Przejdź do zawartości

Klaudyna w Paryżu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Klaudyna w Paryżu
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego
E. Wende i Sp.
Data wyd. 1907
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Lwów i Warszawa
Tłumacz Kornel Makuszyński
Tytuł orygin. Claudine à Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WILLY
KLAUDYNA
W PARYŻU
TŁUMACZYŁ
KORNEL MAKUSZYŃSKI
LWÓW 1907
KSIĘGARNIA POLSKA B. POŁONIECKIEGO.
WARSZAWA: E. WENDE I SP.


CZCIONKAMI DRUKARNI NARODOWEJ W KRAKOWIE.



»Klaudyna w Paryżu« jest drugim tomem niezmiernie popularnej czterotomowej historyi Willy’ego o Klaudynie. Pierwszy ukazał się w tłómaczeniu Wandy Daleckiej nakładem Księgarni Polskiej p. t. »Klaudyna w szkole«; drugim jest tom niniejszy. Pozostaje jeszcze » »Claudine en ménage« i »Claudine s’en va«. »Klaudyna w Paryżu« doczekała się przeszło stu wydań. »Willy« jest pseudonimem znanego paryskiego pisarza i krytyka teatralnego miesięcznika »Cartons mondains«, Gauthièrs-Villars’a.

Prz. tłum.






KLAUDYNA w PARYŻU.

Rozpoczynam dziś na nowo dziennik, przerwany wskutek mojej choroby, ciężkiej choroby — bo doprawdy zdaje mi się, że byłam bardzo chora!
Jeszcze i teraz nie czuję się zbyt silna, ale sądzę, że okres gorączki i strasznego rozdrażnienia minął bezpowrotnie. Co prawda, nie pojmuję zupełnie, jak ludzie mogą żyć w Paryżu z własnej chęci, niczem do tego nie zmuszeni, ale zaczynam się przekonywać, że życie wewnątrz tych ogromnych sześcio-piętrowych pudeł może być godne uwagi.
Ze względu na wartość moich notatek, wypada opowiedzieć, dlaczego jestem w Paryżu, z jakiego powodu opuściłam Montigny, taki kochany i oryginalny zakład, gdzie panna Sergent, nie dbając zupełnie o rzeczy, o których później będzie mowa, kocha się ustawicznie w swojej małej wybrance podczas gdy wychowanki wywracają sobie koziołki, dlaczego papa porzucił swoje ślimaki, wszystko, wszystko?... Będę bardzo zmęczona, gdy skończę! Bo, jak państwu wiadomo, jestem znacznie szczuplejsza niż w roku zeszłym i nieco wyższa; pomimo ukończonych przedwczoraj lat siedmnastu, wyglądam zupełnie na szesnastoletnią. Zobaczymy, co powie zwierciadło. Ależ tak, naturalnie!
Bardzo jesteś milutki, ty mój spiczasty podbródku, tylko proszę cię, nie wydłużaj się zbytnio. Oczy jak orzeszki, możecie takiemi pozostać, nie będę się was wstydziła; ale nie kryjcie się tak wstydliwie pod rzęsą. Moje usteczka, wy zawsze moje usteczka, tylko tak blade, że ciągle nacieram te małe, bezbarwne wargi listkami różowej geranii. (Swoją drogą, to im nadaje brudną, fioletową barwę, którą natychmiast zlizuję). Ach, wy moje biedne uszy! Blade, anemiczne uszka, zakrywam was puklami włosów i patrzę na was ukradkiem od czasu do czasu i szczypię, abyście się zaróżowiły. Tylko niestety, to nie są moje włosy! Chce mi się płakać, ile razy ich dotknę... Obcięto mi je, obcięto przy głowie, moje sploty kasztanowato-rude, moje śliczne, kręte sploty! Przepraszam; tych dziesięć centymetrów, które pozostały, robi co może i kręci się i puszy; szybko będą odrastały, ale mi się smutno robi, gdy każdego ranka, przed umyciem szyi robię mimowolny ruch, by podpiąć czuprynę...
Papo z piękną brodą, mam do ciebie za to pretensyę, prawie tak wielką, jak do siebie samej. Nikt niema pojęcia, co to jest za ojciec! Lepiej posłuchajcie:
Ukończywszy prawie rozprawę na temat Malacologie du Fresnois posłał papa najważniejszą część rękopisu do Masson, wydawcy w Paryżu i od tego dnia zaczęła go trawić straszna gorączka oczekiwania. Co! Żeby jego arkusze, tak starannie poprawione, wysłane na bulwar Saint-Germain rano (8 godzin jazdy koleją żelazną) nie wróciły na wieczór nawet do Montigny? Ach! na listonosza Doussine spadały gromy: »Przeklęty bonapartysta, listonosz, że mi nie przynosi korrekty! Rogi mu żona przyprawia, ale niech, ma za swoje!« A drukarze, coś strasznego! Groźby rozćwiartowania tych »fabrykantów skandalicznych świstków«, klątwy na tę »dzicz sodomską« rozlegały się przez cały dzień. Mój śliczny kotek, Fanchette, osóbka zupełnie rozsądna, podnosiła brwi z oburzenia.
Listopad był dżdżysty i ślimaki zaniedbane ginęły jeden po drugim. Wreszcie jednego wieczora, zanurzywszy palce w swej trójkolorowej brodzie, powiada mi papa: »Mój szpargał nie wychodzi wcale; drukarze zrobili spisek przeciw mnie; najrozsądniej (tak!) byłoby przenieść się na stałe do Paryża«. Ta propozycya mną wstrząsnęła. Rzecz tak prosta, a tak trudna dla mnie do pojęcia, wprawiła mnie w rozterkę, więc prosiłam tylko o 8 dni do namysłu. Ale śpiesz się, dodał papa, bo mam teraz nabywcę na nasz dom, »Machin chce go wynająć«.
— Co to znaczy dwulicowość ojców, najbardziej nawet szczerych. Ten naprzykład wszystko potajemnie załatwił, a ja nawet nie przeczułam grożącego mi odjazdu.
W dwa dni później, w szkole, gdzie za poradą Mademoiselle postanowiłam uzyskać najwyższy patent, zbliża się wysoka Anaïs, jeszcze bardziej opryszczona, niż zwykle; nie mogę wytrzymać i powiadam jej, wzruszając ramionami: »tak, tak, moja stara, już mnie dłużej nudzić nie będziesz, za miesiąc jadę na stałe do Paryża«. Zdumienie, którego nie miała czasu ukryć, wprawia mnie w szaloną radość. Pobiegła do Łucyi: »Lucia, utracisz twoją najdroższą przyjaciółkę! Moja droga, ty krwawemi łzami będziesz płakała, gdy Klaudyna pojedzie do Paryża. No, prędko, utnij pukiel włosów, zaprzysiążcie sobie dozgonną wierność, prędko, już najwyższy czas!« Lucia, skamieniała, rozłożyła palce jak liście palmowe, otworzyła szeroko swoje wielkie, senne, zielone oczy i bez ceremonii uderzyła w głośny płacz. Rozdrażniło mnie to. »Tak jest, odjeżdżam! I wcale was żałować nie będę, żadnej!«
W domu, już zupełnie zdecydowana, oświadczam papie uroczyście moje »tak«. Rozczesał z zadowoleniem brodę i powiada:
— Pradeyron już nam szuka mieszkania. Gdzie? Tego nie wiem zupełnie. Bylebym tylko miał miejsce na moje szpargały, o resztę mieszkania nie dbam. A ty?
— Ja także, ja... to mnie jest wszystko jedno! — W istocie, nic zupełnie nie wiem. Jakże chcecie, aby Klaudyna, która nigdy nie opuszczała dużego domu i kochanego ogrodu w Montigny wiedziała, co jej będzie potrzebne w Paryżu i jakie mieszkanie należy wybrać? Fanchette wie o tem nie o wiele więcej. Ale jestem wzruszona i jak we wszystkich ważnych okolicznościach mego życia, zaczynam się wałęsać z miejsca na miejsce, podczas gdy papa nadspodziewanie energicznie — nie, to za daleko idące określenie — nadspodziewanie czynnie i z ogromnym hałasem zabiera się do pakowania rzeczy. Wolałabym sto razy uciec do lasu, aby nie słyszeć wcale gderania i narzekań Mélie.

Mélie jest blondyna, leniwa i zwiędła. Musiała być kiedyś bardzo piękną. Zajmuje się kuchnią, przynosi mi wodę i kradnie owoce z naszego ogrodu dla jakichś niewyraźnych »znajomych«. Ale papa zapewnia, że ona mnie karmiła niegdyś przepysznem mlekiem i że zawsze ogromnie mnie kocha. Ogromnie wiele śpiewa i ma w pamięci zbiór najróżnorodniejszych piosenek pikantnych, a nawet bezwstydnych, których dostateczną liczbę pochwyciłam. (I mówić tu, że ja nie uprawiam sztuk wyzwolonych!).
Oto jedna bardzo ładna: »Zwykł ciągnąć łyków pięć czy sześć, nie chwytał zaś oddechu, tra, la, la..., a że z rozkoszą mógł to znieść, nie szczędził więc pospiechu, tra la la... itd. itd. Mélie jest rozczulona zarówno memi wadami jak zaletami.
Z zachwytem zauważa, że jestem piękna, że mam śliczne kształty, i kończy: »Co za szkoda, że nie masz kochanka«. To jest obowiązek naturalny, bezinteresownie pomagać i doprowadzać do spełniania planów zakochanych; Mélie rozciąga to na całą przyrodę. Kiedy z wiosną Fanchette zaczyna miauczeć, skarzyć się i tarzać na grzbiecie po alejach ogrodu, Mélie zwołuje uprzejmie kocury, zwabiając je przy pomocy talerzy, pełnych surowego mięsa. Następnie z rozczuleniem rozmyśla o sielance, która się tam odbywa i stojąc w ogrodzie, w brudnym fartuchu, i rozmarzona pozwala »przyczepić się«... pośladkom cielęcym, czy zajęczym w potrawce, unosząc rękami piersi niezasznurowane gorsetem swoim zwykłym ruchem, który mi psuje nerwy. Mimowoli doznaję obrzydzenia na myśl, że kiedyś ssałam jej piersi.
Wogóle, gdybym była głuptaskiem, a nie rozsądną panienką, Mélie czułaby się w obowiązku robienia wszystkiego, aby mnie sprowadzić z drogi cnoty. Ale się tylko z niej śmieję, gdy mi wspomina o kochanku — ach! nie, naprzykład łaję ją i powiadam: »Idź z tem do Anaïs, tam cię lepiej przyjmą, niż tu«.
Mélie przysięgła na krew swojej matki, że do Paryża nie pojedzie. »Ja kpię z tego«, odpowiedziałam.
Natychmiast rozpoczęła przygotowania, przepowiadając jednak tysiące nieszczęść i przygód.

Tymczasem wybrałam się na przechadzkę. Błądziłam po błotnistych ścieżkach lasów już żółkniejących, przepełnionych zapachem grzybów i wilgotnych mchów i zbierałam po drodze borowiki, doskonałe w śmietanowym sosie do pieczonej cielęciny. I powoli przyszło mi na myśl, że ów wyjazd do Paryża jest prawie szaleństwem. Możeby tak poprosić papy, albo go lepiej czem przerazić?... Ale coby powiedziała Anaïs? A Lucia, któraby mogła sądzić, że zostaję dla niej? Nie, niech już będzie! Będę miała czas zaradzić złemu, jeśli mi tam zbytnio da się we znaki.
Pewnego dnia, gdym z leśnej polanki w Valées ujrzała w dole Montigny i lasy, lasy, które kocham nad wszystko w świecie i żółte już łąki i zorane pola, ziemię świeżą, prawie różową i saraceńską wieżę ponadtem, co się z roku na rok pochyla — tak dokładnie, tak jasno przedstawiła mi się okropność wyjazdu, że chciałam biedz, toczyć się z góry do domu, aby błagać, aby rozkazać odbić paki z książkami i poodwijać nogi foteli. Czemu tego nie zrobiłam? Czemu zostałam tam bez ruchu, z ziębniętemi rękami, w moim różowym kapturku? Kasztany w skorupach spadały na mnie, kłójąc mnie nieco w głowę, jak kłębki wełny, w których zostawiono igły do dalszego...
Trzeba kończyć. Pożegnanie ze szkołą: zimne pożegnanie z przełożoną (nadzwyczajna, Mademoiselle! a mała wybranka schowawszy się w fałdy jej sukni, rzuciła mi »do widzenia«, jakbym miała wrócić wieczorem;) szydercze pożegnanie Anaïs: »Nie życzę ci powodzenia, moja droga, ty i tak wszędzie karyerę zrobisz, nie raczysz do mnie pisać z pewnością i tylko mnie zawiadomisz o swym ślubie«; wreszcie pełne jęków i wzdychań pożegnanie Luci, która uszyła dla mnie torebkę jedwabną w czarne i żółte pasy, możliwie najmniej gustowną i daje mi prócz tego pukiel swych włosów w szkatułce na szpilki z drzewa spadyjskiego. »Zaczarowała« te pamiątki, abym ich przypadkiem nie zgubiła.
(Dla tych, którzy nie znają sztuki czarowania podaję sposób: Kładzie się na ziemi przedmiot p, który ma być zaczarowany, zamyka się go w dwa nawiasy, których krawędzie  ✕p+(✕) się przecinają i gdzie należy umieścić, po lewej stronie przedmiotu, krzyż. Po dokonaniu tego można być spokojnym, czary są skuteczne. Można także pluć na przedmiot, ale to nie jest koniecznie potrzebne).
Biedna Lucia powiada do mnie: »Widzisz, ty nie wierzysz, że ja będę nieszczęśliwa. Ale zobaczysz, zobaczysz do czego ja jestem zdolna. Już mam dosyć, ty wiesz zresztą, mojej siostry i jej Mademoiselle. Dla mnie tylko ty jedna tu istniałaś, ja przez ciebie traciłam apetyt. Zobaczysz! Ucałowałam mocno jej strapioną, delikatną twarzyczkę, mokre rzęsy, szyję białą, ucałowałam jej dołeczki i nieregularny, trochę za krótki nosek. Jeszcze nigdy nie doznała odemnie tylu pieszczot, które rozpacz biednej ofiary potęgowały jeszcze. Mogłabym była, przez jeden rok uczynić ją może bardzo szczęśliwą. (Nie byłoby cię to znów tak wiele kosztowało, Klaudyno, ja cię znam!) Ale nie żałuję zupełnie, że tego nie zrobiłam.
Zimno mi się zrobiło z oburzenia i wstrętu na widok wynoszonych mebli i moich zapakowanych ubrań; stałam się zła, jak kot na deszczu. Przy odjeździe mego mahoniowego biureczka, powalanego atramentem, orzechowego łóżka, nakształt kołyski i starego normandzkiego kredensu, który mi służył za szafę na bieliznę, omal nie dostałam ataku nerwowego. Papa ożywiony, jak nigdy, przechadzał się wśród tej ruiny i śpiewał:

Anglików zuchwałe szeregi
Przybyły oblęgać Sorrent...

(niestety, dalszego ciągu nie można przytoczyć). Nigdy go tak nienawidziłam, jak w tym dniu.
W ostatniej chwili myślałam, że straciłam Fanchette, która przerażona na równi ze mną, szalonym pędem wypadła do ogrodu i ukryła się w komórce na węgle. Z największym trudem zdołałam ją wpakować w koszyk podróżny, tak pluła i złościła się. Ona nie cierpi koszyków, prócz tego, w którym się nosi mięso.

Podróż, przybycie, urządzenie domu, gubią się we mgle utrapień. Ponure mieszkanie z widokiem na dwa podwórza, przy nędznej i brudnej ulicy Jakóba wprawiło mnie w jakieś rozpaczliwe odrętwienie. Nie ruszając się z miejsca, patrzę, jak przynoszą, jedną po drugiej, paki z książkami, widzę, jak papa ożywiony krząta się, przybija półki, przesuwa swoje biuro z kąta w kąt i głośno objawia radość z powodu położenia mieszkania: »Dwa kroki od Sorbony, tuż przy Towarzystwie Geograficznem i na odległość ręki biblioteka św. Genowefy!«; słyszę, jak Mélie narzeka na zbyt małą kuchnię, która przecież, po drugiej stronie kurytarza, jest jedną z najładniejszych ubikacyi — i spokojnie znoszę to, że podaje do stołu potrawy niedogotowane i trudne do przełknięcia, wymawiając się niegotowem urządzeniem i trudnością zagospodarowania się. Jedna myśl mnie dręczy: »Jakto, więc to ja tu jestem w mej własnej osobie i ja pozwoliłam na wykonanie tego waryactwa?« Nie chciałam wychodzić, usunęłam się stanowczo od jakiejkolwiek, choćby najmniejszej pomocy, błąkałam się z jednego pokoju do drugiego, ze ściśniętem gardłem, bez najmniejszej ochoty do jedzenia. Po upływie dziesięciu dni wyglądałam tak strasznie, że nawet papa zwrócił na to uwagę i natychmiast głowę stracił, bo u niego zawsze wszystko przesadnie i nad miarę. Wziął mnie na kolana, przytulił do swej wspaniałej, trójkolorowej brody, kołysał na swych rękach szorstkich, które przeszły zapachem jodłowego drzewa półek, przed chwilą przybitych... Nie mówiłam ani słowa, ścisnęłam zęby i patrzyłam na niego z jakąś dziką złością... a potem moje naprężone nerwy wpadły w przyjemną niemoc i Mélie ułożyła mnie rozpaloną do łóżka.

Od tej chwili upłynęło wiele czasu. Coś w rodzaju gorączki z przebiegiem tyfoidalnym. Wątpię, czy dużo majaczyłam, wiem tylko, że utonęłam w jakiejś rozpaczliwej ciemności i czułam tylko głowę, która mnie okropnie bolała! Przypominam sobie, jak nieraz godzinami, leżąc na lewym boku, rysowałam na ścianie końcem palca kontury jakiegoś fantastycznego owocu z moich firanek: rodzaj jabłka z oczami. Jeszcze i teraz wystarczy mi na nie popatrzeć, abym natychmiast przeniosła się w świat zmór i zagmatwanych snów, w którym jest wszystko. Mademoiselle i jej wybranka, i Lucia, i ściana, która wali się na mnie, nieznośna Anaïs i Fanchette, wielkości osła, siadająca mi na piersiach. Przypominam sobie także, że papa pochylał się nademną: jego broda i postać wydawały mi się nieproporcyonalnie wielkie, więc go odpychałam osłabionemi rękami, ale natychmiast je cofałam, bo szorstkie sukno jego ubrania raziło mnie w dotknięciu! Wreszcie przypominam sobie doktora, słodkiego, małego blondyna z kobiecym głosem i zimnemi rękami, które mnie przyprawiały o dreszcze.
Przez dwa miesiące nie można mnie było czesać, więc ponieważ splątane pukle sprawiały mi ból przy obracaniu głowy na poduszce, Mélie ucięła mi włosy swojemi nożyczkami, całkiem przy głowie, tak jak umiała, to jest w zygzaki! Mój Boże, co za ironia, że wielka Anaïs nie może mnie widzieć przemienionej w chłopca, ona, co tak szydziła z moich kasztanowatych splotów i podstępnie mi je szarpała w czasie przerw.

Powoli, powoli, nabrałam ochoty do życia. Pewnego ranka, gdy już mogłam usiąść w łóżku, spostrzegłam, że wschodzące słońce zagląda do mego pokoju, że tapeta imitująca chiński jedwab biały i różowy, rozjaśnia ściany... i zaczęłam marzyć o smażonych kartoflach.
Mélie, jestem głodna! Mélie, co tak pachnie w kuchni? Mélie, moje małe lusterko. Mélie, wody kolońskiej do mycia uszu. Mélie, co tam widać za oknem? Ja chcę wstać. O, moja koteczko, jakaś ty natrętna! Zaraz widać, że ci lepiej. Ale nie postąpiłabyś ani kroku prosto, nawet na czterech łapkach, zresztą doktor zabronił tego. Tak? Poczekaj, odejdź i nie ruszaj się z miejsca! Zobaczysz! Hop! Pomimo pełnych strapienia łajań i zaklęć »Jak Francyę kocham, wypadniesz i potłuczesz się; maleńka, ja poskarżę doktorowi!«, z wielkim wysiłkiem zesuwam nogi z łóżka... Nędza! Co się stało z mojemi łydkami? A kolana, jakie grube, ciemno mi się robi w oczach, wracam do łóżka zupełnie bezsilna.

Zgadzam się zostać rozsądną, chociaż świeże jaja w Paryżu mają szczególny smak drukowanego papieru. Pozatem jest mi dobrze w moim pokoju; pali się na kominku, a ja z przyjemnością oglądam chińską tapetę, różową i białą (już o tem mówiłam), mój kredens normandzki o podwójnych drzwiczkach, zawierający moją wyprawę i półkę zniszczoną, z otłuczonymi rogami; trochę ją porysowałam i powalałam atramentem. Stoi ona w sąsiedztwie mego łóżka, które zajmuje najdłuższą ścianę prostokątnego pokoju, łóżka-kołyski, z drzewa orzechowego, z perskiemi firankami; na tle białem żółte i różowe kwiaty i owoce. Naprzeciw mego łóżka biureczko mahoniowe, już niemodne. Dywanu niema; przy łóżku rodzaj zejścia tworzy skóra białego pudla. Fotel z poręczami ma obicia nieco zużyte. Niskie krzesełko ze starego drzewa, przeplatane słomą różową i żółtą; drugie krzesło, też zupełnie niskie, politurowane biało. Wreszcie czworogranny, trzcinowy stolik, pokostowany na kolor naturalny. Co za mieszanina! Dla mnie jednak ten zespół jest ogromnie sympatyczny. W jednej z wąskich ścian są drzwi do alkowy, służącej mi za gabinet do dyskretnej tualety. Moja tualeta jest właściwie konsolą w stylu Ludwika XV., z różowym marmurem na wierzchu. (To marnotrawstwo i głupota stawiać ją tutaj; wyglądałaby nieskończenie lepiej i na swojem miejscu, w salonie, ja wiem o tem, ale nie mogę się znów tak nisko cenić wobec papy). Dokończmyż już tych wyliczań; miednica duża, zupełnie zwykła, żadnej wanny; zamiast wanny metalowej, która oziębia moje nogi i jest tak śmieszna wskutek odgłosu teatralnych grzmotów, jaki wydaje, drewniany cebrzyk, kadź, tak jest! Poczciwa kadź z Montigny, opasana drewnianą obręczą, w której urządzam ciepłe kąpiele, przykucnąwszy całą postacią na piętach i rozkoszuję się szorstkiem drapaniem moich pleców.

Jem tedy ulegle jaja, a ponieważ niewolno mi zupełnie czytać, czytam bardzo niewiele (natychmiast dostaję zawrotu głowy). Nie mogę sobie tego wcale wytłumaczyć, dlaczego moja radość przy obudzeniu gaśnie stopniowo z biegiem dnia, aż do czarnej melancholii i rozpaczliwego opadnięcia mimo umizgów Fanchette.

Fanchette, kochane dziecko, wesoło wzięła na siebie obowiązki pielęgnowania mnie. Wzięła w posiadanie, bez protestu, garstkę wiórów, ułożoną za mojem łóżkiem, aby tam załatwiać swoje nieporządki. A ja się bawię wyśmienicie studyując na jej kociej fizyognomii fazy bardzo ważnej funkcyi. Fanchette myje najpierw tylne łapki, bardzo starannie, między palcami. Mina grzeczna i nic nie mówiąca. Nagle, przerwa w tem »washing«; wyraz powagi i zakłopotania. Gwałtowna zmiana pozycyi; siada sobie na swej pościeli. Oczy zimne, prawie surowe. Podnosi się, stawia trzy kroki i znowu siada. Potem, jakieś niezłomne postanowienie, skacze z łóżka, wbiega na wióry, wyciera się o ścianę... i nic z tego. Humor poprawia się nieznacznie. Ale nie na długo. Znów brwi jej się marszczą; gorączkowo szarpie wióry, przebiera łapami, szuka wygodnego miejsca i przez trzy minuty z okiem utkwionem i wytrzeszczonem zdaje się bystro zastanawiać. Bo ona jest nieco skłonna do obstrukcyi. Wreszcie powoli znowu się podnosi, po chwilowym namyśle zakrywa trupa z chytrą miną, która jest zupełnie odpowiednią do tej żałobnej czynności. Teraz wycieranie się zbyt dokładne dokoła pościółki i bez żadnego przejścia dziki, piekielny skok, wstęp do tańca katuszy na »pas« oswobodzenia. Wtedy ja wybucham śmiechem i wołam: »Mélie, daj kici świeże wióry!«

Zaczynają mnie zajmować gwary podwórza. Wielka, posępna przestrzeń, zamknięta tylną ścianą jakiegoś czarnego domu. W środku małe zabudowania, niewiadomo do czego służące, pokryte dachówką, dachówką... jak na wsi. Brama niska, brudna, otwiera się, jak mi mówiono, na ulicę Visconti. Przez ten pasaż przechodzą tylko robotnicy w bluzach i kobiety w chustkach na głowie, smutne, pochylające plecy za każdym krokiem, tym charakterystycznym ruchem istot znużonych. Bawi się tam jakieś dziecko milczące i zawsze samotne, należące, zdaje mi się, do stróżki tego ponurego domu. U nas, na dole — jeśli można nazwać »u nas« — ten kwadratowy budynek, pełen nieznanych mi, a antypatycznych ludzi, brudna niańka w bretońskiem ubraniu, bije w kuchni każdego ranka małą psinkę, która pewnie źle się prowadziła w nocy, a teraz krzyczy i płacze; ta dziewczyna, patrzcie tylko, jakie mam wojownicze instynkta, zginie z mojej ręki! Pozatem każdego czwartku katarynka rżnie z dziesięć lub jedenaście bezwstydnych piosenek, a każdego piątku jakiś biedak (tutaj się mówi biedak, a nie nieszczęśliwy, jak w Montigny) wspaniały typ żebraka, z białą brodą deklamuje z patosem: »Panowie i panienki zlitujcie się nad nieszczęsnym biedakiem, biedakiem od chwili, gdy ujrzał światło dzienne. Polecam się waszej hojności — co łaska, Panowie i Panie! (raz, dwa, trzy...) ...c-c-co łaska!« Wygłasza to melodyjnie, przechodząc z tonów wysokich na niskie. Posyłam mu cztery sous przez Mélie, która mruczy ze złości i gderze, że psuję ludzi. Papa, po długim niepokoju dowiedziawszy się, że już jestem na drodze do wyzdrowienia, z radością korzysta z tego i pokazuje się w domu jedynie w porze obiadowej. Och, te biblioteki i archiwa, »narodowe« i »główne«, które on, on, krew Burbonów, on z piękną brodą obiega spocony i zakurzony!
Biedny papa! czyż nie on sam zburzył tę pewność bukietem fiołków, który mi przyniósł pewnego lutowego ranka! Woń żywych kwiatów, ich świeże dotknięcie zerwały brutalnie zasłonę zapomnienia, którą moja choroba rozciągnęła nad opuszczonem Montigny... Ujrzałam znowu lasy ogołocone z liści, przepuszczające światło przez nagie gałęzie drzew, drogi obrosłe błękitną, już więdnącą tarniną i krzewami polnych róż i wieś na pochyłości wzgórza i wieżę zaciemnioną bluszczem, wiecznie zielonym i szkołę białą w silnym blasku słońca; znowu oddychałam powietrzem, pełnem duszącej i zgniłej woni umierających liści i atmosferą klasy, zepsutą zapachem atramentu, papieru i wilgotnych bucików. Papa gorączkowo uchwycił się za nos à la Louis XIV, Mélie też wmieszała swoje trzy grosze i ze zgrozą poczęli oboje krzyczeć, że ja na dobre jestem chora. Słodki, z kobiecym głosem doktorek wywindował się z pośpiechem na trzecie piętro, ale zapewnił, że to zupełnie nic nie jest.
(Nienawidzę tego człowieka z jasną czupryną i szkłami na oczach. Troszczy się o mnie bardzo, to prawda; ale na jego widok chowam ręce pod kołdrę, wyprężam się jak struna i ściskam palce u nóg jak Fanchette, gdy chcę obejrzeć jej pazurki; objaw całkiem niesprawiedliwy, ale wcale nie chce mi się go tłumić. Nie cierpię, gdy obcy mi człowiek dotyka mnie, wprawia mnie w niepokój i kładzie mi głowę na piersiach, aby posłuchać, czy prawidłowo oddecham. A potem, do licha, mógłby sobie ręce wprzód ogrzać!).
W tem doprawdy nic nie było; prawie natychmiast wstałam. I od tego dnia moje zajęcia zwróciły się w innym kierunku:
— Mélie, kto mi będzie robił suknie?
— Czy ja wiem, nudziarko? Czemu nie zapytasz pani Coeur o adres?
Doprawdy, ona ma zupełną słuszność, ta Mélie! Tak, naturalnie, żeby też o tem nie pomyśleć wcześniej; przecież na Boga, pani Coeur nie jest żadną daleką krewną, to siostra papy; ale ten zachwycający ojczulek usunął się nadzwyczaj wygodnie od wszelkich związków i obowiązków rodzinnych. Przypominam sobie, że widziałam ją wszystkiego raz jeden, tę ciotkę Coeur. Miałam wtedy 9 lat i przyjechałam z papą do Paryża. Była podobna do cesarzowej Eugenii; chyba dlatego, aby być godną brata, który przypomina jego, Króla-Słońce. Arystokratyczna rodzina! Ona jest wdową, ta miła osoba, tylko nie wiem, czy ma dzieci.

Odbywam codzień dłuższe przechadzki po nowem mieszkaniu, osłabiona, wychudła, w powiewnym szlafroku z miękkiego aksamitu, spadającego w fałdach od ramion. W posępnym salonie zgromadził papa meble ze swego fumoir’u i z salonu w Montigny.
Razi mnie trochę sąsiedztwo niskich a szerokich fotelików Louis XVI, podniszczonych co prawda trochę, z dwoma arabskimi stolikami, fotelem maurytańskim z inkrustacyami w drzewie i otomaną, przykrytą wschodnim dywanem. Klaudyno, trzebaby to zmienić.
Wycieram drobiazgi, ustawiam w stosownem miejscu taburet kryty safianem, umieszczam na kominku miniaturowy posążek świętej krowy, (bardzo stary zabytek japoński, naprawiany już dwa razy dzięki Mélie), a potem padam znużona na otomanę, naprzeciw lustra, które mnie doprowadza do czarnej rozpaczy odbiciem powiększonych oczu, zapadłych policzków, a przedewszystkiem moich biednych, krzywo uciętych włosów. A gdyby też, niedołęgo, przyszło ci wdrapać się na ten duży orzech w ogrodzie w Montigny. Gdzież twoja zręczność, gdzie twoje jak u małpy zwinne nóżki i rączki, które tak wspaniale udawały bicie w bęben na gałęziach, gdyś się dostała na szczyt w przeciągu dziesięciu sekund? Teraz masz minę i humor podlotka czternastoletniego, skazanego na udręczenie.

Jednego wieczora, przy stole, ogryzając zakazaną mi jeszcze skórkę od chleba, zupełnie bez humoru, pytam autora traktatu »Malacologie du Fresnois«:
— Dlaczegośmy jeszcze nie złożyli wizyty ciotce? Czyś ty do niej nie pisał i nie zawiadomiłeś jej?
Papa, z uległością, jaką się ma dla waryatów, pyta mnie słodziutko, patrząc na mnie łagodnie:
— Jaka ciotka, moja maleńka?
Przyzwyczajona do jego częstych roztargnień, daję mu do zrozumienia, że chodzi o jego siostrę.
— Jak ty o wszystkiem pamiętasz! — woła wtedy pełen podziwu. — Do stu tysięcy dyabłów! Jak ona się ucieszy, ta zacna niewiasta, że my teraz w Paryżu!... Ona mnie zawsze w swoje jarzmo zaprzęgnie, — dodaje zasmucony.

Stopniowo posuwam moje przechadzki aż do nory na książki; papa przybił trzy półki w pokoju, do którego dochodzi światło przez jedno, duże okno (jedyną jaśniejszą ubikacyą w mieszkaniu jest kuchnia, chociaż Mélie ma pretensye i wyraża się poetycznie, że w kuchni tej nie widać ani głowy, ani też... »czegoś podobnego«) i umieścił na środku swoje biórko, (cyprysowe drzewo, mosiężne okucie), na kółkach, które można przesuwać na wszystkie strony wraz z fotelem Voltair’a, obitym różowo, ale przetartym na rogach i z pootłukanemi poręczami. Mała ruchoma drabinka do zdejmowania wysoko ułożonych słowników, stół prosty, oto wszystko.
Z dnia na dzień silniejsza fizycznie, zasilam ducha mego zawartością tych tomów i otwieram od czasu do czasu Balzaca, zniesławionego przez Bertalla, albo Encyklopedyę filozoficzną Voltaire’a. Co ja robię z tą encyklopedyą? Nudzę się i... uczę się wielu niebezpiecznych rzeczy, prawie zawsze ordynarnych (niebezpieczne rzeczy niezawsze są ordynarne — przeciwnie). Ale odkad zabrałam sie do czytania »myszkuje« u papy i jeśli niema obawy o znudzenie sie, to wcale niema o roznamiętnienie.
Zwiedzam »jaskinię« papy. Ten papa! Ma w swoim pokoju wybitym tapetą w bukiety polnych kwiatów, (tapeta dla młodych panienek), rownież łóżko-kołyskę z materacem ułożonym spadzisto. Papa musi spać siedząco. Podobają mi się meble empire, duże trzcinowe fotele, założone broszurami i naukowymi przeglądami, sztychy kolorowane, trochę poplamione, upstrzone przez ślimaki, robaki, zwierzątka, »paskudztwa«! Na kominku szeregi skamielin, które były niegdyś mięczakami, ale to już bardzo dawno temu. A na ziemi, obok łóżka dwa ammonity wielkie, jak koła powozu. Niech żyje Malakologia! Nasz dom jest przybytkiem wiedzy, i mogę dodać — wcale niepospolitym.
Mało ciekawa jest sala jadalna. Oprócz burgundzkiego kredensu i wielkich krzeseł, też burgundzkich, ma urządzenie całkiem pospolite. Zbyt razi prostotą wiejską, nie majac za tło wyłożenia z ciemnego drzewa, jak w Montigny. Mélie umieściła tu, w braku innego miejsca, dużą szafę na bieliznę, piękną ze swymi schowkami (Louis XV.) na przybory do muzyki, ale tak, jak zresztą wszystko, mającą smętny wygląd banitów. Ona myśli o Montigny, tak, jak ja.
Kiedy mój wstrętny doktór oznajmił mi tonem skromnego tryumfu, że mogę wyjść na ulicę, krzyknęłam oburzona: »nigdy w życiu!«, z taką stanowczością, że stanął, poprostu skamieniały.
Dlaczego?
— Bo mam ucięte włosy! Nie wyjdę, aż mi urosną!
— Ależ moje dziecko, ty się znów rozchorujesz. Musisz koniecznie odetchnąć świeżem powietrzem.
— Pan mnie drażni! Ja muszę mieć koniecznie długie włosy!
On odchodzi, zawsze słodki. Żeby się też obraził idyota! Nagadałabym mu, co się wlezie, toby mi ulgę przyniosło... Rozdrażniona, przeglądam się dokładnie we wszystkich lustrach. Znajduję, że moje włosy dlatego nadają mi wygląd zadąsanego kota, bo są krzywo ucięte. Dalej więc, nożyce z biurka! Te za wielkie i tępe. Nożyczki z mojej szkatułki do robót ręcznych? Za małe. Są przecież nożyczki Mélie...; ale temi ona wyjmuje kurom wnętrzności i podrzyna im gardła. Fe, brzydzę się.
»Mélie, kupisz mi jutro rano krawieckie nożyczki«.

Jakaż to długa i trudna operacya. Fryzyer zrobiłby to prędzej i lepiej; ale mój wstręt do wszystkiego, co paryskie, drga jeszcze zanadto żywo. Biedne loki, ucięte do wysokości uszu! Te nad czołem, zabawnie poskręcane, wyglądają nieźle, ale szalony smutek mnie ogarnia, gdy ujrzę w dwóch lustrach tę białą, wychudłą szyję z pod krótkich pasm włosów, które się mało co zwijają tak, jak strączki balsaminy, które po wysypaniu nasienia, zamykają się powoli ślimakowato i usychają.

Zanim się jeszcze zdecydowałam przestąpić próg domu, ród ludzki, reprezentowany przez stróżkę, urządza na mnie napad. Rozjątrzona niesprawiedliwem biciem małej psinki przez bretońską dziewczynę, każdego ranka stawałam na czatach, i raz wylałam jej na głowę całą zawartość mego... dzbanka.
W pięć minut potem wkracza stróżka, ładna, stara kobieta ale brudna i przejęta ważnością zadania. Papy niema, ona patrzy z pewnem zdziwieniem na tę małą panienkę, bladą i dumną. »Proszę panienki, bretonka powiedziała, że ktoś wylał na nią...« — To ja. I cóż dalej? »Ona powiada, że tak przypuszczała, że wniesie skargę...« Ona mi przedewszystkiem działa na nerwy. A potem, jeśli znowu będzie biła psa, to swoją drogą kąpiel dostanie. Albo też poskarżę jej państwu, że ona pluje na filiżanki do kawy, i wyciera nos w serwetki? Jeżeli to woli, niech będzie! No i w końcu Bretonka zostawiła psa w spokoju. A jasne jest przecież, że nigdy nie widziałam, aby pluła w filiżanki, albo nos wycierała w serwetki. Ale ona wygląda na to. Wreszcie, ja »coś do niej czuję«; jak powiadają u nas. Czyż to nie jest tak zwane »szlachetne kłamstwo?«

Moja pierwsza przechadzka, odbywa się w marcu. Słońce z ukosa i ostry wiatr; papa ze mną w powozie na gumach. W płaszczu różowym z Montigny i barankowej czapeczce, wyglądam jak przebrany chłopak. (Moje wszystkie buciki zrobiły się za szerokie!) Wolnym krokiem przechadzamy się po pałacu Luksemburskim, gdzie mój zacny ojczulek zabawia mnie opowiadaniem o zasługach zarówno dla »Nacyonalu«, jak dla biblioteki św. Genowefy. Wiatr i słońce odurzają mnie. Przekonywam się, że są naprawdę ładne te długie, równe aleje, drażni mnie tylko ogromna liczba dzieci i brak polnych ziół, jedno i drugie w równym stopniu.
— Odczytując kilkakrotnie korrektę mego wielkiego Traktatu — powiada do mnie papa — spostrzegłem, że wiele rzeczy trzeba jeszcze pogłębić. Dziwię się sam sobie, jak mogłem niektóre części traktować tak powierzchownie. A ty czy nie uważasz, że to dziwne, że ja, z tą ścisłością myślenia, mogłem zaledwie dotknąć różnych punktów bardzo ważnych — uczuciowych, że tak powiem, odnoszących się do pomniejszych gatunków? Ale to nie jest dla małej dziewczynki«.
Mała dziewczynka! Czy on nie pojmuje, że ja szybko idę naprzód, zostawiając za sobą moje lat siedemnaście? Co do pomniejszych gatunków, oh! la, la, kpię z tego! I z większych również!
Co tu dzieci, co tu dzieci! Czy też ja będę kiedy miała tyle dzieci? I co będzie za człowiek, z którym się na to odważę? O, tak! To okropność, jak od czasu choroby mam wydelikaconą wyobraźnię i nerwy! Coby też powiedziano, i ja także, na wielki traktat o umoralniającym wpływie celebralnej gorączki na młodą dziewczynę?
Moja biedna mała Lucia... Jak tu drzewa rozkwitły! Bzy puszczają delikatne pączki. A tam, tam... nie widać jeszcze nic prócz ciemnych krzewów, chyba tylko zawilce leśne.
Wracając z przechadzki, spostrzegam, że ulica Jakóba zachowuje uporczywie swój odrapany wygląd. Obojętna na pochwały Mélie, która utrzymuje, że przechadzka zaróżowiła policzki jej »małej córuchny« (ona bezczelnie kłamie, ta wierna Mélie) rozżalona, że wiosna w Paryżu pozwala mi marzyć o innej, rzucam się na łóżko, znużona, po chwili jednak wstaję, by napisać do Luci. Mój list zapieczętowany, a za późno doszłam do przekonania, że biedaczka nic z niego wiedzieć nie będzie. Dla niej jest to chyba obojętne, że Machin, nowy lokator naszego domu w Montigny pościnał gałęzie dużego orzecha, bo się wlokły po ziemi i że las we Fredonnes (widać go ze szkoły) okrył się zielenią młodych pęczy. Lucia nie będzie mi umiała powiedzieć, czy zboże się dobrze zapowiada i czy wcześnie lub późno zakwitły fiołki na zachodniej pochyłości zapadłej ścieżki, wiodącej do Vrimes. Ona nie spostrzeże, że ton listu jest oschły, nie zrozumie, że podaję tak mało szczegółów mego życia w Paryżu a wiadomości o mojem zdrowiu ograniczają się do tego: »Byłam chora przez dwa miesiące, ale teraz mi lepiej«. Wypada mi też napisać do mojej mlecznej siostry, Klary! Ona teraz pasie trzody, na polu Vrimes, albo w lesie Matignons, w wielkim płaszczu na ramionach, z główką ukrytą w chusteczce, spiętej kokieteryjnie na sposób hiszpański. Jej owce błądzą powstrzymywane z trudem przez rozumną suczkę, Lisette, a Klara pochłania romans w żółtej oprawie, jeden z tych, które jej zostawiłam, odjeżdżając.
Piszę tedy do Klary, banalnie czuły list. Opowiadanie francuskie. List młodej panienki do swej przyjaciółki z doniesieniem o przybyciu do Paryża. O Mademoiselle! Zazdrosna, mściwa Mademoiselle, słyszę jeszcze, mając trochę gorączki, słyszę twój ostry głos, nawołujący ustawicznie do porządku. Co też ty robisz w tej chwili z twoją małą Amandą? Wyobrażam sobie, doskonale sobie wyobrażam. I to podnosi »temperaturę« mojej wyobraźni.

Odkąd przypominam papie o ciotce Coeur, codziennie objawia ochotę zaprowadzenia mnie do niej. Wyprawiam zaraz krzyki, aby go przerazić.
— Iść do ciotki? Co za myśl! Z tymi włosami, z taką figurą, nie mając nowej sukni! Nie godzi się papo w taki sposób burzyć moją przyszłość i unicestwiać świetne małżeństwo!
(Nie wiele do tego brakowało).
— Do stu tysięcy dyabłów! Bardzo mi przyjemnie, że masz włosy ucięte! Ach nie, ja chciałem powiedzieć... to jest, ja właśnie przechodziłem w myśli trudny rozdział. Trzeba mi jeszcze dobrego tygodnia.
(To doskonałe).
Prędko, Mélie, rusz się, leniwa »ropucho«, rób co chcesz! Muszę mieć krawcowę.
Znajduje się jakaś i przychodzi wziąć mi miarę. Mieszka w tym samym domu, jest dosyć wiekowa, nazywa się Poullaux; bogobojna, skrupulatna, nie lubi obcisłych sukień i chwali się swoją uczciwością, wycofaną z mody. Gdy mi ukończyła suknię niebieską, zupełnie skromną, stanik w drobne zakładki, kołnierz wystębnowany, sięgający do uszu, dla zakrycia szyi (pokaże się ją w swoim czasie, gdy przytyję) — przynosi z nieprawdopodobną rzetelnością kawałki, ukośne ścinki, paseczki trzycentymetrowe. Straszna kobieta, ganiąca jansenistyczną metodą »nieskromne suknie«, które sobie każę przynosić.
Nic tak nie zachęca do wyjścia, jak nowa suknia! Uczesałam pięknie włosy; nie zbyt prędko rosną. Ruchliwość dawnej Klaudyny wraca powoli. Do uprzyjemnienia mi życia przyczynia się zresztą obfitość bananów. Kupuję je dojrzałe i pozostawiam jeszcze w spokoju, aby trochę nadgniły; banany, to dobry Bóg w spodniach z aksamitu liberty! Fanchette twierdzi, że to źle brzmi.
Tymczasem (piętnaście dni upłynęło), otrzymuję odpowiedź Luci, pisaną ołówkiem, którą przytaczam w całości:
»Droga Klaudyno, tak późno o mnie pomyślałaś; trzeba było przypomnieć sobie znacznie wcześniej, by mi dodać sił do znoszenia moich tortur. Przepadłam przy egzaminie wstępnym do normałek, moja siostra płaci mi za to codziennie. Za każde tak, za każde nie, bije, że mi się w głowie kręci i odmawia mi bucików. Nie mogę nawet poprosić mamy o pozwolenie wrócenia do domu, boby mnie jeszcze więcej biła. Mademoiselle też nie może mnie znosić, jest ciągle do szaleństwa zakochana w mej siostrze, która jeździ jej po głowie. List ten zaczynałam coś pięć czy sześć razy, bo nie chciałam, by go przyłapała. Gdyś ty tu była, one się trochę ciebie bały. Teraz wszystko przepadło i wszystko zniknęło wraz z tobą i jabym się pożegnała ze światem, gdybym nie czuła obawy przed samobójstwem. Nie wiem jeszcze, co zrobię, ale tak dłużej być nie może. Ja się wyratuję, ucieknę nie wiem dokąd. Nie śmiej się ze mnie moja Klaudyno. Niestety, gdybyś tu była tylko po to, by mnie bić, jeszcze byłoby lepiej. Dwie Jonbertówny i Anaïs są w normałce, Marya Bellomme została panną w jakimś magazynie, przybyły tu cztery nowe pensyonarki, a co do fiołków, nie wiem, czy wcześnie zakwitły, bo już dawno nie byłam na przechadzce. Bądź zdrowa, Klaudyno, jeśli masz jaki sposób na umniejszenie moich cierpień, albo zobaczenie się ze mną, wykonaj go, to będzie miłosierny uczynek. Całuję twoje śliczne włosy, twoje drogie oczy, które na mnie nigdy patrzeć nie chciały i całą ciebie i białą szyjkę; nie śmiej się ze mnie, to byłby brak litości śmiać się z tego, co łzy wyciska twojej

Luci«.

