Przejdź do zawartości

Klaudyna w szkole

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Klaudyna w szkole
Wydawca Księgarnia Polska (B. Połonieckiego)
E. Wende i Sp.
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów i Warszawa
Tłumacz Wanda Dalecka
Tytuł orygin. Claudine à l’école
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WILLY.
Klaudyna w szkole
Z oryginału tłumaczyła
W. Dalecka.
Lwów 1905
Księgarnia Polska (B. Połonieckiego).
Warszawa E. Wende i Sp.



Odbito czcionkami Drukarni Narodowej w Krakowie.





Nazywam się Klaudyna, mieszkam w Montigny; urodziłam się w 1884 r, prawdopodobnie nie tu umrę.
Mój Podręcznik Geografa departamentów tak mówi: „Montigny we Fresnois, małe śliczne miasteczko, posiada 1950 mieszkańców i pobudowane jest amfiteatralnie nad brzegiem Thaizy; godna w niem uwagi jest wieża saraceńska, dobrze zachowana...“ Co do mnie, nic mi nie mówią podobne opisy. Naprzód: niema Thaizy; wiem dobrze, że powinna przepływać poniżej stoku wzgórzy, lecz w żadnej porze roku nie znajdzie się w niej tyle wody, aby wróbel miał w czem łapki zamoczyć. Montigny pobudowane w amfiteatr? Nie, nie widzę tego; podług mnie, to tylko domy zlatują z wierzchołka wzgórza na dół doliny; piętrzy się to schodami tylko poniżej wielkiego zamku, odnowionego za czasów Ludwika XV. a teraz bardziej już zniszczonego niż wieża saraceńska, nizka, ciężka, cała pokryta bluszczem, która codzień potrochu w proch się rozsypuje. To wieś, nie miasto; ulice, dzięki niebu, nie są brukowane; ulewne deszcze tworzą tu potoczki, które we dwie godziny już wysychają; jestto wioska, nawet niezbyt ładna, którą jednak ogromnie lubię.
Urokiem, rozkoszą, tej krainy są wzgórza i doliny, nieraz tak wązkie, że możnaby je nazwać parowami; a potem lasy, lasy głębokie, rozfalowane, rozpostrzenione, hen, tak daleko, jak tylko okiem sięgnąć można... Małe łączki przecinają je czasem, czasem pólka uprawne; ale to są drobnostki — wspaniałe lasy ogarniają wszystko. Z tego powodu piękna ta kraina jest niezmiernie biedna; gdzieniegdzie tylko widać fermy bogatsze, bardzo nieliczne; czerwone ich dachy zdają się służyć tylko dla podniesienia aksamitnej zieloności lasów.
Drogie lasy! znam je wszystkie; włóczyłam się tu tak często! Są gąszcze, gdzie krze złośliwe szarpią twarz przechodnia; są inne, pełne słońca, poziomek, konwalii — i wężów także. Drżałam z przestrachu, widząc u stóp mych ślizgające się te wstrętne ciała gładkie i ślizkie; ileż razy stawałam bez tchu spostrzegłszy tuż pod ręką, obok gałązki wonnego ślazu, mądrego węża, zwiniętego regularnie w ślimaka, z główką podniesioną, z małemi, złotawemi oczyma, patrzącemi wprost na mnie; nie było niebezpieczeństwa, ale jaki przestrach! A jednak powracałam tu zawsze, sama lub z towarzyszkami; najchętniej sama, bo te małe dziewczątka drażnią mię; boi się to poszarpać o korzenie, straszy się małych zwierzątek, aksamitnych gąsienic, pająków w zaroślach, takich ładnych, krągłych, różowych jak perły; i krzyczy to, męczy się — nieznośne są i tyle.
Mam też ulubione miejsca — wielkie lasy, trzydziesto lub dwudziestoletnie; serce mi się krwawi, gdy widzę jak je wyrębują; nie te, co są zakrzewione, lecz takie, gdzie drzewa stoją wyniosłe jak kolumny, gdzie ścieżki ścielą się wązkie i prawie noc bywa w samo południe, gdzie głos i szmer stąpań dźwięczą jakoś niepokojąco. Boże, jak je lubię! Z oczyma tonącemi w głębi leśnych dali, czuję się tam tak zupełnie samotna; w tem świetle zielonawem i tajemniczem, jestem przedziwnie uspokojoną lecz zarazem nieco zatrwożoną tą samotnością i tym zmierzchem niepewnym... W tych wielkich lasach niema drobnych zwierzątek, ani traw wysokich; grunt tu twardy, to suchy, dźwięczący, to miękki z powodu licznych źródeł; króliki o białych łapkach przeskakują drogę; płochliwe sarny przemykają tak szybko, że raczej domyślać się ich trzeba; wielkie bażanty ciężkie, czerwone, złote; dziki (tych nie widziałam); wilki — słyszałam raz jednego na początku zimy, kiedy zbierałam bukwę, te wyśmienite małe bukwy, napełnione oliwnym sokiem, drażniące gardło i wywołujące kaszel.
Niekiedy burza z ulewą zaskoczą mię nagle w tych lasach. Wówczas przyciskam się mocno do jakiego grubszego pnia dębu, i słucham w milczeniu jak krople deszczu, gdzieś tam, dzwonią wysoko, jakby po dachu; i dobrze mi tu w ukryciu, w tych głębokościach; tak dobrze, że kiedy wyjść trzeba na światło, czuję się nieswojo pod słońcem rażącem, wyrzucona z gniazda.
A laski jodłowe! Mniej głębokie i mniej tajemnicze, lubię je jednak za woń ich cudną, za drobne gąszcze różowe i fioletowe, mnożące się u ich stóp, za ich śpiew pod wiatru powiewem. Zanim się do nich dojdzie, trzeba przejść naprzód gęstą puszczę; a potem nagle gąszcz się otwiera i oczy uderza czarowna niespodzianka: staw gładki, głęboki, dokoła lasem zamknięty, taki od wszystkiego daleki! Jodły rosną na środku, niby na jakimś ostrowiu; z brzegiem łączy go pień zwalonego drzewa; trzeba go przebyć odważnie — konno. Pod jodłami rozpala się ognisko, nawet w lecie, ponieważ to zakazane; piecze się cokolwiek, wszystko jedno co — jabłko, gruszkę, kartofel skradziony na polu, kawał chleba razowego, jeśli nic niema innego. Pachnie to dymem gorzkim i żywicą, jest obrzydliwe, jest wyborne.
Przez lat dziesięć włóczyłam się po tych lasach zapamiętale, dokonywałam odkryć i zwycięstw; dzień w którym trzeba je będzie porzucić, będzie dniem smutnym ogromnie.

· · · · · · · · · · · · · · · · ·

Przed dwoma miesiącami, kiedy skończyłam lat piętnaście, zdłużyłam suknie moje do kostek, zniszczono starą szkołę i zmieniono nauczycielkę. Sukni długiej wymagały moje nogi, które już bardzo zwracały uwagę i zanadto wskazywały że jestem młodą dziewczyną, szkoła stara padała prawie w ruinę; co zaś do nauczycielki, biednej, poczciwej pani X. brzydkiej czterdziestoletniej, łagodnej, nieuczonej i zawsze rozpadającej się przed inspektorami z akademii, nawet przed inspektorami szkół ludowych, to doktór Dutertre, delegat powiatowy potrzebował tej posady dla swej protegowanej. A u nas czego Dutertre chce, tego minister chce.
Biedna, stara szkoła, opuszczona, niezdrowa, a taka przyjemna! Ach te nowe budynki, co mają cię zastąpić, nie wykluczą cię z mojej pamięci.
Pokoje na pierwszem piętrze, w których mieszkali nauczyciele, były ponure i niewygodne, na dole pomieszczały się nasze dwie klasy, wielka i mała, dwie sale niemożebnej brzydoty i brudu, ze stołami, jakich nigdzie więcej nie widziałam, przez zużycie zmniejszone o połowę i przy których, naturalnie, w ciągu półroku musiałybyśmy się stać garbate. Powietrze w tych klasach po trzech godzinach nauki rannej i tyluż popołudniowej jest literalnie gęste. Nie miałam nigdy koleżanek z mojej sfery, bo nieliczne rodziny mieszczan w Montigny posyłają dzieci do pensyonatów znaczniejszych, w szkole naszej zatem są tylko córki piekarzy, szewców, żandarmów i przedewszystkiem robotników; wszystko to bardzo źle się myje.
Co do mnie, nie jest mi to otoczenie przykrem, przedewszystkiem nie chcę porzucić Montigny; gdybym miała mamę, wiem dobrze, że nie zostawiłaby mię tu na jeden dzień nawet, ale tato, oddany swoim pracom nic nie widzi, nie zajmuje się mną i nie wyobraża sobie, abym mogła być wychowana stosowniej w klasztorze, albo w jakiem liceum. Niema obawy, abym mu oczy otwarła! Jako towarzyszkę miałam, mam jeszcze, Klarę (nie wymieniam nazwiska) moją siostrę mleczną, dziewczynę cichą, z pięknemi, czułemi oczyma i duszą romantyczną, która cały czas swego pobytu w szkole użyła na miłostki (o, platoniczne!) zakochana co tydzień w innym chłopcu, i teraz jeszcze doczekać się nie może, aby przyczepić się do pierwszego lepszego idyoty, posługacza czy pocztarka, byleby miał „wenę poetycką“.
Dalej, wielka Anaïs (która dzięki swej nadzwyczajnej pamięci, zastępującej u niej miejsce prawdziwej inteligencyi zdołałaby z pewnością przekroczyć próg szkoły Fontenay-aux Roses) zimna, zepsuta i tak niezdolna do wzruszeń, że nie czerwieni się nigdy, szczęśliwe stworzenie! Posiada istotny talent komizmu i doprowadza mię często do łez ze śmiechu. Włosy ani to blond ani ciemne, skóra żółta, żadnego rumieńca, oczy wązkie, czarne, a sama długa jak tyczka grochowa. Naogół, nie zupełnie banalna; kłamca, pochlebnica, podstępna, zdradziecka, potrafi z każdej sprawy wyjść sucho, ta wielka Anaïs! Mając lat trzynaście pisywała i dawała rendes-vous jakiemuś nicponiowi w jej wieku; dowiedziano się, były stąd historye, wszystkie dziewuchy w szkole, były w nią wmieszane oprócz niej.
A potem jeszcze Jauberts, dwie siostry, bliźniaczki, nawet dobre uczennice, o, tak! dobre uczennice! podrapałabym je chętnie, tak mnie drażnią swoim wiecznym rozsądkiem, swoimi zeszytami bez plamy i wzorowem pismem, swojem głupiem podobieństwem, miękkimi, bezbarwnymi rysami, baraniemi oczami pełnemi płaksiwej słodyczy. Pracują ciągle, a pełne są doskonałych stopni, a przyzwoite i przytajone, wydzielają oddech rybiego kleju, phh!
Marylka Belhomme, dzieciak, a taka wesoła! grzeczna i poważna w piętnastu latach, jak dziecko ośmioletnie, niewiele rozwinięte na swój wiek, obfituje w olbrzymie naiwności, które rozbrajają naszą złośliwość, lubimy ją wszystkie, a ja mówię jej zawsze tysiące obrzydliwości, których ona zrazu naiwnie nie zrozumie, a potem za chwilę śmieje się z całego serca i wznosi do góry swoje długie, wązkie ręce, „ręce akuszerki“ jak mówi wielka Anaïs. Brunetka, o cerze matowej, o czarnych oczach podłużnych, wilgotnych, Marylka ze swoim łagodnym noskiem przypomina ładnego, płochliwego zająca. Te cztery i ja piąta tworzymy tego roku plejadę „wielkich“ marzących niekiedy o patencie nauczycielskim.
Reszta w naszych oczach to motłoch, to nędzny tłum! Przedstawię tu jeszcze kilka innych koleżanek w tym dzienniku, bo to prawdziwy dziennik zaczynam, albo prawie jak dziennik... Kiedy pani X. otrzymała zawiadomienie o swojej translokacyi, płakała biedaczka dzień cały — i my także — co napełnia mię stałą odrazą do jej następczyni. Jednocześnie z robotnikami, mającymi zburzyć starą szkołę, przybyła nowa nasza nauczycielka, panna Sergent w towarzystwie matki, grubej niewiasty w czepku, która obsługuje i zarazem rozpływa się nad córką, a robi wrażenie sprytnej wiejskiej kobiety, znającej się na cenie masła, ale w gruncie rzeczy, niezłej! Panna Sergent może być wszystkiem, tylko nie dobrocią; nie wróżę sobie szczególnie z tej rudej figury dobrze zbudowanej, o kibici i biodrach okrągłych, twarzy odętej, zawsze zaognionej, o nosie spłaszczonym między dwoma małemi oczkami czarnemi, zagłębionemi i podejrzliwemi. Zamieszkuje pokój w starej szkole, którego teraz jeszcze nie będą niszczyli, a z nią mieści się razem jej pomocnica, przystojna panna Amanda Lanthenay, która tyle mi się podoba o ile przełożona się nie podoba. Względem panny Sergent, intruza, trzymam się jeszcze dotąd buntowniczo i dziko; już próbowała przyswoić mię sobie, ale wierzgałam prawie grubijańsko. Po kilku żywych utarczkach musiałam uznać w niej nauczycielkę, do tego przełożonę, pewną siebie, gnącą wszelki upór, której wola byłaby doskonale jasną, gdyby niekiedy nie zaślepiał jej gniew. Przy większem panowaniu nad sobą ta kobieta byłaby zachwycającą; lecz niechże natrafi na upór: oczy pałają, rude włosy wilżą się potem... przedwczoraj o mało mi kałamarzem nie cisnęła w głowę.
Podczas wypoczynków, kiedy chłód jesienny zatrzymuje mię w szkole, rozmawiam z panną Amandą. Przyjaźń nasza coraz wzrasta. Natura pieszczotliwej kotki, delikatna, czuła na zimno, nieskończenie pieszczotliwa — lubię różową jej cerę blondynki i oczy złote o wygiętych rzęsach. Piękne oczy, rade uśmiechać się tylko! Kiedy przechodzi, wszyscy chłopcy się oglądają. Niekiedy, gdy gawędzimy zapamiętale we drzwiach małej naszej klasy, panna Sergent przechodzi do swego pokoju i milcząc przeszywa nas wzrokiem zazdrośnym i sięgającym do dna. W tem milczeniu czujemy obie, moja nowa przyjaciółka i ja, że tamta wścieka się, widząc nas w dobrej harmonii.
Ta mała Amanda — ma lat 19 i sięga mnie tylko do ucha — papla jak pensyonarka, którą jeszcze była przed trzema miesiącami, mówi z wstrzymywanymi gestami, z potrzebą czułości, która mnie wzrusza. Te jej ruchy! Trzyma je na wodzy z jakiegoś instynktywnego strachu przed panną Sergent; chowa co chwilę drobne rączki chłodne pod kołnierz z fałszywego futerka — (biedactwo, bez grosza, jak wszystkie jej podobne). Aby ją przyswoić, staję się łagodną, co mi łatwo przychodzi, rozpytuję ją i dość mi przyjemnie na nią patrzeć. Gdy mówi, mimo, czy z powodu swych rysów nieregularnych, jest ładną. Policzki są trochę za wydatne, nosek za krótki, usteczka nieco wzdęte i gdy się uśmiechają tworzą śmieszny grymas z lewej strony, lecz za to jakież oczy przecudne, złotawe, jaka cera delikatna a trwała, którą chłód nawet nie posini! Wciąż mówi, mówi... Ojciec, który rzeźbi w kamieniu, matka, która często ją biła, siostra, trzech braci i twarde życie w Szkole Normalnej, gdzie woda zamarzała w kubełku, gdzie upadała ze snu, bo trzeba było wstawać o piątej; i te wakacye w domu, kiedy kazano jej zajmować się gospodarstwem, bo wmawiano w nią, że lepiej umieć uwarzyć rosół niż udawać panienkę — wszystko to przesuwa się w jej paplaninie, cała ta młodość w nędzy, którą ona przenosi z trudnością, o której wspomina z przerażeniem.
Malutka panno Lanthenay, twoje ciało subtelne szuka i pożąda nieznanego dobrobytu, gdybyś nie była młodszą nauczycielką w Montigny, byłabyś może... nie chcę mówić, czem. Lecz jakże lubię słuchać cię i patrzeć na ciebie, na ciebie, co jesteś o cztery lata tylko starszą odemnie a w której czuję każdej chwili mą siostrę starszą!
Moja nowa powiernica mówi mi pewnego razu, że umie nieźle po angielsku; to podaje mi myśl, wprost cudowną. Zapytuję tatusia (który mi zastępuje mamę) czy nie chciałby, aby panna Lanthenay dawała mi lekcye gramatyki angielskiej. Tatuś znalazł mój pomysł genialnym, jak większość moich pomysłów i aby „zamknąć sprawę“ jak mówi, idzie zaraz ze mną do pani przełożonej. Ta nas przyjmuje z grzecznością nieposzlakowaną i potakuje gdy tato wyłuszcza nasz zamiar; lecz gdy sama mówi, nie można widzieć jej oczu i to przejmuje mię jakimś niewyraźnym niepokojem. (Zauważyłam wkrótce że oczy zdradzają zawsze jej myśl i skonstatowałam niechybnie, że trzyma je zawsze spuszczone.) Przywołano pannę Amandę, przybiega zdyszana, rumieniąca się, powtarza: „tak, panie,“ i „bardzo dobrze, panie“ nie wiedząc dobrze, co mówi, a ja patrzę na nią, zadowolona ze swego pomysłu, ciesząc się myślą że będziemy mogły bardziej jeszcze się zbliżyć, niż dotąd, dorywczo, na progu klasy. Opłata za lekcye: pietnaście franków na miesiąc za dwie lekcye tygodniowo; dla biednej nauczycielki-młodszej, która zarabia 75 franków na miesiąc i musi z tego opłacić utrzymanie, to gratka nieoczekiwana. Przypuszczam także, że i jej przyjemnie częściej widzieć się ze mną. Podczas tej wizyty zamieniam z nią nie więcej nad dwa czy trzy słowa.


Pierwszy dzień lekcyi! Po szkole, czekam, aż zabierze swoje książki angielskie i coprędzej do domu! W bibliotece taty urządziłam wygodny kącik dla nas dwóch, duży stół, zeszyty, pióra, lampka, która tylko na stół rzuca światło. Panna Amanda bardzo zakłopotana (dla czego?) rumieni się, kaszle:
— A zatem, Klaudyno, spodziewam się, umiesz alfabet?
— Naturalnie; umiem także trochę gramatyki angielskiej; mogłabym także bardzo dobrze to przetłumaczyć... Nieźle, prawda?
— Tak, bardzo dobrze.
Zniżam głos, aby tem przypomnieć nasze pogawędki w szkole i pytam:
— Czy panna Sergent mówiła co z panią o naszych lekcyach?
— O, prawie nic. Powiedziała tylko, że to dla mnie dobra rzecz, że nie będę miała wiele trudu, że jeśli tylko chcesz, uczysz się z wielką łatwością.
— Tylko to? To niewiele. Wiedziała, że mnie to pani powtórzy.
— Ale, Klaudyno, nie pracujemy wcale. W angielskim języku jest tylko jeden rodzajnik i t. d. i t. d.
Po upływie dziesięciu minut poważnej nauki, pytam znowu:
— Czy pani zauważyła, że ona wcale nie była rada, kiedyśmy przyszli z tatusiem prosić panią o lekcye?
— Nie... Tak... Być może, aleśmy prawie nie mówiły potem.
— Niechże pani zdejmie żakiet, tu tak gorąco u tatusia. Ach, jakże pani cieniutka, nożnaby panią przełamać! Przy świetle oczy pani są bardzo ładne.
Mówię to wszystko, bo tak myślę, bo mi przyjemnie mówić jej komplementa, przyjemniej, niż gdyby mi je mówiono.
Pytam znowu:
— Pani sypia jeszcze z panną Sergent?
(To przypuszczenie jest mi nieznośne, ale niema rady! Wszystkie inne pokoje są już wyprzątnięte, albo dach z nich zdejmują). Biedactwo wzdycha:
— Muszę. Ale to przykro! Wieczorem o dziewiątej kładę się prędziutko, prędziutko, a ona przychodzi spać później; ale to w każdym razie nieprzyjemnie, zwłaszcza gdy się nie jest z kim tak dobrze.
— Och, mnie przykro za panią! okropnie! Jak to pani musi być nieznośnie ubierać się z rana przy niej. Nie zniosłabym być w koszuli przed ludźmi, których nie lubię!
Panna Lanthenay drgnęła, i dobywając zegarka:
— Ależ, Klaudyno, nic nie robimy! Do pracy!
— Dobrze... Czy pani wie, że oczekują nowych nauczycieli?
— Wiem, dwóch. Jutro przyjadą.
— To będzie ciekawe! Obydwaj zakochają się w pani.
— Och! Zamilczże nakoniec! Naprzód, ci których widziałam, są tak głupi, że nie nęcą mię wcale; wiem już jak się nazywają; takie śmieszne imiona: Antonin Rabastens i Armand Duplessis.
— Założę się, że będą przechodzić przez nasz dziedziniec po dwadzieścia razy na dzień, pod pretekstem, że wejście do chłopców jest zawalone.
— Klaudyno, słuchaj, to wstyd naprawdę; niceśmy dziś nie zrobiły!
— O, to tak zawsze pierwszego dnia. We czwartek będziemy dużo pracowały; trzeba zawsze czasu do rozpędu.
Mimo tej znakomitej argumentacyi panna Lanthenay przerażona swojem własnem lenistwem zmusza mię do poważnej pracy aż do końca godziny; poczem odprowadzam ją do rogu ulicy. Ciemno, mróz wzmaga się, przykro mi patrzeć na ten cień drobny, jak się tak oddala w ten chłód, w tę ciemność, i pójdzie tam, do tej Rudej z zazdrosnemi oczyma.


W tym tygodniu miałyśmy godziny najczystszej radości, ponieważ nas, wielkie, użyto do przenoszenia starych książek i różnych gratów ze strychu na dół. Trzeba było się śpieszyć, bo mularze już oczekiwali na burzenie pierwszego piętra. Powstały szalone galopady po schodach i na strychu, na ryzyko kary ja i wielka Anaïs zaawanturowałyśmy się aż na schody prowadzące do pokojów nauczycieli, w nadziei że zobaczymy owych dwóch wczoraj przybyłych, aż dotąd niewidzialnych.
Wczoraj, przed nawpółuchylonemi drzwiami, Anaïs mnie trąca, padam, głową drzwi otwieram. Obie parskamy śmiechem i znajdujemy się na progu tego pokoju, pustego na szczęście. Robimy szybki przegląd. Istotny pokój młodszego nauczyciela. Na ścianie i na kominku ogromne chromolitografie banalnie oprawne: włoszka z bujnymi włosami, błyszczącymi zębami i ustami we troje mniejszemi od oczu; jako pendant, roześmiana blondynka, przyciskająca pieska do gorsetu o niebieskich wstęgach. Ponad łóżkiem Antonina Rabastensa (przybił gwoździkami na drzwiach swą kartkę) skrzyżowane chorągiewki o barwach rosyjskich i francuskich. Cóż jeszcze? stół z popielniczką, dwa krzesła, motyle na szpilkach utkwionych w korkach, roztrzęsiony romans na kominku i nic więcej. W milczeniu przeglądamy to wszystko i naraz owładnięte szalonym strachem, aby Antonin (kto słyszał, nazywać się Antoninem!) nie nadszedł, pędem uciekamy na strych; odgłos stąpań na tych schodach zakazanych jest tak rozgłośny, że na dole jakieś drzwi od klasy chłopców się otwierają i czyjś głos z zabawnym akcentem marsylskim zapytuje: „Cóżto się tam dzieje nareszcie? od półgodziny konie latają po schodach.“ Na mgnienie oka spostrzegamy tęgiego młokosa o policzkach bardzo zdrowych... Na górze, już w bezpiecznem ukryciu, moja towarzyszka zbrodni odzywa się zdyszana:
— He, gdyby on wiedział, że wracamy z jego pokoju!
— Tak, nie byłby rad, że nas przepuścił.
— Przepuścił? odrzeknie Anaïs z swoją powagą lodową, ma minę tęgiego chłopa, który nie powinien nam przepuścić.
— Idź! ty, rozpustnico!
I w dalszym ciągu oczyszczamy strych. Jest to prawdziwa rozkosz grzebać w stosach książek i czasopism należących do panny Sergent. Naturalnie przeglądamy wszystko; znalazłam Afrodytę Piotra Louysa i olbrzymi numer Journal Amusant. Rozweselone uraczyłyśmy się rysunkiem Gerbault’a: Szmery Korytarzów, panowie w czerni zajęci łaskotaniem ładniutkich tancerek z Opery; w krótkich spódniczkach i lekkich obsłonkach, giestykulują, krzyczą. Inne koleżanki już zeszły, zmierzch nastaje, a my śmiejemy się nad rysunkami, nad Albertem Guillommem, nad innymi.
Nagle zrywamy się; ktoś otwiera drzwi i pyta kwaśnym tonem: „Hej! któż tam wyprawia te piekielne hałasy na schodach?“ Występujemy poważne, ze stosami ksiąg w ramionach; „Dzień dobry,“ mówimy z całą powagą, opanowując śmiech, który nas dusi. Jest to właśnie ten sam nauczyciel z obliczem rozweselonem. Spostrzegłszy, że mamy wygląd co najmniej szesnastoletnich, usuwa się grzecznie, z uniewinnieniem się: „Bardzo przepraszam!“ odwraca się, odchodzi, a my za jego plecami tańczymy cichutko i wykrzywiamy się za nim jak dyabły. Zapóźniłyśmy się, gderają nas; panna Sergent mię pyta: „Cóż tam mogłyście robić na strychu?“ — Proszę pani, układałyśmy książki, aby je łatwiej zabrać. I ostentacyjnie kładę przed nią stos książek z wyzywającą Afrodytą i numerami Journal Amusant na wierzchu. Spostrzegła zaraz: czerwone policzki stają się jeszcze czerwieńszemi; szybko schwyciła, wołając: „Ach, zabrałyście razem książki Dyrektora, wszystko tam razem pomieszane na tym wspólnym strychu; odeszlę mu je zaraz.“ I bura zatrzymuje się na tem; obie nie otrzymujemy najmniejszej kary. Wychodząc trącam łokciem Anaïs, której wązkie oczy mrużą się zupełnie od powstrzymanego śmiechu.
— Co? cierpliwy jest ten Dyrektor!
— Możesz sobie wyobrazić Klaudyno, jaka kolekcya „głupstw“ ciąży na tym poczciwcu! Skoro nie wierzy, że dzieci rodzą się w kapuście, to jeszcze jest bardzo dobrze.
Dyrektor jest wdowcem smutnym, bezbarwnym, zaledwie wiadomo o nim, że istnieje, gdy wraca ze szkoły, zamyka się na cały dzień w swoim pokoju.


W następny piątek mam druga lekcyę z panną Amandą Lanthenay. Pytam ją:
— Czy już nauczyciele umizgają się do pani?
— Oh tak! wczoraj byli już z wizytą. Ten Antonin Rabastens to ładny i dobry chłopak.
— Zwany „perłą Canabieru“, a ten drugi, jaki?
— Szczupły, piękny, interesujący — nazywa się Armand Duplessis.
— Było by grzechem nie przezwać go „Richelieu“
Zaśmiała się:
— Złośliwa Klaudyno, to przezwisko pozostanie mu już na zawsze. Ale jaki z niego dzikus! Nic nie mówi, tylko tak lub nie.
Moja nauczycielka angielskiego ślicznie dziś wygląda w tem oświetleniu od lampy; jej oczy kocie migają złotem, złośliwe, pieszczotliwe; zachwycam się niemi, chociaż jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie są ani dobre, ani szczere, ani pewne. Ale jaśnieją takim blaskiem na jej świeżej twarzyczce, tak mi się zdaje, że jest jej dobrze w tym cichym, ciepłym pokoju, że jestem gotowa kochać ją ogromnie, z całego mego serca szalonego. Tak, wiem to dobrze i oddawna, że mam szalone serce, jednak, nie myślę go przerabiać.
— A tamta, Ruda, nie mówiła nic pani teraz?
— Nie, ona jest dość miła, i nie myślę żeby się gniewała, że jesteśmy w dobrych z sobą stosunkach.
— Hm! Bo nie widzisz pani jej oczów, nie są tak ładne, jak pani, ale złośliwsze... Moja śliczna pani, jaka jesteś milutka!...
Zarumieniła się mocno i odpowiada bez przekonania.
— Zaczynam wierzyć, że jesteś trochę szalona Klaudyno, tyle mi już o tem mówiono!
— Wiem dobrze, że o tem mówią, ale cóż to mnie obchodzi? Tak mi dobrze, że jestem z panią. Powiedz mi pani coś o nowych wielbicielach.
— Nie mam ich wcale! Wiesz, zdaje mi się, że często będziemy mieli u siebie obu młodszych nauczycieli; Rabastens wydaje mi się wielkim światowcem i ciągnie za sobą swego kolegę Duplessis. A wiesz, że sprowadzam tu wkrótce moją siostrzyczkę? Będzie tu pensyonarką.
— Siostrzyczkę, wielka mi rzecz! Ile ma lat?
— Jest w twoim wieku, może o parę miesięcy młodsza.
— Czy ładna?
— Nie bardzo, zobaczysz ją sama, trochę lękliwa i dzika.
— Sza, o twojej siostrze! Wyobraź sobie pani widziałam Rabestensa na strychu. Wszedł tam umyślnie. Mówi mocnym akcentem marsylskim, ten grubas!
— Tak, ale nie jest brzydki. No, dość tego, wstydź się, pracujmy wreszcie. Przeczytaj to i przetłumacz.
Lecz napróżno strofuje, praca się nie posuwa.
Ściskam ją i żegnam.
Nazajutrz, podczas pauzy, zawsze chłodna i niewzruszona Anaïs, aby mię rozruszać, wykonywa przedemną taniec waryatki; nagle Rabastens i Duplessis stają we drzwiach podwórka.
Ponieważ jesteśmy tam we troje, Marya Belhomme, wielka Anaïs i ja, ci panowie kłaniają się nam, na co my odpowiadamy również grzecznie i chłodno. Następnie wchodzą do wielkiej sali, gdzie właśnie nauczycielki poprawiają zeszyty i widzimy, jak ci panowie rozmawiają i śmieją się z niemi. Wówczas wypada mi nagła potrzeba wrócić do klasy po kapturek, który pozostał na pulpicie, otwieram nagle drzwi i wpadam, jakbym nie przypuszczała nawet, że ci panowie mogą się tam znajdować. Spostrzegłszy ich, udaję zmieszanie, i zatrzymuję się na progu.
Panna Sergent wstrzymuje mój rozpęd lekkiem uderzeniem w karafkę, co ma oznaczać: uspokój się Klaudyno! więc wysuwam się kociemi krokami; lecz miałam już czas zauważyć, że p. Amanda śmieje się i flirtuje, rozmawiając z Duplessis. Poczekaj ty, piękności posępna, jutro czy pojutrze posłyszymy już piosnkę o tobie, albo przezwisko, a to cię nauczy zawracać głowę pannie Amandzie. Jednak... eh! cóżto? wołają mię, tem lepiej! Wchodzę, z miną pokorną:
— Klaudyno! — mówi panna Sergent — chodź no tu odczytać; pan Rabastens jest muzykalny, lecz nie tak dalece, jak ty.
— Jaka ona miła! Co za zmiana! Ta piosnka nudna jest aż strach! I nic mnie tak głosu nie tamuje, jak kiedy muszę śpiewać przed nieznajomymi; odcyfrowuję więc prędko z zabawnie drżącym głosem, który dzięki Bogu, przy końcu staje się pewniejszy.
— O, niech mi wolno będzie podziękować, pani jesteś siłą!
Protestuję, pokazując mu język — w intencyach — i powracam do koleżanek, które przyjmują mnie z octowymi komplementami. — Kochaneczko! zgrzyta wielka Anaïs — spodziewam się, że będziesz w łaskach. Musiałaś sprawić na tych panach piorunujące wrażenie, będziemy widzieć ich często.
Siostry Jaubert dorzucają kpinki — zazdrosne.
— Dajcież mi spokój! że odcyfrowałam jakiś kawałek, niema jeszcze czego się pienić. Rabastens jest południowcem, półtora razy południowcem, a mam wstręt do tej rasy; jeśli zaś Richelieu będzie przechodził, no, to wiem kto go tu znęci.
— Kto taki?
— Panna Amanda przecież! Pożera ją oczami.
— Powiedz mi, szepce Anaïs, nie o niego byłabyś zazdrosną, a o nią?
(Przeklęta Anaïs! Musi wszystko widzieć, a jeśli nie widzi, to zmyśli).
Obaj nauczyciele wracają do swojej szkoły; Antonin Rabastens kłaniający się i expansywny, Duplessis onieśmielony, prawie dziki. Już wielki czas, bo dzwonią na lekcyę, a ich urwisy robią taki hałas, jakby wszystkich ich razem wrzucono do kotła wrzącej smoły. Dzwonią i na nas; idąc mówię do Anaïs:
— Powiedz no, delegat okręgowy tak dawno nie był u nas; będzie to bardzo dziwne, jeśli nie przyjedzie w tym tygodniu.
— Przyjechał wczoraj; pewno i tu nos wsunie.
Dutertre, delegat okręgowy, jest zarazem lekarzem ochronki z której dużo dzieci uczęszcza do naszej szkoły; ta godność podwójna upoważnia go do częstego nas odwiedzania, a Bóg widzi, czy się w tem zaniedbuje! Ludzie mówią, że p. Sergent jest jego kochanką; nic nie wiem o tem. Że jest jej dłużnikiem, o tobym się założyła; kampanie wyborcze kosztują drogo, a ten Dutertre nie mając grosza uparł się, aby go wybrano na miejsce starego, niemego kretyna milionera, przedstawiciela w Izbie poselskiej wyborców z Fresnois. Jestem pewna że ta namiętna Ruda zakochana w nim po uszy! Trzęsie się z zazdrości, kiedy on zanadto blisko o nas się ociera.
Raczy nas bowiem często wizytami, siada na stołach, zachowuje się bez ceremonii, zadługo zatrzymuje się przy wielkich, przy mnie mianowicie, przegląda nasze zeszyty, wsuwa nam wąsy do uszu, głaszcze po szyi, i wszystkie nazywa po imieniu (znał nas od maleństwa) błyska wilczemi zębami i żarzącemi się jak węgle oczyma. Zachwycamy się, że jest taki miły, ale ja wiem, że jest kanalia i ku wielkiemu zgorszeniu moich koleżanek nie obawiam się go ani trochę.


Jest godzina roboty; przesuwamy igłą leniwie, rozmawiając nieznacznie. Patrzcie! śnieg zaczyna padać. Co za radość! Będzie ślizganie się, będziemy często padać, będziemy rzucać się kulami ze śniegu. Panna Sergent patrzy, nie widząc nas; myśli jej błądzą gdzieś indziej.
Puk! puk! w szyby. Po przez kręcące się pióra śniegowe spostrzegamy Dutertra, który puka w okno, otulony w futro, w czapce futrzanej, piękny chłop z błyszczącemi oczami i wiecznie błyskającymi zębami. Pierwsza ławka (ja, Marya Belhomme i wielka Anaïs) w poruszeniu: ja poprawiam włosy na skroniach, Anaïs gryzie usta, aby były czerwieńsze, a Marya zaciska sobie pasek i robi się cienka jak chrzan; siostry Jaubert składają ręce jak dwa obrazki pierwszej komunii: „Jestem świątynią Ducha świętego“.
Panna Sergent biegnąc drzwi otworzyć, skoczyła tak gwałtownie, że przewróciła krzesło i taboret; uwielbiam taki zapał, a Anaïs korzysta z chwili zamieszania, aby zrobić mi tysiące grymasów dyabelskich, zgryść gumę i węgiel do rysunku. (Napróżno jej wzbraniają tego pożywienia; dzień cały ma kieszenie i usta wypchane ołówkami, czarną smrodliwą gumą, węglem i bibułką różową. Kreda, ołówki, wszystkiem tem najzabawniej zapycha sobie żołądek; pewno z powodu tych przysmaków ma cerę koloru drzewa i wapna szarego. Ja przynajmniej jem tylko bibułkę papierosową, i to dobrego gatunku. Ale wielka Anaïs do ruiny doprowadza gminę, która daje nam przybory szkolne, do takiego stopnia, że rada powiatowa podała już zaskarżenie).
Dutertre otrząsa śnieg z futra, zdawałoby się że to jego sierść naturalna; panna Sergent promienieje taką radością, że nie myśli nawet sprawdzać czy ją śledzą; on z nią żartuje; jego akcent góralski dźwięczny i szybki rozgrzewa całą klasę. Robię przegląd swoich paznogci, wysuwam włosy na widok, bo gość przedewszystkiem patrzy w naszą stronę; ba! nie na darmo ma się lat piętnaście, a jeśli twarz moja młodszą jest niż moje lata, moja figura ma dobre lat ośmnaście. Włosy moje także zasługują aby je pokazać; tworzą istne runo mieniących się pukli, to ciemno-kasztanowych, to ciemnozłotych, stosownie do czasu; z piwnemi oczyma tworzą kontrast wcale nie szkaradny; chociaż pukle włosów sięgają mi aż do bioder; nigdy ich nie splatam w warkocze ani układam nad czołem, splecione sprawiają mi ból głowy i nie docieniają dobrze twarzy; kiedy bawimy się w łapanego, zbieram cały ich gąszcz, bo łatwo byłoby mnie złapać za nie i wiążę je na głowie w węzeł końskiego ogona; lecz z rozpuszczonemi czyż nie jest mi ładniej?
Panna Sergent przerywa nareszcie swój zachwycony dyalog z delegowanym okręgowym i ciska nam: „Panienki, bardzo się źle zachowujecie.“ Aby stwierdzić owe przekonanie, Anaïs uważa za konieczne parsknąć z cicha powstrzymanym a przedłużonym śmiechem, przyczem wszakże żaden rys w jej twarzy nie drgnie. Przełożona na mnie rzuca wejrzenie pełne gniewu, rokujące pewną karę.
Wreszcie pan Dutertre głos podnosi i daje się słyszeć pytanie: „Dobrze się mają? starannie pracują?“
— Mają się bardzo dobrze, odpowiada przełożona, ale pracują bardzo mało. Te wielkie dziewczęta, to znakomite leniuchy!
Jak tylko spostrzegłyśmy, że piękny doktór zwraca się do nas, pochylamy się nad zeszytami tak pilnie i w takiem skupieniu, jakbyśmy zapomniały nagle o jego obecności.
— O, o! woła zbliżając się do naszych ławek, mało pracują? Cóż to się roi w tych głowach? Czyż panna Klaudyna nie będzie już celującą w wypracowaniach piśmiennych?
Ach, te wypracowania piśmienne! jak ja ich nienawidzę! Tematy zawsze wstrętne i głupie: „Przedstawcie myśli i postępki młodej dziewczyny ociemniałej“. (Dlaczego zarazem nie głuchoniemej?) „Opiszcie bratu, którego od dziesięciu lat nie widziałyście, swój portret fizyczny i moralny“. (Nie znam węzłów braterstwa, jestem jedynaczką). Nie, jeśli nie miałabym używać blagi i posługiwać się zdaniami przewrotnemi, nie doszłabym do niczego! Lecz cóż, koleżanki moje — oprócz jednej Anaïs — wywiązują się wszystkie tak źle, że wobec tego, mimo mej woli, jestem „uczennicą, odznaczającą się w kompozycyach francuskich.“
Dutertre zatrzymał się wreszcie tam, gdzie chciał się zatrzymać; podnoszę głowę, słysząc że panna Sergent mu odpowiada:
— Klaudyna? No, tak; ale to nie jest wcale jej zasługą; ma zdolność potemu i wcale jej to nie wysila.
On tymczasem przysiadł się na stole z nogą zwieszoną i aby nie stracić wprawy mówi do mnie, ty.
— A zatem, jesteś leniwą?
— Hm! to jedyna moja przyjemność na świecie.
— Nie jesteś poważną! Lubisz czytać, hę? Cóż czytujesz? Wszystko co ci wpadnie pod rękę? Całą bibliotekę ojca?
— Nie, nie czytam tego, co mnie nudzi.
— Proszę! Śliczne sobie stwarzasz wychowanie!
— Daj mi swój zeszyt!
Aby wygodniej czytać, opiera mi rękę na ramieniu i bawi się puklem moich włosów. Wielka Anaïs żółknieje więcej niż potrzeba; od niej nie zażądał zeszytu! To pierwszeństwo sprowadzi na mnie kłócia szpilkami, podejrzliwe zachowanie się panny Sergent i szpiegowanie mię podczas rozmów z panną Lanthenay. Ta ostatnia znajduje się niedaleko drzwi od małej klasy i uśmiecha się do mnie tak serdecznie swemi złocistemi oczyma, że czuję się niemal pocieszoną za brak sam na sam z nią rozmowy przedwczoraj i wczoraj. Dutertre odkłada mój zeszyt i w roztargnieniu głaszcze mi ramiona. Widocznie nie myśli o tem co robi, wi-do-cznie...
— Ile masz lat?
— Piętnaście.
— Zabawny dzieciak! Wiesz? gdybyś nie miała miny tak postrzelonej, wydawałabyś się starszą. Czy będziesz zdawała egzamin w październiku?
— Tak, chcę tatusiowi zrobić tę przyjemność.
— Twemu ojcu? Cóż to może go obchodzić! A ciebie samą nie bardzo to zajmuje?
— Owszem, chcę zobaczyć wszystkich tych panów, co będą nas egzaminowali; to zabawne; a przytem, jeśli będą wtedy koncerty w mieście, to będzie wesoło.
— Nie wstąpisz do szkoły normalnej.
Skoczyłam z miejsca.
— Nigdy na świecie!
— Pocóż ten wybuch, panno zbytnico!
— Nie wstąpię, tak jak nie wstąpiłam do pensyonatu, bo nie chcę być w zamknięciu.
— Och, och! tak miła ci swoboda? Do dyaska, mąż twój nie będzie robił, co chce! Pokaż mi twarzyczkę. Zdrowa jesteś? Trochę anemii może?
I dobry ten doktór obraca mnie ku oknu, opasuje ramieniem i wilcze swe spojrzenie topi w moich oczach, którym ja znów nadaję wyraz czysty i bez tajemnic. Oczy moje zawsze są podkrążone, doktór pyta czy nie doświadczam duszności lub bicia serca?
— Wcale nie.
Spuszczam oczy, ponieważ czuję, że czerwienię się najgłupiej w świecie. Bo też przygląda się mnie — trochę zanadto! Domyślam się też, że panna Sergent śledzi nas.
— Sypiasz dobrze?
Wściekam się, bo czerwienię się jeszcze silniej; odpowiadam:
— Ależ tak; śpię teraz całą noc.
Nie nastaje już i prostuje się uwalniając mię...
— Ba! w gruncie rzeczy, jesteś mocna.
Głaszcze mi zlekka policzek i zwraca się do Anaïs, która usycha na swej ławce.
— Pokaż mi zeszyt.
Podczas gdy go przegląda, dość pośpiesznie, panna Sergent spiorunowała półgłosem oddział pierwszy (dziewczęta dwunasto- i czternastoletnie, które już zaczynają ściskać się gorsetami i układać warkocze na głowie), albowiem ten to oddział skorzystał z odwróconej uwagi dyrektorskiej i wyprawił istny sabat dyabelski; dają się słyszeć klapsy po ręku linią, gdakanie dziewcząt szczypanych; uwieńczy się to karcerem, niema wątpliwości!
Anaïs dusi się z radości widząc swój zeszyt w rękach tak dostojnych, ale Dutertre znajduje ją widocznie zbyt mało godną uwagi, bo po paru grzecznych słówkach i uszczypnięciu za ucho, przechodzi dalej. Zatrzymuje się chwil kilka przy Maryi Belhomme, której świeża twarzyczka, smagła i gładka zwraca jego uwagę; ale ta przerażona do ostatecznych granic, jak baran spuszcza głowę, odpowiada tak zamiast nie i do pana Dutertre mówi: »Mademoiselle«. Co do sióstr Jaubert, chwali je za piękne pismo, — można było przewidywać. Wychodzi nareszcie. Szczęśliwej drogi!


Pozostaje nam z dziesięć minut do końca godziny; jakby je użyć? Proszę o pozwolenie wyjścia, a to, aby chwycić prędko garść śniegu, który nie przestaje padać; ściskam go w kulę i zapuszczam w nią zęby. Dobry ten śnieg pierwszy, zimny, pachnie niby kurzawą. Chowam kulę do kieszeni i wchodzę do klasy. Dają mi znaki dokoła, przesuwam kulę i każda, z wyjątkiem dwóch sióstr bezgrzesznych zapuszcza w nią zęby z miną zachwyconą. Pst! głupia Marya Belhomme upuszcza na ziemię ostatni kawałek; przełożona spostrzegła.
— Klaudyno, znowu przynosisz śnieg? To przechodzi wszelkie granice nareszcie!
Błyska oczami tak wściekle, że wstrzymuję swoje: „to pierwszy raz w tym roku“, i bojąc się żeby pannie Lanthenay nie dostało się za moje wybryki, w milczeniu już otwieram historyę Francyi.
Dzisiejszego wieczora mam lekcyę angielskiego i to mię wynagrodzi za moje milczenie.


O czwartej panna Amanda przychodzi i umykamy szczęśliwe.
Jak mi z nią dobrze tu w bibliotece! Przysuwam moje krzesło tuż do niej i pochylam głowę na jej ramię. Ona mię opasuje ramieniem; ściskam ją wpół, aż się przegina.
— Och, paniusia moja, tak dawno cię nie widziałam!
— Trzy dni zaledwo...
— To cóż?... cicho! uściskać mnie! Niedobra pani jesteś, czas wydaje ci się krótki bezemnie... Panią już nudzą te lekcye?
— O! Klaudyno! Przeciwnie. Wiesz dobrze, że tylko z tobą rozmawiam i tu tylko jest mi dobrze.
Ściska mnie, ja mruczę jak kot i nagle ściskam ją tak mocno obu ramionami, że aż lekki krzyk z ust jej się wydziera.
— Klaudyno, do pracy!
Eh, do dyabła z tą gramatyką angielską! O wiele więcej wolę tak tulić się do niej, z głową na jej piersiach; głaszcze mi włosy i szyję, czuję pod swem uchem jej serce żywo bijące. Jak mi z nią dobrze! Trzeba wszakże wziąść pióro do ręki i chociaż udawać że się uczy! A w rzeczy samej, po co? Kto może wejść. Tato? Właśnie też!
Na pierwszem piętrze, w pokoju najbardziej niewygodnym, gdzie w zimie trzeba marznąć, a piec się latem, tato zamyka się wściekle, pochłonięty, niemy i głuchy na wszystkie odgłosy tego świata, ażeby... Ach, właśnie! nie czytaliście, bo nigdy nie będzie skończoną jego wielka praca o Malakologii we Fresnois i nie dowiecie się nigdy, że po długich, skomplikowanych doświadczeniach, po męczących badaniach, które go zmuszały godzinami całemi stać z pochylonym karkiem nad niezliczoną ilością ślimaków, zamkniętych w małych słoikach szklanych i w skrzyneczkach o drucianej siateczce, tatuś odkrył ten pewnik piorunujący, że limax flavus pożera na dzień aż 0 gr. 24 pożywienia, podczas gdy helix ventricosa w tym samym czasie zjada nie więcej jak 0 gr. 19! Jakże chcecie, aby wzbudzona nadzieja tak świetnych wyników pozwoliła zaciekłemu malakologiście oddawać się uczuciom ojcowskim od siódmej zrana do dziewiątej wieczorem? Jest to najlepszy człowiek i najczulszy ojciec między dwoma daniami ślimaków. Jak ma czas, spogląda na mnie, nawet z zachwytem, i dziwi się, że egzystuję jako „osoba naturalna“, Uśmiecha się swemi małemi, bystremi oczyma, swoim szlachetnym nosem burbońskim (skąd on złapał ten nos królewski?), swoją piękną brodą puszystą, trójbarwną: rudą, szarą i białą... a może jest tam jeszcze w dodatku błyszcząca ślina ślimacza?
Zapytuję obojętnie Amandy czy nie widziała dwóch nierozłącznych, Rabastensa i Richelieu. Uważam, że odpowiada z wielkiem ożywieniem:
— Ach, prawda, nie mówiłam ci jeszcze... Wiesz, sypiamy teraz w starej szkole, bo wszystko inne zniszczone; otóż wczoraj wieczorem, koło godziny dziesiątej pracowałam u siebie, a kiedy chciałam już zamknąć okiennice, aby spać się położyć, patrzę, pod oknami przesuwa się jakiś cień ogromny, w takiem zimnie! No, zgadnij kto?
— Jeden z dwóch, na Boga!
— Tak! i to Armand; możesz pomyślić, ten dziki!
Podziwiam; lecz w gruncie rzeczy, przeciwnie, wierzę iż raczej ten czarny olbrzym o ponurych, poważnych oczach mniej jest niczem niż tamten rozigrany Marsylczyk.
Uważam, że ptasia głowa panny Amandy już się trochę zawróciła i jest mi z tem nieco smutno.
Pytam ją:
— Jakto, jest już więc w oczach pani godnym uwagi, ten gawron uroczysty?
— Ależ nie! Bawi mię to tylko.
Niech tam sobie! lekcya wszakże kończy się bez dalszych wynurzeń. Tylko przy wyjściu, w ciemnym korytarzu, ściskam ją z całej siły, całuję jej szczupłą białą szyję, drobne pierścionki włosów, tak wonne! Przyjemnie ją całować, jak małe zwierzątko ładniutkie i ciepłe; oddaje mi mój pocałunek serdecznie. Ach, gdybym mogła, zatrzymałabym ją na zawsze przy sobie!
Jutro niema szkoły; co za nuda! Tam tylko się bawię.
Tej niedzieli poszłam popołudniu do fermy w której mieszka Klara, moja siostra mleczna, ładniutka, łagodna dziewczyna. Od roku nie chodzi już do szkoły. Poszłyśmy się przejść drogą, która łączy się z gościńcem, wiodącym do stacyi kolejowej. Liściasta, ciemna od gąszczu zieleni droga, w obecnej porze niema naturalnie liści, dosyć jest wszakże ocienioną, aby widzieć nie będąc widzianym tych, co odpoczywają na ławkach wzdłuż gościńca. Postępujemy po śniegu, który nam chrzęści pod nogami. Małe kałuże zamarzłe dźwięczą muzykalnie pod słońcem, tym pięknym dźwiękiem tającego lodu, któremu niema podobnego. Klara szepce mi o swoich miłostkach z chłopcami, a ja niemal skaczę, słuchając tego wszystkiego.
— Wiesz, Klaudyno, Montassouy był także; tańczył ze mną polkę, ściskając mnie mocno. Brat mój Eugeniusz tańcował z Adelą; nagle puszcza ją, podskakuje do góry i głową stuknął się o wiszącą lampę. Lampa zakołysała się, szkiełko pochyliło się i światło zagasło. Podczas gdy wszyscy patrzyli się i wykrzykiwali, ten gruby Fefed zakręcił guzik w drugiej lampie i zrobiło się ciemno, najzupełniej. Zanim Frouillardowa przyniosła zapałki, w sali powstały krzyki, śmiechy, dźwięki całusów. Adela, której brat mój nie puszczał, wzdychała i wzdychała i mówiła „Puść mię Eugeniuszu!“ ale tak niewyraźnie, jakby usta miała zakryte; gruby Fefed ze swoją damą upadli na środku sali i tak śmieli się, tak śmieli się, że aż wstać nie mogli!
— No, a ty ze swoim Montassouyem?
Klara zarumieniła się z nieco zapóźnioną wstydliwością.
— Ach, tak! W pierwszej chwili tak był zaskoczony tą ciemnością, że tylko zatrzymał rękę moję w swojej; potem znowu objął mię wpół i szepnął cichutko: nie bój się! Nic nie odrzekłam, a on się pochylił i omackiem, delikatnie pocałował mię w policzki; było nawet tak ciemno, że przez pomyłkę (och, mała Tartuffe!) pocałował mię w usta. Było to bardzo przyjemnie, bardzo dobrze, ale byłam tak wzruszona, że omal nie upadłam; podtrzymał mnie mocniej. Och, bardzo jest miły; lubię go bardzo
— No, a potem?
Frouillardowa zapaliła lampy i zaprzysięgła, że kiedy coś podobnego jeszcze raz się powtórzy, to wniesie zażalenie i bal zamkną.
— Fakt jest, że było tego za dużo!... Cyt! słyszysz? Kto tam idzie?
Siedziałyśmy po za żywopłotem z jeżyny o jakie dwa metry ponad gościńcem, który biegł w dole. Doskonała kryjówka, gdzie można wszystko słyszeć nie będąc widzianym.
— To nauczyciele!
Tak, był to Rabastens i ponury Armand Duplessis, szli rozmawiając. Wygodniś Antonin zechciał usiąść na ławce gdzie słońce dogrzewało trochę. Posłyszymy zatem całą ich rozmowę, drżałyśmy z radości w naszem ukryciu, tuż nad ich głowami.
— Ach, wzdycha z rozkoszą południowiec, tu grzeje troszkę. Nie znajdujesz pan?
Armand mruczy coś niewyraźnie. Marsylczyk znowu zaczyna; rozmawiałby sam jeden, jestem tego pewna!
— Widzisz pan, co do mnie, jest mi tu nieźle! panie nauczycielki są bardzo przyjemne. No, panna Sergent brzydka, co prawda... Ale mała Amanda za to! Czuję się dumniejszy, kiedy na mnie spogląda.
Pseudo Richelieu wyprostował się, język mu się rozwiązał.
— Tak, bardzo pociągająca i takaż milutka! Śmieje się zawsze i szczebioce jak ptaszek.
Lecz już żałuje swojej otwartości i dorzuca innym wcale tonem: „Jest to miła panienka i pewno wkrótce głowę jej zawrócisz, don Juanie!“
O mało nie parsknęłam śmiechem. Rabastens don Juanem! Wyobrażam go sobie w kapeluszu z piórami na okrągłej głowie, przy tłustych policzkach... Śmiejemy się obie, cichutko, niedrgnąwszy ani na włos.
— Ale, słowo daję — zaczyna znowu pogromca serc z klasy wstępnej — nie brak innych ładnych dziewcząt; jakbyś sam ich nie widział! Onegdaj w klasie panna Klaudyna śpiewała bardzo ładniutko (zdaje mi się, znam się na tem trochę, hę?) Nie da się przeoczyć, z tymi wijącymi się włosami na ramionach i dokoła całej postaci; a te oczy ciemne, jakie figlarne! Zdaje mi się, mój kochany, że ten dzieciak coś więcej wie niż geografię!
Podskoczyłam ze ździwienia i omałośmy się nie zdradziły, bo i Klara syknęła ze śmiechu, co łatwo można było słyszyć. Rabastens porusza się na ławce obok pogrążonego w myślach Duplessisa i szepce mu coś do ucha śmiejąc się z ożywieniem. Tamten się też uśmiechnął, poczem powstają, odchodzą. My zaś obie na górze jesteśmy zachwycone i po ich odejściu tańczymy z radości, tak dla rozgrzania się jak i dla powinszowania sobie takiego roskosznego szpiegostwa.
Wróciwszy do domu przeżuwam wszelkie sposoby kokieteryi w celu zapalenia tego grubego Antonina zapalnego; to także sposób przepędzania wolnych chwil podczas słoty.
A ja go podejrzywałam o zamiar uwiedzenia panny Lanthenay! Bardzo jestem rada, że nie stara się jej podobać, bo ta Amandka zdaje się być tak kochliwą, że kto wie? możeby nawet takiemu Rabastenṣowi się udało. Lecz i to prawda, że Richelieu bardziej jest nią tknięty, niż przypuszczałam.


