie ma pojęcia o niebezpieczeństwie.
— Mam i jestem pewna nawet, że z wrażenia spudłuję, ale zarazem jestem przekonana, że mi pan zginąć nie da, a niedźwiedzia chcę widzieć.
— Pani nie wie, jak on prędko naciera!
— Ale pan wie.
— Proszę mi swą broń pokazać.
Obejrzał; był to przepyszny sztucer, małego kalibru, ale najlepszego systemu.
Ruszył tedy ramionami i rzekł:
— Nad szalonymi czuwa Opatrzność. Niech więc pani ciągle pamięta, że ja nad panią czuwam, i głowy nie traci. Ale oto i Szymon o sukursie pomyślał.
Z po za drzew wysunął się drab, dziko a poczciwie patrzący, i jak cień umieścił się za Niką.
Broń miał przedpotopową, ale oko myśliwskie i bary olbrzyma.
— A, jesteś tu Hipek! — rzekł pan Seweryn.
— Jestem na służbie w Sokołowie — odparł szlachcic — i pan nadleśny mi kazał na krok panienki nie odstępować.
— Na służbie jesteś u mnie? Odkąd? Gdzie?
— Od wczoraj. Gajowym w Bobrówce.
— To Łabędzki lisy bierze za dozorców kurnika! — zaśmiał się Sokolnicki.
Hipek poczerwieniał.
— Kiedym był lisem, tom nie służył. Teraz ogar jestem — odparł śmiało, patrząc panu w oczy.
— Pyszny chłopak! — zawołała Nika, i sięgając do kieszeni, podała mu całą garść srebra.
Ale Hipek się usunął, urażony.
— Klejnot mam, proszę panienki, na piwo nie biorę. Za dobre słowo dziękuję.
W téj chwili zagrała trąba Szymona: Sokolnicki pobiegł na stanowisko, uczyniła się cisza. Wiatr szedł z ostępu, więc wyraźnie dobiegły wrzaski obławy, tem przeraźliwsze, że chłopi, wylękli, dodawali sobie krzykiem rezonu, i chcieli zdaleka spłoszyć zwierza i ruszyć.
Psy nie dawały znaku życia, aż naraz wszystkie odrazu zagrały, tak szczególnie, że każdy z myśliwych poczuł, iż ruszyły grubego zwierza. Ujadały wciąż w jednem miejscu, daleko, więc się nikt zwierza rychłego nie spodziewał i Nika drgnęła nerwowo gdy za nią rozległ się szept Hipka:
— Widzi panienka, jego? To stary.
— Gdzie? — szeptała, czując, że blednie.
— Tam, wprost nas. Stanął za świerkiem i węszy. Pójdzie na Sokołowskiego pana.
Wtedy Nika ujrzała pod czarną ścianą jakąś massę ciemną, nieruchomą, i poczęła drżeć. Wtem massa ruszyła, tak prędko, jak kłusem idący koń. Szła na Sokolnickiego i niespodzianie rzuciła się w bok na Nikę. Dziewczyna była blada jak papier. Zacięła zęby do krwi, zmierzyła: strzał padł.
Niedźwiedź ryknął, snadź trafiony, i rzucił się na oślep przed siebie.
Wtedy Nika strzeliła raz drugi, nie celując, i uskoczyła w bok. Niedźwiedź był już o sto kroków, co chwila potrząsał lewą łapą, roztrzaskaną, i kołysząc głową, ryczał wściekły. W téj chwili Hipek palnął, ale piston tylko spalił, więc się chłopak naprzód rzucił, strzelbę oburącz trzymając za lufę, jak maczugę.
Przed oczami Niki uczyniło się czarno; nogi jéj wrosły, zda się, w ziemię; chciała krzyknąć... nie mogła. Kołowało się jéj w głowie. Krzyki rozległy się wkoło, potem dwa strzały, potem tupot biegnących i „hurra” z kilkunastu piersi. Nika wtedy usiadła na ziemi i poczęła wodzić rękami po twarzy. Zęby jéj szczękały jak w febrze.
— Co pani, na Boga! co pani! — rozległ się nad nią troskliwy głos Woyny.
To ją ocuciło. Spojrzała przytomniéj.
Opodal stała gromada strzelców, i słychać było głos Hipka:
— Ja-bym mu był łeb rozmiażdżył! Już mi pod ręką był.
— Tobie na łbie warto twą strzelbę rozbić! — odparł gniewny głos Sokolnickiego. — Z takiem rupieciem chodzi się na kaczki, a tyś się podjął pilnować panienki. Daj mi zaraz ten grat przeklęty!
I słychać było rozbijanie w sztuki drewna i zamka.
Nika wstała, bo już zdala Zagrodzki biegł zdyszany, krzycząc:
— Nika, Nika! Gdzie moje dziecko! Boże!