Co one jej robią, te dwie złośnice? Moja biedna mała Lucia bez pomocy, zbyt popsuta, aby być dobrą, zbyt leniwa, aby się stać złą, a przecież nie mogłam zabrać jej ze sobą! (zresztą nie miałam do tego ochoty). Widzisz, nie masz już miętowych pastylek, ani czekolady, ani Klaudyny. Nowa szkoła, rozpoczęcie roku przez ministra, Dr. Dutertre... jakżem ja daleko od tego! Doktorze Dutertre, jesteś pierwszym mężczyzną, który śmiał mnie pocałować i to w kącik ust. Nabawiłeś mnie gorączki i strachu; więc to tylko tego mogę oczekiwać od człowieka, który mnie ostatecznie uwiedzie? Wedle praktycznej wiedzy o miłości trochę mało. Na szczęście moja wiedza teoretyczna jest znacznie obfitsza w dyskretne szczegóły. Bo też sama biblioteka papy nie objaśniłaby mi wszystkiego.

Otóż w krótkości podamy przebieg pierwszych kilku miesięcy w Paryżu. Mój »czysty zeszyt«, jak nazywałyśmy go w szkole, zapełnia się ciągle i nietrudno mi będzie nadal go prowadzić. Nie mam tu tak wiele zajęcia: szyć ładne koszulki do mojej wyprawy, zawsze zbyt szczupłej i majteczki (zapięte); czesać szczotką włosy — teraz to idzie szybko — czesać białą Fanchette, która prawie wcale nie ma pcheł od czasu, gdy została Paryżanką i układać ją wraz z jej łóżeczkiem z wiórów na zewnętrznym gzymsie okna, by zaczerpnęła świeżego powietrza. Wczoraj zobaczyła ogromnego... jakby to powiedzieć... zlampartowanego kota stróżki i miauczała pod jego adresem z wysokości trzeciego piętra obelgi bez nazwy swoim miejskim, nieco zachrypniętym wskutek spania na dworze, głosem. Mélie ją pielęgnuje i z ziół dla kotów przyrządza lekarstwa przeciw obstrukcyi, które piękne biedactwo pożera. Czy też ona marzy o ogrodzie i wielkim orzechu, pod który chroniłyśmy się, by uniknąć towarzystwa? Zdaje mi się, że tak. Ale ona tak bardzo mnie kocha, że ze mną żyłaby w ostatniej norze!<br
W towarzystwie Mélie zakosztowałam czaru wielkich magazynów. Spoglądają na mnie na ulicy, bo jestem blada i szczupła, mam krótkie i kręte loki, a Mélie nosi ubranie fresnois. Więc mam nakoniec zaznać pożądań »starych panów«, osławionych donżuanów? Zobaczymy to później; teraz mam interesy...
Przede wszystkiem robię studya nad różnemi woniami, Luwru i Bon Marché. Ach, ten zapach płótna, odurzający. Anaïs! Ty, która zjadałaś próbki sukna i chustki do nosa, powinnaś tu zamieszkać! Ta słodkawa woń nowej, niebieskiej tkaniny bawełnianej roznamiętnia mnie, czy też sprowadza chęć do wymiotów? Zdaje mi się, że jedno i drugie. Hańba flanelom i wełnie! To i zgniłe jaja, to jedno! Zapach nowego obuwia ma też swoją wartość, to samo portmonetek. Ale one są niczem wobec boskich wyziewów grubego, niebieskiego papieru do rysowania wzorów na hafty; prawdziwa pociecha po żałosnych plamach z perfum i mydeł...

Klara także mi odpisała. Jest, po raz nie wiem który, nadzwyczaj szczęśliwa. Tym razem, (ona tak utrzymuje), to już miłość prawdziwa. Donosi mi też, że wychodzi za mąż. W siedemnastym roku życia, doprawdy — zgłupiała! Moja nieznośna dokuczliwość każe mi wzruszyć ramionami (Fi, Klaudyno, moja droga, jakże jesteś ordynarna!) »On jest tak piękny«, pisze mi Klara, »że się napatrzyć nie mogę. Oczy ma jak dwie gwiazdy, a brodę strasznie słodką. Jest przytem tak silny, że wiesz, nosi mnie jak piórko w ramionach! Nie wiem jeszcze, kiedy się pobierzemy, bo mama uważa mnie za głuptaska. Ale ją błagam, by pozwoliła jak najprędzej. Co to będzie za szczęście zostać jego żoną«. Dołączyła do tych biadań miniaturę ukochanego: barczysty chłopak, wyglądający na lat 35, o poczciwym, spokojnym wyrazie twarzy, małych, dobrych oczkach i bujnej brodzie.
W swoim zachwycie zapomniała zupełnie donieść mi, co się dzieje z fiołkami na zachodniej zboczy ścieżki, wiodącej do Vrimes...

Niema co, niema co, trzeba, złożyć wizytę ciotce Coeur, bo inaczej obrazi się na nas, gdy się dowie, od jak dawna jesteśmy w Paryżu, a ja nie cierpię niezgód w rodzinie. Papa wpadł na genialną myśl uprzedzenia jej o naszych odwiedzinach, ale żywo to odradziłam:
— Wiesz co, trzeba jej zrobić radosną niespodziankę! Nie daliśmy jej znać o sobie przez te trzy miesiące, które upłynęły od naszego przybycia, bądźmyż konsekwentni w tem oryginalnem postępowaniu!
(W ten sposób, jeśli jej nie zastaniemy, zawsze trochę czasu się zyska. A obowiązek będzie spełniony).
Wyjeżdżamy z papą około czwartej godziny. Papa boski w wizytowym tużurku i różowej krawatce, w spodniach dołem szerokich, a wspaniały nos, a trójkolorowa broda! jego powierzchowność emeryta, czekającego na usunięcie się tego drugiego, jego twarz przytem jasna i młodzieńcza, wzbudzają zachwyt w ulicznikach, którzy witają go okrzykami. Ja, nie dbając o taką popularność, ubrałam się w nową sukienkę z niebieskiego sukna, całkiem skromną, na włosy raczej na ich resztkę — włożyłam czarny filcowy kapelusz, przybrany czarnemi piórami, nasunąwszy starannie pukle na brwi i kąty oczu. Obawa przed wizytą wprawią mnie w zły humor; najmniejsza rzecz wprawia mnie w podłe usposobienie!
»Ulica Wagram«, ciotka Coeur zajmuje wspaniałą kamienicę, nową, ale bez gustu. Papa zaniepokojony gwałtowną jazdą windy. Mnie razi wszystko po troszę, białość murów klatki schodowej, malowideł. A pani Coeur... »przyjmuje«. Co za pech!
Salon, do którego po chwili wchodzimy, jest rozpaczliwem przedłużeniem białego tonu, w którym utrzymana jest klatka schodowa. Ściany wyłożone białem drzewem, meble białe i lekkie, pufy białe w jasne kwiaty, kominek biały. Wielki Boże, żeby też jeden ciemny kąt! Ja się czuję bezpieczna tylko w ciemnych pokojach, gęstych lasach, w fotelach ciężkich i wgłębionych. Ta »jeszcze jedna« białość okien jest zgrzytem łamanego cynku...
Wchodzi ciotka Coeur. Ma wyraz zdumienia, zresztą sympatycznie wygląda. A jak ona się utrzymuje w tem podobieństwie do cesarzowej Eugenii. Ma nos arystokratyczny, włosy grube, już szpakowate, uśmiech nieco wzgardliwy. Za nic w świecie nie zmieniłaby swojej fryzury nisko ułożonej (i przyprawionej), ani sukni jedwabnej w zmarszczki, która się odyma, ani koronkowej chusteczki, która swawolnie (he, he!) okrywa ramiona, opadające wzgardliwie, jak jej uśmiech. Cioteczko, twoja królewskość z przed 1870 r. walczy z tym salonem w tonie śmietankowego kremu o styl tysiąc dziewięćsetnego!
Z tem wszystkiem zachwycająca jest ciotka Coeur. Mówi poprawną francuszczyzną, która mnie przeraża, wykrzykuje na wiadomość o niespodziewanem przeniesieniu się naszem — »ach, to w istocie niespodziane!« — i nie przestaje mnie obserwować. Nie zdarzyło mi się słyszeć, by ktoś nazywał papę zdrobniałem imieniem. I ona także mówi »vous« swemu bratu.
— Ale Klaudyna, to dziecko — śliczne zresztą ze swoją indywidualną odrębnością, nie jest jeszcze zupełnie wychowana; tyś ją chował wedle własnego upodobania, biedactwo! Że też nie przyszło ci na myśl mnie wezwać, doprawdy nie mogę tego pojąć. Zawsze ten sam...
Papa ledwie wytrzymać może zarzuty siostry, choć zwykle rzadko kiedy się unosi. Oni nie mogą długo być jednego zdania i natychmiast się sprzeczają. To mnie zajmuje.
— Wilhelmino, wychowałem moją córkę tak jak byłem powinien. Zresztą miałem tyle trosk na głowie, że nie mogłem myśleć o wszystkiem.
— Albo pomysł zamieszkania przy ulicy Jakóba! Mój kochany, nowe mieszkania są o wiele zdrowsze, mają więcej powietrza i większe wygody, a nie są wcale droższe, ja nie rozumiem... Poczekaj, pod nr. 145a, o dziesięć kroków stąd jest wspaniałe mieszkanie, i bylibyśmy ciągle to u was, to u mnie, toby była rozrywka dla Klaudyny, a i ty także...
(Papa odskakuje).
— Tu mieszkać? Moja droga, ty jesteś najlepszą w świecie kobietą, ale do bomb i kartaczy — nie mieszkałbym obok ciebie.
(Aj! to dopiero! Śmieję się z całego serca, tym razem, a ciotka Coeur patrzy ze zdumieniem, że tak mało jestem wzruszona ich niezgodą).
— Moje dziecko, czy nie lepiej byłoby ci mieszkać w jasnej ulicy, niż w tamtej brudnej i mało uczęszczanej?
— Zdaje mi się cioteczko, że wolę mieszkanie przy ulicy Jakóba, bo jasne pokoje przyprawiają mnie o smutek.
Ona podnosi brwi zgięte łukowato, marszczy je silnie i zdaje się kłaść te szalone słowa na karb mego zdrowia. Zaczyna bawić papę opowiadaniem o swej rodzinie.
— Mam tu u siebie mego wnuka, Marcela; ty wiesz, to jest syn biednej Idy (??). Studyuje filozofię i jest w wieku Klaudyny. On — dodaje rozpromieniona — nie chcę was uprzedzać, jest skarbem dla babki. Zobaczycie go za chwilę; wraca o piątej, muszę go wam przedstawić.
— Papa mówi: »a tak, tak«, z miną niby zaciekawioną, a ja widzę doskonale, że zupełnie nie wie, kto jest Ida, a kto Marcel i że go już nudzi historya rodziny! Ach co ja mam za myśl! Ale zachowuję to dla siebie i nie wyrywam się z gadaniem. Papa umiera z chęci odejścia i zapomina o tem dopiero przy rozmowie o swoim traktacie o Malakologii. Nakoniec, drzwi skrzypnęły; ciche kroki i Marcel zaanonsowany wchodzi... Boże, jaki on cudny!
Podaję mu rękę w milczeniu, tak bardzo mu się przypatruję. Jeszczem nigdy nie widziała czegoś tak pięknego. Ale to jest dziewczyna, tak! To jest podlotek w spodenkach! Włosy jeszcze dosyć długie, po prawej stronie rozdzielone, cera zupełnie, jak u Luci, niebieskie oczy małej Angielki, wąsiki nie większe od moich. Jest różowy, mówi słodko przechylając głowę na bok i patrząc w ziemię — ma się ochotę zjeść go! Tymczasem papa stoi zupełnie nieczuły na tyle wdzięków, wcale nie męskich, podczas gdy ciotka zjada oczami swego wnuka.
— Późno wracasz kochanku, czy ci się co nie stało?
— Nic, babciu, — odpowiada milutko mała piękność, podnosząc czyste oczy.
Papa, który w dalszym ciągu przebywa o sto mil stąd, pyta niedbale Marcela o nauki. A ja ciągle się wpatruję w cudnego kuzynka, jak z cukru! On, przeciwnie, wcale na mnie nie zwraca uwagi i gdyby nie to, że mój zachwyt jest tak bezinteresowny, czułabym się poniżona. Ciotka Coeur spostrzega z radością wrażenie, jakie wywarł na mnie jej cherubinek i próbuje nas zbliżyć.
— Marcelku, Klaudyna, jak wiesz, jest twoją rówieśnicą; wspaniałąbyście tworzyli parę przyjaciół! A właśnie nadchodzą ferye wielkanocne.
Robię żywy ruch, by wyrazić moją zgodę; mały, zaskoczony moim zapałem, podnosi swoje miłe oczy i odpowiada powściągliwie:
— Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby pa... gdyby Klaudyna zgodziła się na to.
Ciotka Coeur zaczyna z niewyczerpaną energią chwalić mądrość kochanego wnuka, jego łagodność: nigdy nie potrzeba było głosu podnieść. Każe nam stanąć przy sobie, Marcel jest o wiele wyższy! (o wiele, to znaczy o trzy centymetry, jest o co robić taki gwałt). Skarb ma ochotę do śmiechu i trochę się zżyma. Poprawia przed lustrem krawatkę. Ubrany jest jak lalka z żurnalu. A ten chód, ten chód lekki i równy! A ten sposób obracania się z pochyleniem na jedną stronę! Nie, on jest zbyt piękny! Z moich rozmyślań wyrywa mnie pytanie ciotki Coeur.
— Zostaniecie oboje na obiedzie, nieprawdaż Klaudyno?
— Stanowczo nie! — wybucha papa, który się wścieka z nudów. — Mam rendez-vous w domu z... panem Chose, który ma mi przynieść dokumenty, do-ku-men-ty do mojej rozprawy. Zabierajmy się mała, zabierajmy!
— Jakże mi przykro... ale jutro nie będę w domu na obiedzie. ...Mam dosyć zobowiązań na ten sezon, przyjęłam zaproszenia to tu, to tam... Zgadzacie się na czwartek? W ścisłem, dobranem kółku. Słyszysz, Klaudyno?
— Słucham cię z uwagą, moja droga, ale to już okropnie późno. Do czwartku zatem, Wilhelmino. Do widzenia, Pawełku... nie, Jakóbie...
Ja się żegnam także, ale niezbyt śpiesznie. Marcel nas wyprowadza podług przepisu etykiety i całuje mnie w rękawiczkę.
Wracamy w milczeniu przez oświetlone ulice. Jestem po raz pierwszy o tej porze na ulicy i światła, cienie przechodniów, wszystko to ciśnie mi nerwowo gardło; przyspieszam kroku. Papa wyczerpany trudami wizyty, nuci wesoło piosnkę z czasów cesarza (pierwszego):

»Za dziesięć, za dziesięć miesięcy,
Słodka nagroda miłości...«

Łagodne światło lampy i nakryty stół rozgrzewają mnie i rozwiązują język.
— Mélie, widziałam moją ciotkę. Mélie, widziałam mego kuzyna. On jest taki, owaki, jest uczesany »porywająco«, ma rozdział na boku, nazywa się Marcel, jest...
— Poczekaj, waryacie, poczekaj! Ogłuszysz mnie. Chodź jeść... No, nareszcie będziesz miała amanta!
— Opasła dynio! Powinnaś zostać rzeźniczką! Toż to żaden amant! Czyż znam tylko jego jednego? Słuchaj, ty mnie drażnisz, uciekam do siebie.
I odchodzę rzeczywiście; co za myśl! Taki malec, jak Marcel miałby być moim kochankiem! Jeżeli mi się tak bardzo podoba, jeżeli nie robię z tego tajemnicy, to właśnie dlatego, bo mi się wydaje tak mało męski, że nawet Lucia...

Zobaczywszy ludzi, którzy naprawdę żyją po ludzku i pogadawszy z kim innym prócz Mélie i Fanchetty, dostałam lekkiej gorączki, zresztą wcale przyjemnej, która nie dała mi długo w noc zasnąć. Myśli tańczyły mi po głowie. Obawiam się, że nie potrafię odpowiedzieć stosownie ciotce Coeur, pięknej, jakby z obrazu Winterhaltera; chce mnie wziąć na kawał. Pani, szesnaście lat spędzonych w Montigny, z tego dziesięć w szkole nie rozwijają daru ciętej odpowiedzi! Wychodzi się stamtąd z zasobem słów, wystarczającym akurat na zwymyślanie Anaïs i ucałowanie Luci. Ta śliczna dziewczynka, Marcel, nie umiałaby nawet powiedzieć »tak«. On zaczyna kpić ze mnie, we czwartek, że obieram banany zębami. A moja suknia na obiad? Nie mam jej, a powinnam była włożyć tę z uroczystości szkolnych; biała muślinowa z chusteczką na krzyż. Trzeba ją poprostu odszukać.
W ten sposób zasnęłam tej nocy, podziwiając z otwartemi ustami tego malca, którego pantalony ani jednej nie mają zmarszczki, a rano budzę się z ochotą przylepienia mu kilku klapsów... Doprawdy, Anaïs ujrzawszy go, miałaby go... zgwałcić! Wielka Anaïs ze swoją żółtą cerą i suchymi ruchami, gwałcąca Marcela przedstawia tak zabawny widok. Śmieję się mimowoli wchodząc do biblioteki papy.
Czekajcie, papa nie jest sam; rozmawia z jakimś panem, młodym, o rozumnym wyrazie twarzy, z czworogranną brodą. Wygląda na mężczyznę »z dobrego towarzystwa«. Pan Maria, wiecie ten, co to odkrył podziemne groty w X. Papa poznał go w jakiemś nudnem miejscu, Tow. geograficznem, czy jakiejś innej Sorbonie, i zapalił się do tych grot, gdzie być może są prawdopodobnie skamieliny ślimaków... Mówi do niego wskazując na mnie: »To jest Klaudyna«, jakgdyby przedstawiał: »To jest Leon XIII, zapewne pan wie, że jest papieżem«. Na to pan Maria kłania się ruchem zupełnie odpowiednim do sytuacyi; tego rodzaju człowiek, który ustawicznie siedzi w jaskiniach, z pewnością przesiąkł zapachem ślimaków.

Po śniadaniu, upewniam się o mojej niezależności.
— Papo, ja wychodzę.
(Och, to nie idzie tak łatwo, jak sądziłam).
— Wychodzisz? Sądzę, że w towarzystwie Mélie?
— Nie, ona ma zajęcie.
— Jakto, chcesz iść zupełnie sama?
Otwieram oczy szeroko, jak obręcze beczki.
— No tak, rzeczywiście, wychodzę sama, i cóż z tego?
— To, że w Paryżu, młode panienki...
— Proszę cię, papo, trzeba się starać żyć w zgodzie z sobą samym. W Montigny, włóczyłam się po lasach bezustannie; a las był chyba bardziej niebezpieczny, niż ulica w Paryżu, tak mi się wydaje.
— To prawda. Ale ja się boję o niebezpieczeństwo innego rodzaju. Czytaj dzienniki.
— Ach! fe, ojczulku, to obraza dla twojej córki, nawet samo tego rodzaju przypuszczenie. (Papa nie chce rozumieć subtelnej aluzyi. On z pewnością gardzi Molièrem, który zamało zajmuje się ślimakami). A potem nie czytam wcale kroniki wypadków! Muszę iść do magazynów Luwru; muszę się przygotować na przyjęcie u ciotki Coeur, a nie mam cienkich pończoch i mam zniszczone białe buciki. Proszę cię tedy o pieniądze, mam zaledwie sto sześć sous[1].
To zupełnie nic strasznego chodzić samej po ulicach Paryża. Z tej krótkiej pierwszej wycieczki wyniosłam bardzo ciekawe spostrzeżenia; Primo: jest o wiele, o wiele cieplej niż w Montigny; secundo: wnętrze nosa po powrocie jest czarne; tertio: zwraca się na siebie uwagę, gdy się staje samej przed kioskami dzienników; quarto: również ściąga się uwagę, gdy się nie pozwala sobie ubliżyć.
Opowiedzmy coś nawiasem, odnośnie do spostrzeżenia pod 4. Jakiś elegancki pan idzie za mną przez ulicę Saints-Pères. Przez pierwszy kwadrans, cicha radość Klaudyny. Idzie za nią elegancki mężczyzna; jak w obrazach Alberta Guillaume! Drugi kwadrans; kroki tego pana się zbliżają, ja przyspieszam swoich, ale on trzyma się w pewnej odległości. Trzeci kwadrans; ów pan mnie wyprzedza, uszczypnąwszy mnie w przejściu w tylną część ciała z miną najspokojniejszą. Klaudyna odskakuje, podnosi parasol i zwala go na głowę tego pana. Kapelusz eleganta w rynsztoku, szalona radość przechodniów, zniknięcie Klaudyny, zawstydzonej swym zbyt wielkim sukcesem.
Jaka dobra jest ciotka Coeur. Z kilku słowami sympatyi przysłała mi złoty łańcuszek na szyję, wysadzany perełkami co dziesięć centymetrów. Fanchette zachwyca się tym klejnotem; już rozpłaszczyła dwa łańcuszki; szlifuje perły ostrymi zębami jak jubiler.
Przygotowując się na czwartkowy obiad, zastanawiam się nad dekoltacyą. Będzie całkiem maluteńka, tylko czy ja nie jestem jeszcze za szczupła? Usiadłszy w mojej kadzi zupełnie naga, spostrzegam, że się potroszę wypełniam; ale jeszcze jest nieco do życzenia. Jedno mnie ocala, to jest moja szyja, która została niezmieniona! Tem też gorzej wyglądają dwie »solniczki« poniżej. Aby się nie nudzić w kąpieli, rachuję kości na plecach, mierzę, czy pachwiny nóg są tej samej długości, co rąk, szczypię się w prawą łydkę, bo ona jest w związku z lewą łopatką. (Za każdem uszczypnięciem doznaję zabawnego ukłucia poza ramieniem). A co za szczęście, że mogę końcami nóg dostać do karku! Jakby to powiedziała Anaïs, ta wielka i brudna. »To musi być szalona przyjemność, módz ogryzać paznogcie u nóg«.
Mój Boże, jakie małe mam piersi! (W szkole nazywało się to gniazdo). Zaczynam marzyć o naszych »konkursach«, z przed trzech lat, podczas rzadkich przechadzek we czwartki.
Na leśnej polance przy rozstajnych drogach zasiadałyśmy w koło, — my cztery starsze — i rozpinałyśmy staniki. Anaïs (coza bezczelność!) pokazywała rożek cytrynowej skóry, wydymała brzuch i z wszelką pewnością mówiła. »Urosły od ostatniego miesiąca!« Śmiać mi się chce! Pustynia Sahary! Lucia biała i różowa, w zwyczajnej pensyonarskiej koszuli, (koszule z rękawami bez żadnych ozdób, to reguła), odsłoniła »zagłębienie w środku«, zaledwie zaznaczone i dwa różowe punkciki, malutkie jak wymiona Fanchetty. Marya Belhomme... powierzchnię mojej ręki. A Klaudyna? Mały, wypukły kuferek, ale piersi tyle, ile ma trochę tęższy chłopak. Dama, czternastoletnia... Produkcye skończone, zapięłyśmy staniki, z wewnętrznem przeświadczeniem każda, że ma »tego« więcej, niż trzy inne. Moja suknia z białego muślinu, odprasowana doskonale przez Mélie, wydaje mi się wcale ładna i mogę ją włożyć bez niechęci. Moje biedne włosy, nie rozpuszczę ich już aż do pasa; ale tak mnie zabawnie ubierają, małe, poskręcane w loki nad kątami oczu, że tego wieczoru nie rozpaczam nad dawniejszą czupryną. Do stu tysięcy dyabłów! (jak mówi papa) żebym tylko nie zapomniała złotego łańcuszka!
— Mélie, papa się ubiera?
— Aż zanadto daje odczuwać to, że się ubiera. Już rzucił na mnie trzy złe kołnierzyki. Idź mu zawiąż krawatkę. (Biegnę tam. Mój piękny papa wtłoczył się w czarne, trochę nie modne ubranie, nawet bardzo niemodne, ale on we wszystkiem wspaniale wygląda.
— Prędko, prędko, papo, już jest pół do ósmej. Mélie, dasz co zjeść Fanchettce. Mój płaszcz różowy i jedźmy.

W tym salonie białym, z elektrycznemi gruszkami w każdym kącie, można dostać epilepsyi. Papa jest tego samego zdania; nienawidzi tego śmietankowego tonu, tak drogiego jego siostrze i wygłasza bez ceremonii:
— Wierz mi, że wolałbym kazać się obić na publicznem miejscu niż spać w tem uroczystem sanctuarium.
Oto nadchodzi piękny Marcel i przyćmiewa wszystko swoją obecnością. Jakiż on cudny! Szczupły i wysmukły w smokingu, jego przeźroczysta cera robi się aksamitna przy świetle, jak wnętrze płatków volubilisu. Spostrzegam, że witając się z nami, patrzy na mnie żywo swemi jasnemi oczyma.
Za nim ciotka Coeur, olśniewająca! Ta jedwabna, popielata suknia z wolantami z czarnego chantilly jest z roku 1867 czy 1900? Raczej z 1867. Dwa siwe loki gładkie i puszyste; trochę blade spojrzenie z pod zmarszczonych i przymkniętych powiek; musiała je pilnie studyować u księżnej de Téba, sprawia wrażenie jedyne w swoim rodzaju. Idzie, płynąc w płytkich pantofelkach z nadzwyczajną... dystynkcyą. Tak, wyraz »dystynkcya« jest tak odpowiedni dla niej, jak jej loki.
Prócz nas, niema nikogo. Ale psia kość, co za stroje u ciotki Coeur! W Montigny, jadałam obiady w pensyonarskim fartuszku, a papa ubierał się nie do opisania — opończa, tużurek, na wierzchu fartuch, płód nieprawy tamtych części, nosił to ubranie od samego rana, by módz karmić swoje ślimaki. Jeżeli trzeba się dekoltować w ścisłem kółku, cóż ja włożę na wielkie obiady? Może moją koszulę wiązaną na różowe wstążki?...
(Klaudyno, moja stara, wystrzegaj się ubocznych uwag. Staraj się jeść poprawnie i nie mów, gdy podadzą potrawę, której nie lubisz: »proszę zabrać, to jest wstrętne«!)
Dobrze słyszałam, mam siedzieć obok Marcela. Chryste na niebie! Sala jadalna znów biała! Biała i żółta, ale to na jedno wychodzi. A brylanty, kwiaty, lampy elektryczne, wszystko to sprawia hałas przy stole, słyszy się go poprostu. Doprawdy, ten blask lamp daje mi wrażenie gwaru.
Pod czujnem okiem ciotki Coeur Marcel robi młodą panienkę z towarzystwa i pyta mnie, czy się bawię w Paryżu. Na początek otrzymuje szorskie »nie«. Ale wkrótce daję się ułagodzić trochę, gdyż zjadam pełny talerzyk trufli, które pocieszyłyby strapioną wdowę i pospieszam wytłumaczyć:
— Rozumiesz, ja wątpię, czy będę się później bawiła, bo dotychczas miałam kłopoty z ubraniem, rozpacz ze zielenią. Trzecie piętro w Paryżu nie obfituje w zielone »latorośle«.
— W zielone... co?
— »Latorośle«; to wyraz fresnois, — wyjaśniam z pewną dumą.
— Ach, to jest nazwa z Montigny? Wcale oryginalna: »Zielone latorośle« — powtarza twardo, z naciskiem na r:
— Zabraniam szydzić ze mnie! Ty myślisz, że bardziej eleganckie jest wasze »r« paryskie, które się sepleni w głębi gardła, jakby się je płukało.
— Fi! Jak to brzydko! Czy twoje przyjaciółki są do ciebie podobne?
— Nie miałam przyjaciółek. Strasznie nie cierpię przyjaciółek. Lucia miała miękką skórę, ale to mało.
— »...Lucia miała miękką skórę...« Co za zabawne określenie ludzi!
— Dlaczego zabawne? Z punktu widzenia duchowego, Lucia nie istnieje. Ja ją uznaję tylko z punktu widzenia fizycznego i mówię ci, że miała zielone oczy i miękką skórę.
— Bardzoście się kochały?
(Śliczny, ale poprostu bestya! Czegóżby mu się nie powiedziało, aby tylko zobaczyć te błyski w oczach! Szkaradny chłopak.)
— Nie, ja wcale jej nie kochałam; ona tak. Strasznie płakała przy moim odjeździe.
— A więc, kogóż lubisz więcej?
Mój spokój ośmiela Marcela, być może, że mnie uważa za gąskę i chętnieby mi zadał bardziej szczegółowe pytania; ale starsi na chwilę milkną, kiedy służący zmienia talerze, więc i my milczymy, teraz już bliżsi siebie. Ciotka Coeur wodzi po nas zmęczonemi oczyma.
— Klaudyuszu, powiada do papy, patrz jaki kontrast tworzą te dzieciaki. Matowa cera twojej córki, jej włosy z połyskiem bronzu i głębokie oczy, wszystkie cechy brunetki u niej, która nie jest brunetką, uwydatniają typ blondyna, mego aniołka, nieprawdaż?
— Tak, odpowiada papa z przekonaniem; on więcej wygląda na dziewczynkę, niż ona.
Aniołek i ja spuszczamy oczy, jak wypada wobec naprężonej sytuacyi, na wypadek, gdy się ma ochotę wybuchnąć zuchwale śmiechem. I obiad mija bez dalszych zwierzeń. Zresztą śliczny spodek na mandarynki odwraca moją uwagę od wszelkich innych myśli.

Wsparta na ramieniu Marcela wracam do salonu. Niewiadomo co robić dalej. Ciotka ma widocznie coś ważnego powiedzieć papie, bo nas wyprawia:
— Marcelu, mój malutki, pokaż Klaudynie mieszkanie. Staraj się, by się czuła tu, jak w domu, bądź uprzejmy...
— Chodź, — powiada »malutki« — pokażę ci mój pokój.
Byłam pewna, że jest biały ten także. Biały i zielony, z białem obiciem w wiotkie trzciny. Ta nieskończona białość doprowadza mnie ostatecznie do niepokonanej chęci rozbijania kałamarzy, całej masy kałamarzy, drapania ścian kawałkiem drzewa, mazania malowideł klajstrem albo krwią skaleczonego palca... Boże, jakiebym zniszczenie szerzyła w tem białem mieszkaniu!
Po prawej stronie kominka spostrzegam fotografię w ramce. Marcel z pośpiechem przyciąga za trzonek elektryczną lampę nad nami.
— To mój najlepszy przyjaciel... Charlie, prawie brat. Prawda, że piękny?
(Nawet zanadto piękny; głębokie oczy z zakrzywionym łukiem brwi, czarny meszek nad delikatnemi ustami, rozdział we włosach jak u Marcela).
— Masz racyę, bardzo piękny. Prawie tak jak ty, oświadczam szczerze.
— Och! znacznie ładniejszy! — wykrzykuje z zapałem — fotografia nie oddaje należycie białej cery i czarnych włosów. A duszę ma taką piękną...
No patrzcie, patrzcie! Ta kamienna piękność ożywia się nakoniec. Słucham nie przerywając panegiryku na cześć świetnego Charlie, a gdy Marcel się zatrzymuje, trochę zawstydzony, odpowiadam tonem stanowczym i swobodnym:
— Rozumiem. Ty jesteś jego Lucią.
On robi krok w tył i widzę w jaskrawem oświetleniu, jak kamienieją jego śliczne rysy, a jednostajna cera blednie nieznacznie.
— Jego Lucią? Co ty chcesz przez to powiedzieć?
Wzruszam ramionami z powagą, spowodowaną dwoma kieliszkami szampana.
— Ależ tak, jego Lucią, jego pieszczotką, jego ukochaniem, no i cóż! Wystarczy spojrzeć na ciebie, czy ty choć trochę wyglądasz na mężczyznę? I właśnie dlatego tak bardzo mi się podobałeś!
Ale gdy on nieruchomie, szklanym wzrokiem na mnie spogląda — dodaję szybko, śmiejąc mu się w twarz:
— Marcelku, wierz mi, że mi się teraz podobasz. Czy ja wyglądam na kogoś, coby ci chciał przykrość zrobić? Ja się przekomarzam tylko, ale nie jestem zła, no i mam bystry wzrok, — a słuch także. Jabym nie umiała być kuzynką z romansów, dla której biedny kuzynek sili się na dworność. Zastanów się zresztą, — mówię ze śmiechem — że jesteś wnukiem mojej ciotki, a moim siostrzeńcem wedle zwyczajów brytańskich; wiesz, że to byłoby prawie kazirodztwo.
Mój »siostrzeniec« śmieje się z przymusem.
— Droga Klaudyno, ja widzę rzeczywiście, że ty nie jesteś podobna do kuzynek z romansów; ale obawiam się, czyś nie wyniosła z Montigny przyzwyczajenia do żartów trochę... za śmiałych. Gdyby tak kto nas podsłuchał, babunia naprzykład... albo twój ojciec...
— Ja ci się tylko odwzajemniłam — mówię mu łagodnie. — A ja nie uważałam za stosowne ściągać uwagi rodziców, gdyś mnie tak natarczywie wypytywał o Lucię.
— Tyś nie miała chyba więcej do stracenia, niż ja przy zwróceniu ich uwagi!
— Tak sądzisz? Ja twierdzę, że nie. Te igraszki nic nie znaczące, w ulicznym dyalekcie nazywają się »pensyonarskie zabawy«, ale gdy chodzi o chłopców w siedemnastym roku życia, to prawie choroba...
On robi gwałtowny ruch ręką.
— Za wiele czytasz! Młode panienki mają zbyt bujną fantazyę, aby mogły dobrze zrozumieć, co czytają, choćby wyszły z Montigny.
(Źle poszło. Chciałam zejść na coś całkiem innego).
— Więc się gniewasz Marcelku? Jakże jestem niezręczna! Chciałam cię tylko przekonać, że nie jestem gęsią, że... jakby to powiedzieć — wyrobiłam sobie smak w pewnych rzeczach... Widzisz, ty chcesz, abym w tobie widziała tylko samca o grubych kościach i dużych nogach, który pewnego dnia urządzi sobie piękną zabawę w guście podoficerów! Patrzaj, czy nie jesteś, dzięki Bogu, prawie zupełnie podobny do mojej najpiękniejszej koleżanki ze szkoły? Daj mi rękę...
(Och ty przekorna dziewczyno! Uśmiechnął się tylko ukradkiem na te żywe komplementy. Wyciąga do mnie starannie utrzymaną łapkę, z ogromnym wdziękiem).
— Klaudyno, niedobra Klaudyno, powracajmy prędko przez sypialnię babuni. Ja się już nie gniewam, jestem tylko trochę zirytowany. Daj mi przyjść do równowagi. Nie podobasz mi się ty niesforny »chłopaku«...
Zupełnie mi jest obojętna jego ironia. Widzieć go zadąsanym, a potem uśmiechniętym, to ogromna satysfakcya. Nie zazdroszczę jednak wcale jego przyjacielowi o łukowatych brwiach, przeciwnie życzę im obydwom częstej pogadanki we dwoje.
W swobodnych humorach, bardzo swobodnych — przebiegamy szereg pokoi. Doskonale, pokój ciotki Coeur w sam raz odpowiedni (o tak) dla jego właścicielki! Zgromadziła tam — czy tez... wyrzuciła meble pokoju panieńskiego i pamiątki z młodych lat. Łóżko palisandrowe, fotele z różowego adamaszku przypominają każdy z osobna tron J. Cesarskiej Wysokości, klęcznik rzeźbiony w dębowem drzewie, ordynarna kopia biurka Boulea i konsole w kilku miejscach. Ze sklepienia nad łóżkiem spływają adamaszkowe firanki, a bronzowa grupa na kominku, mieszanina amorków, liści akantu i kapitelowych ornamentacyi, budzi mój podziw. Marcel z pogardą odnosi się do tego pokoju, więc dysputujemy o nowym stylu i białości ubitych białek. Ta estetyczna sprzeczka nastraja nas znacznie spokojniej i tak wracamy do salonu, gdzie papa rozdziawia z ziewania usta, jak lew paszczękę pod nieustannym i słodkim deszczem rad ciotki Coeur.
— Babuniu, woła Marcel. Klaudyna jest nieoceniona! Twój pokój podoba się jej najlepiej z całego mieszkania.
— Moje dziecko, powiada ciotka pieszcząc mnie omdlewającym uśmiechem, mój pokój jest zupełnie brzydki, dlatego...
— Ale tak ci odpowiada ciociu. Czy wierzysz, że twoje loki »splatają się« z tym salonem? Dzięki Bogu, ty się na tem znasz, dlatego zachowałaś kącik odpowiedniego tobie naprawdę otoczenia.
To nie jest żaden komplement, ale ona wstaje i całuje mnie czule. Wtem, papa zrywa się i wyciąga zegarek:
— Do stu tysięcy... Przepraszam Wilhelmino, ale jest za pięć minut dziesiąta, a ta mała wyszła dziś po raz pierwszy, od czasu choroby... Kawalerze, bądź tak dobry kazać zajechać dorożce.
Marcel wybiega i powraca szybko, obracając się elastycznie w ramach drzwi, przynosi mi różowy płaszcz i zarzuca mi go zręcznie na ramiona.
— Do widzenia, cioteczko.
— Do widzenia, moje dziecko. Przyjmuję w niedzielę, byłabyś bardzo uprzejma, gdybyś chciała przyrządzać herbatę o piątej wraz z Marcelem.
(Moja dusza przybiera wygląd jeża).
— Ja nie wiem, ciociu, ja nigdy...
— Tak, tak, muszę z ciebie zrobić osóbkę równie wykwintną jak ładną. Do widzenia Klaudyuszu, nie zamykajcie się zanadto w waszej jaskini i myślcie czasem o starej ciotce!
Mój »siostrzeniec« całuje mnie na progu w rękę, nieco silniej, podkreśla swoje »do niedzieli« słodkim uśmiechem i grymasikiem i... koniec.
Co ja za głupstwo strzeliłam, kłócąc się z tym szkaradnym chłopcem! Klaudyno, ty się chyba nigdy nie wyleczysz ze zwyczaju zaczepiania tego, kto na ciebie nie zwraca uwagi, z tej karygodnej chętki pokazania, że jesteś filutka i uświadomiona ponad swój wiek. Ty się czegoś doigrasz tem imponowaniem, tem pragnieniem zakłócania ludziom spokoju i rozruszania zbyt cichych natur!

Czuję się daleko swobodniejsza, tutaj, rozciągnięta na mojem łóżku, pieszcząc Fanchettę, która nie czekając na mnie usnęła głęboko, brzuchem do góry! Ale, ale! Fanchette, ja się znam na tych miłych snach, na tych szczęśliwych chwilach bezustannego mruczenia. Znam także to zaokrąglenie i staranne utrzymanie brzuszka, w miejscu gdzie zwisają różowe wymiona. Fanchetto, ty zgrzeszyłaś! ale z kim? Boże drogi, rozbijaj tu głowę o mur! Kotka, która nie wychodzi z pokoju, kot stróżki niedołęga... któż więc taki? W każdym razie, okropnie się cieszę. Kocięta w perspektywie! W tej radości oczekiwania blednie nawet urok Marcela.
Pytałam Mélie o wyjaśnienie co do tego podejrzanego stanu Fanchettki. Przyznała się do wszystkiego.
— Wiesz córuchno, ona strasznie potrzebowała tego w ostatnich czasach! Cierpiała przez trzy dni nad miarę; więc pytałam w sąsiedztwie. Jakaś poczciwa dziewczyna z dołu pożyczyła mi doskonałego męża dla niej, bronzowego w prążki. Dałam mu masę mleka, aby go oswoić, a biedaczka nasza nie dała się długo prosić; poznali się natychmiast.
Jak ją musi męczyć, tę Mélie to ciągłe pośredniczenie komubądź, choćby kotce! Ale dobrze zrobiła.

Dom nasz staje się ogniskiem zebrań ludzi, który co jeden rozumniejszy i bardziej uczony. P. Maria, ten z katalskich grot, przyprowadza bardzo często człowieka zaniedbanego z brodą. Gdyśmy się spotkali w bibliotece, skłonił mi się z przesadną miną i spytał niewyraźnie o zdrowie, na co mu odpowiedziałam ponuro »bardzo złe, bardzo złe, panie Maria«. Porobiłam znajomości z grubymi, orderowymi ale wogóle nieeleganckimi panami, którzy zapewne oddają się studyom nad ślimakami; tak przypuszczam... Nieciekawi, ci przyjaciele papy!