Od siódmej jestem już w szkole; jest to moja kolej rozniecania ognia. Trzeba poszczepać drzewo w komórce, zanieść, rozpalić, ubabrać się, dmuchać i pełne mieć oczy gryzącego dymu...
Patrzcie, już główny nowy budynek wznosi się wysoko, a i na szkole chłopców dach już prawie ukończony; nasza biedna stara szkoła, nawpół zniszczona, wydaje się maluchną chacinką w obec tych nowych budynków, które tak nagle wyrosły z ziemi. Wielka Anaïs przyłączyła się do mnie i razem rąbiemy drzewo.
— Czy wiesz Klaudyno, że przyjechała dziś nowa nauczycielka młodsza i musimy się wszystkie wyprowadzać; umieszczą nas w starej szkole.
— Prześwietnie! Znajdziemy tam pluskwy i wszelkie robactwo; brudno tam, brr!
— Ale za to moja stara, będziemy bliżej klasy chłopców.
(Jaka bezwstydna ta Anaïs! W rzeczywistości ma słuszność).
— To prawda. No, drzewo za dwa grosze, zapalisz się wreszcie? Już od kwadransa tak rozdmuchuję. Ach, panu Rabastens łatwiej by to poszło.
Zwolna wreszcie ogień się zajmuje; uczenice przybywają. Panna Sergent się opóźnia (dlaczego? to po raz pierwszy) Wchodzi wreszcie, odpowiada nam „dzień dobry“ w roztargnieniu; poczem usiada przy swem biurku i mówi do nas „na swoje miejsca“ nie patrząc na nas, widocznie o nas nie myśląc. Przepisuję moje zadania łamiąc sobie głowę, czem ona może być pochłonięta, i spostrzegam wkrótce nie bez niepokojącego ździwienia, że od czasu do czasu rzuca na mnie spojrzenia szybkie, wściekłe i zarazem jakby zadowolone. Co w tem być może? Nie czuję się spokojną, wcale, wcale... Czekajcie, niechże przypomnę... Nie, nic nie znajduję, oprócz tego że patrzyła na nas, jak odchodziłam na lekcyę angielskiego z panną Lauthenay, patrzyła z gniewem, prawie bolesnym, zaledwie wstrzymywanym. Ach, la, la, la! więc nie zostawią nas w spokoju! Wszakże nic złego nie robimy! Nasza ostatnia lekcya była tak cudna! Nawet nie otwarłyśmy dykcyonarza, ani „zbioru używanych frazesów“, ani zeszytów.
Myślę o tem i wściekam się, przepisując moje zadania pismem niedbałem; Anaïs śledzi mnie z pod oka i domyśla się, że w tem „coś jest“. Spoglądam raz jeszcze na tę straszliwą Rudą z zazdrosnemi oczyma; podnoszę pióro, które ze szczęśliwą niezręcznością zrzuciłam na ziemię. Ależ ona płakała, nie mylę się! Więc po cóż te spojrzenia rozgniewane i niemal zadowolone? Tak dalej być nie może, muszę dziś jeszcze rozmówić się z Amandą. Nie myślę wcale o przepisywanem zadaniu:
„Robotnik dla postawienia płotu wbija pale. Wbija je na takiej odległości jeden od drugiego, że konewka z mazią, w którą zamacza pal do wysokości trzydziestu centymetrów, wypróżnia się w przeciągu trzech godzin. Jeśli przyjmiemy, że ilość mazi przylgła do końca pala równa się 10-iu centymetrom kubicznym, że konewka jest cylindrem o 0·15 promienia w podstawie i 0 m. 75 wysokości, napełniona w ¾, że robotnik macza czterdzieści palów na godzinę i odpoczywa 8 minut w tym samym czasie; wykazać jaka jest liczba palów i jaka jest powierzchnia danego kawałka ziemi, mającego formę doskonałego kwadratu? Wykazać również jaką byłaby ilość palów, gdyby je zasadzano o dziesięć centymetrów jeden od drugiego. Wykazać również cenę tej roboty w obu wypadkach, jeśli pale kosztują 3 franki za setkę, a robotnik opłacany jest 50 ct. za godzinę.
Czy nie trzeba wykazać także, czy robotnik szczęśliwy jest w małżeństwie? Och, jakaż to wyobraźnia niezdrowa, jaki mózg znieprawiony kędy kiełkują podobne zadania, któremi nas torturują! Wstręt mam do nich! A ci robotnicy co się jednoczą, aby zwiększyć sumę pracy do jakiej są zdolni, a potem rozdzielają się na dwie grupy, z których jedna zużywa ⅓ siły więcej niż druga, podczas gdy ta ostatnia pracuje za to o dwie godziny więcej! A liczba ściegów, które czyni robotnica w ciągu lat 25, jeśli używa igieł po fr. 0·50 paczka przez pierwsze 11 lat, a przez resztę czasu po fr. 0·75, lecz te ostatnie są... i t. d., i t. d., i t. d.
A lokomotywy, komplikujące dyabelnie swoją szybkość, godziny odjazdu i stan zdrowia swoich palaczy! Przypuszczenia wstrętne, hypotezy nieprawdopodobne, które zraziły mię do arytmetyki na całe życie!
— Anaïs, pójdź do tablicy.
Podnosi się ogromna żerdź i robi mi ukradkiem minę niezadowolonego kota; nikt z nas nie lubi „iść do tablicy“ pod czarnem i badawczem okiem panny Sergent.
— Rób zadanie.
Anaïs „robi“ je i objaśnia. Korzystam z chwili, aby obserwować do woli przełożoną: wejrzenie ma błyszczące, rude włosy płomienieją... Gdybym przynajmniej mogła przed następną lekcyą zobaczyć się z Amandą! Zadanie skończone, Anaïs odetchnęła swobodniej i powraca do ławki.
— Klaudyno, pójdź do tablicy! Proszę napisać ułamki: 35255712, 806925, 1456, 3021052. (Wielki Boże! zachowaj mnie od ułamków, dzielących się przez 7 i 11, a także przez 5, przez 9, i przez 4 i 6, i przez 1127!) Znaleźć wspólny ich największy podzielnik.
Tego właśnie się lękałam! Zaczynam melancholijnie, palnęłam kilka głupstw, bo nie myślę o tem, co robię. Jakże prędko, suchem skinieniem ręki lub jednem ściągnięciem brwi karcą się moje omyłki! Wreszcie kończę jakoś szczęśliwie i powracam na miejsce, unosząc z sobą uwagę: „żadnego w tem sensu, nieprawdaź?“ a to dla tego, że na jej uwagę: „zapominasz znieść zera“, odpowiedziałam:
— Zawsze trzeba kasować zera, bo na to zasługują.
Po mnie Marya Belhomme staje do tablicy; z najlepszą wiarą, podług swego zwyczaju nagromadza olbrzymie ilości, szybka i pewna siebie, kiedy się gmatwa, niezdecydowana i rumieniąca się, kiedy przypomina sobie cośkolwiek z lekcyi przeszłej.
Drzwi od małej klasy otwierają się, wchodzi panna Lanthenay. Przyglądam się jej chciwie: och! biedne oczy złote, płakały i są nieco podbrzękłe, te oczy drogie, które rzucają mi zmieszane spojrzenie i odwracają się szybko! Jestem zdumiona; mój Boże, cóż ona mogła jej zrobić? Czerwienię się z gniewu, a tak widocznie, że wielka Anaïs już zauważyła i szydzi zcicha. Bolejąca Amanda prosi pannę Sergent o książkę, którą ta z wielkim pośpiechem jej podaje, przyczem karminowe jej policzki stają się jeszcze ciemniejsze. Co to wszystko ma znaczyć? Kiedy pomyślę, że lekcya angielskiego dopiero pojutrze, to bardziej jeszcze ginę z niepokoju. Lecz cóż? Nic nie mogę. Panna Lanthenay wraca do swojej klasy.
— Panienki, — zwraca się do nas zła Ruda — zabierajcie swoje zeszyty i książki, musimy na czas jakiś przenieść się do ochronki.
W jednej chwili zakotłowało się wśród dziewcząt, jakby ogień wybuchnął; potrącanie się, szczypanie, suwanie ławkami, książki wypadają, pakujemy je do naszych fartuchów. Wielka Anaïs patrzy uważnie na mnie jak nabieram stos cały, sama także dźwiga książki w ramionach, a potem nieznacznie pociąga róg mego fartuszka i wszystko leci na ziemię... Nie zmienia przytem swego obojętnego wyglądu i przypatruje się uważnie jak trzej mularze znoszą cegły na podwórze. Dostaję burę za niezręczność, a w chwilę później przeklęta dziewczyna powtarza to samo doświadczenie na Maryi Belhomme; a tamta zaś taki lament podnosi, że dostaje za karę kilka stronic historyi starożytnej do przepisania.
Nakoniec cała nasza sfora drepcząca i papląca, przebrnęła dziedziniec i wchodzi do ochronki. Kręcę nosem: brudno tu, naprędce dla nas oczyszczono; odór nieponętny. Gdybyż to przynajmniej długo nie trwało!
Anaïs ułożyła książki i zaraz się przekonała, że okna wychodzą na ogród przełożonego. Ja zaś nie mam czasu przyglądać się nauczycielom, nazbyt jestem zajęta tem, co mię niepokoi.
Z hałasem wypuszczonego stada wracamy raz jeszcze do szkoły po stoły; tak ciężkie, tak stare, że niosąc trącamy i zaczepiamy się o wszystko, w nadziei, że przynajmniej jeden chociaż rozpadnie się i w proch rozsypie. Próżne oczekiwania! Całe przybywają na miejsce; nie nasza w tem wina.


Tyleśmy wygrały, że nie uczyłyśmy się dużo tego ranka. O jedenastej, na odejściu, czatuję na pannę Lanthenay, ale bezskutecznie. Więc ona ją zamyka? Przychodzę na śniadanie tak grzmiąca gniewem, że nawet tato się spostrzegł i zapytuje, czy nie mam gorączki... A potem wracam do szkoły za wcześnie, o kwadrans na pierwszą, błąkam się znerwowana wśród nielicznych uczenic, dziewczyn ze wsi, które pożywiają się w szkole jajami na twardo, słoniną, chlebem z syropem, owocami. I czekam napróżno, i męczę się!
Wchodzi Antonin Rabastens (dywersya, jak każda inna) i wita mnie z gracyą tańczącego niedźwiedzia.
— Bardzo przepraszam, panienko... czy raczej, te panie jeszcze nie przyszły?
— Nie, panie; oczekuję na nie; oby się nie spóźniły, bo „nieobecność jest największym grzechem!“ Siódmy to już raz posługuję się tym aforyzmem La Fontaine’a w tych wypracowaniach francuskich, które uznane są za najlepsze.
Mówiłam to z słodką powagą; piękny Marsylczyk słuchał i niepokój odbił się na jego obliczu księżycowem. (I ten pomyśli także, że jestem trochę narwaną). Zmienia przedmiot rozmowy:
— Mówiono mi, że pani dużo czyta. Ojciec pani posiada wielką bibliotekę?
— Tak, panie; dwa tysiące trzysta siedem tomów; ani jednego więcej.
— Z pewnością zna pani wiele rzeczy zajmujących, a spostrzegłem przed paru dniami, kiedy to pani tak cudownie śpiewała, że posiadasz pani myśli znacznie ponad swój wiek wyższe.
(Boże, co za idyota! czy on sobie nie pójdzie? Ach, zapominam, że jest troszkę jakby zakochany we mnie. Bądźmyż uprzejmi!)
— Ale pan sam, jak mi mówiono, posiada piękny baryton. Niekiedy słyszymy, jak pan śpiewa u siebie — jeżeli mularze nie robią zbyt wiele hałasu, to słychać.
Robi się ponsowy z radości i zaprzecza z zachwycającą skromnością. Wije się jak wąż.
— Och, pani!... Zresztą, sama pani osądzisz wkrótce, ponieważ panna Sergent prosiła mię o lekcye śpiewu dla starszych panienek we czwartki i niedziele; zaczynamy już w przyszłym tygodniu.
— Wybornie! Gdybym nie była tak zajęta czem innem, czułabym się uszczęśliwiona, że mogę tę nowinę innym opowiedzieć. Toż to Anaïs skąpie się cała w wodzie kolońskiej na przyszły czwartek, będzie gryźć usta i ściśnie się pasem skórzanym i będzie trząść głosem śpiewając!
— Czy tak? Ależ nic nie wiem o tem! Panna Sergent ani słowa nam nie mówiła.
— Ach, może nie powinienem był mówić? Zechciej pani nie okazać, że wiesz coś o tem.
Błaga mię wyginając talię, a ja potrząsam puklami włosów, które wcale mi nie zawadzają. (Ten rodzaj sekretu między nami wprawia go w zachwyt, rzuca mi wejrzenie porozumiewające, wejrzenie bardzo zresztą niewinne).
Cofa się, pełen gracyi, z bardziej familjarnem pożegnaniem. „Do widzenia, panno Klaudyno. — Do widzenia, panie“.
Wpół do pierwszej, uczenice się schodzą, a panny Amandy jeszcze nie ma! Odmawiam zaproszeniom do zabawy pod pozorem migreny i grzeję się przed ogniem.
Ach — ach! cóż to widzę! Oto już idą, Amanda i jej straszliwa zwierzchniczka; zeszły ze schodów i przechodzą dziedziniec, Ruda prowadzi pod rękę pannę Lanthenay, niebywały wypadek! Panna Sergent mówi coś słodko do swej pomocnicy, a ta, znacznie niższa, podnosi ku niej swe piękne, już ufne oczy. Widok tej idylli zamienia niepokój mój w smutek. Zanim stanęły przed drzwiami, wpadam jak szalona, między grających „w wilka“ i krzyczę: gram z wami! jakbym wołała: pożar! I aż do dzwonka galopuję, latam, uciekam, gonię, starając się, o ile mogę, nie myślić.
Wracamy i zasiadamy do zeszytów jeszcze całe zdyszane. Lecz zaledwie upłynął kwadrans wchodzi mama Sergent i w dzikiem narzeczu oznajmia córce, że dwie nowe pensyonarki przyjechały. Cała klasa w poruszeniu; dwie nowe, którym można dokuczać! Przełożona wychodzi, głosem słodkim polecając klasę pannie Lanthenay. Amanda wchodzi, szukam jej oczu, aby uśmiechnąć się całą moją zaniepokojoną czułością, lecz ona oddaje mi spojrzeniem dość niepewnem; serce mi wzbiera, pochylam głowę nad moją robótką trykotową... Nigdy dotąd nie pospuszczałam tylu oczek!... Spuściłam ich taką ilość, że zmuszona jestem prosić o pomoc pannę Amandę. Podczas gdy ona stara się naprawić moją niezręczność, szepcę jej do ucha: „Dzień dobry, moja śliczniutka paniusiu; cóż to się dzieje na Boga? Wściekam się, że nie mogę z panią pomówić“. Ona rzuca dokoła niespokojnem okiem i odpowiada bardzo cicho:
— Nie mogę ci teraz powiedzieć; jutro, na lekcyi.
— Nie potrafię doczekać się jutra! A jeślibym powiedziała, że tatuś potrzebuje na jutro biblioteki, więc proszę o lekcyę dzisiaj?
— Nie... no tak, poproś! Lecz wracaj prędko na miejsce, wielkie już patrzą na nas.
Mówię głośno „dziękuję“ i siadam w ławce. Miała słuszność: wielka Anaïs już nas szpieguje starając się odgadnąć co się to dzieje od dwóch czy trzech dni.
Panna Sergent wchodzi nakoniec z dwoma nieznaczącemi osobistościami, których przybycie powoduje lekki szmer na ławkach.
Umieszcza przybyłe na wyznaczonych miejscach; chwile ciągną się powoli.
Punkt o czwartej idę do panny Sergent i proszę ją jednym tchem:
— Proszę pani, będzie pani tak dobrą pozwolić pannie Lanthenay, aby, zamiast jutro, dziś do mnie przyszła na lekcyę, bo jutro tato kogoś za interesem przyjmuje w bibliotece i nie mogłybyśmy tam odbywać lekcyi.
Uf! Wyrecytowałam frazes mój bez odetchnięcia. Przełożona ściągnęła brwi, przez chwilę patrzy mi w twarz badawczo i naraz decyduje się: „Dobrze, możesz uprzedzić pannę Lanthenay“.
Lecę do niej; wkłada kapelusz, płaszczyk i uprowadzam ją drżąc z niecierpliwości.
— Ach, jakem rada, że mam panią choć trochę! Prędzej, proszę mówić, co się tam popsuło?
Waha się, coś plącze.
Ramieniem przyciskam jej ramię, lecz ona już nie tak się uśmiecha, jak niegdyś. Skoro drzwi biblioteki zamknęły się za nami, biorę ją w ramiona, całuję; zdaje mi się, że cały miesiąc trzymano ją w zamknięciu zdala odemnie, tę małą Amandę z oczyma podkrążonemi, z pobladłemi policzkami! Miała więc dużo zmartwienia? Jednak wejrzenia jej przedewszystkiem są zakłopotane i bardziej jest gorączkowa niż smutna. I pocałunki moje oddaje jakoś tak prędko... Nie lubię kiedy mnie całują przez piąte dziesiąte!
— Więc proszę, opowiedz mi pani od początku.
— Ależ to nie będzie długie; w rzeczywistości nic tam nadzwyczajnego... Panna Sergent życzyłaby sobie... tak, wolałaby raczej... ona znajduje, że te nasze lekcye angielskie przeszkadzają mi w poprawianiu zeszytów i że muszę kłaść się zbyt późno...
— Ależ proszę, nie trać pani czasu, mówmy szczerze: ona nie chce, aby pani do mnie przychodziła?
Drżę z niepokoju, ściskam ręce moje kolanami, aby zmusić je do spokoju. Amanda męczy okładkę gramatyki i obdziera ją, podnosząc na mnie oczy zmieszane.
— To niby tak, ale ona nie powiedziała tego tak, jak ty to mówisz; nie, posłuchaj tylko...
Nie słucham wcale, roztapiam się w smutku; siedzę na niskim stołeczku, szczupłą jej figurkę ramionami otaczam i błagam:
— Droga moja, już nie mów nic, zawiele mi to sprawia zmartwienia! Ach, wymyśl cokolwiek, znajdź jakiś pretekst, tylko mnie nie porzucaj! Tak mi przyjemnie być z tobą! A pani to nie sprawia przyjemności? Jestem więc dla pani jak jakaś Anaïs albo Marya Belhomme? Ukochana moja, przychodź, przychodź do mnie na lekcye! Ja panią tak kocham... nie mówiłam tego, ale teraz pani widzisz... Przychodź, proszę cię. Przecież pani bić nie będzie, ta wstrętna Ruda!
Gorączka mię pali, a nerwuję się więcej jeszcze widząc, że Amanda nie czuje ze mną unissono. Głaszcze mą głowę, spoczywającą na jej kolanach i tylko chwilami przerywa mi drżącemi „moja Klaudynko!“ Nakoniec łzy napływają jej do oczu i płacząc zaczyna mówić:
— Nie, sprawiasz mi zawiele zmartwienia, zanadto to smutne, muszę ci wszystko opowiedzieć. Posłuchaj! W przeszłą sobotę zauważyłam, że jest dla mnie bardziej uprzejma niż zwykle; ucieszyłam się z tego, myślałam, że zaczyna do mnie się przyzwyczajać i że nas obie wreszcie pozostawi w spokoju. A potem, wieczorem, kiedy przy jednym stole poprawiałyśmy zeszyty, podnoszę oczy i widzę, że oczy ma zaczerwienione i patrzy na mnie tak jakoś dziwnie, iż stanęłam zdumiona, a ona w tej chwili powstała z krzesła i poszła spać się położyć. Nazajutrz cały dzień była dla mnie uprzedzającą, a wieczorem, kiedyśmy pozostały same i chciałam już jej powiedzieć dobranoc, zapytuje mnie nagle: Bardzo więc kochasz Klaudynę? i ona cię również zapewno? I zanim zdołałam coś odpowiedzieć, padła na krzesło obok mnie, łkając. A potem wzięła mnie za ręce i mówiła takie rzeczy, że wprost czułam się ogłuszona...
— Jakie rzeczy?
— Mówiła mi: „Moja kochana malutka, czy nie widzisz, jak mnie rozdzierasz serce swoją obojętnością? Och, pieszczoto moja, jakżeś nie mogła spostrzedz mojego wielkiego dla ciebie uczucia? Amando moja, jestem zazdrosna o tę waryacką Klaudynę, która z pewnością troszkę jest trącona na umyśle... Gdybyś tylko chciała nie nienawidzić mnie, gdybyś tylko chciała troszkę mnie kochać, byłabym dla ciebie przyjaciółką tak wylaną, jak nawet nie można mieć wyobrażenia...“ I oczyma jak żarząca głownia patrzyła się we mnie, w samą głąb duszy.
— Nic jej pani nie odpowiedziałaś?
— Naturalnie! Nie było kiedy. Mówiła mi jeszcze: „Czy sądzisz że to dla niej potrzebne te lekcye, albo dla mnie wypada, abyś tam chodziła? Wiem aż nadto, że wcale nie angielskie tam na tych lekcyach i serce mi pęka, gdy widzę, jak tam idziesz. Nie idź tam, nie idź! Klaudyna zapomni w końcu tygodnia, a ja ci dam tyle uczucia, ile ona nawet nie jest w stanie uczuć!“ Przysięgam ci, Klaudyno, nie wiedziałam, co ze mną się dzieje; magnetyzowała mnie szalonemi oczyma, i nagle czuję, że cały pokój kręci się ze mną, przez dwie, trzy sekundy nic nie widzę; słyszę tylko jej głos strwożony: „Boże! Maleństwo moje! ja ją przerażam, jaka blada! moja Amando, moja ukochana!...“ Zaraz pomogła mi się rozebrać z największą ostrożnością, i zasnęłam twardo — zmęczona... Moja biedna Klaudyno, widzisz, czyż ja co mogę?
Jestem ogłuszona. Ta wulkaniczna Ruda gwałtownie umie czuć przyjaźń! W gruncie rzeczy nie dziwię się nadmiernie; musiało się tak skończyć. I siedzę tak przed tą Amandą, małą, filigranową istotką, zaczarowaną przez tamtą furyę i nie wiem co mówić. Ona ociera łzy. Zdaje mi się, że cały jej smutek skończy się ze łzami. Pytam wreszcie:
— A pani? nie kochasz jej wcale?
Odpowiada, nie patrząc mi w oczy:
— Nie, zapewne; ale ona istotnie kocha mnie bardzo; nie spodziewałam się tego.
Mrozi mię ta odpowiedź; nie jestem nakoniec idyotką, abym nie rozumiała, co chcą mnie wykazać. Puszczam jej ręce, które dotąd trzymałam i wstaję. Coś się zerwało. Ponieważ nie chce wyznać otwarcie, że jest ze mną przeciw tamtej, ponieważ kryje się w głębi z swą myślą, sądzę, że wszystko jest skończone. Mam ręce jak z lodu, a policzki pałają. Po chwilce przykrego milczenia, pierwsza zaczynam:
— Droga moja Amando o pięknych oczach, błagam, przyjdź do mnie raz jeszcze zakończyć miesiąc; czy sądzisz pani, że ona pozwoli?
— O tak! poproszę ją o to.
Mówi to prędko, z pewnością; już wie, że otrzyma wszystko co zechce. Jak prędko oddala się odemnie, i jak tamta prędko ją zdobyła! Podła malutka Lanthenay! Lubi wygódki jak kotek, któremu zimno, i pojmuje że przyjaźń zwierzchniczki będzie korzystniejszą od mojej! Lecz nie chcę jej tego mówić, bo nie przyszłaby na następną lekcyę, a mam jeszcze jakiś cień nadziei... Po skończonej godzinie przeprowadzam Amandę i tu, w kurytarzu uściskam ją gwałtownie, z pewnym odcieniem rozpaczy.
Zostawszy samą, dziwię się, że nie jestem tak smutna, jak spodziewałam się. Myślałam, że nastąpi jakiś wybuch, nie, raczej chłód mię mrozi...
Przy obiedzie przerywam marzenie tatusia.
— Wiesz, tato, moje lekcye angielskiego...
— Tak, wiem; dobrze robisz, że uczysz się angielskiego.
— Posłuchaj więc: nie będę się już uczyła.
— Tak? Męczy to cię nazbyt?
— Tak; nerwuje mnie.
— Dobrze robisz.
I myśl jego leci ku ślimakom; czy porzucała je naprawdę?


Noc cała pełna snów dzikich. Panna Sergent w postaci furyi, z wężami w rudych włosach chciała uściskać Amandę, która uciekała, krzycząc. Chciałam ją ratować, ale zatrzymał mię Rabastens ubrany blado-różowo, chwycił mię za rękę i wołał: „posłuchaj, zaśpiewam ci piosnkę“. I śpiewał:

Przyjaciele moi, po moim zgonie,
Zasadźcie wierzbę na cmentarzu...

Noc głupia i nie przyniosła mi odpoczynku!
Przybywam za późno do szkoły; przyglądam się pannie Sergent i z pewnem ździwieniem skrytem myślę, że tej zuchwałej rudej udało się. Ciska na mnie spojrzenia złośliwe, prawie szydercze, ale zmęczona, przybita, nie mam werwy jej się odwzajemnić.
Przy wyjściu z klasy spostrzegam pannę Amandę, ustawiającą w szereg małe uczennice. (Wydaje mi się, że wszystko wczorajsze było snem). Witam ją, przechodząc. Ona także ma wygląd zmęczony.
Panny Sergent niema, więc się zatrzymuję:
— Dobrze pani się czuje?
— Dobrze, dziękuję. Masz oczy zmęczone, Klaudyno?
— Być może. Cóż nowego? Scena się nie powtórzyła? Zawsze doświadcza pani tyle uprzejmości?
Rumieni się, nie wie, co powiedzieć.
— Tak, tak, nic nowego, panna Sergent jest bardzo uprzejma. Zdaje mi się... że ją źle sądzisz, ona wcale nie taka, jak myślałaś.
Trochę rozczarowana, pozwalam jej paplać; kiedy już dobrze ułożyła swój frazes, przerywam jej.
— Może pani masz słuszność. Czy przyjdziesz pani we środę, na ostatnią lekcyę?
— O z pewnością, już prosiłam o to; to rzecz pewna.
Jak rzeczy idą prędko! Od wczorajszego wieczoru nie mówimy już szczerze i nie ośmieliłabym się dziś okazać mojego zbyt żywego smutku, jak to było wczoraj. Co tam! trzeba ją trochę rozśmieszyć.
— A pani miłostki? Jak się miewa piękny Richelieu?
— Kto taki? Armand Duplessis? Dobrze; niekiedy po parę godzin stoi w cieniu pod mojem oknem; ale wczoraj wieczorem dałam mu do zrozumienia, że to spostrzegam, więc wnet odszedł. A kiedy pan Rabastens chciał go wczoraj tu przyprowadzić, odmówił.
— Wie pani, Armand poważnie zadurzył się w pani; w niedzielę wypadkiem, przy drodze podsłuchałam ich rozmowę o... Nie powiem nic więcej! Armand jest mocno zajęty; tylko postaraj się pani go przyswoić... tego ptaka dzikiego!
Cała wzruszona żąda bliższych szczegółów, lecz ja uciekam.
Starajmy się myślić o lekcyach śpiewu z czarującym Antoninem Rabastens. Zaczynają się we czwartek. Włożę sukienkę niebieską z bluzką plisowaną, która dobrze mi przypada do figury, i fartuszek, nie ten codzienny czarny, ale jasny, niebieski, haftowany, który kładę tylko w domu w niedzielę. I dosyć tego; aby nie zawiele dla tego jegomości, bo moje koleżanki zaraz to spostrzegą.
Amando, Amando! Naprawdę szkoda, że tak prędko uciekł ten śliczny ptaszek, który był moją pociechą wobec tych wszystkich gęsi! Teraz czuję dobrze, że ostatnia lekcya nie doprowadzi do niczego. Wobec takiej natury jak ona, delikatnej, egoistycznej, która strzegąc swego interesu, szuka przytem przyjemności, daremną byłaby dla mnie walka z taką panną Sergent. Mam tylko nadzieję, że to wielkie rozczarowanie nie zasmuci mię na długo... Dzisiaj podczas pauzy bawiłam się bez pamięci, aby trochę się otrząść i rozgrzać. Anaïs i ja, trzymając mocno za ręce Maryę Belhomme, biegałyśmy do upadłego, aż wreszcie zaczęła nas błagać o litość; wówczas skazałam ją na głośne patetyczne wydeklamowanie opowiadania Therameny.
Wygłasza aleksandryny głosem męczennicy, a następnie ucieka wznosząc ręce do góry. Siostry Jaubert zgorszone. Dobrze; jeżeli im się nie podobają klasycy, poczęstujemy je modernistami przy najbliższej okazyi!!
Nie potrzebujemy długo czekać; zaledwo wchodzimy do klasy, zaprzęgają nas, ze względu na bliskie egzamina, do ćwiczeń nad rondem i pismem mieszanem. Bo my wszystkie na ogół piszemy szkaradnie.
— Klaudyno, mówi panna Sergent, podyktuj uczennicom, ja tymczasem przeprowadzę dzieci z małej klasy.
Idzie do drugiej klasy, skąd dzieciaki muszą się wynieść, ale dokąd — nie wiem. Mam więc przed sobą dobre pół godziny bez nadzoru. Zaczynam:
— Moje dzieci, dziś podyktuję wam coś bardzo zajmującego.
Chór: Ach!
— Tak; piosenki z „Pałacu nomadów.“
— Już z samego tytułu widać, że będzie coś bardzo milutkiego, zauważyła z przekonaniem Marya Belhomme.
— Masz słuszność, zatem piszcie:

Na powolnej pochyłości
Nieubłaganie powolnej
Unosi się drżąca, ciemna
Obecność złożona pochyłości

Odpoczywam. Wielka Anaïs nie śmieje się, bo nic nie rozumie (ja także). A Marya Belhomme zawsze w dobrej wierze wykrzykuje:
„Ale wszakże wiesz, że już miałyśmy dziś geometryę!“ a przytem jest to bardzo trudno, zaledwie tylko połowę napisałam“.
Czworo oczu sióstr bliźniąt zwraca się ku mnie z nieufnością; dyktuję dalej niewzruszona:

W identyczną jesień pochyłości,
Boleść twoja podobna do długich wieczorów jesieni
I wybucha długa pochyłość rzeczy i krótkie przeskoki.

Piszą, nie starając się już zrozumieć, a ja doświadczam słodkiego zadowolenia, słysząc, jak Marya Belhomme żali się, wciąż mię powstrzymując: „Poczekaj-no, poczekaj, nie tak prędko! — „Długa pochyłość czego?“
Powtarzam:

»Długa pochyłość rzeczy i krótkie przeskoki...«

A teraz proszę to skopiować naprzód rondem, a potem zwykłem pismem.
To rozkosz moja, te dodatkowe lekcye kaligrafii, mające na celu dobre złożenie egzaminu w końcu lipca. Dyktuję rzeczy nadzwyczajne i mam wielką przyjemność, jak te córki sklepikarzy, szewców, żandarmów powtarzają i piszą pokornie naśladownictwa szkoły romańskiej albo oklepane kołysanki p. Francis Jammes; wszystko to zebrane na intencyę tych drogich koleżaneczek w przeglądach i antologiach, których tato wypisuje bez liku.
Od Revue de deux Mondes do Mercure de France, wszystkie peryodyczne pisma znajdują się w naszym domu! Tato powierzył mnie ich rozcinanie, a ja powierzyłam sobie je przeczytywać. Trzebaż nareszcie, aby ktoś je czytał! Tato spogląda na mnie nieufnie, a przegląda pobieżnie; Mercure de France bardzo rzadko traktuje o malakologii. Ja z nich się uczę, chociaż niezawsze wszystko rozumiem i uprzedzam tatusia kiedy abonament zbliża się do końca. „Proszę odnowić tatusiu prenumeratę; trzeba“.
Wielka Anaïs, która nie wdaje się w literaturę — nie jest to jej winą — mruczy sceptycznie:
— Jestem pewna, że to wszystko, co nam dyktujesz na lekcyach kaligrafii wymyślasz z własnej głowy, naumyślnie.
— Jak możesz tak mówić! To są wiersze dedykowane naszemu sprzymierzeńcowi, carowi Mikołajowi!...
Nie może mi zaprzeczyć, więc tylko spogląda niedowierzająco.
Wchodzi panna Sergent, rzuca wzrokiem na nasze zeszyty. Wykrzykuje natychmiast: „Klaudyno, jak ci nie wstyd dyktować podobne absurdy? Wolałabyś nauczyć się na pamięć formułek arytmetycznych; dla wszystkich byłoby to lepiej!“ Gderze bez przekonania, bo w gruncie rzeczy podobają się jej te mgliste niedorzeczności.
Słucham ją jednak bez uśmiechu, i żal do niej powraca, żal za odebrane mi przywiązanie Amandki, tak mało pewne!...
Mój Boże! Zbliża się już wpół do czwartej, za pół godziny przyjdzie do nas poraz ostatni.
Panna Sergent powstaje i mówi:
— Złóżcie zeszyty. Wy, starsze zostańcie, mam wam coś do powiedzenia.
Uczennice wstają, powolnie otulają się w kapturki i chustki, wściekłe, że nie mogą posłyszeć rozmowy, zapewne bezbrzeżnie ciekawej. Ruda przełożona podnosi głos i mimowoli, jak zawsze, podziwiać muszę czystość jej głosu, stanowczość i wyrazistość mowy.
— Sądzę, panienki, że rozumiecie dobrze, iż w muzyce jesteście niczem, oprócz panny Klaudyny, która gra na fortepianie i biegle czyta nuty; jejbym poleciła dawać wam lekcye, ale jesteście zbyt mało karne, żebyście słuchać mogły swojej koleżanki. Od jutra, zatem we wszystkie czwartki i niedziele macie tu przychodzić o dziewiątej, aby się uczyć śpiewu i czytania nut pod kierunkiem pana Rabastensa, nauczyciela młodszego, nie jestem bowiem pewna, czy panna Lanthenay mogłaby was uczyć. Panu Rabastens pomagać będzie panna Klaudyna. Starajcie się, aby nie było nazbyt źle. A więc, być tu jutro, o dziewiątej.
Dorzucam cicho: „wedle rozkazu!“ co potężny jej słuch podchwytuje; marszczy brwi, lecz uśmiech mimowoli wybiega jej na usta. Przemowa jej wygłoszona była tak stanowczo, że ukłon wojskowy niemal sam się prosi. Spostrzegła — lecz naprawdę! można byłoby myślić, że nie potrafię jej rozgniewać; wściekłość bierze — tak dalece jest pewną zwycięztwa, że aż do takiego stopnia może być dobrą!
Wychodzi, powstaje tumult głosów. Marya Belhomme nie może się uspokoić.
— Nie, naprawdę, dawać nam tak młodego nauczyciela, to trochę zanadto! W każdym razie będzie to zabawa, nieprawdaż, Klaudynko?
— Tak; musimy mieć przecie jakąś rozrywkę.
— Czy to cię nic a nic nie trwoży, że uczyć nas będziesz z nauczycielem razem!
— Nie sądzisz przecie, że jest mi to obojętnem.
Nie słucham prawie, a drżąc wewnętrznie czekam przyjścia panny Amandy. Czemu się opóźnia? Wielka Anaïs zachwycona wyśmiewa wszystkich i trzyma się za boki jakby ją śmiech miał rozerwać, a przytem poszturguje Maryę Belhomme, która nie umie się obronić i tylko jęczy. „He! zdobędziesz wkrótce pięknego Antonina Rabastensa; nie potrafi oprzeć się twoim długim cienkim rękom, twojej wysmukłej talji, twoim oczom wymownym; he! kochaneczko, to dopiero historya, która zakończy się małżeństwem!“ Podniecona, zapędziwszy Maryę do kąta tańczy przed nią, a ta chowa swoje nieszczęsne ręce i krzyczy do nieprzyzwoitości.
A Amandy wciąż niema! Znerwowana, nie mogę usiedzieć na miejscu, idę czatować na schody, które prowadzą do pokoju nauczycielek. Ach, dobrze zrobiłam, że tu przyszłam! Tam, na górze, panna Lanthenay stoi zupełnie gotowa już do wyjścia, podczas gdy panna Sergent objąwszy ją coś szepce jej do ucha, jakby ją o coś prosiła czule. Poczem uściskają się długo i Amanda zbiega ze schodów, obracając się jeszcze ku niej. Ha, zła Amandko! tak prędko odsunąć się odemnie, aby całe swe przywiązanie i swoje oczy złote oddać tej, co była wspólną naszą nieprzyjaciołką!... Już nie wiem, co myślić... Przybiega do mnie do klasy, gdzie stałam pogrążona w myślach.
— Już idziesz, Klaudyno?
— Jestem już gotowa.
W drodze nie śmiem już jej pytać; cóż mogłaby mi odpowiedzieć. Wolę zaczekać, aż będziemy w domu; a tymczasem mówię o dzisiejszym mrozie, o tem, że śnieg będzie padał jeszcze, o lekcyach śpiewu w niedziele i czwartki... Lecz mówię obojętnie i ona także czuje to dobrze, że takie gadanie nie ma znaczenia. W domu, przy lampie, otwieram zeszyty i patrzę się na nią; tak samo jest śliczna, jak wtenczas, wieczorem, nieco tylko bledsza, z podkrążonemi oczami, które wydają się jeszcze większe.
— Wydajesz się pani zmęczoną?
Wszystkie moje pytania mieszają ją; i dlaczego? Zarumieniona, nie patrzy mi w oczy; założyłabym się, że czuje się nieco winną przedemną.
— Czy zawsze jest taką pani przyjaciołką, ta straszliwa Ruda? Czy powtórzyły się onegdajsze czułości i wściekłości?
— Ależ nie... ona jest bardzo dobra dla mnie; upewniam cię, serdecznie mię pielęgnuje...
— Nie „zamagnetyzowała“ pani znowu?
— Ależ nie! nie może o tem być mowy... Boję się, że trochę przesadziłam wtedy... byłam zdenerwowaną...
Patrzcie no! Gotowa zmieszać się do ostatka. Tem gorzej dla niej; chcę wiedzieć wszystko. Przysuwam się do niej, ujmuję jej ręce, drobne, małe rączyny.
— Och, najdroższa, czyż nie chcesz nic powiedzieć swojej Klaudynce, która tyle przykrości doznała przedwczoraj?
Zdawałoby się, że postanowiwszy milczeć, panuje nad sobą. Stopniami przybiera wyraz spokoju i spogląda na mnie oczami kota, jasnemi i kłamliwemi.
— Daj spokój, Klaudyno, mówię ci, że jest dla mnie bardzo dobra. Robiłyśmy ją, wiesz, gorszą, niż jest w istocie... Cóż znaczy ten głos chłodny i te zamknięte oczy, pomimo że są szeroko otwarte? Aby nie okazać się śmieszną, przełamuję moją chęć do płaczu. A więc, wszystko skończone? I jeśli dręczyć ją będę dalej pytaniami, rozstaniemy się w niezgodzie? Biorę się do gramatyki angielskiej; nic mi nie pozostaje innego; ona z pośpiechem rzuca się do zeszytów.
Po raz pierwszy, jedyny, była to prawdziwa lekcya angielskiego. Z sercem ściśniętem, gotowem pęknąć, tłomaczyłam całe karty:
»Wy macie piora, ale on nie ma konia.«
»Mielibyśmy jabłka mojego kuzyna, gdyby on miał dużo scyzoryków«,
»Czy masz atrament w swoim kałamarzu? Nie; ale mam stół w moim sypialnym pokoju. i t. d. i t. d.
Przy końcu lekcyi ta szczególna Amanda dotyka nagle drażliwej kwestyi.
— Moja Klaudynko, nie gniewasz się na mnie?
Nie skłamałam zupełnie.
— Nie, nie gniewam się na panią.
To prawie prawda; nie czuję gniewu a tylko smutek i zmęczenie. Odprowadzam ją; całuję na pożegnanie, podaje mi policzek, tak przytem głowę zwracając, że usta moje dotknęły tylko jej ucha. Ach, mała bez serca! Patrzę za nią jak oddala się w świetle latarni i uczuwam niewyraźną chęć lecieć za nią; lecz pocóż?
Spędziłam noc nieszczególnie, o czem świadczą oczy moje, podkrążone głęboko; na szczęście jest mi z tem niemal do twarzy, jak to widzę w zwierciadle, czesząc szczotką moje kędziory (całe złote dzisiejszego ranka).
Przychodzę na lekcyę śpiewu o półgodziny zawcześnie i nie mogę nie zaśmiać się spostrzegłszy dwie (z czterech) moje koleżanki, siedzące już w szkole!
Oglądamy siebie wzajemnie i Anaïs zagwizdała przychylnie na widok mojej sukienki niebieskiej i milutkiego fartuszka. Ona sama na ten występ ubrała się w czerwony fartuch biało haftowany (co czyni ją jeszcze bledszą); uczesana z nieśmiałą starannością wysunęła węzeł włosów zanadto naprzód, prawie że na czoło, pasek nowy skórzany zacisnęła do ostatecznej możliwości. Litośnie, robi głośno uwagę, że wyglądam niedobrze; na co odpowiadam, że wygląd zmęczony jest mi do twarzy. Marya Belhomme przybiega jak zwykle roztrzepana, wpółprzytomna. Ona także, chociaż jest w żałobie, przystroiła się nieco; świeża krezka z krepy nadaje jej wygląd zalęknionego, czarnego klowna, z podłużnemi aksamitnemi oczyma, z minką naiwną i roztargnioną jest bardzo milutka.
Obie Jauberts przychodzą razem, jak zawsze, nie strojne, nie zalotne, przynajmniej nie tyle, co my wszystkie, gotowe być grzeczne bez zarzutu i nie podnosić oczu, a po lekcyi każdą z nas ogadać.
Skupione dokoła pieca ogrzewamy się, papląc o pięknym Antoninie. Baczność! nadchodzi... Zbliża się gwar głosów i śmiechów, panna Sergent staje na progu, poprzedzając zdobywczego nauczyciela.
Rabastens — wspaniały! Czapeczka futrzana, ubrany granatowo, zrzuca płaszcz i czapkę, wchodzi i oddaje nam głęboki ukłon. U kamizelki najmodniejszy chryzantem rdzawo-ponsowy, krawat impresyonistyczny, szaro-zielony, przesunięty przez kręgi białych obrączek. Postać wystudyowana w zwierciadle! W jednej chwili stajemy uszykowane, przyzwoite, pociągając nieznacznie staniki, aby nie było najmniejszej zmarszczki: Marya Belhomme już tak rozbawiona, że parska śmiechem i przestraszona milknie nagle. Panna Sergent ściąga swe straszne brwi i robi przegląd. Przy wejściu spojrzenie jej padło na mnie: jestem pewna, że mała opowiedziała już jej wszystko! Powtarzam sobie ustawicznie, że Amanda nie warta jest tyle smutku, ale to niewiele pomaga.
— Może która z panienek, odzywa się Rabastens, zechce mnie użyczyć swej książki.
Wielka Anaïs podaje conajprędzej swego Marmontela i otrzymuje w zamian z przesadną uprzejmością: „dzięki!“
Ten grubas musiał ćwiczyć się w grzecznościach przed zwierciadłem swojej toalety. Co prawda, nie posiada toalety ze zwierciadłem.
— Panno Klaudyno, mówi do mnie oczkując zachwycająco (zachwycająco we własnem mniemaniu) cieszę się bardzo i pochlebia mi to wielce, że staję się pani kolegą; bo pani dajesz lekcye śpiewu tym panienkom, nieprawdaż?
— Tak; ale nie słuchają swojej koleżanki, przecina krótko panna Sergent, którą ta wymowność zaczyna niecierpliwić. Przy pańskiej pomocy pójdzie im to lepiej; w przeciwnym razie, przy egzaminie padną; bo w muzyce są zerem.
Dobrze tak! Nauczy to jegomościa niepotrzebnie wdawać się we frazesy. Koleżanki moje słuchają z wyraźnem zdumieniem; nigdy jeszcze nie wyszafowano dla nich tyle galanteryi; nadewszystko ogłuszają je grzeczności roztaczane przedemną przez pochlebnego Antonina.
Panna Sergent bierze do ręki „Marmontela“ i wskazuje Rabastensowi miejsce, którego jednak nowe jego uczennice nie mogą wykonać, jedne przez brak uwagi, drugie z onieśmielenia (z wyjątkiem Anaïs, której pamięć zawsze dopisuje i w wyuczeniu się dokładnem wszystkich ćwiczeń i w powtórzeniu ich bez zmieszania). Jaka to prawda, że są w muzyce zerem te małe oślątka! Mają sobie za punkt honoru, aby mnie nie słuchać; bez żadnej wątpliwości zdobędą zero na przyszłym egzaminie. Te zera w perspektywie do wściekłości doprowadzają pannę Sergent, która sama śpiewa fałszywie i nie może ich uczyć, a panna Lanthenay nie jest zupełnie wyleczona po niedawnem zapaleniu gardła.
— Każ im pan z początku śpiewać z osobna, mówię Marsylczykowi (cały rozkwitły, jak paw wśród nas się kręci) mylą się w takcie, wszystkie, ale nie wszystkie jednakowo i nie umiałam dotąd temu zaradzić.
— Bardzo dobrze. Panno...
— Marya Belhomme.
— Panno Maryo Belhomme, zechciej odczytać to ćwiczenie. — Jest to mała polka w sol, najpoczciwsza w świecie, ale biedna Marya, niemuzykalna do niemożebności, nigdy nie mogła śpiewać bez błędu.
Przy tym, wprost na nią wymierzonym ataku zadrżała, stała się purpurową i odwróciła oczy.
— Mierzę takt w powietrzu, a pani rozpoczynasz od pierwszego taktu: Re si si, la sol fa fa... Nieprawdaż, to nietrudno?
— Tak, panie, odpowiada Marya zupełnie zaprzepaszczona z przestrachu.
— Dobrze; zaczynam. Raz, dwa, raz...
Re si si, la sol fa fa, zaczyna Marya głosem ochrypłej kury.
Naturalnie, nie pominęła sposobności zacząć od drugiego taktu. Zatrzymuję ją:
— Nie, posłuchaj: raz, dwa, to Re si si... rozumiesz? Pan nauczyciel mierzy takt w powietrzu. Zaczynaj.
— Raz, dwa, raz...
Re si si... zaczyna z zapałem, popełniając znowu tę samą pomyłkę! Przez całe trzy miesiące śpiewa tę swoją polkę bez taktu. Rabastens milknie cierpliwy i dyskretny.
— Przepraszam, zechciej pani wybijać takt wraz ze mną. Ujmuje rękę jej u kostki i kieruje poruszeniami:
— Tak łatwiej będzie zrozumieć: Raz, dwa, dwa, raz... Dobrze! proszę śpiewać!
Lecz tym razem nie zaczęła wcale! Zmiażdżona tem jego dotknięciem niespodziewanem, straciła zupełnie przytomność. Bawi mnie to wszystko nieskończenie. Piękny baryton, pochlebiony zmieszaniem się biednej dzierlatki, zanadto jest grzeczny, aby miał nalegać. Wielka Anaïs ma policzki wzdęte od powstrzymywanego śmiechu.
— Panno Anaïs, proszę prześpiewać to ćwiczenie, aby wskazać pannie Belhomme jak należy je wykonać.
Ta dwa razy nie da się prosić! Trzęsąc głosem odśpiewała „z duszą“ i niebardzo do taktu, podnosząc głos w nutach wysokich. Ale cóż, dobrze umie na pamięć, i ten sposób śpiewania, trochę śmieszny, jakby śpiewała romans, podoba się południowcowi i prawi jej grzeczności. Ona sili się zarumienić, nie może, więc tylko spuszcza oczy, pochyla głowę i gryzie usta.
Mówię do Rabastensa: Może pan powie powtórzyć jakie ćwiczenie na dwa głosy? Pomimo mego starania, źle to idzie.
Jestem bardzo poważna; naprzód dlatego, że nie mam wielkiej ochoty do śmiechu, a potem, że jeśli będę zanadto wesoła na pierwszej lekcyi, to panna Sergent nie pozwoli na ciąg ich dalszy. A potem, myślę o Amandzie. Więc już dziś tu nie przyjdzie? Przed tygodniem jeszcze nie poważyłaby się na coś podobnego.
Myśląc o tem wszystkiem rozdzielam głosy na dwie części: pierwsza, to Anaïs z towarzyszeniem Maryi Belhomme, druga — to inne pensyonarki. Ja sama będę pomagała tej, która będzie najsłabszą. Rabastens trzyma wtór.
Wykonywamy mały kawałek na dwa głosy, ja i piękny Antonin; barytonuje „ach, ach!“ pełne wyrazu, pochylając się zlekka w moją stronę. Musimy tworzyć grupę nadzwyczaj śmieszną. Ten niezrównany Marsylczyk jest tak zachwycony roztaczanemi przed nim wdziękami, że sadzi omyłkę po omyłce, których zresztą nikt nie spostrzega. Dystyngowany chryzantem urywa się od kamizelki i pada; skończywszy śpiew, podnosi kwiat i rzuca na stół mówiąc, jakby wyzywał na komplimenty: „Cóż? zdaje mi się, poszło nieźle?“
Panna Sergent zwiewa jego zachwyt odrzekłszy:
— Tak, lecz każ im pan śpiewać samym, bez siebie i Klaudyny, zobaczysz pan wtedy!
(Przysięgłabym patrząc na jego rozczarowaną minę, że zapomniał, po co się tu znajduje. Będzie to osobliwszy profesor z tego Rabastensa! Tem lepiej! Kiedy przełożonej nie będzie na lekcyi, będzie można sobie na wiele pozwolić).
— Tak, to widoczne; lecz gdyby panienki zechciały trochę tylko dołożyć starania, prędkoby nauczyły się tego co potrzeba do egzaminu. Wymagają tak niewiele muzyki? Pani o tem wie zapewne!
Patrzcie no! to on się teraz odcina? Nie można lepiej dokuczyć Rudej, która nie potrafi gammy prześpiewać bez fałszu. Zrozumiała ukłucie i ciemne jej oczy odwracają się gdzieś w stronę. Antonin podnosi się trochę w moich oczach, ale traci za to w względach panny Sergent, która sucho doń przemawia:
— Gdybyś pan jeszcze zechciał trochę zająć się temi dzieciakami. Życzyłabym, żeby ćwiczyły się zosobna dla nabrania nieco śmiałości.
Teraz kolej sióstr-bllźniąt, które posiadają głosy jakieś niebywałe, niepewne, bez poczucia rytmu; lecz wyjdą z tego dobrze, jak zawsze; pracują bezprzykładnie! Nie znoszę tych Joubertówien, zawsze skromnych, rozsądnych; widzę je, jak ze sześćdziesiąt razy powtarzają każde ćwiczenie, zanim przyjdą do szkoły na czwartkowe lekcye; doskonałe, a skryte i podejrzliwe.
Na zakończenie Rabastens „sprawia sobie przyjemność“, jak mówi, i prosi mię, abym mu odśpiewała jakieś głupie romanse lub arye bulgocące, które w jego mniemaniu są ostatnim wyrazem sztuki. Przez miłość własną, bo jest panna Sergent, i Anaïs także, śpiewam jak mogę najlepiej: Dy — amanty korony, Córkę regimentu i t. d. I niezrównany Antonin się rozpływa; wysadza się na bombastyczne komplimenty, na zawiłe frazesy, których nie zgłębiam, a owszem, uszczęśliwiona słucham uważnie z oczyma zawieszonemi na jego ustach. Nie wiem wreszcie jakby wybrnął z jakiegoś zbyt nastroszonego frazesu, gdyby nie interwencya panny Sergent, która nagle się zbliża: „Czy już dzieci mają zadane na przyszły czwartek?“
Nie, nic nie zadał, zupełnie nic. Nie może się przekonać, że nie jest tu przyzwany w celu śpiewania ze mną na dwa głosy.
Lecz cóż się dzieje z Amandą? Muszę się dowiedzieć. Zręcznie więc przewracam kałamarz, starając się umaczać obficie całe pięć palców. Rozpaczne „ach!“ z szeroko roztworzonemi palcami. Panna Sergent nie opuszcza sposobności, aby raz jeszcze powtórzyć uwagę: „zawsze to samo!“ i odsyła mię pod pompę.
Na dworze wycieram z grubszego ręce gąbką od tablicy i rozglądam się; nasłuchuję na wszystkie strony. W domu cisza; zbliżam się do muru, dzielącego nasz dziedziniec od ogrodu dyrektora. I tu nic niema. Ale, ale, rozmawiają, tam, w ogrodzie! przechylam się przez mur, który tu nie jest zbyt wysoki, i zaglądam do wnętrza ogrodu. Tam, pod orzechami, w bladem słońcu, które ledwo przez gałęzie prześwieca, spostrzegam posępną postać Richelieugo, rozmawiającego z panną Lanthenay. Jeszcze przed trzema czy czterema dniami dniami byłabym ze zdziwienia padła na miejscu, lecz teraz, rozczarowanie dni ostatnich opancerzyło mię nieco.
I to ten dziki Duplessis! Teraz to odnalazł mowę i nie spuszcza oczu. Więc spalił za sobą okręty?
— Powiedz mi, pani, nie podejrzywałaś niczego? Och, powiedz, że tak!
Amanda, cała różowa, drży z radości, oczy mienią się złotem jak nigdy, te oczy, które, podczas gdy on mówi, patrzą i śledzą trwożliwie wszędzie naokoło. Uśmiecha się milutko i daje znak, że nie podejrzywała wcale niczego. Kłamczyni!
— Ej, domyślałaś się pewno, że całe wieczory przepędzam pod twojemi oknami! Lecz kocham panią ze wszystkich sił, i to nie na jeden sezon, nie przez kokieteryę, aby przez wakacye zapomnieć o wszystkiem. Czy wysłuchasz mię pani poważnie, tak jak poważnie to mówię?
— Bardzo poważnie?
— Tak, zaręczam pani. Czy pozwalasz mi pani tego wieczora jeszcze rozmówić się z panną Sergent?
Ach, la, la! Słyszę jak drzwi od klasy się otwierają; idą zobaczyć, co ze mną się stało. W dwóch susach jestem daleko od muru i prawie już przy pompie; rzucam się na kolana i piaskiem usilnie trę palce, bo inaczej atrament nie puszcza.
Nadchodzi przełożona, Rabastens jej towarzyszy.
— Zostaw, mówi panna Sergent, w domu odmyjesz lepiej.
Piękny Antonin przesyła mi „do widzenia“ na poły rozweselone, na poły melancholijne. Powstaję, skinęłam mu głową tak powłoczyście, że wszystkie loki spadają mi na twarz. Za plecami śmieję się z niego; ach, gruby chrabąszczu marsylski, wyobrażasz sobie, że jużeś mnie złapał! Wracam do klasy po swój kapturek, marząc o rozmowie niespodzianie podchwyconej z za płotu. Jaka szkoda, że nie dosłuchałam końca! Amanda nie dałaby się długo prosić, a ten Richelieu niezapalny ale szlachetny, gotów jest na nowo prosić o jej rękę. Co siedzi za skórą tej kobietki, że tak wszyscy ją lubią? Nie ma nawet regularnych rysów, świeża jest, to prawda, i ma przepyszne oczy, ale piękne oczy nierzadko się spotykają i na ładniejszych twarzyczkach, a za nią wszyscy mężczyźni się oglądają! Mularze nawet przestają budować, gdy ona przechodzi, mrugają do siebie i klaskają językiem (wczoraj posłyszałam, jak jeden z nich mówił do towarzysza: „zgodziłbym się chętnie, być pluskwą w jej łóżku“). Chłopaki w ulicy mizdrzą się do niej, a starzy goście na kawie u Perla rozmawiają z zajęciem o małej nauczycielce ze szkoły, która „napędza oskomy, jak konfiturowe ciastko, mało osłodzone“. Mularze, rentyerzy, przełożona, nauczyciel — zatem wszyscy. Mnie obchodzi ona mniej, odkąd wiem że jest zdrajczynią, lecz czuję w sobie pustkę, pustkę, po mojem do niej przywiązaniu, pustkę po wielkim smutku za owym pierwszym wieczorem.


