Kiedy znów będę mały/Miłość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Kiedy znów będę mały
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
MIŁOŚĆ
Nareszcie był bal. Mama ubrała się w suknię, co ją mole pogryzły. Ale nie było znać: ciocia dobrze przerobiła. Były imieniny i byli goście. Była zabawa — tańce. Zaczęło się wieczorem, a skończyło nie wiem kiedy, bo spałem w mieszkaniu Karola.

Była Marychna z Wilna. I ja z nią tańczyłem. Bo wuj Piotr kazał tańczyć. Nie chciałem wcale. Wuj Piotr powiedział:
— To ty taki kawaler? Panna do ciebie aż z Wilna przyjechała, a ty nie chcesz z nią tańczyć.
Zawstydziłem się i uciekłem na schody. Bo jak można tak mówić? Niby że do mnie przyjechała. Jej mogło być przykro. Ale wuj mnie złapał i podniósł do góry, a ja się wyrywam i nogami w powietrzu fajtam. Aż się zasapał, ale nie puszcza. Byłem strasznie zły, bo się jeszcze więcej zawstydziłem. I postawił mnie i mówi: «tańcz». — A ojciec mówi:
— No, nie bądź gamoniem, zatańcz, bo ona gość.
Z Wilna.
Stoję i nie wiem, co robić, bo chcę uciekać, a boję się, że znów złapie i będzie szarpał. Więc tylko po troszku, nieznacznie poprawiam ubranie, patrzę, czy się co nie odpięło, albo nie podarło.
A Marychna spojrzała tylko i mówi:
— Nie wstydź się, ja też niebardzo umiem.
I pierwsza podchodzi. I wzięła mnie za rękę. — A miała niebieską wstążkę — taką dużą kokardę — włosy tą kokardą zboku zawiązane.
— No, chodź, spróbujemy.
Spojrzałem na wuja ze złością, a on się śmieje. I wszyscy się rozstąpili, tylko my dwoje stoimy. I ojciec. Wiem, że jak nie posłucham, ojciec się rozgniewa, — może z zabawy wygoni. Nie mam żadnej rady.
Zacząłem się z nią kręcić. W głowie mi huczało bo już późno, i piłem piwo. Więc mówię: «no, już». A oni wołają: «jeszcze». — Gorąco mi jest, a zrobili sobie widowisko. I ona nie przestaje, więc dalej, aż już naprawdę tańczę do muzyki, do taktu.
Nie wiem, czy krótko, czy długo. Aż Marychna mówi:
— No, dosyć, bo widzę, że nie chcesz.
Mówię:
— Co nie mam chcieć, tylko mi się w głowie zakołowało.
A ona:
— Ja mogę tańczyć całą noc.
Potem zaczęli starsi, a my stoimy koło drzwi: Marychna i ja.
— Warszawa jest bardzo ładna.
Ja:
— Wilno też.
Marychna się pyta:
— Byłeś w Wilnie?
— Nie, tylko pani nam w szkole opowiadała.
Ona mówi mi: «ty», a ja nie wiem, jak mówić. U dorosłych jest porządek: nieznajomi mówią «pan», «pani» i koniec. A my dzieci nigdy nie wiemy. Jednemu mówi się: «ty», drugiemu: «niech», czasem «kawaler», albo «panienka». Już sam nie wiem. Wiele mamy z tem wstydu, kłopotu i niepokoju. Trzeba się jakoś wywijać i mówić ani tak, ani tak.
Ona — Marychna — tylko tak przyjechała do Warszawy i znów wróci do Wilna. Będzie może tydzień.
— Czy na długo przyjechała?
— Kto?
— No, ta pani, ciocia — mama z Marychną?
— Na jaki tydzień może.
Jedzie się tam w nocy koleją. Nigdy jeszcze w nocy koleją nie jeździłem.
— Chciałabym — mówi — zawsze mieszkać w Warszawie.
— A jabym wolał w Wilnie.
Tylko tak sobie powiedziałem, że niby Wilno też ładne miasto.
I zaczęła wyliczać, jakie ulice, a ja wyliczałem ulice w Warszawie. — Potem pomniki i pamiątki różne.
— Przyjedź kiedy, to ci wszystko pokażę.
Tak głupio powiedziałem:
— Dobrze:
Niby, że odemnie zależy.
Podszedł Karol, i mówiliśmy o szkole. — Jakie tam są nauczycielki, jakie tu, jakie tam są książki, jakie tu.
Było bardzo przyjemnie. Ale wuj Piotr już widzi, że stoimy, więc prędko odchodzę, żeby się znów nie przyczepił.
Potem kazali Marychnie śpiewać. Nawet się nie wstydziła. — Jak śpiewa, to oczy podnosi do góry, jakby w niebo patrzała. I uśmiecha się.