Dziś o czwartej był Marcel u mnie, »jakby go czterema końmi przyciągnęło«, wedle wyrażenia Mélie. Przyjęłam go rozpromieniona i zaprowadziłam do salonu, którego urządzenie bardzo chwalił, zwłaszcza sztuczne odgrodzenie z dużej firanki. »Chodź, mój siostrzeńcze, pokażę ci mój pokój«. On z uwagą ogląda łóżko-kołyskę i zniszczone mebelki, ale ma trochę wzgardliwą minę podobnie, jak w pokoju ciotki Coeur. Za to Fanchette zajmuje go bardzo żywo.
— Jaka ona biała!
— Tak, codziennie czeszę ją szczotką.
— A gruba!
— Przepraszam, ona jest w »takim« stanie!
— Ach, ona jest...
— Tak, ta narwana Mélie przyniosła jej, kota, gdyż Fanchette szalała podczas mojej choroby; to spotkanie wyda owoce, zobaczysz!
(Moja swoboda wyrażania się o takich rzeczach wstydzi go widocznie. Wybucham śmiechem, a on patrzy na mnie ze zgorszoną minką).
— Ty na mnie patrzysz, bo się nieprzyzwoicie wyrażam? To dlatego, że tam, na wsi widzi się ciągle wesela krów, psów, kóz, kotów! Tam to nie jest nieprzyzwoite.
— Ach! nie jest nieprzyzwoite! Przecież czytając »Ziemię« Zoli rozumiałem doskonale o co chodzi. Wieśniacy nieraz inaczej patrzą na te rzeczy niż ludzie kultury!
— Twój Zola nic a nic nie rozumie się na tem, nie zna wsi. Nie lubię jego rzeczy wogóle...
Marcel strzela oczyma po wszystkich kątach, przechadzając się. Jakie ma maleńkie nóżki! Znalazł na mojem biurku »La double maîtresse« i grozi mi spiczastym paluszkiem:
— Klaudyno, Klaudyno, poskarżę wujowi!
— Mój kochany, jego to nic a nic nie obchodzi.
— Co za wygodny ojciec! Gdyby z babcią tak można! Och! tego nie wolno mi czytać, odpowiada na pytające wysunięcie swego podbródka. No i ja musiałem, aby mieć święty spokój, powiedzieć, że się boję w nocy i trzeba zostawiać światło w moim pokoju.
(Ginę ze śmiechu).
— Boisz się! Powiedziałeś, że się boisz? Nie wstydziłeś się?
— Ach! Cóż to szkodzi! Babcia wychowała mnie — i robi to w dalszym ciągu, — jak dziewczynkę.
To słowo przywodzi nam żywo na pamięć przedwczorajszą scenę i oboje się czerwienimy (on więcej odemnie, bo jest bielszy!) I tak bardzo o tem samem myślimy, że on pyta:
— Czy masz fotografię Luci?
— Ani jednej.
— To kłamstwo!
— Słowo honoru! Zresztą, możeby dla ciebie była brzydka. Ja wcale nie jestem wielbicielką Luci, patrz, to jeden jedyny list, jaki do mnie napisała.
On chciwie przebiega biedny liścik, pisany ołówkiem i ten mały, paryski miłośnik przygód, wzrusza się:
— Ależ to dramat, to gwałt! Trzeba wytoczyć proces!
— Co za myśl! Ale co to ciebie może obchodzić?
— Co mnie może obchodzić? Ale, Klaudyno, przeczytaj to jeszcze raz, to jest okrucieństwo!
Opieram się na jego delikatnem ramieniu i czytamy razem. On się uśmiecha, bo moje włosy włażą mu do uszu. Ale ja się nie opieram mocno. Mówię mu tylko:
— Ty się nie gniewasz Marcelku?
— Nie, nie, zaprzecza gorliwie. Tylko proszę cię, opowiedz mi o Luci. Ja będę taki grzeczny, jeśli mi opowiesz o Luci! Słuchaj, przyniosę ci naszyjnik dla Fanchetty.
— Tak i ona go zje! Mój kochany, tu niema co opowiadać. A zresztą, ja się zgadzam, ale zwierzenia muszą być wzajemne.
(On się dąsa jak dziewczynka, wysunąwszy czoło i odęte usteczka).
— Słuchaj, Marcelku, ty często stroisz takie minki do... do twego przyjaciela? Powiedzże mi jego imię.
— Nazywa się Charlie, odpowiada mój siostrzeniec po krótkiem wahaniu.
— Jego wiek? Prędzej, prędzej, od ciebie trzeba wszystko wyciągać!
— Ma lat ośmnaście. Ale ogromnie poważny, bardzo dojrzały nad swój wiek... Doprawdy, ty sobie coś uroiłaś...
— Słuchaj, ty mnie drażnisz! Zaczniemy raz czy nie? Bądź sobie jego przyjaciółką, ale bądź moim kolegą choć jeden raz, a ja ci opowiem o Luci!
(Z rozbrajającym wdziękiem ujmuje mnie za rękę powyżej kostki.)
— Ach, jakaś ty dobra! Ja już tak dawno chciałem znać prawdziwe tajemnice młodej panienki! Tutaj w Paryżu młode panienki to albo dojrzałe kobiety, albo głuptaski. Klaudyno, moja droga Klaudyno, ja będę twoim powiernikiem.
— Czy to ta sama zimna doskonałość z pierwszego dnia?
Mówi do mnie, trzymając mnie za ręce, prosi oczyma, ustami, całą swoją postacią, aby mu zwierzyć tajemnicę; jak on musi prosić, wyobrażam sobie, o pieszczoty. I przychodzi mi na myśl, żeby wymyśleć bezeceństwa, których nigdy nie popełniłam. On mógłby mi opowiedzieć także — ale z pewnością takie, które popełnił... To dosyć brzydkie, co ja robię. Ale, cóż chcecie? Nie mogę sobie wtłoczyć w mózg, że mam do czynienia z chłopcem. Gdyby mnie był objął, albo pocałował, byłabym mu wydrapała oczy, i wszystko byłoby w porządku. Zło leży w tem, że niema niebezpieczeństwa... Mój »siostrzeniec« niema ochoty, zostawić mi wiele czasu do namysłu. Ciągnie mnie za ręce, sadza na karle, sam sadowi się na ziemi, na poduszce, wypchanej sianem, wygładzając spodnie, by się nie marszczyły na kolanach:
— Och, doskonale się umieściłem. Jakże wstrętne jest to ponure podwórze! Pozwolisz, że spuszczę story? A teraz opowiadaj mi, jak się to zaczęło.
(Widzę wszystko doskonale w drugiem lustrze. Nie jesteśmy brzydcy, śmiało mogę to powiedzieć, są brzydsi. Tylko co ja mam wymyśleć temu blondynkowi, który mnie tak chciwie słucha, że widzę ognie bijące z jego źrenic. Klaudyno, moje dziecko, przypomnij sobie coś ze szkoły. Ty nie umiesz na zawołanie zmyślać).
— Ja właściwie nie wiem. To się wcale nie zaczyna, tych historyi. To jest... powolne przejście z życia codziennego, także...
— Aha!... przenikanie...
— Dziękuję panu; widać, że się znasz na tem.
— Klaudyno, proszę cię, nie gub się w szczegółach. Szczegóły są bezbarwne. Dotrzymajże obietnicy, opowiadaj. Najpierw trzebaby opisać Lucię. Pierwszy rozdział, ekspozycya, ale krótka!
— Lucia? To bagatelka. Mała, szatynka, biała i różowa, oczy zielone podkrążone, rzęsy podgięte, — jak twoje — nos trochę za mały, figura nieco kałmucka... Mówiłam ci, że nie w twoim guście! Poczekaj; nogi, ręce w kostce delikatne i cienkie. Mój akcent, akcent czysto fresnois najwięcej używany. Kłamca, łakoma, ginie za pieszczotami. Była zawsze zła, gdy nie dostała każdego dnia trzepania.
— Trzepania? Chcesz przez to powiedzieć, że ją biłaś?
— Rzeczywiście, to chciałam powiedzieć, ale nie trzeba mi przeszkadzać. »Milczeć, albo podwoję ilość lekcyj zadanych na jutro!« Tak się wyrażała Mademoiselle, gdy jej Amanda nie mogła utrzymać wychowanek w karbach.
— Któż to był ta Amanda?
— Faworytka Przełożonej, Mademoiselle.
— Dobrze mów dalej.
— Jednego ranka, gdy na nas przyszła kolej rąbania w szopie drzewa na opał...
— Co mówisz?
— Mówię, że gdy jednego ranka przyszła na nas kolej rąbania drzewa na...
— Jakto, wyście na pensyi rąbały drzewo?
— To nie jest wcale pensya, tylko szkoła. Każda po kolei rąbała drzewo, o godzinie pół do ósmej rano, w zimie, w czasie mrozów! Ty sobie nie możesz wyobrazić, jaki ból sprawiają trzaski na mrozie! Miałam zawsze kieszenie pełne gorących kasztanów, aby je jeść w klasie i ogrzewać nimi ręce. Zwykle zmawiały się na oznaczony czas te, które rąbały drzewo, aby wyssysać kryształki lodu ze studni obok szopy. Ja przynosiłam także surowe kasztany w skorupach, które dla dokuczenia Przełożonej rzucałam w piec aby trzaskały.
— Strach! Kto widział kiedy taką szkołę! Ale Lucia, Lucia?
— Lucia narzekała najwięcej w te dnie, gdy była przeznaczona »do drzewa« i przychodziła do mnie szukać pociechy: »Klaudyno, tak mi zimno, ręce mi pierzchną, popatrz, wielki palec zdrętwiał zupełnie Rozgrzej mnie Klaudyno, moja Klaudyno«. I chowała się pod mój płaszcz i całowała mnie.
— Jak, jak? pyta nerwowo Marcelek, który mnie słucha z ustami napół-otwartemi i rumieńcami na twarzy. Jak to było, ona cię rozgrzewa... całowała?
— W twarz, w szyję, opowiadam jakbym nagle zidyociała.
— Idź sobie, ty jesteś jak wszystkie kobiety!
— Lucia wcale nie była tego zdania. (Kładę mu ręce na ramionach, by go uspokoić); nie gniewaj, jeszcze będą te okropności!
— Klaudyno, sekunda: czy ciebie to raziło, że ona mówiła prowincyonalną gwarą?
— Gwarą? Już ty byłbyś kontent, młody Paryżaninie z tej gwary, wygłaszanej głosikiem płaczliwym i dźwięcznym z tej buzi w różowym kapturku, który zakrywał czoło i uszy, odsłaniając tylko różowy pyszczek i policzki, jak brzoskwinie, które nawet na mrozie nie zmieniają swej barwy! Ja ci tu dam gwarę!
— Co za zapał Klaudyno! Jeszcześ się nie oduczyła, trzebaby...
— A więc pewnego ranka, Lucia oddaje mi list.
— No, nareszcie! Gdzież jest ten list?
— Podarłam go i oddałam Luci.
— To nieprawda!
— Więc ty mów! I możesz się pokłonić natychmiast ulicy Wagramskiej.
— Przepraszam cię! Ja chciałem powiedzieć: to nie jest prawdopodobne.
— Małe dla mnie zmartwienie! Tak, oddałam go jej, bo mi w nim proponowała rzeczy... nieprzyzwoite.
— Klaudyno, na Boga, nie męcz mnie.
— Napisała mi: »Moja najdroższa, jeślibyś chciała zostać moją najlepszą przyjaciółką, zdaje się, że niczegoby mi do szczęścia nie brakło. Byłybyśmy tak szczęśliwe, jak moja siostra z przełożoną, a ja byłabym ci wdzięczna przez całe życie. Ja tak bardzo cię kocham, podobasz mi się ogromnie, twoja skóra jest bardziej miękka i delikatniejsza, niż żółty pyłek w kwiatach lilii, kocham cię nawet wtedy, gdy mnie drapiesz, bo masz zimne pazurki«. No i tym podobne rzeczy w dalszym ciągu.
— Ach!... co za szczera pokora... Wiesz, że to jest godne uwielbienia?
Mój »siostrzeniec« jest w siódmem niebie. Jak na naturę wrażliwą, jest bardzo szczęśliwy. Wcale już na mnie nie zważa, mruga rzęsami, policzki zabarwione purpurą, nosek blady. Takie wzruszenie widziałam tylko u Luci, ale o ileż on jest piękniejszy! Nagle przychodzi mi na myśl: Gdyby tak podniósł oczy, opasał mnie ramionami, cobym zrobiła w tej stanowczej chwili? Mrówki przechodzą mi po skórze. On podnosi powieki, wysuwa naprzód głowę i bada namiętnie: »A potem, Klaudyno, a potem?« Ale przepraszam, to nie ja go wzburzyłam, to jest historya z mego życia, a szczegóły, których sam żąda!... Kochana Klaudyno, to nie pierwszy raz rzucają na ciebie oszczerstwa!
Drzwi się otwierają. To dyskretna Mélie, która zdaje mi się, wielkie nadzieje pokłada w Marcelu; ona widzi w nim owego amanta, którego mi brakło. Przynosi małą lampę, zamyka okiennice, spuszcza story i zostawia nas w lekkim półmroku. Marcel się podnosi:
— Lampa, Klaudyno! Któraż to godzina?
— Pół do szóstej.
— Aj! babcia sprawi mi łaźnię! Muszę wyjeżdżać, obiecałem, że wrócę o piątej.
— Tak, ale ja przypuszczam, że ciotka spełnia twoje tysiączne kaprysy?
— Tak i nie. Jest bardzo dobra, ale strasznie mnie pilnuje. Gdy się spóźnię o pół godziny, zastaję ją we łzach, zupełnie na seryo! A ile razy wychodzę, muszę wysłuchać: »Uważaj na siebie! Nie widzę ciebie, gdy jesteś poza domem! Przede wszystkiem nie chodź ulicą Cardinet, bo jest mało uczęszczana. Ani przez Etoile, tam tyle powozów, zwłaszcza wieczorem!...« Oj, oj, oj! ty nie wiesz, co to znaczy wychowywać się w wacie! Klaudyno, dodaje szeptem, poza tem, ty mi dokończysz historyi, nieprawdaż? Ja ci ufam, czy mogę?
— Możesz tyle, ile ja tobie ufam — mówię poważnie.
— Ty niedobra dziewczyno! Twoja rączka tylko do całowania. Nie wydzierajże jej twojemu »siostrzeńcowi«, który cię bardzo kocha. Do widzenia Klaudyno, do prędkiego, Klaudyno!
Od drzwi posyła mi całusy rękami, tak dla żartu i ucieka cichutko. Co za miłe popołudnie! Głowę mam zupełnie gorącą. Hop! Fanchette! Trochę gimnastyki! Pozwól potańczyć twoim przyszłym dzieciom!

Moja radość niedługo trwała. Dostałam gwałtownego napadu nostalgii za Fresnois i szkołą. A dlaczego? Przez Bérillon; przez tego kretyna Bérillon; przez tego idyotę. Ścierałam na mojem biureczku książki, przywiezione z pietyzmem ze szkoły i mimowoli otworzyłam: »Dobrą gospodynię wiejską, krótkie wskazówki gospodarstwa wiejskiego i domowego, do użytku szkół średnich, przez Ludwika Eugeniusza Bérillon«. Ta malutka broszurka była dla wszystkich starszych uczenic źródłem niewinnej radości (nie miałyśmy znowu tam tak wiele tej czystej radości), a my obie z wielką Anaïs recytowałyśmy głośno całe ustępy bez zmęczenia. W słotne dnie, gdy nie można było grać w piłkę, ani w żórawia, siadałyśmy w krytej altanie na podwórzu i wymyślałyśmy historye na temat »Dobrej gospodyni«.
— Anaïs, opowiedz mi o dobrej, wiejskiej gospodyni i o jej genialnym pomyśle... wypróżniania się.
Z małym palcem wysuniętym, ściśniętemi ustami i nadzwyczajną dystynkcyą opowiadała Anaïs zupełnie seryo, co mnie doprowadzało do spazmów ze śmiechu:
»Dobra gospodyni zaprowadziła swego męża, aby wybudował, albo też sama wybudowała w północnej części ogrodu, w odległym zakątku, z belek, desek, garści słomy i chróstu, rodzaj lepianki, która miała służyć jako »miejsce ustępowe«. (Słowo daję, że to jest dosłowne powtórzenie). »Ta lepianka, literalnie zakryta kwiatami, roślinami pnącemi i rozłożystymi krzewami mniej przypominała kloaki, niż piękną kołyskę z zieleni«.
Wspaniale! Ileż poezyi w koncepcyi i stylistycznem wykończeniu i że też ja nie mogę w rozmarzeniu zbłądzić do tej cienistej, kwietnej altany i usiąść tam na chwilę, ...ale przejdźmy do strony praktycznej. Proszę cię, Anaïs, mów dalej.
»Ponieważ ekskrementy pięciu czy sześciu osób w przeciągu roku okazały się wystarczającemi na nawóz dla jednego hektara ziemi, a że ani odrobina...
— Dalej, dalej, nie zatrzymuj się!
...ani odrobina nawozu nie powinna się zmarnować, za skład jego powinien służyć albo dół wykopany w ziemi i pokryty warstwą ubitej gliny, albo rodzaj głębokiego naczynia z palonej gliny, albo całkiem poprostu stara, bez użytku stojąca, beczka«.
»Dziękuję, rzecz gotowa! To wyborne. Nie będzie objaśnieniem, jeśli dodam, że należy ściśle łączyć nawóz ludzki z podwójną objętością ziemi i że 5 kilogramów wystarczy na nawóz dla jednego ara, a na zatrucie dwustu. W nagrodę za twoją pilność pozwalam ci pięć razy pocałować doktora Dutertre, okręgowego delegata.
— O, kłamco! Mruczy zamyślona Anaïs, gdyby to tylko twego pozwolenia brakowało...
Drogi Bérillonie, jakże doskonale bawiłeś te brudne dziewczynki, do których i ja należałam! Przedmowę twoją deklamowałyśmy z mimiką. Marya Belhomme, prostoduszna i szczera, wyciągnęła do nieba swoje ręce akuszerki i wołała drżąc ze wzruszenia i rozczulenia, jako młoda wiejska dziewczyna:
»Nieszczęśliwe dziecko! jakże wielką jest twoja wina! W twoim interesie i dla twego szczęścia odepchnij od siebie przeklętą myśl opuszczenia rodziców i domku, gdzie się urodziłaś! Gdybyś wiedziała, za jaką cenę te, którym zazdrościsz zbytków, kupiły jedwab i klejnoty, aby się w nie ustroić!
Dziesięć franków co nocy, przerywała Anaïs. Ja sądzę, że taka jest cena w Paryżu!...

To właśnie ten pieprzny Bérillon i zniszczona jego okładka, ozdobiona odbitymi rysunkami, przywiodła mi na pamięć szkołę i moje towarzyszki. Prawda! muszę napisać do Luci. Już bardzo dawno nie miałam od niej wiadomości; czyżby opuściła Montigny?

W tych dniach nic ciekawego nie zaszło. Wychodziłam pieszo, by zamówić suknie i kapelusze. Jakiś pan szedł za mną. Miałam nieszczęśliwy pomysł pokazania mu języka. »Proszę mi go dać!« zawołał. To nauczka dla mnie. Czy iść na herbatę do ciotki Coeur? »Bonac«, jak robiła Anaïs, naśladując wspaniale wymioty. Szczęście, że tam będzie Marcelek... To wszystko jedno, wolałabym tu zostać i zająć się czemś, czemś nawet nudnem.

Idę do ciotki Coeur po raz drugi w mojej skromnej, niebieskiej sukience, bo nie mam jeszcze innych, stosownych. Zresztą, jeśli »utyję«, jak należy, te, którebym teraz zamówiła, zbyt prędkoby popękały. (Widzicie tę masę ciała, wylewającą się na wierzch?) Tymczasem nie ważę nawet pięćdziesięciu kilogramów na automatycznej wadze przy placu Saint-Germain-des-Prés. Przychodzę o pół do piątej. W salonie niema nikogo; tylko Marcel krząta się bez hałasu, trochę blady, z podkrążonemi oczyma. Zdaje mi się, że z tem zmęczeniem w twarzy jest jeszcze ładniejszy. Ustawia kwiaty w wazonach i nuci z cicha.
— Mój »siostrzeńcze«, możebyś włożył fartuszek z angielskimi haftami?
— A ty może moje spodnie?
— Już mam jedne, dziękuję. Ach! niezgrabo, patrz, co robisz! Stawiasz tę kolumienkę głową na dół.
— Jaką głową? — pyta wybuchając śmiechem.
— Do góry nogami. Że ty też nic nie rozumiesz? Gdzieś ty się wychował?
— Niestety tutaj!... Klaudyno, czemu ty nie nosisz kostyumów »tailleur«? Wyglądałabyś porywająco.
— Bo w Montigny niema krawca.
— Ale są w Paryżu. Chcesz, to cię zaprowadzę. Nie do tych wielkich, nie bój się. Pójdziemy razem. Ja szalenie lubię miąć i przewracać materye.
— Dobrze, i owszem... Kto tu dziś przyjdzie? Będą wytrzeszczać na mnie oczy. Możebym sobie poszła?
— Po co się trudzić? Nie przyjdą tłumy. Pani Barmann, z pewnością, stara ropucha! Może... Charlie, mówi, odwracając oczy, ale to niepewne, pani Van Langendock...
— Belgijka?
— Nie, ona z Cypru.
— To przykro być Greczynką i kompromitować się podobnem nazwiskiem! Gdybym była Flamandką, nie przyszłoby mi na myśl nazwać się Nauzyką.
— Cóż ja na to poradzę? Będzie też kilku młodych ludzi z salonu pani Barmann; stara dama, która bardzo babcię kocha, a którą nazywają panią Amelią, bez nazwiska, — zresztą nikt więcej...
— Psiakość, to już dosyć!
— Klaudyno... a Lucia?
— Cicho bądź, ciotka idzie!
(Rzeczywiście wchodzi jego babka szeleszcząca jedwabiem).
— Ach! moja śliczna siostrzenica? Czy kazałaś przyjść po siebie, czy chcesz, aby cię Marcel odprowadził?
— Dziękuję cioteczko, za troskliwość, ale przyszłam zupełnie sama.
(Ciotka robi się purpurowa pod pudrem).
— Sama! Pieszo? powozem?
— Nie, ciotuniu, w omnibusie.
— Mój Boże, mój Boże, jakże Klaudyusz jest lekkomyślny...
Nie może mówić z oburzenia. Marcel patrzy z pod oka i zagryza wargi, nieznośny; jeśli ja wybuchnę śmiechem, wszystko stracone. Zapala wreszcie lampy elektryczne i gniew ciotki Coeur kończy się głębokiem westchnieniem.
— Moje dzieci, w tym tygodniu będę miała mało gości... Trrrrr.. — oto właśnie jeden. Nie, to jedna. Szybko rzucam się za stół do herbaty, a Marcel śmieje się z głębi serca. Niekształtna kula, otoczona aureolą skudłaczonych loczków, toczy się ku ciotce Coeur.
To pani Barmann; poobwijana w spóźnione już sobole, poci się niemożliwie, na kapeluszu ma papugę z rozpostartemi skrzydłami. Papuga na kapeluszu, papuga pod kapeluszem. Nos zakrzywiony, ozdobiony krostami, wygląda majestatycznie, ciemne, małe oczy nieustannie się poruszają.
— Och, zadyszałam się. Zrobiłam pieszo 11 kilometrów! — odzywa się ostrym głosem. Ale znalazłam wspaniałe meble u dwóch starych panien, mieszkających w Montrouge. Prawdziwa wycieczka!... Huysmans kochał ten bezład malowniczy koszlawych domów... Wszędzie szukam po trochę; trzeba ładnie umeblować nowe mieszkanie Grévenille, naszego znakomitego przyjaciela... I po trzech tygodniach będą u mnie grali wspaniałą rzecz z repertoaru Toire... Nawet nie pytam drogiej pani, czy przyprowadzi swego wnuka...
(Patrzy na Marcela, poczem przenosi wzrok na mnie w milczeniu).
— Klaudyna, moja siostrzenica — przedstawia ciotka Coeur. — Od niedawna w Paryżu — dodaje, dając mi znak, abym się zbliżyła, bo rzeczywiście nie śpieszę się zbytnio. Opiekunka »znakomitego przyjaciela« zaczyna mi się przypatrywać tak bezczelnie, że pytam się siebie, czy nie powinnam utkwić paznokci w jej krostach. Ale nakoniec zwraca oczy w stronę ciotki Coeur.
— Śliczna mówi szorstkim tonem. — Przyprowadzi mi ją pani w jaką środę. W najbliższą będzie przeważnie śpiew.
Ciotka Coeur dziękuje w mojem imieniu. Ja nawet pary z ust nie puściłam i tak strasznie się trzęsę, podając herbatę bezczelnej, starej sowie, że Marcel ma prawdziwą satysfakcyę. Oczy mu błyszczą szyderczo. Zwraca się do mnie szeptem:
— Klaudyno, co wyprawiasz, rzucasz się tak wobec ludzi? Powstrzymaj trochę ten gwałtowny wylew uczuć! — —
— Dobrze! odpowiadam cicho, ale z pasyą. Nie mogę znieść podobnego traktowania mnie!
I idę podać jej filiżankę herbaty; za mną idzie Marcel, dla kontrastu ze mną, pieszczotliwy i dziewczęcy, niosąc kanapki. Trrrrr... znowu jedna dama. Ale ta, piękna, z oczyma aż po skronie i włosami uczesanymi na oczy.
— Pani Von Langendock — objaśnia po cichu Marcel, ta z Cypru...
Jak to nazwisko określa ją wybornie.
— Czy ona ci czego nie przypomina Klaudyno?
— Poczekaj, zdaje mi się — ona wygląda jak antylopa. Śliczna osoba, wysmukła w reformowanej modnej sukni! Na puszystych włosach duży kapelusz z piórami, oczy przymknięte i omdlewające, ruchy żywe, miękkie, prawa rączka połyskuje pierścionkami. Na wszystko się zgadza. Do ciotki Coeur, do pani Barmann mówi ciągle »tak«, »ma pani słuszność«, »ach, to prawda«! Ogromnie zgodliwa natura. Jej twierdzący sposób mówienia jest dosyć bezładny. Opowiada nam raz po raz: »Wczoraj o piątej byłam w magazynie »Bon Marché«, wczoraj o piątej byłam u jednej znajomej, bardzo miłej«. To zdaje się nikogo nie dziwić, ją samą najmniej.
— »Klaudyno«!
Podbiegam z wdziękiem, uśmiechając się do tej ślicznej, rzucającej się w oczy figurki. Nagle, potok komplimentów spływa na moją niewinną głowę.
— Jaka śliczna! Co za oryginalny typ! Jakie piękne linie ciała! Siedemnaście lat? Myślałam, że najmniej ośmnaście...
— Och! nigdy przerywa sowa Barmann; ona wygląda na znacznie młodszą, niż jest w istocie.
— Tak, nieprawdaż? Zaledwie na piętnaście!
— Masz tobie! Udana powaga Marcela zaczyna mi już ciężyć... gdy wtem trrrrr...
Tym razem jakiś pan. Wysoki, smukły mężczyzna, bardzo elegancki. Ma ciemną cerę, bujne kasztanowate włosy, trochę siwiejące, żywe oczy ze zmęczonemi powiekami i starannie utrzymane wąsy jasne ze srebrnemi nitkami. Wchodzi swobodnie jakby do swego domu, całuje w rękę ciotkę Coeur i robi złośliwy przytyk do olśniewającego blasku:
— Jaki to wypoczynek dla oczu, ten słodki półmrok w mieszkaniu.
(Rozbawiona patrzę na Marcela; przestał się śmiać i patrzy na tego pana nieżyczliwie).
— Kto to jest?
— To mój ojciec, — odpowiada lodowatym tonem, zwracając się do gościa, który wyciąga do niego rękę grzecznie i z roztargnieniem, jakby miał pociągnąć za ucho swego pieska do polowania.
Jego ojciec? Dziwne mi się to wydaje. Muszę mieć minę idyotki. To ojciec, z którym się miało różne historye, łatwo to poznać. Syn prawie niepodobny do niego. Może, ostry rysunek brwi? Ale zresztą rysy Marcela są tak delikatne, że i to nie jest pewne. Jaką śmieszną minę, zarazem uległą i oschłą, robi mój siostrzeniec do dawcy swego żywota. W każdym razie, on nie ogłasza zbyt gorliwie, że ma ojca; ten wygląda na coś więcej, niż na opiekuna. Ale widocznem jest, że głos krwi nie »krzyczy« w nich obu tak, aby choć trochę ucho nadwerężyć.
— Jakże się miewasz, mały? Nauki idą dobrze?
— Tak ojcze.
— Wyglądasz trochę gorzej, niż zwykle.
— O, nie, ojcze.
— Mógłbyś pójść dzisiaj ze mną na wyścigi, toby cię rozerwało.
— Ależ ojcze, muszę podawać herbatę.
— Tak, prawda, powinieneś podawać herbatę. Niech Bóg broni, bym cię miał odrywać od tak ważnych obowiązków!
Podczas gdy sowa Barmann i cypryjska antylopa mielą bezustannie, jedna z powagą, druga z giętkością, wobec której słabną wszelkie ostre przycinki, ciotka Coeur mniej rozczulona, niż zwykle, zdobywa się na odwagę:
— Czy sądzisz panie Renard, że pole wyścigowe jest zupełnie odpowiedniem miejscem dla tego dziecka?
— Ależ, droga pani, tam jest przyzwoite towarzystwo, a jeszcze więcej żydów odpowiada słodko, patrząc z boku na panią Barmann.
Doskonale, wybornie! Drży wszystko od tłumionej radości. Jeźli to dłużej potrwa, dywany będą zasłane angielską porcelaną, którą tak ostrożnie manewruję. Ciotka Coeur spuszcza oczy i rumieni się nieznacznie. Co prawda, on nie jest zbyt grzeczny, ale bawię się wybornie. (»Och! jaki mam na ciebie apetyt« — powiedziałaby Lucia). Marcel liczy kwiatki makaty, jak młoda panienka, którą pominięto przy tańcach.
— Pan z pewnością grał na wyścigach? — pyta ciotka z boleścią i zgorszeniem.
(Gość wstrząsa melancholijnie głową).
— Przegrywałem. I dlatego dałem dziesięć franków dorożkarzowi, który mnie przywiózł.
— Dlaczego? — pyta go syn, podnosząc powieki.
— Dla okrągłości sumy przegranej.
»Hpppp...« — to ta głupia Klaudyna parska śmiechem. Mój kuzyn... (nie wiem napewne, czy ojciec mojego siostrzeńca jest moim kuzynem?...) mój kuzyn zwraca głowę w kierunku tego nieprzyzwoitego śmiechu.
— Czy pan zna, panie Renard, moją siostrzeniczkę, Klaudynę? Córka mego brata Klaudyusza, od niedawna dopiero w Paryżu. Ona i Marcel to najlepsi w świecie przyjaciele.
— Nie dziwię się Marcelowi — oświadcza gość, do którego wyciągnęłam rękę. Popatrzył na mnie zaledwie przez sekundę — ale to jest człowiek, który umie patrzeć. Spojrzenie zygzakiem, nieznaczny przystanek we włosach, oczach, twarzy, rękach.
Marcel zwraca się do stołu z herbatą, ja idę za nim...
— ...Córka Klaudyusza... mego kuzyna. Och, czekajcie, nie mam zmysłu do genealogii... Ale prawda, pani jest więc ciotką Marcela? Zupełnie jak w farsie, nieprawdaż moja ...kuzynko?
— Tak wujaszku — odpowiadam bez wahania.
— Co za szczęście! Będę mógł dwoje dzieciaków zaprowadzić do cyrku, jeśli ojciec pani pozwoli. Pani ma ...ile? piętnaście, szesnaście lat?
Prostuję urażona:
— Skończonych siedmnaście!
— Siedmnaście... tak, te oczy... Marcel, musiałeś się zmienić pod wpływem twojej przyjaciółki, co?
— Ach! powiadam, śmiejąc się — jestem więcej jego kolegą!
Mój wuj, który posunął się za nami do stołu z herbatą, śledził mnie uważnie wzrokiem, ale ja mam minę takiej poważnej dziewczynki!
— Więcej kolegą? Nie, doprawdy nie... — unosi się bez cienia żartów.
Marcel kręci niezręcznie srebrną łyżeczkę, tak, że odkręca od niej trzonek. Wzrusza ramionami i odchodzi, ślicznym, równym krokiem do sali jadalnej, zamykając drzwi za sobą. Mama Barmann odchodzi, rzucając mi śmieszne »do widzenia mała«! i mija się z starą damą o siwych lokach, podobną do tysiąca starych dam, która się rozsiada, ale herbaty odmawia. Co za szczęście!
Mój wuj, który aż do drzwi odprawił sowę, wraca do stołu z zastawą, prosi o herbatę, domaga się śmietanki, dwóch kawałków cukru, kanapki, ale nie tej z wierzchu, bo jest sucha, i Bóg wie, czego. Ale oboje łakomi porozumiewamy się szyko i wcale nie tracę cierpliwości.
Sympatyczny jest dla mnie ten wuj. Bardzo chciał, aby wiedzieć, co jest między mną a Marcelem! On się zdaje tego domyślać, i przesypując piasek małej klepsydry, pyta półgłosem:
— Czy mój syn mówił z panią o mnie?
Na miłość boską! Co robić! co mówić? Upuszczam łyżeczkę, aby zyskać na czasie, jak w szkole upuszczałam rączkę od pióra i w końcu odpowiadam:
— Nie, nie przypominam sobie zupełnie.
To nie jest nadzwyczajny wykręt, ale cóż? On nie dziwi się wcale. Je wcale poprawnie. Nie jest jeszcze stary. Jak na ojca, jeszcze młody. Ciekawy ma nos, trochę zakrzywiony, z ruchomemi nozdrzami. Pod czarnemi brwiami błyszczą ciemno-brunatne oczy. Uszy, jak na mężczyznę, dosyć małe. Włosy mają na skroniach siwe pasma. W Montigny był śliczny popielaty pies, o podobnym kolorze sierści. Puf! podnosi gwałtownie oczy i bierze mnie pod ścisłą obserwacyę.
— Wydaję ci się brzydki, co?
— Nie, wcale nie, wujaszku.
— Nie tak pięknym, jak Marcel?
— Ach! aż tak, nie, to prawda! Niema tak ładnego chłopca jak on; nawet mało kobiet wytrzymałoby z nim porównanie.
— Rzeczywiście! Moja duma ojcowska została pogłaskana... On jest mało towarzyski, prawda?
— Ależ owszem! Przedwczoraj odwiedził mnie sam u mnie w domu i rozmawialiśmy bardzo żywo. O wiele lepiej wychowany odemnie.
— I odemnie także. Ale wprawiasz mnie w zdumienie, mówiąc, że on ci już złożył wizytę. Ogromnie mnie zdumiewa. Ależ to zwycięstwo. Bardzobym chciał, abyś mnie, kuzynko, przedstawiła swemu ojcu. Rodzina! Ja mam kult dla rodziny. Jestem zwolennikiem starych tradycyj...
— I wyścigów...
— O! ty naprawdę kuzynko jesteś źle wychowaną! Kiedyż mogę zastać ojca?
— Przedpołudniem nie wychodzi wcale. Popołudniu odwiedza znakomite osobistości i ściera kurz w bibliotekach. Ale nie codziennie. Zresztą jeżeli pan chce przyjść naprawdę, poproszę go, by został. Słucha mnie, jeśli chodzi o drobnostki.
— Ach! drobnostki! Prócz nich nic nie istnieje; tyle miejsca zajmują, że go braknie dla wielkich rzeczy. Prawda... cóżeś już zwiedziła w Paryżu?
— Luksemburg i wielkie magazyny.
— To niewiele. Gdybym tak ciebie z Marcelem zabrał w niedzielę na koncert? Zdaje mi się, że tegoroczne koncerty są dosyć dobre, więc mój syn pójdzie na nie kilka razy.
— Wielkie koncerty? ach tak, dziękuję bardzo; miałam ogromną ochotę pójść tam, bo nie znam zupełnie wielkich utworów. Tak rzadko słyszałam dobre orkiestry...
— Więc dobrze, już ułożone. Cóż jeszcze? Jesteś zdaje się osobą, którą łatwo można zabawić. Chciałbym mieć córkę, niestety; byłbym ją tak dobrze wychował moją metodą! Co najwięcej lubisz?
(Promienieję). Ile rzeczy! Przejrzałe banany, czekoladki, kwiat lipowy, karczochy, żywicę drzew owocowych, nowe książki, noże z ładną rękojeścią i...
Zadyszana wybucham śmiechem, bo wuj poważnie wyciągnął notatkę z kieszeni i pisze.
— Proszę cię, moje dziecko, jeszcze raz powtórz! Czekoladki, przejrzałe banany — coś strasznego! — i karczochy, to bagatela, ale nie znam zupełnie w Paryżu składów lipowego kwiatu i żywicy drzew owocowych. Czy to można zamówić w fabryce?
Co za zabawa! Oto człowiek, który umie doskonale bawić dzieci! Czemu jego syn nie chce przyłączyć się do tego?
W tej chwili Marcel wraca, wysuwając śliczną figurę, trochę za sztywnie nastrojoną. Wuj się podnosi, stara siwa dama się podnosi, śliczna cypryjska Van Langendock także się podnosi; ogólne pożegnanie. Damy odjeżdżają, ciotka zaczyna mnie wypytywać:
— Moje dziecko, kto cię ma odprowadzić do domu? Zgadzasz się na moją pokojówkę?...
— A może ja, babuniu — proponuje milutko Marcel.
— Ty... dobrze, ale weź powóz na godzinę, mój drogi.
— Jakto, pani pozwalasz im jechać powozem o tej porze? — pyta wuj tak sarkastycznie, że ciotka Coeur się zatrzymuje.
— Mój przyjacielu, ja na ciebie biorę za to odpowiedzialność. Któż ma się zająć dzieckiem?
Nie słyszę dalszego ciągu, gdyż odchodzę po kapelusz i okrycie. Po moim powrocie wuj znika, a ciotka przybiera powoli swój uśmiech pięknej, starej damy, która sypiała w Tuilleryach.
Pożegnanie, liczne »do widzenia« i wreszcie ulica zimna po cieple zamkniętego salonu.
Powóz na gumach oczekuje nas na przystanku przy ulicy Jonffroy. Jestem jeszcze czuła na jazdę gumami i głośno objawiam swoją radość. Marcel uśmiecha się, nic nie mówiąc. Zaczynam natychmiast:
— Bardzo jest miły twój ojciec.
— Miły.
— Pohamuj szaloną czułość, o najbardziej kochający z synów!
— Czegoż chcesz? Nie chcę dziś zdradzać papy, nieprawdaż? Znam go już od lat siedmnastu.
X(Milknę dyskretnie, trochę urażona).
— Nie dąsaj się Klaudyno; historya zbyt zawikłana, abym ci mógł ją wytłumaczyć.
— Masz słuszność, mój drogi, w żadnym razie to mnie nie dotyka. Jeżeli to nie jest chęć ukłucia twego ojca, musisz mieć jakieś powody.
— Mam je istotnie. On mamę unieszczęśliwił.
— Czy długo to trwało?
— Tak... ośmnaście miesięcy.
— Bił ją?
— Jeszcze czego! Ale nigdy go w domu nie było.
— A ciebie też unieszczęśliwił?
— Och! nie o to chodzi! Ale — tłumaczy mój »siostrzeniec« z tłumioną złością — on znakomicie umie ranić! Nasze usposobienia nie mogą zgodzić się pod żadnym warunkiem.
(Ostatnie słowa wymówił tonem rozczarowania, jakby nabytym z lektury, co wywołuje u mnie skrzywienie, ale w myśli).
— Klaudyno...! Ostatnim razem stanęliśmy na liście od Luci. Proszę cię, mów dalej! To o wiele ciekawsze, niż garnki i brudy rodziny!
(Ach! odnajduję znów mego Marcela, mego pięknego Marcela.
W świetle gazowych latarni, które mijamy, błyśnie i znika jego wysmukła postać, rysuje się i zaciera, a ja w tych chwilach rozróżniam wyraźnie rowek w delikatnym i upartym podbródku. Drżąca, zdenerwowana popołudniem, ciemnością, nowemi znajomościami i trochę za mocną herbatą, wsuwam zziębnięte ręce w gorączkowo rozpalone dłonie »siostrzeńca«. Dotychczas mówiłam prawdę; teraz trzeba wymyśleć bajki, ale porządne.
(Blagujmy! »Blagujmy odważnie«! — jak mówi Mélie).
— A więc oddałam Luci list podarty.
— Podarty?
— Tak, poszarpany w kawałki.
— Cóż ona na to?
— Płakała głośno, nie wstydząc się tego zupełnie.
— I... to było twoje ostatnie słowo?
(Dwuznaczne, jakby trochę wahające się milczenie Klaudyny... Marcel chciwie wysuwa piękną głowę).
— Nie... robiła co mogła, by mnie ubłagać. Gdy ja nalewałam wodę wiesz już, każda po kolei przygotowywała wodę czekała na mnie w sypialni, aż wszystkie wyszły, by módz ze mną mówić. Groziła mi głośnym płaczem, aby mnie zmęczyć i tak mnie »drażniła«, że w końcu wzięłam ją na kolana, usiadłszy na jej łóżku. Ona zarzuciła mi rączki na szyję, złożyła główkę na ramieniu i pokazywała naprzeciwko, w głębi podwórza, sypialnię chłopców; wieczorem widzieć było można, jak się rozbierali.
— Widać było jak się...?
— Tak, dawali nam znaki. Lucia śmiała się cichutko przy mojej szyi i uderzała mnie obcasami w nogę.
Powiadam jej: Wstań. »Władca« Mademoiselle nadchodzi! Ale ona rzuciła się na mnie gwałtownie i zaczęła całować mnie jak szalona...
— ...Szalona... powtarza Marcel, jak echo i jego ręce stygną powoli w moich.
— Ja w tej chwili wstałam, odtrąciłam ją, że prawie upadła na ziemię. Wołała cichutko: »niedobra, niedobra, bez serca«.
— A potem?
— Potem urządziłam jej jedną z tych porządnych trzepanek, po których ramiona ma sine, a głowę gorącą. Ja biję dobrze, gdy się do tego zabiorę. Ona przepadała za tem. Ukrywała twarz i pozwalała się bić, wzdychając głęboko... (mosty, Marcelu, dojeżdżamy) wzdychając głęboko, jak ty teraz.
— Klaudyno, — powiada słodkim, trochę drżącym głosikiem — nie opowiesz nic więcej, ja tak lubię te opowiadania...
— Zobaczę... Tylko, ty znasz warunki?
— Dobrze znam je. Za zwierzenia... zwierzenia... ale — dodaje, patrząc przed siebie powiększonemi oczyma, wysuwając usta czerwone i suche, — trudniej jest opowiadać historye przyjaźni czystych, namiętnych i serdecznych, obawiam się, że uczynię to zbyt krótko i niezgrabnie...
— Ho, ho! Chcesz się wykręcić. Jeśli tak, ja przestanę opowiadać.
— Nie, nie, mam obowiązek powiedzenia ci wszystkiego...
— Jesteśmy na miejscu. Trzeba zadzwonić.
Brama otwarta, on chwyta moje ręce miękkimi paluszkami, ściska je mocno i całuje obie.
— Ukłony wujowi, Klaudyno. Uszanowanie Fanchetce. O, nieoceniona Klaudyno! Czy ja myślałem, że moja radość przybędzie z Montigny?
(Dobrze się wyraził).
Przy stole opuszcza mnie trochę zdenerwowanie, więc opowiadam papie, który mnie nie słucha o zabawie i o wuju. Fanchette kochanka, wącha dół mojej sukienki, aby zbadać, skąd wracam. Wesoło nosi swój okrągły, śliczny brzuszek, co jej nie przeszkadza uganiać za ćmami po stole. Powiedziałam jej delikatnie »Fanchette, nie podnosi się łapek, gdy się jest w »takim stanie«, ale mnie nie słucha.
Przy serze, papa, którego dusza z pewnością błądziła, wydaje okrzyk.
— Co papo? Nowy ślimak?
— Przypomniałem sobie, już wiem wszystko! Wyleciało mi jakoś z pamięci; gdy człowiek jest zajęty ważnemi kwestyami przez całe życie, zapomina o tych drobiazgach. Biedna Ida, Marcel, Renard, otóż to! Do kroćset dyabłów! Córka Wilhelminy bardzo młodo wyszła za tego Renard, który także zresztą nie był stary. Wkrótce znudziła się mu. Słyszysz, córka Wilhelminy!... Ona miała syna, Marcela. Niedługo potem zaczęła się między nimi niezgoda. Kobietka wymagająca, drażliwa. Powiedziała mu: »Powracam do matki«. On na to: »Każę ci zawołać dorożkę!« Wkrótce potem ona umarła, jakoś nagle. I już.
Wieczorem, przed zaśnięciem, mówię Mélie, która zamyka okiennice:
— Mélie, teraz mam wuja. Nie, chciałam powiedzieć, że mam kuzyna i siostrzeńca, rozumiesz!
— Ty masz także kaprysy; tej porze gadać! I twoja kotka także! Odkąd jest w takim stanie, łazi po szafach, komodach i paskudzi!
— Trzeba jej dać koszyk. Czy to już prędko?
— Najprędzej za piętnaście dni.
— Ale ja jej nie przyniosłam koszyka z sianem.
— To głupstwo! Pozwól, to jej kupię koszyk jak dla psa, z materacykiem.
— Nie zechce. To zanadto paryskie dla niej.
— Także coś! A ten kot z dołu nie był dla niej zanadto paryskim, co?
Ciotka Wilhelmina była u mnie z wizytą i nie zastała mnie w domu. Rozmawiała z papą, tak opowiada Mélie i »nie posiadała się z oburzenia« na wiadomość, że wyszłam sama (musi wiedzieć, że większą część dzielnicy zamieszkują studenci Akademii sztuk pięknych).
Byłam daleko, aby zobaczyć liście.
Niestety! Zielone liście! One tu już na dobre rosną. A tam, co najwyżej, drzewa szpilkowe okrywają się zrzadka zieloną mgłą, która, zwiesiwszy się na gałęziach, tka delikatne pędy. W Luksemburgu próbowałam jeść pączki drzew, jak w Montigny; ale tutaj chrupią w zębach, bo są pokryte śniedzią. I nigdy, już nigdy nie odetchnę wilgotną wonią zgniłych liści i sitowiem zarosłych stawów, ani ostrem tchnieniem wiatru, który szumi po lesie. Tam puściły już fiołki, widzę je! Mur ogrodowy od zachodniej strony zarośnięty jest fiołkami karłowatymi, nedznymi, małymi, ale o dziwnie upajającej woni. Jakże mi smutno! Niezwykle ciepła i łagodna wiosna w Paryżu budzi we mnie uczucia leśnego zwierzątka, zamkniętego w menażeryi. Sprzedają tutaj przekupnie prymulki, żółte stokrotki i jaskry, ale wolę wiązanki stokroci, które układam ze zwyczaju; służą do zabawy Fanchetce; ona, mimo wydętego brzucha, podrzuca je zgrabnie łapką, zgiętą w kształt łyżki. Jestem moralnie przybita... Szczęściem ciała mi przybywa; sprawdzam to często z przyjemnością, zanurzona w ciepłej kąpieli, w mojej kadzi. Całe jest giętkie, elastyczne, smukłe, nietłuste, zato dosyć muskularne i nie wydaje się za szczupłe.
Pielęgnujmy giętkość, tylko, że tu nie mam drzew, aby się na nie wdrapywać. Trzeba więc, utrzymując się w równowadze na prawej nodze, obrócić się możliwie najwięcej w tył, lewą nogę unieść wysoko, prawą ręką poruszać, a lewą położyć na karku. To nie tak bardzo trudne, spróbujcie tylko! Paf! Wysypałam się. A gdy usiadłam, aby się wysuszyć, został na ziemi mokry ślad, mojej tylnej części ciała. (Fanchette, usiadłszy na łóżku, przypatruje mi się z pogardliwą obojętnością za moją niezręczność i za tę niepojętą manię siedzenia w wodzie). Zato w innych ćwiczeniach odnoszę zwycięstwo: zakładam kolejno nogi na szyję, albo zginam się w łuk, dotykając głową nóg. Mélie mnie podziwia, ale ostrzega mnie przed tymi gimnastycznymi wybrykami: Ty sobie popsujesz rysunek ciała!
Po tych przedstawieniach wpadam zwykle w apatyę lub zdenerwowanie; ręce za gorące lub za zimne, oczy błyszczące lub zmęczone, a przedewszystkiem paznokcie wymęczone. Nie powiedziałabym, aby ta mina zadąsanej kotki była brzydka, nawet bardzo stosowna do tych krótkich loków. O tem, czego mi brakuje... dowiem się chyba zbyt prędko. A zresztą toby mi ubliżało...
Skutkiem tego wszystkiego dnia dzisiejszego była niezwalczona namiętność Klaudyny dla Francois James’a. Oto ten dziwny poeta rozumie wieś, zwierzęta, stare ogrody i doniosłość drobnostek w życiu.