Niszczą, kończą już niszczyć starą szkołę; biedna, stara szkoło! Zrzucają parter, a my przyglądamy się, odkrywając z wielkiem zdziwieniem, wgłębienia jak szafy, rodzaj ciemnych korytarzy tam, gdzie byłyśmy pewne, że mury są zapełnione i grube; z tych pustych nor wieje okropny odór stęchlizny, zestarzały, wstrętny. Mam szczególną przyjemność straszyć Maryę Belhomme opowiadaniem o tajemniczych skrytkach, zachowanych jeszcze z dawnych czasów, kiedy tu zamurowywano żony, zdradzające swych mężów, a których kości zbielałe sama widziałam wśród gruzów; Marya otwiera błędne oczy, pyta: „czy naprawdę?“ przybliża się, „aby zobaczyć kości“ i wraca natychmiast do mnie.
— Nic nie widziałam, to jeszcze jedno twoje kłamstwo!
— Niech mi język w tej chwili odetną, jeśli te skrytki w murze nie były zrobione w celach zbrodniczych! A przytem, wiesz, nie tobie mówić, że ja kłamię, nie tobie, która w swoim Marmontelu zachowujesz chryzantem, co pan Antonin Rabastens nosił w butonierce.
Mówię to naumyślnie głosem podniesionym, bo widzę jak panna Sergent przechodzi dziedziniec prowadząc za sobą Dutertra. O, trzeba mu oddać sprawiedliwość, często go tu widujemy! I pięknem jest to przywiązanie do nas doktora, gotowego każdej chwili porzucić swoją klientelę, aby czuwać nad naszą szkołą — która w obecnej chwili rozpadła się na kawałki; pierwsza klasa mieści się w ochronce, a druga aż w merostwie. Zapewne godny delegat okręgowy obawia się, aby przy tem ciągłem przenoszeniu się z miejsca na miejsce, nie ucierpiało nasze wychowanie!
Usłyszeli i on i ona, co mówiłam przed chwilą, jak Boga kocham, zrobiłam to umyślnie! i Dutertre podchwytuje sposobność, aby zbliżyć się do nas. Marya schowałaby się pod ziemię, jęczy ukrywszy twarz w dłoniach.
Wspaniałomyślny, zbliża się do nas z uśmiechem, uderza po ramieniu głuptaskę, drżącą ze strachu: „Mała, cóż to mówi ta zwaryowana Klaudyna? Chowasz kwiaty, które nosi piękny pomocnik? Ej, panno Sergent, u pani uczenic wcześnie rozwijają się serduszka! Maryo, może życzysz, abym opowiedział to matce, iżby się przekonała, że jej córeczka nie jest już tak bardzo malcem.
Biedna Marya Belhomme! Nie w stanie jest odpowiedzieć, tylko oczyma przestraszonej łani spogląda to na Dutertra, to na mnie, to na przełożoną; wreszcie zaczyna płakać... Panna Sergent, która niebardzo jest zachwycona tą z nami gawędką delegowanego okręgowego, przygląda się mu okiem zazdrosnem a uwielbiającem; nie śmie go jednak uprowadzić (znam go już dosyć, aby wiedzieć, że odmówiłby z pewnością). Ja zaś cieszę się i ze zmieszania Maryi, i z niecierpliwego niezadowolenia przełożonej i także z tej przyjemności, jaką, widzę wyraźnie, odczuwa poczciwy doktór w naszem towarzystwie. Widocznie oczy moje zdradzają tę radość i tę wściekłość, które mną owładły, bo doktór śmieje się, ukazując w uśmiechu ostre swe zęby:
— Klaudyno, czemu tak jaśniejesz? czy to ze złości?
Skinieniem głowy, wstrząsając puklami w milczeniu, niegrzecznie, odpowiadam: „tak“. Panna Sergent brwi marszczy. Jest mi to obojętne. Nie będzie miała wszystkiego naraz, ta złośliwa Ruda, swego delegowanego i małej Amandki, nie, nie... Bardziej swobodny niż zwykle, Dutertre otacza mię ramieniem. Wielka Anaïs ciekawa, przygląda się nam mrużąc oczy.
— Zdrowa jesteś?
— Tak doktorze; dziękuję bardzo.
— Bądź poważna. (Z nim, takim poważnym!) Dlaczego masz zawsze oczy podkrążone?
— Tak Pan Bóg dał.
— Nie powinnaś tyle czytać. Założyłbym się, że czytujesz w łóżku?
— Troszkę, niewiele. Czy nie wolno?
— Hm... tak, możesz czytać. Cóż to czytasz takiego, czy nie możesz mi powiedzieć?
Podnieca się, ściska mi ramiona coraz silniej. Ale nie jestem tak niemądra jak wtenczas, nie rumienię się — jeszcze. Przełożona odeszła, aby gderać uczenice, zalewające się wodą przy pompie. Jak musi w niej kipieć wszystko! Tańczyłabym z radości!
— Wczoraj skończyłam Afrodytę, dzisiaj zacznę «Kobietę i błazna».
— O! dobrze stoisz! Piotra Louys? Do dyabła! Nic dziwnego, że... Chciałbym wiedzieć, co tam z tego rozumiesz? Wszystko?
Sądzę, że nie jestem tchórzem, jednak nie chciałabym przedłużać podobnej rozmowy sam na sam, gdzieś pod lasem albo w rogu kanapki; oczy mu tak błyszczą! I wyobraża sobie, że będę mu zwierzać się z podobnych niedorzeczności.
— Na nieszczęście, wszystkiego nie rozumiem, ale w każdym razie, coś nie coś, z różnych rzeczy. W przeszłym tygodniu czytałam Zuzannę, Leona Daudet’a. Kończę l’Année de Clarisse Pawła Adama, który mnie zachwyca.
— I śpisz potem?... Ale takim sposobem zmęczysz się zupełnie! Oszczędzaj siebie cośkolwiek; szkoda byłoby tak cię zaprzepaścić; wiesz?
Co też on wyobraża sobie? Patrzy na mnie tak zblizka, z taką widoczną chęcią pieszczenia mnie i całowania, że oto jakiś zły i fałszywy powiew mną owłada, tracę pewność siebie. On również może zląkł się i utracił krew zimną, bo nagle puszcza mię, oddycha głęboko i tylko ręką głaszcze mię po włosach od głowy aż do koniuszczków pukli, przez cały grzbiet, jak kota. Panna Sergent zbliża się; z zazdrości aż ręce jej drżą, i odchodzą oboje; widzę, jak rozmawiają żywo; ona z żałością i niepokojem, on wzrusza lekko ramionami i śmieje się.
Spotykają pannę Amandę i Dutertre się zatrzymuje pociągnięty jej pieszczotliwemi oczyma; żartuje coś z nią poufale, a ona, cała różowa, troszkę zmieszana, uśmiecha się z zadowoleniem; a panna Sergent nie okazuje tym razem żadnej zazdrości; przeciwnie... Co do mnie, serce mi zawsze ściska się trochę, gdy ją zobaczę.
Tak jestem w myślach zatopiona, że nie spostrzegam wielkiej Anaïs, która wykonywa dokoła mnie jakiś taniec dziki.
— Czy nie zostawisz mnie w spokoju, obrzydłe straszydło! Nie mam ochoty bawić się dziś z tobą.
— Tak, wiem! bo delegat okręgowy z głowy ci nie wychodzi... Ach, sama nie wiesz, który lepiej: Rabastens, Dutertre i kto jeszcze? Nie wybrałaś jeszcze?
Kręci się z oczyma demonicznemi w nieruchomej twarzy, wewnątrz kipiąca z wściekłości. Aby mieć spokój, rzucam się i uderzeniem pięści unieruchomiam jej ramię; krzyknęła i natychmiast nędznie się kryje; dopędzam ją, przyciskam w kąt przy pompie i z kubka wylewam jej troszkę wody na głowę, niewiele. Wpadła w gniew:
— To głupio, tego się nie robi, jestem zakatarzona, kaszlę!
— Kaszlaj! Doktór Dutertre udzieli ci bezpłatnie konsultacyi i jeszcze czegoś w dodatku!
Przyjście zakochanego Duplessis przerywa naszą kłótnię; od paru dni ten Armand zmieniony jest do niepoznania; błyszczące oczy powiadają wyraźnie, że Amanda ofiarowała mu swą rękę, serce i wiarę, wszystko razem w jednym worku. Spostrzega swą słodką narzeczoną między Dutertrem i przełożoną; delegat z nią żartuje, panna Sergent ją ośmiela i oczy jego posępnieją. Ach, ach, nie jest wcale zazdrosny, to tylko ja! Możeby zawróciwszy się odszedł, gdyby go Ruda nie przywołała. Przybiega w paru krokach i głębokim ukłonem wita Dutertra, który ściska mu rękę poufale, z wyrazem powinszowania. Blady Armand czerwieni się, promienieje i z czułą dumą spogląda na swą narzeczoną. Biedny Richelieu, przykro mi nań patrzeć! Nie wiem dlaczego, ale coś mi się wydaje, że ta Amanda, która gra rolę nawpół nieświadomej i tak łatwo przystaje na wszystko, nie przyniesie mu szczęścia, Anaïs zdaleka pożera wszystko oczyma i zapomina mię znieważać.
— Powiedzże mi, szepce cichutko, co oni tam robią, tak razem skupieni? co się tam dzieje?
Wybucham: Dzieje się to, że pan Armand, cyrkiel, Richelieu, prosił o rękę panny Lanthenay, a ta mu ją ofiarowała, a Dutertre winszuje, oto i wszystko!
— Taak? Prosił o rękę, aby się z nią ożenić?
Nie mogę się nie rozśmiać; powiedziała to z taką naturalną naiwnością! nigdy jej takiej nie widziałam. Nie daję jej wyjść ze zdumienia: „Leć, leć po cośniebądź do klasy, podsłuchaj co gadają: mnie bo już nie złowią!“
Rzuca się do klasy, przebiegając koło rozmawiających gubi sabot (w zimie wszystkie nosimy saboty) i wkładając powoli, nastawia dobrze uszu. Znika i za chwilę powraca, wsuwając na ręce rękawiczki.
— Cóżeś posłyszała?
— Pan Dutertre mówił do Armanda Duplessis: „Nie składam panu życzeń szczęścia, gdy się zaślubia podobną pannę, są one zbyteczne“. A panna Lanthenay spuściła oczy, ot tak! Naprawdę, nie myślałam nigdy, żeby to już było napewne!
Ja także dziwię się, ale z innego powodu. Jakto? Amanda zamąż wychodzi i nie robi to żadnego wrażenia na pannę Sergent? Coś w tem jest, czego nie rozumiem! Zresztą, niech ich wszystkich dyabeł porwie! Będę jeszcze się męczyć, aby wykryć zagadkę tej historyi!
Aby otrząść się ostatecznie ze wszystkich myśli, organizuję zabawę „w żórawia“; zawoływam i małe z drugiego oddziału; są już dość duże, możemy je dopuścić do zabawy z nami. Ustawiam dwa rzędy w odległości trzech metrów od siebie, jako „żóraw“ sama staję pośrodku i gra się zaczyna; to tu, to tam rozlegają się ostre krzyki, zdarzają się nawet upadki; pozwalam, czasem na nie.
Dzwonią; wracamy do klasy na usypiającą lekcyę robót. Biorę mój haft ze wstrętem. Po dziesięciu minutach panna Sergent porzuca nas pod pretekstem rozdania „małej klasie“ przyborów piśmiennych. Założyłabym się, że przedewszystkiem pójdzie zająć się swoją Amandą.
Po jakichś dwudziestu ściegach haftu napada mnie dziwne ogłupienie, które nie pozwala mi rozumieć nawet, jakie cienie włóczki użyć mam do dębowego liścia. Wychodzę z robotą w ręku, aby spytać wszechwiedzącej przełożonej. Przechodzę korytarz, otwieram drzwi małej klasy: pięćdziesiąt berbeciów piszczy tam, targa się za czupryny; śmieją się, tańcują, rysują człowieczków na tablicy — panny Sergent ani śladu, panny Lanthenay ani cienia! To zaczyna być ciekawem! Zawracam, otwieram drzwi na schody: nikogo i na schodach. A gdybym weszła na schody? Ale co powiem, jak zapytają? Ba! powiem, że szukam panny Sergent, bo posłyszałam że matka ją woła.
Hop! wchodzę po schodach cichutko, cichutko, w pończoszkach tylko, saboty zostawiłam przed schodami. Spostrzegam drzwi niedomknięte; nie trzeba mi więcej, mogę popatrzeć przez szparę. Panna Sergent, szczęściem dla mnie odwrócona ode drzwi, siedzi w fotelu i trzyma swoją pomocnicę jak dziecko w objęciach; Amanda wzdycha lekko i z całego serca uściska Rudą. Winszuję! Nie widzę ich twarzy, ale tego już mi nie trzeba. Serce mi bije, aż w uszach szumi; zbiegam ze schodów, wprost na me cichutkie chodaki.
Po trzech sekundach siedzę już na mojem miejscu, obok wielkiej Anaïs, która rozkoszuje się czytaniem i rysunkami Dodatku. Aby nie zauważono mego wzruszenia, pochylam się nad gazetką, jakby mię to co zajmowało! Widzę bajkę Catulle Mendes’a, bardzo milutką, pewnoby się mi podobała, gdybym rozumiała co czytam; zbyt jestem przejęta tem, co podpatrzyłam na górze. Nie oczekiwałam tyle i nie wyobrażałam, że aż tak z sobą są czułe.
Anaïs pokazuje mi rysunek Gil Baëra, przedstawiający młodziutkiego chłopca bez wąsów, podobnego do przebranej kobiety; a rozmarzona Kadetem z Lyonettu mówi mi ze zmieszanemi oczyma: „Mam kuzyna, który jest do niego podobny; nazywa się Raul; jest w kolegium; zobaczę go latem na wakacyach“. To odkrycie tłumaczy mi jej niebywały rozsądek — względny; bardzo mało bilecików posyła obecnie do chłopców. Siostry Jauberts udają zgorszone z powodu gazety i rysunków; Marya Belhomme przewraca kałamarz lecąc do nas; skoro tylko rzuciła okiem na gazetkę, wznosi swe długie ręce do góry i ucieka, krzycząc: „Obrzydliwość! nie będę tego czytała przed rekreacyą!“ Zaledwo usiadła i zaczęła ścierać rozlany atrament — panna Sergent wchodzi. Surowa jest, lecz oczy ma błyszczące, rozmarzone...
— Maryo, napiszesz mi opowiadanie o niezręczności; przyniesiesz je o piątej wieczorem. Panienki, jutro przyjeżdża nowa nauczycielka młodsza, panna Griset; nie będzie wszakże wami się zajmowała, a tylko w małej klasie.
Chciałam już spytać: „A panna Amanda? czy już odjeżdża?“ kiedy odpowiedź nadeszła sama:
— Panna Lanthenay zbyt mało poświęca wam swej wiedzy; odtąd w tej klasie będzie dawała lekcye historyi, robót i rysunku pod moim dozorem.
Patrzę na nią z uśmiechem i skłaniam głowę, jakby na powinszowanie tak szczęśliwego urządzenia rzeczy. Marszczy brwi i twarz jej krwią nabiega.
— Klaudyno, ile już wyhaftowałaś? Co? tylko tyle? Och, naprawdę, nie zmęczyłaś się zanadto!
— Chodziłam do małej klasy spytać się, czy mam wziąć teraz włóczkę zieloną, ale nikogo tam nie było; byłam na wschodach, wołałam, ale także nikogo.
Mówię powoli, głośno, aby wszystkie nosy pochylone nad igłą się podniosły; słuchają mnie ciekawie; starsze pytają siebie wzrokiem, gdzie mogą być nauczycielki tak długo, pozostawiwszy klasy bez dozoru? A ja doznaję pewnego zadowolenia, że chociaż w myślach mogę jej powiedzieć: „Gorliwa wychowawczyni, nie dbasz ty ani o nas, ani o nową pomocnicę swoją; panna Lanthenay tylko ciebie zajmuje, nikt i nic więcej“.
A ona tymczasem opanowała już siebie i mówi głosem jasnym:
— Weźcie zeszyty. Tytuł: Wypracowanie francuskie. Wytłumaczyć i wyłożyć myśl: „Czas nie szczędzi tego, co się bez niego zrobiło“. Macie na to półtory godziny.
O, rozpaczy, o nudy! Cóż mię to może obchodzić czy czas szczędzi lub nie, to co się zrobiło bez zaproszenia go do pomocy! Zawsze podobne tematy albo jeszcze gorsze! Tak! gorsze, bo jesteśmy tuż przed Nowym rokiem i nie unikniemy małego wypracowańka stylowego o podarkach świątecznych, o radości dzieci, rozczuleniu rodziców, o cukierkach, zabawkach; i nie pominiemy wzruszającej nutki o biednych dzieciach, które nie otrzymują podarków i przeto trzeba je wspierać na święta, aby i one miały udział w ogólnej radości! Wstręty! wstręty!
Podczas gdy ja się wściekam, inne już piszą bruliony; wielka Anaïs czeka aż ja zacznę, ażeby mieć wzór gotowy; obie Jauberts rozmyślają poważnie i coś mruczą; a Marya Belhomme zapełniła już stronicę bredniami, przeczącemi sobie zdaniami, rozmyślaniami z tekstem pomieszanemi.
Po kwadransie poziewania, zdecydowałam się nareszcie, biorę zeszyt i piszę bez brulionu, co wywołuje ogólne oburzenie.

O czwartej, przy wyjściu, odkrywam bez rozpaczy, że to dziś na mnie i na Anaïs kolej zamiatania. Zwykle pańszczyzna ta jest dla mnie wstrętną, ale dziś jest mi to obojętne, owszem, wolę to nawet. Szukając polewaczki spotykam pannę Amandę, której policzki kwitną, a oczy błyszczą.
— Dzień dobry pani. Kiedyż wesele?
— Jakto? ależ... ach, te malcy zawsze wszystko wiedzą! Jeszcze to nie postanowiono — przynajmniej dzień nie oznaczony. Będzie to pewno podczas wielkich wakacyj... Powiedz mi, nie znajdujesz brzydkim, pana Duplessis?
— Brzydkim? Richelieugo? O nie! Jest tak dobry jak inni. Czy pani go kocha?
— To dobre! przecież wychodzę za niego!
— Także racya! Niech mi pani nie daje podobnych odpowiedzi; czy pani myśli że jestem Maryą Belhomme? Pani go wcale nie kocha; pani go znajduje przystojnym, a chce pani wyjść za mąż przez ciekawość, przez próżność, na złość swoim koleżankom ze Szkoły Normalnej, które będą tymczasem staremi pannami, — oto i wszystko! Proszę go tylko nie zwodzić zanadto; to wszystko, co mogę mu życzyć, bo bezwątpienia zasługuje na większą miłość niż pani żywisz dla niego.
Tak! Wykręcam się na pięcie i lecę po wodę do wymiatania. Panna Amanda pozostała przykuta na miejscu, zdumiona. Odchodzi wreszcie dozorować wymiatania w małej klasie, a może raczej opowiedzieć wszystko pannie Sergent. Niech idzie! Nie chcę już myślić o tych dwóch waryatkach, z których jedna nie jest wcale waryatką. I cała wzburzona polewam, polewam za gorliwie, i nogi Anaïs i karty geograficzne, a potem wymiatam z całego ramienia. To zmęczenie przynosi mi wypoczynek.


Lekcya śpiewu. Wejście Antonina Rabastensa „ukrawaconego“ niebiesko. Patrzcie, panna Lanthenay przychodzi także, a za nią jakieś małe stworzonko, jeszcze mniejsze od niej, szczupłe, o twarzy płaskiej z zielonemi oczyma, świeżą cerą, z włosami jedwabistemi a ciemnemi, bardzo cienka. Dziewczyna zupełnie dzika, zatrzymała się na progu; panna Amanda zwraca się do niej ze śmiechem: „pójdź-no, nie bój się; Lusiu, słyszysz?“
Ach, to jej siostra! zapomniałam zupełnie. Mówiła mi kiedyś o niej, kiedy byłyśmy przyjaciółkami... Tak mi to śmiesznie się wydaje, że ona przyprowadza siostrę, iż uszczypnęłam Anaïs, która gdacze, łaskoczę Maryę Belhomme, ta miauczy, i za panną Sergent wykonywam cichutko dwa takty polki. Rabastens jest zachwycony, mała Lucya patrzy się na mnie wystraszonemi oczyma. Panna Amanda zaczyna się śmiać (ona teraz śmieje się ze wszystkiego, tak jest szczęśliwa!) i mówi do mnie:
— Proszę cię, Klaudyno, nie zawracaj jej głowy na początek; i tak jest zanadto onieśmieloną.
— Pani, będę czuwała nad nią, jak nad własną moją cnotą. Ile ma lat?
— Zaczęła piętnaście.
— Piętnaście? No, teraz to już nie wierzę nikomu! Nie dałabym jej więcej nad trzynaście.
Mała zarumieniła się mocno, spuszcza oczy i przygląda się swoim nogom, zgrabnym zresztą. Trzyma się bliziutko siostry, dla pewności nie puszcza jej ramienia. Czekajcie, muszę jej dodać odwagi!
— Chodź mała, chodź tu do mnie! Nie bój się. Ten pan, który na cześć naszą wiąże upajające krawaty, to nasz poczciwy nauczyciel śpiewu; na nieszczęście ujrzysz go tylko we czwartki i niedziele. Te wielkie dziewczyny, to twoje koleżanki, zapoznasz się z niemi zbyt wcześnie. Ja jestem uczenicą bez zarzutu, rzadkim ptakiem, nigdy mnie nie łają (prawda, panno Amando?) i jestem zawsze tak rozsądna, jak dzisiaj. Będę dla ciebie drugą matką!
Panna Sergent stara się nie okazać, ale jest zabawioną, Rabastens w zachwycie, a oczy nowoprzybyłej wyrażają pewną wątpliwość co do stanu moich władz umysłowych. Lecz już ją zostawiam, dosyć mam z nią zabawy, już mię nie zajmuje; pozostaje przy siostrze, która mówi do niej „mały głuptasie!“ Nie krępując się zapytuję:
— Gdzie będzie spała, bo nic jeszcze nie gotowe.
— Ze mną, odpowiada Amanda.
Przygryzam usta i patrząc w twarz przełożonej mówię dobitnie:
— To bardzo nudnie!
Rabastens śmieje się w kułak, a potem wygłasza opinię, że już można byłoby zacząć śpiewać. Tak, można byłoby; już nawet śpiewają. Nowoprzybyła nie chce nic wiedzieć i milczy uparcie.
— Panno Lanthenay junior, pani wcale nie zna muzyki? pyta wytworny Antonin z uśmiechem rozwoziciela wina.
— Tak, panie; trochę, odpowiada Lucya cichym, śpiewnym głosem, który musi być słodkim, jeśli go bojaźń nie tłumi.
— A więc?
A więc, nic z tego. Zostawże w spokoju to dziecko, galancie z Marsylii!
Jednocześnie Rabastens szepce do mnie: „lecz jeśli te panie są zmęczone, nic nie będzie z naszych lekcyi śpiewu!“
Rzucam okiem dokoła, zdziwiona, że śmie mówić do mnie cicho; ale ma słuszność: koleżanki moje zajęte są nowoprzybyłą, głaszczą ją, mówią do niej słodko; odpowiada uprzejmie, ośmielona dobrem przyjęciem; co do tej kotki Lanthenay i jej tyrana ukochanego, stoją obie wciśnięte w okno, szepcą coś z sobą i zapomniały o nas doszczętnie.
— Są tak często razem?
— Najczęściej. Nieprawdaż, że taka przyjaźń jest wzruszająca!
— Raczej krępująca, dla innych.
— A pański kolega, czy bardzo jest szczęśliwy, że się zaręczył z panną Lanthenay?
— O tak, biedaczysko! Zdaje mi się jednak, że niema czego być tak bardzo szczęśliwym.
— O! dlaczego tak?
— Hm! Przełożona zrobi wszystko z panny Amandy, co zechce; nie jest to bardzo przyjemne dla przyszłego męża. Mnieby to niecierpliwiło, gdyby moja żona słuchała bardziej kogoś niż mnie.
Jestem tegoż zdania. Lecz już skończyły rozmowę, trzeba być ostrożną. Śpiewajmy... Nadaremnie! Oto Armand ośmiela się wejść; przerywa szepty obu pań. Stoi w zachwycie przed narzeczoną, która kokietuje z nim, mruga długiemi rzęsami, podczas gdy panna Sergent przygląda się mu rozczulonym wzrokiem teściowej, która dobrze ulokowała córkę. Panienki zaczynają znowu rozmawiać, aż oto, bije godzina. Rabastens ma słuszność, śmieszne są nasze lekcye śpiewu!
Nazajutrz przy wejściu do szkoły spotykam młodą dziewczynkę, o włosach bez połysku, o szarych oczach i grubej skórze; zaciska dokoła szczupłych ramion wełnianą chusteczkę i ma wzruszający wygląd chudego, zziębniętego kota, który się boi. Anaïs wskazuje mi na nią ruchem brody, niezadowolona. Wstrząsam głową litośnie i szepcę w odpowiedzi. „Ta będzie tu nieszczęśliwa, to zaraz widać; tamtym dwom zbyt dobrze jest razem, aby jej nie skazały na cierpienie.“
Uczenice schodzą się powoli. Przed wejściem do szkoły zauważyłam, że oba budynki szkolne wykończają się z nadzwyczajną szybkością; zdawałoby się, jakby Dutertre obiecał dobrego kubana przedsiębiorcy robót, aby wszystko było gotowe na jakiś termin oznaczony. Musiał tam coś naszachrować ten ananas!
Lekcya rysunków pod przewodnictwem panny Lanthenay. Tym razem mamy odrysować rżniętą karafkę, umieszczoną na biurku przełożonej. Zawsze są bardzo wesołe te lekcye rysunków, bo nastręczają tysiące sposobności do wstawania; to się znajdzie „niemożliwość“, to robią się wszędzie plamy z tuszu, albo potrzeba zmiany miejsca. Rozpoczynają się skargi; ja otwieram ogień:
— Panno Amando, nie mogę z mojego miejsca odrysować karafki, gzems pieca mi zasłania.
Panna Amanda pochylona ku przełożonej, która pisze list, zwraca się ku mnie.
— Wychyl nieco głowę, to zobaczysz.
— Panno Amando, woła znowu Anaïs, nie mogę widzieć modelu, bo głowa Klaudyny mi zasłania.
— Ach, nieznośne jesteście! Zwróćcie trochę wasz stolik, to będziecie widziały obie.
A teraz Marya Belhomme jęczy:
— Pani, ja nie mam kredki! i ten papier, co pani mi dała, ma skazę pośrodku, nie mogę narysować karafki.
— Ach! zgrzyta panna Sergent zdenerwowana, czy skończycie nareszcie? Oto kredka, oto papier, a teraz nie słucham już nikogo, albo każę odrysować cały serwis stołowy!
Cisza przerażenia! Oddech muchy słyszećby można... w ciągu pięciu minut. W szóstej minucie daje się słyszeć lekkie brzęczenie, spada sabot, Marya Belhomme kaszle, a ja wstaję aby zmierzyć szerokość i długość karafki. Po mnie robi to samo wielka Anaïs, mruży przytem jedno oko i krzywi całą twarz w najokropniejszy grymas; Marya śmieje się stłumionym śmiechem.
Przyglądam się tymczasem robocie Anaïs; jej karafka do niej jest podobna; za wysoka, za długa, z szyjką za cienką. Przestrzegam ją, ale nie chce mnie słuchać zajęta preparowaniem nakolanach „guniguni“; ma ją przesłać w pudełku od piór nowej uczenicy; obrzydła gąsienica! (Gunigunia jest to węgiel rysunkowy, sproszkowany i zmieszany z tuszem; prawie jest suchy a plami niespodziewanie ręce, zeszyty, suknie w niemożliwy sposób). Ta biedna mała Łucya zbruka palce i cały swój rysunek otwierając pudełko, i będzie jeszcze za to wyłajaną. Aby ją pomścić, chwytam szybko rysunek Anaïs, przez środek karafki rysuję atramentem pasek z klamrą i podpisuję pod rysunkiem Portret wielkiej Anaïs. Anaïs podnosi głowę w chwili, gdy skończyłam pisać i z słodkim uśmiechem przesyła pudełko Lucyi. Mała aż poczerwieniała i dziękuje uprzejmie. Anaïs pochyla się znów nad swym rysunkiem i głośne „och!“ pełne oburzenia rozlega się w klasie. Nauczycielki przypominają sobie nas.
— Anaïs, zwaryowałaś chyba?
— Proszę pani, co Klaudyna zrobiła na moim rysunku!
Nadęta gniewem leci z rysunkiem do biurka przełożonej. Panna Sergent rzuca nań wzrok surowy i nagle wybucha śmiechem. Wściekłość i rozpacz Anaïs; płakałaby ze złości, gdyby łatwo jej było o łzy. Odzyskując powagę, przełożona wygłasza: „Podobne żarty nie dopomogą ci Klaudyno do zdania egzaminu; ale skrytykowałaś dość słusznie, rysunek Anaïs jest za długi i za wązki“. Wielka żerdź wraca na swoje miejsce rozjątrzona, zmieszana. Mówię do niej:
— To cię nauczy posyłać gunigunię tej małej, która nic złego ci nie zrobiła.
— Och! och! czy ci się chce na młodszej odbić brak powodzenia u starszej, że tak ją bronisz?
Paff!
To policzek zadźwięczał na jej twarzy. Wycięłam go z całym rozmachem, dodając jeszcze: „Nie mieszaj się do tego, co do ciebie nie należy.“ Cała klasa wstrząśnięta, brzęczy jakby w ulu; dla tak ważnego wypadku panna Sergent wstaje od swego biurka. Już oddawna nie biłam żadnej koleżanki, myślano, że nabrałam rozsądku. Dawniej miałam brzydki zwyczaj regulować małe sprzeczki pomocą pięści lub klapsa, nie uznając potrzeby skarżenia się nauczycielkom. Moja ostatnia bójka datuje się więcej niż od roku.
Anaïs płacze na stole.
— Panno Klaudyno, mówi surowo przełożona, radzę ci panować nad sobą. Jeśli zaczniesz na nowo bić koleżanki, będę zmuszona usunąć cię ze szkoły.
Źle trafiła; ja się już puściłam; uśmiecham się jej w oczy tak zuchwale, że w jednej chwili wybucha:
— Klaudyno, spuść oczy!
Nie spuszczam wcale.
— Klaudyno, wyjdź!
— Z przyjemnością!
Wychodzę, lecz na dworze przypominam, że nic nie mam na sobie. Wracam po kapelusz. Klasa zmieszana i niema. Widzę jak Amanda przybiegła do panny Sergent i mówi do niej gwałtownie, cicho. Nie doszłam jeszcze do progu, kiedy przełożona mię przywołuje.
— Klaudyno, chodź tutaj; usiądź na swojem miejscu. Nie chcę cię usuwać, bo porzucisz szkołę po egzaminie... A zresztą nie jesteś niezdolną uczenicą, chociaż często jesteś bardzo złą wychowanką; nie chcę pozbawiać się ciebie, chyba w ostateczności. Odłóż kapelusz na miejsce.
Co to musiało ją kosztować! Jeszcze cała wstrząśnięta, zeszyt drży w jej rękach. Mówię bardzo rozsądnie: „Dziękuję pani“ i zasiadam na swojem miejscu, obok wielkiej Anaïs, nieco przestraszonej wywołaną sceną. Ze zdumieniem roztrząsam powody, które zmusiły tę mściwą rudą do przywołania mię napowrót. Czy bała się o złe wrażenie, jakie to zajście wywołać mogło w mieście okręgowem? Czy może myślała, że będę paplać wszystko, co wiem (chociażby to tylko) o całym nieporządku szkoły, o wybrykach delegata okręgowego ze starszemi uczenicami, o jego zbyt długich wizytach u nauczycielek, o częstem opuszczaniu klasy ze strony tych dwóch pań, nazbyt sobą zajętych, lub może o książkach i czasopismach panny Sergent (Journal Amusant, brudy Zoloskie i gorzej jeszcze), lub o młodszym nauczycielu, eleganckim barytonie, flirtującym z uczenicami ostatniej klasy — o tem mnóstwie rzeczy nieznanych i niepodejrzywanych przez rodziców, bo wielkie, które tak dobrze bawią się w szkole, nic nie powiedzą, a małe niebardzo rozumieją? Czy może się zlękła tego wpół-skandalu, któryby poderwał jej reputacyę i przyszłość pięknej szkoły, którą stawiają z wielkim kosztem? Przypuszczam. A przytem, gdy uniesienie, moje, zarówno jak i jej, już zgasło, wolę pozostać w tem pudełku, gdzie bawię się lepiej niż gdzieindziej. Zrównoważona popatruję na marmurowy policzek Anaïs i szepcę do niej wesoło:
— Cóż, stara, ciepło ci?
Tak jest przerażona, aby nie wykryła się istotna przyczyna policzka, że nie zachowuje do mnie urazy.
— Naturalnie, że pali! Ale, wiesz, masz ciężką rękę! Czy nie waryatka z ciebie, aby tak zaraz w gniew wpadać?
— Dosyć, nie mówmy już o tem. Zdaje się, że w prawej ręce mam ruch nerwowy trochę za gwałtowny.
W każdym razie wytarła gumą „pasek“ swojej karafki, ja skończyłam swoją i panna Amanda gorączkową ręką poprawia nasze rysunki.
Dzisiaj lekcya czytania głośnego. Ustępy wybrane. Cyt! dla rozrywki rozkładam na kolanach numer Echa paryskiego, w który się zaopatrzyłam na wypadek nudnych ustępów i właśnie rozkoszuję się w Złem żądaniu Lucyana Muhlfelda, kiedy rozlega się głos panny Sergent: „Dalej Klaudyna!“ Nic nie wiem na czem stanęliśmy, zrywam się gwałtownie, zdecydowana raczej „sprawić nieszczęście“, niż dać się złowić na mojej gazetce. W chwili gdy już myślę o wywróceniu atramentu, rozdarciu książki, o wykrzyknięciu: „Niech żyje anarchia!“ zapukano do drzwi... Panna Lanthenay wstaje, otwiera, usuwa się i Dutertre wchodzi.
Czy ten doktór pochował już wszystkich pacyentów, że tyle ma wolnego czasu? Panna Sergent biegnie ku niemu, ściska mu rękę i spogląda na małą Amandę, która stała się ciemnoponsowa i śmieje się z zakłopotaniem. Dla czego? Nie jest wcale lękliwą! Męczą mnie oni wszyscy, zmuszając ciągle do zgadywania, co mogą ukrywać i myśleć...
Dutretre widział mię dobrze, bo stałam, ale zadawalnia się tylko przesłaniem mi uśmiechu zdaleka i pozostaje przy tych paniach. Półgłosem rozmawiają we troje; ja siedzę poważnie i patrzę. Naraz panna Sergent, która nie przestaje wpatrywać się miłośnie w pięknego delegata, podnosi głos i mówi: „Możesz pan teraz dobrze obliczyć; ja skończę tę lekcyę, a panna Lanthenay zaprowadzi pana. Łatwo pan spostrzeżesz tę szparę, o której mówiłam; nowy mur zaznaczył się od góry do dołu po lewej stronie łóżka. W nowym domu to jest niepokojąco, nie mogę spać spokojnie“. Panna Amanda nic nie odpowiada, zrazu czyni gest przeczenia, lecz powstrzymuje się i znika, poprzedzając Dutertra, który podaje rękę przełożonej i potrząsa nią silnie, jakby dziękując.
Zapewne, nie żałuję, że wróciłam do szkoły, lecz jakkolwiek jestem przyzwyczajona do ich wzięcia się szczególnego, do niebywałych obyczajów, jednak staję zdumiona wobec pytania, na co ona liczy posyłając tego uganiacza za spódniczkami razem z młodą dziewczyną dla odszukania w jej pokoju rysu na murze, który, przysięgłabym, że nie istnieje.
„Oto jest historya szpary!“ Tę uwagę wsuwam w samo ucho Anaïs, która ściska się za boki i frenetycznie pożera gumę dla zamanifestowania swej radości z powodu takiej awantury dwuznacznej. Pociągnięta jej przykładem, wyciągam z kieszeni zeszycik bibułki papierosowej (jadam tylko Nil!) i żuję z zapałem.
— Moja stara, mówi Anaïs, znalazłam tu coś osobliwszego do jedzenia.
— Co? stare gazety?
— Nie; całą kopalnię ołówków, wiesz, niebieskich z jednej strony, czerwonych z drugiej. Koniec niebieski jest cokolwieczek lepszy. Ściągnęłam pięć sztuk tam z tej szafki w murze. Przepyszne!
— Daj, sprobuję. Nie, nie przepyszne. Zostaję przy moim Nilu.
— Głupia jesteś; nie wiesz co jest dobrego.
Podczas, gdy gawędzimy cichutko, panna Sergent zatopiona w myślach, każe Lucyi czytać, nic jej nie słysząc. Cudowna myśl! Co mam takiego wymyślić, aby umieszczono przy mnie tę dziewczyninę? Sprobuję wymusić na niej wszystko, co wie o swojej siostrze Amandzie, może mi powie... tem łatwiej, że kiedy idę przez klasę, ona wiedzie za mną oczyma ciekawemi i zdumionemi, trochę uśmiechniętemi, zielonemi oczyma, które w cieniu stają się brunatne, otoczone długiemi, czarnemi rzęsami...
— Czemu oni siedzą tam, tak długo! Czy już nie przyjdzie do nas na geografię, ta bezwstydnica?
— Anaïs, czy już druga?
— Wielkie rzeczy! czy żałujesz? Jeśli dziś nie wydamy lekcyi, nie będzie to bardzo źle. Moja stara, czy już zrobiłaś kartę Francyi?
— Tak sobie... kanały jeszcze nie skończone. Wiesz, źle byłoby, gdyby dziś przyszedł inspektor; naprawdę, nie znalazłby porządku. Popatrz-no, czy panna Sergent, przyklejona do okna, myśli co o nas?
Wielka Anaïs dusi się nagle od śmiechu.
— Co oni mogą tam robić? Widzę stąd pana Dutertre, jak wymierza długość i szerokość szpary.
— Czy myślisz, że ta szpara jest długą? zapytuje naiwnie Marya Belhomme rysująca góry na swej karcie za pomocą przesuwania nierówno zaciętego ołówka.
Parskam śmiechem; czy nie za głośno? „Nie“, upewnia mię wielka Anais.
— Możesz być spokojna; pani przełożona jest tak zajęta, że mogłybyśmy tańcować bezkarnie.
— Tańcować? Czy założysz się, że tego nie zrobię? mówię, podnosząc się cichutko.
— Idę o zakład o dwie bille[1], że nie przetańczysz bez dostania za karę dwóch czasowników.
Zdejmuję saboty, delikatnie, i staję pośrodku klasy między dwoma rzędami stołów. Wszyscy podnoszą głowy, widocznie moja sztuka wzbudza żywe zajęcie. Dalej więc! odrzucam w tył włosy, ujmuję w dwa palce sukienkę i rozpoczynam misterną polkę, która chociaż niema, niemniej wzbudza podziw ogólny. Marya Belhomme nie mogła powstrzymać śmiechu; niech Pan Bóg ją wspomaga! Panna Sergent drgnęła i obraca się nagle, lecz już rzuciłam się na moję ławkę i słyszę jak przełożona mówi głosem znudzonym, dalekim:
— Maryo Belhomme, przepiszesz mi czasownik śmiać się rondem. Naprawdę, bardzo to przykro, że panny lat piętnastu wtedy tylko są grzeczne, kiedy ma się oczy na nie zwrócone.
Biedna Marya ma ochotę płakać. A ja domagam się niezwłocznie dwóch bil od wielkiej Anaïs, która mi je podaje niechętnie.


Co mogą robić tych dwoje obserwatorów szpary? Panna Sergent ciągle patrzy w okno; bije wpół do trzeciej; tak dłużej trwać nie może. Niech wie przynajmniej, że zauważyłyśmy wszystkie tą długą nieobecność nauczycielki. Kaszlam, nic nie pomaga, pytam więc głosem rozsądnym, głosem sióstr Jauberts:
— Mamy tu karty geograficzne do poprawienia; czy nie będzie dziś lekcyi geografii?
Ruda odwraca się żywo i rzuca spojrzenie na zegar. Poczem ściąga brwi zniecierpliwiona:
— Panna Amanda wróci za chwilę; słyszałaś dobrze, że posłałam ją do nowej szkoły; powtarzajcie tymczasem lekcye, nie będziecie nigdy umiały ich zanadto.
Dobrze można zatem wcale nie powtarzać. Wielka radość i gwar czynny, jak tylko wiemy, że nic niema do roboty. I zaczyna się komedya „powtarzania lekcyi“. Przy każdym stole jedna uczennica bierze książkę, druga zamyka swoją i powinna wypowiadać lekcyę, albo odpowiadać koleżance na pytania. Na dwanaście uczenic tylko bliźniaczki Jaubertówny powtarzają rzeczywiście; wszystkie inne albo zadają fantastyczne pytania albo poprostu rozprawiają o swoich sprawach, zachowując pozór uczących się i poruszając usta — jakby powtarzały cicho lekcyę. Ja rozmawiam z Anaïs. Lecz po niejakiej chwili mam tego dosyć. Chcę wyjść, podpatrzeć ich gdziekolwiek.
— Pani?...
Żadnej odpowiedzi.
— Pani, czy mogę wyjść?
— Wyjdź, lecz wracaj zaraz.
Mówi to bez akcentu, bez myśli; widocznie cała jej dusza jest gdzieś indziej. Wybiegam żywo, lecę na korytarz i czekam. Po chwili muszę już wracać rozczarowana, kiedy spostrzegam jak z nowej szkoły wychodzi Dutertre, sam; wkłada rękawiczki, i jest wielce zadowolony. Nie zachodzi do klasy a idzie prosto do miasta. Amandy z nim niema, ale to wszystko jedno, widziałam dosyć. Zawracam, aby biedz do szkoły i cofam się w przerażeniu: o dwadzieścia kroków odemnie, po za niewysokim murem, który oddziela takąż galeryę u chłopców ukazuje się głowa Armanda. Biedny Duplessis blady i wzburzony patrzy w stronę nowej szkoły; widzę go przez pięć sekund, potem znika, a po chwilce znów się ukazuje, pędzący ogromnymi krokami drogą do lasu.
Już się nie śmieję. Co będzie z tego wszystkiego? Powracam do klasy, nie śledząc już dalej.
W klasie wre ciągle. Marya Belhomme bawi się wybornie w jakąś grę z nowo przybyłą małą Lanthenay. Panna Sergent stoi zawsze u okna.
Anaïs, która tymczasem smarowała kolorowym ołówkiem portrety wielkich ludzi w Historyi Francyi, spotyka mię pytaniem: „A cóż widziałaś?“
— Stara, nie żartuj! Armand Duplessis ich podpatrzył; Dutertre poszedł do miasta, a Richelieu poleciał jak szalony.
— Założę się, że znowu zmyślasz?
— Nie! słowo honoru! serce mi jeszcze dotąd bije.
Nastaje chwila milczenia. Anaïs pyta:
— Powiesz to innym?
— Nie; te głuptasy rozpaplą wszędzie. Chyba tylko Maryi Belhomme.
Opowiada... wszystko Maryi; jej oczy rozszerzają się coraz bardziej i wkońcu przepowiada. „Wszystko to źle się skończy!“
Drzwi się otwierają, odwracamy się wszyscy. Wchodzi panna Amanda zarumieniona, trochę zdyszana. Panna Sergent biegnie ku niej, przyciąga ją do okna, coś pyta chciwie. (A nasza lekcya geografii?)
Cudowne dziecię bez zbytniego pośpiechu rzuca odpowiedzi, które zdają się niezadowalniać godnej jej zwierzchniczki. Wreszcie przedłużone ich szepty zaczynają mnie niecierpliwić. Trzeba położyć im koniec. Na dane przezemnie hasło cała klasa zaczyna brzęczeć; zrazu cicho jak pszczoły, potem coraz śmielej, coraz głośniej, aż nareszcie brzęczenie dochodzi do uszu zacietrzewionych nauczycielek, zamieniają z sobą zaniepokojone spojrzenie, lecz w jednej chwili dzielna panna Sergent przechodzi w offenzywę.
— Cicho! Jeśli posłyszę brzęczenie, całą klasę zatrzymam do szóstej! Czy sądzicie, że lekcye mogą być regularne, zanim nowa szkoła nie będzie gotowa? Jesteście tak wielkie, że możecie same pracować, kiedy która z nauczycielek nie może wam wykładać. Podajcie atlas. Uczennica, która nie będzie umiała, będzie miała przez cały tydzień dodatkową lekcyę!
Ma powagę, ta kobieta brzydka, namiętna i zazdrośna; skoro tak głos podniesie, wszyscy niemieją. Lekcya wydaje się równo, głośno, jak uderzenia bębna, nikt nie ma ochoty „nie uważać“ bo w powietrzu krąży groźny powiew kar i powtarzań.
O pięć na piątą rozlega się zwykłe: „Złożyć zeszyty, stanąć w szeregi!“ staję i ja z wielkim moim smutkiem. Więc to nie dziś jeszcze rozwiązanie tragedyi! Przyjdę jutro wcześnie do szkoły, aby nie opuścić niczego, co zdarzyć się może.