Woyna chciał jéj podać ramię, ale już odzyskała swą moc i swobodę.
— Dziękuję panu! Stchórzyłam jak rekrut, ale to się podobno zdarza i bohaterom. Jestem, papo, ale się wstydzę pokazać!
Zagrodzki porwał ją w ramiona i płakał.
— Mój Boże! Co matka powie! — powtarzał. — Jakże to było? Kto mi dziecko uratował?
— A któżby! Seweryn — odparł Woyna bez cienia zawiści. — Ja biegłem wprost. Wszyscy krzyczeli. Przyznam się, żem dla pośpiechu nawet strzelbę rzucił. Straciłem głowę. A ten dopuścił bestyę na kroków kilkanaście, do tego chłopca, i palnął. Wtedym upadł, potknąwszy się na korzeniu; ktoś przeze mnie przeskoczył; podrapałem się o gałęzie, no, i dopadłem do panny Niki... już po wszystkiem.
Nagły wybuch śmiechu zakończył opowieść.
Wtedy ujrzała też raz pierwszy Nika, że i Sokolnicki umiał się śmiać.
Stał przy zabitym niedźwiedziu i nogą go trącał, a obok niego stał Hipek, patrząc żałośnie na szczątki swéj rusznicy.
— Czém ja panu się odwdzięczę! — wołał Zagrodzki, wyciągając do bohatera ramiona.
— Niema za co, panie, doprawdy niema za co! Szymon był obok, nic-by się pannie Weronice nie stało złego. Niedźwiedź myślał o ucieczce, a nie o napaści. Nawinął mi się pod strzał, i tyle! Ale gdzie reszta, gdzie psy, gdzie naganka?
Odpowiedź przyszła w tej chwili. Był to nadleśny konno, cały wzburzony.
— Niedźwiedzica leży w jamie. Nie daje się ruszyć. Co robić? — zwrócił się do Szymona.
— Daleko? — zagadnął Sokolnicki.
— Parę tysięcy kroków w głębi.
— Chodźmy do niéj.
— Chodźmy — powtórzyła Nika.
— Nie pozwolę! Nie pójdziesz! Mam jedno dziecko! — zawołał Zagrodzki.
— To pójdziemy z papą pod rękę — zaśmiała się, ciągnąc go za sobą.
I poszli wszyscy gromadą, przez gąszcza i wywroty, kierując się na wrzask naganki i zajadłe szczekanie psów.
Sokolnicki, widząc w oczach myśliwych zawiść o jego tryumfy, nieco opodal pozostał i rozmawiał z Woyną. Szymon rwał się naprzód.
Po chwili ci dwaj zostali zupełnie w oddali i Woyna rzekł:
— A co? Cudo, nie dziewczyna! Czy wiesz, jeśli jéj nie zdobędę, nie przeżyję.
— Znam ładniejszą — odparł Sokolnicki, zapalając papierosa.
— To nie może być.
— Mogę ci ją jutro pokazać.
— Któż to?
— Dziewczyna ze wsi.
— Pfuj! Takie porównanie.
— Jeśli chodzi o piękność, to stan nic nie znaczy.
— Ale ta ma wszystko! I piękność i szyk, i królewską postawę, i wdzięk w każdym ruchu. Świat poznałem, i nic podobnego nie zdarzyło mi się spotkać.
— Boś się zakochał teraz.
— Tak, przyznaję. Ją zdobyć i umrzeć!
Sokolnicki wybuchnął śmiechem.
Woyna się nie obraził.
— Nie kochałeś nigdy?
— Ja? Na to mnie nie stać. Ożenić się nie mogę, a kochać bez wzajemności i wyznania — na to trzeba mieć wolną głowę i czas na mrzonki. A ja tyle mam na to ochoty i humoru, co ten niedźwiedź, który tam za nami leży, na polanie.
— Bajesz! Ale tylko mi Niki nie pokochaj, bo cię zastrzelę, a potem siebie.
— To nie straszna groźba, jeśli zawsze, pod silném będąc wrażeniem, rzucasz broń za siebie.
— To nie odpowiedź. Ja mam przeczucie, że będziesz mi rywalem!
— A ja mam przeczucie, że ty rychło będziesz się leczył z hallucynacyi. Ja, twój rywal! Cha cha! No, i czegóż oni tam stoją i gapią się?
Istotnie, myśliwi zbili się w gromadkę i patrzyli w jeden punkt. W ciasnéj gardzieli leśnéj leżał burzą zwalony świerk olbrzymi; wkoło nieprzebyty gąszcz krzaków, zarośli, chmielów. Tam się rwały psy, odskakując co chwila z wyciem i piskiem, i naokół, w przyzwoitéj odległości, stali chłopi, udając, że postępują naprzód, a raczéj się cofając.