Mój wuj był dziś rano z wizytą u papy, który zrazu wściekły, że mu przeszkadzają, zmiękł wkrótce, bo Renard ma dar podobania się i rozbrajania. Przy dziennem świetle ma więcej siwych włosów, ale twarz młodszą, niż mi się zdawało poprzednio i szczególny stalowy blask oczu. Odrazu skierował rozmowę na Malakologię i papa rozgadał się bez miary. Przerażona tym potopem słów, wtrącam:
— Papo, chciałabym wujowi pokazać Fanchettę.
I prowadzę wuja do mego pokoju, paląc się z ciekawości, jak on też oceni moje łóżko-kołyskę, starą, perską zasłonę i kochane, szkaradne biureczko. On zgrabnie łaskocze końcami palców brzuch Fanchetty i zabawnie do niej mruczy. Doprawdy, mimo wszystko, co mówił Marcel, on jest bardzo miły.
— Drogie dziecko, biała kotka i niski taburecik, to nieodzowne stworzenia w pokoju młodej panienki. Brakuje tu tylko dobrej powieści... nie, oto jakaś. Sapristi, to André Tourette... Co za zabawny pomysł!
— O, pan tu zobaczy i inne. Proszę się do tego przyzwyczaić, że czytam wszystko.
— Wszystko? To mało. Nie myśl, że mnie wprawisz w zdumienie, to jest dla mnie przedewszystkiem śmieszne.
— Śmieszne!... — powtarzam z hamowanem oburzeniem, jestem już chyba dorosłą tak przynajmniej, by sobie dobierać lekturę!
— Tra, la, la! Rzeczywiście twój ojciec, który jest zresztą bardzo miły, jest nadzwyczajnym ojcem, ale... to są ignorancye, których możesz pożałować. Moje maleństwo, — dodaje widząc, że mi się zbiera na płacz, — ja nie chciałem ci robić przykrości. Nikt mnie nie upoważnił do tego, żeby ci prawić morały! Jako wuj, nie mam prawa do tego. To ci nie przeszkadza jednak, skończywszy z bibliomanią, być najśliczniejszą i najmilszą z siostrzenic, a teraz podaj mi łapkę na znak zgody.
Daję mu ją. Ale też niespodzianie spotkała mnie przykrość. Byłam tak nierozsądna, że odrazu tego człowieka nazwałam uprzejmym bez zarzutu.
Pocałował mnie w rękę. To już drugi mężczyzna, który mnie w rękę całuje. I widzę doskonale różnicę: pocałunek Marcela jest raczej szybkiem, nagłem i delikatnem dotknięciem, tak, że trudno mi poznać, czy to są wargi, czy też silniejszy nacisk palców na mojej skórze. U ojca mam czas wyczuć kształt ust.
Już odjechał. Powróci w niedzielę, by mnie zabrać na koncert. Odjechał...
Poczekajcie chwilkę. Wuj, który tak młodo wygląda. Czy ja mu dokuczyłam tem pytaniem o zwyczaj tracenia pieniędzy na wyścigach? Mógł mi odpowiedzieć, że już dawno skończył siedmnaście lat i nie nazywa się Klaudyną.
Z tem wszystkiem ciągle jeszcze nie mam wieści o Luci.

Klaudyna udaje damę. Klaudyna zamawia sobie suknie, jedną po drugiej i zamęcza starą i przestarzałą krawcowę Toullaux i modystkę Abraham Levi. Wuj mnie zapewnił, że wszystkie modystki w Paryżu są żydówkami. Ta chociaż okazuje zręczność i dość gustu; zresztą lubi przystrajać moją szczupłą twarz w puszyste moje włosy. Przed zmierzeniem sukni zczesuje mi włosy naprzód, boki mocno spuszy, oddala się o kilka kroków i mówi z zachwytem: »Pani jest zupełnie podobna do Polaire«. Co do mnie, wolałabym wyglądać, jak Klaudyna. Ponieważ tutaj panie już od lutego wkładają na głowę zieleń, wybrałam dwa kapelusze letnie: jeden duży, czarny z włosienia, przybrany piórami — »w tym wygląda się, jak bogate bébé«, robi uwagę pani Levi z miłym grymasem na ciemnych wargach — drugi, ryżowy z przybraniem z czarnego aksamitu. Wszystko musi być lekkie. Ja nie mam gustu Anaïs, która nigdy nie jest zadowolona, jeśli głowa nie ugina się pod ciężarem trzech kilogramów róż.
I wykończam jeszcze jednę niebieską suknię. Uwielbiam kolor niebieski, nie dla niego samego, ale dlatego, że potęguje »tabakową«, »hiszpańską« barwę moich oczu.

Marcel nie daje znaku życia. Czuję doskonale, że się na mnie dąsa. »Dąsa«, to trochę za grube określenie, ale wietrzę głuchy gniew. Pocieszam się, gdyż na dworze słota, starymi i nowymi szpargałami, tyle razy czytanym Balzac’iem, który w swych kartkach ukrywa jeszcze okruchy z dawnych podwieczorków... Oto szczątki ciastka z Montigny, widzisz Fanchetko. Zwierzę bez serca, ją to nie obchodzi, ona słucha brzęku rondlów w kuchni!... Papa, w krawatce na sznurku, głaszcze mnie po głowie, przechodząc. Czy też on jest szczęśliwy, ten człowiek, który zapełnił sobie życie ślimakami i stworzył rozrywkę pożyteczną i zajmującą!... Co mnie zastąpi ślimaki?

List od Klary. Ach, szczęśliwa!
»Droga moja, mam ci donieść o wielkiem szczęściu. W tym miesiącu poślubiam mego ukochanego, którego fotografię ci posyłam. On jest bogatszy odemnie; on niema jeszcze posady, ale to nic nie szkodzi. Jestem tak szczęśliwa! On otrzyma miejsce dozorcy fabryki w Meksyku (!!!) i ja tam z nim pojadę. Widzisz, w życiu jest tak, jak w powieści. Śmiałaś się kiedyś ze mnie, gdym ci to mówiła. Chciałabym bardzo, żebyś była na moim ślubie, etc. etc. etc...«
Następują nowe wybuchy i paplaniny młodej dziewczyny, która szaleje ze szczęścia. Ona na to zasługuje, na to całe wielkie szczęście, to słodkie, poczciwe, kochane dziecko! Ta prostota i słodycz szczęśliwym trafem pomogły jej więcej, niż najbardziej obmyślane zabiegi; nie jej w tem zasługa, ale dobrze, że się tak stało. Odpisałam jej natychmiast, naturalnie czule i serdecznie; a sama siedzę dalej przy ogniu, — ciągle jestem zziębnięta, gdy na dworze słota — w oczekiwaniu wieczoru i obiadu, sama z moim smutkiem i straszną niemocą. Ona wychodzi za mąż, ma lat siedemnaście, a ja?... Och! żeby mi zwrócono Montigny, i ostatni rok i przedostatni, i moją szalenie zuchwałą niesforność, żeby mi powrócono moją zdradzoną miłość dla Amandy, faworytki przełożonej i moją rozkoszną chęć pastwienia się nad Lucią, — bo ja tu nie mam nic, nawet chęci brojenia.

Ktoby wierzył, jakie żałosne myśli snuje ta Klaudyna, wyskoczywszy z łóżka, przykucnąwszy na dywanie przed kominkiem, całkiem, zdawałoby się, zajęta przypiekaniem tabliczki czekolady, którą przytrzymuje szczypczykami? Gdy powierzchnia zwrócona do ognia, zmięknie, zczernieje, a potem narasta twardszą warstewką, dzielę ją na cienkie płatki zapomocą małego nożyka... Smak wyśmienity, przypomina smażone migdały i waniliowe ciastka! Smutna to pociecha, jeść czekoladę przypiekaną na szczypczykach i malować paznokcie u nóg szmatką umoczoną w czarnym atramencie papy!

Słońce znowu zajaśniało i pokazało mi całą śmieszność moich wczorajszych smutków. Tem więcej, że o pół do szóstej zjawia się Marcel, ożywiony, piękny, jak... jak sam Marcel, strojny w blado-turkusową krawatkę, na tle której usta zdają się płonąć chińskim różem, sztucznym różem ust malowanych. Boże, a ta mała brózda między nosem a górną wargą, a ten nieznacznie srebrzący się meszek! Czysty jedwabny aksamit po 15 fr. 90, nie jest tak miękki!
— Mój »siostrzeńcze«, jak ja się cieszę! Nie gniewasz się, że włożyłam fartuszek?
— Śliczny jest ten fartuszek! Noś go, przypomina mi — jakżeż... no Montigny.
— Ja nie potrzebuję fartuszka, aby myśleć o Montigny. Żebyś wiedział, jaka to »buba«, kiedyś...
— O, tylko bez tęsknych rozczuleń, Klaudyno! tak ci z tem nie do twarzy!
Jego lekkomyślność jest dla mnie okrucieństwem w tej chwili i rzucam mu z pewnością złe spojrzenie, bo natychmiast staje się delikatny i uległy:
— Poczekaj, poczekaj, nostalgia! Będę ci dmuchał na oczy, to ona przejdzie!
Z kobiecym wdziękiem, udaną swobodą i nadzwyczajną delikatnością ruchów uwięził mnie w objęciu i łagodnie dmucha na moje przymknięte oczy. Przeciąga trochę tę grę i w końcu oznajmia:
— Ty pachniesz... cynamonem, Klaudyno.
— Dlaczegoż cynamonem? — pytam leniwie, oparta o jego ramię i trochę odurzona jego lekkim oddechem.
— Nie wiem. Ciepła woń, woń niezwykłych słodyczy.
— Ach tak! Więc bazar wschodni?
— Nie. Trochę tort wiedeński; zapach, zachęcający do jedzenia. A ja, jaki mam zapach? — pyta, przykładając aksamitny policzek zupełnie do moich ust.
— Skoszonego siana, — odpowiadam, wąchając go.
Nie odejmuje twarzy, więc całuję go delikatnie, ledwie dotykając. Równie dobrze całowałabym kwiat, albo dojrzałą brzoskwinię. Są wonie, które najlepiej czuje się ustami. Marcel to rozumie, zdaje mi się. Nie oddaje mi pocałunku i usuwając się z uśmiechniętą minką, mówi:
— Siano? To za pospolity zapach... Pójdziesz jutro na koncert? co?
— Pewnie. Twój ojciec był dziś rano z wizytą u papy; nie wiedziałeś o tem?
— Nie, — odpowiada obojętnie. Nie widuję się z papą codziennie... on nie ma czasu. A teraz odchodzę, bo nie mam ani minuty do stracenia. Czy wiesz, kto czeka, kiedy ja siedzę tutaj? Charlie!
Wybucha złośliwym śmiechem i ucieka.
Ale ja szanuję te szczególne względy, o ile one dla niego są miłe.

— Papo, ja w tej chwili idę na koncert. Śpiesz się trochę. Ja wiem, że mrożone jaja są boską potrawą, w każdym jednak razie pośpiesz się.
— Nieznośna kreatura, — deklamuje papa, wzruszając ramionami — wszystkie kobiety są jednakowe, począwszy od ostatniej oślicy. Ja się wynoszę!
Uważaj, przewrócisz karafkę końcem twego skrzydła...
— Prawda, że moja suknia doskonała.
— Hm... tak. To okrycie jest zeszłoroczne.
— Ależ nie. Zapłaciłeś za nie przed dwoma dniami.
— Prawda. Ten dom, to jest otchłań. Ciotka ma się dobrze?
— Ależ ona tu była. Nie widziałeś się z nią?
— Nie, tak, zresztą nie wiem; ona mnie nudzi. Jej syn jest o wiele przyjemniejszy od niej. Bardzo inteligentny. Zna się prawie na wszystkiem. Nawet w Malakologii nie jest takim straszliwym głupcem.
— Kto taki? Marcel?
— Ale nie, nie ten potworek, ten drugi, chciałem powiedzieć zięć Wilhelminy.
— Potworek, potworek! Dam ja papie tego rodzaju potworki. Nie, żebym źle myślała o ojcu Marcela, który mnie pociąga i nabawia gorączki, ale zawsze...
Dzwonek. Mélie się »śpieszy« opieszale. Wchodzą mój wuj i mój »siostrzeniec«, obaj błyszczący, przedewszystkiem Marcel, jak lalka w ubraniu trochę za nowem na mój gust; obecność ojca przyćmiewa go trochę.
— Kochany panie... jaka ona śliczna, ta mała, w tym czarnym kapeluszu!
— Wcale, — wcale, zapewnia papa niedbale, ukrywając swój szczery zachwyt.
Marcel krytykuje mnie poufale.
— Włóż szwedzkie, zamiast tych popielatoperłowych; to będzie ładniej do niebieskiego.
Ma racyę. Zmieniam rękawiczki.
Wszystko troje w zamkniętym powozie, Marcel skazany na straszne przednie siedzenie, zdążamy w stronę Châtelet. Jak ja drżę wewnętrznie, nic nie mówię i zachowuję się bardzo poważnie. Rozmowa między wujem Rénard jego synem nie grozi dojściem do gorączki.
— Chcesz zobaczyć program? Masz. »Potępienie Fausta«; to nie jest premiera...
— Dla mnie premiera.
Na placu Palmier sfinksy na fontannie plujące wodę, przypominają mi wstrętną zabawę, którą z zapałem uprawiałyśmy w Montigny; pięć nas, czy sześć małych brudasów, ustawionych w jednym szeregu, z policzkami nabrzmiałymi wodą, robiłyśmy zupełnie tak jak sfinksy, a ta, która plunęła najdalej, wygrywała piłkę lub orzechy.
Przy wejściu, na piętrze, wuj się już ukłonił lub przywitał z masą osób. Musi tu często przychodzić.
Oświetlenie podłe. Czuć gnój. — Dlaczego to śmierdzi gnojem? pytam po cichu Marcela, który mi odpowiada: »bo co wieczora grają »Michel Strogoff«.
Wuj Renard umieszcza nas w fotelach na balkonie pierwszego piętra. Trochę zmieszana tem, że siedzę tak na widoku, rozglądam się nieśmiało dokoła, ale tam mało co widać, gdy się przychodzi z dziennego światła i zaczynam odzyskiwać pewność siebie. To wszystko jedno, tam siedzą panie. I one robią »szmer«! To głośne zamykanie drzwi lóż, trzaskanie krzesłami, sprawia wrażenie kościoła w Montigny, gdzie nikt nigdy nie zajmował się tem, co mówił opat Millet na ambonie, a nawet przy ołtarzu.
Sala Châtelet jest duża, ale pospolicie brzydka; światła wydają się czerwone w obłokach kurzu. Powiadam wam, że to trąci stajnią! A te wszystkie postacie na dole, czarne panów, barwne pań, gdybym tak na nich, na tych ludzi, rzuciła chleb, czy też otworzyliby usta, by go uchwycić? Kiedyż już wreszcie zaczną? Wuj spostrzega, że drżę i blednę, więc bierze mnie za rękę i trzyma w swojej na znak opieki.
Brodaty mężczyzna z ramionami trochę »w kabłąk« wychodzi na scenę i oklaski (przecież raz!) przerywają niemiły gwar rozmów i strojonych instrumentów. To sam Colonne. Robi puk-puk laseczką po pulpicie, spogląda dokoła na swoich ludzi i podnosi ramię.
Przy pierwszych akordach »Potępienia« jakby kula jakaś przeskakuje mi z żołądka do gardła, zostaje tam i dusi mnie. Prawie nie słyszę orkiestry, a smyczki grają na moich nerwach, szalenie się boję wybuchnąć płaczem, bobym się naraziła na śmiech. Z wielkim wysiłkiem opanowuję to zwierzęce wzruszenie i wyciągam łagodnie moją rękę z ręki wuja, by wygodniej usiąść.
Marcel wodzi dokoła lornetkę i daje znaki głową na galeryę, gdzie rozróżniam miękkie filcowe kapelusze, długie włosy, twarze bez wąsów i wąsy rozstrzępione.
— Tam na górze, tłumaczy cichutko wuj, gromadzi się to, co jest najlepszego. Anarchiści, muzycy, literaci, którzy burzą i budują światy, a także sympatyczni chłopcy bez centa w kieszeni, którzy lubią muzykę. Tam także umieszczają każdego, który »protestuje«. Taki pan gwiżdże, rzuca niezrozumiałe obelgi, urzędnik zrywa go jak kwiat z łąki, wyrzuca, ale pozwala wrócić dyskretnie innemi drzwiami. Colonne chciał dla nich zarezerwować specyalne miejsca po umiarkowanych cenach, ale odmówiono przyjęcia. »Ten, który protestuje«, powinien to robić przede wszystkiem z przekonania.
Mam teraz ochotę śmiać się, słuchając jak Mefistofeles śpiewa kuplety o pchle. — Tak przesadnie rytmiczne w układzie, że Berloz mógł i w melodyi zachować tę wyrazistość, — tak mam ochotę do śmiechu, ponieważ ten baryton ma nieskończoną trudność w tem, żeby nie »grać« tego, co śpiewa. Utrzymuje się jak może w charakterze dyabelskim, ale czuje nad czołem chwianie się puszystego pióra, a jego brwi zakreślają wedle tradycyi accent circomflexe.
Aż do antraktu słucham z całem natężeniem moich nieudolnych i nienawykłych do rozróżniania tonów, uszu.
— Co tak śpiewa w orkiestrze na dętych instrumentach, wuju?
— To niskie tony fletu, zdaje mi się. Zresztą, jeśli zechcesz, spytamy w antrakcie pana Maugis.
Antrakt wbrew moim życzeniom przychodzi dość szybko. Nienawidzę, gdy przyjemność mi wymierzają i przerywają bez mojej przyczyny. Dokąd idą ci ludzie, dokąd tak tłumnie biegną? Może tylko na kurytarz wychodzą. Przytulam się do boku Marcela, ale wuj Renaud z tytułu swej powagi wsuwa mi rękę pod ramię:
— Zbierz myśli, moje dziecko. Dobrze, że dziś w skróceniu potępiają Fausta bez dodatków nowej szkoły, będę ci mógł pokazać kilka dość znanych osobistości. Ale twoje złudzenia zaścielą ziemię kwiatami, tak wiele ich opadnie!
— Czy to muzyka zrobiła cię, wuju, tak wymownym?
— Tak jest. W gruncie rzeczy mam fantazyę młodej dziewczyny pod czołem myśliciela.
Jego stalowe oczy, pobłażliwe i ospałe uśmiechają się do mnie tym uśmiechem, który mnie uspokaja i pozwala mu ufać.
Jego syn zanadto jest w tej chwili uważający i odchodzi dla powitania mamy Bermann, która rozprawia w gronie mężczyzn.
— Uciekajmy, uciekajmy, błaga mój wuj przerażony. Ona nam zaraz zacytuje ostatni społeczny aforyzm »swego znakomitego przyjaciela«, skoro przejdziemy koło niej.
— Co za znakomity przyjaciel? Czy ten, o którym mówiła w niedzielę u ciotki Coeur?
— Gravenille, akademik ogromnie odwiedzany, któremu ona... płaci pensyę, mieszkanie i utrzymanie. Ostatniej zimy jadałem obiady w tej budzie i wyjechałem pod takiem miłem wrażeniem: ogromny mężczyzna siedzi przed kominkiem w stylu Ludwika XIII i prezentuje przy ogniu bez żenady swoje nie pozapinane buciki...
— Dlaczego nie pozapinane? (zapytuję z dobrze udaną szczerością).
— Przez litość, bo wracał od... Klaudyno, ty jesteś niemożliwa! Właściwie tym razem ja ponoszę winę. Nie jestem przyzwyczajony do młodych panienek. Tak niedawno zostałem wujem. Ale teraz będę uważał.
— To szkoda! Już nie będzie nic zabawnego!
— Cicho, mała... Czytasz wszystko, więc powiedz, czy wiesz, kto to jest Maugis, którego widzę na dole?
— Maugis? Wiem, pisze sprawozdania muzyczne, artykuły pełne niedorzeczności, kalemburów, bigos z przesadnych zachwytów i afektacyi, którą niezawsze rozumiem...
— »Przesadnych zachwytów i afektacyi!« Co za zabawną mam siostrzenicę, mój Boże! To wcale dobry sąd, wiesz? Ale ja będę miał prawdziwą satysfakcyę, gdy będziesz z koncertu wychodziła, moje kurczątko!
— Dziękuję bardzo! Jeśli zgaduję, co te słowa mają znaczyć, powiedziałeś mi wuju »wychodziła« przez grzeczność?
Rozmawiając zbliżamy się do Maugisa; bardzo ożywiony, rozprawia gardlanym głosem, który łatwo się przygłusza i wydaje mi się przechodzącym fazę zachwytu. Zbliżam się bardziej. Bezwątpienia jego podziwy dostają skrzydeł. Bardedô! (jak mówią u nas, gdy dziecko upadnie...) Oto co słyszę:
— Nie, czyście się rozkoszowali tą świnią od trombonu, ryczącą wśród róż rozkwitłych tej nocy? Jeżeli Faust śpi mimo to... to mógł przeczytać Fèconditè przed przytuleniem się do pnia. Zresztą co za kupa gnoju, ta orkiestra! Ta zgnilizna, mały flecista byłby nie zły do syfilitycznego baletu, dmuchałby na nutę swego nieszczęścia równocześnie z harmonicznymi tonami harf; gdybym go chwycił, kazałbym mu poźreć jego instrument przez...
— Mój przyjacielu, mój przyjacielu, miarkuje ze słodyczą wuj za plecyma konwulsyonisty, jeśli pan dalej mówić będzie, straci pan miarę w porównaniach!
Maugis obraca swoje grube ramiona i pokazuje krótki nos, wyłupiaste, niebieskie oczy, pod opadającemi powiekami, ogromne, dzikie wąsiska nad ustami dziecka...
Jeszcze ciągle dysząc słusznem oburzeniem z oczyma nabrzmiałemi i szyją nabiegłą krwią, robi wrażenie byka, albo trochę ropuchy. (Lekcye historyi naturalnej w Montigny przydały mi się). Ale w tej chwili uśmiecha się miłemi ustami, a gdy składa mi ukłon, ukazując różową czaszkę o przesadnie wielkich rozmiarach, spostrzegam, że dół jego twarzy — podbródek delikatny, załzawione oczy tłuściocha i wargi chłopięce — przeczą bezustannie energii łysego czoła i samowolnego, krótkiego nosa. Przedstawiają mnie.
Więc:
— Mój stary, po co pan przyprowadziłeś panią w takie miejsce? pyta Maugis. Tak ślicznie jest w Tuilleryach z obręczą...
(Urażona milczę. A moja powaga bawi ogromnie tych obu panów).
— Marcel jest tutaj? pyta krytyk wuja.
— Tak, przyszedł z ciotką...
— Co? rzuca się Maugis. On się pokazuje teraz z swoją...
— Klaudyną — objaśnia wuj, wzruszając ramionami, Klaudyną, tą oto, która jest jego ciotką. Nasza rodzina jest ogromnie skomplikowana.
— Ach! więc pani jest ciotką Marcela? Istnieją przeznaczenia!
— Nie uwierzysz, jak jesteś zabawna! mruczy mój wuj walcząc z chęcią do śmiechu i zarazem gderania.
— Każdy robi, co może, odpowiada drugi.
(Co to ma znaczyć? Tu są rzeczy, których nie zrozumiałam).
Piękna cypryjka, pani Van Langendonck, mija nas konwojowana przez sześciu panów, którzy, jak ich jest sześciu, zdają się być w niej zakochani, a których ona w równej mierze obdziela pieszczotą swych oczu zachwyconej gazeli.
— Jakie śliczne stworzenie! Nieprawdaż, wuju?
— Rzeczywiście. To jedna z tych kobiet, które się powinno mieć u siebie w dniu przyjęć. Ona jest ozdobą i zachętą.
— I ludzie, dodaje Maugis, patrząc na nią, zapominają o pożeraniu podanych zakąsek.
— Komu się kłaniasz, wujaszku?
— To jest bardzo wpływowy tryumwirat...
— Jak tryumwirat Cesara Francka, przerywa Maugis.
Wuj mówi dalej:
— Trzej przyjaciele, którzy się nigdy nie rozłączają, razem ich zapraszają i żal każdemu ich rozłączać. Są piękni, dobrze ułożeni i rzecz nie do uwierzenia, uczciwi i delikatni. Jeden jest kompozytorem, pisze śliczne rzeczy z amatorstwa; drugi, ten, który rozmawia z księżną C..., śpiewa je po mistrzowsku, a trzeci maluje pastele bardzo udatnie, słuchając ich.
— Gdybym był kobietą, rozumuje Maugis, poślubiłbym wszystkich trzech!
— Jak się nazywają?
— Usłyszysz zawsze ich nazwiska razem: Baville, Brèda i della Sugès.
Wuj mimochodem wymienia powitania z tryumwiratem, który sympatycznie się przedstawia. Jeden Valois zabłąkany między nami, chudy i rasowy, jak heraldyczny chart, to Baville; śliczny, zdrów chłopak z podkrążonemi niebieskiemi oczyma i delikatną kobiecą buzią, to Brèda, tenor; wysoki, niedbały della Sugès, który ma coś wschodniego w matowej cerze i ostrym zarysie nosa, patrzy na przechodzących z powagą grzecznego dziecka.
— Panie Maugis, pan jesteś specyalista, nakreśl pan Klaudynie kilka karykatur, znanych...
W Wszech-Paryżu (czytaj Wszech-gnojówka), dobrze. Ładne przedstawienie dla młodego dziecka. Uważaj mały backfiszu, oto najpierw... (każdemu trzeba oddać, co mu się należy) bezpłodny elegant, ukochany przez te wszystkie, które nigdy, ach, nigdy — nie będą miały ochoty walczyć z wyludnieniem tej naszej kochanej ojczyzny...
(Wuj nie może pohamować objawów niezadowolenia; ma racyę: mój swobodny nauczyciel mówi tak płynnie, co oczywiście jest pożądane, że nie mogę pochwycić ani połowy jego dowcipów; nie wychodzą poza obręb jego wąsów, czego mocno żałuję, bo irytacya, którą wywołuje u wuja, dowodzi, że są cięte).
Następnie, tonem już poważniejszym, wylicza Maugis inne sławy:
— Proszę uważać, godna zazdrości ciotko godnego zazdrości Marcela; niektórzy z krytyków, jak Saint-Anne, zazdroszczą nam: ta broda, o której wszyscy dookoła możemy śpiewać jeśli pani pozwoli, że woda utleniona ją złoci i że jest płowa, jak zboże, ta broda nazywa się Bellaigne. Ach! Scudo z Revue des Deux-Mondes, mógłby ją siedm razy obrócić w swej gębie, zanim wypowie antiwagneryańskie brednie... ale jemu będzie wiele przebaczone, bo bardzo ukochał Parsifala i prawie tak, jak »Białą Damę« pochwalił boską melodyę ostatniej wieczerzy, która nucona przez niewidzialne usta przechodzi przez tonący w mroku wieczernik jak dreszcz miłości, czy smutku...
(Masz tobie, ten dostał mistycznego napadu! Szczęściem paroksyzm trwa krótko).
— Inny krytyk: ten mały, nieładny...
— Ten, który się ociera o ścianę?
— Tak, właśnie się ociera o ścianę, ten wiercący się korzonek bukszpanu, a! — Jaki on jest »kanciasty« ze swymi współbraćmi, brat!... Kiedy nie pisze nic z muzyki, puszcza w kurs ohydne pogłoski...
— A kiedy pisze o muzyce?
— Puszcza w kurs jeszcze ohydniejsze!
— Proszę mi pokazać innych krytyków, dobrze?
— Ba! Księżniczko, ma się smak popsuty na własnej słodyczy, chciałoby się czegoś słonawego. Nie! Nie pokażę pani innych krytyków dlatego, bo muzyka francuska ma tu tylko dwa dwunożne stworzenia, jako przedstawicieli, o których będę miał zaszczyt od pani...
— Ale inni?
— Inni, których liczba wynosi dziewięćset czterdzieści trzy i pół (jest między nimi jeden tabetyk), inni nie zaglądają nigdy do sali koncertowej — zresztą, toby im dobrze zrobiło — i zakrywają starannie swoje miejsca pokrowcami. Ale zostawmy tę hołotę, niech pani popatrzy, tam jest pani Roger-Michot o profilu kamei, Clovitz z twarzą gorylą, Diemier, który chowa w ustach klawisz bez krzyżyków, adwokat Dutasby, który nie opuścił ani jednego koncertu Colonne’a od dnia odłączenia od piersi, a tam stadło, zmuszające do wymiotów (patyk na skórki i pozerka na wagneryańską histeryę), które naczelnik straży ogniowej, pijaczysko bestya, nazwał któregoś dnia »Tristan i Izolda«.
— Kto to jest ta śliczna osoba w tej powiewnej sukni?
— Dalila, Messalina, przyszła Omfala, dziecię Austryi.
— Jak?
— Nie czytała pani tego u Hugo, ojca: »Anglia zabrała Leygues«... pytam się, co dobrego zrobiła... »a Austrya Hèglon!«
— A te wszystkie eleganckie damy?
— Zera, mniej niż zera; wysoka arystokracya i wysoka plutokracya, Gotha i Goldgotha, wierzch koszyka Hosiera i koszyka na sałatę. Wynajmuje to loże dla zwyczaju — nudny zwyczaj — muzykalne to jest, jak dzikie zwierzęta, a wszystkie skrzeczą, że orkiestry nie słychać, począwszy od markizy de Saint-Fiel, która przychodzi tu na podbój artystów, dokonywany przez nią zapomocą zapalenia oczu, aż do ładniutkiej Zuzanny de Lizery, w typie Greze’a »stłuczonego ozera«, nazwanej także »imię własne...«
— Bo?
— Bo ona nie zna ortografii.

Sądząc, że mnie wprawił w dostatecznie wielkie zdumienie, Maugis oddala się, wezwany przez jednego z kolegów na bombę piwa w bufecie, zupełnie zasłużoną przez wyschłe gardło za tak obfitą wymowę.
Spostrzegam Marcela za kolumną foyer; rozmawia cicho i szybko z młodym człowiekiem, którego tylko ciemny kark i gęste włosy są widoczne; pociągam delikatnie wuja, aby obejść kolumnę i poznaję czyste oczy, białą twarz i czarne włosy pewnej fotografii z kominka w pokoju mego »siostrzeńca«.
— Wujaszku, nie wiesz, jak się nazywa ten młodzieniec, z którym Marcel rozmawia pod kolumną?
Wuj się odwraca i żuje w ustach jakieś przekleństwo.
— Psiakość, to Charlie Gonzalès... to lampart niemożliwy!
— Niemożliwy?
— Tak, chciałem powiedzieć... że to nie jest towarzystwo odpowiednie dla Marcela... Ten chłopiec widocznie...
Dzwonek nas odwołuje. Marcel znajduje nas w krzesłach.
Zapominam o wszystkiem, słuchając skarg panny Pregi, opuszczonej i nieszczęśliwej, a orkiestra mnie przygniata w miejscu, gdzie głuchymi tonami uderza w serce Małgosi. Powtarzają inwokacyę do natury; Engel gwałtownie wyrywa włosy ze wzburzenia i wzrusza nakoniec publiczność, która wcale nie słuchała. »To dlatego, tłumaczy wuj, bo ta publiczność słyszała »Potępienie« tylko siedmdziesiąt sześć razy!« Marcel, siedzący po mojej lewej stronie, gryzie ze złości wargi. W obecności swego ojca zawsze jest na mnie zadąsany.
Wśród huków, które mnie męczą, Faust idzie do piekła — a my ku wyjściu zaraz potem.
Na dworze jeszcze jasno słońce oślepia.
— Pójdziecie na podwieczorek, moje dzieci?
— Dziękuję, ojcze i proszę o pozwolenie odejścia, naznaczyliśmy sobie schadzkę z kolegami.
— Z kolegami? Przypuszczam, że chodzi o Charlie Gonzalès?
— Charlie i inni, odpowiada Marcel stanowczym głosem.
— Idź, ale wiesz, dodaje wuj cicho nachyliwszy się do syna, w dniu, w którym będę miał tego zawiele, nie pozwolę ci odejść... Ty mi nie powtórzysz sceny z Ojcem Boileau.
Co to za historya? Palę się z ciekawości poznania jej.
Ale Marcel bez słowa odpowiedzi, z oczyma czerwonemi od tłumionego gniewu, żegna się i odchodzi.
— Jesteś głodna, moje dziecko? pyta znowu wuj. Jego twarz zgaszona postarzała się w jednej chwili.
— Nie, dziękuję. Chciałabym wrócić, jeżeli mnie wujaszek wsadzi do powozu.
— Ja też wsiądę z tobą. Odprowadzę cię.
Jak o wielką łaskę proszę, byśmy wsiedli na »gumy«, które właśnie przejeżdżają; ta kołysząca i miękka jazda zachwyca mnie.
Nie mówimy nic. Wuj patrzy przed siebie z miną znudzoną i znużoną.
— Mam zgryzoty, powiada po upływie dziesięciu minut, odpowiadając na niezadane pytanie. Mów co, moje dziecko, rozerwij starego.
— Wujaszku... ja chciałam zapytać, skąd znasz tych wszystkich ludzi, Maugis i innych?
— Ponieważ włóczyłem się potrochu wszędzie od piętnastego, czy dwudziestego roku, a stosunki z dziennikarstwem są łatwe; niema się pojęcia o tem, w Paryżu zawiązuje się szybko...
— Chciałabym także zapytać — ale jeśli to jest niedyskretne, proszę mi odpowiedzieć cokolwiek — co ty robisz zwykle wujaszku, czy masz jakie zajęcie, co? Chciałabym to wiedzieć.
— Czy mam jakie zajęcie? Niestety, tak! Ja »robię« zagraniczną politykę w Revue diplomatique.
— W Revue diplomatique... ależ to nudne jak... Chciałam powiedzieć (co za gapa, czuję, że się rumienię), chciałam powiedzieć, że to bardzo poważne artykuły...
— Nie poprawiaj się! Nie wygładzaj! Nie mogłaś mi lepiej pochlebić: to jest słowo pociechy, które ci będzie policzone. Przez całe życie byłem uważany przez ciotkę Wilhelminę i przez wielu innych, jako pogardy godne indywiduum, które same się bawi i bawi swoich przyjaciół. Od dziesięciu lat mszczę się za to, nudząc swoich współczesnych. A nudzę ich w sposób, który im jest najprzyjemniejszy... jestem pesymistą i nudziarzem!... Ja się odradzam Klaudyno, rosnę we własnym szacunku, spłodziłem 24 artykuły, dwadzieścia cztery, dwa tuziny, na nagłe doniesienie z Ems, zajmuję się teraz, trzy razy w tygodniu od sześciu miesięcy polityką rosyjską w Mandżuryi i w ten sposób zarabiam.
— To niesłychane! Jestem zawstydzona!
— Dlaczego ci to wszystko opowiadam, to inna rzecz. Zdaje mi się, ty, mimo szalonej ambicyi uchodzenia za dorosłą osobę, której się nie upomina, chowasz w swej duszy zapał i wrażliwość wyjątkowej dzieweczki. Ja się wcale nie zwierzam z przykrości, jaką miałem z Marcelem; ty ją widziałaś i już mam dość ojcostwa. Oto dlaczego twój wuj się rozgadał.
(Drogi człowiek). Mam ochotę do płaczu. Muzyka, zdenerwowanie... także i coś innego. To jest ojciec, jakiego mi brakuje. Och! nie, żebym narzekała na swego; to nie jego wina, że jest trochę dziwak... Ale ten, uwielbiałabym go! Ze zmieszaniem, którego doświadczam zawsze, gdy mam okazać coś, co jest we mnie dobre, odważam się...
— Prawda, że mogłabym być dobrym powiernikiem...
— Ależ naturalnie, nie wątpię. (Jego szerokie barki zamykają się dokoła mych ramion i on się śmieje, by się nie rozczulać).
— Chciałabym, by ci wyrządzano przykrości, żebyś o nich mógł potem mówić ze mną.
(Siedzę oparta o jego ramię, gumy podskakują po złym bruku wzdłuż ulic, a turkot wzbudza we mnie romantyczne myśli o nocy i pocztowej karetce).
— Klaudyno, coście robiły o tej porze w Montigny?
(Otrząsam się; nie myślałam wcale o Montigny).
— O tej porze... Mademoiselle klaskała w dłonie na znak rozpoczęcia wieczornej lekcyi. Przez półtory godziny aż do szóstej, traciło się oczy odczytywaniem lekcyi o zmroku, albo, co gorsza, przy świetle dwóch lamp naftowych, bardzo wysoko zawieszonych. Anaïs jadała ołówki, kredę, albo drzewo jodłowe, a Lucia żebrała u mnie swemi skośnemi oczyma pastylki miętowe, bardzo pieprzone... Czuć było sprzątanie czterogodzinne, pokropiony kurz, atrament i źle umyte dziewczynki...
— Tak źle umyte? Do dyabła! Tam wodowstręt nie miał żadnego wyjątku, prócz ciebie?
— Tak, oczywiście; Anaïs i Lucia wyglądały zawsze dość czysto; innych nie znałam bliżej, a cóż, włosy porządnie uczesane, pończochy zaciągnięte i białe kamizelki, ale pan wie, to niekiedy niczego nie dowodzi.
— Boże, czy ja wiem! Na nieszczęście nie mogę ci powiedzieć, z jakiego względu ja o tem wiem.
— Inne uczenice po największej części nie miały nawet pojęcia, co jest brudne i czyste. Naprzykład, Célénie Nauphely...
— Ach, ach! Ciekaw jestem, co robiła Célénie Nauphely!
— Więc Célénie Nauphely myła się cała — duża dziewczyna, czternaście lat — o pół do czwartej, pół godziny przed odejściem i mówiła głośno, z przenikliwą i stanowczą miną: »Mademoiselle, czy pani pozwoli mi odejść, bo muszę iść ssać swoją siostrę?«
— Litości! ssać swoją siostrę?
— Tak, proszę sobie wyobrazić, że jej zamężna siostra odłączyła dziecko i miała tak wiele pokarmu, że bolały ją piersi. Dlatego Célénie ssała ją dwa razy na dzień, by jej ulżyć. A potem głuptaski otaczały to niemowlę karmione z zazdrosnemi uwagami. Ja nie mogłam jeść podwieczorku, usłyszawszy po raz pierwszy jej opowiadanie o tem. A panu to nie szkodzi, co?
— Nie mów z takim naciskiem, bo zdaje mi się, że mi to w istocie zaszkodzi. Ty mi, Klaudyno otwierasz zupełnie nieznane horyzonty zakładów w Fresnois!
— A Heloiza Basseline, która jednego wieczora zastaje Klarę, moją mleczną siostrę z nogami w wodzie! »Co ona wyprawia, czyś ty oszalała? To nie jest sobota, wieczór, aby myć nogi«. — »Ale, odpowiada Klara, ja je myję co wieczora«. Na to Heloiza Basseline odchodzi, wzruszając ramionami i mówiąc: »Moja droga, w szesnastym roku życia masz już nawyczki starej panny!«
— Boże na niebie!
— Ach, jabym panu mogła opowiedzieć bardzo wiele innych rzeczy, ale nie można, bo nieprzyzwoite.
— E, stary wuj!
— Nie, w każdym razie nie chcę... Ale, à propos, moja mleczna siostra wychodzi za mąż.
— Ta, która myła nogi? W siedmnastym roku? Ona jest pomylona!
— Dlaczego? pytam z oburzeniem. W siedmnastym roku życia nie jest się już podlotkiem! Ja, ja także mogłabym doskonale wyjść za mąż.
— No, za kogóż?
Zaskoczona niespodzianie zaczynam się śmiać:
— Ach! to inna rzecz! Oblubieniec każe czekać na siebie. Dotychczas się nikt nie zgłasza. Moja piękność nie zyskała jeszcze należytego rozgłosu w świecie.
Wuj Renaud wzdycha i opiera się o poduszki powozu.
— Niestety ty nie jesteś dostatecznie brzydka i niedługo można cię brać w rachubę. Jakiś pan zakocha się w zgrabnej figurce i głębiach podłużnych oczu... i już nie będę miał siostrzenicy.
— A więc, nie powinnam wychodzić za mąż?
— Nie myśl, Klaudynko, że ja żądam od ciebie zobowiązań lub poświęceń. Ale przynajmniej proszę cię, nie wychodź za byle kogo.
— Niech mi wujaszek sam wybierze męża z całym spokojem.
— A dajżesz pokój!
— Dlaczegóżby nie? Jesteś tak życzliwy dla mnie!
— Bo nie lubię, gdy mi z przed nosa zjadają najlepsze ciastka... Wychodź, moje dziecko, jesteśmy na miejscu.
(To co teraz powiedział jest lepszem od wszelkich komplementów, nie zapomnę tego).
Otwiera nam Mélie, z piersią w dłoni, a w bibliotece zastaję papę na wielkiej konferencyi z panem Maria. Ten obrosły uczony, o którym zupełnie zapominam, przepędza tu godzinę prawie każdego ranka, ale mało się z nim widuję.
Gdy wuj Renaud odjechał, papa mi uroczyście oznajmia:
— Moje dziecko, chcę z tobą podzielić radosną nowinę.
(Co tez on jeszcze żałosnego wynalazł, mój Boże!)
— Pan Maria chce być moim sekretarzem i pomagać mi w pracy.
(Co za szczęście, niema chyba większego! Ucieszona, podaję rękę panu Maria).
— Ależ, jestem bardzo szczęśliwa, jestem pewna, ze pańskie współpracownictwo może oddać papie nieocenione usługi.
Jeszcze nigdy nie powiedziałam tyle odrazu temu lękliwemu człowiekowi, a on skrywa się w lesie swoich włosów, brody, brwi, nie mogąc ukryć zmieszania. Podejrzywam tego poczciwego chłopca, ze żyje dla mnie, nie łamiąc sobie bardzo tem głowy.
To mi nic nie szkodzi. Przynajmniej jeden, który nie zamarzy, aby mi uchybić w okazywaniu szacunku!
Jeszcze jeden list od Klary, w którym pisze bajki o swem szczęściu.
»Jak ty się musisz bawić — pisze mi — jeśli ci się chce myśleć o mnie«.
Czy ja się bawię? Och!... Nie powiem, żebym się nudziła, ale nie jestem zadowolona. Tylko nie myślcie, że się kocham w Marcelu. Nie. On tylko wznieca u mnie nieufność, zainteresowanie się, trochę czułości i z fizycznych względów ochotę dotykania go. Oto wszystko. Cały czas mam ochotę głaskać go, pieścić jego policzki, ciągnąć go za uszy, obcinać mu paznokcie, jak Luci, jak robiłam z nią, zbliżyć jedno moje oko do jego, rzęsy do rzęs, aby widzieć fantastyczne błękitne pręgi w jego źrenicach. Właściwie, przypatrzywszy się bliżej, widzę, że jest trochę podobny do ojca, tak w zmniejszeniu. Ach tak, w zmniejszeniu! I ciągle nic od Luci. To śmieszne, jak długo trwa to milczenie!
Mam kostyum tailleur, po dwóch próbach w »New Britannia«, odbytych wobec Marcela, dwóch posiedzeniach konania ze śmiechu; dobrze, że zachowałam powagę, jak prawdziwa dama. Mój »siostrzeniec« był zachwycający. Usadowiwszy się o trzy kroki na krzesełku w jednym z lustrzanych gabinecików, obracał jak frygą Leoną, spódniczarką i krawcem panem Rey z gestykulacyą, która mnie olśniewa: »Nie sądzi panienka, że zmarszczki na biodrach trzeba posunąć w tył? Spódniczka, nie za długa; tylko do ziemi, do chodzenia najwygodniejsza, zresztą ta pani nie umie jeszcze chodzić w zbyt długich sukniach... (Pełne oburzenia spojrzenie Klaudyny, która nie mówi ani słowa...) Tak, rękaw układa się dobrze. Dwie kieszonki po bokach kamizelki na schowanie palców, gdy się ma ręce wolne... Klaudyno, na Boga, dwie sekundy spokoju! Fanchetka mniej by się wierciła, niż ty«. Osłupiała »panienka od sukien« nie wiedziała, co myśleć. Schyliła się po cztery klapki, leżące na dywanie, pytając siebie widocznie: »To chyba nie jej brat, bo mówi jej vous, to musi być jej facet!« A kiedy po ostatniej próbie »próba skończona«, odjechaliśmy razem, Klaudyna rozpromieniona, w kamizelce z białym kołnierzykiem, w czółenku, które odsłania krótkie włosy, Marcel mówi, robiąc »perskie oko«:
— Wiem doskonale, Klaudyno, dlaczego masz humor, ale moje zdanie zachowam dla siebie.
— Dlaczego? Możesz odejść sobie, skoro tak zaczynasz mówić.
— Ale nie! Szacunek, uczucie rodzinne!... Ale ten krochmalony kołnierzyk, te krótkie loki, ta obcisła spódniczka, ach! ha ha! Papa gotów kręcić na to nosem.
Pytam już zaniepokojona:
— Przypuszczasz, że mu się to nie będzie podobało?
— Przyzwyczai się. Papa nie jest święty, choć udaje obrońcę uciemiężonej moralności.
— Dzięki Bogu, nie, wcale nie święty. Ale on ma smak.
— Ja także mam smak, odpowiada Marcel urażony.
— Ty, ty masz przedewszystkiem... gusta i wcale niepospolite.
On się śmieje kącikami ust; tymczasem wchodzimy na ponure piętro przy ulicy Jakóba. Mój »siostrzeniec« z ochotą przystaje na podwieczorek u mnie, w moim pokoju, gdzie rozkładam na kolanach rahat-lukum, przejrzałe banany i zimny grog ze słonymi ciastkami. Na dworze jest ciepło, a w moim pokoju świeżo i mrok. Zaczynam pytać o rozmaite sprawy, które od kilku dni leżą mi na sercu.
— Marcel, co to za historya z tem liceum Boileau?
Wsparty o poręcz karła, w trakcie ogryzania słonego ciastka z delikatnych paluszków, skręca się jak jaszczurka i chciałby mnie drapać. Policzki oblane purpurą, brwi ściągnięte, usta ze zdumienia otwarte, co za śliczny rozgniewany bożek! Mały, ale jaki piękny!
— Ach, więc ty słyszałaś? Winszuję, masz słuch wyborny. Mógłbym ci odpowiedzieć, że... to ciebie nie obchodzi...
— Tak; ale ja jestem za grzeczna na tak ordynarną odpowiedź.
— Historya z liceum Boileau? Czysta obelga i ja jej nie zapomnę, póki żyć będę! Mój ojciec... to ci pomoże poznać go lepiej, bo go uwielbiam. On mi zrobił jedną rzecz...
(Jaką on ma niesłychanie »wściekłą« minę, ten mały! Ciekawość mnie pali).
— Opowiedz mi tę historyę, proszę cię.
— Ach... ty wiesz... Charlie...
— Gdybym wiedziała!
— Więc masz. Gdy wstąpiłem jako eksternista do liceum Boileau, Charlie miał wstąpić na rok przyszły. Wszyscy ci chłopcy, źle wychowani, z czerwonemi rękami, brudnymi kołnierzykami, dokuczali mi! On jeden tylko... Ja miałem to wrażenie, że on tak myśli, jak ja, chociaż trochę starszy! Długo mi się przypatrywał, nie rozmawiając ze mną, a potem, tak z niczego, zbliżyliśmy się; nie można się oprzeć urokowi tych oczu... Ja byłem usidlony przez niego, a nie mogłem mu tego powiedzieć, on był — chcę temu wierzyć, szepcze Marcel, spuszczając oczy — usidlony przezemnie, aż wreszcie...
— On ci to powiedział?
— Nie, napisał mi. Niestety!... Ale poczekaj. Odpowiedziałem mu, ale z jakiem zrozumieniem! I odtąd widywaliśmy się poza kolegium, u babki i gdzieindziej... On mnie uczył poznawać i kochać tysiące rzeczy, o których nie miałem pojęcia...
— Tysiące!
— Och! tylko nie spiesz się z przypuszczeniem o Lucinadach, protestuje Marcel, wyciągając rękę. Wymiana myśli, uwagi o książkach, wymiana drobnych pamiątek...
— Pensyonarka, strach!
— Pensyonarka, dobrze. A przedewszystkiem wspaniała korespondencya, prawie codziennie, aż do dziś...
— A! tego właśnie się obawiałam!
— Tak. Papa mi ukradł jeden list.
— Ukradł, to za śmiałe.
— Tak, mówił, że znalazł go na ziemi. Ktoś mniej od niego niechętny, byłby przynajmniej zrozumiał, ile w tych czułościach znajduje się... czystej literatury. Ale on! On wpadł w brutalną pasyę, ach! kiedy o tem myślę zdaje mi się, że mógłbym mu wyrządzić coś najgorszego, on mnie bił, słyszysz, bił! I pobiegł natychmiast, aby, jak mówił, podłożyć »bombę« pod kolegium...
— W którem poproszono cię... abyś odszedł?
— Gdyby tak było. Nie, wyrzucono Charlie. Oni śmieli! Gdyby nie, papa byłby zapewne podkładał »miny« w swoich obskurnych dziennikach. On jest do tego zdolny.
Chciwie słucham i podziwiam. Policzki jego płoną, błękitne oczy zrobiły się czarne, usta drżą, kąciki skurczone, być może z ochoty do płaczu; nie widziałam jeszcze dziewczynki tak pięknej, jak on!
— A list, ojciec go schował zapewne?
Marcel śmieje się z przymusem:
— Chciał tego! Ale ja także jestem uparty, wykradłem go zapomocą klucza, którym dobrałem się do jego szuflady.
— Ach! pokaż mi go, ja cię błagam!
Z mimowolnym ruchem ku kieszeni na piersiach, odpowiada:
— Co za szkoda, nie mam go przy sobie!
— Jestem zupełnie pewna, że go masz; Marcelku, mój śliczny Marcelku, to byłoby złe odwzajemnienie ufności, takiej ślicznej ufności twojej przyjaciółki, Klaudyny!
Chytrze wyciągam ku niemu ręce, a oczy robię możliwie najbardziej pieszczotliwe.
— Mała zdrajczyni! Nie weźmiesz mi chyba przemocą? Czy kto widział kiedy! Zostaw, Klaudyno, połamiesz mi paznokcie. No, trzeba ci go pokazać. Ale zapomnisz o nim?
— Na głowę Luci!
Wyciąga porte-cartes damski, zielony empire, wydobywa stamtąd gruby papier starannie złożony, zapisany męskiem pismem. Skosztujmy literatury Charlie Gonzalèsa:

Mój drogi!
Muszę wyszukać tę powieść Auerbacha i przetłumaczyć ci ustępy, w których jest opisana miłości pełna przyjaźń dwojga dzieci. Po niemiecku umiem tak, jak po francusku i to tłumaczenie nie przedstawia dla mnie żadnych trudności, czego prawie żałuję, bo miłoby mi było zaznać jakich trudności dla ciebie, mój jedyny, ukochany. Och tak! jedyny! jedynie ukochany, jedynie uwielbiany! Tymczasem ty zazdrosny jesteś. Nie przecz, ja umiem czytać między wierszami tak, jak w głębiach twoich oczu i nie mogę się oderwać od nieznacznej uwagi w twoim liście o »nowym przyjacielu ze zbyt czarnemi lokami, z którym rozmowa tak bardzo mnie zajęła przy wyjściu o czwartej godzinie«. Tego rzekomo nowego przyjaciela poznałem dopiero co; ten chłopczyk »o zbyt czarnych lokach« (dlaczego zbyt?) jest florentyńczykiem, nazywa się Giuseppe Bocci, rodzice umieścili go na stancyi u słynnego profesora B.... (kto to jest, ty wiesz dobrze, my wszyscy o tem wiemy), aby go ustrzedz przed zepsuciem szkolnych koleżeństw; są rodzice, którzy mają rzeczywiście nos! Ten dzieciak mówił mi o ciekawem studyum psychologicznem, poświęconem przez jednego z jego współziomków all’Amicicie di Collegio, które ten zaalpejski Kraft-Ebing określa jako »mimikę instynktów zmysłowych«.
Ponieważ broszura zawiera ogromnie ciekawe spostrzeżenia, Giuseppe mi ją pożyczy; prosiłem o nią... dla kogo?... Dla ciebie, rozumie się, dla ciebie, który mi zapłacisz za to niesprawiedliwe podejrzenie, szkaradna, droga Marcelinetko! Czujesz twoją niesprawiedliwość? Więc pocałuj mnie. Nie czujesz jej? Wobec tego, ja ciebie całuję.

Ile już broszur wydano, mniej lub więcej zręcznie traktujących o tej kwestyi, dotyczącej i obchodzącej wszystkich!... A ja czytałem te wszystkie książki, dlatego mam smutną duszę, chyba, że twoje słodkie wspomnienie ją rozjaśnia.
Aby się utwierdzić w mojej wierze i religii zmysłów czytałem wspaniałe sonety Szekspira do Pembroke i niemniej bałwochwalcze Michała-Anioła do Cavalieri; jestem już przygotowany na Montaignea, Tennysona, Wagnera, Walt Whitmana i Carpentera...

(To dziwne, przysięgłabym, że już gdzieś czytałam ten spis autorów, trochę specyalnych!)

Przywoływałem młodych ludzi z uczty Platona, wybrańców hufca świętego w Tebach, Achilla i Patrokla, Damona i Phytiasa, Charitona...


To mnie nie obchodzi, więc pomijam! To, na Boga, niemożliwe! On musiał przepisać Przewodnik dla panów, których kobiety nie zrujnowały.

Brałem udział w tych wszystkich szlachetnych męzkich namiętnościach Starożytności i Odrodzenia, które nam wychwalają pedantycznie...

Ach, ach! Mam go! To słowo: »pedantycznie« wyjaśnia mi wszystko! Uroczy Charlie przepisał poprostu stronice z Escal-Vigor; »ten młody umie grać Eckhouda«, jakby powiedział Mangis. Nic w tem strasznego, że mówię o tem jego małej Marcelce; więcej zabawny wskutek tego... Zakończenie wygląda bardziej na osobistą własność:

Mój drogi, piękny dzieciaku, mój Tanagro oziębły i śliczny, całuję twoje oczy drżące, całuję twoje wonne usta; żal mnie tylko bierze ogromny, że nie mogę ich dotknąć ustami, tak czystemi, jak twoje. Ale ty wiesz, cała ta niezdrowa przeszłość, którą poświęciłem dla ciebie bez wahania, cała ta przeszłość, pełna poniżających przygód, dziś wzbudzających obrzydzenie, wydaje mi się jakąś bolesną, długą zmorą. Jedynie twoje przywiązanie mi zostało, zapala mnie, unosi...
Pa! Zostaje mi tylko kwadrans czasu na przestudyowanie »Konceptualizmu Abelarda«. Jego pomysły powinny mieć szczególne znaczenie dla tego kaleki.

Twój ciałem i duszą, Marcelinetko

Charlie.






Skończone. Cóż mam powiedzieć? Onieśmielają mnie te historye chłopców, tych kochanek w spodniach »pieszczących się«, jak mówi Lucia. Nie dziwi mnie wcale, że ojciec »Marcelinetki« też ten »tic« przejął... Oh! wiem dobrze, bardzo dobrze, że mój »siostrzeniec« jest zupełnie smaczny, i więcej jeszcze. Ale ten drugi? Marceli całuje go, całuje tego Charlie, frazesowicza i plagiatora, mimo jego małych czarnych wąsików? A kołnierze koszul muszą im przecie przeszkadzać, bo gdy się tak całuje, jeden musi mieć koniecznie głowę w tył pochyloną. Słyszę wielką Anaïs odpowiadającą mi: »Głupia, naturalnie że nie, że nie przeszkadzają im kołnierze koszul«. Ale Anaïs to straszydło. Marceli musi nie być brzydkim przy pieszczocie. Patrzę na niego z podełba, przed zwróceniem mu listu; nie myśli on wcale o mnie, nie zamyśla pytać się o moją opinję, z brodą na ręku wspartą, idzie za myślą jakąś. Podobieństwo jego z moim kuzynem Wujem, rażące teraz, żenuje mnie nagle i oddaję mu jego kartki.
— Marceli, twój przyjaciel ładniej pisze takie listy niż Lucia.
— Tak, ale czy nie jesteś oburzona, tą głupią surowością, karzącą takiego cudnego Charlie?
— Oburzona, nie jest może właściwem słowem, ale jestem zdziwiona. Bo ostatecznie, niema może jak jeden Marceli na świecie, ale innych »Charlie’ch« musi być mnóstwo po szkołach.
Innych Charlie’ch! Alez Klaudyno nie będziesz go przecież porównywać z temi zbrukanemi bałwanami, którzy...
— Którzy co?
— Mam ci pewnie dać opis, nie prawda? Oto, daj mi coś pić i karmelek; aż mi gorąco na myśl o tem wszystkiem.
Ociera czoło małą, batystową, błękitną chusteczką. Podaję mu usłużnie szklankę zimnego grogu, on kładzie przy sobie na bambusowym stoliku karnecik i opiera się, jeszcze zgorączkowany, aby pić drobnemi łyczkami. Ssie różany karmelek, przygryza słonem ciastkiem i pogrąża się we wspomnieniu swego Charlie. A mnie gryzie ciekawość i pytam sama siebie, jakie jeszcze listy zawierać może ten blado-zielony karnecik w stylu empire. Doznaję czasem (nie często dzięki Bogu) gwałtownych, brzydkich pożądliwości, tak natarczywych jak chętka kradzieży. Zaiste, zdaję sobie dobrze sprawę z tego, że gdyby Marceli przyłapał mnie na szperaniu w jego korespondencyi, miałby prawo mną gardzić, i z prawa tego by korzystał; ale na myśl o tem, rumieniec wstydu nie pokrywa mego czoła, jakby to koniecznem było w każdem wypracowaniu szkolnem. Tem gorzej! Stawiam niedbale talerz z ciastkami na karnecie — kusicielu. Może się uda.
— Klaudyno, mówi Marceli, jakby budząc się ze snu — babka moja uważa, że jesteś bardzo dzika.
— To prawda, nie umiem z nią mówić. Co chcesz, nie znam jej...
— To zresztą nie ma żadnego znaczenia... Boże! jak twoja Fanszeta niezgrabną się robi.
— Cicho! Moja Fanszetka jest zawsze śliczna! Ona bardzo lubi twego ojca.
— To mnie nie dziwi... on taki sympatyczny! Po tem uprzejmem słowie wstaje. Batystową chusteczkę wsuwa w lewą kieszonkę.., aj!... nie, już nie myśli o tem. Żeby sobie tylko poszedł, prędko! Na sekundę przypominam sobie liściki miłosne Anaïs, które takiż napad ciekawości, kazał mi wydobywać, nawpół spalone z pieca Szkoły... i nie odczuwam żadnego wyrzutu sumienia. Zresztą wyśmiewał swego ojca, to szkaradny chłopak!
Odchodzisz? Już?
Tak, muszę. I zapewniam cię, że czynię to zawsze z żalem. Bo jesteś powiernicą wymarzoną — i tak mało kobietą!
Nie można być bardziej uprzejmym! Odprowadzając go aż do schodów, aby się upewnić, że drzwi zamknięte i że zmuszony będzie zadzwonić, gdyby się wrócił.
Prędko, do małego karneciku! Pachnie dobrze, zapach Charlie’ego, przypuszczam.
W jednej kieszonce portret Charlie. Na formacie karty, biust z gołemi ramionami, czoło opasane starożytną przepaską i u spodu data »28 grudnia«. Zajrzyjmy do kalendarza »28 grudnia, Młodzianków«. Doprawdy, zapewne bywają niekiedy kalendarzowe zestawienia.
Paczka błękitnych kartek telegraficznych, pismo wydłużone, pretensyonalne, ortografia pospieszna: schadzki naznaczone i odwoływane. Czułości: »Niedobry Charlie! Czekałem na ciebie na ulicy Lamennais, więcej niż godzinę. Będziesz ukarany. Małe ulubione miejsce za uchem, wzbraniam ci (sic) przez trzy dni... jeśli będę miał odwagę«. Drugi bilecik: »Przyjdź dziś wieczór, włożę dla ciebie suknię zadziwiającą, koronki chantilly i pailletki, wyglądam w niej tak, że umrzeć z zachwytu«. I dwa te telegramy podpisane... Juljusz! A to co naprzykład, Anaïs ziewnęła by z zadziwienia. — Przy tej korespondencyi fotografia kobiety! Kto to jest? Bardzo ładna osoba, do przesady szczupła, biodra zaledwie się zaznaczają, suknia czarna koronkowa z paillelkami dyskretnie wycięta, palec trzyma na ustach, posyła pocałunek; u dołu fotografii tensam podpis... Juljusz! To! mężczyzna? Ale, ale Zaostrzam wzrok, biegnę po szanowną powiększającą lupę ojca, przyglądam się dokładnie. Kostki u rąk »Juljusza« wydają się nieco grube, ale daleko mniej rażące niż u Maryi Belhomme, nie mówiąc już o innych; biodra nie mogą być męzkie, ani też te okrągłe toczone ramiona, a jednak, jednak muskuły szyi, pod uchem, każą mi się wahać nieco. Tak, szyja, to szyja efeba; widzę to teraz... kiedy wiem o tem. Wszystko jedno! Szperajmy dalej.
Na ordynarnym papierze, kucharskim stylem, ortografią następujące niezrozumiałe objaśnienia:
»Co do mnie nie radzę iść na ulicę Traversiére względem co Majster chłopakiem tak manywruje co chłopak wszystko wyśpiewa, ale nie ma żadnego ryzyka iść ze mną do Leona, sala jest korzystna przy piwiarni o której mówiłem, i uwidzicie tam osoby jak się patrzy, artylerzystę, mastelerzów od Medrano, ekcetera. A co względem Ernestyny i Szaransonki, baczność! Nie myślę żeby Wiktorynka już była losowała. Na ulicy Lafitte babcia powiedzieć wam musiała co hotel pewny bo Majster jest z tych.
Jak »Prof. Filo«. Majster jest z tych. Z czego? Z policyi? Musi być z policyi aby hotel był bezpieczny? Co za dziwny świat! I to tę zbieraninę Charlie »poświęcił« dla Marcelego! I poczytuje to sobie za zasługę. Co mnie najwięcej zadziwia to to, że »siostrzeniec« mój przyjmuje bez obrzydzenia resztki przywiązania po jakichś Szaransonkach artylerzystach »ekcetera«. Za to rozumiem doskonale, że Charlie, znudzony zbyt uprzejmymi Juljuszami — nieprawdopodobna jednak ta fotografia — znalazł nowy powab w tym dziecku, które dawało mu uczuciowość nietkniętą, ze skrupułami, których pokonanie było rozkoszą.
Do kroćset! ci chłopy są świnie! Gorzej: głupią jest ta potrzeba jednoczesnego pogardzania i parodjowania kobiety. Och! przewiduję zarzut: »Gdyby szło o Lucię i o kogoś jeszcze, co myślałabyś Klaudyno?« Idjotyczny jest zarzut! Naprzód dlatego, że to co myślę, nic was nie obchodzi, a powtóre, że małe dziewczynki są daleko ładniejsze.
Stanowczo ten Charlie jest mi wstrętny. Mój kuzyn Wujaszek miał świętą racyę, że go wyrzucił za kark z liceum Boileau... Taki chłopak brunet, musi być porosły włosem na piersiach...
— Melo! Prędko biegnij do ciotki Serdecznej, weź dorożkę, trzeba zanieść ten pakiecik Marcelemu, z listem, który piszę do niego. Nie oddasz odźwiernej.
— List, dobrzy ludzie! Naturalnie, że go sama doręczę! Ładną jesteś dziewczyną. Bądź spokojna moja pieszczotko, będzie oddany. I nikt w tem się nic złego nie dopatrzy!
Mogę się spuścić na nią. Jej poświęcenie wzmaga się na myśl, że zdobędę się na skok ostateczny... Nie wyprowadzajmy jej z błędu. To ją tak cieszy. To jednak prawda, że Fanszetka zaczyna śmiesznie wyglądać! Przyjęła swój »paryzki« koszyk pod warunkiem, bym dołączyła do niego kawałek mojego starego welwetowego szlafroka. Energicznie miętosi tę szmatę, zwija ją w kłębek i wygrzewa pod sobą, liże niekiedy, myśląc o swej przyszłej rodzinie. Jej małe piersi wzdymają się i stają się bolesne; odczuwa szaloną potrzebę pieszczot i »cackania« jak się wyrażają w Montigny.
Mela rozradowana przynosi mi odpowiedź Marcelego, podziękowanie za odesłany karnecik: »Dziękuję, moja kochana, nie byłem niespokojny (bardzo słusznie) wiedząc, że karnecik jest w twoich rękach, które serdecznie całuję dyskretna Klaudynko.
»Dyskretna Klaudynko« to może być równie dobrze ironją, jak prośbą o milczenie.
Ojciec pracuje z panem Maria, to znaczy, że zamęcza nieszczęsnego chłopca, przewracaniem od góry do dołu wszystkich swych ksiąg. Naprzód przybił sam, przy akompaniamencie niemożliwych wymysłów, dwanaście półek do ścian biblioteki, półek przeznaczonych na pomieszczenie książek in-18. Śliczna robota! Tylko kiedy pan Maria cichy, poświęcający i zapylony, umieścić chciał tomy, okazało się, że ojciec pomylił się o jeden centymetr w odległości między półkami i książki nie mogły na nich stanąć. Zbytecznem jest dodać, że »djabły« »siarczyste pioruny« i t. d. były w robocie. Ja pokładałam się ze śmiechu przed tą katastrofą. Pan Maria anielsko cierpliwy rzekł tylko: »to nic, trochę poszerzymy odległość między temi jedenastoma półkami«.
Dziś dostałam dużą torbą czekoladek z kremem od Leduc’a i list od mego kuzyna Wuja. »Moja milutka, mała przyjaciółko, twój stary wujek nie mogąc przyjść sam, przysyła ci, nie będziesz żalić się na to, tę torebkę P. P. C. Wyjeżdżam na tydzień, dziesięć dni za interesami. Gdy powrócę, a ty zechcesz, zwiedzimy inne jeszcze dawne miejsca zabaw. Miej pieczę nad Marcelim, który — bez żartu — zyskuje na obcowaniu z tobą. Całuję z góry twoje łapiny«.
Tak? ale — bez żartów — wolałabym Wujaszka bez czekoladek. Albo wujaszka i czekoladki, są one istotnie wyborne, Lucia sprzedałaby się za połowę takiej torebki. Czekaj Fanszetka, jeżeli chcesz żebym cię zamordowała, to rób tak dalej.
Szkarada ta, wsuwa łapę w otwartą torebkę i wyciąga pralinki, a jednak dostanie tylko połowy kulek, z których naprzód nową stalówką krem wybiorę.
Nie widziałam Marcelego od dwóch dni. Wstyd mi trochę, że jestem tak leniwa i nie kwapię się odwiedzić ciotkę Wilhelminę; idę dziś bez animuszu, choć ubrana według mego gustu. Lubię moją spódnicę angielskim krojem i blado niebieską zefirową bluzkę, przy której dobrze odbija moja cera. Nim mi dał urlop, ojciec mój rzekł uroczyście:
— Powiedz mojej siostrze, że mam roboty po uszy, że nie mam chwili swobodnej, żeby jej do głowy nie przyszło przyjść piłować mnie w domu! A gdyby ktoś ubliżył ci na ulicy, mimo twego młodego wieku, to zamaluj go pięścią w mordę!
Zaopatrzona w tak rozumne rady zasypiam w poczciwym i złowonnym omnibusie Pantheon-Courcelles na czterdzieści minut i budzę się przy końcowej stacyi na placu Pereira.
Masz tobie! Takie głupstwo nierzadko mi się zdarza! Trzeba wrócić piechotą na avenue Wagram, gdzie nieprzyjemna pokojówka ze zgorszeniem przygląda się moim krótkim włosom i oznajmia, że »pani tylko co wyszła«. A to ci szczęście! Nie tracę czasu i »sypię« prędko ze schodów, bez pomocy windy.
Park Monceau, w zieleni, ze swemi trawnikami przeglądającymi z za rozpylających się słupów wody, któremi je zlewają, jak z za przejrzystych firanek, nęci mnie jak smaczny kąsek do zjedzenia. Jest tu mniej dzieci niż w Luksemburgu. To lepiej. Ale te trawniki, które zamiatają jak posadzki! Lecz mniejsza o to! Drzewa zachwycają mnie i ciepła wilgoć, którą wdycham, rozmarza mnie. Klimat Paryża jest jednak haniebnie gorący. Ten szmer liści co za rzecz nudna!
Siadam na ławce, ale jakiś stary pan z wyczesanymi wąsami i włosami, spędza mnie z niej, natarczywością z jaką przysiada faldy mej sukni i z jaką muska mnie łokciem. Poczęstowawszy go »starym gratem« oddalam się godnym krokiem ku innej ławce. Mały telegrafista — potrzebny on tu — podskakuje na jednej nodze a drugą wyrzuca jakiś płaski kamyk, zatrzymuje się nagle spogląda na mnie i woła: Hej! ty brzydka dziewczyno, usuniesz ty mi się ztąd Tu nie pustynia oczywiście. Ach czemu nie siedzę w cieniu lasu des Fredonnes! (To, to jest nowoczesny wiersz). Przytulona do drzewa siedzę na krześle i drzemię, kołysana szmerem kropel wody wyrzucanej z węża do polewania na szerokie liście ricinusa.
Upał mnie zmaga, jestem do niczego, zupełnie do niczego. Milutka, ta pani co tam drepce, ale nogi ma za krótkie, zresztą trzy czwarte kobiet w Paryżu, ma tyłki na piętach. Mój Wujaszek śmieszny doprawdy, żeby wyjechać teraz, kiedy go kochałam już. Mój Wujaszek... ma oczy młodzieńcze, choć okolone są poczynającemi się zmarszczkami, i ma miły sposób pochylania się ku mnie, gdy mówi ze mną. Wąsy jego mają ładny odcień, jaki przyjmują włosy starzejących się blondynek. Jeździ za interesami! Za interesami i za czemś innem jeszcze. Mela, która ma wprawne oko, kiedy ją zapytałam o jej wrażenie, odrzekła: »Twój wujaszek, moja pieszczotko, to piękny mężczyzna«. Dobry pracownik, z pewnością«. On musi dopiero »używać« z kobietami, ten człowiek obowiązku. Ładna historya!
Ta kobietka mała co tam przechodzi... ma dobrze leżącą spódnicę. Ma chód... chód ten znam. I ten okrągły policzek, na którym w świetle oznacza się srebrzysta linia delikatnego puszku — znam także... Ten krótki zarysowany nosek, te policzki wypukłe zaraz pod oczami... Serce skacze we mnie. Jednym susem jestem przy niej i wołam z całej siły »Lucia«.
To nieprawdopodobne, ale to ona! Jej tchć rzostwo aż nadto wyraźnie mi to stwierdza: na mój okrzyk odważnie odskoczyła w tył i łokciem zasłoniła oczy. Moje wzruszenie przechodzi w śmiech nerwowy, chwytam ją za obie ręce; mała jej twarz, o wązkich oczach ściągniętych ku skroniom, czerwieni się aż po uszy i blednie nagle; wreszcie wzdycha:
— Co za szczęście, że to ty!
Trzymam ją ciągle za ręce i nie mogę się dosyć nadziwić. Jak się to stało, że ją poznałam? Ta maleńka drobna dziewczyna — którą przyzwyczaiłam się widzieć w czarnym kamlotowym fartuchu, spíczastych sabotach, czerwonym kapturze na głowie i z spuszczonym warkoczem cały tydzień, a tylko na niedzielę upiętym — ta Lucia ma kostjum angielski lepszego kroju niż mój, czarne, cienkie sukno z białemi stębnówkami, różową bluzkę z miękkiego jedwabiu i kapelusz włosiany ślicznie udrapowany, podpięty bukietem róż, tego kapelusza nie kupila u »4,80«! Kilka fałszywych tonów, których nie spostrzega się natychmiast, istnieje: gorset niezgrabny, za sztywny czy za silnie wygięty; włosy zbyt przygładzone, nie dość lekko upięte, i rękawiczki za ciasne. Jej pasowałyby na ręce 5½ zapewne, a ona ściska je w numerze 5. Ale czem wytłomaczyć sobie takie wspaniałomyślności? Niema co, moja mała przyjaciółka popadła w korzystny, zyskowny nierząd. Jaka ona świeża i młoda, bez pudru na twarzy i różu na wargach! Stoimy naprzeciw jedna drugiej i patrzymy na siebie, musimy być niemożliwe w tej pozycyi. Wreszcie Lucia pierwsza przemawia:
— Oh! masz obcięte włosy?
— Tak; uważasz że brzydka jestem, nie?
— Nie, — mówi czule. — Nie mogłabyś być brzydką. Urosłaś. Jesteś osobą. Ale już mnie nie kochasz. Nie kochałaś mnie i wtedy!
Zachowała swój akcent z Montigny, którego słucham zachwycona, nadstawiając ucha na jej głos łagodny, powolny. Zielone jej oczy dziesięć razy zmieniły odcień, odkąd patrzę na nią.
— Nie o to chodzi moja mała »przyjaciółko«. Dlaczego tu jesteś, i taka szykowna, wielkie bogi? Kapelusz twój jest prześliczny, włóż go więcej na czoło. Nie jesteś sama? Jest tu twoja siostra!
— Nie, niema mojej siostry! odpowiada Lucia z figlarnym uśmiechem. Wszystko rzuciłam do licha. To długa historja. Chciałabym ci wytłómaczyć. To taka historja jak w romansach, wiesz!
(W tonie jej słów dźwięczy duma niezgłębiona. Nie mogę już wytrzymać).
— Ależ opowiadaj, opowiadaj mój mały »kociaku«. Mam całe popołudnie wolne.
— To szczęście! czy zechcesz zajść do mnie, proszę cię Klaudynko?
— Tak, ale pod warunkiem, że niema tam nikogo?
— Niema nikogo. Ale chodź, chodź prędko, mieszkam na ulicy des Courcelles o dwa kroki ztąd.
Z myślami zgmatwanemi idę za nią, przyglądając jej się z boku. Nie umie dobrze unosić swoją zbyt długą spódnicę i chodzi z głową naprzód podaną, jak ktoś, który czuje, że mu kapelusz nie dość silnie na głowie się trzyma. Oh! o ileż bardziej indywidualną była w swojej wełnianej spódnicy do kostek sięgającej, z pół rozplecionym warkoczem i drobnemi nóżkami w sabotach. Nie żeby była zbrzydła! Stwierdzam, że jej świeżość, zmienna barwa jej źrenic, wywierają wrażenie na przechodzących. Wie ona o tem, robi oko, nieświadoma i wspaniałomyślna, do każdego ufryzowanego pudla, którego mijamy. Jakie to dziwne, mój Boże, jakie to dziwne. Kroczę w państwie ułudy.
— Patrzysz na parasolkę moją, mówi Lucia. Widzisz rączka kryształowa. Kosztowała pięćdziesiąt franków, moja stara?
— Kogo?
— Czekaj, niech ci opowiem. Trzeba abym zaczęła z tobą od początku.
Ubóstwiam te lokalne zwroty mowy. W przeciwstawieniu z szykownym kostjumem, akcent zakątka uwypukla się! Rozumiem pewne nagłe wesołości mego »siostrzeńca« Marcelego.
Przekraczamy próg nowego domu, przytłoczonego białemi rzeźbami i balkonami. Obszerna winda cała z luster się składająca unosi nas, Lucia obchodzi się z nią z lękliwym szacunkiem.
Do kogoż ona mnie prowadzi?
Dzwoni na ostatniem piętrze — nie ma więc swego klucza? — i przechodzi szybko mimo sztywnej pokojówki, ubranej na sposób angielski, czarno ze śmiesznie małym, białym, muślinowym fartuszkiem, tak wielkim jak murzyński kostjum, wiecie ten kostjum składający się z małego kwadratu tkaniny, przywiązanej sznurkiem pod brzuchem.
Lucia szybko otwiera jakieś drzwi w przedpokoju, idę za nią do białego korytarza z ciemno zielonym dywanem; otwiera inne drzwi, wsuwa się, zamyka je za nami i rzuca się w moje objęcia.
— Luciu! chcesz klapsa? mówię, z trudnością odnajdując moją dawną władzę, bo ona trzyma mnie mocno i pakuje swój świeży nosek w moją szyję pod uchem. Unosi głowę i nie rozluźniając ramion mówi z niewysłowionym wyrazem szczęśliwego niewolnictwa.
— Ach, tak! bij mnie trochę!
Ale ja nie mam już, lub jeszcze, ochoty ją bić. Nie wali się pięściami w angielski kostjum za 400 franków, i szkoda by było przygnieść klapsem ten piękny pęk róż. Drapać jej małe rączki, tak... ale została w rękawiczkach.
— Klaudynko!... oh! już nie kochasz mnie wcale!
— Nie mogę tak kochać się na rozkaz. Ja muszę wiedzieć z kim mam do czynienia! Ta bluzka nie wyrosła sama na twoim grzbiecie nieprawdaż? I to mieszkanie? »Gdzie jestem? Złuda to, czy sen czarny?« jak śpiewała wielka Anaïs swym kwaskowym głosem.
— To mój pokój, mówi Lucia z namaszczeniem i usuwając się nieco, pozwala mi oddawać się zachwytowi.
Za bogaty, ale nie zbyt banalny jej pokój. Przepych tapicerski co prawda! Meble z białej laki — niestety! — ale oto fotele i ściany obciągnięte aksamitem koloru migdałowego, wytłaczanym w muszle, kopja utrechtu, myślę, że to przyjemne dla oka i dobrze przystaje do cery. Łóżko — ach co za łóżko! — nie mogę się oprzeć pokusie aby zmierzyć jego szerokość oboma roztwartemi ramionami... Przeszło metr pięćdziesiąt, moja pani, przeszło metr pięćdziesiąt mówię wam, to łóżko najmniej na trzy osoby. Piękne adamaszkowe firanki migdałowego koloru u obydwóch okien, lustrzana szafa o potrójnych drzwiach, mały świecznik u sufitu (idyotycznie wygląda ten świecznik), wielka kanapa, kryta żółtym z białym materjałem przy kominku, i cóż jeszcze mój Boże!
— Luciu! czy są to owoce hańby? wiesz dobrze, »zwodnicze owoce, które w ustach smak popiołu zostawiają» jeśli wierzyć naszej starej Moralności w przykładach.
— Nie widziałaś najpiękniejszego, mówi Lucia nie odpowiadając. Patrz!
Otwiera małe drzwiczki uwieńczone rzeźbionemi girlandami.
— To moja gotowalnia.
— Dziękuję, mogłabym była pomyśleć, że to kapliczka panny Sergeant.
Wykładane fajansem ściany i podłogi gabinetu tualetowego, błyszczą tysiącem świateł jak Wenecya. Czyż to być może! Wanna jak dla młodego słonia, dwie miednice głębokie jak staw des Barres, miednice do przewracania. Na tualecie przyborów z jasnego szyldkretu na bajeczne sumy. Lucia rzuca się na jakąś dziwaczną małą ławeczkę, podnosi żółtą kapitonowaną pokrywkę, która ją okrywa i mówi z prostotą, wskazując mi podłużną miednicę.
— To z szczerego srebra.
— Pfui! Te brzegi ziębić muszą łydki. Czy twój herb wyryty na dnie? Ale opowiedz mi wszystko, albo zmykam.
— I oświetlone jest elektrycznością. Ja boję się zawsze żeby nie było wypadku, iskry, coś co zabija (moja siostra nas tak tem piłowała w Montigny, podczas lekcyi fizyki). Więc kiedy sama jestem wieczorem zapalam małą lampkę naftową. Widziałaś moje koszule! chodź, zobacz moje koszule. Mam sześć jedwabnych, a resztę Empire z różowemi wstążkami, i takie same majtki...
— Majtki Empire? Zdaje mi się, że ich znów nie tak strasznie używano, w owych czasach...
— A tak, na dowód, że szwaczka mi powiedziała, że są Empire! A potem...
Twarz jej skrzy się i mieni. Biega od jednej do drugiej szafy, plącze się w długiej spodnicy. Nagle obiema rękami podnosi szeleszczące spódnice i szepce mi do ucha w ekstazie.
— Klaudyno mam jedwabne pończochy.
Ma rzeczywiście jedwabne pończochy. Jedwabne są mogę to stwierdzić aż do bioder. Łydki te poznaję, poznaję te małe cuda.
— Dotknij, jakie to miłe.
— Wierzę ci, wierzę, ale idę sobie, jeżeli dalej tak gadać będziesz, nic nie opowiadając.
— Więc tu się zakwaterujemy. Ty »klapnij« w tym fotelu. »Słyszaj« spuścić może tę storę, »bez« to słońce.
(Nieoceniona ta gwara. Przy tej różowej bluzce i spódnicy bez zarzutu robi to wrażenie z operetki).
— Gdyby tak łyknąć? Mam zawsze dwie butelki wina kola w mojej gotowalni. On powiada, że w ten sposób nie popadnę w anemję.
— On! A więc jest On! To szczęście, wszystkiego się dowiem! Portret uwodziciela, natychmiast, przynieś go.
Lucia wychodzi i wraca z ramką w ręku.
— Masz, to on, mówi bez zapału.
Wstrętna ta fotografia, przedstawiająca grubego jegomościa około lat sześćdziesięciu, może więcej, łysego, o minie zwierzęcej, ze zwisającemi jak u duńskiego doga policzkami, i wyłupiastemi cielęcemi oczami! Wystraszona patrzę na moją małą przyjaciółkę, która milcząc spogląda na dywan i porusza nerwowo maleńką nóżką.
— Moja stara, opowiadaj mi wszystko. To jest jeszcze bardziej interesujące, niż przypuszczałam.
Usiadłszy na poduszce u moich nóg, w złotawym cieniu spuszczonych stor, splata ręce na moich kolanach... Jej zmieniona figura mnie draźni.
Z kolei zdejmuję moją marynarkę, aby odświeżyć włosy; Lucia się uśmiecha.
Ty wyglądasz zupełnie, jak chłopak Klaudyno, z tymi uciętymi włosami, śliczny chłopak, naprzykład. Zresztą nie, gdy się Tobie przypatrzyć, masz twarz dziewczynki, tak ślicznej dziewczynki!
— Dosyć! Opowiadaj, od początku, aż do dnia dzisiejszego. A »jedź« prędko, aby papa nie przypuszczał, że się zgubiłam, zabiłam, etc. etc...
— Dobrze. Więc, gdy ty się zdecydowałaś napisać do mnie po twej chorobie, one mi dokuczały, jak tylko mogły, to tu, to tam, byłam gesią i karykaturą mojej siostry i ciągle dawały mi jakieś przezwiska.
— One są ciągle razem, twoja siostra i przełożona?
— Och, jeszcze gorzej. Moja siostra nie zamiata już swego pokoju. Mademoiselle przyjęła małą dziewczynkę. A o byle jaki drobiazg Amanda udaje chorą, nie schodzi wcale i Mademoiselle zastępuje ją we wszystkich prawie lekcyach ustnych. Ale, co lepsze! Jednego wieczoru słyszałam, jak Mademoiselle robiła Amandzie straszliwą scenę w ogrodzie z powodu swego młodszego nauczyciela. Nie hamowała już uniesienia: ty tak długo będziesz igrała, aż cię zabiję, mówiła do Amandy. A moja siostra wykręciła się i odpowiedziała, patrząc na nią z pod oka: »Ty byś się nie odważyła, bo by ci było potem zanadto żal«. Wtedy Mademoiselle zaczęła ją zaklinać i błagać, by jej nie dręczyła, a Amanda rzuciła się jej na szyję i razem wróciły na górę. Ale to jeszcze nic, do tego byłam przyzwyczajona. Tylko moja siostra, powiadam ci, traktowała mnie jak psa, a Mademoiselle także. Gdy zaczęłam prosić o pończochy, buciki, moja siostra odsyłała mnie z kpinami »Jeżeli stopy pończoch się podarły, to je napraw, mówiła; a cholewki są jeszcze dobre, tak że dziur nie widać, to tosamo, jakby ich nie było«. Ze sukniami tasama historja, proszę ciebie, ona miała bezczelność, ta świnia przerobić dla mnie stary stanik. Płakałam przez cały dzień, że tak jest kiepsko z moją garderobą; wolałabym była, żeby mnie kto bił! Raz napisałam do domu, ale tam centa nie mają, wiesz o tem. Mama mi odpisała: »Załatw to z twoją siostrą, jużeś nas dość kosztowała, nasza świnia zdechła od zarazy i piętnaście franków wydaliśmy w ostatnim miesiącu na lekarstwa dla młodszej siostrzyczki, Julki; wiesz dobrze, że w domu jest nędza i spółka, a jeśliś głodna, to gryź pięść«.
— No i cóż dalej?
Jednego dnia próbowałam przestraszyć moją siostrę, a ona roześmiała mi się w nos i zawołała: »Jeśli ci tu nie jest dobrze, wracaj do domu, to będzie najlepszy sposób, będziesz tam pasła gęsi«. Tego dnia nie mogłam ani jeść, ani spać. Następnego ranka, idąc po lekcyach na górę do refektarza, zobaczyłam przez napół otwarte drzwi pokoju Amandy, jej portmonetkę na kominku obok zegara wahadłowego (bo ona ma zegar wahadłowy, moja droga, to wstrętne bydlę!) Krew we mnie skrzepła. Skoczyłam po portmonetkę, ale nie widziałam gdzie ją ukryć, bo ona mogłaby ją wyszperać. Miałam jeszcze na głowie kapelusz, włożyłam żakiet, zbiegłam do klas, zrzuciłam tam mój fartuszek, wyszłam nie spotkawszy nikogo (wszyscy byli już w refektarzu) i biegłam aby się dostać do Paryża, więc oddalenie 11 godzin 39 minut, trzeba było jechać. Byłam napół nieżywa ze zmęczenia...
(Lucia zatrzymuje się, dla nabrania oddechu i rozkoszowania się wrażeniem. Wyznaję, że zgłupiałam. Nigdybym nie była przypuszczała, że Lucia zdolna do takich pomysłów, taki skowronek).
— A potem? Prędko maleństwo, co potem? Ile było w portmonetce?
— Dwadzieścia trzy franków. Po przybyciu do Paryża zostało mi dziewięć franków.
— Ale, poczekaj, wszyscy na dworcu mnie znali, i ojciec Racalin zapytał: Dokądze tak biegniesz, przyjaciółko mała? odpowiedziałam — Mama jest chora, telegrafowano do nas, spieszę bardzo do Sementran, siostra nie może się oddalić. — »To bardzo męczące« odpowiedział. — Ale cożeś zrobiła, przyjechawszy do Paryża?
— Wyszłam z dworca i szłam. Pytałam gdzie jest Magdalena.
— Po cóż to?
Zobaczysz. Bo mój wuj, — to on jest na portrecie, — mieszka przy ulicy Tronchet, obok Magdaleny.
— Brat twojej matki?
— Nie, jej szwagier. Ożenił się z bogatą osobą, która umarła; zrobił znowu »masę« pieniędzy i całkiem naturalnie nie chciał słyszeć o nas, bośmy zdychali z głodu. To naturalne. Ja znałam jego adres, bo mama, która ma chrapkę na pieniądze, kazała nam wszystkim pięciorgu pisać do niego w dzień nowego roku na papierze w kwiaty. Nigdy nie odpowiadał. Więc poszłam do niego tylko, aby się dowiedzieć, gdzie zanocować.
— Gdzie zanocować?!! Luciu, ja cię ubóstwiam... ty jesteś sto razy więcej złośliwa, niż twoja siostra i niż ja nawet.
— Och złośliwa?... nie wiem dlaczego. Wpadłam tam. Umierałam z głodu. Miałam na sobie stary stanik Amandy i kapelusz od munduru. Odnajduję mieszkanie jeszcze ładniejsze, niż to, a lokaja, który pyta sucho: »Czego pani chce?« Wstyd mi było, chciało mi się płakać. Odpowiadam: »Chciałabym się widzieć z wujem«. Czy wiesz, co mi odpowiedział ten »matołek«? »Pan mi kazał nie przyjmować nikogo ze swojej rodziny!« tak, można go było zabić! Odwracam się do wyjścia i spotykam się nos w nos z grubym panem, który wraca. Zatrzymał się. Jak się nazywasz? — Lucia. — Czy matka cię przysłała? — O nie! to ja sama. Moja siostra tak mnie dręczyła, że uciekłam ze szkoły. — Ze szkoły? Ileż ty masz lat? pyta mnie, biorąc za rękę i prowadząc do sali jadalnej. — Za cztery miesiące kończę siedmnaście. Siedmnaście lat? Nie wyglądasz na to, o daleko ci do tego. Co za zabawna historya! Usiądź, moje dziecko, i opowiedz mi to.
Ja, naturalnie zwierzam mu wszystko, przykrości i Mademoiselle i Amandę i podarte pończochy i wszystko wreszcie. On słuchał, patrzał na mnie dużemi, niebieskiemi oczami i przysunął swoje krzesło. Pod koniec byłam tak zmęczona, że zaczęłam płakać. Ten człowiek bierze mnie na kolana, całuje mnie, pieści. Biedna maleńka! To wstrętne, zasmucać taką śliczną dziewczynkę. Twoja siostra trzyma z matką, widzisz to okropność. Jakie ona ma ładne włosy! Z tym warkoczem wygląda na czternaście lat...
I powoli, powoli oplata mnie ramionami, przyciska także i biodra, całuje mnie, sapiąc ciągle, jak foka. To mnie trochę draźniło, ale nie chciałam mu okazywać niezadowolenia, rozumiesz.
— Rozumiem doskonale. Dalej?
— Dalej... ja ci nie mogę opowiedzieć wszystkiego.
— Ależ świętoszko! Tyś nie była tak cnotliwa w szkole!
— To co innego... Przedtem kazał mi ze sobą zasiąść do obiadu, umierałam z głodu. Doskonałe rzeczy, Klaudyno! Przedewszystkiem »łakótki« i szampan. Po obiedzie nie wiedziałam już zupełnie, co mówię. On był czerwony, jak kogut, ale nie stracił przytomności. Zaproponował mi otwarcie: Moja mała Luciu, obowiązuję się znaleźć ci mieszkanie w przeciągu ośmiu dni, uprzedzić twoją matkę, aby nie szczekała, a później postaram się zapewnić ci ładną przyszłość. Ale pod jednym warunkiem: Ty zrobisz to, czego ja zechcę. Ty mi wyglądasz na taką, która nie pluje na dobre rzeczy i lubi wygody, ja także. Jeżeli jesteś jeszcze nietknięta, tem lepiej dla ciebie, gdyż wtedy będę z tobą delikatny. Jeżeli już włóczyłaś się z chłopcami, to przepadło! Mam swoje plany i trzymam się ich«.
— A potem?
— Potem zaprowadził mnie do swego pokoju, ślicznego, różowego pokoju.
— A potem? pytam chciwie.
— A potem... już nic nie wiem!
— Chcesz dostać klapsa, abyś mówiła?
— Więc dobrze, mówi Lucia, potrząsając głową, ale to nie jest takie zabawne...
— Ach? Więc to naprawdę jest przykre?
— Naturalnie! »Wrzeszczałam« z całych sił, a potem zrobiło mi się gorąco od jego ciała tuż przy mojem, a potem jego kosmate nogi mnie drapały... On sapał, sapał! Kiedy ryczałam za głośno, powiedział zduszonym głosem: »Jeśli przestaniesz krzyczeć, kupię ci jutro złoty zegarek«. Usiłowałam się nie odzywać. Potem byłam tak zdenerwowana, że płakałam głośno. On mi całował ręce i powtarzał: »Przysięgnij mi, że nikt inny mieć cię nie będzie; to za wiele szczęścia, za wiele szczęścia!« Ale ja nie byłam zadowolona!
— Ciebie trudno zadowolić.
— A później, mimowoli myślałam podczas tych chwil o gwałcie Ossaire’a, przypominasz sobie, tego księgarza Ossaire’a, Petitrot, który zgwałcił jedną ze swoich odbiorczyń, czytałyśmy wtenczas Moniteur du Fresnois pokryjomu i powtarzałyśmy na pamięć ustępy: »On ją rzucił na łóżko i przydusił sobą... Chciała się wyrwać, ale on ją przytrzymał... tak brutalnie, że zaczęła krzyczeć z bolu«. Te wspomnienia właśnie zacierały niemiłe okoliczności.
— Mniejsza o literaturę, opowiadaj dalej.
— Dalej? Następnego dnia rano nie mogłam się opamiętać, zobaczywszy w mojem łóżku tego grubego pana. Taki jest brzydki, gdy śpi! Ale nigdy niebył zły, nawet niekiedy, ma dobre chwile...
(Spuszczone powieki Luci, kryją obłudne i doświadczone oczy. Mam ochotę ją wybadać, i zarazem wstydzę się. Zdziwiona mojem milczeniem, patrzy na mnie).
— Dalej Luciu, jazda!
— Ach! tak... Moja rodzina szukała mnie z początku. Ale wuj natychmiast tam napisał: »Moja maleńka, uprzedziłem poprostu twoją matkę, aby nam dała spokój, jeśli ma ochotę powąchać moje pieniądze po mojej śmierci. Co do ciebie, możesz robić, co zechcesz. Masz dwadzieścia ludwików miesięcznie, jedzenie i krawcową, posyłaj im, albo nie posyłaj, to mnie nie obchodzi! Ja nie dam ani...
— Wtedy... ty posłałaś do domu pieniądze?
(Twarz Luci przybrała szatański wyraz).
Ja? Ty mnie nie znasz! ach! la la, oni mi zanadto dokuczyli! Niech zdechają, słyszysz zdechają, prędzej obaczę, że wyzdechają wszyscy, zanim im podam choćby kroplę wody! A! oni się cofnęli przedtem, żeby mnie prosić o pieniądze i to grzecznie, z całą układnością. Wiesz, co im odpowiedziałam? Wzięłam duży arkusz białego papieru i napisałam na wierzchu:
A.....e! doskonale!
Wymówiła to słowo, słowo o pięciu literach.
Następnie zaczyna tańczyć, jej ładna twarzyczka pali się rumieńcem okrucieństwa. Nie poznaję jej... To jest tasama, ta lękliwa dziewczynka, którą znałam w szkole, ta biedna siostrzyczka, bita przez ukochaną faworytkę, mała pieszczocha Lucia, która mnie zawsze chciała całować w drewutni? Możeby pójść sobie? Ta ulicznica i jej wuj, to dla mnie zbyt moderne. Więc onaby pozwoliła im zdechnąć jak powiada!
— Doprawdy, Luciu, pozwoliłabyś im...
— Ależ tak, Klaudyno! A potem, dodaje śmiejąc się przeraźliwie, jeśli chcesz wiedzieć, obrabiam wuja, aby zrobił testament na ich niekorzyść.