Nazajutrz, kiedy przyszłam wcześniej niż zwykle, dla zabicia czasu rozpoczynam gawędkę z bojaźliwą i smutną panną Griset, zawsze bladą i jakby wystraszoną.
— Czuje się tu pani dobrze?
Zanim odpowiedziała, obejrzała się dokoła.
— Och, nie tak bardzo; nie znam tu nikogo, nudzę się trochę.
— Ale koleżanka jest grzeczną dla pani, także i Przełożona?
— N... nie wiem; naprawdę, nie umiem powiedzieć, czy są miłe; nie zajmują się mną nigdy.
— Proszę!
— Tak; u stołu przemówią coś do mnie czasem; lecz skoro tylko poprawimy zeszyty, wychodzą, a ja pozostaję sama z matką panny Sergent, która także sprzątnąwszy ze stołu zamyka się w kuchni.
— A dokądże tamte idą?
— Do swego pokoju.
Biedaczka! dla tych swych zapracowanych siedemdziesięciu pięciu franków wszystko przenieść musi!
— Jeśli się pani nudzi wieczorami, może mogę pożyczyć książek?
Co za radość! Prawie aż się rumieni!
— O, i owszem!... Jesteś panienka bardzo dobrą. Czy tylko Przełożona nie będzie to źle widziała?
— Panna Sergent? Czy pani jeszcze przypuszcza, że ta ruda będzie się troszczyła o panią?
Uśmiechnęła się prawie z ufnością i pyta, czy nie mam Romansu ubogiego młodzieńca, który tak pragnęła zawsze przeczytać! Tak, będzie go miała jutro, swego romantycznego Feuilleta; biedaczka, taka opuszczona, litość we mnie wzbudza.
Cichym krokiem zbliża się Lucya Lanthénay, szczęśliwa i podniecona, że może porozmawiać ze mną.
— Dzień dobry, małpeczko; powiedz mi: „dzień dobry, Wasza Wysokość“, mów natychmiast! Dobrze spałaś?
Szorstko głaszczę jej włosy, co nie zdaje się jej zniechęcać; śmieje się do mnie oczyma, zielonemi oczyma, podobnemi zupełnie do oczu Fanszetki, mojej kotki.
— Tak, Wasza Wysokość, spałam dobrze.
Nadbiega Anaïs.
— Czy nic nowego?
— Nic; nikt jeszcze nie zszedł z góry. Chcesz grać w kule? cóż kiedy nie mam wszystkich dziewięciu?
— Ja mam te, które od ciebie wygrałam. Chodź! rzucajmy na wyścigi!
Gra wielce ożywiona; kule odbijają się, omal nie pękną. Podczas kiedy mierzę długo nader trudny pocisk, Anaïs woła: „spójrz“!
Rabastens wchodzi na podwórze. Tak wcześnie, możemy się zadziwić. Jednak najpiękniejszy z Antoniuszów już wymuskany, jaśniejący. Na mój widok rozjaśnia się cały i zbliża się wprost do nas.
— Dzień dobry paniom... Jakichże pięknych kolorów dodała gra pannie Klaudynie!
Zabawny ten jego akcent patois. W każdym razie, aby podrażnić Anaïs patrzę na niego uprzejmie i pochylając się w ukłonie, drgam rzęsami.
— Co pana sprowadza do nas tak wcześnie? Panie jeszcze nie zeszły.
— Właściwie, nie wiem, co mam powiedzieć... chyba, że narzeczony panny Amandy nie był wczoraj na obiedzie; ludzie, co go spotkali, powiadają, że wyglądał cierpiący; w każdym razie nie wrócił jeszcze, może się mu co zdarzyło; chciałem uprzedzić pannę Lanthénay o złym stanie zdrowia jej narzeczonego.
„Zły stan zdrowia jej narzeczonego“... Ten marsylczyk dobrze się wyraża. Wartoby go zrobić reporterem od „ogłoszeń śmierci i ważnych wypadków“. A więc, kryzys się zbliża. Chciałam jednak ostrzedz winowajczynię. Tem gorzej dla niej! Jestem dziś zła i chciwa wrażeń, muszę zatrzymać Antonina. Wystarczy otworzyć naiwnie oczy i pochylić tak głowę, aby pukle włosów spadły mi na twarz wolno. Bierze się na haczyk.
— Proszę pana, czy to prawda, że pan pisze prześliczne wiersze? Słyszałam o tem w mieście.
Naturalnie, kłamstwo. Gotowa jestem wszystko wymyślić, iżby tylko nie szedł do nauczycielek. Czerwieni się i jąka, uniesiony zachwytem i niespodzianką.
— Któż to mógł mówić?... Ależ nie... upewniam, nie zasługuję... To szczególna; nie przypominam sobie, abym komu mówił o tem!
— A widzi pan! rozgłos wyprzedza pańską skromność! (Staram się wpaść w ton jego). Czy nie będzie niedyskrecyą, jeśli poproszę...
— Ach, proszę pani!... jestem zmieszany... nie mógłbym dać pani tych biednych wierszy ― miłośnych... ale o! niewinnych! nie ośmieliłbym się nigdy pozwolić sobie...
— Panie, czy to nie dzwonek w klasie, u pana?
Niech już idzie, niech idzie! Amanda za chwilę zejdzie i on jej powie, ona wszystko zagładzi i nic nie zobaczymy!
— Tak jest... ale to jeszcze nie lekcya, to te dyabły, urwisze, wieszają się na sznurku; nie można jednej chwili ich zostawić! Ciężko samemu czuwać nad wszystkiem!
Nieborak! Jednak ten sposób czuwania nad wszystkiem, zawierający się w prawieniu grzeczności młodym panienkom, chyba nie jest meczącym nad siły.
— Pani sama widzi, muszę tam iść! Lecz panna Lanthénay...
— Możesz ją pan uprzedzić o jedenastej, jeśli kolegi pana jeszcze nie będzie. Lecz może wkrótce nadejdzie.
Leć, leć gruba wazo z uchami; dosyć się tuś naśmiał, nakłaniał; leć, zgiń z oczu! Nareszcie!
Nauczycielki ukazują się; wchodzimy do klasy i panna Sergent pozostawia nas w ręku swojej ulubienicy. Ta pyta nas o wczorajsze zadania rachunkowe.
— Anaïs, proszę do tablicy. Odczytaj zadanie.
Jest to zadanie dość skomplikowane, ale wielka Anaïs, która ma zdolności do rachunków, obraca się z wielką łatwością wśród kurjerów, wskazówek zegara i dzieleń proporcyonalnych.
Aj, moja kolej!
— Klaudyno, proszę do tablicy. Wyciągnąć kwadratowy pierwiastek z dwóch milionów siedemdziesięciu trzech tysięcy sześćset dwudziestu.
Uczuwam nieprzezwyciężony wstręt do wszystkiego, co trzeba wyciągać. A wreszcie, niema tu panny Sergent i nagle wpadam na pomysł wycięcia dobrej sztuki mojej ex-przyjaciółce. Rozwińmy sztandar buntu! Stojąc już przed tablicą, wstrząsam głową i mówię zcicha „Nie“.
— Jakto, nie?
— Nie chcę dziś wyciągać pierwiastków. Nie mogę.
— Klaudyno, czy zwaryowałaś?!
— Nie wiem, lecz czuję, że zachoruję, jeśli będę wyciągała pierwiastki.
— Czy chcesz być ukaraną?
— Chcę wszystko inne, tylko nie pierwiastki. To nie jest nieposłuszeństwo; ja nie mogę tego robić. Bardzo mi to przykro, upewniam panią.
Cała klasa dygoce z radości. Panna Amanda niecierpliwi się, w gniew wpada.
— Posłuchasz mnie, czy nie? Powiem pannie Sergent i wtedy zobaczymy.
— Powtarzam, że nie mogę.
Ona zstępuje z dwóch stopni i zbliża się ku mnie w słabej nadziei zatrwożenia mnie. Powstrzymuję się od śmiechu... Ta mała, słowo honoru, sięga mnie zaledwie do brody. Cała klasa bawi się szalenie.
— Panno Klaudyno, raz jeszcze, posłuchasz mnie czy nie?
Z niezachwianą słodyczą zaczynam znowu; stoi blisko mnie, zniżam głos.
— Raz jeszcze, panno Amando, rób pani ze mną co chcesz, dawaj mi sprowadzać ułamki do jednego mianownika, budować podobne trójkąty... konstatować szpary w murze, wszystko, wszystko: tylko nie kwadratowe pierwiastki, och, tylko nie to!
Koleżanki, z wyjątkiem Anaïs, nie zrozumiały, ale panna Lanthénay rażona jest kontuzyą. Cała czerwona, straciwszy pamięć, krzyczy:
— To... tego za wiele! Idę po pannę Sergent... ach, tego za wiele!
Rzuca się do drzwi. Biegnę za nią i dopędzam ją w korytarzu, podczas gdy koleżanki moje śmieją się na całe gardło i skaczą na ławkach. Przytrzymuję Amandę za ramię, a ona ze ściśniętymi zębami, milcząc, nie patrząc na mnie, ze wszystkich swych słabych sił stara się wyrwać z mych rąk.
— Proszę posłuchać, kiedy mówię. Przysięgam, kiedy zadenuncyujesz mnie pani przed panną Sergent, lecę w tej chwili do narzeczonego pani i opowiem mu historyę tej szpary.
Stanęła nagle, lecz zawsze niema, ze spuszczonemi oczyma, ze ściśniętemi wargami.
— Jakże? wracasz pani ze mną do klasy? Jeśli nie, to i ja także nie wracam, a idę wprost do paninego Richelieu. Prędzej! proszę wybierać.
Otwiera nakoniec usta i szepcze, nie patrząc na mnie:
— Nie, nie powiem. Puść mnie, nie powiem nic.
— Na pewno? Bo pani wiesz, że jeśli powiesz rudej, to ta nie wytrzyma nawet pięciu minut i będę zaraz o tem wiedziała. Więc napewno? przyrzekasz pani?
— Nic nie powiem, puść! Wracam natychmiast do klasy.
Puszczam jej ramię i wracamy w milczeniu. Ofiara moja rozkazuje krótko, od biura, przepisać zadania na czysto.
Anaïs pyta mię cicho:
— Czy poszła powiedzieć?
— Nie, wyperswadowałam jej łagodnie. Nie chciałam rzeczy posuwać za daleko.
Panna Sergent nie przychodzi. O wpół do jedenastej marzymy już o blizkim wypoczynku. Biorę z pieca kilka żarzących węglików i wsuwam je w saboty; wyborny sposób rozgrzania nóg, srogo zresztą zabroniony; lecz pannie Lanthénay nie do węgli i nie do sabotów teraz! Tłumi w sobie gniew głucho, i oczy jej złote błyszczą jak dwa chłodne topazy. Mało mnie to obchodzi. Nawet mię to zachwyca.
— Cóż tam takiego? Nastawiamy uszu: krzyki, klnący głos męski, drugi, który stara się uspokoić... czy mularze się biją? Nie wierzę, przeczuwam coś innego. Mała Amanda stanęła blada, ona także czuje coś osobliwego. Naraz panna Sergent wpada do klasy; cały pons z jej policzków zniknął.
— Panienki, wychodźcie w tej chwili; jeszcze niema godziny, ale to nic... Wychodźcie, wychodźcie, nie stawajcie w szeregu, słyszycie, precz stąd!
— Co się stało?! woła panna Lanthénay.
— Nic, nic... każ-że im wyjść i nie rusz się stąd, trzeba raczej drzwi zamknąć na klucz... Jeszczeście nie wyszły, mazgaje!
Niema możności pozostać! Dałabym się chętniej ze skóry obedrzeć, niż w takiej chwili wyjść ze szkoły. Wychodzimy wśród tłoczących się koleżanek. Na dworze słychać wyraźnie głos klnącego... Wielki Boże! To Armand, bledszy niż topielec, z wpadłemi, obłąkanemi oczyma, cały w mchu, ze źdźbłami zielska we włosach — spał gdzieś w lesie zapewne... Wściekły z gniewu, po tej nocy, w której przeżuwał swą boleść, chce wpaść do klasy, z wyciągniętemi pięściami, wyjąc. Rabastens zatrzymuje go obu rękami, rzucając na około błędnym wzrokiem. Co się dzieje! Co się dzieje!
Marya Belhomme ucieka przerażona i chowa się za drugi oddział cały; Lucya znika, mam czas jednak pochwycić jej złośliwy uśmieszek; Jaubertówny biegną do bramy, nie oglądając się za siebie; nie widzę Anaïs, lecz przysięgłabym, że zasunięta gdzieś w kąt, nie traci najmniejszego szczegółu z całego widowiska!
Pierwsze słowo, które dolatuje moich uszu to: „Ulicznice!“ Armand wciągnął swego kolegę do klasy, gdzie obie nasze nauczycielki cisną się jedna do drugiej oniemiałe. Tamten krzyczy: „Niegodne, nie pójdę stąd, póki nie powiem wam, kto jesteście, chociażbym miał stracić posadę. Ach ty, włóczęgo, dajesz się głaskać za pieniądze temu łotrowi delegatowi! Jesteś gorsza, niż dziewka uliczna, ale ta ruda mniej jeszcze warta od ciebie, bo ciągnie ciebie za sobą. Ulicznice, jesteście dwie ulicznice, a ten dom jest“... Nie dosłyszałam, czem. Rabastens, który musi mieć podwójne muskuły Tartarina, odciąga nareszcie nieszczęśliwego, który dławi się przekleństwami. Panna Griset straciła głowę i zamyka w klasie małe, które już wychodziły. Ja uciekam z sercem nieco wstrząśniętem. Rada tylko jestem, że Duplessis zaraz wybuchnął, bo Amanda mogłaby podejrzywać, że ja go ostrzegłam.
Przyszedłszy po południu, zastajemy tylko pannę Griset, która każdej przybywającej uczennicy powtarza te same słowa: „Panna Sergent jest chora, panna Lanthénay jedzie do rodziny; macie nie przychodzić przez cały tydzień“.
Wybornie! odchodzimy sobie; nasza szkoła nie jest wcale banalną!
Podczas tygodnia zaimprowizowanych wakacyi dostałam odry i trzy tygodnie przeleżałam w łóżku, a potem ze dwa tygodnie rekonwalescencyi i jeszcze z tydzień „dla pewności“, abym nie przyniosła choroby do szkoły. Coby się ze mną stało bez książek i Fanszetty! To, co mówię, nie jest to bardzo uprzejmie dla Tata, który wszakże pielęgnował mię jak jakiego nadzwyczajnego ślimaka, a mając przekonanie, że chorej dziewczynce wszystko dawać należy, co zechce, przyniósł mi mrożone kasztany dla zniżenia temperatury! Fanchetta wylizywała się od głowy do ogona na mojem łóżku przez cały tydzień i po przez kołdrę bawiła się memi nogami, a odkąd gorączka spadła, zamieszkała między memi łopatkami na kołdrze. Wracam do szkoły trochę zmizerniała i bledsza, bardzo ciekawa tego „niezwykłego personalu nauczającego“. Tak mało miałam wiadomości podczas mej choroby! Nawet Anaïs, ani Marya Belhomme nie przyszły mnie odwiedzić z obawy, aby się nie zarazić.
O wpół do ósmej wchodzę na dziedziniec rekreacyjny, w piękny dzień przy końcu lutego, ciepły jak na wiosnę. Biegną do mnie wszyscy, radośnie witają siostry Jaubert zanim się zbliżyły, pytają troskliwie, czy zupełnie jestem już uleczona. Gwar ten odurza mię nieco. Nareszcie dają mi wytchnąć: więc pytam zaraz wielką Anaïs o ostatnie nowiny.
— Najprzód, Armand Duplessis wyjechał.
— Biedny Richelieu! Wyrzucony, czy przeniesiony?
— Przeniesiony tylko. Dutertre postarał się dlań o inną posadę.
— Dutertre?
— No tak; jeśliby Richelieu paplał, delegat okręgowy nie zostałby może deputowanym. DuterTre opowiadał w mieście, że nieszczęśliwy młodzieniec dostał napadu strasznej gorączki, szczęściem, że na czas go przywołano, jako szkolnego doktora.
— Ach, przywołano go na czas!... A panna Amanda także przeniesiona?
— Gdzie tam! Niema obawy! Przez cały tydzień nie pokazywała się nam; śmiała się z panną Sergent po dawnemu.
Tego już zanadto! Dziwne zaiste stworzonko, bez serca, bez mózgu, żyje bez pamięci, bez wyrzutów sumienia, zacznie znów kokietować jakiego nauczyciela młodszego, a igrać z delegatem okręgowym, aż póki nie doigra się znowu; i będzie nadal mieszkać z tą kobietą zazdrosną i gwałtowną, maczającą ręce we wszystkie awantury. Zaledwo słyszę, co Anaïs opowiada mi o Rabastenie, który jakoby ciągle prosił o wieści o mnie. Zapomniałam zupełnie o tym grubym Antoninie!
Dzwonią; lecz już do nowej szkoły wchodzimy; kaplica w środku, która łączy dwa skrzydła, będzie wkrótce ukończona.
Panna Sergent zasiada przed nowem biurkiem, eleganckiem, błyszczącem. Żegnajcie stare ławki krzywe, pocięte, niezgrabne; zasiadamy w nowych, pięknych, z pochylonemi deskami do pisania, z poręczami do oparcia; ławki są tylko na dwie uczennice; zamiast wielkiej Anaïs, za towarzyszkę mam teraz... małą Lucyę Lanthenay. Na szczęście ławki stoją dość blizko siebie, więc po dawnemu możemy gawędzić z Anaïs, która właśnie siedzi w ławce sąsiedniej, obok Maryi Belhomme. Rozglądam się po nowych kątach, rozkładam książki, podczas gdy Lucya przygląda się mnie z ubocza, nieśmiało. Lecz nie raczę z nią jeszcze mówić; zamieniamy tylko swoje spostrzeżenia nad nową szkołą z Anaïs, która coś gryzie łapczywie, zdaje się pączki zielone.
— Co tam jesz, dziczki stare?
— Pączki lipowe, moja stara. Nic pyszniejszego; właśnie teraz czas na nie w końcu lutego.
— Daj mi troszkę!... Naprawdę dobre; niby smoła z drzew owocowych. Cóż jeszcze zajadasz niesłychanego?
— Hm, nie mogę jeść w tym roku ołówków Conté, bo bardzo piasczyste. Ale za to bibuła jest doskonała! Jest jeszcze coś wybornego do żucia, ale nie do połykania, to strzępki płótniane z chustek z Bon Marché i Louvru.
— Fi! to nie dla mnie... Słuchaj, młoda Lucyo, postarasz się być grzeczną i posłuszną? Jeśli nie, obiecuję ci szturchańce i szczypania; strzeż się!
— Tak, pani; odpowiada mała, zbyt pewna siebie, z rzęsami spuszczonemi na policzki.
— Możesz mówić do mnie: ty. Spójrz na mnie, niech widzę twoje oczy. Dobrze. Wiesz, że jestem szalona; pewno już ci o tem powiedziano; otóż kiedy mi się kto sprzeciwia, staję się wściekła, gryzę i drapię, mianowicie teraz, po chorobie. Daj rękę: Widzisz? tak robię.
Zapuszczam jej paznokcie w rękę; nie krzyczy, tylko usta zacina.
— Nie piszczałaś, to dobrze. Wypytam cię podczas rekreacyi.


W klasie drugiej, przez drzwi nieco uchylone spostrzegam pannę Amandę, świeżą, ufryzowaną, różową, z oczyma aksamitniejszemi i złocistszemi niż kiedy, z minką złośliwą, a pieszczotliwą. Przesyłam promienny uśmiech pannie Sergent, która patrząc na nią, zapomina się na chwilę, a potem budząc się, mówi szorstko:
— Dajcie zeszyty. Historya. Wojna 70 roku. Klaudyno, dorzuca miękcej, czy mogłabyś mnie opowiedzieć, chociaż nie przechodziłaś kursu ostatnich dwóch miesięcy?
— Sprobuję; opowiem tylko mniej rozwijając temat, oto i wszystko.
Streszczam istotnie, jak mogę najbardziej, lecz kiedy dochodzę do końca, rozciągam ostatnie ustępy, aby módz jednocześnie, przypatrywać się wszystkiemu. Przełożona, zawsze ta sama z wyrazem ześrodkowanej namiętności i zazdrośnej brawury. Wszakże Amanda nie ma już tej pewności siebie i kokieteryi rozpieszczonej kotki, jak w roku zeszłym. Jest teraz bardziej zwierzątkiem uwielbianem, wychuchanem, które jednocześnie staje się małym tyranem, dla tych, którzy ją pieszczą. Zdaje się, jakgdyby ruda stała się jej niewolnicą. Po paru chwilach panna Sergent pyta ją głośno o listę obecnych i podchodzi do niej, gdzie szepcą coś cicho. Korzystam z tej samotności przypadkowej i wypytuję Lucyę.
— Bierzecie zawsze lekcye śpiewu we czwartki i niedziele?
— O, tak! Próbowano bez pan... bez ciebie, chciałam powiedzieć, ale nie udawało się; pan Rabastens nie umie nas uczyć.
— Dobrze. A gracz przychodził podczas mojej choroby?
— Kto taki?
— Dutertre.
— Nie przypominam... Tak, przychodził raz jeden, lecz nie do klasy; rozmawiał tylko parę chwil w podwórzu z siostrą moją i Przełożoną.
— Czy ruda dobra jest dla ciebie?
Ukośne oczy Luci pociemniały.
— Nie... mówi mi ciągle, że nie mam rozumu, że jestem leniwa... że siostra moja zabrała cały rozum w naszej rodzinie, tak jak i piękność... Zresztą wszędzie tak było, gdzie byłam razem z Amandą; tylko ją widziano, a mnie poniewierano.
Bliska jest płaczu, wściekła na tę siostrę „przyjemniejszą“ jak to mówią, która ją zaćmiewa i usuwa. Nie myślę zresztą, aby była lepszą od Amandy, tylko bardziej jest lękliwa i dzika, bo przywykła być zawsze samotną i milczącą.
— Biedny malcze! Zostawiłaś przyjaciółki, tam, gdzie byłaś?
— Nie, nie miałam przyjaciółek; były zanadto brutalne i wyśmiewały się ze mnie.
— Zanadto brutalne! Więc tobie to bardzo przykro, kiedy cię biję, kiedy cię potrącam?
Śmieje się, nie podnosząc oczu.
— Nie, bo wiem, że nie robisz tego ze złości, przez brutalność... to są raczej jakby żarty, nie naprawdę, to tak, jak kiedy mówisz do mnie: „głuptasie“, wiem że to przez śmiech. Owszem, lubię trochę się bać, kiedy niema wcale niebezpieczeństwa.
Tralala! Podobniusieńkie do siebie te dwie małe Lanthénay, nikczemne, przewrotne, egoistki i tak pozbawione wszelkiego pojęcia moralnego, że wprost aż śmiesznie. Wszystko to jedno; młodsza nienawidzi siostry i mogę wiele wyciągnąć z niej szczegółów, które mnie interesują, dając jej cukierki lub ją bijąc.
— Skończyłaś zadanie?
— Tak, skończyłam... ale nie wiedziałam, jak je zrobić, pewno nie będę miała świetnego stopnia.
— Daj mi swój zeszyt.
Odczytuję zadanie, bardzo nieszczególne, mówię, opuszczone szczegóły, trochę przerabiam okresy; rozpływa się z radości i zdziwienia i nagląda mię z ubocza oczyma zachwyconemi i zdziwionemi.


Jak pięknie, jak błogo jest na wsi! Jak moje śliczne Montigny ogrzewa się wesoło w tę wiosnę wczesną i ciepłą! Przeszłej niedzieli i we czwartek biegałam już po rozkosznych lasach, pełnych fijołków, z moją siostrą mleczną, z moją słodką Klarą. Opowiadała mi o swoich miłostkach; odkąd pogoda jest tak piękna, jej „kawaler“ naznacza jej rendez-vous na brzegu puszczy Sapiniére. Kto wie, czy nie skończy na jakiem głupstwie! Ale nie to ją kusi; aby jej tylko mówiono wyszukane słowa, których nie bardzo rozumie, aby klękano przed nią, aby ją uściskano, jednem słowem aby było jak w książkach, jej to zupełnie wystarcza.


W klasie zastaję Lucyę, z głową na stole, niemal duszącą się z płaczu. Siłą podnoszę jej głowę i spostrzegam oczy nabrzękłe od łez.
— Och!... Naprawdę! Nie jest ci z tem ładnie! Co ci jest mała? Czego tak beczysz?
— Ona... ona... mnie... mnie biła!
— Siostra?
— T...t... tak!
— Cóżeś jej zrobiła?
Ociera twarz, oczy i zaczyna potrochu opowiadać.
— Widzisz — zadania były bardzo trudne, więc zrobiłam je niedobrze, otóż ona wpadła w gniew, powiedziała, że jestem do niczego, że szkoda tych pieniędzy, co nasza rodzina płaci za mnie, że sprawiam jej obrzydzenie i jeszcze i jeszcze... Więc ja odpowiedziałam: „Ty mnie doprowadzasz do złego“... ona zaś uderzyła mnie — ot, po twarzy, ona zła jest jak dyabeł, nie cierpię jej...
Nowy potop.
— Biedna Luciu, gęś jesteś, nic więcej; nie trzeba było dać się bić, a mogłaś rzucić jej w twarz jej ex — Armanda...
Nagłe przerażenie w oczach dziewczyny zmusiło mię odwrócić głowę; panna Sergent słuchała nas, stojąc na progu. Patatra! cóż teraz będzie?
— Winszuję pannie Klaudynie, dajesz piękne rady temu dziecku.
— A panie — piękny przykład.
Lucya skamieniała, słysząc tę odpowiedź. Ogniste oczy Przełożonej zaiskrzyły się gniewem i wzburzeniem. Ale tym razem zapanowała już nad sobą, potrząsła tylko głową i rzekła:
— Na szczęście lipiec się zbliża; panna Klaudyna sama rozumie, nieprawdaż, że nadal zatrzymać cię tu nie mogę.
— Zdaje mi się. Ale to jest nieporozumienie; nasze stosunki odrazu źle się ułożyły.
— Idź bawić się, Lucyo — nie odpowiadając mnie, zwróciła się do małej. Ta nie dała sobie powtórzyć dwa razy. Wycierając nos, twarz, oczy, pobiegła do drzwi.
— To twoja wina, możesz być pewną. Odrazu, za mojem przybyciem byłaś dla mnie źle usposobiona, chociaż wyróżniałam cię wśród innych, jakkolwiek nie powinnam była może tego robić. Ale wydałaś się mnie dość inteligentną i ładną, podobałaś się mnie, mnie, co nie mam ani siostry, ani dziecka...
(Do dyabła, nie spodziewałam się tego! Nie można wykazać mi jaśniej, że zostałabym „jej małą Amandą“, gdybym tylko zechciała. Otóż nie! nie przemawia to do mnie nawet retrospektywnie).
— To prawda. Lecz, niestety, w każdym razie na złeby to wyszło z przyczyny panny Amandy; pani tak usilnie starałaś się o... o zdobycie jej przyjaźni, o zabicie tej trochę sympatyi, jaką miała dla mnie!
Ona odwraca oczy:
— Nie starałam się, jak sądzisz... Panna Amanda mogła sobie dalej dawać te lekcye angielskiego.
— Proszę tego nie mówić! Nie jestem idyotką i mówimy we cztery oczy! Długo byłam wściekła, bolałam nawet nad tem, bo jestem prawie tak samo zazdrośna jak pani... Dlaczego mi ją pani odebrałaś? Tak mi było smutno, tak, niech panią to cieszy, bardzo było mi smutno! Ale spostrzegłam, że nie szło jej o mnie, czy i o kogo jej idzie? Spostrzegłam także, iż nie wiele jest warta. Pomyślałam, że mogę tysiące innych głupstw robić, nie odrywając jej od pani. To i wszystko. Teraz jednego tylko pragnę; aby nie stała się zanadto panią całej szkoły i aby nie dręczyła swojej siostrzyczki, chociaż ta, w gruncie rzeczy nie mniej, nie więcej warta jest od niej... Nie opowiadam nigdy nikomu tego, co tu widzę; nie wrócę tu po wakacyach, a do egzaminów stanę, ponieważ tatuś wyobraża sobie, że chcę tego i jeszcze, że Anaïs byłaby nazbyt rada, abym nie zdała egzaminu. Możesz mię pani pozostawić w spokoju, nie będę już pani męczyła.
Mogłabym tak jeszcze mówić długo, nie słuchała mię. Nie odbieram jej małej, to tylko słyszała; zamyśliła się nad czemś, a potem wstrząsła się, zbudziła, stała się znowu przełożoną i tonem nakazującym mówi:
— Idź na dziedziniec; już ósma wybiła, stawajcie w szereg!
— Co tak długo rozmawiałaś z Przełożoną? pyta mnie wielka Anaïs... Jesteś już z nią tak dobrze?
— Jak dwie przyjaciółki, moja kochana.


Panna Amanda jak wicher wpada do klasy, wołając szeptem: Inspektor! inspektor! Wzburzenie. Otwieramy pospiesznie pulpity i pod pozorem porządkowania, gawędzimy, za wzniesionemi deskami pulpitów. Wielka Anaïs wyrzuca w powietrze zeszyty przerażonej Maryi Belhomme, a znalazłszy w historyi Francyi zeszyt Gil Blas illustré, pakuje go do kieszeni. Ja chowam zachwycające opowieści o zwierzętach niezrównanego Kiplinga.
Lektura bardzo niewinna! Gwar, powstawanie, zbieranie papierów, chowanie cukierków, bo ten stary Blanchot choć zamglone ma oczy, ale widzi niemi wszystko, wszędzie.
Panna Lanthenay w swojej klasie popycha małe gapiątka, porządkuje swe biurko, krzyczy i lata, a oto z trzeciej sali wychodzi biedna Griset zbłąkana, szukająca rady i pomocy. „Panno Sergent, czy pan Inspektor będzie przeglądał zeszyty małych? One piszą tylko laski i takie są brudne...“ Złośliwa Amanda śmieje się jej w oczy; Przełożona wzrusza ramionami: „Będzie on myślał o tych bębnach!“ Zmieszana Griset wraca do swojej klasy, gdzie małe stworzonka podnoszą hałas nieopisany, bo nauczycielka za grosz nie ma powagi.
Jesteśmy prawie gotowe. Panna Sergent woła: „Prędzej! bierzcie „ustępy wybrane“! Anaïs, wyrzuć z ust ołówek! naprawdę, wyrzucę cię za drzwi przy inspektorze, kiedy będziesz jadła ołówki. Klaudyno, czy nie możesz na chwilę przestać szturgać Lucyę Lanthénay? Maryo Belhomme, zrzuć te trzy chusteczki z głowy i z szyi i porzucić ten ogłupiały wyraz twarzy. Jesteście gorsze niż w trzeciej klasie, nie warte jesteście sznurka, aby was powiesić!
Musi wyładować swe zdenerwowanie.
Wielka Anaïs podnosi się w całej swej niepokojącej wielkości i z wargami szaremi jeszcze od ołówka zaczyna czytać Suknię z płaczliwego Manuela.
Wielki czas! Długi cień przesunął się po szybach korytarza, cała klasa zadrżała, powstajemy i drzwi się otwierają przed panem Blanchot. Nosi uroczyste oblicze między dwoma bokobrodami barwy soli z pieprzem i posiada wspaniały akcent franc-comptois. Trzyma się wspaniale, przeżuwa wyrazy z entuzjazmem, jak Anaïs gumę od atramentu, zawsze ubrany starannie i staromodnie. Zadawać nam będzie idyotyczne pytania i przekonywać, że powinnyśmy wszystkie „wstąpić na drogę nauczania“.
— Witam panie!... Moje dzieci, usiądźcie.
„Jego dzieci“ siadają ciche i posłuszne. — Panna Sergent śpieszy ku niemu pełna uszanowania i nieżyczliwości; cnotliwa Lanthenay zamknęła się w swojej klasie.
Pan Blanchot stawia w kącie laskę o srebrnej gałce i zaczyna od Przełożonej (dobrze jej tak!) Pyta o program egzaminu, o pilność, staranność itd. P. Sergent odpowiada: „Tak, panie inspektorze!“ lecz wzrok w głąb chowa; ma pewno ochotę go wybić. Skończył ją zarzynać, zwraca się do nas:
— Co ta panienka czytała, kiedym wszedł?
Anaïs chowa różową bibułę, którą gryzła i przerywa opowiadanie, prawdopodobnie skandaliczne, które szeptała do ucha przerażonej, zaczerwienionej, z zawstydzonemi oczyma, ale bardzo uważnej Maryi Belhomme. Obrzydliwa Anaïs! Co ona mogła jej mówić?
— Moje dziecko, powiedzże nam, co czytałaś?
Suknię“ panie inspektorze.
— Proszę, czytaj dalej.
Czyta, przybierając miny fałszywego onieśmielenia. Tymczasem pan Blanchot przegląda nas oczyma mętno-zielonemi. Nie znosi zalotności, i brwi jego ściągają się niechętnie, gdy dojrzy czarną aksamitkę na białej szyi, lub fryzurkę na czole czy skroniach.
Wielka Anaïs skończyła „Suknię“; inspektor każe jej robić rozbiór logiczny (och! la! la!) pięciu, sześciu wierszy. Potem pyta:
— Moje dziecko, dla czego zawiązałaś czarny aksamit po (sic!) szyi?
Anaïs zmieszana odpowiada; „żeby było ciepło“. (Tyczka! tchórz!)
— Aby było ciepło, powiadasz? Myślę, że fularowa chustka lepiejby się nadała?
Nie mogę wstrzymać się od śmiechu, co ściąga uwagę jego na mnie.
— A ty, dziecię, dla czego masz rozpuszczone włosy, zamiast upiąć je na głowie szpilkami?
— Dostaję od tego migreny, panie inspektorze.
— Mogłabyś przynajmniej je zapleść, sądzę?
— Tak, mogłabym, ale tato nie życzy sobie.
Klasnął ustami z niezadowoleniem, usiadł i począł męczyć Maryę Belhomme wojną trzydziestoletnią, jedną z Jaubertówien brzegami Hiszpanii, drugą trójkątami prostokątnymi. Potem posłał mię do tablicy i kazał narysować koło. Narysowałam. Jest to koło... jeśli się tak komu podoba.
Proszę nakreślić w środku rozetę o pięciu liściach. Przypuśćmy, że jest oświetlona z lewej strony, oznaczyć silnie cienie na liściach.
Niech tak będzie. Gdyby kazał mi rachować, nie wyszłabym cało, ale rozety i cienie, te mnie znane! Udaje mi się dość dobrze ku wielkiemu rozczarowaniu Sióstr-bliźniąt, które spodziewały się w skrytości, że będę wyłajana.
— No... dobrze. Tak, dość dobrze. Staje panienka do egzaminu?
— Tak, panie inspektorze, w lipcu.
— A nie chciałabyś potem wstąpić do szkoły normalnej?
— Nie, panie inspektorze; pozostanę w domu.
— Czy tak? Przypuszczam, istotnie, że nie masz wcale powołania do nauczycielstwa. Wielka szkoda.
Powiedział to takim tonem, jakby mówił: „przypuszczam, że jesteś dzieciobójczynią“.
— Teraz proszę panią pokazać mi drugą klasę.
Panna Sergent prowadzi go do drugiej klasy, gdzie także sama pozostaje, aby ratować swoją ukochaną przed srogością inspekcyjną. Korzystając z jej nieobecności, rysuję na tablicy, ku wielkiej radości wszystkich dziewcząt portret pana Blanchot z długimi faworytami. Potem ścieram go prędko i wracam na swoje miejsce.
— Anaïs, co opowiadałaś Maryi Belhomme, że stała się czerwieńszą niż Bastylia?
— Jaka Bastylia?
— Nic ci do tego. Mów prędko.
Cała jej twarz występna promienieje. Muszą to być rzeczy bardzo brzydkie.
— Zbliż się trochę.
I zaczyna mi opowiadać najbrudniejsze plotki miastowe ze wszelkimi szczegółami.
— Nieźle! Skąd to wiesz?
— Ojciec opowiadał mamie; drzwi do mego pokoju były nawpół otwarte, udałam, że śpię i wysłuchałam wszystkiego.
Opowiada mi jeszcze różne wiadomostki z okolicy; okazuje się, że jej ojciec, urzędnik w merostwie, zna całą kronikę skandaliczną kraju. Słucham i czas przechodzi.


Panna Sergent wchodzi; zaledwo mamy czas otworzyć książki na chybił trafił. Zbliża się prosto do mnie, nie patrząc co robimy.
— Klaudyno, czy nie mogłabyś przesłuchać śpiewu dziewczynek? Umieją teraz tę ładną piosnkę na dwa głosy: »W tem ustroniu cichem«.
— Z największą chęcią; ale pana inspektora tak drażnią moje włosy, że nie będzie słuchał.
— Nie mów głupstw, a każ im śpiewać. Pan Blanchot zdaje mi się nie bardzo zadowolony z drugiej klasy; liczę na muzykę, że mu humor poprawi.
Wierzę bardzo, iż może być niezadowolony z drugiej klasy! Panna Lanthenay zajmuje się tam wtedy tylko, kiedy nie ma nic innego do roboty; męczy swoje dziewczyny piśmiennemi robotami, aby mogła, podczas gdy one smarują zeszyty, rozmawiać spokojnie ze swoją ukochaną Przełożoną.
Ustawiam chór w półkole, wtór powierzam Maryi Belhomme, a pierwszy dział Anaïs; sama będę w dwóch działach naraz, to jest będę pomagała, gdzie słabiej idzie. Panna Sergent wprowadza nieznośnego Blanchot; raz, dwa, trzy, rozpoczynamy.

W tem miłem ustroniu
Grzeczne są uwieńczone,
Pójdźcie!
Spokojnym zabawom
Te śliczne miejsca są poświęcone...

Ten stary „normalczyk“ porusza w takt głową przy muzyce Rameau! (i to nie zupełnie do taktu w dodatku). Zdaje się być zachwyconym. Zawsze ta sama historya twórcy Orfeusza oswajającego zwierzęta!
— To dobrze jest odśpiewane. Czyje to? zdaje się Gounoda?
— Tak, panie. (Nie przeczmy mu.)
Panna Sergent przygryza usta, aby się nie uśmiechnąć; zaś pan Blanchot, wypogodzony, odchodzi, podyktowawszy nam (o, strzało Partiaty!) kanwę następującej kompozycyi francuskiej:
„Wytłumaczyć i rozszerzyć myśl Franklina: Próżniactwo jest jak rdza, niszczy bardziej niż praca“.
Dalej do roboty! Klucz błyszczący, o zaokrąglonych konturach, czyszczony codzień staranną ręką, otwiera zamek z łatwością przeciwstawmy klucz rdzą zjedzony. Dobrego robotnika, o muskułach silnych, zdrowych, który wstaje z brzaskiem jutrzenki, i tatatata... postawmy obok leniwca, rozciągniętego na wschodnich kobiercach, przed którym na wspaniałych stołach nakrytych... i tatatata... niezwykłe potrawy... i tatatata... które napróżno starają się rozbudzić jego apetyt... tatatata... Och! nieźle się to powiąże!
A niby to nie jest dobrze wyciągnąć się w fotelu! A niby to robotnicy pracujący całe swoje życie nie umierają młodzi z wyczerpania! Ale nie trzeba o tem mówić. W „programie egzaminu“ nie wszystko jest jak w życiu.
Mała Lucia nie może sobie poradzić; jęczy cicho, abym jej pomogła. Wspaniałomyślnie podsuwam jej mój zeszyt; nie obierze mię z pomysłów za bardzo.
Nakoniec czwarta. Wychodzimy. Pensyonarki idą na górę na podwieczorek, który im matka panny Sergent przyrządza, a ja z Anaïs i Maryą Belhomme wychodzimy razem, ostrząc po drodze dowcip na panu Blanchot.
Czy może dlatego, że zmieniono mi moją starą szkołę, tak bardzo nudzę się w nowej? Nie mam tu tych zakamarków, gdzie się można było zaczaić wśród kurzu, ani tych korytarzy starodawnej budowy, które myliły wejścia do nauczycieli i do nas i gdzie tak naturalnie wpadało się do pokoju młodszych nauczycieli, że zaledwo trzeba było uniewinniać się z tego, wchodząc do klasy.
Czy może dlatego, że się starzeję? Czyżbym uczuwała, że zaczynam lat szesnaście? To byłoby zabawne, naprawdę...
Czy może to, że wiosna? Jest tak pięknie, że prawie aż nie swojsko. We czwartki i w niedziele biegnę zupełnie sama do mojej siostry mlecznej, do mojej Klarci, pogrążonej teraz w głupią awanturę z ładnym sekretarzem merostwa, który nie chce się z nią żenić. Jest chory, czy coś tam, nie rozumiem tego dobrze, nawet zupełnie nie rozumiem, ale staram się przekonać Klarę, że wiem o wszystkiem. Klara wznosi białe oczy do nieba, potrząsa głową i powtarza z ekstazą: „Ach, cóż to znaczy, cóż to znaczy? On jest taki piękny, ma takie delikatne wąsy i tak jestem szczęśliwa tem, co mnie mówi! Całuje mnie w szyję, powtarza wiersze o zachodzącem słońcu, i czegoż mogę chcieć więcej?“
Gdy mam dosyć tej włóczęgi, mówię, żeby szła sobie, bo wracam już do domu; ale nie wracam. Pozostawszy w lesie samotnie, wynajduję najrozkoszniejszy zakątek i kładę się na trawie. Całe armie małych stworzonek przesuwają się mnie pod nosem (bardzo są czasem niegrzeczne, ale to takie maleństwo!), pachnie mnóstwo wybornych zapachów, pachnie świeżością rozgrzanych w słońcu roślin... O, lasy moje lube!


Wchodzę do szkoły późno (zasypiam z wieczora nieprędko, bo skoro zgaszę lampę, mnóstwo myśli kotłuje mi w głowie), zastaję pannę Sergent przy biurku poważną i surową, a wszystkie dziewczęta wyprostowane, ceremonialne, przejęte. Co się stało? Ach! wielka Anaïs oparta na pulpicie tak się wysila płakać, że aż uszy jej posiniały. Będzie zabawa! Przysuwam się do Luci, a ta mi zaraz szepce do ucha: „Moja kochana, w pulpicie jednego z chłopców znaleziono wszystkie listy Anaïs; pan inspektor przyniósł tu, aby pani przełożona je przeczytała!“
Czyta je, rzeczywiście, ale cicho, dla siebie samej tylko. Jaka szkoda, Boże, jaka szkoda! Oddałabym trzy lata z życia Rabastensa (Antonina), aby przeglądnąć tę korespondencyę. Niestety, niestety! Przełożona już skończyła... Nie odzywając się do Anaïs, która wciąż leży na pulpicie, podnosi się uroczyście, podchodzi kilka kroków w stronę pieca, blizko mnie; otwiera drzwiczki, wkłada papiery złożone we czworo, pociera zapałkę i zapala je, poczem drzwiczki zamyka. Teraz zwraca się do winowajczyni i mówi:
— Winszuję Anaïs, wiesz więcej, niż niejedna dorosła. Zatrzymuję cię do egzaminu, ponieważ jesteś już podana, ale uprzedzę rodziców, że nie biorę na siebie żadnej odpowiedzialności względem ciebie. Przepisujcie zadania, panienki, i nie wdawajcie się z tą osobistością, bo na to nie zasługuje.
Nie mogę dłużej wytrzymać, że tak płonie literatura Anaïs; podczas majestatycznej przemowy Przełożonej biorę cienką linię służącą mi do rysunków, przesuwam ją zręcznie pod pulpitem i nieznacznie zakręcam rączkę u kraty w drzwiczkach pieca. Może zamknięta krata przytłumi ogień i nie spali się wszystko. Przysłuchuję się; huk w piecu cichnie po kilku sekundach. Kiedyż zadzwonią na jedenastą? Jakże mało myślę o tem, co piszę, o tych dwóch sztukach płótna, które po wypraniu ściągają się na ⅟19 długości, ⅟22 szerokości.
Panna Sergent wychodzi do klasy Amandy, zapewne, aby opowiedzieć jej awanturę i naśmiać się z nią do syta. Zaledwo wyszła, Anaïs podnosi głowę; oczy ma nabrzmiałe od usilnego tarcia, twarz w plamach; patrzy ponuro w zeszyt. Marya Belhomme pochyla się ku niej ze współczuciem: „Cóż, stara, zdaje mi się, że poza tem dostanie ci się jeszcze w domu? Dużo tam nagadałaś w tych listach?“ Anaïs nie podnosi oczu, ale mówi głośno, aby cała klasa słyszała: „Wszystko mi jedno, to nie są moje listy“. Dziewczęta zamieniają oburzone spojrzenia. „Czy słyszysz, moja kochana, ona kłamie jeszcze!“
Nakoniec bije godzina. Opóźniam się z wyjściem, aby pozostać sama. Na ulicy, przeszedłszy z kilkadziesiąt kroków, mówię, że zapomniałam atlasu i wracam do szkoły, rzuciwszy Anaïs: „Chcesz, to poczekaj!“
Wślizguję się cichutko do pustej klasy i otwieram drzwiczki od pieca; znajduję tam garść papierów nawpół spalonych. Wyciągam je ostrożnie; co za szczęście! tylko wierzchnie kartki są zniszczone, cała zawartość środkowa nietknięta! Unoszę pakiecik pod fartuszkiem — odczytam to sobie w domu — spokojna dopędzam Anaïs, która czekała na mnie. Czas jakiś przygląda się mnie z pod oka podejrzliwie i nagle staje, wzdychając żałośnie. Widzę, że spogląda na moje palce zbrukane popiołem. Nie będę kłamała. Występuję z offenzywą.
— Więc co?
— Chodziłaś tam szukać w piecu?
— Naturalnie! Nie opuszczę sposobności przeczytania twoich listów; niema obawy!
— Spalone?
— Nie wszystkie. Popatrz no!
Pokazuję papiery, trzymając je mocno. Przebija mię oczyma, naprawdę, zabójczemi; ale nie śmie rzucić się na fartuszek, wie dobrze, że nie dam. Muszę ją troszkę pocieszyć, prawie mi jej żal.
— Słuchaj! przeczytam, bo bardzo jestem ciekawa, ale wieczorem wszystkie ci odniosę.
Nie dowierza.
— Odniesiesz? Naprawdę?
— Słowo honoru! Oddam ci je na rekreacyi, przed wejściem do szkoły.
Odchodzi niespokojna, niepewna, żółtsza i dłuższa niż zwyczajnie.
W domu przeglądam nakoniec te listy. Co za rozczarowanie! Nie to, co myślałam. Mieszanina dziecinnych sentymentów i wskazówki praktyczne: „Myślę o tobie zawsze, kiedy księżyc świeci... Uważaj we czwartek, abyś przyszedł z dywanikiem, bo mama się gniewa, że suknia poplamiona i t. d. A potem wspomnienia jakichś epizodów urwiszowskich... Oddam jej te listy; mniej są zajmujące, niż ona sama, fantastyczka, zimna i śmieszna.
Nie wierzyła własnym oczom, gdy je odniosłam. Szczęśliwa z ich posiadania, śmiała się ze mnie, że je czytałam; potem pobiegła wrzucić je do... i znowu jest zamknięta i nieprzenikniona. Żadnego upokorzenia. Dziwna natura!