— No, i co? — spytał Sokolnicki, gdy Woyna już się do Niki zbliżył i wcale się niczém więcéj nie zajmował.
— Leży pod wywrotem, ale wyjść nie chce! — odparł Szymon. — Byłem tam i rzucałem kamienie, ale ani się rusza, tylko mruczy.
— Podpalić świerk! — zawołał Hipek.
— Aha! i las z nim razem! — burknął Niemiec.
— No, to niech kto pójdzie i podkurzy ją kłakami! — rzekł Sokolnicki.
— Padam do nóg! Mam żonę i dzieci! — zawołał ktoś z myśliwych.
— A mnie życie miłe!
— A ja nie napisałem jeszcze testamentu.
— A księdza macie, żeby przed śmiercią mnie wyspowiadał?
I tak każdy niby żartem się wymawiał, i stali wszyscy, bezpieczni w gromadzie.
— Proszę mi dać kłaków! Ja pójdę! — rzekł Szymon.
— A cóż to, czy ja niedołężny? Potrafię i sam! — odparł pan Seweryn. — Nie mam żony ni dzieci, i życie mi nie tak nazbyt miłe, a i bez testamentu się obejdzie!
Śmiał się, jakby upojony niebezpieczeństwem, i bez pośpiechu wyjął stempel, nawinął nań garść lnu, opatrzył swoje pistony i poszedł, przeskakując zwały i rozchylając gąszcze. Za nim poskoczył Szymon, Hipek, i z naganki, po chwili szamotania się z ojcem, Ihnat Wilk. Psy, czując sukurs, rzuciły się jeszcze zajadléj.
Nika wskoczyła na zwaloną kłodę i wszyscy wyciągali szyje, trochę urażeni i zawstydzeni.
Po chwili ujrzeli Sokolnickiego i Szymona na korzeniach świerku, tuż nad jamą czarną, zkąd rozlegało się dzikie mruczenie i mlaskanie szczęk.
— A no, staruszka! do tańca! — krzyknął pan Seweryn, stukając kolbą o drzewo.
Ryk mu odpowiedział z głębi, ale staruszka była niewidzialna.
Wtedy śmiałek strzelbę ramieniem do boku przycisnął, zapalił kłaki i wetknął je w otwór. Jednocześnie ryk wściekły odrzucił wstecz Ihnata i Hipka i po nad korzeniami, o krok od pana Seweryna, ukazała się do pół ciała nad jamą niedźwiedzica olbrzymia, gotując się do skoku.
Była to sekunda, ani czasu do celowania, do wydobycia z pod pachy broni, do opamiętania.
Pan Seweryn cyngiel spuścił: strzał padł, potém drugi, Szymona. Zwierz ryknął, pazury się osunęły: zwaliła się w głąb.
Wtedy Sokolnicki ze świerku zeskoczył, zdjął czapkę i przeżegnał się, a potém jął obcierać twarz z potu i milczał.
Teraz do jamy skoczył Szymon, Hipek, Ihnat i poczęli wrzeszczeć:
— Dwa piastuny, bez tchu! Można żywcem brać!
— Bij! bij! — krzyczał Zagrodzki, zatykając uszy, tak blady, jakby śmierć widział.
Nika pierwsza była przy Sokolnickim i podała mu flaszkę oplataną z koniakiem.
Bez słowa wypił, a potém raz pierwszy spojrzał jéj w oczy. Była w tych oczach groza i przestrach.
— Wylękła się pani. Prawda? to nie żarty?
— Oj, nie! I nigdy-bym nie chciała drugiéj podobnéj chwili przeżyć. Gdyby piston nie spalił?
— I to się stać może. Ano, byłby koniec!
— To okropne! A pan się nie przestraszył?
— Nie było czasu! Po strzale dopierom się opamiętał i, choć myślałem, że za nic mam życie, to fałsz! Człowiek je bardzo kocha, chociaż najgorsze!
Teraz wszyscy otoczyli go kołem, winszując, podziwiając zimną krew. Woyna chciał zaraz kupić od niego strzelbę, jako talizman.
— Strzelba już nie moja. Temu chłopakowi ją obiecałem w duchu! Masz, Hipek; tylko do rabunku jéj nie używaj!
— Pogrzebowego! — zaproponował Zagrodzki.
Stuletnia starka poczęła krążyć, rogi i trąbki zagrały tryumf i humory się ożywiły, a opowieści sypały się bez liku.
Tylko Nika była bez humoru, roztargniona a milcząca. Nie mogła się opamiętać, ani odzyskać równowagi. Coś ją wstrząsnęło w chwili, gdy ujrzała paszczę zwierza u piersi śmiałka, coś ją wtedy zamroczyło, przejęło, czego nie mogła ani przemódz, ani otrząsnąć.
Teraz pragnęła być samą i rozmyślać, lub być z nim tylko i zajrzeć mu w duszę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.