— Więc ty jesteś zupełnie zadowolona?
Ona przerywa walca i robi grymas:
Zupełnie, zupełnie?... Są i ciernie. Z moim wujem, muszę jeszcze cierpliwie wszystko znosić! On ma zwyczaj mówienia do mnie: »Jeżeli nie chcesz, to z nami koniec!« który mnie skłania do pójścia...
— Jeżeli nie chcesz czego?
— Niczego, mnóstwa rzeczy, odpowiada z ruchem, jakby się czego pozbyć chciała. Ale on mi takie daje pieniądze, które chowam pod stosem koszul, a przedewszystkiem, och! przedewszystkiem, cukierki, ciasteczka, małe ptaszki do jedzenia. I jeszcze coś lepszego, szampan do obiadu.
— Codziennie? Będziesz miała krosty, moja droga?
— Sądzisz? Popatrz tylko na mnie...
(To prawda, żaden kwiat nie jest bardziej świeży. Skóra Luci jest jak delikatna materya: tego ani woda, ani błoto nie zniszczy).
Powiedz mi, kochana pani i przyjaciółko. Przyjmujesz? Wydajesz obiady?
Lucia się zasępia.
— Ani gadania z tym starym zazdrośnikiem! Nie chce, żebym kogo widywała. Ale (tu zniża głos i mówi ze zdradzieckim uśmiechem) można się urządzić mimo to... Widziałam mego małego przyjaciela, Caïn Brunat, wiesz, tego, którego nazywałaś moim «flirtem». On jest w akademii sztuk pięknych, musi zostać wielkim artystą i będzie robił mój portret. Żebyś ty wiedziała... szczebioce dalej jak ptaszek, on jest stary, mój wuj, ale ma niemożliwe pomysły. Czasami każe mi biegać po pokoju na czterech łapkach. On jak karykatura z dużym brzuchem biegnie za mną, także na czterech łapkach, rzuca się na mnie i krzyczy »Ja jestem dzik!... ratuj się!... Ja jestem byk!«...
— Ile on ma lat?
On powiada, że pięćdziesiątdziewięć, ale przypuszczam, że trochę więcej.
— Głowa mnie boli, mam zawroty. Ta Lucia jest za wstrętna. Trzeba ją widzieć, gdy opowiada te okropności! Przysiadłszy na jednej nodze, rozkłada szeroko swoje wątłe ręce, jej drobna figurka wśród kokard z różowej wstążki, a miękkie włosy spuszczone na przeźroczyste skronie, śliczna pensyonareczka!
— Luciu, proszę cię, opowiedz mi jakie nowiny z Montigny, z czasów, nim je rzuciłaś! nikt mi stamtąd nic nie donosi. Wielka Anaïs?
— W Normalnej, nic szczególnego. Ona »żyje« z trzecim rokiem.
— Nie sprzykrzył się trzeci rok doprawdy? A Marya Belhomme z rękoma akuszerki? Przypominasz sobie, Luciu, jak ona nam opowiadała, że w lecie nie nosi majtek, aby czuć, jak »przyjemnie pachną uda przy chodzeniu?«
— Tak jest, pamiętam to. Ona jest panną w magazynie. Nie ma szczęścia, biedna dziewczyna.
— Wszyscy nie mogą mieć twego szczęścia, mała prostytutko!
— Nie chcę, żeby mnie tak nazywano, protestuje Lucia, obrażona.
— A więc, lękliwa dziewico, powiedz mi, co robi Dutertre?
— Ach! ten biedny doktor umizgał się do mnie w ostatnich czasach...
— No, dlaczegoż to?
— Bo moja siostra i Mademoiselle »wylały« go bardzo pięknie, a moja siostra powiedziała do mnie: »Jeśli cię to dotknęło, wydrę ci oczy!« On ma nieprzyjemności przez swoją politykę.
— Tem lepiej. Jakież to?
— Posłuchaj jednej historyi. Na posiedzeniu rady miejskiej, Dutertre podał sfałszowany projekt przystanku Moustier. Chciał go może postawić o dwa kilometry od wsi, bo toby było wygodniej dla pana Corne, — wiesz, właściciela tego pięknego zamku na końcu gościńca; ten mu dał za to moc pieniędzy!
— To bezczelność!
— Więc na razie Dutertre próbował to podnieść, jako rzecz zupełnie racyonalną, a inni wcale nie otworzyli gęby; dopiero Dr. Fruitier, wielki, suchy starzec, trochę... wstał i przemówił do Dutertre, jak do ostatniego z ostatnich. Dutertre odpowiedział mocno, bardzo mocno, a Fruitier przyłożył rękę do jego twarzy, na pełnej radzie!
— Aj, aj! już widzę starego Fruitier; jego mała ręka, biała i koścista musiała zadźwięczeć...
— Tak, a Dutertre nieprzytomny, tarł policzek, rzucał się, krzyczał: »Ja panu przyślę świadków!« Ale tamten odpowiedział spokojnie: »Nikt się nie bije z jakimś Dutertre, a nie doprowadzajcie mię do tego, abym wydrukował w miejscowej gazecie dlaczego...« Zrobił się »huczek« na cały kraj, powiadam ci!
— Wierzę, Mademoiselle musiała udawać chorobę?
— Omal nie umarła z wściekłości, tylko, że moja siostra ją pocieszała; ale mówiła o tem. Nie hamowała się, jak gdyby nie była z Montigny »Brudny kraj łotrów i złodziei!« I to i owo...
— A Dutertre, pokazują go palcem?
— On! Za dwa dni nikt o tem nie myślał; wcale swego wpływu nie utracił. Dowodem tego, że na jednem z ostatnich posiedzeń rady, zaczęto mówić o szkole, mianowicie, że jest strasznie prowadzona. Rozumiesz, historye Mademoiselle z Amandą znane są teraz w całym kraju; z pewnością są takie okropne idyotki, które o tem będą rozprawiały... więc jeden z radnych zaproponował przeniesienie panny Sergent. Na to wstaje mój Dutertre i oświadcza: »Jeżeli się usunie Dyrektorkę, zrobię z tego sprawę osobistą«. Ani słowa więcej nie dodał, ale go zrozumiano i zaczęto mówić o czem innem, gdyż jak wiesz, wszyscy są względem niego zobowiązani...
— Tak, a potem on ich trzyma przez to, że wie o ich świństwach.
— To nie przeszkadza, że jego nieprzyjaciele rzucali się na to i proboszcz mówił o tem na kazaniu w następną niedzielę.
— Stary opat Millet? Z ambony? ależ spustoszono Montigny ogniem i mieczem!
— Tak, tak. »Hańba! krzyczał proboszcz, hańba tym wszystkim lekcyom przewrotności dla młodzieży w naszych bezbożnych szkołach!« Wszyscy zrozumieli doskonale, że on mówił o mojej siostrze i przełożonej; ładny bigos się zrobił, doprawdy.
— Jeszcze, Luciu! opowiadaj, jeszcze... radujesz mi duszę!
— Doprawdy, że już nic nie wiem. Liline miała bliźnięta w ostatnim miesiącu. Na cześć syna Hemier, który wrócił z Tokio, gdzie otrzymał doskonałą posadę, urządzono ogromne przyjęcie z winem. Adela Tricotot ma już czwartego męża. Gabryela Sandré, która ma zawsze buzię małej dziewczynki z ząbkami bébé, wychodzi zamąż w Paryżu, wiesz, ta wysoka, nieśmiała, z której wyśmiewano się, bo się ciągle rumieniła z powodu bardzo delikatnej cery. Wszystkie, mówię ci, wszystkie przybywają do Paryża; to jest mania, szał.
— Szał, który wcale nie ogarnia, mówię z westchnieniem; tęsknię za tem co było... Mniej niż po przyjeździe, gdyż zaczyna mię zajmować...
— Przygryzam wargi z obawy, że powiedziałam za wiele. Ale Lucia nie jest bystra i opowiada dalej rozwlekle:
— Wiesz, jeżeli ty tęsknisz, to zupełnie przeciwnie niż ja. Nieraz śni mi się w tem łożu, że jestem jeszcze w Montigny, że moja siostra »dręczy« mnie dziesiętnymi ułamkami i orograficznym układem Hiszpanii i czteropręcikowemi szypułkami; budzę się spocona, i ogromnie się cieszę, że jestem tutaj...
— Obok wuja, który chrapie.
— Tak jest, chrapie. Skąd ty wiesz o tem?
— O Luciu, jak ty rozbrajać umiesz naiwnością swoją!
— Ale szkoła, opowiadaj jeszcze o szkole. Pamiętasz figle, jakie płatano biednej Maryi Belhomme, a nieznośną Anaïs?
— Anaïs jest w Normalnej, mówiłam ci już. Ale to jest dyabeł w chrzcielnicy. Ona ze swoim »trzecim rokiem«, który się nazywa Charretier, to prawie jak moja siostra z Mademoiselle. Ty wiesz, w Normalnej sypialnie składają się z dwóch szeregów otwartych pokoików, przedzielonych dla łatwiejszego dozoru. W nocy spuszcza się firankę przed temi pudłami. A Anaïs zawsze znajdzie sposób odszukania Charretier, prawie co nocy i nie dała się jeszcze schwytać na gorącym uczynku. Ale to się źle skończy. Spodziewam się przynajmniej.
— Skąd ty wiesz o tem.
— Przez jedną pensyonarkę od nas, z Semantran, która wstąpiła razem z Anaïs. Wygląda ta Anaïs, jak szkielet! Nie może znaleść dosyć wązkich kołnierzyków do munduru. Wyobraź sobie, Klaudyno, tam wstają o 5 godzinie! Ja się przeciągam w mojem lulu do jedenastej godziny i leżąc piję czekoladę. Rozumiesz, dodaje z doświadczoną miną rozsądnej mieszczaneczki, to daje sposobność przepędzenia miłych chwil.
X(Ja błądzę myślami w stronach Montigny. Lucia przykucnęła mi przy nogach jak kurczę).
— Luciu, jakie jest stylowe zadanie na przyszły raz?
— Na przyszły raz, mówi Lucia wybuchając śmiechem, jest:
»Napisać list do rówieśnicy z zachętą do obrania zawodu nauczycielskiego«.
— Nie Luciu, to nie to.
— A więc: »Co myślicie o niewdzięczności? Wypowiedzcie wasze zapatrywania w formie nowelki«.
— Twoja mapa gotowa?
— Nie moja stara, nie miałam czasu jej »wygładzić«. Muszę iść się pożywić, a pomyśl: moje góry nie pocieniowane, a wybrzeże Adryatyku nie skończone.
— Zaczynam nucić: »Nad Adryatyku pójdziemy brzeg...«
»W przystani rzućmy sieć?« śpiewa Lucia dźwięcznym głosikiem.
Potem obie razem, w tercyach! »Rzućmy na fale rybacze sieci«.
I razem zaczynamy:

Ho! Ho! Na morze! Tam od fal, w biegu
Bryzga na czarne wysepki piana,
Drży od rozkoszy łódka u brzegu,
Pocałunkami fal całowana.
Więc kto jest we wsi, niechaj wybieży,
Na skalne złomy, ho ho! szybko, dzieci,
U Adryatyku rzućmy wybrzeży,
Rzućmy na fale rybacze sieci.
Rzućmy w przystani rybacze sieci!

— Pamiętasz Luciu, Marya Belhomme spadała zawsze w tem miejscu o dwa tony, niewiadomo dlaczego. Bała się tego przez dziesięć taktów, ale to nic nie pomagało.
Teraz refren:

Dobrego połowu
Nadzieja w nas wzrosła!
Noc cicha i świeża!
Uderzcie we wiosła!

— A teraz Luciu wielki powrót z wyprawy!

Królowo naszej przystani,
Oto już w sieci — dorady,
Z pośród srebrnych wodorostów,
Sepii złowione gromady.
Cudne, wątłe ryb tych roje.
Grają tęczą, a te znowu,
Grają srebrem srebrnych łusek.
Jakiż dobry dzień połowu.
Otoś spełniło nadzieje mgławe,
O dobre morze, morze łaskawe!

Wybijając takt z zapałem kończymy tę nadzwyczajną piosnkę i wybuchamy śmiechem, żeśmy jeszcze takie gąski. Zresztą mnie się robi smutno przy tych dawnych wspomnieniach; ale Lucia rozigrana, skacze na jednej nodze, wykrzykuje z radości, przegląda się w »swojej« szafie o potrójnych drzwiach.
— Luciu, tobie nie żal szkoły?
— Szkoły? Kiedy ją sobie przypomnę przy stole, piję powtórnie szampana i zajadam się lukrowanemi ciastkami na śmierć, aby sobie wynagrodzić i powetować stracony czas. Bo ja nie całkiem porzuciłam szkołę!
— Idę wzrokiem za jej ruchem pełnym rozczarowania ku parawanowi o dwu skrzydłach, z laki i jedwabiu, który zasłania do połowy stolik z pulpitem, ławkę z oparciem, stolik zupełnie tak, jak w Montigny poplamiony atramentem zarzucony gramatykami, arytmetykami. Biegnę i otwieram zeszyty zapisane równem dziecinnem pismem Luci.
— Twoje stare zeszyty Luciu? Poco?
— Nie, to nie stare zeszyty, na nieszczęście, to nowe! Znajdziesz nawet mój czarny fartuch na wieszadle w gabinecie tualetowym.
— Co za pomysł!
— Och! Madame, to pomysł mego wuja; najgorszy ze wszystkich! Wyobraź sobie Klaudyno, wzdycha Lucia wznosząc z boleścią ramiona, on mi każe często zaplatać warkocz, zakładać płótniankę, usiąść przy pulpicie... a potem dyktuje mi zagadnienie, temat do opowiadania...
— Nie!
— Tak. I nie na żarty: ja muszę wymyślać, układać, piła nad piły! Pierwszy raz, kiedy nie chciałam, zagniewał się ogromnie. »Ty powinnaś dostać baty, ty i dostaniesz baty«, powtarzał mi z błyszczącemi oczyma, dziwnym głosem; bałam się, naprawdę; zabrałam się do roboty.
— Więc jego interesują, tego człowieka, twoje postępy w naukach?
— To go bawi, to... go wprawia w dobry humor. Przypomina mi Dutertrea, który czytał nasze zadania francuskie, przyciskając nam szyję palcami. Ale Dutertre był trochę ładniejszy, niż mój wuj, to z pewnością, wzdycha biedna Lucia, uczenica do nieskończoności.
(Nie mogę ochłonąć! Ta niby dziewczynka w czarnym fartuszku, ten stary nauczyciel, który ją pyta o ułamki dziesiętne...)
— Czy uwierzysz Klaudyno, opowiada Lucia, wpadłszy w jeszcze większy smutek, że on mnie bił wczoraj, ten jakiś, jak moja siostra w Montigny, za to, że się omyliłam w datach historyi angielskiej. Zbuntowałam się i krzyknęłam do niego: »Historya angielska potrzebna do wyższego patentu, mam tego dosyć!« Wuj się nie rozgniewał, tylko oznajmił spokojnie, zamykając książkę:
— Jeśli uczenica Lucia chce mieć swój klejnocik, opowie bez błędu »Spisek prochowy«.
— I ty opowiedziałaś bez błędu?
Naturalnie: oto brosza. Kosztowała sobie trochę; patrzaj na te topazy, a oczy węża są z małych brylancików.
— Więc wiesz Luciu, to wszystko razem bardzo moralne. Będziesz mogła podać się do »wyższej« na najbliższej sesyi.
— Siedź cicho, krzyczy, grożąc mi piąstką. Moja rodzina wszystko zapłaci. A zresztą ja się potem mszczę: biorę wuja na dyetę. W ostatnim miesiącu byłam... niedysponowana przez piętnaście dni. Aj strach!
— Musiał się stawiać?
— Stawiać się? Ty masz powiedzenia! wrzeszczy Lucia, z zachwytem wywróciwszy się na fotel, pokazując swoje białe ząbki.
W szkole śmiała się tak samo bezwstydnie albo złośliwie Anaïs. Ale ja, czuję się obrażona. Ten gruby mężczyzna, z którego ona szydzi, jest za blisko nas w tym całym przepychu kokoty. Ale, ona nie miała tego zachwycającego zgięcia szyji....
— Luciu, ty utyłaś!
— Sądzisz? Mnie się także zdaje. Ja nigdy nie miałam ciemnej skóry i w Montigny, a teraz, mówi przysunąwszy się z kokieteryą, jestem jeszcze bielsza. Gdybym tylko miała prawdziwie wypukłe piersi! Chociaż wuj woli płaskie. One są w każdym razie bardziej okrągłe, niż na naszych konkursach przy rozstajnych drogach, pamiętasz Klaudyno? Chcesz zobaczyć?
Tuż przy mnie, ożywiona, rozpieszczona odpina delikatną ręką różową koszulkę. Biust jest tak delikatny i perłowy, że aż w błękit wpada przy różowym kolorze. Przez koronki koszuli przewleczone są różowe wstążki (koszula Empire, nie zapominajmy o tem!) a jej oczy, zielone oczy z czarną rzęsą dziwnie omdlewają.
— O, Klaudyno!
— Co?
— Nic... Tak się cieszę, że cię znowu widzę! Ty jesteś jeszcze ładniejsza, niż dawniej, chociaż jesteś jeszcze gorsza dla twojej Luci.
(Jej ramiona otaczają mi pieszczotliwie szyję. Boże, jak mnie głowa boli!)
— Jakich ty perfum używasz?
— Chypre. Co, ładnie pachną? Och! pocałuj mnie, ty mnie dopiero raz pocałowałaś... Pytałaś się, czy mi nic nie żal szkoły? Owszem, Klaudyno, żal mi małej szopy, gdzie rąbałyśmy drzewo o pół do ośmej rano, gdzie ja cię całowałam, a ty mnie biłaś! Och! »grzmociłaś« mnie, niedobra! Ale powiedz, muszę być teraz ładniejsza? Kąpię się co rana, myję się tak prawie, jak Fanchetka. Zostań jeszcze! Zostań! Zrobię wszystko, czego zechcesz. Wreszcie... daj mi uszko... wiem teraz tyle rzeczy...
— Ach, nie!
Ta papla nie skończyła jeszcze mówić, kiedy ja ją odepchnęłam, tak brutalnie, że się potknęła o śliczną szafę z potrójnemi drzwiami i uderzyła się w głowę. Trze sobie czaszkę i patrzy na mnie, aby się upewnić, czy ma płakać.
Wtedy ja zbliżam się i uderzam ją dłonią po głowie.
Ona się oblewa rumieńcem i wybucha płaczem.
— Słyszał kto coś podobnego! Co ja ci zrobiłam?
— Mów, czy myślisz że ja się zadowolnię resztkami po starym!
Wkładam marynarkę drżącą ręką (kłuję się okropnie szpilką w głowę); zarzucam żakiet na ramiona i pędzę do drzwi. Zanim Lucia się spostrzega, co się dzieje, jestem w przedpokoju i szukam po omacku wyjścia. Lucia, jak szalona rzuca się na mnie.
— Ty zwaryowałaś, Klaudyno!
— Wcale nie, moja droga.
— Jestem już dla ciebie za starą zabawką, oto wszystko. To nie pójdzie, my obie razem. Pozdrowienia twemu wujowi.
I odchodzę szybko, biegnę, aby nie widzieć łez Luci, która przechyliwszy się przez poręcz w swej koszulce rozpiętej na białych piersiach, płacze głośno i woła, abym wróciła:
— Wróć się, moja Klaudyno! wróć się!

Jestem wreszcie na ulicy z ciężką migreną i zawrotem głowy, jaki zostawiają marzenia, osobliwie idyotyczne.
Jest około szóstej; pełne kurzu powietrze Paryża wydaje mi się tego wieczora lekkie i miłe. Co to jest, ta cała historya? Chciałabym, żeby mnie obudzono pociągnięciem za rękaw i żeby Lucia w obdrapanych sabotach, w różowym kapturku, z pod którego wymykają się nieposłuszne kosmyki włosów, mogła mi powiedzieć śmiejąc się, jak głupia:
»Jakaś ty głupia Klaudyno, żeby śnić o podobnych rzeczach!«
Ale nie budzę się, niestety. A to jest inna Lucia, którą widzę ciągle w nieładzie, rozpłakaną i wołającą mnie w swem prowincyonalnem narzeczu, głosem drżącym od łez, piękniejszą a mniej wzruszającą, niż Lucia ze szkoły.
Ale, z tem wszystkiem, co mnie napadło, gdy ta mała mnie błagała, zarzuciwszy mi delikatne ramiona na szyję? Stałam się więc surowszą od miesiąca? nazwijmy rzecz po imieniu, cnotliwszą? Przecież to nie pierwszy raz ta niepoprawna Lucia chce mnie pieścić, ani też pierwszy raz, ja ją mam bić. Ale wszystka krew wzburzyła się we mnie. Z zazdrości może... Głucha wściekłość mnie porywa na myśl, że ta Lucia, która mnie uwielbiała i teraz uwielbia na swój sposób, tak ochoczo rzuciła się do nóg starego jegomościa (nie, te oczy źle ugotowanego cielęcia!...) A wstręt. Wstręt, słowo daję! Jestem gotowa zrobić w życiu jakąś złośliwość i krzyczeć z dachów: »Ach, ach! niczego mnie nie uczą! ach! ach! ja wszystko czytam, wszystko! i rozumiem wszystko chociaż mam dopiero siedmnaście lat!« Wybornie. A z powodu jakiegoś pana, który mnie na ulicy szczypie w tyłek, z powodu małej przyjaciółki, która przeżywa to, co ja zwyczajnie czytam, ja się irytuję, rozdzielam uderzenia parasolem, albo unikam niemiłych żartów zapomocą pięknego gestu. W gruncie rzeczy Klaudyno, jesteś tylko pospolitą, uczciwą dziewczyną. Marcel nie popatrzyłby na mnie, gdyby o tem wiedział!
Oto nadjeżdża Panthéon — omnibus, poczciwy i trzęsący. Hop! Skaczmy, wzgardziwszy czekaniem. Szczęśliwy skok na platformę omnibusu, jadącego pełnym kłusem, to pociesza w pewnych wypadkach. Byle tylko papa nie miał ochoty, dziś szczególnie zatrzymać się na życiu realnem! Mógłby spostrzedz, że moja nieobecność jest za długa, a nie mam ochoty kłamać, opowiadać, że spędziłam popołudnie z ciotką Coeur.
Niema obawy: papa buja jak zwykle. Gdy wchodzę, siedzi wśród brudnych rękopisów i rzuca na mnie najpierw dzikie spojrzenie z ponad swojej brody. Pan Maria, który nie sprawia sobą wiele kłopotu, pisze przy małym stoliku, a spostrzegłszy mnie wyciąga ukradkiem zegarek. To on się niepokoi moją nieobecnością!
— Ach! ach! wykrzykuje papa ślicznym głosem. Ty gorliwie wypełniasz rodzinne obowiązki! Już chyba godzina, od kiedyś wyszła!
Pan Maria rzuca papie rozdzierające spojrzenie. On wie, że wyszłam przed dwiema godzinami i że jest teraz szósta i minut trzydzieści pięć.
— Panie Maria, pan ma zajęcze oczy. Niech pan nie myśli, że to coś złego, zupełnie nie. Zające mają cudne oczy, czarne, podłużne i wilgotne. Papo, wcale nie widziałam ciotki Coeur, bo wyszła z domu. Ale zdarzyło mi się coś lepszego, spotkałam przyjaciółkę z Montigny, Lucię, wiesz, Lucię? Mieszka przy ulicy Courcelles.
— Lucia, zgaduję! twoja siostra mleczna, ona wychodzi zamąż.
— Mniejwięcej. Gadałyśmy tak długo, wyobraź sobie.
— Będziesz ją często odwiedzała?
— Nie, bo jej umeblowanie mi się nie podoba.
— Jakiż jest jej mąż? Śmierdziuch, nieprawdaż?
— Nie wiem, widziałam tylko fotografię.

Od kilku dni nie wychodzę. Siedzę w swoim pokoju, albo w dziurze na książki przy na pół przymkniętych okiennicach, które jeszcze za wiele wpuszczają gorąca i światła. To lato mnie przeraza, nie wiem, gdzie się ukryć. Gdybym się rozchorowała! Słyszę burzę, i oddycham po ulewie wilgotnem, nasyconem elektrycznością, powietrzem. Okłamuję siebie bezczelnie, ta awantura z Lucią prześladowała mnie więcej, niżbym chciała. Mélie, która mnie nie rozumie, pogarsza sytuacyę opowiadaniem o Montigny; otrzymała stamtąd świeże i szczegółowe wiadomości:
— Mała Koenet odbywa połóg.
— Ile ona ma lat?
— Trzynaście i pół. Śliczny chłopak, jest podobny... Orzech na górze w ogrodzie będzie miał masę owoców.
— Bądź cicho Mélie, nie pójdę ich tam jeść.
— Jakie śliczne orzechy, co, moja pieszczotko?
— Opowiedz jeszcze co nowego.
— Wielki krzak róży, udo nimfy, jest zniszczony przez gąsienice (pisał mi to lokaj właściciela), które dla zabawy zabijają wszystkie; trzeba być bydlęciem!
— A cóż ty chcesz, aby z nich robiono? Konfitury?
— Nie trza takich wymysłów; bierzesz gąsienicę niesiesz ją do innej gminy, do Monstier naprzykład, a wtedy wszystkie pójdą za nią.
— Mélie, chcesz żebym ci się postarała o patent? To genialne po prostu. Czy to twój wynalazek?
— Czemuby nie, odpowiada Mélie chowając pod czepek jasne, matowe włosy. Wszyscy to twierdzą.
— Wszyscy?
— Nie, ojciec Cagnat, mój krewny; co się tyczy białka jest »wszechmocny«.
— Ach!
— Ma nogi opuchnięte do kolan, gorzej, brzuch ma »jak kula«, ale jest, że tak powiem »jary«. Cóż jeszcze?
Nowi właściciele zamku Pont de l’Orme niszczą park, aby zaprowadzić pszczelewarnię[2] na wielką skalę.
— Hodowlę ryb[2]? Ależ w Pont de l’Orme niema wody?
— To straszne, jak ty dziś nic nie rozumiesz, moje biedne dziecko! Mówię ci, że budują ule i ule, aby założyć pasiekę i już!
Gasząc lampę, rzuca mi Mélie spojrzenie pełne dobrodusznego politowania. Ona ma wspaniały słownik. Można dostać pomięszania.

Gorąco w tym nienawistnym Paryżu! Ja nie chcę, żeby było tak gorąco! To nie upał odświeżany powiewami wiatru, które ułatwiają oddechanie tam daleko, ale zaducha, która mnie przytłacza. Wyciągnięta na łóżku popołudniu marzę o zbyt wielu rzeczach, o Marcelu, który mnie zaniedbuje, o wuju, który wędruje... On mnie oszukał. Dlaczego się okazał tak dobrym, tak rozmownym, prawie czułym, jeżeli miał o mnie zaraz potem zapomnieć? Potrzeba było tylko kilku dni, parę słów, aby mnie przywiązać zupełnie i bylibyśmy wychodzili często razem. Byłabym bardzo chciała poznać lepiej Paryż z nim. Ale to jest szkaradny, kochany człowiek, dla którego Klaudyna na przyjaciółkę nie wystarcza...
Te konwalie na kominku upajają mnie i nabawiają migreny... Co mi jest? Żal za Lucią, tak, ale i co innego; moje serce cierpi na nostalgię. Czuję, że jestem śmieszna, jak sentymentalny obraz w salonie panny Sergent, Mignon, w tęsknocie za ojczyzną. Ja która sądziłam, że jestem wyleczona z tylu rzeczy, wróciłam do całkiem odmiennych! Niestety, wracam do Montigny... Przyciskać do ramion świeże, wysokie trawy, zasypiać ze zmęczenia na niskim murze, ogrzanym od słońca, spijać z listków nasturcyi krople deszczu, na kształt kulek żywego srebra, zrywać lekkomyślnie nad brzegiem kosmaczki, aby zwiędły potem na stole i zlizywać lepki sok z gałązek wierzby, po odarciu z nich kory — całować, całować wszystko to, co kocham! Całowałabym piękne drzewo, żeby tylko piękne drzewo oddawało mi pocałunki...
»Idź się przejść Klaudyno, użyj trochę ruchu«. Nie chcę, nie chcę, to mnie nudzi! Wolę siedzieć w domu, draźnić sama siebie. Może myślicie, że cudownie pachną, te wasze ulice Paryża w słońcu! I komu powiedzieć to wszystko, co mi cięży? Marcel zaprowadziłby mnie na pociechę do wielkich magazynów. Jego ojciec zrozumiałby mnie lepiej... ale bałabym się tak bardzo przed nim odsłaniać. Ciemno-niebieskie oczy tego wuja zdają się już zgadywać tyle rzeczy, jego piękne, onieśmielające oczy pod zmarszczonemi powiekami o czarnych jak sadze rzęsach dodają otuchy... przecież w tej samej chwili gdy to spojrzenie mówi: »Możesz mi wszystko powierzyć« uśmiech pod srebrzącymi się wąsami nabawia mnie nagle niepokoju. A papa... papa pracuje z panem Maria. (Broda pana Maria musi go grzać w tej porze. Czy też on ją zaplata na noc w warkoczyki?)
Jak ja upadłam w własnych oczach od zeszłego roku! Straciłam niewinne zachcianki biegania, skakania jak Fanchetka... Fanchetka już nie tańczy, gdyż ma brzuch za ciężki. Ja, mam ciężką głowę, a brzucha na szczęście nie mam.
Czytam, czytam i jeszcze raz czytam. Wszystko. Nie wiedzieć co. To jedno tylko mi zostało, aby uciec stąd i od siebie. Nie mam już zadań do opracowania. I gdybym nie wyjaśniała w stylowych ćwiczeniach przynajmniej dwa razy do roku, dlaczego »próżniactwo jest matką wszystkich występków«, rozumiałabym lepiej, w jaki sposób ono rodzi niektóre...

Byłam z wizytą u ciotki Wilhelminy w niedzielę, to jej dzień. Omnibus przejeżdża obok mieszkania Luci... obawiam się ją spotkać. Onaby się nie zawahała przed zrobieniem mi publicznej sceny ze łzami, a czuję, że mam za słabe nerwy.
Ciotka przyklapnięta pod wpływem upału nie przyjmuje dziś i ze zdziwieniem zwróciła uwagę na moje odwiedziny. Nie siliłam się na żadne frazesy.
— Proszę cioci, to nie pójdzie. Chcę wrócić do Montigny. Paryż zjada mi nerwy.
— Moje dziecko, rzeczywiście ty niedobrze wyglądasz i oczy masz zanadto błyszczące... Dlaczego częściej do mnie nie przychodzisz? Twój ojciec, nawet nie chcę o nim mówić, jest nieuleczalny.
— Nie przychodzę, bo mnie wszystko złości, irytuje. Dokuczałabym cioci, jestem zdolna do tego.
— Czy to nie jest przypadkiem tak zwana nostalgia? Gdyby przynajmniej Marcel tu był! Ale ten mały hypokryta pewnie ci nie powiedział, że przepędzi jeden dzień na wsi?
— Ma racyę, zobaczy zieloność. On jest sam? I ciocia się nie niepokoi?
— Och! nie — mówi ciotka ze słodkim uśmiechem — jest ze swym przyjacielem Charlie.
— A tak... — wyrywam się, wstając gwałtownie — jest w dobrych rękach.
Rzeczywiście ta stara dama jest trochę głupia. Nie, jej nie mogę zwierzyć moich tajemnic i bólów wyrwanego drzewa.
Tupię nogami; ona mnie wstrzymuje z niepokojem:
— Może chcesz się zobaczyć z moim doktorem? Stary doktor, bardzo uczony i bystry, mam do niego ogromne zaufanie.
— Nie, nie chcę. On mi powie, żebym się rozrywała, widywała ludzi i obcowała z koleżankami w moim wieku... Koleżanki w moim wieku! One są oburzające!
(Ta wstrętna Lucia przedewszystkiem...!)
— Do widzenia, ciociu, byłoby mi bardzo przyjemnie, gdyby Marcel chciał mnie odwiedzić.
I dodaję, aby zatuszować moje szorstkie zachowanie:
— On jest jedyną moją przyjaciółką w moim wieku.
Ciotka Coeur pozwala mi odejść, tym razem bez opozycyi. Ja mącę jej spokój i ślepą czułość babki. Marcel jest o wiele łatwiejszy do wychowania!
Ach! ach! Oni szukają orzeźwienia pod drzewami na przedmieściu, ci dwaj zachwycający chłopcy! Zieloność ich rozrzewnia, ożywia im twarze, powleka barwą barylu niebieskie oczy Marcela i rozjaśnia czarne źrenice jego drogiego przyjaciela... To byłoby wspaniale zabawne, gdyby ich można razem przyłapać. Boże! jakbym miała ochotę! Ale oni mają wprawę, nie dadzą się schwytać. Powrócą wśród mroków wieczoru, pełni melancholii, ramię przy ramieniu i pożegnają się wymownem spojrzeniem..... a ja zostanę, jak obecnie, zawsze sama.
Hańba ci Klaudyno! Czy się raz skończy to okropne narzekanie na samotność?
Całkiem sama, całkiem sama! Klara wychodzi zamąż, ja zostaję zupełnie sama. Marcel się przechadza w czułem towarzystwie, ja zostaję całkiem sama. Mój wuj wyjeżdża, ja zostaję sama.
Ech! moja droga, sama tego chciałaś. Zostań więc sama — z całą swoją czcią...
Tak. Ale ja jestem biedną małą dziewczynką, smutną, która tuli się wieczorem do miękkiej sierci Fanchetty, aby tam ukryć gorące usta i podkrążone oczy. Przysięgam wam, przysięgam, że to nie jest pospolite zdenerwowanie jakiejś, która potrzebuje męża. Ja potrzebuję czegoś znacznie więcej, niż męża...
Marcel przyszedł. Dziś ma ubranie szare, w odcieniu, który wzruszyłby turkawki, uzupełnione zabawną, złocistą krawatką; jedwabna chustka owija białą szyję, tak, że widać tylko malutki jej brzeżek, ułożona w fałdy i spięta perłami po kobiecemu, za co mu gadam komplement.
— Miła była przechadzka w niedzielę?
— Ach! Babka ci opowiadała? Ta babcia skończy na tem, że mnie skompromituje! Tak jest, przechadzka wspaniała. Pogoda!
— I przyjaciel!
— Tak — odpowiada, spuściwszy oczy. — Przyjaciel odpowiedni do pogody.
X(Marcel niedbały, serdeczny... wyraz twarzy zmęczony i rozkoszny... mauves powieki na niebieskich oczach. Zdaje się być przygotowanym na wszelkie wybryki i poufałości).
— Opowiedz o przechadzce.
— Przechadzka... nic. Śniadanie w gospodzie nad brzegiem wody, jak dwóch...
— ...Zakochanych.
— Piliśmy wino — opowiada dalej nie oponując — i jedliśmy smażone ryby, a potem, mówię ci, że nic, nic... przechadzka po trawie, wśród mroku... Nie wiem, co miał w sobie Charlie tego dnia, doprawdy...
— Miał ciebie, oto wszystko.
Zdziwiony tonem mojej odpowiedzi, Marcel rzuca mi omdlewające spojrzenie:
— Jaką ty masz zabawną twarz, Klaudyno! Małą, niespokojną, podłużną twarzyczkę, śliczną zresztą. Oczy masz powiększone od onegdaj. Jesteś może cierpiąca?
— Nie, tak, mam przykrości, którychbyś nie zrozumiał... A potem jedna rzecz, którą zrozumiesz: widziałam się z Lucią.
— Ach! — wykrzykuje, składając ręce dziecięcym ruchem — gdzie ona jest?
— W Paryżu, na dłuższy czas.
— I... to dlatego masz, Klaudyno, zmęczony wyraz! Klaudyno, co ja mam zrobić, żebyś mi wszystko opowiedziała?
— Nic, idź sobie. To krótka historya. Spotkałam ją przypadkiem. Tak, przypadkiem. Zaprowadziła mię do siebie, dywany, stylowe meble, suknia za trzydzieści ludwików... Hm, mój stary — mówię, śmiejąc się z jego buzi bébé na pół otwartej. — A potem... tak, Lucia była jak niegdyś czuła, zanadto czuła, miałam jej ramiona na szyi, czułam jej perfumy, Lucia zbyt ufająca, która mi powiedziała wszystko... Mój drogi Marcelku, ona żyje w Paryżu z jednym starym panem, jest jego utrzymanką.
— Och! — woła ze szczerem oburzeniem. — Jaką ci to musiało sprawić przykrość!
— Nie tak wielką, jak myślałam. Trochę w każdym razie...
— Biedna moja Klaudynko! — powtarza rzucając rękawiczki na łóżko. — Ja to dobrze rozumiem...
Serdecznie, po bratersku otacza mnie ramieniem, a swobodną ręką przechyla ku sobie moją głowę. Jesteśmy wzruszający, czy śmieszni? Nie pora teraz go pytać o to. On mnie trzyma za szyję, jak Lucia. Pachnie, jak ona, ale jeszcze subtelniej i ja patrzę z góry na jego jasne rzęsy na kształt abażuru na oczach... Więc moje zdenerwowanie z całego tygodnia ma w tem miejscu wybuchać szlochaniem? Nie, onby zniósł moje łzy, któreby mu splamiły dobrze skrojone ubranie, z ukrytym niepokojem. Hop, Klaudyno! ugryź się w język silnie, to najlepsze lekarstwo przeciwko gotowym łzom...
— Mój Marcelku, jaki ty dobry! Twój widok mnie pociesza.
— Nic nie mów, ja doskonale rozumiem. Boże, gdyby Charlie zrobił mi coś podobnego...
(Zaróżowiony pod wpływem egoistycznego wzruszenia, zakrywa sobie skronie. Ta uwaga wydaje mi się tak zabawna, że wybucham śmiechem.)
— Tak jest, ty jesteś zdenerwowana. Wyjdźmy trochę, chcesz? Deszcz ustał, powietrze stało się znośnem.
— Och! dobrze, wyjdźmy, to mnie orzeźwi.
— Ale powiedz mi jeszcze... ona była natarczywa... i błagała?...
(On nie przypuszcza nawet, że w prawdziwem zmartwieniu okrucieństwem byłoby jego naleganie, on szuka czego? Niezwykłej senzacyi).
— Tak, natarczywa. Uratowałam się tem, że nie patrzałam jak płakała, stojąc w odpiętej na białem ciele koszulce i wołała przez poręcze schodów, bym wróciła...
Mój »siostrzeniec« zbladł i bardzo szybko oddecha. Trzeba przypuszczać, że te przedwczesne upały w Paryżu działają denerwująco.
Zostawiam go na chwilę i powracam, ubrana w moją drogą marynarkę. Marcel z czołem opartem o szybę patrzy na podwórze, nic nie widząc.
— Dokąd pójdziemy?
— Dokąd chcesz, Klaudyno, bez celu... Wypić zimnej herbaty z cytryną, aby się trochę rozochocić. Więc... ty jej więcej nie zobaczysz?
— Nigdy — odpowiadam twardo.
Głębokie westchnienie mego towarzysza. Onby może wolał u mnie nie tak bardzo nieprzebłaganą zazdrość z powodu opowiadań.
— Trzeba uprzedzić papę, że wychodzimy, Marcelu. Chodź ze mną.
Papa, uszczęśliwiony, przechadza się wielkiemi krokami po pokoju, dyktując coś panu Maria. Ten podnosi głowę, patrzy na mnie, patrzy na mego »siostrzeńca« i staje się ponury. Mój szlachetny ojciec patrzy na Marcela z wysokości swoich silnych ramion, ubrany w obcisły tużurek z podartemi kieszeniami. Marcel mu się odwzajemnia, ale okazuje mu należny szacunek.
— Idźcie, moje dzieci. Nie siedźcie długo. Uważajcie na bieg czasu. Przynieś mi też szkolnego papieru, największy, jaki znajdziesz i skarpetki.
— Ja przyniosłem dziś rano trzy libry szkolnego papieru — przerywa słodkim głosem pan Maria, który nie spuszcza ze mnie oka.
— To dobrze; szkolnego papieru nie można nigdy za wiele kupić.
Wychodzimy, a ja słyszę z poza zamkniętych drzwi, jak papa pełnym głosem śpiewa pobudkę do polowania.
— Mój »wujeczny dziadek« ma swoje specyalne uciechy — robi Marcel uwagę, dziwiąc się jeszcze.
— Tak. On i Mélie mają dosyć bogaty repertuar.
(Spiesznie mijamy smrodliwą ulicę Jakóba i pełną wyziewów ulicę Bonapartego. Na placu można odetchnąć, ale tchnienie maja wonieje tu smołą i kreozotem, niestety!)
— Dokądże idziemy?
— Nie wiem jeszcze. Śliczna jesteś, Klaudyno, prześliczna dzisiaj. Oczy ciemne jak maryland są jakieś niespokojne i żebrzące, nie mogę ich poznać.
— Dziękuję.
(Ja także czuję, że korzystnie wyglądam. Mówią mi to wystawy sklepowe, nawet zupełnie wązkie, w których widzę mimochodem tylko jedno oko i brzeg policzka. O Klaudyno, chorągiewko na dachu! Ja, która tak bardzo opłakiwałam moje długie włosy, dziś rano obcięłam trzy centymetry, aby zachować tę fryzurę »kudłatego pastuszka«. To jest określenie wuja. (Faktem jest, że żadna inna nie stanowiłaby takiej oprawy dla moich podłużnych oczu i spiczastego podbródka.)
Ogromnie na nas zwracają uwagę, zarówno na Marcela, jak na mnie. On jest może trochę żenujący w dzień na ulicy: śmieje się głośno, obraca się do szyb, przeginając się na biodrze, spuszcza powieki, gdy ludzie na niego patrzą; nie jestem zachwycona jego manierami.
— Klaudyneczko, chodźmy na bulwar Hausmanna napić się zimnej herbaty. To ci przecież nic nie szkodzi przejść prawą stroną bulwaru a potem na plac Opery. To zabawniejsze.
— Mnie ulice Paryża nigdy nie bawią. Równa ziemia o każdej porze.... Słuchaj, nie wiesz, czy twój ojciec wrócił już do Paryża?
— O tem nigdy mnie nie uwiadamia, moja droga. Papa często wyjeżdża. Dziennikarstwo, »sprawy honorowe«, »sprawy sercowe«. Wiedz, że mój ojciec ogromnie lubi kobiety i nawzajem — mówi z przyciskiem zbyt silnym, kwaśnym tonem, jaki przybiera zawsze, mówiąc o moim wuju. — Czy cię to dziwi?
— Nie, nie dziwi mnie wcale. Jeden za dwóch, to nie zbyt wiele na waszą rodzinę.
— Ty jesteś uprzejma, Klaudyno, gdy się ciebie zaczepi.
— Mój Marcelku, co mnie to może obchodzić?
Bo przecież trzeba pokazać, że umiem kłamać i ukryć wrażenie nerwowego pomieszania i przykrości, jaką mi sprawiły jego ostatnie słowa. Postanawiam odebrać wujowi moje zaufanie. Nie lubię powierzać moich tajemnic komuś, kto o nich zapomina u »tych« kobiet. To jest wstrętne także! Słyszę, jak ten wuj mówi do »tych« kobiet tymsamym przytłumionym, ujmującym głosem, którym mi prawił czułe grzeczności. Gdy »te« kobiety mają przykrości, on je również obejmuje ramionami i pieści, jak mnie przed trzema tygodniami? Psiakrew!
Bezsilna irytacya Klaudyny przenosi się przez uderzenie łokciem w biodro starej damy, która jej stanęła na drodze.
— Co ciebie napadło, Klaudyno?
— Właśnie ty!
— Co za usposobienie!.. Przepraszam, Klaudyno, zapomniałem, że miałaś przykrość. Wiem dobrze, o czem myślisz.
On jest zawsze uszczypliwy dla Luci. Jego pogarda poprawia mi humor, podobnie jak to bywa u kobiety, którą kochanek zasmucił, a mąż pociesza.
Zajęci myślami, których sobie nie powierzamy, przybywamy do Wodewilu. Nagle jakiś głos... który słyszałam zanim przemówił... szepcze mi za plecyma:
— Dzień dobry wam, grzeczne dzieci.
Odwracam się gwałtownie z tak odrażającem spojrzeniem, że wuj wybucha śmiechem. To on jest z drugim panem, w którym poznaję przedstawionego mi na koncercie Mangisa. Mangis z koncertu, okrąglutki i różowy, jest strasznie zgrzany i wyciera się i kłania z przesadnem uszanowaniem, w którem czuć blagę, co mnie wcale nie uspokaja.
Patrzę na wuja Renaud, jakbym go po raz pierwszy widziała. Jego krótki i zakrzywiony nos i wąsy koloru srebrzystego bobra znam dobrze, ale jego ciemno-niebieskie, głębokie i zmęczone oczy, czyżby zmieniły wyraz? Nie wiedziałam, że on ma takie małe i różowe usta. Zmarszczki na skroniach wydłużyły mu się aż po kąty oczu; nie znajduję tego wcale brzydkiem. Fe! Straszny włóczęga, który przybywa od »tych« kobiet! Przypatruję mu się z tak mściwą miną przez te dwie sekundy, że ta potwora Mangis ośmiela się zadecydować, potrząsając głową:
— To jest mina, za którą pozbawiłbym legominy... bez żadnych tłumaczeń.
Rzucam mu mordercze spojrzenie, ale jego wybałuszone niebieskie oczy, jego brwi łukowate wyznają taką ogromną dobroć, taką poczciwą prostoduszność, że parskam mu w nos... bez dalszych tłumaczeń.
— Te poważne damy — robi uwagę wstrętny wuj, wzruszając ramionami — śmieją się z niczego.
(Nic nie odpowiadam, nie patrzę na niego...).
— Marcelu, co jest twojej przyjaciółce? Możeście się posprzeczali?
— Nie, ojcze, jesteśmy w najlepszej zgodzie. Tylko — dodaje z wyrazem świadomej dyskrecyi — zdaje mi się, że Klaudyna miała w tym tygodniu przykrości.
— Proszę się nie martwić tylko zanadto — pospiesza Mangis; — głowy lalek łatwo się dają naprawiać, znam doskonały adres, dostanę dla pani 13—12 i pięć procent rabatu.
(Teraz z kolei wuj przypatruje mi się, jakby mnie widział po raz pierwszy. Daje dość rozkazujący znak Marcelowi, aby mu wszystko powiedział. I kiedy oni się oddalają o parę kroków, pozostaję na pastwę okrąglutkiego Mangisa, który mnie bawi mimo braku elegancyi, gdyż jest ogromnie komiczny.)
— Bardzo jest piękny ten efeb, za którego ciotkę pani się podaje.
— Tak jest. Patrzą na niego na ulicy więcej, niż na mnie. Ale ja nie jestem zazdrosna.
— Zupełnie słusznie!
— Ale ma cudny krawat, co? Ale to jest więcej kobieca krawatka.
— Niech będzie! Nie trzeba mu zabraniać mieć cokolwiek kobiecego — przyzwala Mangis.
— A jego ubranie, czy jest choć jedna zmarszczka?
— Och! Tak, jeżeli nigdy się u niego nie znajdzie jednej zmarszczki zbytecznej...
Nie kończy zdania i jakby żałując, że wogóle zaczął, wyciera nos z hałasem, nie mając ku temu najmniejszej potrzeby, żeby odwrócić rozmowę. Dlaczego?
Przypuszczam, że Marcel nie opowiada ojcu o Luci. Nie odważyłby się. Dobrze zrobi, jeśli się nie odważy! Nie, wuj miałby inny wyraz twarzy.
— Klaudyno, — mówi wuj, zbliżając się wraz z synem — chciałbym zaprowadzić was oboje do teatru Antoine’a na Blanchette w przyszłą niedzielę. Ale jeśli będziesz się dąsała, cóż ja zrobię? Pójdę tam sam?
— Nie, nie sam; ja też pójdę!
— Twoje kaprysy także?
(Patrzy mi w oczy i ja ulegam).
— Nie, będę już grzeczna. Dzisiaj tylko miałam przykrości.
(Ciągle na mnie patrzy, chciałby odgadnąć; odwracam głowę jak Fanchetta od talerzyka z mlekiem, które lubi i od którego zarazem ucieka).
— Dobrze, żegnam was moje dzieci. Dokąd tak idziecie?
— Na zimną herbatę ojcze.
— To lepiej, niż do kawiarni, mruczy z roztargnieniem Mangis.
— Słuchaj Klaudyno, mówi mi wuj poufnie. Spostrzegłem, że Marcel jest o wiele przyjemniejszy, od czasu, gdy jest twoim przyjacielem. Przypuszczam, że będziesz dla niego ocaleniem moje dziecko. Jego stary ojciec byłby ci ogromnie wdzięczny, wiesz?
Pozwalam obu panom uścisnąć sobie rękę i robimy w tył zwrot Ocalenie dla Marcela? To mnie przejmuje dreszczem! Nie mam pociągu do moralizatorstwa. Ocaleniem dla Marcela? Boże, jaki on ciężki, i to inteligentny człowiek!
Piliśmy zimną herbatę z cytryną. Ale mój »siostrzeniec« zauważył, że jestem ponura. Nie bawię go tak, jak Charlie, a ja sobie zdaję sprawę, że moje roztargnienia są zresztą zupełnie w innym rodzaju; nie mam do niczego ochoty.