Eh, dostałam kataru! Siedzę w bibliotece taty i czytam szaloną Historyę Francyi Micheleta, pisaną aleksandrinami (może przesadzam trochę?). Nie nudzę się wcale; tak mi jest wygodnie w tym wielkim fotelu, w otoczeniu książek, z moją piękną Fanszettą na kolanach, tą najrozumniejszą z kotek, która mnie kocha tak bezinteresownie pomimo wszystkich udręczeń, jakie jej przyczyniam, mimo ugryzień w różowe uszka, mimo skomplikowanej tresury, jakiej ją poddaję.
Kocha mnie tak dalece, że niemal rozumie moje myśli, i ociera się o moje usta, jak tylko głos mój usłyszy. Ta Fanszetta lubuje się w książkach, jak stary uczony; naprzykrza mi się każdego wieczoru, abym wyjęła dwa lub trzy grube tomy Laroussá z szafy tatusia; próżnia po księgach tworzy jakby mały pokoik i Fanszetta zaraz się tam lokuje; zamykam za nią drzwi szklane i jej mruczenie więzienne brzmi głucho jak nieustanny, przyciszony warkot bębna. Od czasu do czasu spoglądam na nią, a ona wówczas otwiera oczy i daje mi znak brwiami, zupełnie jak człowiek. Piękna Fanszetto, jakże jesteś zajmująca i łatwa do odgadnięcia! (O wiele więcej, niż Lucya Lanthenay, ta kotka niższego gatunku.) Bawisz mnie, odkąd istniejesz na świecie; miałaś zaledwo jedno oko otwarte i niezdolna byłaś utrzymać się równo na swych czterech zapałkach, a już w koszyku próbowałaś kroków wojowniczych; odtąd żyjesz wesoło i mnie zmuszasz do śmiechu swymi podskokami w cześć chrabąszczy i motylów, niezręcznemi nawoływaniami ptaszków, na które czyhasz, swymi sposobami kłócenia się ze mną, dawaniem mi klapsów, szeleszczących twardo na mojej ręce. Twoje prowadzenie się jest najniegodniejsze w świecie; nieraz spotykam cię w ogrodzie, na murach śmieszną, szaloną, w otoczeniu gromady kotów. Znam nawet twego ulubieńca, szarego, brudnego, wyskubanego kota z uszami długiemi jak u królika; jak możesz popełniać mezalians z kreaturą tak, niskiego pochodzenia? Ale nawet w tych chwilach upadku, skoro mnie spostrzegasz, miauczesz do mnie przyjaźnie, coś jakby uniewinnienie się. O, piękna Fanszetto, jak ci jest do twarzy z tem prowadzeniem się występnem!
Gdy przyszłam do szkoły, zauważyłam, że zaczynają tu ruszać się bardzo z powodu zbliżających się egzaminów; jesteśmy przy końcu maja, a egzamin już 5 lipca! Ciepłe jest popołudnie, a cała klasa rozbrzmiewa „Wybranymi ustępami“, które o trzeciej mają się wydawać; ja prawie usypiam, znicestwiona nerwowem rozleniwieniem. Nie mogę już dalej wytrzymać i nagle napada mię chęć kogoś szarpać, wyciągnąć się gwałtownie i zdusić komuś ręce; ten ktoś jest to moja sąsiadka, Lucya; ma kark odkryty i paznokcie moje zagłębiają się w nim; na szczęście, dziewczyna milczy. Wpadam znowu w lenistwo rozdrażnione...
Drzwi otwierają się, nawet bez pukania: to Dutertre, w jasnym krawacie, z rozwianymi włosami, odmłodzony i wojowniczy. Panna Sergent porwała się, powiedziała mu zaledwie dzień dobry, i podziwia go namiętnie, nie podnosząc haftu, co się jej z rąk usunął na ziemię. Klasa powstała, a ja przez złość nie poruszyłam się nawet i Dutertre, gdy się do nas odwrócił, zauważył mnie natychmiast.
— Dzień dobry, pani. Dzień dobry małe. Jaka jesteś znużona!
— Jestem całkiem miękka, nie mam kości.
— Jesteś chora?
— Nie, nie sądzę. To ten upał...
— Pójdź tu, niech cię zobaczę.
Znowu te przydługie badania pod pretekstem medykaliów? Przełożona ciska mi oburzone spojrzenia z powodu braku uszanowania dla jej ukochanego delegata okręgowego. Także! będę się krępowała! Ciągnę się leniwie ku oknu.
— Nic tu nie widać z powodu zielonego cienia drzew; chodź na korytarz, tam słońce. Masz bardzo biedną minkę, mój malcze. (Potrójny ekstrakt kłamstwa! Dobrze wyglądam, wiem; a jeśli oczy podkrążone, to właśnie wtedy czuję się zupełnie zdrową, kiedy te podkówki mam pod oczyma. Szczęściem już blizko czwarta, inaczej nie ważyłabym się znaleźć sam na sam nawet w oszklonym korytarzu, z tym jegomością, pożerającym mię oczami).
Kiedy drzwi zamknął za sobą, zwracam się do niego i mówię:
— Wcale źle nie wyglądam, dla czego mi to pan mówisz?
— Nie? A te oczy podkrążone, aż do ust?
— To taki kolor mojej skóry i koniec.
Usiadł na ławce, a mnie trzyma przy swych kolanach.
— Milcz, mówisz głupstwa. Dlaczego ciągle gniewasz się na mnie?
— ...?
— Tak, rozumiesz mnie dobrze. Masz taką minkę, że człowiekowi tkwi to w głowie; dość raz zobaczyć!
Śmieję się dość głupio. (Ojcze Przedwieczny poszlij mi rozum i dobre odpowiedzi, bo czuję się dziś zupełnie do niczego!)
— Czy to prawda, że chodzisz na przechadzki sama do lasu?
— Tak, to prawda. Albo co?
— To, że ty mała, nic dobrego, możesz znaleźć sobie łatwo towarzysza! Jesteś tak dobrze strzeżoną!
Ściskam ramionami.
— Znasz pan tak dobrze jak ja, wszystkich tu naokoło; czy widzisz pan tu jakiego towarzysza dla mnie?
— To prawda. Ale byłabyś dość zepsutą, aby...
Ściska mię za ramiona, błyszczą mu oczy i zęby. Jak tu gorąco! Już chciałabym, aby mię puścił.
— Jeśli czujesz się niezdrowa, dlaczego nie przyjdziesz do mnie?
Odpowiadam prędko: „Nie! nie przyjdę...“ i staram się wyswobodzić; lecz trzyma mię mocno, wznosi ku mnie oczy palące i złe — a piękne, co prawda.
— O, ty mała, prześliczna mała, czemu się mnie boisz? Nie trzeba się mnie bać. Czy myślisz, że jestem jakiś żołdak? Nie bój się niczego. O, Klaudynko moja, tak mi się podobają te twoje gorące, piwne oczy, te pukle swawolne! Jesteś zbudowana jak posąg najpiękniejszy, jestem tego pewny...
Podnosi się raptownie, obejmuje mię i całuje; nie zdołałam mu umknąć, jest zbyt silny, zbyt nerwowy, a u mnie dziś w głowie sałata... Toż to awantura! Nie wiem, co mówię, mózg mi się przewrócił... Nie mogę przecież wskoczyć do klasy, czerwona i wzburzona, a tu czuję go tuż za sobą, gotów się powtórzyć... Pchnęłam drzwi na dziedziniec i biegnę do pompy; wypijam kubek wody... Uuf! Trzeba powracać... Ale on może zaczaił się w korytarzu? To cóż? Będę krzyczała... Że też pocałował mię w kącik ust — nie potrafił lepiej! Zwierz!
Nie, na szczęście niema go w korytarzu! Wchodzę do klasy i widzę, jak stoi przed biurkiem, rozmawia spokojnie z panną Sergent. Gdy usiadłam na miejscu, zwraca się do mnie i pyta:
— Nie piłaś przynajmniej wody zadużo? Te dziewczęta pochłaniają kubkami zimną wodę, a to niezdrowo.
Wobec wszystkich czuję się śmielsza.
— Nie; wypiłam tylko jedno przełknięcie, i dosyć; nie napiję się już więcej.
Śmieje się zadowolony.
— Śmieszna jesteś; sprytna!
Panna Sergent nic nie rozumie i niepokój, który ściągnął jej brwi, roztapia się zwolna; tylko pełna jest wzgardy dla mego opłakanego zachowania się względem jej bóstwa.
To głupio, że nie mogę otrząść się z tego! Wielka Anaïs węszy coś podejrzanego i nie może wytrzymać, aby mi nie szepnąć: „Czy tak zbliska cię badał, że jesteś taka wzruszona?“ O, nie ona zmusi mię do gadania! „Głupia jesteś; mówię, że byłam przy pompie“. Ze swej strony mała Lusia ociera się o mnie jak znerwowana koteczka, aż odważa się wreszcie zapytać: „Powiedz mi moja Klaudynko, poco on cię tam prowadził?“
— Naprzód, nie jestem „twoją“ Klaudynką, a potem nic to do ciebie nie należy, małpiątko!
— Nigdy nie chcesz mi nic powiedzieć, a ja wszystko ci mówię.
— Co, wszystko? Bardzo mnie co przybędzie z tego, że twoja siostra nie płaci ani za swoje utrzymanie, ani za twoje, że panna Sergent okrywa ją podarunkami, że nosi halki jedwabne, że..
— Tss! Cicho, błagam cię! Będę zgubiona, kiedy dowiedzą się, że opowiedziałam ci wszystko!
— Więc nie pytaj mnie o nic. A kiedy będziesz grzeczna, to dam ci moją linię hebanową, co ma brzegi miedziane.
— Ach! jakaś ty dobra! Uściskałabym ciebie, ale to ci się nie podoba...
— Dosyć; dam ci ją jutro — jeśli zechcę!
(Passya do artykułów piśmiennych“ ginie we mnie, co także jest złym symptomatem. Wszystkie moje towarzyszki, (a i ja byłam taką do niedawna) pochłaniają „dostawy szkolne“; rujnujemy się na zeszyty prążkowane, na ołówki w drzewie różowem, na lakierowane piórniki, tak błyszczące, że w nich przeglądać się można, na linie z hebanu, jak ta moja, itp. Jeśli dziewczęta nie każą sobie oprawiać książek elegancko, jeśli i ja tego nie robię, to tylko dlatego, że książki nie są naszą własnością. Należą do gminy, która nas obdarza niemi wspaniałomyślnie, pod warunkiem, abyśmy je pozostawiły w szkole gdy ją opuszczać będziemy. Nie cierpimy tych książek gminnych, nie przyznajemy ich za swoje i wyrządzamy z niemi tysiące sztuk przeraźliwych; zdarzają się im wypadki śmieszne i nieprzewidziane; to wpadają do gabinetów, w zimie spalają się w piecu, to całe kałamarze wywracają się na nie, o mało co nie przyciągają piorunów z nieba. A wszystko, co się przydarza tym biednym „książkom z gminy“, sprowadza długie lamenty panny Lanthenay i straszliwe gderanie ze strony panny Sergent.
Boże! jak kobiety są niedorzeczne! (Małe dziewczęta czy kobiety, wszystko to jedno). Czy można uwierzyć, że od czasu „zbrodniczego zamachu“ tego wściekłego Dutertra doświadczam pewnego rodzaju dumy? Bardzo to upokarzające dla mnie odkrycie. Lecz wiem dlaczego tak jest, ale w głębi mówię sobie: „Ponieważ podobam się takiemu, co zna tysiące kobiet w Paryżu i wszędzie, więc chyba nie jestem bardzo brzydka“! Jest to zatem przyjemność próżności. Wiedziałam dobrze, że nie jestem odpychającą, ale lubię mieć pewność. A prócz tego, rada jestem, że mam tajemnicę, której nie podejrzywają wielka Anaïs, Marya Belhomme, Lucya Lanthenay i inne.
Już tylko dwa tygodnie do egzaminu! Czerwiec nas przytłacza; senne, pieczemy się w klasie; milczymy z lenistwa, zaniedbuję nawet mój dziennik! A w tej temperaturze pożarowej trzeba oceniać prowadzenie się Ludwika XV, opowiadać o roli soku gastrycznego w trawieniu, rysować liście akantu i dzielić ucho na zewnętrzne, środkowe i wewnętrzne. Niema sprawiedliwości na świecie! Ludwik XV robił, co chciał i do mnie to nic nie należy, o, na Boga, nie! tak samo jak do nikogo!...
Upał jest tak okropny, że sprowadza napady kokieteryi, czy raczej kokieterya nagina się do upału: nastał czas pokazywania skóry. Wprowadzam suknie wycięte w kwadrat, coś niby ze średniowiecza, z rękawami, które zapinają się nad łokciem; ręce są jeszcze za szczupłe, ale w każdym razie niebrzydkie, a co do szyi, nie obawiam się nikogo! Koleżanki mię naśladują: Anaïs nie nosi krótkich rękawów, ale zawija je aż do ramienia; Marya Belhomme ukazała pulchniutkie ręce, niespodziewanie pełne nad chudem zapięściem, a szyję ma świeżą, stworzoną do klapania. Mała Lucia ukazuje swą skórę nieśmiało, a biała i delikatna ta skóra przedziwnie; wielka Anaïs tak jej białości zazdrości, że na lekcyi robót kłuje jej ramiona igłą.
Żegnaj spoczynku! Nadchodzące egzamina, honor, który z naszych spodziewanych tryumfów ma spłynąć na nową szkołę, wyrwał nakoniec nasze nauczycielki z ich słodkiego odosobnienia. Zamykają nas sześć kandydatek, przytłaczają powtarzaniem, zmuszają słuchać, pamiętać, rozumieć, każą przychodzić o godzinę wcześniej od innych i o godzinę później odchodzić! — Prawie wszystkie stałyśmy się blade, zmizerowane i głupie; niektóre tracą apetyt i sen z tej ciągłej troski i pracy; ja prawie jestem niezmieniona, bo nie męczę się bardzo i mam cerę matową; także Lucia Lanthenay, która jak siostra posiada skórę białą i różową, nie wrażliwą...
Wiemy już, że panna Sergent zawiezie nas wszystkie do głównego miasta, zamieszka z nami w hotelu, weźmie na siebie wszystkie wydatki, a za powrotem się rozliczymy. Gdyby nie ten przeklęty egzamin, byłybyśmy zachwycone tą małą podróżą.
Te dni ostatnie są wprost straszliwe. Nauczycielki, uczenice, wszyscyśmy okropnie znerwowane, wybuchamy każdej chwili. Panna Amanda rzuciła w twarz zeszytem jednej uczenicy, która trzy razy przerabiając zadanie popełniała zawsze tą samą omyłkę; a potem sama uciekła do swego pokoju. Mała Lucia została obita przez siostrę; przybiegła, rzucając się mnie w objęcia i prosząc, abym ją pocieszyła. Wybiłam Anaïs, która mnie dokuczała nie w porę. Jedna z Jaubertówien dostała napadu nerwowego płaczu, bo, jak wołała: „nigdy nie zdam egzaminu“! (mokre okłady, kwiat pomarańczowy, dodawanie odwagi). Panna Sergent, rozdrażniona także, kręci przed tablicą jak frygą biedną Maryą Belhomme, która regularnie zapomina codzień, czego się nauczyła wczoraj.


Odpoczywam dobrze tylko wieczorem, w koronie dużego drzewa orzechowego, na długiej gałęzi, którą wiatr kołysze... Wiatr, noc, liście... Fanszetta przychodzi aż tu do mnie; każdym razem słyszę jak wdziera się na swych mocnych pazurach, a z jaką pewnością! Miauczy do mnie z pewnem zdziwieniem: „Co tu możesz robić, na drzewie? Ja jestem stworzona na to, ale ty? razi mię to nieco!“ A później wałęsa się wśród małych gałązek, biała w ciemnej nocy i przemawia z prostotą do małych ptasząt uśpionych, w nadziei, że wyjdą z gniazd i dadzą się zjeść uprzejmie; właśnie też!
Wigilia odjazdu; nie mamy lekcyi; zaniosłyśmy nasze walizki do szkoły (jedna sukienka i trochę bielizny; będziemy tam tylko dwa dni):
Jutro rano zejście się o wpół do dziesiątej i odjazd niezbyt wonnym omnibusem imćpana Racolin, który nas potrzęsie na dworzec.



Przyjechałyśmy zatem do miasta, tryumfujące, oprócz naturalnie biednej Maryi Belhomme słabo przygotowanej. Panna Sergent pyszni się wielce z takiego sukcesu. Ale muszę opowiedzieć po porządku.
Rankiem przy odjeździe wpakowano nas do omnibusu Racolina. Niby wypadkiem śmiertelnie pijany, wiezie nas, jak zwaryowany, szalonym pędem, zygzakując od rowu do rowu, pyta czy wiozą nas wszystkie do ślubu i podziwia własne mistrzostwo w iście kawalerskiej jeździe. „Gracko jadę, co?“ zwraca się do nas co chwilę, podczas gdy Marya wykrzykuje przeraźliwie, zzieleniała ze strachu. Na dworcu usunięto nas do poczekalni; panna Sergent kupuje bilety i żegna się czule z swoją towarzyszką, która przeprowadziła nas aż na dworzec. Panna Amanda w sukni z kolorowego płótna, w wielkim kapeluszu wiejskim, pod którym wygląda świeższa od powoju, wzbudza uwielbienie trzech komiwojażerów, palących cygara i zainteresowanych wielce wyprawą pensyonatu. Wchodzą za nami aż do poczekalni i tam popisują się konceptami, uważając widocznie za największy szyk popełniać nonsensa po nonsensach. Trącam łokciem Maryę Belhomme, lecz nie rozumie o co idzie, ale wielka Anaïs, ta skombinowała od razu i przyjmuje coraz wdzięczniejsze pozy, napróżno starając się zarumienić.
Pociąg sapie, syczy porywamy swoje walizki i pakujemy się do wagonu drugiej klasy, rozpalonego, dusznego; prawdziwe szczęście, że droga trwa tylko trzy godziny! Wsunęłam się w kącik pod okno, aby oddychać swobodniej; nie rozmawiamy prawie, przyglądamy się tylko przez okno przesuwającym się widokom. Mała Lucia przysunięta do mnie, wsuwa mi czule ramię pod łokieć, od czego się prędko uwalniam: „Zostaw, zbyt gorąco!“ A jednak mam suknię z surowego jedwabiu, zupełnie gładką, zmarszczoną u góry, jak u dzieci, i wyciętą w kwadrat a ściśniętą w stanie skórzanym paskiem na dłoń szerokim; Anaïs w sukni z czerwonego płótna wygląda bardzo dobrze, również jak Marya Belhomme, w półżałobie: płowe płótno w czarne kwiaty; Lucia Lanthenay jak zwykle w czarnej sukience i czarnym kapeluszu o czerwonej kokardzie. Obie Jauberts nie istnieją, jak zawsze; wyjęły z kieszeni kwestyonaryusz, który im panna Sergent wsunęła na odjezdnem i przeglądają go pilnie.
Kominy fabryk, białe domy porozrzucane, stają się coraz liczniejsze — i oto dworzec. Wychodzimy i panna Sergent prowadzi nas do jakiegoś omnibusu, ruszamy, trzęsąc się boleśnie po ostrym bruku. Stajemy wreszcie przed hotelem Pocztowym. Na ulicy gapią się gromadki próżniacze, bo jutro jakiegoś Świętego — wielkie święto miejscowe — i Filharmonia wieczorem będzie stała pustkami.
Zarządzająca hotelem, pani Cherboy, znajoma panny Sergent, ogromnych rozmiarów niewiasta, i bardzo przyjemna, przyjmuje nas uprzejmie. Schody, schody bez końca, korytarz i... trzy pokoje dla sześciu. Nie oczekiwałam tego! Z kimże mnie umieszczą? Nieznośnie; nie cierpię spać z kimkolwiek.
Zarządzająca opuszcza nas nakoniec. Wybuchają rozmowy, pytania; otwieramy walizki; Marya Belhomme zgubiła kluczyk i lamentuje; ja, już znużona, usiadłam. Przełożona stara się wszystkiemu zaradzić: „Poczekaj, może potrafię złamać zamek...“ Stara się nam we wszystkiem dogodzić. Lucia cichaczem przysunęła się do mnie i ściska mię za rękę; spodziewa się zapewno, że wpakują nas do jednego łóżka. Przełożona postanawia: „Jaubertówny, będziecie razem; Klaudyna z... (patrzy na mnie ostro, ale ja ani drgnę okiem) z Maryą Belhomme, a Anaïs z Lucią Lanthenay. Myślę, że tak będzie dobrze“. Mała Lucia nie jest tego zdania! Zabiera z niechęcią swoją walizkę i idzie smutnie za wielką Anaïs, do pokoju położonego naprzeciw mojego. Marya i ja rozkładamy swoje rzeczy prędziutko, aby umyć się z kurzu i przy spuszczonych z powodu słońca roletach wałęsamy się w koszulach z prawdziwą rozkoszą. Oto jest kostyum najwłaściwszy i jedynie praktyczny!
Słychać śpiew w podwórzu, uchylam rolety, i widzę grubą gospodynię, jak usiadła sobie w cieniu ze służącymi, młodemi dziewczętami i chłopakami; wszystko to beczy sentymentalne romanse: „Manon, oto słońce!“ i wiążą wieńce z róż papierowych, aby jutro przyozdobić front hotelu. Gałęzie jedliny zasłały pół dziedzińca, stół żelazny malowany zastawiony butelkami piwa i szklankami: raj ziemski, nic więcej!
Pukanie do drzwi; to panna Sergent; może sobie wejść, nie wstydzę się jej; przyjmuję ją w koszuli; Marya zaś Belhomme wciąga pośpiesznie spodniczkę. Ona jednak zdaje się nic nie spostrzegać, przynagla nas tylko do pośpiechu; śniadanie już gotowe. Schodzimy wszystkie. Lucia skarży się niezadowolona ze swego pokoju; światło pada z góry, niema nawet możności gapić się przez okno!
Szkaradne śniadanie w table d’hote.
Egzamin jutro. Panna Sergent radzi nam wrócić do swych pokojów i powtórzyć raz jeszcze, co słabiej umiemy. Warto było przyjeżdżać dla tego! Wolałabym pójść do państwa X... przyjaciół tatusia, miłych ludzi, wybornych znawców muzyki... Panna Sergent dodaje: „Jeśli będziecie grzeczne, pójdziecie ze mną po obiedzie do pani Cherbay i z jej córkami będziemy robiły róże na jutro“. Szmer radości; wszystkie moje koleżanki w zachwycie. Ale nie ja! Nie czuję żadnego wzruszenia na myśl sporządzania róż z papieru w podwórku hotelowem z tą tłustą zawiadowczynią. Znać widać to po mnie, bo Ruda podchwytuje zaraz, zirytowana:
— Naturalnie, nie zmuszam nikogo; jeśli panna Klaudyna nie życzy przyłączyć się do nas...
— To prawda, proszę pani; wolałabym pozostać u siebie w pokoju; boję się, że będę nieużyteczną!
— Pozostań; obejdziemy się bez ciebie. Ale w takim razie będę zmuszona zabrać klucz z twego pokoju; jestem za was odpowiedzialna.
Nie spodziewałam się tej drobnostki; nie wiem co odpowiedzieć. Wracamy do siebie i całe popołudnie ziewamy nad książkami, zdenerwowane oczekiwaniem jutra. Lepiej byłoby pójść się przejść, bo nic dobrego nie robimy, wcale nie...
I pomyśleć, że dzisiaj wieczorem będę zamknięta, zamknięta! Wszystko, co ma jakie podobieństwo z zamknięciem wprawia mnie we wściekłość; tracę głowę, jak tylko mnie zamykają. (Kiedy byłam mała nie mogli mnie nigdy oddać na pensyę, bo dostawałam napadów rozpaczy na samą myśl, że nie wolno mi proga przestąpić. Próbowano dwa razy; miałam lat dziewięć; za każdym razem, zaraz pierwszego wieczoru, rzucałam się do okien jak głupi ptak, krzyczałam, kąsałam, szarpałam, aż niemal uduszona, padałam na ziemię. Musieli wypuścić mię na wolność; mogłam istnieć tylko w tej niemożebnej szkole w Montigny, tam przynajmniej nie czułam się „uwięzioną“ bo mieszkałam w domu, spałam we własnem łóżku).
Zapewne, nie okażę tego przed nikim, ale czuję się chora z tego upokorzenia i rozjątrzenia. Nie będę błagać o przebaczenie, byłaby zanadto zadowolona, ta Ruda! Gdyby chociaż pozostawiła mi klucz w zamku; Lecz także o to nie poproszę; nie chcę! Och! gdybyż noc była krótka...
Po obiedzie panna Sergent prowadzi nas na przechadzkę wzdłuż rzeki; mała Lucia roztopiona w litości, chce mnie pocieszać.
— Posłuchaj, gdybyś ją poprosiła, pozwoliłaby ci pójść z nami, poproś tylko grzecznie...
— Właśnie! Wolałabym być zamkniętą pod trzema zamkami podczas ośmiu miesięcy, ośmiu dni, ośmiu godzin, ośmiu mi...
— Źle, że nie chcesz. Będziemy robić róże, będziemy śpiewać, będziemy...
— Niewinne zabawy! Chcesz wyleję ci wody na głowę.
— Ts! zamilknij! Ale naprawdę, zepsułaś nam dzień; nie będzie mnie tam wesoło, bo ty nie będziesz!
— Nie rozczulaj się. Będę spała w najlepsze; nabiorę sił przed „wielkim dniem“ jutrzejszym.
Znowu obiad w table d’hôte z komiwojażerami i handlarzami koni. Wielka Anaïs zwaryowana na żądzy podobania się, porusza się na wszystkie strony i wywraca na biały obrus swoją różową szklankę wody ze sokiem. O dziewiątej wracamy do siebie. Moje koleżanki zaopatrują się w chusteczki wełniane przeciw spodziewanej świeżości wieczoru, a ja... pozostaję w pokoju. Och, nadrabiałam miną wspaniale, ale niemiło było słyszeć, jak panna Sergent obraca klucz w zamku, poczem zabiera go z sobą... I oto jestem sama... Prawie natychmiast słyszę je już w dziedzińcu, mogłabym bardzo dobrze widzieć je z okna, lecz okazując ciekawość, przyznałabym się, że żałuję, a za nic w świecie tego nie zrobię! Cóż będzie zatem? Pozostaje mi tylko spać się położyć.
Zdejmuję już pasek i nagle stanęłam jak wryta przed komodą z lustrem. To jest, nie przed komodą właściwie, a przed drzwiami, które komoda zakrywa. Drzwi prowadzą do sąsiedniego pokoju i klucz jest z mojej strony, a pokój sąsiedni łączy się z korytarzem... Poznaję w tem palec Opatrzności, trudno temu zaprzeczyć... Niech będzie, co będzie, ale nie chcę, aby Ruda tryumfowała nademną: „Ja ją zamknęłam!“ Zapinam pasek i wkładam kapelusz. Nie pójdę na dziedziniec, nie takam głupia; ruszam do przyjaciół tatusia, owych X..., miłych i gościnnych ludzi, którzy dobrze mię przyjmą. Uuf! jak ta komoda ciężka! Aż się zgrzałam. Zamek trudno się porusza, dawno widać nietknięty i drzwi skrzypiąc się otwierają, ale się otwierają! Pokój, do którego weszłam, jest pusty, świeca gdzieś u góry, łóżko bez nakrycia; biegnę do drzwi; o, błogosławione drzwi, nie jesteście zamknięte, otwieracie się cudownie, wprost na korytarz!... Jak rozkosznie oddychać, gdy się nie czuje pod kluczem! Nie damy się złapać; nikogo na schodach, nikogo w kancelaryi hotelu, wszyscy robią róże. Róbcie róże, mili ludzie, róbcie róże — bezemnie!
Na ulicy, wśród nocy ciepłej, śmieję się cichutko; ale muszę spieszyć do X... Bieda, że nie rozpoznam drogi, mianowicie w nocy. Ba! będę pytała. Naprzód ruszam rezolutnie brzegiem rzeki; potem decyduję się pod światłem latarni spytać jakiegoś pana: „jeśli łaska, gdzie jest plac Teatralny?“ Zatrzymuje się, pochyla się, przygląda się mnie z blizka: „Piękne dziecię, pozwól, że cię odprowadzę, nie trafisz tam sama“... Co za nuda! Zawracam i szybko umykam w cień. Potem pytam chłopca ze sklepiku, który z wielkim hałasem zapuszcza żelazne drzwi swego sklepu, i tak z ulicy na ulicę, często przeprowadzana śmiechem albo poufałem wołaniem, przybiegam wreszcie na plac Teatralny i dzwonię u znanych drzwi.
Przyjście moje przerywa trio skrzypców, wiolonczelli i fortepianu, wykonywane przez dwie młode siostry blondynki i ich ojca. Powstają gwarnie: „Jak? dlaczego? sama?“ — „Czekajcie, dajcie opowiedzieć wszystko i wybaczcie“. Opowiadam im moje uwięzienie, ucieczkę, jutrzejszy egzamin; blondynki śmieją się, zabawione jak małe dziewczynki: „Ach, to zabawne! Ty tylko potrafisz coś podobnego!“ Tato śmieje się także, pobłażliwie: „Nie obawiaj się, odprowadzimy cię, wyprosimy przebaczenie“. Poczciwi ludzie!
I pogrążamy się w muzykę, bez zgryzot sumienia. O dziesiątej chcę już odejść, proszę o kogoś do przeprowadzenia, dają mi starą piastunkę...
Podróż przez ulice dość puste, oświetlone wznoszącym się księżycem...
Wszakże kręci się mi po głowie pytanie, co powie popędliwa Ruda?
Bona wchodzi ze mną aż do hotelu i widzę, że koleżanki moje są jeszcze w podwórzu, wiążą róże, piją piwo i limoniadę. Mogłabym wejść do mego pokoju niepostrzeżona, lecz wolę urządzić sobie efektowną scenkę; staję więc skromnie przed panną Sergent, która na mój widok aż podskoczyła na krześle. „Skąd przychodzisz?“ Ruchem głowy wskazuję towarzyszącą mi bonę, która zaraz wygłasza z uprzejmością swoją lekcyę: „Panienka przepędziła wieczór u moich państwa“. Poczem szepce jakie niewyraźne „dobranoc“ i znika. Zostaję sama wobec... (raz, dwa, trzy) wobec furyi! Oczy jej ciskają iskry, brwi łączą się i spływają, koleżanki moje stoją skamieniałe, z rozpoczętemi różami w ręku; spostrzegłszy błyszczące wejrzenia Luci, zaczerwienione policzki Maryi, wygląd gorączkowy wielkiej Anaïs, podejrzywam, że troszkę — wypiły; panna Sergent nie mówi nic; z pewnością szuka, co ma powiedzieć, albo opanowuje siebie, aby nie wybuchnąć. Przemówiła wreszcie; ale nie do mnie: „Wracajmy, już późno“. Więc to w moim pokoju nastąpi eksplozya? Niech tak będzie... Na schodach koleżanki patrzą się na mnie, jak na zapowietrzoną; mała Lucia pyta swemi błagającemi oczyma.
W pokoju naprzód nastaje uroczyste milczenie, potem Ruda z przygniatającą uroczystością pyta:
— Gdzie byłaś?
— Pani wie dobrze, u państwa X, przyjaciół mojego ojca.
— Jak ośmieliłaś się wyjść?
— Pani widzi: odsunęłam komodę, która zasłaniała te drzwi.
— To jest oburzająca efronterya! Powiem twojemu ojcu o tem niesłychanem prowadzeniu się, pewno rad będzie bardzo.
— Tato? Tato powie: „Mój Boże, to prawda, dziecko ma wielkie zamiłowanie swobody“ i z niecierpliwością czekać będzie końca opowiadania pani, aby co prędzej pogrążyć się w Malakologię Fresnois.
Spostrzegła, że inne słuchają, zwróciła się do nich natychmiast: „Idźcie spać, wszystkie! Jeśli za kwadrans świece nie będą zgaszone, będziecie mieć ze mną do czynienia! Co zaś do panny Klaudyny, przestaje być na mojej odpowiedzialności i może sobie dać się porwać tej nocy, jeśli się jej tak podoba!“
Och, schocking! Pani! Dziewczęta znikły jak wystraszone myszy; ja pozostaję z Maryą Belhomme, która mi obwieszcza:
— A więc to prawda, że nie można cię zamknąć! Mnie na myśl by nie przyszło odsunąć komodę!
— Nie chciało mi się nudzić. Ale spieszmy, bo gotowa naprawdę przyjść zgasić świecę.


Źle się śpi w łóżku nieswojem, a przytem cisnęłam się całą noc do ściany, aby nie dotykać nóg Maryi.
Rano budzą nas o w pół do szóstej; wstajemy rozespane; ja umywam się zimną wodą, aby trochę ze snu się otrząsnąć. Podczas gdy się myję, Lucia i wielka Anaïs przychodzą pożyczyć u mnie pachnącego mydła, haczyka do bucików i t. d. Marya prosi, abym zaczęła splatać jej warkocz. Wszystkie zaspane, zaledwie ubrane, zabawnie wyglądają.
Wymiana przedsięwziętych ostrożności w zastosowaniu do egzaminatorów: Anaïs wypisała daty historyczne, których jest mniej pewna, na rożku chustki do nosa (dla mnie trzeba byłoby chyba całego prześcieradła!), Marya Belhomme sporządziła miniaturowy atlasik, który trzyma zaciśnięty w dłoni; Lucia na białych mankietach zapisała daty, urywki panowań, teoremy arytmetyczne — cały podręcznik; siostry Jauberts zapisały także mnóstwo notatek na długich skrawkach papieru, które zwinęły w rurkę i zasunęły do rączki od pióra. Wszystkie interesują się bardzo samymi egzaminatorami; Lucia powtarza: „Z arytmetyki pytać będzie Lerouge, z fizyki i chemii Roubaud, z literatury stary Sallé...“ Przerywam:
— Jaki Sallé? dawny dyrektor kollegium?
— Tak, on.
— Co za szczęście!
Znam bardzo dobrze tego starego pana, to dawny mego ojca znajomy; będzie dobry dla mnie.
Pojawia się panna Sergent, w tej chwili walki skoncentrowana w sobie, milcząca. „Nic nie zapominacie? Ruszajmy!“ Nasza mała gromada przebywa most, wspina się po ulicach, zaułkach, staje wreszcie przed starą bramą nawpół zniszczoną, na której frontonie widnieje napis nawpół zatarty: Instytut Rivoire; jest to stary pensyonat dla dziewcząt, opuszczony od dwóch czy trzech lat. W dziedzińcu do połowy wybrukowanym, ze sześćdziesiąt młodych dziewcząt podzielonych na grupy gawędzi z ożywieniem; szkoły nie łączą się z sobą. Są tu uczenice z Villeneuve, z Beaulieu i jest ich ze dwanaście z głównego miasta okręgowego; grupy skupione dokoła swoich nauczycielek udzielają sobie uwag o innych grupach.
Skoro wchodzimy, wszystkie wejrzenia na nas się zwracają; przedewszystkiem na mnie z powodu mej białej w niebieskie paski sukni i wielkiego koronkowego kapelusza, które czynią jakby plamę na tle ciemnych mundurków. Lucia i Marya rumienią się pod spojrzeniami i chowają się w swoją skorupę; wielka Anaïs rozpływa się, czując się tak obraną z łuski. Egzaminatorzy jeszcze nie przyszli; przechadzamy się, zmieniamy miejsce, nudzimy się. Na boku małe drzwiczki bez zasuwy stoją w pół otwarte; widać perspektywę ciemnego korytarza, a w głębi przebija się jakaś smuga jasna. Podczas gdy panna Sergent zamienia chłodne powitania z innemi nauczycielkami, ja odważam się wsunąć się cichutko na korytarz: w końcu korytarza znajdują się drzwiczki szklane, podnoszę zardzewiałą zasuwę i znajduję się na małem podwórku obok jakiegoś śpichrza. Jaśminy tu porosły obficie, dzikie powoje, trawy swobodne i prześliczne; jest i małe drzewko zdziczałej śliwki; zielono tu, cicho; zakątek miły. Wśród traw — zachwycająca niespodzianka: dojrzałe, wonne poziomki...
Zwołajmy koleżanki, trzeba im pokazać te cuda! Wracam na dziedziniec bez zwrócenia niczyjej uwagi i opowiadam koleżankom o głuchym ogródku. Po kilku bojaźliwych spojrzeniach rzuconych w stronę panny Sergent, która rozmawia przy drzwiach głównych z jakąś nauczycielką, wyczekując ciągle nieobecnych egzaminatorów (wypoczywają sobie ci ludziska), Marya Belhomme, Lucya Lanthenay i wielka Anaïs decydują się wreszcie; siostry Jauberts usuwają się. Jemy poziomki, zrywamy powoje, otrząsamy śliwki, kiedy po żywym gwarze w dziedzińcu domyślamy się, że nasi dręczyciele już przybyli.
Jednym pędem przebiegamy korytarz; przybywamy w chwili, kiedy szereg czarnych, niepięknych panów, uroczystych, milczących, wchodzi do starego budynku. Za nimi, z hałasem szwadronu, wpada nas po schodach sześćdziesiąt kilka, ale na piętrze każą nam zatrzymać się przed progiem: trzeba dać czas tym panom zająć miejsca. Zasiadają przy wielkim stole i debatują. Nad czem? czy nad pożytecznością wpuszczenia tu nas? Gdzież tam! jestem pewna, że zamieniają uwagi nad temperaturą, albo rozmawiają o swoich drobnych sprawach, podczas gdy nauczycielki zaledwo wstrzymać nas mogą na wschodach i przedsionku, gdzie ledwo pomieścić się możemy.
W pierwszym rzędzie spostrzegam te powagi: długi, siwiejący, łagodne oblicze dziadunia — to dobry pan Salé, skurczony, podagryczny, z rękami jak wicina; ten drugi, tęgi, krótki, z szyją ściśniętą krawatem w mieniących się barwach, na wzór samego Rabastensa — to straszliwy Roubaud, który jutro będzie nas pytał z „z nauk“.
Nakoniec zdecydowali się nas przywołać. Napełniamy tę starą, brzydką salę, o ścianach bielonych, niewypowiedzianie brudnych, upstrzonych napisami i imionami uczenic; stoły także są straszliwe, porżnięte, brudne, z atramentowemi plamami przewracanych niegdyś kałamarzy. To wstyd! żeby też nas umieścić w podobnej ruderze!
Jeden z profesorów zajął się rozsadzeniem nas; trzyma w ręku sążnistą listę i starannie miesza szkoły, rozdzielając najmożliwiej uczenice każdego okręgu, aby nie dopuścić porozumiewania się. (Nie wie, że zawsze można się porozumiewać!) Znalazłam się na końcu ławki obok małej dziewczynki w żałobie, z wielkiemi, poważnemi oczyma. Gdzież są moje koleżanki? Zdaleka spostrzegam Lucię, która przesyła mi znaki i wejrzenia rozpaczne; Marya Belhomme kręci się niespokojnie przed swoim pulpitem; będą musiały obyć się bez wskazówek, te dwie słabe... Roubaud krąży rozdając wielkie arkusze papieru z niebieską pieczęcią w lewym rogu i opłatki. Znamy się na tem: trzeba w rogu napisać swoje imię z wymienieniem szkoły, w której się uczymy, potem rożek załamać i zapieczętować. Spełniwszy tę małą formalność, oczekujemy, co nam podyktują. Przyglądam się dokoła tym nieznanym towarzyszkom; niektóre z nich tak są zalęknione i niespokojne, że aż litość bierze.
Nagle w ciszy odzywa się Roubaud: „Próba ortografii, proszę zaczynać. Powtarzam raz tylko podyktowane zdanie“. I rozpoczyna dyktando, przechadzając się po klasie.
Wielka, skupiona cisza. Ba! pięć szóstych z tych dziewcząt stawia swą przyszłość na kartę. I pomyśleć, że wszystko to przyszłe nauczycielki, które trudzić się będą od siódmej z rana do piątej w wieczór i drżeć przed dyrektorką, po większej części nieżyczliwą; a to wszystko, aby zarobić 75 franków na miesiąc! Na sześćdziesiąt tych małych czterdzieści pięć są córkami wieśniaków lub robotników; aby uniknąć pracy przy ziemi lub w tkactwie, wolą zginać pierś, wykrzywić prawe ramię, pożółknąć na skórze; przeniosą mężnie trzy lata Szkoły Normalnej (wstawanie o 5, kładzenie się o wpół do dziewiątej i dwie godziny odpoczynku na całą dobę), zrujnują sobie trawienie, które rzadko przenosi trzechletni refektarz. Ale przynajmniej będą nosić kapelusze, miastowe suknie, nie będą doglądać bydła ani ciągnąć wiadra ze studni; więcej niczego nie pragną. A po co tu ja jestem, Klaudyna? Jestem tu, bo nie mam nic innego do roboty, bo tatuś, podczas gdy tu składam egzamina, może spokojnie operować swoje ślimaki; jestem tu jeszcze „dla honoru szkoły“, aby zdobyć o jeden dyplom więcej, o jedną chwałę więcej, dla tej jedynej szkoły, nieprawdopodobnej i rozkosznej...


Nasadzili imiesłowów, nastawiali pułapek z dwojaką liczbą mnogą i cały dyktat nie ma żadnego sensu, tak każde zdanie najeżone jest i wykrzywione. Zabawnie!
— Kropka i koniec. Odczytuję raz jeszcze! Zdaje mi się, że nie mam błędów; muszę tylko przeglądnąć akcent, bo policzą za pół, za ćwierć błędu. Podczas gdy odczytuję, pada mi na papier, ciśnięta z nadzwyczajną zręcznością, gałeczka z papieru; rozwijam w przymkniętej dłoni; to wielka Anaïs; pisze mi: „Czy trzeba s w trouvés w drugiem zdaniu?“ Ta Anaïs nic sobie z niczego nie robi! Czyż będę ją zwodzić? Nie, gardzę środkami, którymi ona posługuje się zwykle najswobodniej. Podnoszę głowę i przysyłam jej wyraźne „tak“, a ona najspokojniej poprawia.
— Macie kwadrans czasu do odczytania — ogłasza nam Roubaud; potem nastąpi próba pisma.
Druga gałeczka z papieru, już większa. Oglądam się naokoło; to Lucia, której niespokojne oczy przykute są do moich. Patrzcie, pyta o cztery słowa! Jeśli odeszlę kartką, czuję, że ją złapią; przychodzi mi natchnienie, poprostu genialne; na ceratce, w której chowamy węgiel do rysunku (kandydatki muszą wszystkiego sobie dostarczyć same) kawałkiem tynku odłupanego od ściany piszę żądane słowa, poczem szybko podnoszę ceratkę ponad głowę, zwracając złą stroną do profesorów, którzy zbyt wielkiej uwagi na nas nie zwracają. Oblicze Luci rozjaśnia się; poprawia szybko w swym dyktacie; moja sąsiadka w żałobie, która widziała całą scenę, zwraca się do mnie:
— Naprawdę, odważną pani jesteś!
— Jak pani widzi, trochę. Trzeba sobie pomagać nieco.
— Naprawdę... tak. Ale ja bym się nie odważyła. Pani ma na imię Klaudyna, wszak tak?
— Tak; skąd to pani wie?
— Och! mówiono nam dużo o pani. Jestem w szkole w Villeneuve; nasze nauczycielki mawiały nam o pani: „Jest to młoda panienka, inteligentna, ale harda nadzwyczaj, nie należy naśladować ani jej manier chłopca, ani jej uczesania. Jednak, gdyby zechciała przyłożyć starania, byłaby to niebezpieczna współzawodniczka przy egzaminach“. W Bellevue także znają panią; mówią, że jesteś trochę szalona i ekscentryczna...
— Miłe są wasze nauczycielki! Uważam, że bardziej się mną zajmują, niż ja niemi. Proszę im powiedzieć, że są wszystkie kupą starych panien zmurszałych; bardzo proszę, powiedz im to pani odemnie!
Przerażona, milczy. Tymczasem Roubaud ze swym okrągłym brzuszkiem przechadza się między ławkami, zbiera nasze dyktaty i odnosi je do profesorów. Poczem rozdaje nam nowe arkusze do egzaminu z pisma, zwraca się do tablicy i pięknym „charakterem“ pisze cztery wiersze:
Tu t’en souviens, Cinna, tant d’honneur et tant de gloire. Etc. etc...
— Proszę to wypisać: jedna linia wielkiego kursiwu, jedna średniego i jedna małego; rondem wielkiem, rondem średniem, rondem małem; pismem zwykłem wielkiem, zwykłem średniem, zwykłem małem. Macie na to godzinę.
Ta godzina, to odpoczynek. Ćwiczenie wcale nie męczące, a przytem nie wymagają wiele od pisma. Rondo i zwykłe pismo idą mi dobrze, ale mój kursiw jest obrzydliwy. A zresztą jestem już głodna!
Ulatujemy z tej sali smutnej, zbutwiałej, a w dziedzińcu oczekują już nasze nauczycielki, zgrupowane w cieniu, który nie ma nawet świeżości. Natychmiast wytryskują potoki słów, pytań, skarg: „Dobrze poszło? Co dyktowano? Pamiętałyście trudniejsze słowa?“ Sypią się odpowiedzi, opowiadania, pytania. — A południe już minęło i hotel daleko...
Ziewam ze zmęczenia. Panna Sergent prowadzi nas do pobliskiej restauracyi, bo hotel nasz za daleko i jest przytem bardzo gorąco. Marya Belhomme płacze i nie je z powodu trzech popełnionych omyłek (każda omyłka zmniejsza cenzurę o dwa stopnie!). Opowiadam Przełożonej — która zdaje się już nie pamiętać o mojej wczorajszej wycieczce — nasz sposób porozumiewania się; śmieje się zadowolona i tylko zaleca nie popełnić nieostrożności.
Oczekując następnego egzaminu, wszystkie prawie zasypiamy na krzesłach, przygnębione upałem. Przełożona przegląda gazety; spojrzawszy na zegar, powstaje: „Chodźcie, dzieci, już czas. Starajcie się nie wyglądać tak niedołężnie. A ty, Klaudyno, jeśli nie otrzymasz 18 lub 20 za kompozycyę francuską, to wrzucę cię do rzeki“.
— Oświeżę się przynajmniej.


Co za niedołęgi ci nauczyciele! Najbardziej stępiały umysł mógłby pojąć, że tworzyłybyśmy najjaśniej z rana, a nie podczas takiego gorąca. Czyż możemy teraz dobrze co wykonać!
Podwórze, chociaż pełne, jest teraz cichsze, niż z rana; a ci panowie każą jeszcze czekać na siebie! Wymykam się sama do małego ogródka, usiadam w cieniu pod jaśminami i pijana z rozleniwienia, przymykam oczy...
Wołania, krzyki: „Klaudyno! Klaudyno!“ Zrywam się, wpół rozbudzona, bo zasnęłam w najlepsze, i spostrzegam przed sobą przerażoną Lucię, która wstrząsa mię i ciągnie: „Zwaryowałaś chyba! Nie wiesz, co się robi! moja kochana, przyszli już od kwadransa! Już podyktowali treść do kompozycyi; nakoniec odważyłyśmy się powiedzieć z Maryą Belhomme, że ciebie niema... szukają cię, panna Sergent pobiegła w pole, a mnie przyszło na myśl, że może tu zalazłaś... kochana moja, dostanie ci się tam dobrze!
Wpadam na schody, Lucia za mną; lekki szmer spotyka mię przy wejściu i ci panowie, dobrze wyglądający po długiem śniadaniu, zwracają się do mnie z pytaniami: „Pani zapomniałaś? Gdzie pani byłaś?“ „Byłam w ogrodzie, odpoczywałam“. W szybie otwartego okna, trochę niewyraźnie, odbija się mój obraz; we włosach mam płatki jaskru, na sukni uczepiły się liście, zielona gąsienica pełznie mi po ramieniu, a włosy wiją się w nieładzie... Ensemble nie jest wstrętne... Przynajmniej mogę tak przypuszczać, bo ci panowie przyglądają się mnie przez chwilę, a Roubaud wyrywa się z pytaniem: „Czy nie zna pani obrazu Botticellego: Wiosna?“ Phi! czekałam tego: „Tak, panie profesorze... mówiono mi już o nim“. Odpaliłam mu kompliment, jak uciąć; przygryza usta, trochę zły; odpłaci mi za to. Czarni panowie śmieją się do siebie; idę na swoje miejsce, a poczciwy Salé szle za mną dodającą mi odwagi, ciężko przeżutą szczękami uwagę: „Nie spóźniłaś się pani jeszcze; proszę przepisać z tablicy; koleżanki jeszcze nie zaczęły“. Biedny krótkowidz, nie poznał mnie; niech się nie boi, nic mu nie powiem!
Na pierwszem miejscu kompozycya francuska! Ten mały wypadek dodaje mi werwy.
Treść. Wyłożyć myśli i komentarze, nasuwające się ze słów Chrysali: „Zgadzam się na to, aby kobieta widziała rzeczy jasno itd.“
Nadspodziewanie temat ani zbyt idyotyczny, ani zbyt niewdzięczny. Słyszę dokoła siebie niespokojne i rozpaczliwe pytania, bo większa część dziewcząt nie wie ani o Chrysali, ani o Femmes Savantes. Będą piękne dziwolągi! Nie mogę nie śmiać się na samą myśl. Układam małą elokubracyę, nie zbyt głupią, ozdobioną rozmaitymi cytatami; trzebaż się wykazać niejaką znajomością Molièra; idzie to dość dobrze; w końcu zapominam, co się ze mną dzieje i dokoła mnie.
Podniósłszy nos do góry dla znalezienia jakiegoś słowa wyrazistszego, spostrzegam Roubaud’a pogrążonego w szkicowaniu mego portretu na kartce małej notatki. Co do mnie i owszem; wracam do dawnej pozy, nie dając znać po sobie.
Paf! znowu gałeczka leci. To od Luci. „Czy mogłabyś mi przysłać dwie, trzy myśli ogólne; nie mogę poradzić, jestem w rozpaczy, całuję cię zdaleka“. Patrzę się na nią i widzę biedną jej twarzyczkę, całą w plamach, oczy czerwone; na moje spojrzenie odpowiada kiwnięciem głowy desperackiem. Na strzępku papieru piszę wszystko, co mogę i przysyłam kulkę nie przez powietrze — zbyt niebezpiecznie, — ale po ziemi, aleją, rozdzielającą dwa szeregi ławek; Lucia przeciska ją nogą leciutko.
Robię wyciąg ogólny; zaznaczam strony, które mi się podobają i te, które się nie podobają. Uf! skończone! Zobaczmy, co robią inne...
Anaïs pracuje nie podnosząc głowy, zamknięta w sobie, lewą ręką uchylając papier, aby sąsiadka doń nie zajrzała. Roubaud ukończył szkic swój i godzina zbliża się do końca, podczas gdy słońce zaledwo zniżać się zaczęło. Jestem zmęczona; dziś zasnę spokojnie, nie chcę żadnej muzyki. Przeglądajmy dalej: cały regiment ławek, po cztery na każdej, ciągnie się wgłąb sali; czarne dziewczęta pochylone nad pulpitami, widać tylko gładkie zwoje włosów lub warkocz spuszczony jak sznur tęgo spleciony; mało sukien jasnych, chyba są to uczenice szkół początkowych, jak nasza; zielone wstążki na szyi pensyonarek z Villeneuve tworzą plamę. Cisza ogromna, czasem tylko zaszeleści przewracana stronica, albo ozwie się westchnienie zmęczenia. Wreszcie Roubaud składa Monitora-Fresnois, nad którym zdrzemnął się troszkę i wyjmuje zegarek: „Godzina skończona, panienki, zabieram wypracowania!“ Dają się słyszeć słabe wykrzykniki, dziewczęta które nie ukończyły, błagają o pięć minut jeszcze; wreszcie profesorowie zabierają kopie i puszczają nas. Powstajemy wszystkie — przeciąganie się, ziewanie — grupy formują się natychmiast przed schodami; Anaïs rzuca się ku mnie.
— Jak zrobiłaś! od czego zaczęłaś?
— Nudzisz mnie; wyobrażasz sobie, że nauczyłam się na pamięć!
— A jakże w brulionie?
— Nie robiłam brulionu; tylko kilka punktów głównych nakreśliłam na początku kompozycyi.
— Moja kochana, będzieszże ty skarconą! Ja zatrzymałam brulion, aby pokazać Pani.
Marya Belhomme niesie także swój brulion i Lucia i inne; wszystkie zresztą; i tak się zawsze robi.
W podwórzu, ciepłem jeszcze od słońca, które dopiero co się skryło, panna Sergent siedząc na niskim ułomku muru, czyta jakąś powieść. „Ach, jesteście nakoniec! Dajcie bruliony! prędzej! niech zobaczę czy dużo nabazgrałyście głupstw“.
Odczytuje i wygłasza; kompozycya Anaïs „nie zgorsza“; Luci „ma niezłe myśli“ (dalibóg moje) lecz „nie dość rozwinięte“; Maryi „rozsmarowana jak zawsze“; kompozycye sióstr Jaubert: „przedstawiają się bardzo dobrze“.
— A twoja, Klaudyno?
— Pisałam bez brulionu.
— Moje dziecko, zwaryowałaś chyba! Przy egzaminie bez brulionu! Nigdy niczego rozsądnego nie mogę oczekiwać od ciebie...
I jakże nareszcie, bardzo zła ta kompozycya?
— Ależ nie, proszę pani, nie sądzę, aby była zła.
— Warta czego? 17?
— 17? Och, pani... Skromność nie pozwala mi... Przypuszczam, że dostanę conajmniej 18!
Koleżanki patrzą się na mnie z zazdrośną nieżyczliwością: „Ta Klaudyna umie nawet przepowiadać swoje stopnie! Co za zasługa! zdolność przyrodzona i koniec na tem...“
Dokoła nas kandydatki rozprawiają głośno, pokazują nauczycielkom bruliony, wykrzykują z rozpaczą, że zapomniały jakiejś myśli, jakiegoś zdania... Hałas ptactwa w ptaszarni.


Tego wieczoru zamiast wymykać się do miasta leżę wyciągnięta obok Maryi Belhomme i rozmawiamy o wielkim dniu dzisiejszym.
— Moja sąsiadka z prawej — opowiada mi Marya — jest z pensyi klasztornej; wyobraź sobie, że dzisiaj, kiedy rozdawano arkusze przed dyktandem, ona wyjęła z kieszeni różaniec i zaczęła pod pulpitem przesuwać ziarnka; tak moja kochana, różaniec z grubemi ziarnkami, tak jakby kieszonkowe liczydło. To na szczęście.
— Cóż! jeśli nie przyniesie szczęścia, to także nie przyniesie i nieszczęścia...
Lecz wkrótce dzień jutrzejszy pochłonął wszystkie nasze myśli. Egzamin z rachunków i rysunku, wieczorem — spis kandydatek dopuszczonych do egzaminu ustnego.
Prędkie picie czekolady, odjazd natychmiastowy. O siódmej już jest gorąco. Już oswojone, zabieramy miejsca same i oczekując przyjścia tych panów, szczebioczemy z umiarkowaniem i przyzwoitością. Już nam tu zręczniej; bez potrącenia się przesuwamy się między ławką i stołem, rozkładamy przed sobą ołówki, rączki, pióra, gumy, jakbyśmy tu codzień uczęszczały.
Wejście panów naszego losu. W naszych oczach stracili już część swej grozy: mniej lękliwe spoglądają na nich spokojnie, jak na starych znajomych. Wkrótce arkusze papieru przesuwają się po stołach, przypieczętujemy rożek dla ukrycia naszego imienia; Roubaud łamie pieczęć wielkiej koperty żółtej z marką Inspekcyi akademii i wyciąga ze środka wypis straszliwy zadań.
„Zadanie pierwsze“ — ktoś kupił rentę 3½%, % po kursie 94 fr. 60 ct. i t. d.
Bodaj go! Operacye giełdowe zawsze mię drażnią, są tam tak drobne wyliczenia, że siląc się ich niezapomnieć przenoszę istne męki!
„Zadanie drugie“ — „Podzielność liczb przez 9“.
— Macie panie na to godzinę czasu.
To niewiele, słowo daję. Na szczęście podzielności przez 9 uczyłam się tak długo, aż nareszcie zostało mi coś w pamięci. Lecz trzeba będzie jeszcze wyłuszczyć wszystkie warunki niezbędne, oraz wystarczające — co za nuda!
Już wszystkie kandydatki pochłonięte, uważne; lekki szept cyfr, ciche rachowanie przepływa ponad pochylonemi karkami.
...Skończyłam zadanie. Dwa razy przerobiłam każde wyliczenie (mylę się tak często!) i zawsze otrzymuję wynik 22.850 fr. zysku owego pana; ładny zysk! Ta liczba okrągła wzbudza we mnie pewną ufność, w każdym razie chcę się upewnić i zwracam się do Luci, która po mistrzowsku obraca cyframi. Mogłabym spytać mojej sąsiadki, ale boję się jej oczu czarnych, poważnych, zamkniętych w sobie, sporządzam więc kulkę papierową, ta leci i pada prosto pod sam nosek Luci; w kulce cyfra 22.850. Mała, rozweselona, daje mi znak głową „tak“ i wszystko w porządku. Wtenczas dopiero pytam mojej sąsiadki: „Ile u pani?“ Po pewnem wahaniu, nie wypowiadając się zupełnie, szepce: Mam więcej niż 20.000 franków“.
— Ja także; ale o ile więcej?
— No... więcej niż 20.000.
— Eh, nie proszę pani o pożyczkę! Trzymaj sobie swoje 22.850 fr. nie jesteś pani jedyna, której się udało dobrze rozwiązać zadanie; jesteś podobna do czarnej mrówki, pod wielu względami!
Dokoła nas śmieją się niektóre; moja sąsiadka nieobrażona nawet, zakłada ręce i spuszcza oczy.
— Czy już panie gotowe? — Woła Roubaud. Jesteście teraz wolne; potem nastąpi egzamin rysunków, proszę być na porę.

