Klatki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Krasicki
Tytuł Klatki
Część Satyry
Pochodzenie Dzieła Krasickiego dziesięć tomów w jednym
Data wydania 1830
Wydawnictwo U Barbezata
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór satyr
tylko Klatki Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

SATYRA VI.
Klatki.

Zgodzić przeciwne rzeczy, cud, mówią, w naturze,
Wierzę, ale nie u nas. W każdej konjunkturze
My mamy coś nad innych. Rzadkim przywilejem
Obdarzeni, gdzie inni płaczą, my się śmiejem:
Więc gdzie się drudzy śmieją, my płakać gotowi.
Ten przywilej, czy sławę, czy hańbę stanowi,
Nie moja rzecz objawiać: a choćbym objawił,
Któżby wierzył? więc nad tem nie będę się bawił,
Lecz coraz nowe czyniąc do satyr zaciągi,
Na widok, dla ciekawych, stawię dziwolągi.
Cóżto są za straszydła? cóżto za ród przecie!
Rzadki, i oprócz naszych, cud prawie na świecie.
Panie Pawle! wchodź waszeć: patrzcie, jak się dąsa,
Grozi, ręce zaciera, tylko co nie kąsa;
Rwie się. Trzymać go. Puścić. — Aż nasz Paweł luby;
A cośmy się od niego spodziewali zguby,
Bądźmy teraz bezpieczni, pan Paweł nas kocha.
Skądże takowa dobroć, odmiana tak płocha?
Skryjmy się. Patrzcież teraz, jakie miny stroi,
Niechże się kto z nas wyda, że się śmiałka boi,
Zaraz męstwo przypadnie, jakby na powodzie,
Lubią sławę takowi, ale nie o szkodzie.
Wróć waszeć, panie Pawle, a strasz, gdzie się uda.
Cóżto za nowy widok? i jakieżto cuda?
Idzie Piotr, albo raczej wspaniale się toczy:
Do nóg do nóg, na pana nie podnoście oczy,
To pan jaśnie wielmożny, jaśnie oświecony,
To pan z panów; u niego mitry i korony,
Berła, laski, infuły, klucze i pieczęci,
Inwentarskie narzędzia. Przesławnej pamięci
Dziady jego, pradziady siedzieli w senacie.
— Upadam do nóg panu. — Kłaniam panie bracie.
Pódźmy stąd: Lecz ktoś, widzę, do pana przychodzi,
A to co? pada do nóg jegomość dobrodziéj,
Pokorny. Któżto sprawił ten cud zbyt widoczny?
Jestto jaśnie wielmożny sędzia tegoroczny.
Pan ma sprawę: Rozumiem. — A w tym gabinecie,
Ktoto pisze? — To rachmistrz największy na świecie:
On wszystko skalkulował, gospodarz nie lada,
Nowe planty wymyśla, rachuje, układa.
Więc bogacz? — Więc ubogi. — Jakto? — Patrz, co pisze,
Milion. — To skarb. — To dług. On i towarzysze,
Nie chcą na miernym zysku przestawać dość sytnie,
Nic nie mają. — Dla czego? — Bo pragną mieć zbytnie.
Ten święty pacierz szepcze, i w dół spuścił oczy,
Położon tylko worek, wnet on tu przyskoczy,
Fundusz zrobił. — To dzieło bliźniemu usłużne.
— Ale ukradł trzy części, czwartą dał w jałmużnę.
Zamknijmy go na haczyk, bo i nas okradnie.
Jużci ten siedzi, widzę, spokojnie, przykładnie:
Cóż to jest za jegomość? — To sławny jurysta.
— Czy nie z tych, co to z prawnych wybiegów korzysta?
Co to kradną z Pandektów. — On z nich nic nie kradnie.
Dlaczego? — Bo ich nie zna: bierze, co napadnie,
Ale bierze po prostu. Krzyczy poza kraty,
Najsławniejszy on w sądzie na prejudykaty,
Na biało sto, na czarno gotów tyle dwoje.
— Schowajże go do klatki, bo ja się go boję.
A tego jeszcze bardziej; cóż to za wspaniałość?
Jestto mędrzec, co posiadł wszystkę doskonałość;
On poprawia, w czem dawne pobłądziły wieki.
Skądże jemu ta biegłość? — Od gminu daleki,
Nie będzie z nami gadał. — Niechże i nie gada.
Ale któż z niego mądrość tak wielką wybada?
Nikt. Pewnie skryty. Jawny. Jakże to? Opowiem:
Najprzód trzeba o mędrcach to wiedzieć, albowiem
Nie tacy oni prości, jacy dawniej byli,
Co skarbnice nauki wszystkim otworzyli.
Nasi kryją, a w ścisłym rzecz trzymając karbie,
Nic nie dają. — Dlaczegoż? bo nie masz nic w skarbie.
A to kto? To człek wielki. — Pewnie bitwy zwodził?
— Nie. — Pewnie wielu zawziętych pogodził?
Nie. — Pewnie nędznym w przygodzie usłużył?
Nie. — Pewnie w pismach wiele pracy użył?
Nie. — Pewnie skarby dla kraju wydostał?
— Dał na druk, i w przemowie wielkim człekiem został.
A ten zaś? — To jest autor. — O czem pisał? — O tem,
Jakto się trzeba rządzić. — Cóż się stało potem?
— Oto, aby się swemu krajowi przysłużył,
Pisał o gospodarstwie, a sam się zadłużył:
Dobrze mu tak, trzeba tych ichmościów oduczyć.
Ten nic prawa nie umiał, a chciał się go uczyć;
Więc aby skarb nauki dla siebie wydostał,

Znalazł sposób, — A jaki? — Oto sędzią został.
Ten nic nie miał a dobra za milion kupił.
Pewnie znalazł pieniądze? — Nie znalazł. — Więc złupił.
— Nie złupił. Pewnie okradł. Nie okradł: sfrymarczył?
I to nie. — Jakże kupnu takiemu wystarczył?
— Ugodził się z dziedzicem, co już prawie żebrał.
— A to jak? — „Ten nic nie dał, tamten nie odebrał.
Ten zbyt kochał ojczyznę. — Statuę wystawić:
Godzienby, gdyby zbytek w dobrym można sławić,
Służył ojczyźnie prawie całem swoim życiem;
A chcąc się plennych darów podsycić użyciem,
Wiedząc, że pani dobra ale mniej ostrożna,
Kradł ją, a kradł tak dobrze, jak tylko kraść można.
— Alboż kocha, kto kradnie? — Pytaj jegomości;
Insi kradli dla zysku, on ją kradł z miłości.
Brał, bo szacowne dary, gdy kochamy dawcę,
Brał, bo wiedział, że względy ma na prawodawcę;
Brał dlatego, ażeby mniej godni nie brali;
Brał, aby się do usług drudzy zachęcali;
Brał, bo to honor pana, gdy sługa bogaty;
Brał, bo daje. — Wiedziałże jakie jej intraty?
— Jużci wiedział, kiedy kradł. — Mało klatka za to.
Ci dalsi słuszną teraz cieszą się zapłatą!
Którzyż to? — Słyszysz dalej, jak pełno hałasu?
Bądź zdrów; Klatek aż nadto, a ja nie mam czasu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Krasicki.