Wieczorem, po obiedzie czytam zupełnie bezmyślnie, podczas gdy papa pali, nucąc dzikie melodye, a Mélie krząta się podnosząc swoje piersi. Kotka, odęta, opuchła nie jadła obiadu; mruczy bez przyczyny, nos ma czerwony a uszy gorące.
Późno kładę się spać, zostawiwszy okno otwarte i zamknąwszy okiennice, po trzydziestusześciu turach codziennych, ciepłej kąpieli, rozmyślaniach w negliżu przed lustrem i ćwiczeniach giętkości. Jestem osłabiona... Moja Fanchetka dyszy, drży na swej pościółce w koszyku i słucha uderzeń brzucha. Sądzę, że to na bliski termin.

To było na bliski termin! Zaledwie zgasiłam lampę, rozpaczliwe miau stawia mnie na nogi. Zapalam światło i biegnę bosemi nogami do mojej biedaczki, która szybko oddycha, opiera energicznie swoje gorące łapki na mojej ręce i patrzy na mnie ślicznemi, rozszerzonemi oczami. Mruczy bez wytchnienia. Nagle, delikatne łapki w mojej ręce się kurczą i znowu: rozpaczliwe miau. Czy mam zawołać Mélie? Ale gdy tylko się podniosłam, Fanchetka przerażona wstaje i chce biedz; ona się boi. Muszę zostać. Brzydzę się tego trochę, ale nie będę patrzyła.
Po dziesięciominutowej ciszy, sytuacya się pogarsza: następują kolejno krótkie, szalone pomruki (trrr, trrr) i straszne krzyki (miau, miau), Fanchetka wytrzeszcza oczy, wstrząsa się i... ja odwracam głowę. Nowa porcya mruczenia, zaburzenia w koszyku dają mi snać, że jest coś nowego. Ale wiem o tem zbyt dobrze, że moja piękna nie poprzestaje nigdy na jednem wydaniu. Krzyki się ponawiają, łapka czepia się nieprzytomnie mojej ręki, ale ja uparcie trzymam głowę odwróconą. Po trzech podobnych epizodach, następuje zdecydowane zakończenie. Fanchetka jest wolna. Biegnę do kuchni w koszuli, aby jej przynieść mleka, a ona przez ten czas uporządkuje małe. Opóźniam się umyślnie. Gdy wracam niosąc talerzyk, moje śliczne zwierzę, wycieńczone pokazuje swój uszczęśliwionej matki pyszczek. Myślę, że mogę popatrzeć...
Pod białym i różowym brzuchem troje malutkich kociąt, trzy ślimaki, w prążki czarne na szarem tle. Trzy śliczne maleństwa ssą i wiją się, jak pijawki. Koszyk jest czyściutki i bez śladu; ta Fanchetka ma dar odbywania porodu jakby cudem! Nie śmiem jeszcze dotknąć maleńkich, które połyskują oblizane od uszu do ogona, chociaż matka mnie zachęca osłabłym głosem, abym je podziwiała, pieściła... Jutro trzeba będzie wybrać i dwoje utopić. Mélie będzie, jak zwykle dokonywać wyroku. A ja będę miała widowisko przez tygodnie, gdy ta dziwaczna matka, Fanchetka będzie nosiła swoje małe w pyszczku, rzucała je łapkami w powietrze i dziwiła się w niepoprawnej prostocie ducha, że jej syn piętnastodniowy nie skacze za nią po kominkach i na ostatnią półkę w bibliotece.

Moja skrócona noc była pełna marzeń, w których dziwaczność walczyła o lepsze z głupotą. Od jakiegoś czasu często marzę. Mélie wylewała krokodyle łzy swego czułego serca, otrzymawszy rozkaz utopienia dwojga kociąt. Trzeba było wybrać i rozpoznać płeć. Ja się nie rozumiem na tem, gdy to jest takie małe, a zdaje się, że i bystrzejsi odemnie się mylą, ale Mèlie jest nieomylna. Trzymając kocięta w obu rękach, rzuca w odpowiednią stronę bystre spojrzenie i oświadcza: »To jest kocur. Tamtych dwoje, kotki«. Oddaję małego wybrańca Fanchetce, która niepokoi się i miauczy na ziemi.
— Wynieś prędko tamte, aby się nie spostrzegła.
Fanchetka skonstatowała mimo to, że tamtych brakuje; umie liczyć do czterech. Ale to rozkoszne stworzenie okazuje się matką dość mierną: poobracawszy szorstko swego kotka łapką i pyszczkiem aby zobaczyć, czy tamte nie leżą pod spodem, zajęła swoje miejsce. Będzie to pozostałe lizała dwa razy tyle i koniec.
Ile to jeszcze dni? Cztery do niedzieli. W niedzielę pójdę do teatru z Marcelem i wujem. Kpię z teatru; ale z wuja nie. Mój wuj, mój wuj... Co za głupia myśl, żeby go ochrzcić w ten sposób! Idyotka, »Tuman« ta Klaudyna! »Mój wuj«, to mi przypomina tę ohydną Lucię. Jej to nic nie szkodzi nazywać wujem starego jegomościa, który... ten mój koniec końców jest wdowcem po mojej ciotecznej siostrze, której nigdy nie widziałam. W sprawiedliwej francuszczyźnie nazywa się to »kuzyn«. »Renaud« już lepsze, niż »mój wuj«, to go odmładza, więc... Renaud! Jak on prędko poskromił moje kaprysy wczoraj! To była czysta podłość z mojej strony, nie zachowanie. Słuchać, słuchać to poniżenie, którego nigdy nie znałam — chciałam napisać... zakosztowałam. Tak, zakosztowałam. Jeżeli ustąpiłam, to przez przekorę, jak sądzę. W Montigny byłabym wolała dać się posiekać raczej, niż zamiatać klasę z kolei, gdy mi tego nie mówiono. Ale mogła tylko Mademoiselle popatrzeć na mnie ostro ciemno-niebieskiemi oczyma, podobnemi do oczu Renaud, słuchałam jej więcej, niżbym »jego« słuchała — wszystkie członki drętwiały mi nagle w strasznej nieomocy.

Poraz pierwszy chce mi się śmiać na wspomnienie Luci. Dobry znak: taka mi się wydaje daleka, ta mała, która podskakiwała na jednej nodze wołając, że pozwoli zdechnąć swojej matce!... Ona tego nie rozumie, nie jej w tem wina. To jest takie miłe zwierzątko.

Jeszcze dwa dni muszę czekać na pójście do teatru. Przyjdzie Marcel. Ale jego obecność już mnie nie zachwyca; przy ojcu on wygląda jak mały głuptasek jasny i różowy, trochę przekorny głuptasek. Ja lubię i jego i Renaud, ale każdego oddzielnie.
Na stan mojej duszy — dlaczegoż bym ja nie miała mieć »stanu duszy?« — brak mi określenia. To jest stan człowieka, któremu wkrótce ma się zawalić komin na łeb. Widzę, wskutek zdenerwowania, zbliżanie się tego upadku. I za każdym razem, gdy otwieram drzwi szafy, albo mijam róg ulicy, albo gdy przychodzi posłaniec ranny, który mi nigdy nic nie przynosi, przy rozpoczęciu wszelkich, nic nieznaczących czynności, dostaję lekkiego uderzenia. »Czy to nie ten wypadek?«

Przypatrzyłam się dobrze pyszczkowi mego Ślimaka, — ten kociak będzie się nazywał Ślimaczek dla przypodobania się papie i dla ślicznych, cienkich prążków, — zbadałam dokładnie jego ślepy pyszczek nakrapiany delikatnemi prążkami zwróconemi do nosa, jak korona bratka czarno-żółtego; oczy otworzą się najprędzej po upływie dziewięciu dni. Gdy oddaję białej Fanchetce jej śliczne dziecko, prawiąc jej setki komplementów, ona je myje jak najdokładniej. Mimo swej szalonej miłości dla mnie, uważa w gruncie rzeczy, że pachnę brzydko perfumowanem mydłem.
Wydarzenie, ważne wydarzenie! Czy to nie ten komin, którego się obawiałam? Z pewnością, ale przecież powinnam czuć ulgę w moich udręczeniach. A ja mam jeszcze »skurczony żołądek«, jak się mówi u nas. Oto co się stało:
Dziś rano, o dziesiątej godzinie, gdy usiłowałam gorliwie przyzwyczaić Ślimaczka do ssania innej różowej cyci Fanchetty, (on chwyta zawsze tę samą, a wedle tego, co mówi Mélie obawiam się, żeby to nie zdeformowało mojej pięknej) wchodzi papa uroczyście do mego pokoju. Ale nie jego uroczysta mina mnie zastanawia, tylko to, że on wchodzi do mego pokoju. On tu zagląda tylko wtedy, gdy jestem chora.
— Chodź ze mną na chwilę.
Idę za nim aż do komórki na książki z uległością wyjątkowej córki. Zastaję tam pana Maria. Jego obecność wydaje mi się całkiem zwyczajna. Ale pan Maria ubrany w nowy tużurek o dziesiątej godzinie z rana i w rękawiczkach, to przechodzi wszelkie prawdopodobieństwo!
— Moje dziecko, zaczyna szlachetny ojczulek z rozczuleniem i godnością, ten zacny chłopak chce cię poślubić. A muszę cię uprzedzić, że ma całą moją przychylność.
Wytężywszy uszy, słucham uprzejmie, ale ogłupiała. Gdy już papa skończył przemowę wyrzucam to jedyne, idyotyczne, ale szczere słowo:
— Co takiego?
Przysięgam wam, że nic nie rozumiem. Papa traci trochę swój uroczysty nastrój, ale zachowuje swoją całą szlachetność:
— Tuman, bo tuman; mam chyba dość wyraźną wymowę, abyś zrozumiała odrazu. Ten dzielny chłopak Maria chce cię wziąć za żonę, nawet za rok, jeżeli uważasz, że jesteś za młoda. Ja, rozumiesz, nie pamiętam twego wieku, to tyle lat! Powiedziałem mu, że musisz mieć pewnie czternaście i pół, ale on mnie zapewniał, że zaczęłaś ośmnasty; musi lepiej wiedzieć odemnie. I koniec. A jeżeli go nie chcesz, to trudna będzie rada, do miliona djabłów!
(Co za szczęście! Patrzę na pana Maria, który blednie pod swoim zarostem i spogląda na mnie swemi czarnemi oczyma o długich rzęsach. Wzruszona, niewiadomo dlaczego, z gwałtowną radością rzucam się ku niemu).
Jakże, to prawda, panie Maria? Na prawdę, pan mnie chce poślubić? Bez żartów?
— Och! bez żartów, wzdycha niskim głosem.
— Mój Boże! jakiż pan jest szlachetny!
I chwytam jego obie ręce i ściskam uradowana. On czerwienieje, jak słońce zachodzące za krzewami.
— Więc pani się zgadza?
— Ja? Ależ nigdy w życiu!
Och brakuje mi delikatności, no i kilograma dynamitu!
Pan Maria wyprostowany przedemną otwiera usta i robi wrażenie, jakby zwaryował.
Papa uważa za swój obowiązek wmieszać się:
— Więc powiedz, długo będziesz nas zwodziła? Co to ma znaczyć? Skaczesz mu na szyję, a potem go nie chcesz? To dopiero obyczaje!
— Ależ papo, ja wcale nie chcę poślubić pana Maria, to jasne. Uważam, że jest bardzo szlachetny, och! ogromnie szlachetny, że uznał mnie godną względów tak... poważnych i za to mu dziękuję. Ale ja nie chcę za niego wychodzić stanowczo!
(Pan Maria robi blagalny ruch, godny zmiłowania i nic nie mówi, czem mi sprawia przykrość).
— Ojcze wieczysty! ryczy papa. Dlaczego, do dyabła nie chcesz wyjść za niego?
(Dlaczego? Rozkładam ręce i wzruszam ramionami. Czy ja wiem? To tak, jakby mi robiono propozycyę wyjścia za Rabastensa, pięknego suplenta z Montigny. Dlaczego? Dla tej jedynie przyczyny, jaka ma w świecie znaczenie — że go nie kocham).
Papa, zrozpaczony rzuca echu ścian taką garść przekleństw, że ich tu nie zapiszę. Czekam końca litanii.
— Ach! papo, więc chcesz żebym była nieszczęśliwa!
Temu człowiekowi jak z kamienia nie potrzeba więcej!
— Głupia! Nieszczęśliwa? Właśnie, że nie. A wreszcie, możesz się namyślić, możesz zmienić zdanie. Nieprawdaż, proszę pana, że ona może potem zmienić zdanie? To byłoby nawet dla mnie ogromnie dogodne, gdyby ona zmieniła zdanie! Miałbym pana przez ten cały czas, załatwiło się najważniejsze sprawy! Ale dziś, teraz, raz, dwa, nie chcesz go? To się wynoś, my mamy robotę.
Pan Maria wie dobrze, że ja nie zmienię zdania. Mnie safianowe nakrycie stołu i szuka swego pióra, nic nie widząc. Zbliżam się do niego:
— Panie Maria, czy pan mnie pragnie?
— Och! nie proszę pani, to nie to...
Nagłe zachrypnięcie nie pozwala mu dokończyć. Odchodzę na palcach i znalazłszy się sama w salonie, zaczynam tańczyć »chienore«. Cudownie! Żądano mnie w zamęźcie! W za-męź-cie! Zauważano, że jestem dosyć piękna, abym się podobała na żonę, mimo moich krótkich włosów. Ktoś się we mnie kocha! Ten oto chciał mnie poślubić, to jest chłopak rozsądny, z pozycyą, nic w tem chorobliwego. Więc, zresztą... Dosyć tańców, idę dalej rozmyślać.

Dzieciństwem byłoby zaprzeczać, że moje położenie się pogarsza. Kominek grozi. Runie na moją czaszkę, pod straszną czy piękną postacią, ale runie. Nie odczuwam wcale potrzeby zwierzania tego stanu komukolwiek na świecie. Nie napiszę do Klary, do szczęśliwej Klary: »O droga moja towarzyszko lat dziecinnych, zbliża się chwila fatalna, w której, jak przeczuwam, serce i życie moje zakwitną...« Nie, za nic jej tego nie napiszę. Nie zapytam papy: »O mój ojcze, co to jest, co mnie zwątpieniem ogarnia i zarazem szałem unosi? Pomóż niedoświadczeniu mej młodości...« Tenby zrobił minę, mój biedny papa! Pokręciłby trójbarwną brodę i mruczałby zmieszany:
»Ja nie badałem nigdy takiego gatunku!«
Szalej, Klaudyno, szalej! W gruncie rzeczy, nie bardzo jesteś pewna. Błąkasz się po pustem mieszkaniu, porzuciłaś starego, ulubionego Balzaca, zatrzymujesz się z mętnym i nieprzytomnym wzrokiem przy lustrze w swoim pokoju, a ono ci odbija wysoką smukłą panienkę z rękami skrzyżowanemi na plecach, w marszczonej bluzce z różowego jedwabiu i ciemno-niebieskiej wełnianej spódniczce. Ma krótkie włosy wijące się w loki, szczupłą twarz o matowych policzkach i podłużne oczy. Uważasz, że jest ładna, ta panienka z twoją miną zuchwałą i czupurną. To nie jest piękność, która podbija tłumy, ale... ja znam swoją wartość; ci, którzy jej nie widzą, są albo głupcy — albo mają krótki wzrok.
Jakaż ja jutro będę ładna! Wystarczy moja obcisła niebieska suknia i czarny wielki kapelusz i szmizetka z ciemno-błękitnego jedwabiu, ciemne barwy są mi więcej do twarzy — i dwie herbaciane róże w rogu kwadratowego wycięcia u szyi, gdyż wieczorem mają taki sam odcień, co moje ciało.
Możeby tak powiedzieć Mélie, że mnie proszono o rękę? Nie. Nie opłaci się. Odpowie mi zaraz: »Moja pieszczotko«, zrób tak, jak się robi u nas. Zgódź się, kiedy cię proszą, a najpierw wypróbuj w taki sposób umowa jest uczciwa i niema żadnego oszustwa«. Bo dziewictwo ma dla niej tak strasznie małą wartość! Ja znam jej poglądy: »Kłamstwa, moje dziecko, kłamstwa! Wymysły doktorów, to wszystko. Potem, przedtem, i tybyś wierzyła, że oni się nie trzymają tego samego sposobu! To wszystko jedno, doprawdy«. Czy to dobra dla mnie szkoła? Tylko że jedna fatalność ciąży na uczciwych dziewczętach; zostają niemi mimo wszystkie na świecie Mélie.
Zasypiam późno, bo noc duszna i śnię niespokojnie wspomnienia z Montigny, marzę o szmerach liści, świcie mroźnym (niestety!) i skowronkach, co wznosząc się, śpiewają głosem, który naśladowałyśmy w szkole, ugniatając w rękach śniegowe kule. Jutro, jutro... czy też się będę podobała? Fanchetka mruczy łagodnie, trzymając łapkami swego prążkowanego Ślimaczka. Ileż razy mnie koiło i usypiało to równe mruczenie mojej pięknej!

Miałam sen tej nocy! I czuła Mélie wszedłszy do mnie o ośmej godzinie, by otworzyć okiennice, zastaje mnie skuloną, z rękoma obejmującemi kolana, z włosami opadłymi aż na nos, zadumaną i milczącą.
— Dzień dobry, moja ubóstwiana Francyo! ...dobry.
— Tyś może chora?
— Nie.
— Masz jakie smutki, zmartwienia?
— Nie. Miałam sen.
— O! to nie żarty! Ale jeżeli nie śniło ci się dziecko, albo rodzina królewska (sic), to niema nieszczęścia. Chyba że ci się wyśnił gnój ludzki!
Te przepowiednie, które mi powtarza z powagą, odkąd ją mogłam tylko zrozumieć, nie śmieszą mnie dzisiaj. Tego, co dziś śniłam nie powiem nikomu, nawet temu zeszytowi. Wstydziłabym się odczytać...
Prosiłam, aby dziś podano obiad o szóstej, więc pan Maria odszedł o godzinę wcześniej, zgaszony, zwarzony, zbity. Ja go wcale nie unikam od owego zdarzenia; nie wprawia mnie wcale w zakłopotanie. Jestem nawet trochę wyzywająca, bo rozmawiam z nim oklepanemi komunałami:
— Co za pogoda, panie Maria!
— Sądzi pani? Chmurzy się, na zachodzie czarno...
— Ach! nie widziałam. To zabawne, od samego rana wydaje mi się, że jest pogoda.
Przy obiedzie przełknąwszy mięso bez żadnego apetytu, siedząc nad leguminą z konfiturami pytam papy:
— Papo, czy ja mam posag?
— Cóż ciebie to może obchodzić?
— Masz tobie, jesteś wyborny! Proszono mnie o rękę wczoraj, jutro może się to powtórzyć. To tylko pierwsza odmowa kosztuje. Wiesz, oświadczyny, to zupełnie jak powiastka o mrówkach i garnku konfitur; gdy przyjdą jedne, przyjdą za niemi trzy tysiące.
— Trzy tysiące, głupia! Szczęściem nasze stosunki nie są zbyt rozległe. Pewnie, garnku konfitur, że masz posag! Gdy przyjmowałaś pierwszą komunię, złożyłem u notaryusza w Montigny, Mennier 150.000 franków, które ci zostawiła matka, bardzo niemiła osoba. Tam im jest bezpieczniej, niż u mnie; rozumiesz, ze mną nigdy niewiadomo, co może być...
On ma takie rozczulające powiedzenia, żeby się go całowało; całuję go też. Następnie wracam do mego pokoju zdenerwowana, bo jest już późno i czatuję na dzwonek z wyciągniętemi uszyma i wstrzymaniem uderzeń serca.
Pół do ośmej. On się nie bardzo spieszy, rzeczywiście! Trzy kwadranse na ośmą. To oburzające! Mógł był mi przysłać bilet, albo nawet Marcela, ten motylkowaty wujaszek...
Wtem energiczne trrr... stawia mnie na równe nogi i spostrzegam w lustrze dziwnie bladą twarz, której mi tak wstyd, że się odwracam. Od jakiegoś czasu moje oczy mają ciągle taki wyraz, jakgdyby wiedziały o czemś, czego ja sama niewiem.
Na głos, który mnie dochodzi z przedpokoju uśmiecham się nerwowo; jedyny głos mego wuja, mego kuzyna Renaud, chciałam powiedzieć. Mélie wprowadza go bez pukania. Przygląda mu się ujmującym wzrokiem uległej suki. On jest także blady, widocznie zdenerwowany i oczy mu błyszczą. Siwiejące wąsy są przy świetle więcej blond... pięknie podkręcone wąsy... gdybym miała odwagę, skosztowałabym, czy są słodkie...
— Sama jesteś, kochana Klaudyno? Dlaczego nic nie mówisz? Czy panienka wyszła?
(Panienka myśli w tej chwili, że on może wraca od jednej z »tych« kobiet i uśmiecha się z przymusem).
— Nie. Panienka dopiero wyjdzie z panem, jak sądzę. Proszę pójść pożegnać papę.
(Papa jest ogromnie uprzejmy dla swego kuzyna, który się tylko kobietom podoba).
— Tylko uważaj na małą; jest ogromnie delikatna. Czy macie klucz?
— Tak, mam swój od mego mieszkania.
— O nasz poproś Mélie. Ja już zgubiłem cztery, więc nie noszę go wcale. Gdzież jest mały?
— Marcel? On nie... On przyjdzie pewnie za nami do teatru.
Schodzimy w milczeniu; mam głupią ochotę wyszukać na dole powóz de cercle. Kareta od Bindera z wspaniałym uprzęgiem nie mogłaby mnie więcej zachwycić.
— Dobrze ci? Może chcesz żebym podniósł jedną szybę dla przewiewu? Nie, może obie do połowy, bo strasznie gorąco! (Nie czuję, czy jest gorąco, ale, mój Boże, jak mi się żołądek skurczył! Zęby mi kłapią nerwowo; z trudem się odzywam wreszcie):
— Więc Marcel do nas przyjdzie?
Niema odpowiedzi. Renaud — to bardzo ładnie, tak krótko, Renaud — patrzy przed siebie spuściwszy powieki. Nagle zwraca się ku mnie i chwyta mnie za rękę; ten człowiek szpakowaty ma ogromnie młode ruchy!
— Słuchaj, ja skłamałem przed chwilą, to było niewłaściwe: Marcel nie przyjdzie. Powiedziałem twemu ojcu co innego i to mnie złości.
— Jakto? Nie przyjdzie? Dlaczego?
— To ci sprawia przykrość, prawda? To moja wina. Jego także. Nie wiem, jakby ci wytłumaczyć... To ci się wyda taką drobnostką. On przychodzi do mnie na ulicę Bassane, piękny, z twarzą mniej surową i zaciętą, niż zazwyczaj. Ale krawatka! Crêpe de Chine dokoła szyi, ułożona w fałdy, jak stanik kobiecy, spięta w kilku miejscach szpilkami perłowemi, wreszcie... niemożliwa. Mówię mu: »Mój chłopcze, może... byłbyś tak dobry zmienić krawatke, pożyczę ci jednej z moich«.
On się zżyma, stawia się zuchwale, obydwaj... wreszcie zamieniamy zdania, trochę zbyt skomplikowane dla ciebie, Klaudyno; on decyduje stanowczo: »Albo w mojej krawatce pójdę, albo nie pójdę wcale«. Trzasnąłem mu drzwiami przed nosem i koniec. Bardzo mi masz to za złe?
— Ależ, mówię nie odpowiadając na pytanie, pan już widział tę krawatkę; on ją miał kiedyś, gdyśmy pana spotkali z Mangisem na bulwarach obok Wodewilu
(Mina zdziwiona, brwi podniesione).
— Tak? Jesteś tego pewna?
Zupełnie; tej krawatki trudno nie pamiętać. Jak pan mogłeś jej nie zauważyć?
Rzuciwszy się w tył na poduszki powozu wstrząsa głową i mówi półgłosem:
— Czy ja wiem. Widziałem tylko, żeś ty miała podkrążone oczy, nasrożoną minę podraźnionego kozła, niebieską szmizetkę i jeden loczek spuszczony pieszczotliwie na prawą brew...
(Nic nie odpowiadam. Jestem trochę oszołomiona. On nie dokończywszy zdania naciąga kapelusz na oczy ruchem człowieka, który chciał powiedzieć głupstwo i zapóźno się spostrzegł).
— Ja rzeczywiście nie jestem zabawny. Mogę cię jeszcze odprowadzić do domu, moja mała przyjaciółko.
(Do czego zmierza ten ton zaczepny? śmieję się po cichu, kładę urękawicznioną rękę na jego ramieniu i tak ją zostawiam).
— Nie, pan mnie nie odprowadzi. Jestem bardzo zadowolona. Wy obaj z Marcelem nie przystajecie do siebie, ja was wolę każdego oddzielnie, niż razem. Ale czemu nie było tego powiedzieć papie?
(On bierze moją rękę i kładzie ją pod ramię).
— To proste. Wpadłem w smutek, w rozpacz, obawiałem się, żeby twój ojciec nie pozbawił mnie ciebie, drogiej małej nagrody... Ja może nie jestem wart ciebie, ale ja zasłużyłem na ciebie...
— Poco się było obawiać? Papa byłby mi pozwolił z panem jechać, on robi to, czego ja chcę...
— Och! wiem o tem, mówi z pewną intrygą szarpiąc swoje wąsy z pozłacanego srebra, z którego złoto zaczyna się ścierać. Przyrzeknij mi przynajmniej, że będziesz chciała rzeczy tylko rozsądnych.
— Jeszcze nie wiadomo, nic nie wiadomo! Jabym chciała... słyszy pan, proszę się zgodzić na to, o co poproszę.
— Jaki banan mam ogołocić z owoców? Jaką szypułkę bajecznego karczocha obrać dla ciebie, kochanku, z łupiny? Jedno słowo, jeden rozkaz, jeden jedyny... a nadziewane kremem czekoladki zasypią ci kolana... Te zamknięte karety psują szlachetność moich ruchów, Klaudyno, ale niema obawy aby zniszczyły szlachetność mych uczuć!
(Wszyscy ci literaci trochę blagują w podobny do siebie sposób, ale on o wiele zręczniej niż Mangis i bez tego straszliwego akcentu paryskiego przedmieścia...)
— Nadziewanych czekoladek się nie odmawia. Ale... ja, nie chcę pana nazywać »moim wujem«.
(On pochyla głowę, co widać w szybko migających światłach jakiegoś magazynu, niby z rezygnacyą).
— Masz tobie. Ona mnie chce nazywać »Dziadzio«. Wybiła ta straszna chwila...
— Proszę się nie śmiać. Namyśliłam się, że pan jest moim kuzynem i że, jeżeli pan pozwoli, mogłabym go nazywać... Renaud. To nie jest takie potworne, zdaje mi się.
(Jedziemy przez lepiej oświetloną ulicę; on się pochyla, aby mi w twarz popatrzeć; robię gorliwe wysiłki, aby nie mrugać oczami; wreszcie on mówi:)
— To wszystko? Ależ zacznij od tej chwili, proszę cię o to. Odmłodzisz mnie tem, nietyle, ilebym chciał, ale zawsze o pięć lat najmniej. Przyjrzyj się moim skroniom; nie stały się napowrót jasne?
Przechylam się, aby skonstatować i nie zaraz się cofam. Patrząc na niego tak z bliska, czuję, że mój żołądek jeszcze bardziej się kurczy...
Nie odzywam się wcale. Od czasu do czasu przy świetle »oczkuję« ukradkiem i widzę jego krótki profil i szeroko otwarte, wytężone oczy.
— Gdzie pan mieszka... Renaud?
— Przy ulicy Bassano, już ci mówiłem.
— Czy ładnie jest u pana?
— Ładnie... dla mnie.
— Czybym ja mogła zobaczyć?
— Na Boga, nie!
— Dlaczego?
— Bo, no bo... u mnie wygląda jak na szłychu z XVIII. wieku.
— Ba! I cóż to szkodzi?
— Pozwól mi wierzyć, że »to szkodzi« jeszcze cokolwiek...
Dojeżdżamy, Klaudyno.
(Szkoda!)
Przed »Blanchettą« uraczam się sumiennie Poil de carotte. Chłopięcy wdzięk i powściągliwe ruchy Zuzanny Després zachwycają mnie; oczy ma zielone, jak Lucia, pod krótką rudą peruką. A niewinny dowcip tego Juliusza Renaud oszałamia mnie. Gdy tak słucham, podparłszy brodę, całkiem znieruchomiona czuję nagle, że Renaud na mnie patrzy. Odwracam się szybko; on ma oczy zwrócone na scenę i zupełnie niewinnie wygląda.
To niczego nie dowodzi.
Podczas antraktu, Renaud przechadza się ze mną i pyta:
— Teraz jesteś już spokojniejsza, kłębku nerwów?
— Ja nie byłam zdenerwowaną, mówię nasrożywszy się.
— A ta mała delikatna i zesztywniała, której zimno czułem w powozie na mojem ramieniu? Nie zdenerwowana? Nie, to ja!
— Pan... także.
(Powiedziałam to cichutko, ale lekkie poruszenie jego ramion upewnia mnie, że słyszał).

Podczas przedstawienia myślę o skargach — tak mi już obcych — małej faworytki Przełożonej. Wtedy, gdyśmy zaczynały się kochać, ona mi zwierzała — bardziej bez ogródki, niż to robi owa Blanchette — z jakim przerażającym wstrętem, ona, mała nauczycielka już przyzwyczajona do względnie dobrego bytu w szkole, wracała do ojcowskiego domu, tego ubogiego, hałaśliwego, źle utrzymanego domu. Opowiadała mi bez końca o swej trwodze wrażliwej kotki na progu śmierdzącej klasy, w przeciągu; a panna Sergent przechodziła za nami zazdrosna i milcząca...
Mój sąsiad, który zdaje się czytać w moich myślach, pyta mnie cichutko:
— To tak jest w Montigny?
— Tak i jeszcze gorzej!
On nie nalega. Przysunąwszy łokieć do łokcia milczymy; ja się coraz więcej opieram na tem opiekuńczem ramieniu. Na chwilę zwracam ku niemu głowę, on opuszcza swój wzrok na moje oczy, a ja się uśmiecham serdecznie. Tego człowieka widziałam pięć razy, a znam go chyba od wieków...
W czasie ostatniego aktu opieram się najpierw na łokciu i zostawiam maleńkie miejsce na aksamitnem ramieniu fotela. Jego łokieć rozumie, o co chodzi, i przysuwa się do niego. Żołądek już nie jest tak bardzo ściśnięty.