Na pięć minut przed drugą wracamy do ex-Zakładu Rivoire. W klasie, w miejscu najlepiej oświetlonem Roubaud kazał postawić dwa koła krzeseł; w środku każdego wysoką podstawę. Co na niej umieszczą? Całe jesteśmy wzrokiem. Egzaminator ginie, pojawia się posługacz z dwoma dzbankami szklannymi. Zanim postawił je na podstawie, już wszystkie uczenice szepcą: „Moja kochana, toż to będzie trudno! to przeźroczyste!“
Roubaud zaś mówi:
— Możecie panie usiąść, jak się wam podoba. Proszę odrysować te wazy (tyś sam waza!) szkicować węglem, wykończyć ołówkiem Condé; posługiwanie się linią, lub czemś podobnem, wzbronione bezwzględnie; kartony, które musicie mieć z sobą, służyć będą za deskę do rysunku.
Jeszcze nie skończył, a już dopadam krzesła, które upatrzyłam zawczasu w wybornem miejscu, skąd dzban widać z profilu, z uchem z boku; inne idą za moim przykładem; Lucia i Marya Belhomme siadają przy mnie. „Posługiwanie się linią wzbronione bezwzględnie“. Ba! wiemy, co to znaczy. Moje koleżanki i ja mamy w rezerwie paski liniowanego papieru, długości decymetra, podzielone na centymetry, łatwe do ukrycia. Trochę zręczności, i nic łatwiejszego jak przeprowadzić zapomocą tych linii, linie budowy (dwie linie przecinające się w środku, prostokąt zamyka wypukłość dzbana).
W drugiem kole krzeseł powstaje nagle gwar, przyciszone wykrzykniki i głos surowy Roubaud. „Tego jednego jest dostatecznie, abym usunął panią od egzaminów“. To jakieś biedactwo nieśmiałe i niezręczne, dało się złapać z decymetrem w ręku i teraz szlocha, skrywszy twarz w chusteczkę. Roubaud staje się nagle podejrzliwym i śledzi nas z bliska; lecz skrawki papieru zginęły już jak pod zaklęciem. Zresztą już ich nie potrzebujemy.
Mój dzbanek jest zachwycający, doskonale wypukły. Podczas gdy mu się przyglądam z zadowoleniem, nieśmiałe wejście naszych nauczycielek, które przyszły dowiedzieć się jak nam idzie, zwraca od nas uwagę naszego profesora; Lucia w tej chwili trąca mnie lekko: — „Popatrz, proszę cię, czy mój rysunek jest dobry?“
Przyglądam się, tłómaczę:
— Ucho za nisko; wygląda jak pies obity, z podgiętym ogonem.
— A mój? — pyta Marya z drugiej strony.
— Twój jest garbaty z prawej strony; włóż mu gorset orthopedyczny.
— Jaki?
— Mówię, że trzeba mu trochę waty z lewej strony; poproś u Anaïs, ona ma jej dużo za gorsetem.
Ta paplanina wprawia moje sąsiadki w niewymowny humor. Lucia opada na krzesło, ukazując w śmiechu wszystkie swe zęby zdrowe, Marya wydęła w śmiechu policzki, jak kobzę — gdy naraz straszliwa para iskrzących się oczu panny Sergent przeszywa nas z głębi sali. I posiedzenie się kończy w niezamąconej ciszy.
Wypuszczają nas, szczebiocące i rozgorączkowane na samą myśl, że dziś wieczorem odczytamy przybitą na drzwiach listę kandydatek, dopuszczonych do jutrzejszego egzaminu ustnego. Pannie Sergent trudno nas wstrzymać, tak gawędzimy bezustannie.
— Dosyć! Głowa mi pęknie! — woła nagle wstając — dowiecie się, co się dowiecie, a strzeżcie się, abym nie przyszła sama jedna odczytywać tę listę. Nie wrócimy już do hotelu, będziemy jadły obiad w restauracyi.
Zażądała oddzielnej sali. Jest to rodzaj kabiny do kąpieli, oświetlonej z góry światłem przyćmionem; nasze podniecenie przygasa tu nieco; jemy jak wilczęta, nie rozmawiając wcale. Lecz skoro pierwszy apetyt zaspokojony, co dziesięć minut pytamy, która godzina? Przełożona napróżno usiłuje uspokoić nasze znerwowanie, przekładając, że przy tak wysokiej liczbie konkurentek ci panowie nie zdołają przed dziewiątą odczytać wszystkich wypracowań; wrzenie nie ustaje.
Niewiadomo, co robić w tej piwnicy; zapadający dzień i nasza niecierpliwość czynią nas złośliwemi i pochmurnemi; już Anaïs i Marya zamieniły z sobą pierwsze kwaśne potyczki, przypominając żywo dwie nastroszone, bijące się kury; obie Jauberts zdają się dumać na ruinach Kartaginy, a ja ostro pchnęłam łokciem małą Lucię, która lazła do mnie z pieszczotami. Na szczęście panna Sergent, która nie mniej od nas jest rozdrażniona, dzwoni na służbę i żąda dwóch talii kart. Wyborny pomysł!
Światło dwóch różków gazowych ożywia nas trochę, a widok kart wywołuje uśmiechy.
W trzydzieści jeden! Chodźmy!
Rzucamy się do kart; obie Jaubertówny nie umieją grać! Niech więc rozmyślają sobie nad zmiennością losów ludzkich, my kartujemy już karty; panna Sergent przerzuca dzienniki.
Straszna fuszerka, wszystkie gramy źle; Anaïs kręci. A od czasu do czasu zatrzymujemy się wśród gry i z niespokojną twarzą, z wyciągniętemi szyjami, pytamy: „która może być godzina“?
Marya porusza myśl, że ponieważ jest ciemno nie można będzie odczytać listy; chyba wziąść ze sobą zapałki?
— Zapalą przecież latarnie!
— A jeśli niema tam latarni?
— Więc cóż? mówię z cicha, ja ściągnę świecę z kominka, a ty weźmiesz zapałki. Grajmy... Król i dwa asy!
Panna Sergent dostaje zegarek; nie spuszczamy z niej oka. Powstaje; my porywamy się z takim rozpędem, że aż krzesła padają, rzucamy się do kapeluszy, a ja przypinając kapelusz przed lustrem ściągam nieznacznie świecę z kominka.
Panna Sergent ma istną męczarnię w czuwaniu nad nami, abyśmy nie biegły; przechodnie śmieją się na widok naszego szeregu, powstrzymującego się zaledwo od galopowania, a my śmiejemy się do przechodniów. Nakoniec brama błysła przed nami. Kiedy mówię: błysła, to używam ozdobnego stylu... bo naprawdę niema tu ani jednej latarni! Przed temi drzwiami zamkniętemi gromada cieniów porusza się, krzyczy, skacze z radości i rozpacza — to są nasze współzawodniczki ze szkół innych. Rzucamy się, robiąc sobie drogę łokciami; nikt na nas nie zwraca uwagi.
Podnosząc zapaloną świecę czytam, zgaduję raczej, kierując się porządkiem alfabetycznym pierwszych liter w imionach: „Anaïs, Belhomme, Jaubert, Jaubert, Klaudyna, Lanthenay“. Wszystkie! Wszystkie! Co za radość! A teraz, sprawdzić liczbę punktów; 45 jest stopniem minimalnym; Panna Sergent zachwycona zapisuje w notatniku: „Anaïs 65, Jauberts 63 i 64, Klaudyna 68, Lucya 49, a ile Marya Belhomme? Jakto, 44½? A więc nie jesteś przyjęta? Cóż mi powiesz na to?
— Nie pani, wtrąca Lucya, która podeszła bliżej dla sprawdzenia, jest 44¾; jest przyjętą pomimo brakującej ćwierci; to dobroć ze strony tych panów...
Biedna Marya, spotniała ze strachu, oddycha teraz swobodniej. Dobrze zrobili ci panowie, że darowali jej tę ćwierć stopnia; ale obawiam się, żeby nie przepadła przy ustnym. Anaïs, skoro pierwsza radość ucichła, oświeca litośnie nowo przybywające... pokrapiając je obficie topiącą się stearyną; niegodna dziewczyna!
Przełożona z wielkim trudem zagania nas do hotelu; skaczemy i przyśpiewujemy przy blasku księżyca.
A później, gdy Przełożona już usnęła, wysuwamy się z łóżek: Anaïs, Lucia, Marya i ja (bez Jaubertówien naturalnie) zaczynamy tańczyć, tańczyć szalenie, z ulatującymi włosami, ujmując koszule w dwa palce, jak przy menuecie.
Nagle, jakiś szelest od strony pokoju pani Przełożonej; tancerki niemożebnego kontredansa rozbiegają się z szelestem bosych nóg i zduszonymi śmiechami.


Nazajutrz, zbudziwszy się bardzo wcześnie, biegnę do Anaïs i Luci, aby ich nastraszyć. Śpią snem twardym; koniuszkiem włosów łechcę nos Luci; kicha zanim otwarła oczy; odgłos ten budzi Anaïs, która mamrocząc coś, podnosi się, a spostrzegłszy kto jest sprawcą niepokoju, posyła mię do wszystkich dyabłów. Wtedy krzyczę poważnie: „Ale nie wiesz która godzina! Siódma, moja kochana, a egzamin zaczyna się o wpół do ósmej“. Usłyszawszy to, wyskakują z łóżka, zaczynają się ubierać; czekam aż zapną buciki; wtedy dopiero wołam, że to tylko szósta, że się pomyliłam. Jednak nie są tak bardzo zmartwione, jak wyobrażałam sobie.
O trzy kwadranse na siódmą, panna Sergent nas przynagla, woła o czekoladę, poleca raz jeszcze zajrzeć do historyi, w końcu wyprowadza nas na rozsłonecznioną ulicę ogłuszone, roztrzepane, Lucia ze swymi zapisanymi mankietami, Marya ze zwiniętą tutką papierową, Anaïs z mikroskopijnym atlasem.
W dziedzińcu znajdujemy już kandydatki, znacznie mniej liczne niż wczoraj; tyle zostało ich w drodze między piśmiennym egzaminem, a ustnym?
Otwierają się drzwi przed czarnymi panami: idziemy za nimi poważnie aż do sali egzaminacyjnej, dziś wolnej od wszystkich krzeseł. Wśród czterech ścian, po za czarnymi stołami siada profesor, poważny, niemal ponury.
Pchnięte przez pannę Sergent zbliżamy się całą naszą gromadką, pan Salé pogięty i wykrzywiony patrzy się na nas, nie dziwiąc, krótkowzroczny nieprawdopodobnie; Roubaud bawi się swoim łańcuszkiem myśląc o czemś innem; stary Lerouge oczekuje cierpliwie i przegląda liczbę nazwisk. Zapominam jeszcze o jednym; zgryźliwy Lacroix mrucząc, porusza wściekle ramionami, przerzuca papiery i zdaje się dysputować sam z sobą; dziewczęta przestraszone szepcą między sobą, że musi to być „straszliwie zły“! On to pierwszy decyduje się wreszcie wymruczeć imię: „Panna Aubert“!
Panna Aubert długa, wygięta, pochylona, podskakuje jak koń, spogląda na profesora i w jednej chwili głupieje; z wielkiej gorliwości wyskakuje naprzód i jakby trąbka pastusza krzyczy, akcentując po chłopsku: „Tu jestem panie!“
Wybuchamy mimowolnym śmiechem, a ten buldog de Lacroix ściąga brwi i gdy nieszczęsna wykrzyknęła: tu jestem! odpowiada: „Któż temu zaprzeczy?“ takim tonem, że biedaczka staje się istotnie godną litości.
— Panna Vigoureux! — woła Roubaud, który alfabet zaczyna od ogona. Wyskakuje gałeczka w białym kapeluszu ze stokrotkami, uczenica z Villeneuve.
„Panna Moriblon!“ — wysapał pan Salé, który chciał zarwać ze środka alfabetu i wszystko razem pomieszał. Marya Belhomme występuje, cała karmazynowa i siada naprzeciw pana Salé; on na nią spogląda przez chwilę a potem zapytuje, czy wie, co to jest Iliada? Lucia szepce za mną; „przynajmniej, że już zaczęto; to główna aby zacząć“.
Kandydatki niezajęte, rozpraszają się nieśmiało, niektóre zbliżają się, aby posłuchać egzaminu koleżanki. Lecz ja wolę rozweselić się trochę przy egzaminie panny Aubert. W chwili, gdy się zbliżam, pan Lacroix ją pyta: — Więc nie wiesz pani kogo zaślubił Filip Piękny?
Dziewczyna wytrzeszcza oczy, twarz czerwienieje i błyszczy potem; z mitenek widać palce jak serdelki.
— On zaślubił... nie, on nie zaślubił... Panie! Panie! krzyknęła nagle, zapomniałam wszystkiego! — Drży, grube łzy spływają jej po twarzy. Lacroix spogląda na nią zły jak krogulec.
— Zapomniałaś pani wszystkiego? Z tem co pani pozostaje, — okrągłe zero.
— Tak jest, tak jest — bąka nieszczęśliwa, ale to nic nie znaczy, wolę wrócić do domu, mnie to wszystko jedno...
Uprowadzają biedaczkę, wstrząsaną wielkiem łkaniem i słyszę ją jeszcze przez okno jak mówi do swojej nauczycielki... „Jak Boga kocham, wolę paść krowy u tatka, a potem nie wrócę już tutaj, a potem pojadę pociągiem o drugiej...“
W klasie koleżanki jej, poważne i zgorszone rozmawiają o smutnym wypadku. „Moja kochana, jaka ona głupia! Moja kochana, byłabym rada, gdyby mnie pytano tak łatwo, moja kochana!“
— Panna Klaudyna!
Stary Lerouge mię woła. Aj! rachunki... Jedyne szczęście, że wygląda na poczciwego tatusia. Już widzę, że nie zrobi mi nic złego.
— A zatem moje dziecko, powiesz mi cośkolwiek o kątach prostych.
— Tak panie profesorze; chociaż one nic mi nie powiedzą.
— Ba! Ba! czynisz je gorszymi niż są w istocie. Proszę mi nakreślić na tablicy kąt prosty, potem oznaczysz jego wymiary, a później powiesz mi ładnie o przeciwprostokątnej.
Czyż można opierać się takiemu człowiekowi! Jestem więc słodsza niż baranek z różową wstążeczką i mówię wszystko, co wiem. Zresztą, prędko się to kończy.
— Ależ to bardzo dobrze! Powiesz mi jeszcze jak rozpoznać liczbę podzielną przez 2, będziesz wolna.
Trzepię: „summa cyfr... warunki konieczne... wystarczające...“
— Dobrze, moje dziecko; to dosyć.
Wstaję, wzdychając z ulgą i spostrzegam za sobą Lucię, która mi szepce:
— Masz szczęście, moja kochana; cieszę się za ciebie. — Powiedziała to tak milutko; poraz pierwszy głaszczę jej szyję bez złości. Patrzcie! Znowu ja! Nie dadzą mi odetchnąć!
— Panno Klaudyno!
To ten jeżozwierz Lacroix! toż będzie gorąco! Usiadam, on patrzy na mnie z ponad okularów i mówi: „Hm! co to była ta wojna Dwóch Róż?
Dobrze! Przybita pierwszym strzałem! Dziesięciu słów nie wiem o wojnie Dwóch Róż. Po wymienieniu dwóch wodzów stron przeciwnych, milknę.
— A dalej — a dalej — a dalej?
Draźni mnie; wybucham:
— A dalej, bili się jak dwa zbóje, bardzo długo, ale to nie pozostało mi w pamięci.
(Patrzy na mnie zdumiony. Zdaje mi się — spadnie mi coś na głowę napewno!)
— To tak się pani uczysz historyi, tak?
— Czysty szowinizm, panie profesorze! Historya Francyi tylko mię obchodzi.
Wyobraźcie sobie, on się śmieje!
— Wolę mieć do czynienia z impertynentkami, niż z zahukanemi. Proszę mi powiedzieć o Ludwiku XV (1742).
— Czasy, kiedy Pani de la Tourielle wywierała na nim wpływ tak opłakany...
— Do kroćset! nie pytam o to!
— Przepraszam pana profesora, ale to nie z własnej mojej fantazyi, to jest czysta prawda... Najlepsi historycy...
— Co za najlepsi historycy...?
— Tak, proszę; czytałam u Micheleta ze szczegółami!
— Michelet! To jest waryacya a nie historya! Michelet, rozumiesz pani, napisał romans historyczny w dwudziestu tomach i śmiał to nazwać Historyą Francyi! A pani mówisz mi o Michelecie!...
Unosi się, bije w stół ręką; ja się nie zdaję; młode kandydatki zgrupowały się dokoła nas, nie wierząc własnym uszom; panna Sergent zbliżyła się niespokojna, gotowa się wmieszać.
Ja mówię:
— Zawsze Michelet jest mniej idyotyczny, niż Duruy!
Panna Sergent przyskakuje do stołu i woła błagalnie:
— Panie profesorze, proszę jej wybaczyć — dziecko się zmieszało... ona się usunie.
Lecz profesor przerywa krótko, ociera czoło wyrzuca z siebie:
— Proszę pozwolić! niema nic złego; trzymam się swoich przekonań, ale lubię, kiedy inni trzymają się swoich; ta panienka ma fałszywe pojęcie i czytała złe rzeczy, ale nie braknie jej indywidualności — a tyle mamy indyczek! — A teraz, czytelniczko Micheleta, staraj się mi dobrze opowiedzieć, jak pojedziesz parowcem z Amiens do Marsylii, bo inaczej wsadzę ci okrągłą dwóję!
— Jadąc do Amiens przepływam... itd... kanały, rzeki, porty... i przybywam do Marsylii, w czasie od sześciu miesięcy do dwóch lat.
— To do pani nie należy. Systemat orograficzny Rosyi, żywo!
(Hm! nie mogę powiedzieć, że odznaczam się szczególną znajomością systematu orograficznego Rosyi; jakoś jednak wywiązuję się z zadania, tu i ówdzie zostawiając luki. Wszakże profesor wielce ich żałuje.
— A Bałkany? Pani je odrzucasz? niepotrzebne?
(Ten człowiek mówi jak petarda).
— O, nie! panie profesorze; zachowuję tylko na zakąskę.
— Dobrze. Możesz iść.
Panienki usuwają się przedemną z pewnem oburzeniem. Miłe istoty.
Oddycham, nie wzywają mnie; słyszę z przerażeniem jak Marya Belhomme odpowiada Roubaudowi, że dla wytworzenia kwasu siarkowego wlewa się wodę na wapno, co powoduje jego wrzenie; wówczas zbiera się gaz do balonu... Mówiąc tak porusza się w dodatku jak drąg niezgrabny i głupi bez granic; jej wielkie, długie, wąskie ręce opierają się o stół, oczy ptaka bez mózgu błyszczą i biegają w różne strony; powtarza z nadzwyczajną rozkoszą niesłychane brednie. Niema ratunku! Możnaby jej szepnąć do ucha, ale nie posłyszy! Anaïs słucha także i bawi się z całego swego dobrego serca. Pytam jej:
— Przeszłaś już co?
— Śpiew, historyę, geografię.
— Stary Lacroix, zły?
— Jaki zabawny! Ale pytał mnie łatwo, wojna Trzydziestoletnia, pokoje... Słyszysz jakie bąki Marya strzela?
— Strzela bąki, to jeszcze wyrażenie za słabe.
Przybiega Lucia wzruszona, zdyszana:
— Przeszłam geografię, historyę, dobrze odpowiadałam; ach jak jestem rada!
— Idę do pompy, nie mogę wytrzymać! kto jeszcze ze mną?
Nikt nie idzie; nie mają pragnienia, albo się boją, aby nie wezwano ich tymczasem.
W sali, na piętrze, gorąco jest nie do wytrzymania; dziewczęta czerwone i błyszczące, pochłonięte, wyprostowane, nasłuchują, kiedy je wezwą, mocno postanawiając sobie nie prawić głupstw. Czy dwunasta jeszcze nie prędko? chciałoby się już wyjść.
Powraca Anaïs z fizyki i chemii; ta nie jest czerwona; czy byłaby kiedy czerwoną? Myślę, że we wrzącej wodzie zostałaby tak samo żółtą i zimną.
— Dobrze poszło?
— Słowo daję, dobrze. Roubaud pytał z angielskiego niżej ceny; dał tylko czytać i tłumaczyć; nie wiem tylko dlaczego krzywił się strasznie, kiedy czytałam; głupi!
To wymowa! Przypuszczam, że panna Amanda (ona daje nam lekcye angielskiego) nie mówi po angielsku z czystością nadzwyczajną. Ten nieznośny profesor będzie zaraz znowu się krzywił, bo i ja wymawiam nie lepiej. Tegoby brakowało! Wściekam się na samą myśl, że ten idyota będzie się śmiał ze mnie.
Dwunasta. Profesorowie wstają; i my zabieramy się do odejścia. Lacroix z włosami najeżonymi, z wytrzeszczonemi oczyma oznajmia, że dalszy ciąg egzaminu rozpoczyna się o w pół do trzeciej.
Przełożona, ledwo mogąc zapanować nad naszym gwarem, prowadzi nas do restauracyi! Jeszcze jest gniewna z powodu mego „obrzydliwego“ zachowania się z panem Lacroix; ale tak mię to nic nie obchodzi! Upał nie do wytrzymania, jestem znużona i bez mowy...


Ach, lasy, moje drogie lasy w Montigny! Wiem dobrze, jak w taką chwilę wszystko tam dzwoni! Osy i muszki ssące w kwieciu lip i bzu dźwięczą tak, że las cały brzmi jakby organy. A ptaszęta milczą, bo o południu stoją na gałązkach szukając cienia, muskają swe piórka i przeglądają podszycie lasu ruchliwemi, błyszczącemi oczyma. Leżałabym teraz na skraju puszczy Sapinierè, skąd widać całe miasto, gdzieś tam nisko, u moich nóg, a wiatr ciepły głaskałby mi policzki i byłabym w pół martwa z rozkoszy, z lenistwa...


Nie zwracamy już uwagi na nasze współzawodniczki ze szkół innych, one także nie zajmują się nami. Upał i znerwowanie pozbawia nas wszelkiego ożywienia, wszelkiej ochoty do kokieteryi. Wszystko jest spokojne, trzymające się swojej gromady; już myślimy o jutrzejszym odjeździe, o zaimponowaniu zostałym koleżankom, które z powodu „niskich na ogół stopni“ stanąć do egzaminu nie mogły. Jak to wielka Anaïs pysznić się będzie, a wspominać ciągle o Szkole normalnej, jakby o swojej wyłącznej własności!
Egzaminatorowie ukazują się nakoniec; spoceni, błyszczący, brzydko wyglądają. Boże Święty! Nigdybym zamąż nie wyszła w takie upały! Jedna myśl bliskiego sąsiedztwa z takim rozgrzanym jegomością... Prócz tego w tej sali słońcem napalonej, powietrze jest straszliwe; wiele z tych dziewcząt pewno nie są czysto ubrane. Chciałabym już stąd odejść!
Wpół martwa na krześle, słyszę niewyraźnie, jak inne się egzaminują i czekam na swoją kolej. Pan Salé trzyma się dziś lepiej, bo słońce wygrzało mu troszkę podagrę i reumatyzmy; odpoczywa spokojnie, bo uczenica, na którą czeka, gdzieindziej jest zajęta; a gdybym zrobiła zamach na jego cnotę! Zbliżam się cichutko i usiadam naprzeciw niego.
— Dzień dobry, panie Salé.
Patrzy się na mnie, poprawia okularów, zmruża jedno oko i nic nie widzi.
— Klaudyna, przypominasz pan sobie?
— Ach!... jakże nie! Dzień dobry, kochane dziecię! Jakże się ma ojciec?
— Dziękuję, zupełnie dobrze.
— A cóż egzamin? Jesteś zadowolona? Prędko skończysz?
— Niestety! Chciałabym jak najprędzej! Ale mam jeszcze fizykę i chemię, literaturę, którą pan profesor właśnie przedstawia, angielski i muzykę. Pani Salé ma się dobrze?
— Moja żona podróżuje gdzieś w Poitou; lepiej by zrobiła mnie pielęgnując, ale...
— Panie profesorze, ponieważ już pan mnie tu trzyma, proszę zdjąć ze mnie tę literaturę...
— Kiedyż nie jestem przy twem imieniu, o, daleko jeszcze! Przyjdź za jaką chwilę...
— Panie profesorze, ale pocóż to właściwie...
— Po to, że sobie teraz odpocznę chwilkę, na co zupełnie zasłużyłem. A przytem naruszenie porządku alfabetycznego nie jest w programie.
— Panie profesorze, bądź pan dobry. Pan mnie będzie pytał bardzo mało, prawie nic. Pan przecie wie, że z literatury umiem daleko więcej, niż się na egzamin wymaga; jestem mysz w bibliotece tatusia.
— He... to prawda. Mogę to zrobić dla ciebie. Miałem zamiar cię pytać o trubadurach, o Romansie Róży i t. d.
— Niechże pan sobie odpoczywa, panie profesorze. Wiem o tem nieco; przedstawiam sobie trubadurów w postaci małego śpiewaka Florentina, tak naprzykład...
Wstaję, przybieram pozę: ciało całe oparte na prawej nodze, zielona umbrelka pana Salé służy mi za mandolinę. Na szczęście sami jesteśmy w tym kątku; Lucia patrzy na mnie z daleka i aż otwiera usta z zadziwienia; a ten biedak podagryczny, rozbawiony, śmieje się wesoło.
...Na głowie nosili toczek aksamitny, włosy w pierścieniach, a ubiór ich często był w dwóch kolorach (niebieski i żółty bardzo dobrze sobie odpowiadają); mandolinę nosili zawieszoną na jedwabnym sznurku, śpiewali jakąś piosnkę ulotną, np. „Luba, oto kwiecień“. Tak oto, panie profesorze, przedstawiam sobie trubadurów. Mieliśmy także trubadura za pierwszego cesarstwa.
— Moje dziecko, jesteś trochę szalona, ale rozerwałem się przy tobie. A kogoż to nazywasz trubadurem pierwszego cesarstwa, Boże sprawiedliwy! Mów cicho, moja Klaudynko, bo ci panowie nas zobaczą.
— Ts! trubadurów pierwszego cesarstwa znam trochę z piosenek, które tatuś śpiewa. Proszę posłuchać.
I nucę cichutko:

Płonąc miłością, jadąc na boje
Z kaskiem na głowie, a z lirą w ręku,
Żegnał trubadur pasterkę swoją
W chwili rozłąki taką piosenką:
Dla kochanki serce całe,
Dla ojczyzny wszystka krew
Umrzeć gotów za miłość i chwałę,
To wesołego trubadura śpiew!

Profesor Salé śmieje się z całego serca:
— Mój Boże, jacy oni byli śmieszni! Wiem, że za dwadzieścia lat i my także śmieszni będziemy, ale ten trubadur w kaszkiecie i z lirą!... Uciekaj teraz, moje dziecko, idź! otrzymasz dobry stopień; oświadcz pozdrowienie ojcu, powiedz, że kocham go szczerze i że uczy córkę ładnych piosnek!
— Dziękuję, panie profesorze! do widzenia! Dziękuję raz jeszcze, że pan mię nie pytał; nie powiem nic, proszę być spokojnym!
Kochany człowiek! Dodało mi to trochę werwy i jestem tak rozbawioną, że Lucia pyta mię zaciekawiona:
— Więc dobrze odpowiadałaś? O co on pytał? Dlaczego brałaś jego umbrelkę?
— Ach, pytał mnie bardzo trudnych rzeczy o trubadurach, o formie ich narzędzi muzycznych; szczęście, że wiedziałam to wszystko!
— Forma narzędzi... no, naprawdę... drżę na samą myśl, gdyby mnie tak zapytano! Forma czego?... Ale tego nie było w programie! Ja powiem pani Przełożonej!
— Wybornie! wystosujemy zażalenie. A ty, skończyłaś?
— Tak, dziękuję ci. Skończyłam. Czuję, że sto kilo spadło mi z piersi; zdaje mi się, że tylko już Marya pozostaje...
„Panna Klaudyna!“ ozwał się jakiś głos za nami. Ach, to Roubaud! Siadam przed nim, poważna i sztywna; jest bardzo grzeczny, założyłabym się, że jest tu w modzie, ale ma jeszcze niechęć do mnie — tak długo pamiętać — za ów odpalony madrygał boticellowski. Pyta mnie, nieco zgryźliwie:
— Nie uśpiły już dziś pani nasze zrzędzenia?
— Czy to pytanie należy do programu, panie profesorze?
(Zakaszlał z lekka. Popełniłam szaloną nieostrożność, jedynie dla przyjemności dokuczenia mu. Tem gorzej!)
— Zechciej mi pani objaśnić, w jaki sposób dostarczyłabyś sobie atramentu?
— Mój Boże, jest dużo sposobów; najprostszy byłby pójść do sklepiku na rogu...
— Żarty są miłe, ale nie wystarczają do otrzymania dobrej noty. Proszę mi powiedzieć z jakich ingredyencyj sporządza się atrament?
— Galas... tanina... guma... niedokwas żelaza...
— Znasz pani proporcye?
— Nie.
— Tem gorzej! Możesz mi pani powiedzieć o mice?
— Nie widziałam jej nigdy, chyba na szybkach pudełek.
— Naprawdę? Tem gorzej jeszcze! Z czego wytwarzają się ołówki?
— Z grafitu, miękkiej kopaliny, którą kraje się w laseczki i zamyka w dwóch połowach drewnianego cylindra.
— Czy to jest jedyny użytek grafitu?
— Nie znam innych.
— Tem gorzej, zawsze! Czy tylko z grafitu robią się ołówki?
— Robi się ich mnóstwo; w Rosyi są kopalnie, zdaje się. Na całym świecie zużywa się bajeczna ilość ołówków, mianowicie przy egzaminach, kiedy profesorowie szkicują w notesie portrety kandydatek...
(Poruszył się na krześle, zaczerwienił.)
— Przejdźmy do angielskiego.
Otwiera i podaje mi mały zbiorek Powieści Miss Edgeworth:
— Proszę przetłumaczyć mały ustęp.
— Przetłumaczyć, tak, ale czytać... to co innego!
— Dlaczego?
— Bo nasz profesor angielskiego wymawia bardzo śmiesznie po angielsku; nie umiem wymawiać inaczej.
— Ba! cóż z tego?
— To, że nie lubię być śmieszną.
— Proszę wszakże przeczytać trochę; nie zatrzymam pani długo.
Czytam, lecz zupełnie cicho, wymawiając zaledwie sylaby i nie skończywszy ostatnich słów, tłumaczę coprędzej. Roubaud śmieje się mimowoli z tak wielkiej obawy złego wykazania się przy angielskim języku; rozszarpałabym go z przyjemnością. Jak gdyby to była moja wina!
— Dobrze. Czy zechce pani wymienić mi kilka słów nieregularnych, formy ich w teraźniejszym czasie i w imiesłowach?
To see: widzieć, I saw, seen. To be: być, I was, been. To drink: pić, I drank, drunk. To...
— Dosyć, dziękuję. Życzę pani powodzenia.
— Dziękuję; pan bardzo dobry.
Dowiedziałam się nazajutrz, że ten świętoszek wsadził mi bardzo złą notę, trzy punkty poniżej średniego! ślicznie bym wyszła, gdyby nie stopnie piśmiennego egzaminu, z kompozycyi francuskiej nadewszystko. Wierzcie tu tym chytrym lisom, co noszą pretensyonalne krawatki, muskają wąsy, szkicują wasze portrety, obrzucając co chwilę spojrzeniem. Prawda, że mu dopiekłam; ale wszystko jedno, takie buldogi szczere, jak Lacroix, sto razy więcej warte!
Skończywszy z fizyką i chemią, także z angielskim, usiadam, aby uporządkować trochę moje włosy. Przychodzi do mnie Lucia i jak zawsze pieszczotliwa kotka, zwija pukle me na palce.
— Gdzież są nasze, moja mała?
— Nasze? Skończyły wszystkie i są w dziedzińcu z Panią. Także i inne, które skończyły.
Fakt jest, że sala opróżnia się szybko.
Nakoniec woła mię ta tłusta poczciwa panna Michelot. Tak jest zmęczona i czerwona, że sama Anaïs miałaby nad nią litość. Usiadam; ona przygląda mi się wzrokiem niepewnym a dobrodusznym.
— Pani jesteś... muzykalną, jak mówiła mi panna Sergent?
— Tak, gram na fortepianie.
Podnosi ręce wykrzykując:
— W takim razie umiesz pani więcej odemnie.
Tak to jest powiedziane szczerze, że nie mogę wstrzymać się od śmiechu.
— Słowo daję, dam pani tylko odczytać nuty i nic więcej. Znajdę coś trudnego, ale dasz sobie z tem radę.
To „trudne“ jest bardzo skromniutkie ćwiczenie, ale w nutach dwa razy wiązanych i z siedmiu be-molami w kluczu, co się jej wydało „czarnem“ i okropnem. Odśpiewuję to allegro vivace w otoczeniu dziewczątek, wzdychających z zawiści. Panna Michelot potakuje głową i nie wymagając odemnie nic więcej, stawia całe 20, na które zezem patrzy całe audytoryum.
Uf! Więc to już koniec! Powrócę do Montigny, do naszej szkoły, do moich lasów! Zlatuję na dziedziniec, gdzie panna Sergent czeka na mnie i podnosi się na mój widok.
— Cóż, skończone?
— Tak, dzięki Bogu! Mam z muzyki 20!
— Dwadzieścia z muzyki! — wykrzyknęły chórem koleżanki, nie wierząc własnym uszom.
— Brakłoby jeszcze tego, gdybyś nie miała z muzyki 20 — mówi Przełożona obojętnie; w głębi jednak czuje się pochlebioną.
— 20 z muzyki, 19 z kompozycyi francuskiej — mówi Anaïs niechętnie i z zazdrością, jeśli wszystkie stopnie masz takie...
— Pociesz się, słodkie dziecię, elegancki Roubaud da mi najnędzniejszą notę!
— A to dlaczego? — pyta Przełożona zaraz już niespokojna.
— Bo nic szczególnego mu nie powiedziałam. Pytał mnie z jakiego drzewa robią się flety, nie, ołówki, czy coś podobnego, a potem różne historye o atramencie... i o Boticellim, jednem słowem nie „kleiło się“ jakoś.
Przełożona zachmurzyła się.
Zdziwiłoby mię bardzo, gdybyś nie zrobiła jakiego głupstwa! Kiedy padniesz, nie będziesz mieć przynajmniej żalu do nikogo, jak tylko do samej siebie.
— Hm, kto wie? Może będę mieć żal do pana Antonina Rabastensa; natchnął mnie uczuciem tak gwałtownem, że nauki moje bardzo przez to ucierpiały.
Na to Marya Belhomme składa swoje długie ręce i obwieszcza, że ona „jeśliby się w takim zakochała, nie mówiłaby tego tak śmiało“. Anaïs patrzy na mnie z pod oka, chcąc wyrozumieć, czy żartuję, czy mówię prawdę, a Przełożona ścisnęła tylko ramionami i prowadzi nas do hotelu; jesteśmy tak niekarne, rozleniwione, rozgapione, że na każdym zakręcie ulicy musi czekać na którąś z nas. Jemy obiad, poziewając; o dziewiątej napada nas istna gorączka dowiedzieć się co najprędzej, które z nas zdały egzamin; lista, jak wczoraj, przybita będzie na drzwiach szkaradnego raju. „Nie wezmę nikogo oznajmia niespodzianie Przełożona, pójdę sama, a wy tu na mnie zaczekacie“. Ale na te słowa powstaje taki koncert jęków, że wzruszona litością pozwala iść z sobą.
Tym razem niepotrzebnie zaopatrzyłyśmy się w świecę, bo jakaś ręka miłosierna zawiesiła latarnię pod białym afiszem, na którym wypisano nasze imiona... Ach! zapędzam się bardzo mówiąc „nasze“... jeszcze nie wiadomo, czy ja tam będę. Anaïs zemdlałaby ze szczęścia. Pośród wykrzyków, potrąceń, klaskań w ręce czytam na szczęście: Anaïs, Jaubert, Jaubert, Klaudyna i t. d. Wszystkie zatem. Niestety, nie; niema Maryi Belhomme!
Biedna Marya stoi nieruchoma, blada, przed tą fatalną listą, z której oczu nie spuszcza, błyszczących oczu ptaka, okrągłych, rozszerzonych; aż kąciki ust przeciągają się i wybucha hałaśliwym płaczem. Przełożona zirytowana uprowadza ją; idziemy za niemi, nie zwracając uwagi na przechodniów, którzy obracają się za nami, a Marya jęczy i łka głośno.
— Cicho, cicho, moja mała, uspakaja Przełożona, bądźże rozsądna. W październiku powiedzie ci się lepiej... Wszakże to jeszcze całe dwa miesiące masz przed sobą...
— Hheen! lamentuje Marya, niepocieszona.
— Będziesz przyjęta, mówię ci! słyszysz? przyrzekam ci; przyrzekam, że będziesz przyjeta! Zadowolona jesteś?
Rzeczywiście, słowa te wywierają wpływ nadzwyczajny. Marya wydaje tylko ciche jęki jak małe psiątko, któremu ssać przeszkodzą. Chusteczkę jej możnaby wykręcić, tak jest pełną łez; jakoż istotnie przechodząc przez most, wykręca ją nad rzeką. Ta obrzydła Anaïs mówi półgłosem: „Gazety ogłaszają silne wezbranie Lissy“, co usłyszawszy Marya, wybucha szalonym śmiechem, zmieszanym jeszcze z resztą łkań, a my za nią też śmiejemy się wszystkie. I oto ta głowa ptasia jest już nagle pełna radości; nabrała silnego przekonania, że zda egzamin w październiku i wpadła w wielką wesołość, a my oczywiście nie mając nic przeciwko temu, resztę tego nużącego wieczoru przepędzamy skacząc i bawiąc się na placu (wszystkie, nawet Jaubertówny!) aż do godziny dziesiątej, przy świetle księżyca.
Nazajutrz Przełożona wyrywa nas z łóżek o szóstej rano, chociaż pociąg odchodzi o 10-tej! Jesteśmy wszystkie niewywczasowane, ale w Przełożonej któżby poznał duegnę, która matkowała nam przez te trzy dni? Szczęście ją przeistoczyło; zobaczy wkrótce swoją Amandkę i z radości nie przestaje uśmiechać się do aniołów, wciągu całej drogi omnibusem. A my paplamy bez pamięci, wszystkie naraz. Każda opowiada o swoim egzaminie pięciu innym, które jej nie słuchają wcale.
— Moja stara! — wykrzykuje Anaïs, kiedy posłyszałam, że pyta mię o daty...
— Sto razy zakazywałam aby nie było tego: „moja stara“, wtrąca Przełożona.
— Moja stara — zaczyna szeptem Anaïs, zaledwo miałam czas otworzyć moją notatkę w dłoni... ale co najważniejsze, on ją widział; słowo honoru, mówię ci, widział tę notatką i nic!
— Kłamco nad kłamcami! — wykrzykuje szlachetna Marya Belhomme i oczy jej omal z głowy nie wychodzą. Sama widziałam, byłam tam, nic nie widział! Gdyby spostrzegł, odebrałby niewątpliwie, jak tamtej z Villeneuve, centymetr.
— Radzę ci milczeć. Idź, opowiedz Roubaudowi, że Psia Grota napełniona jest kwasem siarczanym!
Marya zaczerwieniona spuszcza głowę i zaczyna płakać; ja robię gest otwieranego parasola, a panna Sergent budzi się raz jeszcze ze swych słodkich marzeń.
— Anaïs jesteś podła! Jeśli będziesz jeszcze dokuczać której z koleżanek to pojedziesz sama w osobnym wagonie.
— W wagonie dla palących, naturalnie — potwierdzam.
— Ciebie nie pytają. Zabierajcie walizki i nie bądźcie wiecznie gapiami.
Skoro wsiadłyśmy do wagonu, Przełożona nie zajmuje się już nami; jakbyśmy wcale nie istniały; Lucia usypia z głową na mojem ramieniu; siostry Jaubert pogrążone w kontemplacyi pól i nieba pokrytego białymi obłoczkami; Anaïs gryzie paznogcie; Marya usnęła i smutek jej z nią razem.
W Bresles, ostatniej stacyi przed Montigny, zaczynamy ruszać się potrochu; panna Sergent wyjęła małe kieszonkowe zwierciadełko i sprawdza w niem równowagę swego kapelusza, oraz porządkuje rude, silnie wijące się włosy i straszliwą ponsowość swych ust; Anaïs szczypie się w policzki w szalonej nadziei dodania im trochę rumieńca; ja wkładam mój strzępiasty olbrzymi kapelusz. Dla kogo robimy tyle zachodu? Pewno nie dla panny Amandy. A więc dla nikogo! dla urzędników stacyjnych, dla konduktora omnibusu, starego pijaka Racalin; dla tego idyoty co sprzedaje gazety, dla psów, przebiegających drogę...
Oto już Sapinière, oto lasek Bel Air, a potem łąki gminne i dworzec. Wyskakujemy na ziemię, za nami Przełożona, która porywa zaraz w objęcia swoją Amandkę i ściska ją tak gwałtownie, że aż ta poczerwieniała cała, omal nie zduszona. Witamy ją także, grzecznem powitaniem uczenic... „dzień dobry pani! jak zdrowie pani!“
Ponieważ pogoda śliczna i nic nas nie; nagli, składamy tłomoki w omnibusie, a same ruszamy pieszo, brzegiem drogi obok płotu, gdzie rosną niebieskie cykorye i ponsowe smołki, i Ave Maria o śnieżystych krzyżykach małych. Szczęśliwe, że nie mamy historyi do powtarzania, ani wyszukiwania na mapach, biegniemy przed i za naszemi nauczycielkami, które idą trzymając się pod rękę. Amanda uścisnęła swoją siostrę, dała jej klapsa po twarzy, i rzekła: „widzisz, dzierlatko, że ze wszystkiego, można wyjść cało“. I więcej ani jej widzi, ani myśli o niej.
Dotknięta tem przykro, biedna Lucia przyczepia się do mnie i jak cień idzie za mną, mrucząc pogróżki i szyderstwa: „naprawdę szkoda sobie suszyć mózg na takie przyjęcie!... Piękne są obie; siostra wisi przy niej jak koszyk!“
Powrót tryumfalny! Wszyscy już wiedzą skąd wracamy i jaki rezultat egzaminu, bo Przełożona telegrafowała do szkoły; ludzie na próg wychodzą i witają nas przyjaźnie. Marya czuje wzrastającą rozpacz i znika jak może najprędzej.
Szkoła wygląda wspaniale, już gotowa, wykończona, biała, jaśniejąca; pośrodku merostwo, na dwóch skrzydłach dwie szkoły, jedna dla dziewcząt, druga dla chłopców; wspaniałe podwórze, gdzie na szczęście zachowano stare cedry i małe krzewy strzyżone po francusku i ciężkie drzwi żelazne — za ciężkie i za straszne — które za nami się zamkną, i waterklosety o sześciu kabinkach i piękne sypialnie na pierwszem piętrze, których jasne szyby i białe firanki widać z podwórza. Wszystko tak pięknie, rzec można: koszary!
Uczenice witają nas wielkim gwarem; panna Amanda wychodząc na dworzec powierzyła swoją i pierwszą klasę opiece pannie Griset; klasy zarzucone są papierami, ogryzkami jabłek, sabotami... Na jedno ściągnięcie rudych brwi panny Sergent, wszystko przychodzi do porządku, drżące ręce zbierają ogryzki jabłek, nogi wyciągają się i rozproszone saboty wracają cichaczem do swoich stóp.
Jestem okrutnie głodna i biegnę na śniadanie; cieszę się, że zobaczę Fauszetkę i ogród nasz i tatusia; biała Fauszetta spieczona i wychudzona na słońcu wita mię zdziwionem, nagłem miauknięciem; zielony ogród, zaniedbany, zarosły roślinami, wydłużonemi, wygiętemi ku słońcu, które im grube drzewa skrywają; — a tato spotyka z pieszczotliwą wymówką, uderzając mię po ramieniu.
— Cóż to się z tobą dzieje? Nie widzę cię już wcale!
— Ależ tatusiu, ja zdawałam egzamina.
— Jakie egzamina?
Mówię wam, nie znaleźć drugiego takiego tatusia! Opowiadam mu z przejęciem awantury dni ostatnich, a on słuchając gładzi swoją wielką brodę biało-rudą. Wydaje się być bardzo zadowolonym. Zapewne krzyżowanie ślimaków wydało nadspodziewane rezultaty.
Po egzaminach urządziłam sobie cztery czy pięć dni wypoczynku, spędzając je na włóczeniu się po Matiny, gdzie mieszka moja mleczna siostra Klara. Biedna dziewczyna zalewa się potokami łez, bo jej kawaler wyjechał z Montigny, nie raczywszy nawet oznajmić jej o tem. Za tydzień będzie miała innego narzeczonego, który po kwartale tak samo ją opuści; za mało jest sprytna, aby zatrzymać przy sobie chłopców i za mało praktyczna, aby wydać się za mąż; a jak upiera się przy swej uczciwości... położenie takie może przeciągnąć się długo.
Pasie tymczasem swoich dwadzieścia pięć owieczek; trochę z niej pasterka z opery komicznej; śmieszna w tym kapeluszu dzwonkowatym ocieniającym twarz i włosy (włosy żółkną na słońcu, a jakże, moja droga!) w niebieskim fartuszku haftowanym biało, i z białą książką romansu o czerwonym nagłówku, spoczywającą na dnie koszyka. Jestem pewna, że się czuje poetycznie nieszczęśliwą, jako smutna opuszczona kochanka i pewno w samotności przybiera roztęsknione pozy, z rękami rzuconemi beznadziejnie lub z opuszczoną głową, nawpół pogrzebana w gąszczu rozwianych włosów. Podczas gdy opowiada mi drobne wypadki ostatnich dni nieszczęsnych, ja pasę jej owce i każę psu wartować: „Tam zapędź Kruczku! Tu przypędź!“ i wołam „prrr... malutka!“ jeśli która zapędzi się do owsa; znam to wszystko i umiem.
— „Kiedy się dowiedziałam, którym pociągiem odjeżdża, wzdycha Klara, porzuciłam owieczki moje na opiekę Kruczka, a sama zbiegłam w dół na tor kolejowy. U rampy czekałam na pociąg, który w tem miejscu zawsze wolno idzie, bo droga w górę wznosić się zaczyna. Spostrzegłam go w oknie; powiewałam chusteczką, przesyłałam pocałunki, zdaje się, że mnie widział... Nie jestem pewna, lecz zdaje mi się, że oczy miał czerwone. Może rodzice kazali mu powracać natychmiast... Może do mnie napisze“. Brnij dalej, mała romantyczko; nic nie kosztuje mieć zawsze nadzieję. A gdybym nawet usiłowała cię przekonać, nie zechciałabyś uwierzyć.


Po pięciu dniach wałęsania się po lasach, oszarpywania sobie rąk i nóg o korzenie, objadania się dzikiemi czereśniami i tarniną, znoszenia do domu całych pęków dzikich gwoździków, babikrówek i bławatków, tęsknota za szkołą i ciekawość opanowały mię na dobre. Powracam.
Zastaję wszystkich w podwórzu; starsze siedzą na ławkach w cieniu, pracując leniwie nad robotami „na wystawę“; małe płuczą się pod pompą; pani Przełożona wpółleży w trzcinowym fotelu, a u nóg jej, na przewróconej skrzynce od kwiatów usiadła panna Amanda; szepcą ze sobą, nic nie robiąc. Na mój widok panna Sergent drgnęła i wykręciła się na krześle.
— A! nareszcie! Używasz sobie przechadzek!
— Panna Klaudyna biega sobie po lasach i ani pomyśli, że zbliża się rozdawanie nagród, a uczenice z tego chóru co mają śpiewać, nie umieją wyciągnąć ani jednej nuty.
— Ale... Czyż panna Amanda nie jest nauczycielką śpiewu? Ani pan Rabastens?
— Nie mów niedorzeczności! Wiesz bardzo dobrze, że panna Lanthenay z powodu delikatności swego gardła nie może śpiewać; a Rabastensa złapali na wizytach, na lekcyach śpiewu, jak się zdaje. Ach Boże! nieznośna okolica z temi plotkami! Jednem słowem, nie przyjdzie już tu. Nie można obejść się bez ciebie i weźmiesz chór na siebie. Dzisiaj o czwartej podzielimy na partye i będziesz powtarzała z niemi piosnki.
— Co do mnie, to i owszem. Cóż to ma być? Chóralna pieśń tegoroczna?
Hymn do natury. Maryo, poszukaj nut na mojem biurku, Klaudyna zaraz je rozpatrzy.
Jestto chór z trzech części, chór bardzo pensyonarski. Soprany miauczą z mocnem przekonaniem:

Tam w dali
Hymn poranny
Dźwięczy w cichy ton...

A mezza podchwytują echowo ostatni wyraz ton, powtarzają go kilkakrotnie: ton, ton, ton, naśladując niby głos dzwonka na Anioł Pański. Naiwnie, aż płakać się chce. Będzie się bardzo podobało.
Więc się zaczyna to słodkie życie, kiedy muszę drzeć się, powtarzając z trzysta razy jedną piosnkę, a do domu przychodzę bez głosu i w uszach do wściekłości dzwoni mi całymi dniami jedna i ta sama zwrotka. Gdyby chociaż jaki podarek dali mi za to!
Anaïs, Lucia i kilka innych na szczęście mają dobre ucho i za trzecim razem już dobrze ze mną śpiewają. Przełożona mówi; „Dosyć na dziś“, więc przestajemy; byłoby to zaiste nadmiernem okrucieństwem kazać nam śpiewać dłużej w takiej temperaturze senegalskiej.
— To wiecie — dorzuca Przełożona, że nie wolno nucić Hymnu do Natury między lekcyami! Bo zbijecie się z taktu, popsujecie wszystko i nie potraficie, „na rozdawaniu“ porządnie zaśpiewać. Róbcie teraz roboty i niech nie słyszę głośnej rozmowy.
My starsze, pozostałyśmy na podwórzu przy robotach, które mamy wygotować na wystawę robót ręcznych! (Czy mogą być inne niż ręczne? Nie znam robót „nożnych“). Po rozdaniu nagród bowiem, z całego miasteczka zejdą się ludzie, aby podziwiać nasze robótki z dwóch klas wyższych: koronki, hafty, wyszywania, bieliznę, wszystko powiązane wstążkami, rozłożone na stołach szkolnych. Na ścianach rozciągnięte firanki ażurowe, kapy na łóżko robotą szydekową na kolorowem podszyciu, dywaniki przed łóżko z zielonej włóczki, robione trykotem, ozdobione różami czerwonemi i różowemi, także z włóczki — i pokrycia na kominek z haftowanego pluszu... Ale te duże dziewczyny, zalotne w swoich negliżach, wystawiają przedewszystkiem ogromną ilość wspaniałej bielizny: batystowe koszule z wstawkami cudownemi, majtki w formie sabota z podwiązkami ze wstążek, koszulki na gorset zahaftowane od góry do dołu, wszystko to przeświecające, na papierze niebieskim, różowym, malwowym, z kartkami, na których imiona autorek jaśnieją wypisane pięknem rondem. Wzdłuż ścian ciągną się hafty na taburety krzyżykowym ściegiem, gdzie występują wspaniale bądź przeraźliwe koty z oczami sporządzonemi z czterech ściegów zielonych z czarnym punktem w środku, bądź psy o czerwonym grzbiecie i fioletowych łapach z wywieszonym językiem barwy pomarańczowej.
Bielizna, naturalnie, więcej niż wszystko inne przyciąga chłopaków, którzy, tak jak i wszyscy przychodzą oglądać wystawę; stają przed haftowanemi koszulami, przed majtkami we wstążkach, trącają się łokciami, śmieją się i szępcą nieskończone brednie.
Należy wspomnieć, że i szkoła chłopców ma także swoją wystawę, współzawodniczącą z naszą. Jeśli niema tam drażniącej bielizny, to znajdą się za to inne cuda: nogi od stołu zręcznie toczone, kolumny kręcone, (moja kochana, to najtrudniejsze!) inne drobne wyroby stolarskie, kartonowe, błyszczące od kleju, a nadewszystko roboty snycerskie w glinie — duma dyrektora, który ochrzcił ten dział skromniutko Sekcyą rzeźby“ — snycerstwo mówię, które ma pretensyę odtwarzać fryzy Parthenonu i inne płaskorzeźby, zamazane, zachlapane, nieszczęsne. Sekcya rysunkowa nie mniej litośny przedstawia widok: głowy Zbójów Abruzzskich zezują, król Rzymu cierpi na fluksyę, Neron wykrzywia się straszliwie, a prezydent Loubet w ramie trójkolorowej, (snycerstwo i tekturowanie w połączeniu) ma ochotę womitować, (to dlatego, że myśli o swojem ministerstwie, objaśnia Dutertre, zawsze zły, że nie został deputowanym). Pod ścianami rysunki tuszem źle cieniowane, plany architektoniczne i „widok ogólny przedwstępny (sic)[2] na Wystawę 1900 r.“ Akwarella zasługująca na premię.
I cały ten czas, który dzieli nas jeszcze od wakacyi, zejdzie nam bez książek, na leniwej robocie w cieniu muru; co kwadrans któraś z nas wstaje, aby obmyć ręce pod pompą — pretekst do przejścia się — niby to w celu ochronienia od plam jasnych włóczek lub białej bielizny; ja daję na wystawę tylko trzy koszule lniane różowe, krojem bébé i takież majtki.
Siadujemy razem z Lucią i Anaïs, za którą siedzi Marya Belhomme; trzymamy się zwykle razem w małej gromadce. Biedna Marya! Musi przygotowywać się do egzaminu w październiku. Ponieważ zanudzała się na śmierć siedząc sama w pustej klasie, Przełożona przez litość pozwoliła jej być z nami; pogrąża się w mapach, w historyach Francyi; jeśli mówię: pogrąża się, to znaczy: otwarta książka spoczywa na jej kolanach, nad książką głowa pochylona, ale wejrzenie przemyka się ku nam i uszy nastawione w naszą stronę. Przeczuwam rezultat egzaminu w październiku!
— Usycham z pragnienia! czy masz butelkę? pyta mię Anais.
— Nie, nie pomyślałam o niej; ale Marya pewno ją ma. Jeszcze jeden nasz zwyczaj niewzruszony, a zabawny, to te butelki. Od pierwszych dni upalnych powiedziałyśmy sobie, że woda z pompy jest niemożebna do picia (jest taką zawsze) i każda z nas codzień w głębinach swego koszyka przynosi butelkę z ochładzającym napojem. Idzie o to, kto sporządzi zabawniejszą mieszaninę, płyn bardziej wynaturzony. Tylko nie woda z lukrecyą — to dobre dla małej klasy! My mamy wodę octową, od której bieleją usta i robią się kurcze w żołądku, ostre limonady, wody miętowe, własnej fabrykacyi ze świeżych liści mięty, wódka cichaczem wyciągnięta w domu i mocno ocukrzona, sok agrestowy, sprawiający straszliwą oskomę. Wielka Anaïs opłakuje gorzko odjazd córki aptekarza, która dostarczała niekiedy flaszeczek z wyskokiem miętowym, bardzo mało rozcieńczonym wodą; ja, będąc naturą prostą, poprzestaję na białem winie z wodą selcerską z cukrem i cytryną. Anaïs nadużywa octu, Marya soku z lukrecyi tak tęgiego, że prawie jest czarnym...
Ponieważ nasze butelki surowo są wzbronione, więc przynosimy w ukryciu zamknięte korkiem, przez który przechodzi rurka od pióra: to nam pozwala, pochyliwszy się pod jakim bądź pretekstem pić nieznacznie, nie poruszając butelki, tkwiącej niewzruszenie w koszyku. Podczas małej pauzy (o dziewiątej i o trzeciej) rzucamy się wszystkie pod pompę, aby świeżą wodą ochłodzić butelki lub odświeżyć napój. Trzy lata temu jedna z młodszych upadła ze swoją butelką i przebiła sobie szkłem oko; teraz oko jej zawsze już jest białe. Wskutek tego wypadku skonfiskowano nam nasze butelki... a potem, po tygodniu ktoś przyniósł ze sobą jednę, ktoś inny dnia następnego drugą, i w miesiąc potem butelki funkcyonowały po dawnemu. Przełożona nie wie może o tym wypadku, bo zdarzył się jeszcze przed jej przyjazdem, a może zamyka tylko oczy, aby mieć trochę spokoju.


Naprawdę, żadnego zdarzenia! Upał odbiera nam wszelką werwę; Lucia nie tyle mię oblega natrętnemi pieszczotami; wybuchy sprzeczek zapalają się zaledwo i wnet gasną; niekiedy tylko krótka burza lipcowa zaskoczy nas w podwórzu, zmiecie hurraganem gradu — a w godzinę potem znów niebo jest czyste.


Dutertre od wieków już nie przychodzi. Mówią, że bawi kędyś nad morzem, gdzie uwija się i flirtuje (lecz skąd on bierze pieniądze?). Widzę go, w białej flaneli, w miękkiej koszuli, z pasem nazbyt szerokim, w trzewikach nazbyt żółtych; przepada za takimi kostyumami, nieco krzykliwymi; sam nazbyt „krzykliwy“ w tych jasnych kolorach, nazbyt opalony, z oczyma nazbyt błyszczącemi, z ostrymi zębami, wąsem czarno-rudawym, jakby mu go kto podsmalił trochę.
Nigdy mi już na myśl nie przychodzi jego gwałtowny atak w oszklonym korytarzu — wrażenie było żywe, lecz krótkie — a przytem wiadomo, że z nim do żadnych konsekwencyj to nie doprowadzi. Jestem może trzechsetną dziewczyną, którą stara się pociągnąć ku sobie; nie ma to żadnego znaczenia ani dla niego, ani dla mnie. Miałoby znaczenie, gdyby się mu udało — w tem cała różnica.
Rozmyślamy już dużo nad naszą toaletą w dzień rozdania nagród. Dla Przełożonej matka, bardzo wprawna hafciarka, haftuje czarną suknię jedwabną w wielkie bukiety, drobną girlandę u dołu sukni i gałązki pnące się na stanik, wszystko to jedwabiami fiołkowymi w cień — coś bardzo dystyngowanego, trochę może ze „starszej damy“, ale krój bez zarzutu; zawsze ciemno i skromnie ubrana, szykiem swoich spodnic zaćmiewa wszystkie notaryuszowe, aptekarzowe, kupcowe i nawet same rentierki! Jest w tem mała zemsta kobiety brzydkiej a dobrze zbudowanej.
Panna Sergent zajęta jest również ładnem przystrojeniem swojej Amandki. Sprowadzono próbki z Louvru, z Bon Marché i obie przyjaciółki wybierają razem, pogrążone w tej pracy, tuż przy nas, w podwórzu, gdzie haftujemy. Myślę, że suknia ta nie drogo się obejdzie pannie Amandzie; naprawdę, źle by zrobiła postępując inaczej; nie z jej to 75 franków na miesiąc, z których trzydzieści odliczyć trzeba na koszt utrzymania (którego nie opłaca), także na utrzymanie siostry (co sobie zaoszczędza) i dwadzieścia franków, które posyła rodzinie, wiem to od Luci — nie z takimi to dochodami można sprawić sobie śliczną sukienkę z mohairu białego, którego próbkę widziałam.
Wśród uczenic przyjętem jest nie zajmować się niby strojem na ten dzień uroczysty. Na miesiąc przedtem wszystkie rozmyślają nad sukniami, naprzykrzają się mamom o wstążki, koronki, lub chociaż tylko pewne zmiany modniejsze do przeszłorocznych sukienek — ale w klasie należy do dobrego tonu jak najmniej o tem mówić; spyta się która czasem, mimochodem, jakby przez grzeczność: „Jakaż będzie twoja suknia?“ i udaje, że ledwo słucha odpowiedzi, danej też niedbale i lekceważąco.
Wielka Anaïs zadała mi to zwykłe pytanie, patrząc gdzieś w inną stronę, z twarzą nieuważną. Z wejrzeniem zamyślonem, obojętnym głosem odrzekłam: „O, nic szczególnego... biały muślin... stanik przybrany chusteczką skrzyżowaną na piersiach, otwarty nieco... rękawy Ludwika XV z buffą nad łokciem... i wszystko“.
Ubieramy się zwykle biało na rozdawanie nagród; ale suknie zdobią się obficie jasnemi wstążkami, paskami, kokardami, choux, węzłami; staramy się każdego roku mieć wstążki innej barwy.
— A wstążki? — pyta obojętnie Anaïs.
Czekałam tego.
— Białe także.
— Moja kochana, to jak panna młoda, naprawdę! Wiesz, wiele będzie w czarnem; tak zupełnie biało, będzie to jak pchły na prześcieradle.
— To prawda. Na szczęście, biały kolor dosyć mi do twarzy.
(Złość się, miłe dziecię! Wiadomo, że twoja cera żółta każe ci ubierać się we wstążki ponsowe lub pomarańczowe, inaczej wyglądałabyś jak cytryna.)
— A ty? Wstążki oranżowe?
— Nie, cóż znowu! Miałam je zeszłego roku. Wstążki będą Ludwika XV, wzorzyste, faille i satynowe, koloru kości słoniowej z maczkami. Moja sukienka jest wełniana kremowa.
— Moja — oznajmia niepytana Marya Belhomme — będzie z białego muślinu ze wstążkami koloru barwinka, blado-niebieskie, bardzo ładne!
— A ja — odzywa się Lucia, jak zawsze wrośnięta w moje spodnice, albo przycupnięta w moim cieniu, — mam wprawdzie suknię, ale nie wiem jakie dać wstążki; Amanda mówi, że błękitne...
— Błękitne? Głupia jest twoja siostra, przy całym szacunku jaki jej winnam. Przy twoich zielonych oczach nie kładzie się wstążek błękitnych; trzeba byłoby zgrzytać zębami. Modystka na placu ma bardzo ładne wstążki zielone z białem... twoja suknia biała?
— Tak, muślinowa.
— Dobrze! Męczże teraz siostrę, aby ci kupiła wstążki zielone.
— Niema potrzeby; sama sobie kupuję.
— Tem lepiej. Zobaczysz, że będzie ci ładnie; nie tak wiele odważy się na zielone wstążki, bo rzadko komu do twarzy...
Biedna dziewczynina! Najmniejsza przychylność z mojej strony, nawet wcale nie rozmyślna, wprawia ją w zachwyt...
Panna Sergent, którą niepokoi zbliżająca się wystawa, napędza nas do pracy; kary sypią się jak grad, a kary te to po nauce dwadzieścia centymetrów koronki, albo metr obrębka, albo dwadzieścia rzędów trykotu. Ona sama pracuje nad wspaniałemi firankami z muślinu, które prześlicznie haftuje, skoro tylko Amanda jej nie przeszkadza. Ta miła pomocnica, leniwa jak istna kotka, po pięćdziesięciu ściegach haftu już wzdycha i przeciąga się wobec wszystkich uczenic; a Przełożona nie ma odwagi ją gderać, więc tylko robi uwagę, „że jest to dla nas przykład opłakany“. Na te słowa swawolnica podrzuca w górę swoją robótkę, patrzy się na przyjaciółkę błyszczącemi oczyma, a potem rzuca się na nią, aby gryźć jej ręce. Starsze uczenice uśmiechają się i trącają łokciami; młodsze ani okiem nie mrugną.


Dzisiejszego ranka, wypadkowo chłodniejszego, zaszedł wstrząsający wypadek. Panna Sergent w swej skrzynce pocztowej znalazła duży pakiet ze stampilą prefektury, z pieczęcią merostwa; łamiemy nad nim głowę, a języki żywo pracują. Przełożona otwiera pakiet, czyta, odczytuje i nic nie mówi. Mała jej towarzyszka zniecierpliwiona, że nic nie wie, klaszcze w dłonie, wzrusza przynaglająco ramionami, a potem wykrzykuje to „Ach!“, to „Dopiero będzie kłopotu!“ w sposób tak drażniący, że zaintrygowane w najwyższym stopniu, drżymy poprostu.
— Tak, odzywa się Przełożona — mówiono mi już o tem, ale oczekiwałam zawiadomienia oficyalnego; to jeden z przyjaciół doktora Dutertra.
— Nie o to idzie; trzeba oznajmić uczenicom, przecież będą wywieszać chorągwie, będzie iluminacya, będzie uczta... Proszę spojrzeć, czy nie pękają z niecierpliwości?
— Ja myślę!...
— Tak, trzeba im oznajmić. Panienki, proszę słuchać i zrozumieć! Z powodu zbliżającego się zjazdu rolniczego minister rolnictwa, pan Jan Dupuy, przyjedzie do miasta okręgowego i przy tej sposobności zwiedzi wszystkie nowe szkoły, będzie więc i u nas; miasto przybrane będzie chorągwiami, iluminowane, zrobi się przyjęcie na dworcu... Nudzicie mię nakoniec! dowiecie się o wszystkiem, bo ogłoszą przecież po mieście z bębnem; starajcie się raczej, aby roboty wasze były na czas!
Zapadło głębokie milczenie. A potem wybuchnęłyśmy! Wykrzykniki wznoszą się, mieszają, tumult wzrasta, aż nagle cieńki głos piskliwy podnosi się ponad wszystko: „Czy minister będzie nas pytał?“ To Marya Belhomme, ta głowa kapuściana! Kpimy z niej bez litości.
Pomimo zbyt wczesnej godziny Przełożona każe stawać nam w szereg i krzyczące, paplące uwalnia nas do domu; sama, wobec zbliżającego się niesłychanego wypadku zastanowić się musi nad wszystkiem i wydać rozporządzenia.
— Moja stara, cóż mówisz na to? — pyta mię Anaïs na ulicy.
— Mówię, że wakacye zaczną się o tydzień wcześniej i wcale mię to nie cieszy; nudzę się, kiedy nie mogę przyjść do szkoły.
— Ale będą festyny, bale, zabawy na placach.
— Tak, i wiele ludzi, przed którymi można się pokazać, rozumiem cię! Wiesz, my będziemy na pierwszym planie, Dutertre jest przyjacielem nowego ministra (to tylko dla Dutertra Jego Excellencya świeżej daty odważa się na taką dziurę jak Montigny); on nas wysunie naprzód...
— Ej? sądzisz?
— Napewno! Obmyślił wszystko, aby wykierować się na deputowanego!
Rozstaje się ze mną promieniejąca, marząc o występach oficyalnych, gdzie dziesięć tysięcy par oczu będzie ją podziwiać!
Obębniono w mieście wielką nowinę; obiecują nam przyjemności bez końca: o dziewiątej przybycie ministerskiego pociągu; władze miasta, uczniowie obu szkół, nakoniec wszystko, co jest najznakomitszego w Montigny, będzie oczekiwało ministra na dworcu i przy wjeździe do miasta, a potem poprowadzą go przez udekorowane ulice na łono szkół. Tam, na estradzie, on przemówi! A w wielkiej sali merostwa wydadzą mu ucztę wśród licznego towarzystwa. Potem rozdanie nagród osobom dorosłym (bo p. Jan Dupuy przywozi kilka wstążeczek zielonych i fioletowych protegowanym swego przyjaciela Dutertra, który przy okazyi odtworzy rolę głównego zwierzchnika). Wieczorem wielki bal w sali uczty. Orkiestra z głównego miasta odegra swoje arcydzieło. Nakoniec mer zaprasza mieszkańców miasta do przyozdobienia mieszkań swych zielenią.
Uf! Ile honoru dla nas!


Dzisiaj rano Przełożona oznajmia nam uroczyście — odrazu znać, że gotują się wielkie rzeczy — odwiedziny swego ukochanego Dutertra, który ze zwykłą sobie grzecznością udzieli nam pełnych szczegółów o przebiegu całej ceremonii.
Z tem wszystkiem Dutertre nie przychodzi.
Dopiero po południu około czwartej, kiedy już układamy w koszykach nasze trykoty, hafty i koronki, wpada Dutertre jak wicher, według zwyczaju bez uprzedniego zapukania. Nie widziałam go od czasu „zamachu“; nie zmienił się wcale; ubrany ze zwykłą swą zaniedbaną elegancyą, w kolorowej koszuli, w ubraniu prawie białem, na piersiach wielki fular jasny, kończący się aż pod paskiem, zastępuje miejsce kamizelki; panna Sergent, tak jak Anaïs, jak Amanda Lanthenay, jak wszystkie zresztą, znajdują ten ubiór dystyngowanym w najwyższym stopniu.
Rozmawiając z nauczycielkami strzela oczyma w moją stronę, oczyma wydłużającemi się aż ku skroniom, oczyma złego zwierza, którego umie trzymać na wodzy. Ale nie uda mu się po raz drugi zwabić mię na korytarz; skończyły się te czasy!
— Cóż, panienki, rade jesteście, że zobaczycie ministra?
Odpowiada mu ogólny szmer niewyraźny, pełen szacunku.
— Uważać! Macie go spotkać uroczyście na dworcu; wszystkie w bieli! To nie wszystko: trzy starsze ofiarują mu bukiet, jedna z nich powita przemową!
Zamieniamy z sobą spojrzenia robionej nieśmiałości i udanego zagniewania.
— No, nie bądźcież indyczkami! jedna powinna być zupełnie biało, druga biało z niebieskiemi wstążkami, trzecia biało z czerwonemi, będziecie wyobrażać sztandar narodowy; ech, ech! mała chorągiew nie zaszkodziłaby też wcale! Ty, naturalnie, będziesz przy sztandarze (ty, to znaczy: ja), jesteś okazalsza, a przytem lubię, kiedy cię widzą. Jakie będziesz mieć wstążki na rozdanie nagród?
— No, tego roku, wszystkie prawie będą w białem.
— Bardzo dobrze; rodzaj małej dziewicy; będziesz w pośrodku. I powiesz małą mówkę mojemu przyjacielowi ministrowi; nie przykro mu będzie popatrzeć na ciebie, co?
(Zwaryował! mówić tu takie rzeczy! Panna Sergent mię zabije.)
— A kto ma wstążki czerwone?
— Ja! wykrzykuje Anaïs, dygocąca z niecierpliwości.
— Dobrze; ty, i owszem.
Jest to małe kłamstewko, bo wstążki jej są wzorzyste.
— Kto ma niebieskie?
— J...ja...wyjąkała Marya Belhomme, zamierająca ze strachu.
— Wszystko zatem dobrze; nie będziecie odstręczające, wszystkie trzy. A teraz, co do wstążek, wybierajcie śmiało, róbcie szaleństwa, ja płacę! (Hm!) Piękne przepaski, szalone kokardy, pętle, a bukiety zamawiam dla każdej w odpowiednich barwach.
— Tak wcześnie! — wtrącam — zwiędną do tego czasu.
— Milczeć, berbeciu! nie masz nigdy za grosz uszanowania dla starszych. Miło mi przypuścić, że masz już inny, ofiarowany z przyjemniejszej strony?
Cała klasa płaszczy się z zachwytem; Przełożona kwaśno się uśmiecha. Przysięgłabym, że Dutertre pijany!
Każą nam odejść przed jego wyjściem. Słyszę ze wszystkich stron: „Moja kochana, można powiedzieć, że masz powodzenie! Dla ciebie wszystkie zaszczyty! Niema obawy, toby się innej nie dostało!“ Nic nie odpowiadam, ale idę pocieszyć tę biedną Lucię, bardzo zasmuconą, że nie wybrano jej do sztandaru: „Nic to; zielony kolor będzie ci bardzo do twarzy... a zresztą, to twoja wina, czemu nie wysunęłaś się naprzód jak Anaïs?“
— Och! wzdycha mała, niech tam sobie! Wobec wielu ludzi tracę się zawsze i jeszcze zrobiłabym jakie głupstwo. Ale jestem rada, że ty powiesz przemowę, ale nie wielka Anaïs.


Tatuś, gdy mu oznajmiłam przyszły mój występ wspaniały przy inauguracyi szkół, zmarszczył swój nos burboński i zapytuje: „Wielkie bogi! Czy trzeba jeszcze, abym i ja tam był?“
— Wcale nie, tatusiu; pozostaniesz w cieniu!
— Kiedy tak, to doskonale; nie potrzebuję więc zajmować się tobą?
— Zapewne, że nie, tatusiu; nie zmieniaj swego trybu życia!



Miasto i szkołę przewrócono do góry nogami. Kiedy tak będzie dalej, nie będę miała nawet czasu prowadzić dalej mych zapisków. Rano o siódmej przychodzimy do szkoły, jakbyśmy tak gorliwe były do nauki; właśnie też! Przełożona sprowadziła z miasta olbrzymie zwoje cienkiej bibułki różowej, bladoniebieskiej, żółtej, białej; my starsze, naznaczone za główne w tem zajęciu, stajemy na środku klasy i — dalej, do pracy! — rozwijamy bibułkę, liczymy wielkie arkusze leciuchne, składamy je po sześć, rozcinamy na sześć wstążek długich, układamy w pęczki i odnosimy na biórko Przełożonej. Przełożona wycina je w ząbki po obu stronach, a panna Amanda rozdziela natychmiast całej pierwszej i całej drugiej klasie. Trzecia klasa nie dostaje; te małe berbecie popsułyby lekki, śliczny papier; z każdej takiej wstążki, starannie zmiętej, staje się róża pełna, świeża, do której w środku pod spodem przyczepia się drucik zamiast łodygi.
Wesoło żyjemy! Książki i zeszyty śpią zamknięte w pulpitach, a my idziemy na wyścigi, która wcześniej wstanie i pierwsza przybiegnie do szkoły, zamienionej w warsztat kwieciarski.
Już się nie przeciągam w łóżku wcale; a spieszę tak, że na ulicy zapinam pasek. Niekiedy jesteśmy już wszystkie zebrane, a długo czekać musimy na przyjście nauczycielek. Schodzą nareszcie; zupełna swoboda pod względem toalety. Panna Sergent pojawia się w szlafroczku z różowego batystu (bez gorsetu, dumnie); jej rozpieszczona pomocnica w pantofelkach, z zaspanemi, czułemi oczyma. Żyjemy jak w rodzinie; przedwczoraj panna Amanda wymyła głowę i przyszła z rozpuszczonymi włosami, wilgotnymi jeszcze, złocistymi i miękkimi jak jedwab, dość krótkimi, wijącymi się na końcach w drobne pierścionki; była podobna do małego swawolnego pazia i jej Dyrektorka, dobra Przełożona, pożerała ją oczyma.
Dziedziniec jest pusty; zapuszczone firanki tworzą dokoła nas atmosferę niebieską, fantastyczną. Urządzamy się jak nam wygodniej; Anaïs zrzuca fartuch i zakasuje rękawy jak piekarka; Lucia, która przez cały dzień skacze i biega za mną, podniosła sukienkę jak pomywaczka; pretekst do pokazania tłuściutkich łydek i cienkich kostek; Przełożona zlitowała się nad Maryą Belhomme i pozwoliła jej schować książki; w płóciennej bluzce w paski czarne z białem, zawsze z minką małego łobuza, kręci się wśród nas, rozcina krzywo papier, myli się, zaczepia nogą o drut, rozpacza i wybucha radością w jednej i tej samej chwili, bezbronna i tak słodka, że nawet nie przekomarzamy się z nią.
Panna Sergent powstaje i szybkim ruchem podnosi firankę od strony podwórza chłopców; w szkole naprzeciw słychać gwar młodych głosów, twardych, źle wyćwiczonych: to pan Rabastens uczy chłopców hymnu republikańskiego. Przełożona czeka chwilę, potem daje znak ręką, głosy śpiewających milkną i ugrzeczniony Antonin przybiega, bez kapelusza, z różą Francyi w butonierce.
— Bądź pan tak grzeczny, przyszlij nam dwóch uczniów swoich, aby rozcięli ten drut na kawałki po dwadzieścia pięć centymetrów długości.
— Natychmiast, szanowna pani. Panie pracujecie jeszcze nad kwiatami?
— To nie tak łatwo da się zrobić; dla samej szkoły tylko potrzebujemy pięć tysięcy róż, a musimy jeszcze udekorować salę bankietową!
Rabastens odchodzi bez kapelusza pod straszliwym żarem słońca. W kwadrans potem słyszymy pukanie do drzwi i wchodzi dwóch ogromnych drągalów czternasto — piętnastoletnich; odnoszą nam pocięte druty; nie wiedzą co zrobić ze swoją długą postacią; zaczerwienieni i głupi, boją się, aby nie przewrócić się wobec pięćdziesięciu dziewcząt, które z obnażonemi rekami, odkrytemi szyjami śmieją się z dwóch gamoniów. Przy odejściu Anaïs ociera się o nich fałdami sukni, ja cichutko zaczepiam im za kieszenie długie węże z papieru; wymykają się na koniec zadowoleni i nieszczęśliwi, a Przełożona napróżno uspokaja nas długiem „Ts!“, którego zresztą mało kto słucha.
Ja i Anaïs składamy i tniemy, Lucia zbiera i odnosi Przełożonej, Marya układa w stos. O jedenastej z rana i o trzeciej po południu porzucamy wszystko i zbieramy się gromadnie, aby powtórzyć Hymn do Natury. Przed piątą wypoczywamy chwilkę, małe lusterka wydostają się z kieszeni; dziewczęta z drugiej klasy chętne usłużyć, rozpościerają czarne swe fartuszki za szybą otwartego okna; przed tem ciasnem zwierciadłem wkładamy kapelusze, ja roztrząsam moje pukle, Anaïs podnosi usunięty warkocz i wychodzimy.
Miasto nie mniej jak my, zaczyna się ruszać; pomyślcie tylko: pan Jan Dupuy za sześć dni przyjeżdża! Rano chłopaki wyjeżdżają z furkami, śpiewając na całe gardło i klaszcząc z bicza nad chudą szkapiną; jadą do lasów gminy — jestem pewna, że i do lasów prywatnych także — tam wybierają i naznaczają drzewka; choina przedewszystkiem, a potem graby, osiny o liściach aksamitnych padną setkami; trzebaż uczcić świeżo upieczonego ministra! Wieczorem na placu, na chodnikach dziewczęta wiążą róże z papieru i śpiewem wabią chłopców, którzy wnet spieszą im pomagać. Wielki Boże, jak tam robota idzie! Już widzę, jak się biorą do niej oburącz.
Stolarze podnoszą ruchome kraty w wielkiej sali merostwa, gdzie będzie uczta; ustawiają wielką estradę na podwórzu. Lekarz, delegowany okręgowy Dutertre wpada często a na krótko, pochwala wszystko, co budują, klapie mężczyzn po ramieniu, kobiety szczypie w podbródek, rozdaje napiwki i znika, aby za kilka chwil zjawić się znowu. Szczęśliwa kraina! Przez cały ten czas niszczą się lasy, kłusownicy hulają dzień i noc, ludzie po karczmach się biją, dziewka od doju w Chêne-Fendu rzuciła wieprzom na pożarcie nowonarodzone niemowlę. (W kilka dni umorzono całą sprawę; Dutertre potrafił udowodnić nieodpowiedzialność dziewczyny... Już nikogo to obecnie nie zajmuje). Dzięki temu systemowi zatruwa okolicę, ale o wybory jest już spokojny, ze dwiestu drabów, całą duszą mu oddanych, gotowo iść za niego na śmierć, na życie. Będzie deputowanym! Co wszystko inne znaczy wobec tego?
My — mój Boże! my robimy róże. Pięć czy sześć tysięcy róż, to sprawa niemała! Najmłodsza klasa zajęta fabrykowaniem wieńców z papieru glacé w bladych kolorach, wieńce te wszędzie potrochu powiewać będą z podmuchem wiatru. Przełożona boi się, czy wszystko na czas będzie gotowe i każdego wieczoru daje nam do domu zapasy papieru i drutu; pracujemy w domu po obiedzie, przed obiadem, bez wypoczynku; w każdem mieszkaniu stoły zawalone są różami białemi, niebieskiemi, ponsowemi, różowemi, pełnemi, prostemi, świeżemi... Zajmuje to tyle miejsca, że niewiadomo gdzie umieszczać, a nazajutrz odnosimy je pękami, jak gdybyśmy szły winszować imienin rodzicom.
Przełożona wrząca pomysłami, chce jeszcze u wejścia do szkół wznieść bramę tryumfalną, na ulicach z drzewa umieszczą gałęzie świerkowe, girlandy z liści, wszystko gęsto przetykane różami. Na frontonie, na tle z mchu umieszczony będzie napis z różowych róż:

WITAJCIE!

— Ładnie, co?
Ja także wpadłam na pomysł: uwieńczenia kwiatami sztandaru, to jest nas.
— Ach, tak! tak! wykrzykują Anaïs i Marya Belhomme.
— Więc dobrze. I same za kwiaty płacimy! Ty, Anaïs, będziesz uwieńczona makami, ty Maryo udyademujesz się w bławatki, a ja czystość, śnieżystość, włożę...
— Kwiaty pomarańczowe?
— Zasługuję jeszcze na nie, moja pani! Bardziej niż ty, zapewne!
— Więc może lilie będą dla ciebie dość niepokalane?
— Złościsz mnie! Włożę stokrotki; wiesz sama, że trójkolorowe bukiety składają się ze stokrotek, maków polnych i bławatków. Chodźmy do modystki!
Niedbale i z pewną wyższością wybieramy kwiaty; modystka bierze miarę z naszych głów i obiecuje że wszystko zrobi jak najlepiej.
Nazajutrz przysyłają nam trzy wieńce, które od razu wprawiają mię w irytacyę: są to dyademy wysokie w pośrodku, cienkie na końcach, istny wianek panny młodej z wioski; ślicznie będziemy wyglądały! Ale Marya i Anaïs zachwycone, przymierzają je zaraz wśród ogólnego zachwytu wszystkich dziewcząt; ja, nic już nie mówię, ale zanoszę to nieszczęsne narzędzie do siebie i przerabiam do gruntu. Na tem samem kółku drucianem układam wianek lekki, wązki, wielkie stokrocie jak gwiazdy umieszczam to tu, to tam, jakby przypadkowo, dwie czy trzy w jednym pączku zwieszają się nad uszami, kilka spływa z tyłu wśród pukli włosów; mówię, nic piękniejszego! Nie bójcie się, nie powiem nic Anaïs i Maryi!


Nowy kłopot nam przybywa: papiloty! Nie wiecie co to, nie możecie wiedzieć. Dowiedźcie się zatem, że w Montigny żadna uczenica nie przyjdzie na rozdanie nagród, lub inną jaką uroczystość, bez należytego ufryzowania włosów. Zapewne, nic w tem dziwnego; chociaż długie sztywne loki lub olbrzymie wióry z włosów przypominają raczej rozczochrane miotły. Mamy dziewczątek — szwaczki, ogrodniczki, robotnice, sklepiczarki, nie mają czasu, ani ochoty, ani umiejętności zabierać na papiloty wszystkie te włosy; komuż więc dostanie się robota, często bardzo niesmaczna? Oto nauczycielkom i uczenicom pierwszej klasy! Tak; Bóg wie do czego to podobne, ale taki tu zwyczaj, a to słowo rozstrzyga wszystko. Na tydzień przed rozdaniem nagród już małe nam dokuczają i wpisują się na listę. Co najmniej pięć lub sześć na każdą z nas! I na jednę głowę czystą o pięknych włosach ileż kołtunów brudnych — jeśli już nie zamieszkałych!
Dzisiaj rozpoczynamy tę robotę; dziewuchy od ośmiu do jedenastu lat siedzą przykucnięte u nóg naszych na małych stołeczkach, oddają w nasze ręce swoje głowy, a my jak katy, zużywamy na nie całe pęki starych zeszytów. Tego roku wzięłam tylko cztery ofiary i to wybrałam najczyściejsze; koleżanki moje fryzują po sześć głów! A nie jest to łatwe zadanie, bo dziewczęta w naszej okolicy posiadają olbrzymie grzywy. O dwunastej zatem zwołujemy naszą posłuszną trzódkę; zaczynam od jasnej blondyneczki, której miękkie włosy same z natury wiją się lekko.
— A cóż ty tu robisz? Mając takie włosy, chcesz zabierać na loki! Toż byłby rozbój!
— Proszę! Naturalnie, że chcę zabierać na loki! Nie mieć loków w dzień Nagród! Nigdy tego nie widziano!
— Będziesz straszna, jak czternaście grzechów głównych! Włosy będą ci sterczeć, głowa zrobi się jak u wilka...
— To cóż, ale będę mieć loki przynajmniej.
— Jak chcesz! — I pomyśleć, że one wszystkie takiego są przekonania! Założyłabym się, że sama Marya Belhomme...
— Powiedz mi Maryo, twoje włosy wiją się naturalnie, myślę, że pozostaniesz tak jak jesteś?
Odpowiada mi krzykiem oburzenia:
— Ja? tak jak jestem? Żartujesz chyba! Przyszłabym na „rozdanie“ z głową gładką!
— A przecież ja, nie zabiorę na loki.
— Ty, moja kochana, ty co innego. Twoje włosy „pierścienią się“ dostatecznie i przytem jeszcze „robią chmurkę“ dość łatwo... a zresztą wiadomo, że zawsze robisz inaczej niż wszyscy.
Mówiąc to zwija z ferworem — może trochę zanadto z ferworem — długie pasma włosów barwy dojrzałego zboża; u kolan jej siedzi dziewczynka zagrzebana w gąszczu włosów — mały krzaczek, z którego wylatują od czasu do czasu przenikliwe jęki.
Anaïs operuje nie nazbyt łagodnie, inną pacyentkę; ta wyje.
— Ma bo za wiele włosów! — odzywa się Anaïs w formie wymówki. — Kiedy ci się zdaje, że dochodzisz do końca, to właśnie jest połowa: chciałaś — masz, co chciałaś; czegóż krzyczysz?
Fryzujemy — fryzujemy... Szklanny korytarz napełnia się szelestem papieru, w strączki zakręcanego na włosach... To tu, to ówdzie, dziewczęta podnoszą się od naszych kolan wzdychając i okazują nam głowy najeżone wiórami z papieru, na których można jeszcze przeczytać: „Zadanie... moralny... książę Richelieu...“ Przeraźliwie szpetne! Przez cztery dni tak uczupiradlone pokazywać się będą na ulicach, w klasie, bez najmniejszego zawstydzenia. I to wszystko dlatego, że taki zwyczaj.
...Żyje się, Bóg wie jak; cały dzień na dworze — kędyś idziem, przynosim i odnosim róże; my cztery: Anaïs, Marya, Lucia i ja, kwestujemy, zabieramy wszędzie kwiaty, naturalne tym razem, dla przyozdobienia sali uczty; Przełożona sądząc, że nasze młode pyszczki rozbroją formalistów, posyła nas wszędzie, nawet do zupełnie nieznajomych; tak byłyśmy u Paradisa, kalkulanta statystycznego, który ma sławę posiadacza rozaryum róż karłowatych w wazonach, prawdziwy cud piękności! Pozbywszy się wszelkiej bojaźni, wkraczamy do jego mieszkania i „Dzień dobry panu! Mówiono nam, że pan ma piękne róże; potrzebne są do sali bankietowej, przychodzimy ze szkoły od i t. d. i t. d.“ Biedaczysko mruczy coś w długą brodę i uzbroiwszy się w nóż ogrodniczy prowadzi nas do ogrodu. Wracamy unosząc wazony kwiatów, śmiejąc się, gawędząc, odcinając się rezolutnie chłopakom pracującym przy wznoszeniu łuków tryumfalnych na każdym rogu ulicy: „Hej! panieneczki, jeśli trzeba kogo do pomocy, to się znajdzię jeszcze... Ho! ho! pada coś, pada! Strąciłyście, trzeba podnieść!“ Wszyscy się znają, wszyscy mówią do siebie ty.
Wczoraj i dzisiaj chłopcy wyjeżdżają wózkami o świcie, a wracają o zachodzie, zagrzebani w gałęziach bukszpanu, modrzewi, tuj, albo z wózkami pełnemi mchu, od których zalatuje moczarem; potem, jak należy, pójdą pić. Nigdy nie widziałam w podobnem podnieceniu tej bandy zbójów, którzy zwykle kpią sobie ze wszystkiego, nawet z polityki; a teraz porzucili swoje lasy, swoje wertepy i gąszcze, aby uwieńczyć kwiatami Jana Dupuy! Wprost niepojęte! Cała banda Lonchardów, sześciu czy siedmiu nicponiów, niszczycieli zwierzyny, chodzą teraz śpiewając, skryci pod stosami wieńców bluszczowych, które z cichym szelestem wloką się za nimi po ziemi.
Ulice idą z sobą o lepsze; ulica Klasztorna wznosi trzy bramy tryumfalne, ponieważ Wielka ulica ma ich dwie, na każdym końcu po jednej. Ale Wielka ulica prześciga znowu, bo buduje cud, zameczek średniowieczny z gałęzi świerkowych, ułożonych w nożyce, z wieżyczkami w kształcie pieprzniczek. Ulica Fours-Ranaux, przytykająca do szkoły, ulegając arystokratyczno-sielskiemu wpływowi panny Sergent, ozdabia tylko wszystkie domy gałęźmi, bujnie a w nieładzie, potem z domu do domu przez całą szerokość ulicy przeprowadza belkowanie i cały ten dach pokrywa bluszczem zwieszającym się puszystym; tworzy się z tego szpaler cienisty, zielony, rozkoszny, głosy tłumią się tu jak w utapetowanym pokoju, a ludzie wchodzą i przechodzą tędy dla przyjemności. Wówczas wściekła z zazdrości Klasztorna ulica traci wszelką miarę i łączy swoje bramy tryumfalne girlandami z mchu, przetykanemi kwiatami; niech także i ona ma swój szpaler! Wtedy i Wielka ulica zaczyna spokojnie zdobić sztandarami obydwa chodniki i wznosi gaj, tak jest, prawdziwy gaj z każdej strony ulicy, z młodych drzewek, przesadzanych z korzeniami. Dość byłoby dwóch tygodni takiego prześcigania się, a pękliby wszyscy.
Arcydziełem, istnem cackiem jest nasza Szkoła t. j. nasze szkoły. Kiedy wszystko się ukończy nie można będzie dostrzedz ani cala muru z pod zieloności, kwiatów i chorągwi. Pani Przełożona zaprzęgła do roboty całą armię chłopców; najstarsi uczniowie i nauczyciele są na jej skinienie, dyryguje nimi jak sama chce, słuchają bez protestu. Łuk tryumfalny przy wejściu już gotów; Przełożona i my cztery, przesiedziałyśmy trzy godziny na drabinach, sporządzając napis z różnobarwnych róż na frontonie:

WITAJCIE

podczas gdy chłopcy rozerwali się nieco przeglądaniem naszych nóg. Wysoko, z dachów, z okien, ze wszystkich gzemsów muru spływa i mieni się na słońcu potop zieloności, gałęzi, wieńców, festonów, materyj trójkolorowych, wstęg wpółskrytych pod bluszczami, zwieszających się róż, spływającej zieleni; cały obszerny budynek zdaje się za najlżejszym powiewem wiatru kołysać się lekko, falować od podstaw do szczytu. Wstępuje się do szkoły podnosząc lekką zasłonę z kwitnących bluszczów, a za progiem też same cuda: sznury róż spływają po rogach sali, pną się na mury, zwieszają się z okien; jest to prześlicznie!
Mimo naszej czynności, mimo zuchwałych najść na właścicieli ogrodów, dzisiejszego ranka jesteśmy zagrożone brakiem kwiatów. Ogólna konsternacya! Głowy w papilotach pochylają się, kręcą się dokoła Przełożonej, która z brwią ściągniętą myśli.
— Tem gorzej! Potrzebuję i basta! wykrzyknęła wreszcie. Cała etażerka z lewej strony jest bez kwiatów; trzeba kwiatów w doniczkach.
Kwestarki do mnie! natychmiast!
— Jesteśmy, proszę pani!
Z szumiącego wiru wyskakujemy my cztery, (Anaïs, Marya, Lucia, Klaudyna) gotowe biedz, gdzie nas poszle.
— Słuchajcie. Pójdziecie do ojca Caillavout.
— Och!!...
Nie dałyśmy dokończyć. Ba, nic dziwnego! ojciec Caillavout jest starym Harpagonem, sknerą, złym jak zaraza. Niepomiernie bogaty, posiada dom i wspaniałe ogrody, do których nikt nigdy nie wchodzi, oprócz niego samego i ogrodnika. Lękają się go, jako bardzo złego, nienawidzą jako skąpca, a poważają, jak chodzącą tajemnicę. I Przełożona żąda, abyśmy u niego poprosiły kwiatów! Chybaż nie myśli tego na prawdę!
— ...Ta, ta, ta! powiedziałby kto, że posyłam was na rzeźnię! Rozczulcie tylko ogrodnika, a jego samego możecie wcale nie widzieć. A zresztą, cóż? W razie czego, czyż nie macie nóg do ucieczki? Ruszajcie!
Uprowadzam koleżanki, którym zbywa na zapale; ja sama mam gorącą chęć, połączoną z niewyraźną obawą, przedostania się do starego maniaka. Zachęcam je jak mogę: „Pójdźmy, Luciu, Anaïs! Zobaczymy nadzwyczajności, będziemy później drugim opowiadały... Zważcie tylko, to coś znaczy: osoby, które były u ojca Caillavout!“
Przed wielką bramą zieloną, gdzie z nad muru wychylają się białe akacye kwitnące, odurzająco wonne, żadna z nas nie ma odwagi pociągnąć łańcucha od dzwonka. Wreszcie ja się zawieszam; rozlega się ogromnie silny dźwięk dzwonka; Marya zwróciła już trzy kroki do ucieczki, Lucia odważnie za mnie się chowa. Nic — drzwi ciągle zamknięte. Próba ponowna nie przynosi także skutku. Probuję wreszcie podnieść zasuwę — ustępuje; więc jak myszy, jedna za drugą wsuwamy się ostrożnie, zostawiając za sobą drzwi wpółotwarte. Wielkie podwórze, czyste, piaskiem usypane przed pięknym domem białym o zamkniętych na słońcu okienicach; podwórze rozszerza się w ogród zielony, głęboki i tajemniczy, pełen gęstych zarośli... Stanęłyśmy na miejscu, patrzymy i nie śmiemy się poruszyć: nie widać nikogo, nie słychać najlżejszego szmeru. Po prawej stronie domu oranżerya zamknięta, pełna przecudnych roślin... Szerokie stopnie kamienne prowadzą na piasczysty placyk; na każdym stopniu purpurowe geranie, kalceolarye o małych torebkach tygrysowych, róże karłowate, sztucznie w kwiat pędzone.
Nieobecność wszelkiego właściciela czyni mię odważną: „Hej! wyjdzie ktokolwiek? Nie mamy zamiaru zamieszkać w ogrodach Skąpca ze Śpiącego lasu!
— Ts! — woła przerażona Marya.
— Dlaczego ts! Przeciwnie, trzeba wołać. Hej tam, panie! ogrodniku! Żadnej odpowiedzi; cisza niezmącona. Zbliżam się do cieplarni i przyłożywszy nos do szyby, staram się zbadać wnętrze; las ciemnego szmaragdu, przebijany gdzieniegdzie jaśniejącemi plamami; to zapewne kwiaty egzotyczne...
Drzwi są zamknięte.
— Pójdźmy stąd — szepce Lucia.
— Pójdźmy! — powtarza Marya, jeszcze bardziej od niej wystraszona. — Może stary wysunie się gdzie z za drzewa!
Na tę myśl uciekają obie ku drzwiom; przywołuję je jak mogę.
— Tchórze jesteście! Widzicie dobrze, że niema nikogo. Posłuchajcie: weźmy, każda po dwa albo trzy wazony ze schodów; wybierzmy najpiękniejsze! Nic nie mówiąc, zaniesiemy je do szkoły; myślę, że to będzie czyn prawdziwej odwagi.
One się nie ruszają; doznają pewno pokusy, ale się boją. Więc sama biorę dwa przepysznie rozkwitłe wazoniki „Trzewiczków Venus“ upstrzonych jak jajeczka makolągwy i ręką przyzywam koleżanki. Anaïs decyduje się wreszcie i bierze także dwa gerania pełne, Marya ją naśladuje, Lucia także i puszczamy się w drogę ostrożnie. Przy drzwiach wszakże ogarnia nas trwoga, jak owce ciśniemy się w wązką furtkę i bez tchu lecimy do szkoły, gdzie Przełożona wita nas okrzykami radości. Wszystkie na raz opowiadamy naszą Odysseę. Przełożona zdziwiona, przez chwilę nie wie, co na to powiedzieć, w końcu jednak potwierdza spokojnie: „Ba, zobaczymy, co z tego będzie. Wogóle jest to pożyczka trochę wymuszona“. Nigdy wszakże nie słyszałyśmy już o tem, tylko ojciec Caillavout ozdobił mur swego ogrodu żelaznemi ostrzami i skorupami wazonów; (złodziejstwo to nadało nam pewnego rodzaju wyróżnienie; rozumieją się tu na rozbojach!) Kwiaty nasze stanęły na pierwszem miejscu, a potem w zamęcie ministerskiego przybycia zapomniano je odesłać; upiększają ogród Przełożonej.
(Ogród ten od niejakiego czasu jest jedyną kością niezgody między panną Sergent i jej matką; ta ostatnia, wieśniaczka w każdym calu, kopie, piele, tępi ślimaki i jeden ma tylko ideał, aby w ogrodzie zasadzić jak najwięcej kapusty, grochu, kartofli — jednem słowem, aby nic nie kupując, było czem wykarmić pensyonarki. Córka jej, natura bardziej wyrafinowana, marzy o szpalerach, kwitnących krzewach, altankach z kapryfolium — o roślinach nieużytecznych, jednem słowem! Nieraz można widzieć starą Sergent, jak wzgardliwem uderzeniem motyki nadweręża japońskie wazony z kwiatami, albo płaczące brzozy, a znów jej córka nieraz zirytowanym obcasem rozciska świeżą zieloność szczawiu lub wonną cebulkę. Walka ta przyczynia nam wiele uciechy. Trzeba oddać sprawiedliwość, że w każdym innym razie, z wyjątkiem kuchni i ogrodu pani Sergent nie miesza się do niczego; nie pokazuje się przy gościach, nie wtrąca się do żadnych sporów i odważnie nosi wiejskie czepki rurkowane).
W tych kilku wolnych chwilach, jakie nam pozostają, najprzyjemniej jest przychodzić i powracać ze szkoły, przebywać ulice przemienione w drogi leśne, całe przesiąknięte świeżym zapachem ściętych jodeł. Zdawałoby się, że lasy otaczające Montigny przyszły aż tutaj i chcą miasto w sobie pochłonąć... Nie sposób byłoby wymarzyć dla tego małego miasteczka, całkowicie przysłoniętego drzewami, piękniejszej, wdzięczniejszej ozdoby.
Chorągwie, które oszpecą i wprowadzą banalność w te zielone aleje, będą jutro zupełnie na swojem miejscu, jak również latarnie weneckie i lampki kolorowe.
Nikt z nami nie robi ceremonii; nieraz, gdy przechodzimy, kobiety i chłopaki wołają na nas: „Ej, pomóżcie nam trochę przymocować róże, umiecie to lepiej!“
I pomagamy chętnie, wdrapujemy się na drabiny; moje koleżanki pozwalają przytem — mój Boże, to dla ministra! — połaskotać się w stanik, czasem w łydki; muszę przyznać, że chłopcy nie pozwalają sobie nigdy na takie facecye z córką, „Pana od ślimaków“. Anaïs gotowa jest na wszelkie „niekrępowania się“ i wzdycha za dalszemi...
Przełożona daje nam wreszcie trochę wypoczynku z obawy, abyśmy w dniu uroczystym nie wyglądały zanadto przemęczone. Nie wiem nawet, cobyśmy jeszcze robiły; wszystko jest okwiecone, wszystko na swojem miejscu; zerwane kwiaty mokną w piwnicy w kubłach z wodą; w ostatniej chwili rozsypie się je wszędy po trosze. Nasze trzy bukiety nadeszły dziś rano w wielkiej lekkiej skrzynce drewnianej; Przełożona nie pozwoliła nawet otworzyć jej zupełnie; podjęła tylko jedną deseczkę, uchyliła nieco okrywającą kwiaty bibułkę i watę; buchnęło stamtąd wilgotnym zapachem i natychmiast pani Sergent poniosła skrzynkę do piwnicy, wsypawszy jeszcze do wnętrza jakiejś soli, aby ochronić kwiaty od zwiędnięcia.
W troskliwości o pierwszych swoich poddanych, Przełożona posyła nas cztery, Anaïs, Maryę, Lucię i mnie do ogrodu, wypocząć nieco pod orzechami. W gęstym cieniu, na ławce z darniny, nie myślimy o niczem; ogród cały dźwięczy. Marya Belhomme jakby ukąszona przez muchę wskakuje nagle i zaczyna rozwijać jeden ze swych wielkich papilotów, które od trzech dni trzęsą się dokoła jej głowy.
— Po co to robisz?
— Chcę widzieć, czy dobrze się trzymają.
Lucia ją naśladuje i okrzyk rozczarowania z ust się jej wyrywa.
— Ach! jakby nigdy nic nie było! zaledwo skręca się na końcu, a u góry nic a nic!
— Tem lepiej, mówię. Czy czujesz się nieszczęśliwą, że głowa twoja nie będzie do wiechcia podobna?
Ale nie daje się pocieszyć; nudzą mnie ich głosy; odchodzę więc dalej i kładę się na piasku pod kasztanami. Nie mam w głowie dwóch myśli wyraźnych, upał, zmęczenie...
Suknia moja gotowa, do twarzy mi w niej... będę jutro ładna; ładniejsza niż Anaïs, niż Marya... nie bardzo to trudno, ale zawsze jest w tem pewna doza przyjemności. Opuszczam szkołę, tatuś wyszle mię do Paryża, do ciotki bogatej a bezdzietnej; wejdę w świat i na wstępie strzelę mnóstwo bąków... Jak potrafię obejść się bez wsi, z tą żądzą zieloności, która nie opuszcza mię nigdy? Wydaje mi się niemożebnem, abym tu już nie przyszła nigdy, nie widziała Przełożonej, ani jej Amandki z złocistemi oczyma, ani postrzelonej Maryi, ani szkaradnej Anaïs, ani Luci, chciwej zarówno pieszczot jak uderzeń... będzie mi smutno nie żyć tu z niemi... A w końcu mogę to teraz, jak mam czas, powiedzieć sobie: w gruncie rzeczy Lucia więcej mi się podoba, niż przyznaję to przed sobą; napróżno wmawiam w siebie, że nie jest ładną; jej zwierzęca, zdradziecka pieszczotliwość, jej oszukańcze oczy nie przeszkadzają, że posiada jakiś wdzięk dziwny, jakąś słabość, przewrotność jeszcze naiwną — a przytem taka biała, takie ręce okrąglutkie, takie drobne stopki... Ale nigdy nie dowie się o tem, przenigdy! Niech cierpi za to, że siostrę jej panna Sergent odebrała mi przemocą. Dałabym sobie raczej język wyrwać, niż bym to jej wyznała!
W chwili, kiedy wychodzimy z ogrodu, wybuchają skądś jakieś śmiechy, zbliżają się ku nam i na podwórze wpada panna Amanda roześmiana, uciekająca, a za nią pędzi Rabastens, obrzucając ją płatkami rozkwitłej glicyny. Widocznie inauguracya ministerska upoważnia do miłych zabaw na środku ulicy i w szkole także. Za nimi idzie panna Sergent, blada z zazdrości, ze ściągniętemi brwiami; po chwili słyszymy jej głos donośny: „Panno Lanthenay, dwa razy prosiłam panią, abyś oznajmiła dzieciom, kiedy mają przyjść jutro“. Ale tamta, rada z tej zabawy z mężczyzną i z irytacyi swej przyjaciółki także, biegnie nie zatrzymując się, a kwiaty glicyny czepiają się jej włosów, spływają po sukni... Będzie miała scenę wieczorem.
O piątej zbierają nas nareszcie, rozpierzchłe po całym domu. Przełożona aż musi dzwonić jak na śniadanie i tym sposobem przerywa szalony galop, jaki wykonywałyśmy my cztery w sali uczty pod okwieconym sufitem.
— Panienki — woła głosem od wielkich uroczystości — pójdziecie zaraz do domu i położycie się spać niezwłocznie! Jutro rano o wpół do ósmej musicie być tutaj, ubrane, uczesane, jednem słowem aby nie trzeba było zajmować się wami. Dadzą tu wam wstążki i chorągiewki. Panna Klaudyna, Anaïs i Marya dostaną bukiety. Resztę zobaczycie, jak przyjdziecie. Idźcie teraz, a nie psujcie festonów przechodząc przez bramy i niechże nic o was nie słyszę do jutra!
Potem dodaje:
— Panno Klaudyno, umiesz dobrze przemowę?
— Czy umiem! Anaïs kazała mi dziś powtórzyć trzy razy.
— Ale... a rozdanie nagród?... odzywa się jakiś głos nieśmiały.
— Ach, rozdanie nagród! zrobi się jak będzie można. Prawdopodobnie rozdam poprostu księżki tutaj i tego roku nie będzie już zapewne publicznego rozdawania, z powodu inauguracyi.
— Ale... śpiewy nasze, Hymn do Natury?...
— Odśpiewacie go jutro, wobec ministra. Zgińcie mi z oczu!
Wiadomość ta zasmuciła niemało dziatwę, która oczekiwała rozdawnictwa nagród, jako jedynej w roku uroczystości; odchodzą zmieszane i niezadowolone pod łukami ukwieconej zieleni.
Mieszkańcy Montigny, zmęczeni, a dumni, odpoczywają na progach domów i przyglądają się swemu dziełu; młode dziewczęta korzystają z resztek dnia, aby przyszyć koronkę, umieścić kokardkę przy improwizowanem décolté, na wielki bal w merostwie, moja kochana!
Jutro rano drogę, kędy orszak będzie przechodził, usypią chłopcy liśćmi, ziołami, kwiatami i płatkami róży. A jeśli minister Jan Dupuy i wtedy jeszcze nie będzie zadowolony, to znać jest bardzo wymagający, niechże go za to!...