O trzy kwadranse na dwunastą wychodzimy. Niebo jest czarne, wiatr prawie świeży.
— Jeżeli się zgodzisz, Renaud, wolałabym nie wsiadać zaraz do powozu, tylko iść pieszo przez bulwary, czy masz czas?
— Całe życie, jeżeli chcesz, odpowiada śmiejąc się.
Bierze mnie mocno pod rękę i idziemy równym krokiem, gdyż ja mam długie nogi. Na cieniu od lamp elektrycznych widzę nas idących: Klaudyna podnosi do gwiazd nadzwyczajnie wzruszoną gębę i prawie czarne oczy; wiatr porusza długiemi wąsami Renaud.
— Mów mi Klaudyno o Montigny i o sobie.
Daję znak, że nie. Tak jest dobrze. Nie trzeba rozmawiać. Idziemy szybko; mam łapki Fanchetty tego wieczora; ziemia ugina się elastycznie pod każdym krokiem.
Światła, jasne światła, kolorowe szyby, pijący siedzą przy stolikach na terasie...
— Co to takiego?
— Piwiarnia Logre.
— Och! jakże ja mam pragnienie!
— Nie trzeba lepiej. Ale nie w tej piwiarni.
Właśnie że tutaj! Tu tak jasno, »gwarno«, to bardzo zabawne.
Ale tu kokoty, hałas...
— Tem lepiej! Chcę pić tutaj.
On szarpie przez chwilę wąsy, potem zrobiwszy ruch stosowny:
»Czemużby nie, wreszcie?« prowadzi mnie do wielkiej sali.
Niema tak wiele osób, jak przypuszczał; mimo lata, można prawie oddechać. Zielony fajans budzi we mnie myśl o kąpieli i nowych dzbankach.
— Pić! Pić!
— Zaraz, zaraz, to dobre, zaraz ci dadzą pić! Coza straszny dzieciak! Nie byłoby zbyt dobrze zostawiać cię bez męża...
— Ja sądzę, odpowiadam na seryo.
Siadamy przy małym stoliku obok kolumny. Przeglądam się w lustrze na prawo, na ścianie zamalowanej bezładnie postaciami nagich bachantek, która mnie upewnia, że nie mam atramentu na twarzy, że kapelusz prosto się trzyma i że oczy mi drgają a usta mam czerwone z pragnienia, a może z lekkiej gorączki. Renaud naprzeciw mnie ma drżące ręce i wilgotne skronie.
Wyrywa mi się lekkie westchnienie pożądania, podnieconego zapachem przeniesionego koło mnie półmiska raków.
— Może także raki? Oto są! Ile?
— Ile? Nigdy nie wiem, ile będę mogła zjeść. Tuzin najpierw, potem zobaczymy.
— A pić co? Piwo?
(Robię grymas).
— Wino? Nie, szampan? Asti noscato spumante?
(Czerwienię się z ochoty).
— Och! Tak!
Czekam niecierpliwie i przypatruję się pięknym kobietom, które wchodzą w wieczornych płaszczach lekkich, zdobnych pailletami. To śliczne; waryackie kapelusze, włosy jaskrawozłote, pierścienie... Mój przyjaciel, któremu pokazuję każdą przybyłą, zdradza obojętność, która mnie draźni. »Jego kobiety muszą być jeszcze piękniejsze? Robię się nagle osowiała i ponura. On zdziwiony przytacza zręcznie autorów:
— Co? Wiatr powiał w przeciwną stronę? »Hildo, skąd rodem smutek twój?«
Ale ja nic nie odpowiadam.
Przynoszą asti. Aby spędzić trochę i ugasić pragnienie, wychylam odrazu pełną szklankę. Kobieciarz naprzeciw, usprawiedliwia się, że umiera z głodu i pochłania czerwony roastbeef. Moc pachnącego piżmem, zdradliwego asti, wywołuje zabawne gorąco na rąbkach uszu i budzi ponowne pragnienie w gardle. Podnoszę szklankę i piję tym razem powolniej, przymknąwszy oczy z rozkoszy. Mój przyjaciel się śmieje:
— Pijesz tak jakbyś ssała. Ty masz w sobie zwierzęcy wdzięk, Klaudyno.
— Fanchetka ma dziecko, wiesz.
— Nie, nie wiem. Trzeba mi je było pokazać! Założę się, że jest śliczne jak gwiazda.
— Jeszcze ładniejsze... Och! te raki! Wiesz Renaud — za każdym razem, gdy go nazywam Renaud, podnosi na mnie oczy — tam, w Montigny są zupełnie malutkie, chodziłam je łowić do Gué-Ricard, tak rękami, wszedłszy boso w wodę... Te są pieprzone wspaniale.
— Ale się nie rozchorujesz, przyrzekasz mi to?
— Naturalnie! Chciałabym ci coś jeszcze powiedzieć, ale coś ważnego. Czy nie uważasz, że ja jestem dziś wieczór niezwykła?
(Wysuwam ku niemu twarz, zaróżowioną asti; on się także przechyla i przygląda mi się tak z bliska, że rozróżniam delikatne fałdki jego ciemnych powiek, wreszcie odsuwa się odpowiadając:
— Nie. Nie więcej dziś, niż kiedyindziej.
— Nieznośny, fe! Mój przyjacielu, przedwczoraj, o godzinie jedenastej z rana, dosyć wcześnie, pro-szo-no mnie o re-kę.
— Psiakr... coza idyota...
Uradowana z wrażenia, wybucham gamą śmiechu, całkiem głośno i urywam nagle, gdyż niektórzy goście usłyszeli i zwracają ku nam głowy. Renaud nie jest czerwony.
— To nieszczęście, że ja się muszę unosić!... ale w gruncie rzeczy zawołałem bez zastanowienia, wiesz chyba.
— Nie mogę się przecież zaklinać, ale daję słowo honoru, że mnie proszono!
— Kto?
(Otóż właśnie jeden »ktoś«, który nie miał życzliwości).
— Młody człowiek, bardzo na swojem miejscu, pan Maria, sekretarz papy.
— Ty mu odmówiłaś... naturalnie?
— Ja mu odmówiłam... naturalnie.
On wychyla dużą szklankę asti, którego wcale nie lubi i gładzi ręką włosy.
Co do mnie, która tylko wodę w domu pijam, konstatuję nadzwyczajne zjawiska: lekka i mglista siatka zasnuwa stół, otacza lustra, okala przedmioty i zbliża je kolejno...
W chwili, gdy postanawiam się zanalizować, znany głos woła od progu sali:
— Kelner! Niech tu przyjdzię z twoją pomocą garnirowana kwaszona kapusta, matka pyrosis i to ckliwe mleko kokosowe z proszkiem salicylowym, które bezwstydnie nazywacie monachijskiem piwem. Płynny aksamicie, pienista, wonna fryzuro Rheintöchter, przebacz im bo nie wiedzą co piją! »Weia, waga, waga, la weia...«
To Mangis »liryczny« i spocony w odpiętej kamizelce i spłaszczonej tubie na tyle głowy. Ciągnie za sobą trzech przyjaciół. Renaud nie może powstrzymać oponującego gestu, ciągnie się za wąsy i coś mruczy.
Mangis tuż przy nas przestaje nagle przepłukiwać gardło Rheingoldem, wybałusza swoje ogromne oczy, waha się, podnosi rękę i przechodzi nie witając się.
— Masz! piorunuje po cichu Renaud.
— Cóż takiego?
— To twoja wina, moje dziecko, i moja przedewszystkiem. To nie jest miejsce dla ciebie, tutaj, sama ze mną. To bydlę Mangis... każdy zrobiłby tak, jak on. Uważasz to za dobre, pozwalać źle myśleć o sobie i o mnie?
(Zmrożona jego niezadowolonym i zatroskanym wzrokiem, rozochocam się w tej samej chwili).
— To dlatego? Nie, więc dlatego robisz taki »gwałt« i ambaras z nauką moralną i zmarszczonemi brwiami? Ale ja pytam, co mnie to może obchodzić? Bądź tak dobry, daj mi pić.
— Ty tego nie rozumiesz! Nie mam zwyczaju wchodzić tu z uczciwemi panienkami, a o tak ładnej, jak ty jesteś, samej ze mną, cóż chcesz, aby przypuszczano?
— I co dalej?
(Mój pijany uśmiech, błędne oczy, wyjaśniają mu nagle sytuacyę).
— Klaudyno! czy ty nie jesteś trochę... wesoła, przypadkiem? Tęgo dziś pijesz, a w domu?
— W domu wychylam duszkiem wodę Éwian, odpowiadam uprzejmie i spokojnie.
— Bęc to dopiero, co ja powiem twemu ojcu?
— On już lula.
— Klaudyno, nie pij więcej, oddaj mi tę szklankę, natychmiast!
— Chcesz klapsa?
Uratowawszy szklankę od jego przezornych rąk, piję i jestem ogromnie uszczęśliwiona. To nie pójdzie bez jakiegoś niepokoju. Lustra zasnuwają się coraz bardziej mgłą, jak księżyc przed deszczem. »Księżyc się upił« jak mówiono u nas. Może to oznaka deszczu w Paryżu, gdy lustra się upiją... To ty, Klaudyno się upiłaś. Trzy duże szklanki asti, mały małpiszonie! Jak to przyjemnie... Uszy robią psz, psz... Czy te dwa grubasy o dwa stoliki od nas istnieją rzeczywiście? Zbliżają się, nie ruszywszy się z miejsca; wyciągam rękę, mogłabym założyć się, że ich dosięgnę... Nie, za daleko. Wreszcie niema przestrzeni między przedmiotami; lustra przyklejone do sufitu, stoły przyklejone do ścian, grubasy przyklejone do jasnego tła oddalonych trochę błyszczących pailletami płaszczów. Wykrzykuję głośno:
— Już rozumiem! Wszystko jest w japońskiej perspektywie!
Renaud rozpacznym ruchem podnosi ramiona i trze sobie czoło. Jaka śmieszna Klaudyna w tem lustrze na prawo, podłużne oczy opanowane rozkosznym niepokojem a usta wilgotne! To jest inna Klaudyna, ta, która »nie jest panią siebie«, jak mówią u nas. A naprzeciw niej ten pan, siwiejący, który na nią patrzy, patrzy, który tylko na nią patrzy i przestał jeść. Ach! już wiem! To nie asti, ani te pieprzne raki, tylko jego obecność i to spojrzenie prawie czarnych w świetle oczu, przenikają panienkę... Rozdwojona całkowicie, słyszę mój głos, który mnie dochodzi jakby z oddali, widzę moje poruszenia i rozsądna Klaudyna zabłąkana, zamknięta w szklanym pokoju przysłuchuje się szczebiotaniu Klaudyny szalonej i nie może jej niczego wzbronić. Ona niczego nie może; nawet niczego nie chce. Kominek, którego upadku się obawiałam, zwalił się z ogromnym hałasem, a kurz towarzyszący temu, utworzył złocisty krąg dokoła elektrycznych gruszek. Przypatruj się, rozsądna Klaudyno i nie ruszaj się! Szalona Klaudyna idzie za swym głosem z nieomylnością waryatów i ślepców...
Klaudyna patrzy na Renaud; on spuszcza oczy, olśniony. Zrezygnowany, porwany, nie mogąc tchu złapać na tym prądzie, milczy i patrzy na nią z większym jeszcze smutkiem, można powiedzieć, niż przyjemnością. Ona wybucha:
— Och! jak mi jest dobrze! A ty nie chcesz przyjść! Ach! ach! jak jabym chciała... Prawda, stąd się wcale i nigdy nie odchodzi? Gdybyś wiedział... ja ciebie usłuchałam kiedyś ja, Klaudyna — ja przedtem słuchałam tylko umyślnie... ale posłuchać mimowoli, podczas gdy kolana się uginają! — och! to właśnie Lucia lubiła aby ją bito, wiesz, Lucia? Ja ją bardzo biłam, nie wiedząc, że ona ma racyę; ona się tarzała, z głową wspartą na krawędzi okna, tam gdzie drzewo zniszczone, bo podczas pauz tam się krajało rożki... Ty wiesz, co to są rożki? Raz chciałam sama łowić ryby w stawie Barres i dostałam gorączki, miałam dwanaście lat i moje piękne włosy... Tybyś mnie wolał z długiemi włosami co?... Dostałam drżenia w końcach palców, wogóle »trzęsionkę«... — Czujesz? Zapach absyntu? Ten gruby pan wmieszał go do szampana. W szkole jadło się słodkie łodygi zielonego jęczmienia maczane w absyncie; musiało się je długo wysysać, zaciąwszy w ostry kolec. Wielka Anaïs była tak żarłoczna i tak cierpliwa, zacinała je najlepiej ze wszystkich, a małe przychodziły do niej i przynosiły jej swoje łodyżki jęczmienne. »Zatnij nam!« wołały. Co wstrętne, co? — Śniłam o tobie. Nie chciałam się do tego przyznać. Brzydki sen, zanadto miły... Ale teraz... teraz... mogę śmiało ci powiedzieć...
— Klaudyno! błaga cichutko...
Szalona Klaudyna, zwraca się ku niemu, ręce splata na obrusie i patrzy. Ma szalone i wymowne oczy; jeden loczek, leciutko pieści prawą brew. Gada i jest jak przepełniona czara, z której się wylewa, ona, zwykle milcząca i zamknięta. Widzi jak on się rumieni i blednie i szybko oddecha i wydaje się jej to naturalnem. Ale dlaczego on nie jest swobodny, rozentuzyazmowany jak ona? Stawia sobie niewyraźnie to chwiejne pytanie i odpowiada głośno z westchnieniem:
— Onby mi teraz żadnej przykrości nie sprawił.
Renaud daje znak gospodarzowi z gwałtownością człowieka, który sobie powiada, ze »to dłużej trwać nie może«.
Klaudyna z rozgorączkowanemi policzkami bredzi gryząc herbaciane róże:
— Jakiś ty głupi
— Tak?
— Tak. Ty skłamałeś. Umyślnie nie dałeś Marcelowi przyjść dzisiaj wieczór.
— Nie, Klaudyno.
To łagodne »nie« poskramia ją i uspokaja trochę. Pozwala na wstanie od stolika i odprowadzenie jej ku wyjściu. Tylko posadzka miękka, jak z gorącego jeszcze asfaltu... Renaud w sam czas wspiera ją ramieniem i prowadzi ją i niesie ją prawie do powozu ze spuszczoną budą i siada obok niej. Powóz się toczy. Z szumem w głowie, prawie nieprzytomnie opiera się Klaudyna o jego bezpieczne ramię. On się niepokoi:
— Czy ci niedobrze?
(Niema odpowiedzi).
— Klaudyno, odpowiedz natychmiast! Nie dobrze ci?
Ona podnosi na niego zachwycające oczy:
— Nie. Tylko trzymaj mnie, bo ja płynę. Wszystko zresztą płynie. Ty także płyniesz, nie?
On otacza ją ramieniem, wzdychając z niepokoju.
Ona opiera o niego głowę, ale kapelusz przeszkadza. Ściąga go niepewną ręką, kładzie na kolanach, potem znowu skłania rozczochraną głowę na jego dobrem ramieniu, z poczuciem pewności, jakiego doznaje ktoś, kto wreszcie dotarł do celu długiej podróży. A Klaudyna rozsądna, przygląda się, notuje, zbliża się chwilami...
Ładny postęp! Prawie szalona jest, ta rozsądna Klaudyna, jak tamta druga.
Jej towarzysz, jej ukochany przyjaciel nie może się wstrzymać od uściskania jej niedbale rzuconej postaci... Przyszedłszy do siebie potrząsa nią łagodnie:
— Klaudyno, Klaudyno, pomyśl, że się zbliżamy... Potrafisz wejść sama na schody?
— Jakie schody? Twoje, przy ulicy Jakóba.
— Chcesz mnie opuścić?
Podniosła się giętkim ruchem węża z obnażoną głową, w nieładzie i pyta go całą zaniepokojoną twarzyczką.
— Ale, moja maleńka... wracasz do domu. Myśmy dziś zwaryowali. To wszystko z mojej winy...
— Chcesz mnie opuścić! krzyczy ona bez względu na woźnicę, który słucha uważnie. Dokąd ja mam pójść? Ja chcę iść z tobą, tak z tobą...
(Oczy jej płoną, ze ściśniętemi ustami krzyczy prawie).
— Och! ja wiem, idź, wiem dlaczego! Idziesz do swoich kobiet, do tych, które kochasz. Marcel mi mówił, że masz ich najmniej sześć! One cię nie kochają, są stare, opuszczą cię, zdradzą, są szkaradne! Idziesz spać z niemi, ze wszystkiemi! I będziesz je całował, będziesz je całował w usta, nawet! A mnie kto będzie całował? Och! dlaczego ty niechcesz, abym ci była przynajmniej córką? Mogłabym być twoją córką, twoją przyjaciółką, żoną, wszystkiem, wszystkiem...
(Rzuca mu się na szyję, czepia go się z płaczem jąkając:)
Mam tylko ciebie na świecie, tylko ciebie, a ty mnie opuszczasz!
Renaud obejmuje ją silnie, a jego usta wpijają się w pukle na karku, w ciepłą szyję, w policzki słone od łez.
— Opuścić ciebie, drogie wonności!...
Ona prostuje się nagle, podnosi wilgotną twarz i patrzy na niego z niezwykłą uwagą. On jest zdyszany i blady, wygląda młodo przy srebrnawych włosach; Klaudyna czuje drganie muskułów w ramionach, które ją otaczają. On się pochyla do jej gorących ust dziewczęcych, a ona się zżyma i przegina, aby się oddać, czy też oprzeć, sama nie wie napewne... Nagłe zatrzymanie się powozu przy trotuarze rozdziela ich upojonych, ociężałych i drżących.
— Do widzenia, Klaudyno.
— Do widzenia!
— Ja cię nie zaprowadzę na górę; zapalę ci tylko świecę. Masz klucz?
— Klucz, tak mam.
— Jutro nie będę mógł przyjść do ciebie; jutro, to znaczy dzisiaj; przyjdę pojutrze, napewne, o czwartej.
— Do czwartej.
Uległa pozwala sobie złożyć przeciągły pocałunek na ręce, oddecha, i podczas gdy on się pochyla, wbiega po schodach, rozbudziwszy się z marzeń, na trzecie piętro i kładzie się spać, szalona Klaudyna, zjednoczona — (nareszcie!) — z Klaudyną rozsądną w łóżku — kołysce. Ale rozsądna Klaudyna ukrywa się z lekkim podziwem i szacunkiem przed tą drugą, która szła prosto, dokąd ją Przeznaczenie pchało, bezpowrotnie, jak zdobywca lub skazaniec.

Ból. Wszędzie ból. Rozkoszny ból kogoś, zbitego lub rozpieszczonego. Nogi drżą, ręce zimne, szyja odrętwiała. A serce bije szybko, stara się dorównać chyżości mego zegarka... potem ustaje i zaczyna na nowo. Więc to jest prawdziwa miłość, to jest prawdziwa? Tak, ponieważ żadne miejsce nie jest mi tak miłe, prócz jego ramienia, na którem wsparta dotykałam prawie wargami szyji; ponieważ uśmiecham się z politowaniem, gdy porównam w myśli delikatne policzki Marcela ze zmarszczoną skronią Renaud. Dzięki Bogu! nie, on nie jest młody. Wskutek tego, że ten szlachetny ojciec, raczej dziwak jest moim ojcem, potrzebuję ojca, potrzebuję przyjaciela, kochanka... Boże! kochanka!... Jak to źle tyle przeczytać i przechwalać się swoją wiedzą w sprawach miłości — czysto teoretyczną — na to, aby to jedno słowo przewracało mi mózg, ściskało zęby i kurczyło palce u nóg... Co robić w jego obecności, jeżeli nie mogę się wstrzymać od myślenia... on to spostrzeże, będzie także myślał... Pomocy, pomocy!... Umieram z pragnienia.
Otwarte okno i konewka wody pomagają mi trochę. Świeca pali się ciągle na kominku, a ja stoję przed lustrem zdumiona, że tego nie widać. O czwartej rano, przy dziennem świetle zasypiam wyczerpana.
— Nie jesteś głodna pieszczotko? Czekolada czeka na ciebie od godziny pół do ósmej, a teraz jest dziesiąta... Och! ta głowa!
— Cóż takiego?
— Zamieniono mi moją wychowankę!
Jej pewny węch rajfurki krąży dokoła mego zmęczenia, zwraca się na zmięte pióro kapelusza, rzuconego na fotel, cieszy się z mojej migreny... Ona mnie drażni.
— Czy już skończysz ważyć swoje piersi, jak melony? Któraż dojrzalsza?
Ale ona śmieje się po cichu i odchodzi do kuchni śpiewając jedną z najniemożliwszych piosenek:

Ach, dziewczę z Montigny,
To płomień jest i żar,
Więc w oczach radość lśni
Gdy mgło...

Ostatnich słów lepiej nie przytaczać.
Zbudziła mnie obawa, że tylko prześniłam tę całą nieprawdopodobną noc.
Więc w ten sposób robią się ważne rzeczy? Niech będą błogosławione Asti i pieprzone raki! Bez nich byłoby mi napewno zabrakło odwagi.
Zabrakłoby mi odwagi, tego wieczora, tak, ale drugiego moje serce zrobiłoby bardadô samo przez się. Ale nieprawdaż, że on mnie kocha? Nieprawda, że był blady i tracił głowę jak zwykła Klaudyna?... i gdyby nie ten nieszczęsny... ten dobroczynny, nie, dobrze mówię, gdyby nie ten nieszczęsny trotuar ulicy Jakóba, gdzie skrzywiły się koła powozu... Nigdy jeszcze mężczyzna nie całował mnie w usta. Jego są wązkie i żywe z dolną wargą pełną i mocną. Och, Klaudyno, Klaudyno, jaka ty się stajesz dziecinna, czując, że zaczynasz się stawać kobietą! Wyzwałam jego usta, a szalony wyraz jego przyćmionych oczu i rozkoszna niemoc połączyły ręce...
A Nachodzą mnie inne myśli, nad któremi nie chciałabym się zatrzymywać w tej chwili.
»Doprawdy, że to jest przykre«! dźwięczy głos Luci. Ale nie, nie; ona spała z prosięciem, to niczego nie dowodzi! A zresztą, co tam. To czego mi trzeba, co niechaj zostanie na zawsze, to żeby to drogie miejsce na jego ramieniu było czułe i gotowe dla mnie każdej chwili, i żeby jego silne ramiona osłaniały mnie, zamknąwszy się dokoła mnie... Moja wolność mnie męczy, niezależność niecierpliwi; i to czego szukam miesiącami — już od bardzo dawna, — to był bez wątpienia, to ktoś, ktoby mną pokierował. Kobiety wolne nie są kobietami. On wie wszystko, czego ja nie znam; pogardliwie trochę traktuje to, co ja wiem; będzie mi mówił: »Mój mały głuptasek«! i będzie pieścił moje włosy...
Tak dokładnie uprzytamniam sobie moje marzenie, że, aby dostać do ręki mego przyjaciela pochylam czoło i wspinam się na palcach, jak Fanchetta, gdy czeka na moje skrobanie paznogciami po płaskiej czaszce.
»Masz w sobie wdzięk zwierzęcia Klaudyno...« Godzina śniadania zastaje mnie pochyloną uważnie nad okrągłem lustrem, aby z włosami podpiętemi na stronie odgadnąć czyby mu się podobały moje spiczaste uszy.
Nasyciwszy się szybko pieczystem i marmoladą z pomarańcz, zostawiam papę przy kawie, do której codziennie, prawidłowo wrzuca siedem kawałków cukru i garstkę popiołu z fajki. A ja wpadam w straszną rozpacz, na myśl, że mam czekać dwadzieścia siedem godzin. Czytać? Nie mogę, nie mogę. Srebrzyste-blond włosy zasłaniają stronice książki. A wyjść tembardziej; ulice roją się od mężczyzn, którzy się nie nazywają Renaud, którzy patrzyliby na mnie zuchwale, głupcy!
Zwój materyi, zwiniętej w węzełek na karle wywołuje u mnie uśmiech. To jedna z moich koszulek... zaczętych tak dawno. Trzeba szyć. Klaudyna będzie potrzebowała koszul. Czyby też ta podobała się Renaud? Biała i lekka z wązką koronką, a ramiączka z białej wstążki... Wieczorami, gdy się dokładnie badam, wyglądam w koszuli przed długiem lustrem, jak mała madame San-Gêne ze zmarszczkami nad nosem. Renaud nie może powiedzieć, że jestem brzydka. Ach! mój Boże, gdybym mogła być blizko, tuż, blizko niego w tej wązkiej koszuli. Ruchliwe ręce szyją krzywo, a ja już słyszę wyraźnie odległy głos Amandy, melodyjny głos faworytki Przełożonej na lekcyach robót: »Klaudyno, ja cię proszę, wypracuj twoje obrąbki na czas; przedewszystkiem nie wykonujesz ich należycie. Popatrz na obrąbki Anaïs!«
Zadzwoniono. Bez tchu, z bijącem sercem odrzucam naparstek i słucham. To on, to on, nie mógł wytrzymać! W chwili, gdy chcę wstać i biegnąć, Mélie puka i wchodzi Marcel.
Osłupiała siadam napowrót. Marcel? Zapomniałam o nim zupełnie! Od tylu godzin był dla mnie umarły. Co, to jest Marcel! Dlaczego on, a nie tamten?
Powoli i w milczeniu pocałował mnie w rękę i usiadł na krzesełku. Przypatruję mu się z zakłopotaną miną. Bladawy, bardzo ładny, zawsze jak laleczka. Chłopaczek z cukru.
Podrażniony mojem milczeniem, naciera na mnie:
— Więc, więc?
— Więc co?
— Było wesoło, wczoraj wieczór? Co też ci powiedziano, aby wytłumaczyć moją nieobecność?
(Z wysiłkiem staram się rozwiązać język):
— Powiedział mi, że miałeś niemożliwą krawatkę.
(Jaki on głupi, ten mały! Nie widzi więc cudu? To psuje oczy, zdaje mi się. Dlatego też nie pcham się wcale z objaśnieniem go. On wybucha ostrym śmiechem; ja drżę z obawy).
— Ach! ach!... niemożliwa krawatka, tak, cała prawda jest w tych dwóch słowach. Cóż ty myślisz o tej całej historyi? znasz moją krawatkę z crêpe de Chine?... Charlie mi ją dał.
— Sądzę — odpowiadam zupełnie szczerze, — że dobrze zrobiłeś nie zmieniając krawatki. To mi się wydaje wspaniałe.
— Prawda? Doskonały pomysł, te fałdy spięte perłami! Byłem w twoim guście! Klaudyneczko! I właśnie mój miły ojczulek, — dodaje z grzecznem westchnieniem — pozbawił mnie tego wieczoru widzenia się z tobą. Byłbym cię odprowadził, miałem już chrapkę na miłą chwilę w powozie...
(Co mu do głowy przychodzi, ale co mu przychodzi do głowy? To politowania godne takie zaślepienie! Musiał usłyszeć wczoraj wieczór burę, bo na myśl o tem twarz mu krzepnie, a usta się ściągają).
— Opowiedz, Klaudyno. Mój drogi ojciec był nadzwyczajny i uduchowiony wedle zwyczaju. Nie traktował cię tak, jak mnie od »śmiecia« i »wstrętnego dzieciaka«? Boże, huczy porwany złością, coza gbur, coza...
— No!
Przerwałam mu gwałtownie i zerwałam się na równe nogi. Patrzy na mnie znieruchomiały, blednie, rozumie i wstaje także. Milczenie, w czasie którego słyszę mruczenie Fanchetty, tik, tak mego zegarka, szybki oddech Marcela i bicie mego serca. Milczenie, które trwa może całe dwie minuty...
— Ty także? — mówi on wreszcie pełnym zawodu głosem. — Sądziłem, że papa nie działa na młode panienki... Zazwyczaj ma powodzenie u mężatek albo idyotek.
(Ja się nie odzywam zupełnie, nie mogę mówić).
— O!... to świeże? Od wczorajszego wieczora może? Podziękuj mi, Klaudyno, dzięki mojej krawatce, spadło na ciebie to szczęście.
Jego mały, cienki nosek jest tak biały, jak zęby. Ja ciągle nic nie mówię, coś mi przeszkadza...
Stojąc wyprostowany za krzesełkiem, które nas dzieli, kpi ze mnie. Opuściwszy ręce, zwiesiwszy głowę, patrzę na niego z pod oka; koronka u fartuszka porusza się wskutek silnych uderzeń serca. Zapada milczenie, nieskończone. Nagle on znów zaczyna zwykłym głosem:
— Ja wiedziałem zawsze, że jesteś bardzo inteligentna, Klaudyno. I to, co dziś robisz, powiększa szacunek, jaki czuję dla twojej... przebiegłości.
(Osłupiała podnoszę głowę).
— Ty jesteś godna uwagi, powtarzam ci to, Klaudyno. I ja ci winszuję... bez jednej ubocznej myśli... To piękne zajęcie.
(Nie rozumiem. Ale odsuwam powoli krzesło, które nas dzieli. Mam niewyraźne przeczucie, że on mi w tej chwili dokuczy).
— Ależ, tak, tak, wiesz dobrze, co ci chcę powiedzieć. Ech! ech! chociażby nawet papa puścił dosyć pieniędzy, jest jeszcze jak to mówią w jego sferach, dobrym znawcą wina...
Zwinniejsza niż osa wbijam paznokcie w jego twarz; — od chwili już mierzyłam w oczy. Z głośnym okrzykiem obraca się w tył, przykłada ręce do twarzy, następnie odzyskawszy równowagę zwraca się do lustra na kominku. Górna powieka, rozdarta, pokrwawiona; trochę krwi splamiło już klapy ubrania. W stanie szalonego podniecenia słyszę, że wydaje mimowoli, głuche okrzyki. Odwraca się, nie panując nad sobą i zdaje mi się, że chce chwycić laskę i przetrząsam gorączkowo mój koszyk na roboty. Moje nożyczki, moje nożyczki!... Ale on nie myśli nawet mnie bić, i odpycha mnie, biegnąc do gabinetu, aby zmoczyć w wodzie chustkę... Pochyla się już nad moją miednicą; to oburzające! W mgnieniu oka jestem przy nim, chwytam za uszy jego schyloną głowę i wyrzucam go stamtąd, krzycząc zachrypniętym do niepoznania głosem:
— Nie, nie, nie tutaj! Idź, niech cię opatrzy Charlie!
Chustkę trzymając na oku, wkłada na głowę kapelusz, zapomina laski i wychodzi; otwieram przed nim wszystkie drzwi, i słucham jak schodzi, utykając, ze schodów. Następnie wracam do siebie, i stoję wyprostowana, o niczem nie myśląc, jak długo, nie wiem. Zmęczone nogi każą usiąść. Ten ruch porusza moją maszynę myślową, więc pędzę bez opamiętania. Pieniędzy! Pieniędzy! On śmiał powiedzieć, że ja chcę pieniędzy! Ale rachunek został wyrównany; ta porcya paznokci, którą go poczęstowałam, ten wiszący kawałeczek skóry... Mierząc w oko, chybiłam o jaki centymetr najmniej, doprawdy, ten nikczemnik mnie nie przestraszył. Pfe! ścierka... dobrze... Pieniędzy! Pieniędzy! Cobym z niemi zrobiła? Mam ich dosyć dla siebie i Fanchetki. Mój drogi Renaud, wszystko mu powiem i przytulę się do niego, jego pieszczoty tak mnie uciszą, żebym płakała na myśl o nich... tego małego, którego podrapałam, zazdrość gryzła; wstrętna dusza małej dziewczynki.
Nagle zrobiło mi się w głowie jasno, i czuję ból w skroniach; to są jego pieniądze, pieniądze Marcela, którebym wzięła zostawszy żoną Renaud; on drży z obawy o swoje pieniądze! I jak wyperswadować, temu oschłemu dzieciakowi przekonanie o chciwości Klaudyny? Nie tylko on jeden będzie tak sądził, i on powie, i inni powiedzą do Renaud, że mała się sprzedaje, że otumaniła biednego człowieka, który przechodzi niebezpieczną czterdziestkę... Co robić, co robić? Chciałabym zobaczyć Renaud, nie chcę pieniędzy Marcela, ale chcę samego Renaud. Możeby papę o pomoc poprosić? Niestety!... tak mnie głowa boli... O moje drogie, słodkie miejsce na jego ramieniu, mam się ciebie wyrzec? Nie! Raczej wszystko w powietrze wysadzić! Uwiężę Marcela tu, w moim pokoju i zabiję go. A potem powiem policyi, że on chciał mi zrobić coś złego, więc go zabiłam we własnej obronie. I już!

Do chwili, w której Fanchetka budzi mnie mruczeniem, że jest głodna, siedzę skulona na karle, dwa palce na oczach, dwa palce w uszach, opanowana marzeniami o strapieniach i pocieszeniu...
Obiad? Nie, nie jem obiadu. Mam migrenę. Zrób mi zimnej limoniady, Mélie, umieram z pragnienia. Położę się spać.
Papa niespokojny, Mélie zatrwożona krążą przy mem łóżku do godziny dziewiątej: nie mogąc wytrzymać dłużej, błagam ich: idźcie stąd, jestem taka znużona.

Zgasiwszy lampę słyszę, jak w kamienicy służące trzaskają drzwiami i myją naczynie... Trzeba mi Renaud. Czemu nie zatelegrafowalam do niego natychmiast? Już za późno teraz. To jutro chyba nigdy nie przyjdzie. Mój przyjaciel, moje drogie życie, jemu bym się zwierzyła, jak najdroższemu ojcu, o niego ciągle i bez przestanku jestem w niepokoju i trwodze, jak gdybym była jego metresą — a cieszyłabym się bez żadnego wstydu, gdyby mnie kołysał w ramionach, jak dziecko...
Po godzinach gorączkowania i bolesnej męki, cichych wezwaniach do kogoś, kto jest bardzo daleko i nie słyszy, około trzeciej nad ranem rozszalałe moje myśli przychodzą do porządku, kręcą się w koło, w jedną, w drugą stronę, wreszcie, pomysł... Przyszedł ten pomysł ze świtem, z obudzeniem się wróbli, z przemijającym chłodem, który poprzedza dzień letni. Zachwycona nim, leżę nieruchomo na wznak, otworzywszy szeroko oczy. Jakie to proste, po co było się martwić! Będę miała podbite oczy i ściągniętą twarz, gdy przyjdzie Renaud. A trzeba było tylko to odszukać!
Nie chcę, aby Marcel myślał: »Klaudyna czyha na moje pieniądze«. Nie chcę powiedzieć Renaud: »Idź sobie i nie kochaj mnie«. O Boże! wcale mu nie chcę tego powiedzieć! Ale nie chcę już być jego żoną, ażeby uspokoić moje drażliwe sumienie, więc dobrze — będę jego metresą.
Ożywiona, odświeżona zasypiam na brzuchu z twarzą ukrytą w skrzyżowanych ramionach. Wypoczęta budzę się ze zdziwieniem na deklamatorski głos mego klasycznego żebraka. Już dziesiąta! »Mélie! rzuć staremu cztery sous«! Mélie nie słyszy. Zarzucam peniuar, i biegnę do okna salonu, bosemi nogami, uczesana jak cykorya. »Stary, masz dziesięć sous! Chwytaj pieniądze«. Jaka śliczna biała broda! On ma z pewnością dom na wsi i pole, jak większa część żebraków w Paryżu. Tem lepiej dla niego. Powracając do swego pokoju, spotykam pana Maria, który zatrzymuje się, olśniony moim rannym negliżem.
— Panie Maria, czy pan nie sądzi, że dziś będzie koniec świata?
— Niestety nie, proszę pani.
— A ja sądzę, że tak. Zobaczy pan.

Usiadłszy w wannie z ciepłą wodą badam się długo i szczegółowo. Ten meszek na nogach nie robi chyba wrażenia sierści? Pani, koniuszki piersi nie są tak różowe, jak Luci, ale nogi mam dłuższe i ładniejsze, a biodra! dołki się tworzą pod dotknięciem; to nie jest Rubens, tak ale ja nie lubię »wyrębu mięsa«. Renaud tembardziej, ten Renaud znów nie tak bardzo mnie niepokoi, gdy nagość moją okrywa tylko bukowa kadź. Jedenasta godzina. Jeszcze pięć godzin oczekiwania. Dobrze idzie. Czeszmy. Czeszmy loki, czyśćmy zęby, czyśćmy paznokcie! Trzeba, żeby wszystko błyszczało, psiakość! Cienkie pończochy, świeża koszula, odpowiednie majtki, różowy gorset i jedwabna spodniczka w prążki, która robi szelest, gdy się poruszam...
Wesoła jak niegdyś w szkole, zabawiam się ruchliwie i hałaśliwie, aby nie myśleć o tem, co może się zdarzyć... Moja pani, ponieważ dziś właśnie mam się oddać, więc on może mnie dziś wziąć, jeśliby chciał, to wszystko należy do niego... Ale spodziewam się, że on nie zechce tak prędko, mój Boże, tak gwałtownie... To wcale na niego nie patrzy. Ja liczę na niego, ależ tak, o wiele więcej niż na siebie. Ja, jak to mówią w Montigny straciłam nad sobą »władzę«.

Popołudnie trudno jakoś przepędzić. On nie może nie przyjść. O trzeciej godzinie zabawiam się udawaniem pantery w klatce, a uszy mi się wydłużają...
Dwadzieścia minut przed czwartą bardzo słaby dźwięk dzwonka. Ale ja się nie mylę, to on. Stojąc oparta jedną nogą o łóżko, zapominam o swojem istnieniu. Drzwi się otwierają i zamykają za Renaud. Głowę ma odwróconą, wygląda trochę zmizerowany. Wąsy mu drżą nieznacznie, niebieskie oczy błyszczą w półcieniu. Ja się nie ruszam, nic nie mówię. On wyrósł. Pobladł. Jest zczerniały, zmęczony, cudny. Jeszcze przy drzwiach, nie wchodząc do pokoju, odzywa się zupełnie cicho:
— Dzień dobry, Klaudyno!
Pociągnięta jego głosem, idę, wyciągam obie ręce. Całuje obydwie i opuszcza.
— Gniewasz się na mnie, mała przyjaciółko.
Wzruszam w milczeniu ramionami. Siadam na foteliku. On siada na nizkiem krzesełku, a ja szybko przysuwam się do niego, gotowa się przytulić. Niedobry! Zdaje się nie rozumieć. Mówi prawie szeptem, jakby się obawiał...
— Moje drogie szalone dziecko, mówiłaś mi wczoraj tysiące rzeczy, które sen i ranek rozwiały... Poczekaj trochę, nie patrz na mnie, niech nie patrzą na mnie te kochane oczy Klaudyny, których nie mogę zapomnieć, i które zbyt wiele słodyczy mają dla mnie... Tej nocy byłem jak zbity, a z końcem poprzedniej przeciwnie pełen nadziei szalonej i śmiesznej... Zapomniałem, że mam czterdzieści lat, — ciągnie z wysiłkiem, — ale zastanowiłem się, że ty sobie o tem przypomnisz, nie dziś, nie jutro, to w krótkim czasie co najmniej... Moja kochana, moje serdeczne oczęta, mój kudłaty pastuszku, mówi jeszcze ciszej, bo go w gardle ściska, a oczy wilgotnieją — nie kuś mnie. Niestety! jestem biedak zachwycony oszołomiony tobą; broń się, Klaudyno... mój Boże, to potworne; wobec innych, mogłabyś być moją córką...
— Alez ja też jestem twoją córką! (wyciągam do niego ręce). Czy nie czujesz tego, że ja jestem twoją córką? Byłam nią od razu, byłam, od pierwszych chwil poznania, twojem dzieckiem posłusznem i zdziwionem, jeszcze więcej zdziwionem później nieco, że jej przybywa razem tyle rzeczy, ojciec, przyjaciel, nauczyciel, kochanek! O! nie przerywaj, nie przeszkadzaj mi, pozwól mi także powiedzieć, kochanek! Czy ty wiesz tylko, że jeżeli się wyłączy »papę«, ciebie kocham najbardziej?
(On chrząka).
Kochanka można znaleźć w każdej chwili, ale kogoś, kto jest zarazem wszystkiem i który cię zostawi wdową i sierotą, i bez przyjaciela, jeżeli cię zostawi, czyż to nie jest cud, jakiego drugiego niema? Ty jesteś cud... ja cię ubóstwiam!
(Spuszcza oczy, ale za późno. Wielka łza stacza się na wąsy. Jak oszalała, zawisam mu na szyi).
— Masz zmartwienie? Może ja ci dokuczyłam mimowoli?
(Stęsknione ramiona zamykają mnie w uścisk, oczy błękitno-czarne, wilgotne patrzą na mnie pełne blasku).
O mała niespodzianko! Nie dawaj mi czasu, abym się wstydził tego, co robię. Będę cię strzegł, mogę tylko strzedz tego ciała, które jest dla mnie najpiękniejszym w świecie kwiatem... Czy ja z tobą będę kiedy naprawdę stary? Gdybyś widział, mój drogi ptaku, jak jedyną jest moja miłość, jak żywą moja zazdrość kim ja będę okrutnym mężem!...
(Mężem? Prawda, on nie wie! Zbudzona z marzeń, odrywam się od swego drogiego oparcia, do którego ukradkiem przytuliłam usta, gwałtownie rozplatam jego ramiona).
— Nie, mężem nie.
(On patrzy na mnie pijanym miłością wzrokiem i trzyma ręce rozwarte).
— To bardzo ważne. Powinnam ci była odrazu powiedzieć. Ale... tyś mnie oszołomił zupełnie, wszedłszy, a zresztą ja cię tak oczekiwałam, że nie wiedziałam co mówię... Usiądź tutaj. Nie obejmuj mnie, nie trzymaj mnie za ramię, ani za rękę, ja cię proszę. Nie patrz na mnie prawie zupełnie, Renaud.
Usiadłszy w karle, z całą mocą, jaka mi została, usuwam się od jego wyciągniętych ramion i szukających mnie rąk.
— Wczoraj popołudniu był Marcel. Tak. Prosił, żeby mu opisać ów wieczór przedwczorajszy, jakgdyby się takie rzeczy dały opowiedzieć, Renaud! Opowiadał mi także historyę z krawatką. Powiedział o tobie słowo, którego nie powinien był powiedzieć.
— Ach! — mruczy Renaud. Przyzwyczaiłem się do tego!
— Dowiedział się wtedy, że pokochałam ciebie. I winszował mi mojej przebiegłości! Powiedział, że jesteś jeszcze dosyć bogaty i, że zostając twoją żoną, zręcznie uprzątam dla siebie jego, to jest Marcela majątek...
(Renaud wstał. Jego nozdrza rzucają się w straszny jakiś sposób; boję się o tem myśleć).
— A więc, nie chcę być twoją żoną...
(Drżące westchnienie skłania mnie do dokończenia).
...ale zostanę twoją metresą.
— Och! Klaudyno!
— Co? Klaudyno!
Patrzy na mnie opuściwszy ramiona, z takim podziwem w oczach i rozpaczą, że nie wiem co myśleć. Ja, która spodziewałam się tryumfu, czekałam na uścisk szalony, na zezwolenie może trochę gorętsze...
— Czy tak nie będzie dobrze? Pamiętaj, że jabym nigdy nie chciała, abyś przypuszczał, że ja cię nie kocham ponad wszystko? Ja mam pieniądze, ja także, 150.000 franków. Cóż ty na to? Nie potrzebuję pieniędzy Marcela!
— Klaudyno!
— Ja ci muszę wszystko, wszystko wyznać mówię, zbliżając się z pieszczotą. — Podrapałam Marcela. Ja... mu zdarłam kawałeczek skóry na twarzy i wyrzuciłam go na schody.
(Wyprostowuję się i zapalam na to wspomnienie, a moje wojownicze ruchy budzą uśmiech pod jego wielkiemi wąsami. Ale czemu on czeka? Czemu się ociąga z przyjęciem mnie? On chyba nie rozumie?).
— A więc... a więc... — mówię tonem, który go wprowadza w zakłopotanie, — chcę być twoją metresą. To nie będzie trudne; wiesz, jaką mi zostawiają swobodę, tę całą swobodę daję tobie, oddałabym ci całe moje życie... ale ty masz zajęcie, interesy. Kiedy będziesz wolny, przyjdziesz tu, a ja także będę przychodziła do ciebie... do ciebie! Nie będziesz mówił, że twój dom zanadto przypomina sztych z XVIII wieku, dla Klaudyny, która będzie zupełnie twoją?

Nogi mi trochę drżą i muszę usiąść. On pada na kolana, twarz jego na wysokości mojej; przerywa mi; kładąc na sekundę zaledwie, nie dotykając prawie, swoje usta na moich... odsuwa je, niestety, właśnie wtedy, gdy pocałunek zaczyna mnie upajać... Obejmuje mnie ramieniem i mówi niepewnym głosem:
— Klaudyno! Dziecko, które uczyły złe książki; co jest na świecie równie czystego, jak ty! Nie, moje drogie, moje kochanie, jabym ci nie pozwolił na taką szaloną rozrzutność! Jeżeli cię biorę, to na szczęście, i na zawsze; i przed całym światem, zwyczajnie, uczciwie cię poślubię!
— Nie, nie poślubisz mnie!...
(Muszę się dzielnie trzymać, bo, gdy on mnie nazywa »moje drogie, moje kochanie«, krew mi krzepnie a kości się uginają).
— Będę twoją metresą, albo niczem!
— Moją żoną, albo niczem!
Zrozumiawszy dziwaczność tej dysputy zaczynam śmiać się nerwowo. Wtem, gdy się tak śmieję otwarłszy usta, z głową przechyloną w tył, on się pochyla nademną z tak tęsknem pożądaniem, że mnie dreszcz przechodzi, potem wyciągam ramiona, odważnie, sądząc, że mnie weźmie... Ale on odsuwa głowę i mówi zduszonym głosem:
— Nie!
Co robić? składam ręce; blagam go; wysuwam ku niemu usta, napół przymknięte oczy. On powtarza ciągle, zdyszany:
— Nie! moją żoną, albo niczem!
Wstaję bezsilna, nie wiedząc co począć.
Wtedy Renaud, jakby mu myśl jakaś błysnęła, skoczył ku drzwiom do salonu. Prawie już otwiera drzwi gabinetu do pracy, kiedy zrozumiałam...! Nieszczęsny! Idzie do papy, prosić o moją rękę!
Nie śmiąc krzyknąć, wieszam się u jego ramienia i błagam go po cichu:
— Jeżeli mnie kochasz, nie rób tego! Łaski, wszystko, czego zechcesz... Chcesz Klaudyny natychmiast? Nie mów nic papie, poczekaj kilka dni... Pomyśl tylko, ta wstrętna historya z pieniędzmi! Marcel jest złośliwy, on wszędzie rozpowie, powie, że ciebie usidliłam przemocą. Ja cię kocham, ja ciebie kocham...
Miękko otoczył mnie ramieniem, całuje mi wolno policzki, oczy, włosy, i za uchem, co wywołuje dreszcze... Co ja mogę w jego ramionach?...
I otworzył bez szelestu drzwi, całując mnie po raz ostatni... Mam tylko tyle czasu, aby się szybko usunąć...

Papa, zagrzebany w papierach siedzi na ziemi, broda zwichrzona, nos, jakby po wojnie, wpatruje się w nas dziko. Źleśmy trafili.
— Przychodzisz tu przewracać? Ach! to pan, drogi panie, jakże się cieszę, że cię widzę!
(Tak jest, perskie oko!). Renaud odzyskuje powoli zimną krew i przytomność, chociaż niema kapelusza ani rękawiczek.
— To jest, proszę pana, prosiłbym o chwilę poważnej rozmowy.
— Nigdy, — oznajmia papa kategorycznie. — Nigdy przed jutrem. To — tłumaczy, wskazując pana Maria, który pisze, pisze bardzo szybko, — to jest ogromnie pilne.
— Ale, ja także mam do pana ogromnie pilną sprawę.
— Mów pan zaraz, więc...
— Chciałbym... niech pan usiłuje, proszę pana, nie uważać tego za śmieszność bez granic... chciałbym wziąć Klaudynę za żonę.
— Zaczyna się, ta historya! — grzmi papa straszliwie i zrywa się na równe nogi. — Do stu piorunów, niech dyabli wezmą, do kroćset!... Ale pan nie wie, że ta oślica nie chce wychodzić za mąż? Ona zaraz powie, że cię nie kocha!...
Wskutek tej burzy Renaud odzyskuje całą fantazyę.
Czeka końca przekleństw i mierząc mnie Z góry oczyma przysłoniętemi abażurem rzęs.
— Ona mnie nie kocha? Odważ się powiedzieć, Klaudyno, że mnie nie kochasz!
Doprawdy nie, nie odważyłabym się. I z całego serca zapewniam cicho:
— Właśnie, że cię kocham...
Papa, ogłuszony ogląda swoją córkę, jak ślimaka, który spadł z Marsa.
— To bardzo dziwne! — A pan, pan ją kocha?
— Jeszcze więcej — mówi Renaud wstrząsając głową.
— To nadzwyczajne — przyznaje papa w najwyższem pomieszaniu. — Ależ! zgadzam się! Tylko, na żonę dla mnie... onaby nie była zupełnie moim typem. Ja wolę kobiety więcej... — I zarysowuje odpowiednim ruchem ponęty mamki.

Co mam na to powiedzieć? Zostałam pobita. Renaud się wykręcił. Podnoszę się do jego ucha i szepcę, mu cichutko:
— Czy wiesz, że ja nie chcę pieniędzy Marcela?
Odmłodzony, rozpromieniony w aureoli srebrzystych włosów, prowadzi mnie do salonu, odpowiadając mściwie i lekkomyślnie:
— Ba! on będzie mógł zjeść całą swoją babkę!
I wracamy do mego pokoju, ja całkiem przyciśnięta do jego ramienia, on unosząc mnie, jak skradzioną zdobycz, oboje rozanieleni i głupi, jak kochankowie z powieści. Prędko, uciekajmy stąd, abym nie widziała więcej pochylonych ze smutkiem pleców pana Maria, który ani razu nie odwrócił głowy, podczas tej, do wodewilu nadającej się rozmowy, który się nie śmiał, ale wycierał niezmordowanie mokrą plamę na papierze. Plamę, biedny człowiek!...
A gdyśmy się zatrzymali, zamknąwszy drzwi za sobą i on mnie całuje jeszcze, jeszcze, jeszcze... te drzwi się otwierają gwałtownie przed Mélie, biorącą pościółkę z wiór, na którą Fanchetta... Nie, ta mina Renaud!

Mélie zniknęła, wygłosiwszy filozoficznie:
— Na zdrowie ci!
Ale ja się wysuwam za nią:
— Mélie, Mélie poczekaj! To on, to jest on właśnie! Będę jego żoną, będę miała tego wielkiego męża na moją wyłączną własność!
— Na twoją wyłączną własność, moja duszyczko? Znam cię, dla ciebie nigdy nie będzie tego za wiele. A zresztą masz racyę, że bierzesz dużego.
— Prawda?
— Naturalnie, będzie zawsze czas, jeżeli ten towar zacznie ci się mniej podobać, zaaplikować sobie małego!







  1. W prowincyi Fresnois liczy się na sous, aż do sześciu franków. Wyjątek stanowi 60 sous, które się nazywają »trzema frankami«, tak jak gdzieindziej (Przyp. aut.)
  2. 2,0 2,1 Gra wyrazów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sidonie-Gabrielle Colette i tłumacza: Kornel Makuszyński.