Kiedy dziś z rana, otwarłam oczy, pierwszą myślą moją było pobiedz do zwierciadła; a nuż jaka fluksya niespodziewana lub coś podobnego? Upewniwszy się, że przez noc nic mi się nie stało, zaczęłam ubierać się starannie; pogoda przecudna, jeszcze szósta godzina, mam czas się wymuskać. Dzięki suchości powietrza włosy moje dobrze tworzą „mgiełkę“. Drobna twarz, ostro zakończona, jak zawsze trochę bladawa, lecz upewniam was, oczy i usta nie do odrzucenia. Spodniczka szeleści nieco, wierzchnia sukienka muślinowa, nie krochmalna, faluje lekko za każdem poruszeniem, dotykając ostro zakończonych trzewików. Teraz wianek: Ach, jak mi w nim dobrze! Niby młodziutka Ofelia, z oczyma tak zabawnie podkrążonemi!... Mówiono mi zawsze, kiedy byłam jeszcze mała, że mam oczy dorosłej osoby, później były to oczy „nieprzyzwoite“; nie można zadowolnić wszystkich, ani też siebie.
Najgorsza to ten bukiet ściśnięty, okrągły; oszpeci mię zupełnie. Ale ponieważ oddam go jego Excellencyi...
Cała w bieli idę do szkoły przez wyświeżone ulice; chłopcy posypując kwiaty, wykrzykują grube, olbrzymie komplimenty: „małej pannie młodej“, która słysząc je, ucieka jak dzika.
Przybywam za wcześnie, a wszakże już znajduję z piętnaście dziewczyn przybyłych z wiosek okolicznych i z dalszych ferm; według letniego zwyczaju wstały zapewne o czwartej. Śmieszne i wzruszające zarazem, z temi niepomiernie wielkiemi głowami o najeżonych włosach zebranych w twarde, gęste runo, stoją wyprostowane bojąc się zmiąć muślinowych sukien, wyfarbkowanych za dużo, szeleszczących, sztywnych, ujętych w pasie jaskrawo zieloną lub szafirową wstążką; opalone ich twarze wydają się zupełnie czarne wśród tej bieli. Za mojem przybyciem ozwało się małe „ach“ prędko powstrzymane i znów stoją w milczeniu, bardzo onieśmielone pięknym swym strojem i niezwykłą fryzurą, w rękach pokrytych białemi bawełnianemi rękawiczkami, zwijają piękne chustki do nosa, które matka w domu obficie skropiła „pachnidłem“.
Tamtych pań nie widać, ale na wyższem piętrze słyszę drobne kroki... Tymczasem dziedziniec zapełnia się białymi obłokami, przepasanymi różowo, zielono, ponsowo, niebiesko; coraz i coraz liczniej przybywają dziewczęta, a milczą prawie wszystkie, bo nader są zajęte oglądaniem się, porównywaniem i wzgardliwem ust ściągnięciem. Zdaje się, jakby to obóz kobiet Gallijskich, tak te włosy obfite, wijące się, zakręcone, bujające na wietrze, prawie wszystkie są jasne... Naraz potężny galop zatrząsł wschodami; to pensyonarki, stado zawsze odosobnione i nieprzyjazne, w sukienkach przeszłorocznych jeszcze, od pierwszej komunii; za niemi schodzi Lucia, lekka jak biały kotek angora, miluchna, z miękkimi drżącymi puklami, ze świeżą różową twarzyczką. Czyż nie dość jej, tak jak i siostrze, tylko szczęśliwej miłości, aby stała się piękną zupełnie?
— Jakaś ty piękna, Klaudyno! I twój wianek zupełnie niepodobny do innych. Ach, jaka jesteś szczęśliwa, żeś taka śliczna!
— Ale mój kotku mały, czy wiesz, że jesteś bardzo zajmująca i ponętna w tych wstążkach zielonych? Naprawdę, jesteś bardzo ciekawem zwierzątkiem. Gdzie jest twoja siostra i pani Przełożona?
— Jeszcze nie gotowe; suknia Amandy zacina się pod ramieniem; pomyśl tylko! Przełożona sama ją przystraja.
— O, to może potrwać czas dłuższy.
Z góry rozlega się głos panny Amandy: „Luciu, przyjdź po chorągiewki!“
Podwórze zapełnia się małemi i większemi dziewczętami, a wszystko to w białem, na słońcu aż razi oczy. Wprawdzie wiele jest takich odcieni, które zaćmiewają się wzajemnie.
Oto Liline ze swym niepokojącym uśmiechem Giocondy, z falami złocistych włosów i modrymi oczyma; i ta żerdź, Matylda, pokryta aż do bioder kaskadą włosów, barwy dojrzałego zboża; sznureczek Vignale’ówien, pięć dziewczynek od ośmiu do czternastu lat, wszystkie wstrząsają olbrzymiemi perukami, jakby umalowanemi w henne — Joasia, mała, a chytra dziewczyna, ze złośliwemi oczyma, z dwoma warkoczami takiej prawie długości jak ona sama, ciemnoblond, ciężkimi jak złoto ciemne i tyle, tyle innych jeszcze, a pod olśniewającem słońcem wszystko to zdaje się płonąć.
Przychodzi Marya Belhomme, ponętna w kremowej sukience, w niebieskich wstążkach, a taka zabawna w wieńcu z bławatków. Ale mój Boże, jakże ręce jej duże pod białą skórką koźlą!
Nakoniec ukazuje się Anaïs, a ja wzdycham swobodniej, widząc ją źle uczesaną, w wieńcu z purpurowych maków za blisko czoła umieszczonym, co twarzy jej nadaje odcień martwości. Wzruszająco zgodnie, jednakim porywem przybiegamy do niej; Lucia i ja i wybuchamy koncertem komplimentów: „Moja kochana, jak dobrze wyglądasz! Wiesz, moja kochana, w niczem ci nie jest tak dobrze, jak w ponsowem; zupełnie ci się udało!“
Zrazu niedowierzająca, Anaïs wkrótce napusza się z radości; dokonywamy we trzech wejścia tryumfalnego do klasy, gdzie uczenice, zebrane już w komplecie, witają owacyjnie żywy sztandar trójkolorowy.
Nastaje cisza religijna: patrzymy, jak nauczycielki schodzą z góry poważnie, stopień po stopniu, za niemi idzie kilka uczenic z lekkiemi chorągiewkami na długich drzewcach złoconych. Zaledwo poznaję Amandę, można byłoby połknąć ją żywcem, tak jest ponętna w białej sukni z białego błyszczącego mohairu (spódnica bez szwu z tyłu, nic piękniejszego!) w kapelusiku ze słomki ryżowej i białej gazy. Ach, ty mały potworze!
A Przełożona, jakby odlana w swej sukni czarnej, haftowanej w płowe gałęzie, pożera ją oczyma. Złośliwa ruda nie może być piękną, ale suknia przylega do niej jak rękawiczka i tylko oczy czarne połyskują pod płomiennemi pętlami wstążki czarnego kapelusza nadzwyczaj szykownego.
— Gdzie jest sztandar? — pyta natychmiast.
Sztandar występuje, skromny i zadowolony z siebie.
— Dobrze! nawet... bardzo dobrze! Zbliż się Klaudyno... wiedziałam, że ubierzesz się gustownie. Patrz, abyś nie zbałamuciła ministra!
Robi szybki przegląd całego swego batalionu białego; tam spięcie poprawi, tu pociągnie wstążkę, Luci zapina rozchylającą się spodniczkę, w warkocze Amandy wsuwa szpilkę; wszystko przejrzawszy swem potężnem okiem, bierze do rąk pęk lekkich chorągiewek, na których, świecą się złocone napisy: Niech żyje Francya! Niech żyje Republika! Niech żyje wolność! Niech żyje minister! itd. i rozdziela je między Lucię, Jaubertówny, i inne wybrane, które rumienią się z dumy i trzymają drzewce prosto jak świece, ścigane zazdrością skromnych śmiertelniczek.
Wydostają nareszcie z waty, niby drogie kamienie, nasze trzy bukiety, związane wstążką trójkolorową; Dutertre dobrze użył pieniądze z tajnych funduszów! Ja otrzymuję pęk białych kamelii, Anaïs taki sam ponsowych; a Marya Belhomme dostaje duży bukiet wielkich, aksamitnych bławatów — albowiem natura nie przewidziała przyjęć ministeryalnych i nie stworzyła kamelii niebieskich.
Dzieciaki cisną się, aby popatrzeć; zaczynają się już łajania i skargi płaczliwe.
— Dosyć tego! woła Przełożona. Myślicie, że mam czas robić z wami porządek? Sztandar naprzód! Marya na lewo, na prawo Anaïs, Klaudyna pośrodku i ruszajcie! Pięknie byłoby, gdybyśmy się spóźniły na przybycie pociągu!
Wy z chorągiewkami idźcie za niemi, po cztery w szeregu, starsze na przedzie...
Nie czekając dłużej, schodzimy na podwórze; Lucia i starsze idą za nami; chorągiewki powiewają, dotykają zlekka naszych głów; za nami szmer idącej trzody baranów; tak przechodzimy pod bramę z zieleni... WITAJCIE!
Tłum oczekujący nas za bramą, strojny, podniecony, gotowy krzyczeć: „Niech żyje cokolwiekbądź“! na nasz widok wybucha jak z racy w jedno wielkie „ach“! Dumne jak małe pawie, z oczyma spuszczonemi, a z próżności nie mieszczące się we własnej skórze, postępujemy zwolna z bukietem w złożonych rękach, stąpając po kwiatach, które znacznie kurz tłumią; zaledwo po kilku minutach odważamy się zamienić przelotne spojrzenia i zachwycone uśmiechy.
— Przyjemnie! wzdycha Marya, rozglądając się po zielonych alejach, kedy przechodzim zwolna, między dwoma rzędami gapiących się widzów, pod sklepieniem z liści, które tamują słońce, sącząc tylko czarowne półświatła leśne.
— Wierzę, że jest ci przyjemnie! Zdaje się, jakby cała ta uroczystość jest dla nas specyalnie!
Anaïs ust nie otwiera, cała pogrążona w swojej godności, zajęta jedynie wyszukiwaniem między tłumem znajomych chłopców, których pragnie olśnić! A jednak nie ładna jest dzisiaj w tej wielkiej bieli, nie, wcale nieładna; mimo to wązkie jej oczy migocą z dumy. Na placu rynkowym każą nam stanąć. Musimy się połączyć ze szkołą chłopców; nauczyciele mają nieskończoną mękę całą tę ciemną linię utrzymać w regularnych szeregach; chłopaki wydają się nam dziś jak najgorzej, ogorzali, niezręczni w odświętnych ubraniach; grubemi rękami tak brzydko podtrzymują chorągwie.
Podczas przestanku, wbrew naszej powadze odwróciłyśmy się wszystkie trzy; za nami Lucia i jej towarzyszki stają wsparte wojowniczo na drzewcach swoich chorągiewek; mała promienieje z dumy i trzyma się prosto, zupełnie jak moja Fanszetta, kiedy chce się pięknie sprezentować; z zadowolenia śmieje się cichutko bezprzestannie. I jak sięgnąć okiem, pod zielonymi łukami białe suknie bufiaste, nastrzępione włosy, zagłębiają się, giną — cała armia Gallijek!
„Naprzód“! Idziemy dalej, lekkie jak kwiaty; zwracamy się na ulicę Klasztorną i przechodzimy nakoniec te zielone mury wzniesione z cisów strzyżonych w kształt starożytnego zameczka; ponieważ na drodze słońce pali do niewytrzymania, ustawiają nas w cieniu małego gaiku z akacyi, znajdującego się tuż za miasteczkiem; tu oczekiwać będziemy na przyjazd ministra. Jest tu nam nieco swobodniej.
— Czy mój wianek się trzyma? — zapytuje Anaïs.
— Tak... popatrz się sama.
Podaję jej zwierciadełko kieszonkowe, które przezornie zabrałam z sobą; sprawdzamy w niem wszystkie równowagę naszych wianków... Tłum, który postępował za nami, przedostał się teraz aż za płoty i idzie polem, mało się troszcząc, że niszczy otawę. Chłopaki w zapale niosą pęki kwiatów, chorągwie i także butelki! (Widziałam, jak jeden zatrzymawszy się na drodze, przechylił głowę i wysączył jednym tchem litrową butelkę).
Damy „z towarzystwa“ zostały przy wejściu do miasta; pousiadały tam bądź na trawie, bądź na złożonych krzesełkach, wszystkie pod parasolkami. Będą tam oczekiwały, bo tak jest bardziej dystyngowanie; nie wypada okazywać zbyt wiele pośpiechu.
Nad czerwonym dachem stacyi powiewają chorągwie; tam biegnie tłum; a gdy gwar oddala się nieco, panna Sergent, cała czarna i jej Amanda, cała biała, zmęczone czuwaniem nad nami, obchodzeniem naszych szeregów, zasiadają na murawie, podnosząc ostrożnie suknie, aby się nie zazieleniły o trawę. My oczekujemy stojąc, nie mamy ochoty do gawędy — ja powtarzam w myśli moję przemowę, troszkę przesadną, utwór Antonina Rabastensa, który mam wkrótce wygłosić:

Panie Ministrze!

Dzieci szkoły Montigny, strojne kwiatami swej rodzinnej ziemi...
(Niech mi powiedzą, czy widział tu kto pola kameliowe!)
...przychodzą pełne wdzięczności..
Puum! huk wystrzałów na dworcu postawił na nogi nasze nauczycielki.
Gwar tłumów dolatuje do nas w głuchym tumulcie: wciąż wzrasta, wciąż się zbliża, zmieszany z okrzykami radości, z szelestem tysiącznych stąpań, z hukiem biegnących koni... W najwyższem naprężeniu, oczu nie odwracamy z zakrętu drogi... Nakoniec, nakoniec — wypada awangarda: kurzem pokryci ulicznicy ciągną za sobą gałęzie i wrzeszczą; potem fale tłumów, potem dwa powoziki połyskujące na słońcu, dwa lub trzy landa, skąd widać wzniesione ręce z powiewającymi kapeluszami... Wreszcie powstrzymywanym cwałem zbliżają się ministerskie powozy; są już tu, przed nami i zanim mamy czas się spostrzedz, o dziesięć kroków od nas stają. Otwierają się drzwiczki pierwszego powozu.
Młodzieniec czarno ubrany wyskakuje na ziemię i podaje ramię Ministrowi Rolnictwa. Pomimo wyraźnego starania, aby się nam przedstawić imponująco, Jego Excellencya nie jest wcale dystyngowanym. Znajduję go nawet trochę śmiesznym; taki sobie nadęty, mały jegomość z brzuszkiem, ocierający z potu bardzo pospolite czoło i oczy powszednie i krótką rudawą bródkę. Ba; nie jest w białym muślinie, a czarne sukno na takiej spiekocie...
Chwila ciekawego milczenia, a potem nagle ogłuszający wybuch: „Niech żyje Minister! Niech żyje Rolnictwo! Niech żyje Republika!...“ Pan Jan Dupuy dziękuje gestem małym, lecz dostatecznym. Jakiś gruby pan, wyhaftowany srebrem, w trójgraniastym kapeluszu, z ręką na perłowej rękojeści krótkiej szpadki staje po lewej stronie znakomitości, po prawej — stary generał o hiszpańskiej bródce białej, wysoki i zgarbiony. I wspaniałe trio postępuje, poważnie otoczone gronem czarnych fraków z ponsowemi wstążeczkami, ze spięciami, z orderami. Wśród ramion i głów dostrzegam tryumfujące oblicze tej kanalii Dutertra, oklaskiwanego przez tłum przyszłych wyborców, jako przyjaciela ministra i jako deputowanego w przyszłości.
Szukam oczyma Przełożonej, pytam ją brodą i brwiami: „czy już speech?“ Daje mi znak, że już i ruszam, pociągając za sobą moich akolitów. Cisza zaległa niewzruszona; — Boże mój! Jakże odważę się wobec tylu tłumów? Gdybyż przynajmniej ta obrzydła trema nie dusiła mi gardła! — Naprzód, zupełnie zgodnie, pogrążamy się w spodniczki w pięknym reweransie, przy czem nasze sukienki leciuchno szeleszczą; poczem zaczynam, a w uszach tak mi szumi okrutnie, że nie słyszę własnych słów:

Panie Ministrze!

Dzieci szkół Montigny, strojne kwiatami swej rodzimej ziemi, przychodzą do ciebie pełne wdzięczności...
A potem z zupełną już pewnością odkuwam prozę Rabastensa, gdzie on ręczy za nasze „niezachwiane przywiązanie do instytucyi republikańskich“ i mówię tak spokojnie, jakbym wydawała w klasie Suknię Eugeniusza Manuela. Zresztą trio oficyalne nie słucha mię wcale: Minister myśli tylko o tem, że umiera z pragnienia, a dwie inne znakomitości zamieniają między sobą ciche uwagi.
— Panie Prefekcie, skąd się wziął ten portrecik?
— Nic nie wiem, generale; miluchna jak cukierek.
Racz przyjąć kwiaty ojczystych pól!“ — kończę, podając bukiet Ekscellencyi.
Anaïs dowcipna jak zawsze, kiedy idzie o pokazanie się, podaje swój bukiet prefektowi, a Marya Belhomme purpurowa ze wzruszenia, ofiaruje kwiaty generałowi.
Minister mruczy odpowiedź, z której uchwyciłam tylko „Respublika... pomyślność rządów... ufność w przywiązanie“; drażni on mnie. Poczem stoi nieruchomo, ja także; wszyscy oczekują; Dutertre ratuje sytuacyę i pochyla się mu do ucha podszeptując: „Cóż! Trzeba ją uścisnąć!“
Uściska mię zatem, ale niezręcznie (potłukł mię twardą brodą). Stołeczna orkiestra zagrzmiała Marsyliankę, zawracamy się, idziemy do miasta, za nami tamte z chorągwiami, reszta szkół usuwa się przed nami, aby dać wolne przejście i tak prowadząc za sobą wspaniały pochód, przechodzimy pod bramami „zamku“, wchodzimy pod sklepienia zieleni; dokoła nas wznoszą się okrzyki, ostre, zbyt forsowne — nic już zgoła nie słyszymy! To nas oklaskują, zarówno jak ministra, nas, wyprostowane, ukwiecone... Ach, gdybym posiadła żywą wyobraźnię, przedstawiłabym sobie zaraz, że jesteśmy trzy córki króla, wchodzimy z ojcem do jakiegoś miasta; dziewczęta w bieli są naszemi damami dworu; prowadzą nas na turnieje, gdzie błędni rycerze walczyć będą za nasz honor...
Przybywamy na podwórze szkolne, tu się zatrzymujemy; tłumy rozsypują się na wszystkie strony, niektórzy wdrapują się na mury. Końcem palców usuwamy chłodno nasze koleżanki, zanadto chętne otoczyć nas z blizka, zagłuszyć; wygłaszamy kwaśne: „Uważaj-że! — A ty, nie zadzieraj nosa! dość już na ciebie się napatrzyli od rana!“ Wielka Anaïs odpowiada na szyderstwa wzgardliwem milczeniem; Marya Belhomme irytuje się; ja się cofam o tyle, że mogę zdjąć z nogi lekki mój pantofelek i dać nim w policzek obrzydłej Jaubert, która potrąca mię ciągle ukradkiem...
Minister w otoczeniu generała, prefekta, sekretarzy, mnóstwa radców i jeszcze tam kogoś, wstępuje na estradę i zasiada w pięknym fotelu, trochę zanadto złoconym, przysłanym przez mera umyślnie z jego własnego salonu. Pan Jan Dupuy poci się, wyciera; czegoźby nie dał, aby to wszystko na jutro odłożyć... Za nim w półkole zasiadają radcy na ogół, rada municypalna Montigny... wszyscy roztapiają się, pływają w pocie, nie bardzo tam musi być przyjemnie... A cóż my? Skończyła się nasza chwała? Zostawili nas tutaj, nawet nikt krzesła nie podał. Nie, tego za dużo. Nie bez trudu przeciskamy się do estrady, my, sztandar i te wszystkie, co nosiły chorągiewki; tu, podniósłszy głowę wyzywam półgłosem Dutertra, który gawędzi pochylony nad krzesłem prefekta, tuż przy brzegu estrady. „Panie! Hej, panie!... Panie Dutertre, proszę pana!... Doktorze!“ Ten ostatni apel doszedł go skuteczniej niż inne, więc zaraz pochyla się ku mnie uśmiechnięty: „To ty! Czego żądasz? mojego serca? Daję ci je!“ Zdaje mi się, że już jest pijany.
— Nie, panie, wolałabym raczej krzesło dla mnie i dla moich koleżanek. Pozostawiono nas tu samych, ze zwykłemi śmiertelniczkami, to oburzające.
— To wprost woła o sprawiedliwość! — Musicie tu wejść, usiądziecie na stopniach; niech ludzie przynajmniej mają na czem wzrokiem wypocząć, kiedy będziemy męczyć ich mowami. Wejdźcie wszystkie!
Nie dałyśmy sobie powtórzyć dwa razy. Anaïs, Marya i ja wdrapałyśmy się pierwsze, za nami Lucia, Jaubertówny i inne od chorągwi, zakłopotane długiemi tykami, które zaczepiają się, plączą im stopy, a których jednak nie wypuszczają, trzymają je zawzięcie, z zaciśniętymi zębami, a spuściwszy oczy, bo wyobrażają sobie, że publiczność bawi się ich kosztem. Wreszcie jakiś człowiek — zakrystyan podobno — zlitował się nad niemi, zabiera uprzejmie wszystkie chorągiewki i odnosi; zapewne białe sukienki, kwiaty i chorągiewki przypomniały mu Boże Ciało i idąc za długim nawykiem, po skończeniu ceremonii odbiera z rąk dzieci świece, chciałam powiedzieć, chorągwie.
Tymczasem na estradzie posuwają krzesłami, odkaszlują; zwracamy się, aby zobaczyć mówcę. To Dutertre; stoi na środku, szczupły, wzruszony; ma przemawiać; lecz bez papierów, z próżnemi rękami. Nastaje cisza głęboka. Daje się słyszeć, jak na summie, płacz jakiegoś maleństwa, które już chce pójść do domu, i jak na summie wszyscy się uśmiechają.
A potem:

Panie Ministrze!
· · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nie mówi dłużej nad dwie minuty; mowa jego zręczna, brutalna, upstrzona grubymi komplimentami i subtelnymi przycinkami (których prawdopodobnie połowy nie zrozumiałam), jest straszliwą odnośnie do deputowanego, a pełną grzeczności dla reszty rodzaju ludzkiego, dla świetnego Ministra i ukochanego przyjaciela — musieli we dwójkę ładne robić „kawałki“ — dla drogich współobywateli, dla przełożonej, „tak bezsprzecznie doskonałej kierowniczki, że sama liczba atestatów, otrzymanych przez jej uczenice na egzaminie uwalnia mię od wszelkiej innej pochwały“... (panna Sergent siedzi w dole skromniutko i spuszcza głowę osłoniętą woalką) dla nas wreszcie, naprawdę dla nas: „kwiatów niosących kwiaty, sztandar niewieści, patryotyczny, ponętny“. Przy tym niespodziewanym zwrocie Marya Belhomme traci głowę i zakrywa ręką oczy, Anaïs powtarza próżne wysiłki zarumienienia się, a ja nie mogę nie kołysać się na biodrach. Publiczność patrzy na nas i uśmiecha się, a Lucia strzyże okiem ku mnie...
„...Francyi i Respubliki!“
Oklaski i okrzyki trwają dobre pięć minut, gwałtowne aż w uszach bzyczy; Anaïs tymczasem mówi do mnie:
— Moja kochana, widzisz Monmonda?
— Gdzie?... A! widzę. Więc co?
— Przez cały czas patrzy się na Joublin.
— A ciebie to kole w pięty?
— Ani troszkę! Trzeba też mieć gust podobny! Moja stara, a wiesz do kogo umizga się Rabastens?
— Nie. Do kogo? Popatrz tam, to się dowiesz.
Naprawdę, piękny pomocnik kręci się tam koło kogoś zawzięcie... A ten ktoś, to moja niepoprawna Klara, ubrana blado-niebiesko, z ładnemi niebieskiemi oczyma, trochę melancholijnemi, które zwracają się uprzejmie ku zdobywczemu Antoninowi... Więc tak! jeszcze raz ugrzęzła moja siostrzyczka mleczna! Niezadługo usłyszę romantyczne opowiadanie o spotkaniach, radościach, opuszczeniach... Boże, jakam ja głodna!
— Marylko, nie chce ci się jeść?
— Tak, trochę.
— Umieram z wyczerpania.
Mały Jan Dupuy powstał i zaczyna mówić głosem suchym, poważny a rozweselony. Na szczęście nie mówi długo. Oklaskują go, my także ze wszystkich sił. Zajmujące to jest — te wszystkie głowy poruszające się, te ręce klaszczące w powietrzu, te usta krzyczące, czarne. A jakie śliczne słońce bije z góry! trochę za gorące...
Krzesła odsuwają się na estradzie, wszyscy panowie podnoszą się, dają nam znak, abyśmy zeszły, prowadzą ministra nakarmić; idźmy na śniadanie!
Z trudnością, odtrącane przez tłumy wsteczną falą, wydostajemy się nakoniec na podwórze, gdzie ścisk trochę jest mniejszy... Wszystkie małe dziewczynki rozchodzą się same albo z mamami, które z dumą na nie tu oczekiwały; my trzy rozłączamy się także.
— Dobrze się zabawiłaś? — pyta mię Anaïs.
— Zapewne! Wszystko dobrze poszło; było bardzo ładnie.
— Co do mnie, ja znajduję... Myślałam, że to będzie weselej... Brakło nieco zapału — to właśnie!
— Przestań, przykro słuchać! Wiem, czego ci brakło; byłabyś zadowolona, gdybyś śpiewała sama jedna na estradzie.
— Gadaj sobie; nie obrażasz mnie; wiadomo, co warte komplimenta w twoich ustach!
— Ja — przyznaje się Marya — nigdy tak dobrze nie bawiłam się. Och, co on mówił o nas... nie wiedziałam, gdzie się schować!... O której godzinie przyjdziemy?
— Punkt o drugiej. To znaczy za półtrzecia godziny... Do widzenia zatem!
W domu tato pyta mię z zajęciem:
— Cóż, dobrze mówił Méline?
— Méline! Dlaczegoż nie Sully? Ależ to Jan Dupuy, mój tato!
— A tak, tak.
Znajduje jednak, że córka jego ślicznie wygląda i przyjemnie mu na nią popatrzeć.
Po śniadaniu rozpinam suknię, zdejmuję stokrociany wianek, strząsam kurz z muślinowej sukienki i czekam spokojnie dwie godziny, walcząc wszystkiemi siłami z ogarniającym mię snem. Jak tam będzie gorąco, mój Boże! Fanszetko, nie dotykaj mej sukni, to muślin. Nie, nie będę ci much łapała; czy nie widzisz, że przyjmuję ministra?
Wychodzę. Ulice już gwarne, wszyscy spieszą ku szkołom. Patrzą się na mnie, to mi się wcale podoba. Są już prawie wszystkie moje koleżanki; policzki zarumienione, suknie trochę przytarte; nie ma to już wyglądu świeżości, jak rankiem. Lucia przeciąga się i poziewa; za prędko jadła śniadanie, spać się jej chce, jest jej za gorąco; czuje, „że wyrastają jej pazury“. Anaïs jedna pozostaje ta sama, tak samo blada, tak samo chłodna, bez znużenia i bez wzruszeń.
Nauczycielki ukazują się nakoniec. Panna Sergent ze spieczonemi policzkami gderze Amandę, że splamiła suknię sokiem malinowym; mała dasa się, wzrusza ramionami i odwraca głowę, aby nie widzieć czułej prośby w oczach swojej przyjaciółki. Lucia podpatruje to wszystko i szydzi z cicha.
— Co, jesteście już nareszcie? — zwraca się do nas Przełożona, zrzucając jak zawsze gniew swój na nasze niewinne głowy. — Idźmy! Nie mam ochoty wyczekiwać tu godzinami. W szeregi! Prędzej!
Piękny początek! Na ogromnej estradzie drepczemy długo, bo Minister nie skończył jeszcze kawy i wszystkich jej akcesoryj. Na dole tłum zbija się w stado, spogląda ku nam i uśmiecha się połyskującemi twarzami ludzi, którzy dobrze podjedli... Panie przyniosły ze sobą składane krzesełka; oberżystka z Klasztornej ulicy wystawiła ławki i wynajmuje miejsca po dwa grosze; cały ten tłum ludzi szarych, grubych, śmiejących się, oczekuje cierpliwie, zamieniając z sobą grube żarty, z odległości darząc się wzajemnie potężnymi wybuchami śmiechu. Od czasu do czasu jakaś biała dziewczynka przeciska się z trudnością ku estradzie, wchodzi na stopnie i tam wygderana, wyszturkana przez Przełożoną zostaje odesłana do ostatniego szeregu; w ten sposób mści się panna Sergent za swoją Amandkę, która igra oczyma i mruga długiemi rzęsami ku tej stronie, gdzie stoi gromadka perkalowych bluz, przybyłych z Villeneuve na rowerach.
Wielkie „Ach!“ wznosi się w tłumie ku otwierającym się drzwiom sali bankietowej; Minister jeszcze czerwieńszy, jeszcze bardziej spocony niż z rana, ukazuje się w otoczeniu czarnych fraków. Tłum rozstępuje się przed nim już bardziej poufale, już z uśmiechami znajomości; jeszcze tak trzy dni, a strażnik polowy klepałby go po brzuszku, prosząc o trafikę dla swojej synowej, która ma troje dzieci, biedaczka, a jest bez męża...
Przełożona ustawia nas po prawej stronie estrady, bo minister i jego współtowarzysze zajmą miejsca naprzeciw: tak lepiej usłyszą nasz śpiew. Zasiadają; Dutertre, koloru rosyjskiej skóry, śmieje się i rozprawia zbyt głośno, pijany, jakby wypadkiem. Przełożona grozi nam pocichu straszliwemi karami, jeśli będziemy śpiewać fałszywie, i rozpoczynamy Hymn do Natury!

Już wschód się rumieni
Świetnemi blaskami,
Hej, wstańmy! to jutrznia!
Trud, praca przed nami!

(Jeśli nie zadowolnił się naszym trudem w pocie czoła podczas urzędowego pochodu, to jest bardzo wymagającym).
Małe głosiki tracą się nieco wśród wielkiej przestrzeni; dobywam wszelkich sił, aby czuwać zarazem nad „drugą“ i „trzecią“. Pan Jan Dupuy wymierza takt lekkiem poruszeniem głowy, jest senny, marzy o Petit-Pariesien. Energiczne brawa budzą go nagle; podnosi się, zbliża się do panny Sergent i nie nazbyt zręcznie mówi jej pochwały; ona staje się natychmiast gniewna, spuszcza oczy i chowa się w swoją skorupę. Zabawna kobieta!
Usuwają nas, a na nasze miejsce ustawiają szkołę chłopców, którzy zaczynają beczeć jakiś hymn idyotyczny:

»Sursum corda! sursum corda!
W górę serca! ta dewiza
Naszem hasłem być powinna.

Po chłopcach towarzystwo muzyczne „Przyjaciół Fresnois“ rąbie swoją fanfarę. Wszystko to nad wyraz nudne! Gdybym mogła znaleźć jaki kącik spokojny... A wreszcie, jak się już nami wcale nie zajmują, to doprawdy najlepiej będzie, gdy nic nikomu nie mówiąc, wrócę do domu, rozbiorę się i rozciągnę się aż do obiadu. Przynajmniej będę świeższa na balu!
O dziewiątej stoję na ganku i oddycham wreszcie pożądaną świeżością wieczoru. Wysoko w ulicy pod tryumfalnymi łukami świecą się papierowe balony w kształcie kolorowych owoców. Gotowa do wyjścia, już w rękawiczkach, z białą zarzutką na ręku, z wachlarzem białym w palcach, oczekuję na Maryę i Anaïs, które mają przyjść po mnie. Lekkie kroki, znane głosy, to one... Protestuję.
— Zwaryowałyście! O dziewiątej, iść na bal! Sala nie będzie nawet oświetloną, to śmieszne!
— Moja kochana, pani Przełożona powiedziała: „Zacznie się w pół do dziewiątej; tutaj taki zwyczaj, nie można kazać czekać, zaledwo usta otrą, przylecą zaraz!“ To nam powiedziała.
— Jedna racya więcej, aby nie naśladować parobków i dziewczyn tutejszych! Jeśli „fraki“ będą na dzisiejszym balu, przyjdą o jedynastej, jak w Paryżu, a my już wtedy będziemy zmęczone! Pójdźcie lepiej ze mną trochę do ogrodu.
Niechętnie idą za mną w ciemne aleje, gdzie Fanszetta, jak my w białej sukni, tańczy za motylkami nocnymi wesoła i swawolna... Zlękła się obcych głosów i wskoczyła na sosnę, skąd oczy jej obracają się za nami jak dwie latarki zielone. Wprawdzie Fanszetta ma mnie w pogardzie: egzamin, inauguracya szkół — nigdy nie siedzę w domu, nie łapię jej much, które kiedyś masami wsadzałam na szpilkę od kapelusza, a ona delikatnie jednę po drugiej zdejmowała je i zjadała, kaszląc niekiedy jeśli jakie skrzydełko połechtało ją w gardle; bardzo już rzadko daję jej kawałki czekolady i ciałka motyli, które lubi nad wszystko, i nieraz zdarza mi się zapomnieć „urządzić jej pokój między dwoma „Laroussami“ tatusia. — Cierpliwości, droga Fanszetko! Będę miała dużo czasu do męczenia cię i uczenia skoków przez kółko, ponieważ, niestety, nie wrócę już do szkoły...
Anaïs i Marya nie mogą już wytrzymać, odpowiadają mi tylko nieuważnemi tak i nie — nie mogą ustać na miejscu. Idźmy więc, jeśli aż tak bardzo im się spieszy. „Ale zobaczycie, że tamte panie nie zejdą jeszcze z góry!“
— Och! czyż nie wiesz, że dość im tylko zejść schodkami wewnętrznymi i znajdą się od razu w sali balowej; one sobie od czasu do czasu popatrują przez małe drzwiczki, czy wypada już im zejść.
— Naprawdę, przyjdziemy zawcześnie; będziemy strasznie głupio wyglądały, same z trzema kotami i jednem cielęciem w tej wielkiej sali!
— Ach nudzisz, Klaudyno! — No, jeśli za mało jeszcze będzie osób, to przez małe schodki pójdziemy na górę do pensyonarek i zejdziemy wtedy tylko, kiedy tancerze się zbiorą.
— Jeśli tak, to dobrze.


I ja bałam się, że ta sala wielka będzie pustą! Jest więcej niż do połowy zajęta kręcącemi się parami; miejscowa orkiestra, złożona z Frouillarda i innych skrzypków, także z trąb i pistonów przygrywa na spółkę z „Przyjaciółmi Fresnois“. Dmuchają, rżną, klapią, niezbyt zgodnie, ale okropnie zawzięcie.
Musimy robić sobie przejście wśród ściany widzów, którzy zalegli podwoje otwarte na oścież... Bo tu jest taki zwyczaj, tu u drzwi robią się wszelkie spostrzeżenia, zamieniają się uwagi i ploteczki o toalecie dziewczyn, o częstszem pojawianiu się jednej i tej samej pary tańczącej:
— Moja droga, tak pokazywać skórę! To podejrzane!
— A co ma pokazywać? kości?
— Cztery razy, cztery razy z rzędu tańczy z Monmondem! O, gdybym była jej matką, przytarłabym jej uszu! zarazbym odesłała spać do domu!
— Ci panowie z Paryża nie tańczą tak jak u nas.
— To prawda! Zdaje się, że obawiają się połamać; ledwo się ruszają. Co innego, nasi chłopcy, to aż przyjemnie popatrzeć, jak się męczą!
Zupełna prawda; tylko Monmond, najświetniejszy tancerz, ze względu na gości z Paryża wstrzymuje jeszcze swe nogi, aby nazbyt w X nie latały! Jest to aplikant u notaryusza, twarzyczka dziewczyny, czarne włoski w puklach, czyż można mu się oprzeć?
Między dwiema figurami kadryla dokonywamy trudnego przejścia, przechodzimy salę poważnie i jako trzy grzeczne dziewczynki, usiadamy na ławeczce pod ścianą.
Przypuszczałam, że suknia jest mi do twarzy, że włosy i wianek czynią mą twarzyczkę wcale nie do odrzucenia — ale teraz po ukradkowych spojrzeniach chłopców, po fizyognomiach dziewczyn nagle zastygłych, poznaję, że miałam słuszność i czuję się pewniejszą siebie. Mogę bez obawy przypatrzeć się sali. „Czarne fraki“, ach, nie są liczne! Cały orszak urzędowy odjechał pociągiem o szóstej; ministrze, generale, prefekcie i cała świto, bywajcie zdrowi! Zostało zaledwie pięciu czy sześciu młodych ludzi, sekretarzy jakichś, bardzo porządnych zresztą i przyzwoitych; stoją razem w rogu sali i zdają się cudownie bawić na tym balu; nic podobnego zapewne nigdy nie widzieli. A reszta tancerzy? Wszystko to chłopaki i młodzieńcy z Montigny i okolic, dwóch czy trzech w surdutach źle skrojonych, inni w żakietach.
Tancerki, same tylko dziewczęta; bo w tej pierwotnej krainie kobieta, jak tylko zamężna, przestaje już tańcować. Wystroiły się na wieczór świeżutko, sama młodość! Suknie z gazy niebieskiej, z muślinu różowego, ukazują ciemne, jędrne ciała wieśniacze; włosy nazbyt wygładzone, wcale nie faliste, rękawiczki białe niciane i cokolwiekbądź mówią kumoszki odedrzwi, staniki za mało dekoltowane; wycięcia kończą się tam, gdzie zaczyna się biało, tęgo, i bujno.
Orkiestra daje znak do rozpoczęcia tańca i wśród lekkich przelotów spódniczek, omuskujących nasze kolana, spostrzegam moją mleczną siostrę Klarę, melancholijną i miluchną, w objęciach pięknego nauczyciela, Antonina Rabastensa, który z białym goździkiem w pętliczce, walcuje z furyą.
Tamte panie jeszcze nie zeszły (pilnuję bacznie małych drzwi, przez które wejść mają), kiedy jeden z „fraków“ skłania się przedemną. Daję się uprowadzić; nie jest wcale nieprzyjemny, trochę dla mnie za wysoki, tęgi, tańczy walca dobrze, nie ściskając mię zanadto i patrzy na mnie z góry z twarzą rozbawioną...
Jaka ja jestem niedorzeczna! Powinnam myśleć tylko o przyjemności tańczenia, o tej jedynie radości, że wzięto mnie pierwiej do tańca niż Anaïs, która na mego tancerza spogląda okiem pełnem zawiści... a ja z tego walca wynoszę tylko smutek, tylko tęsknotę, może głupią, ale tak gryzącą, że zaledwo mogę łzy powstrzymać... I dlaczego? Ach, bo... nie, nie mogę być szczerą zupełnie, aż do końca, mogę tylko z lekka zaznaczyć... czuję, że duszę mam rozbolałą, dlatego jedynie, że ja, która wcale nie lubię tańca, wolałabym tańczyć z kimś, kogobym wielbiła z całego serca; że chciałabym mieć tego kogoś, chciałabym mówić mu wszystko, czego nie mówię Fanszecie, ani mojej poduszce, nie mówię nawet dziennikowi, że tego kogoś szalenie mi braknie i czuję się tem upokorzoną i że nie oddam się nikomu, jak tylko takiemu, kogo będę kochać i znać w zupełności — marzenia nieziszczone nigdy!
Wielki mój tancerz nie zaniedbuje mi dać zapytania:
— Czy pani lubi tańczyć?
— Nie, nie lubię.
— Ależ... w takim razie, pocóż pani tańczy?
— Bo zawsze to lepsze niż nic.
Dwa tury walca w milczeniu, a potem:
— Czy można zrobić uwagę, że dwie towarzyszki pani służą pani wybornie jako kontrast.
— Och, można!... Jednak Marya jest przecie milutką...
— Kto taki?
— Ta, w niebieskiem; nie jest wcale brzydką.
— Ja... nie gustuję zbytnio w tego rodzaju piękności... Pozwoli pani już teraz zaprosić siebie do przyszłego walca?
— I owszem.
— Pani nie ma karnecika?
— Nic nie znaczy; znam tu wszystkich; nie zapomnę.
Odprowadza mnie na miejsce i nie zdołał jeszcze się odwrócić, kiedy Anaïs winszuje mi swojem najzjadliwszem: „Moja kochana!“
— Bardzo przyjemny, prawda! A żebyś wiedziała, jak miło umie mówić!
— O, wiadomo, że zbierasz dzisiaj wszelkie tryumfy! Ja jestem zaproszona do następnego walca przez Fefeda.
— A ja — wtrąca Marya, cała rozpromieniona — przez Monmonda. Ach, pani Przełożona!
W istocie, wchodzą te panie. W małych drzwiczkach, w głębi sali ukazują się jedna po drugiej. Na przedzie panna Amanda; zmieniła tylko stanik na wieczorowy, całkiem biały, całkiem powietrzny, odsłaniający delikatne, pulchne ramiona i ręce okrągłe i szczupłe; we włosach przy uchu róże białe i żółte, które podnoszą jeszcze blask złocistych oczu i bez tego jaśniejących przedziwnie.
Panna Sergent jak zawsze w czerni; bardzo małe wycięcie stanika ukazuje ciało bursztynowe, jędrne; włosy jak gęsta mgła nad czołem, rzucają gorący cień na całą twarz nieładną, na której tylko mocno błyszczą czarne oczy. Wcale jest nieźle. Za nią wije się sznur pensyonarek w białem, niektóre w sukniach pod szyję. Lucia przybiega zaraz i opowiada mi, że zrobiła sobie dekolte, pomimo zakazu siostry, uchylając brzegów stanika. Dobrze zrobiła.
Prawie jednocześnie przez główne drzwi wchodzi Dutertre, podniecony, czerwony, zbyt głośno rozprawiający.
Z powodu gawęd obiegających po mieście, wielką przy drzwiach sensacyę sprawia jednoczesne wejście na salę przyszłego deputowanego i jego protegowanej. Nic sobie jednak z tego nie robią; Dutertre idzie prosto do panny Sergent, wita ją, a ponieważ orkiestra zaczyna grać polkę, unosi ją śmiało ze sobą. Zarumieniona, z oczyma wpół przymkniętemi, nie mówiąc nic, tańczy, i naprawdę, z wdziękiem! Inne pary formują się za nimi i uwaga ogólna od nich się odwraca.
Odprowadziwszy Przełożoną na miejsce, delegat okręgowy do mnie się zwraca — grzeczność z jego strony bardzo pochlebna, bardzo mnie wyróżniająca. Tańczy gwałtownie, wywija mną za dużo, ściska za dużo i za dużo szepce mi we włosy:
— Jesteś śliczna jak aniołek!
— Przedewszystkiem, doktorze, dlaczego pan mówi do mnie „ty“? Jestem już dość wzrosłą...
— Co, będę się z tobą krępował może? patrzcie ją, wielka osoba!... Ach, te włosy, ten twój wianuszek! Chciałbym go zerwać!
— Przysięgam panu, że nie pan go zerwiesz.
— Zamilknij, bo wycałuję cię wobec całej sali.
— Nie zadziwiłoby to nikogo; widziano jak to pan robił z tylu innemi.
— To prawda. Ale dlaczego nie przyjdziesz do mnie? To nie obawa cię zatrzymuje; masz oczy pełne grzechu! Poczekaj, złowię cię jeszcze! Nie śmiej się tak, bo doprowadzisz mnie do wściekłości!
— Ech, nie rób pan siebie tak złym, nie uwierzę temu.
W śmiechu błyszczą mu zęby, a ja myślę sobie: „Czekaj, zima już blizko, będę w Paryżu i nie złowisz mię nigdy!“
Po mnie bierze do tańca małą Amandę, podczas gdy Monmond, w żakiecie z alpagi, mnie zaprasza. Zaiste, nie odmawiam, nie! Aby tylko mieli rękawiczki, tańczę chętnie z naszymi chłopakami; są grzeczni ze mną na swój sposób. Potem tańczę jeszcze z moim wielkim „frakiem“; i tak aż do kadryla, którego nie tańczę, bo chcę troszkę odetchnąć i boję się być nazbyt czerwoną i przytem jeszcze, kadryl wydaje mi się zawsze śmiesznym. Przysiada się do mnie Klara, słodka i tęskna, rozczulona jakąś melancholią, która ją dziś nagle owładnęła. Pytam ją:
— Powiedz mi, czy dużo mówią o tobie z powodu asystowania pięknego nauczyciela?
— Co ci się zdaje!... Nic nie mówią, bo niema nic do mówienia.
— Proszę! Będziesz się może ukrywała przedemną?
— Na Boga, nie! ale naprawdę niema tu nic takiego... Widzieliśmy się tylko dwa razy; tu trzeci raz się spotykamy. On mówi tak... podbijająco! Pytał mnie przed chwilą, czy nie przechadzam się kiedy wieczorem pod lasem Sapinière...
— Wiadomo, co to ma znaczyć. Cóżeś mu odpowiedziała?
Nie odpowiada nic, uśmiecha się tylko z wahaniem, z lubieżnością. Nie skończy się na tem. Zabawne te młode dziewczęta! Oto ta naprzykład, ładna i słodka, sentymentalna i łagodna, od czternastego roku życia dała się oszukiwać może z pół tuzina zakochanym. Nie umie wziąść się do nich. Co prawda, i ja tak samo nie umiałabym się wziąść, ja, co umiem tak pięknie rozumować...
Ogarnia mnie jakieś niewyraźne otumanienie z tego kręcenia się, — przedewszystkiem z patrzania się na kręcenie. Wszystkie prawie fraki czarne już wyszły, tylko nie Dutertre, który wiruje bez pamięci, tańcząc z każdą, która ma trochę przyjemniejszy wygląd, a z najmłodszemi najbardziej. Porywa je, okręca, zmęczy do ostatka i rzuca ogłuszone, ale nadzwyczaj szczęśliwe. Równo od północy zabawa staje się z minuty na minutę coraz swobodniejszą. „Obcy“ sobie poszli, zostali sami swoi: publiczność niedzielna z knajpki u Frouillarda — tylko, że tu jest przyjemniej, w tej wielkiej sali wesoło udekorowanej i świecznik oświetla lepiej niż trzy naftowe lampki Frouillardowskie. Obecność doktora Dutertre nikogo nie krępuje, przeciwnie, już i Monmond pozwala nogom swoim ślizgać się po parkiecie, jak same chcą i rade. Więc latają te nogi, to migną ponad głowami, to rozsuną się szalenie w wielkiem pas cudownem. Dziewczęta w zachwycie; od czasu do czasu parskają śmiechem i chowają usta w chusteczki naperfumowane tanią wodą kolońską: „Moja kochana, jaki on wykrętny! Drugiego takiego nie znaleźć!“
I nagle ten wściekły przelatuje salę z brutalnością cyklonu, unosząc tancerkę jak tłumok; założył się bowiem o konwię białego wina, płatnego w bufecie ustawionym w podworcu, że przebiegnie w galopie całą długość sali tylko w sześciu krokach! Zbiegają się, obstąpili, podziwiają. Wygrał Monmond, ale tancerka jego, Fifina Baille, mała dziewucha, która nosi mleko do miasta i wszystko, co chcecie — ta oburzona, rzuca go i klnie na cały świat.
— Kawałek gałgana! nie mogłeś uszanować mojej sukni! Przyjdź, poproś mnie jeszcze! już cię nauczę!
Nastaje pewne zamieszanie; chłopcy korzystają, aby łaskotać, szczypać i głaskać wszystko, co się znajdzie pod ręką. Robi się już bardzo wesoło, wracam zaraz do domu. Wielka Anaïs, która zdobyła nareszcie jakiegoś zapóźnionego w „czarnym fraku“, przechadza się z nim po sali, śmieje się głośno, pyszni się, jest zachwycona, że zabawa się ożywia i chłopaki dokazują; znajdzie się może taki, co ją pocałuje w szyję!
Lecz gdzież się zapodział Dutertre? Panna Sergent skończyła na tem, że przycisnęła do kąta swoją Amandkę i wyprawiła jej scenę zazdrości; ta słucha ją, wzruszając ramionami, a oczy strzelają w inną stronę, widocznie głowę ma zawróconą czemś innem. Lucia zaś tańczy z takiem zapamiętaniem, że nie opuszczając ani jednego tańca, przechodzi tylko z rąk do rąk, nie odetchnąwszy nawet; chłopcy nie zachwycają się jej pięknością, lecz skoro raz z nią przetańczą, wracają i wracają ciągle, taka jest zręczna, szczupła, mała, a lekka jak piórko.
Panna Sergent znikła teraz, może ze złości, że jej ulubienica mimo najgorętszych zaklęć, tańczy z jakimś wielkim gapiem jasno blond, który przyciska ją do siebie, wasiskami i ustami dotyka jej głowy, a ona się wcale nie cofa. Jest już pierwsza po północy, nie bawię się wcale, idę spać. Podczas przerwy w polce (polka dzieli się tu na dwie części, w przerwie pary trzymając się pod rękę, obchodzą gęsiego dokoła sali) zatrzymuję Lucię i zmuszam ją usiąść na chwilę:
— Nie męczy cię wcale to rzemiosło?
— Cicho! Tańczyłabym bez wypoczynku przez cały tydzień! Nie czuję nóg pod sobą...
— Więc dobrze się bawisz?
— Albo ja wiem? Nie myślę o niczem, głowę mam otumanioną, to tak przyjemnie! Jak mnie tak ścisną, a walcujemy szybko, chce mi się wprost
Lecz cóż to za hałas? jakieś bieganie, krzyki kobiece, głośne przekleństwa... Czy chłopcy tam się biją? Ale nie, to idzie wprost z góry, słowo daję! Krzyki stają się tak głośne, że pochód par zatrzymuje się; zaniepokoili się wszyscy; poczciwy a śmieszny Antonin Rabastens rzuca się do drzwi wewnętrznych, otwiera je... hałas wzrósł i ze zdumieniem rozpoznaję głos matki Sergent, ten głos krzykliwy starej wieśniaczki, wyjący przerażające rzeczy. W absolutnej ciszy wszyscy słuchają, jak przykuci do miejsca, z oczyma utkwionemi w małe drzwiczki, skąd wypada cały ten wrzask.
— Ach, ty obrzydła dziewucho! Tyś nie ukradła! Hę, połamałam miotłę na plecach tej św... twego doktora! Ach, od dawna już coś wietrzyłam! Nie, nie, moja szanowna, nie będę milczała, kpię sobie z gości balowych! Niech słuchają, posłyszą piękne rzeczy! Jutro rano, nie, nie jutro, a w tej chwili pakuję moje tłumoki, nie chcę ani jednej nocy przepędzić w podobnym domu! Takie brudy! Skorzystałaś, że pijany, że na nogach utrzymać się nie może, zaciągnęłaś go sama, tego uganiacza za spodnicami, dziewko szalona! Żebym kazała ci krowy doić, jak sama to robiłam, nie byłoby tego! Ale już ja cię urządzę! będę krzyczała wszędzie, niech pokazują cię na ulicach, niech wyśmiewają się z ciebie, chcę tego! Nie boję się, nic mi nie zrobi twój mops, delegat okręgowy, choć się tyka z ministrem; obiłam mu boki, że poleciał, aż się kurzyło! to on się mnie boi! Tfu! macie! niech widzą, i owszem!
Poczem głos oburzony oddala się w głębi korytarzy i milknie za zatrzaśniętemi gdzieś drzwiami; wszyscy spoglądają na siebie, nie wierzą własnym uszom... Pary jeszcze złączone stoją niepewne, nasłuchując, i zwolna skryte uśmiechy pojawiają się na ustach i biegną w krąg aż do estrady, gdzie muzycy też zabawiają się tem zdarzeniem, jak i wszyscy. Szukam oczyma Amandy i spostrzegam ją bladą jak biała jej suknia, z rozszerzonemi oczyma wpatrzonemi w drzwiczki, skąd hałas dochodził. Jakiś młodzieniec zbliża się do niej litośnie, ofiarując się wyjść z nią, by ochłonęła. Ona toczy dokoła błędnemi oczyma, poczem wybucha łkaniem i wybiega z sali. Po jej ucieczce już się nikt nie krępuje; bawią się z całego serca, trącają się łokciami: „Widziałaś? słyszałaś?“ I gawędzą już głośno, i nikt już nie tańczy... Taki skandal, nad ranem!... Ale oto jakaś zbłąkana nuta zadźwięczała na skrzypcach, za nią cornets à pistons i trąbki się ozwały; jakaś para probuje nieśmiało kroków polki, za nią puszcza się druga, potem wszyscy; ktoś przymyka małe drzwiczki, aby zakryć skandaliczne obuwie i zabawa zaczyna się w najlepsze, jeszcze weselsza, jeszcze bardziej podniecona niesłychanym wypadkiem, tak śmiesznym! Ja odchodzę do domu, zupełnie zadowolona z uwieńczenia tą pamiętną nocą moich lat szkolnych.
Żegnaj, klaso; żegnaj Przełożono ze swą przyjaciółką; żegnaj mała kotko, Luciu, i ty, zła Anaïs! Rozstaję się z wami, aby wejść w świat — i zaiste, nie mało mnie ździwi, jeśli tam bawić się będę tak dobrze, jak w szkole.






  1. Kule kolorowe, któremi bawią się dzieci.
  2. Anticipé gra słów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sidonie-Gabrielle Colette i tłumacza: Wanda Dalecka.