Znów rozmawialiśmy. Bo Stefan mówi, że na ich podwórku mają trzy sanki. — Jedne duże, że dwóch może się wozić.
Mówi do Marychny:
— Przyjdź, będę cię woził.
I dobrą ślizgawkę mają. Wszystko na ich podwórku. Nie lubię, jak kto za wiele opowiada.
I tak się skończył mój bal.
I ta pani, ta ciotka, zabrała Marychnę i poszli. A mama mówi:
— Możebyś już poszedł spać?
Wcale się nie upierałem, tylko się pytam:
— Gdzie?
A mama:
— Do Górskich.
Rodziców Karola.
— Jutro trzeba do szkoły.
Widzę, że jak powiem, że jeszcze troszkę, to mi mama pozwoli, ale co będę robił? — Spać się chce i nudno.
Irena odrazu po kolacji też poszła. A ja spałem z Karolem.
Więc Karol się pyta:
— Dlaczego oni w Wilnie tak ciąąągną.
— Nie wiem.
— Bo chciałem się spytać tej Marychny, ale może jej będzie nieprzyjemnie.
— Bo pewnie.
— A włosy ma, jak cyganka.
— Wcale nie: cyganki mają twarde włosy, a ona mięciutkie.
— Skąd wiesz?
— No, widać przecie.
— A wuj Piotr mówił, że cygańskie.
— Wuj Piotr tyle wie, co zje, — mówię ze złością.
Ziewnął i przestał, a potem znów:
— U nas niema żadnej takiej.
A ja nic.
Potem:
— Klawa dziewczyna.
A ja nic.
— Ładnie śpiewa.
Czekam, żeby się przewrócił na drugi bok, bo jak jestem gość, to mi nie wypada, że nie chcę z nim rozmawiać.
Więc się pytam:
— Odrobiłeś na jutro lekcje?
— Ooo tam lekcje...
I ziewnął i nareszcie mówi:
— No, trzeba spać. A dlaczego się zgodziłeś zaraz iść? Może tam będzie co wesołego?
— Co może być wesołego? Jeszcze się więcej tylko popiją.
— A ty piłeś wódkę? Bo ja dwa kieliszki.
Jutro w szkole będzie opowiadał, jaki on bohater: że dwa kieliszki wypił i w głowie mu się nie kręciło.
Przewrócił się na drugi bok, przykrył się, ale się pyta:
— Nie zimno ci, nie ściągnąłem zawiele kołdrę?
— Nie, dobrze.
Kiedy człowiek śpiący, o byle co się rozdrażni. Przykro mi, że nie lubię Karola, a on się pyta, czy mi nie zimno. I dlaczego powiedziałem, że się popiją? Niedobrze sądzić dorosłych. Trudno: oni inni są i inne mają zabawy. No, żeby nie wuj Piotr, tobym nawet może do Marychny słowa nie powiedział. — Jak my się zawsze wszystkiego wstydzimy. — Zawsze obawa, żeby czego głupiego nie zrobić, albo nie powiedzieć. Ciągle niepewność, czy tak będzie dobrze. Żeby się nie śmieli.
Bo już sam nie wiem, czy wyśmiewanie jest dla nas gorsze, czy jak zaczną krzyczeć.
I w domu i w szkole — wszędzie to samo. Zadasz jakieś pytanie, o coś się zapytasz, pomylisz się, albo co, — zaraz śmiech i drwina. Każdy chce być najmądrzejszy i tylko czeka, żeby drugiego wyśmiać i poniżyć.
Ta obawa, żeby się nie stać pośmiewiskiem, tak człowieka onieśmieli, skrępuje, zwiąże, że ciągle niepewny, a im się bardziej wystrzega, tem łatwiej coś niestosownego zrobi. Zupełnie jak na lodzie: ten się najwięcej przewraca, kto się najwięcej boi.
— No, jutro musimy zrobić sanki, — pomyślałem i zasnąłem.
I ledwo zasnąłem, a tu mnie już budzą, że trzeba wstawać. Spałem kilka godzin, ale mi się zdawało.
Przecieram oczy przy śniadaniu, a jeść mi się nie chce, a ojciec mówi na próbę:
— Możebyś do szkoły nie poszedł?
Myślał, że się ucieszę, że można. Bo potem mówi:
— Zabawa zabawą, a szkoła szkołą.
Uważnie przeglądam teczkę, żeby czego nie zapomnieć, — pióra, albo czego. Bo jak się jest zaspanym, trzeba się pilnować. Ale nie. Idę.
No i idę. A myślę sobie, że jadę do Wilna. Jadę całą noc. Iskry za szybą lecą — ogniste gzygzaki.
I w drodze do szkoły i na lekcjach myślałem o tej podróży. — I na drugiej godzinie spać mi się zachciało i zapomniałem zupełnie, że w klasie i zaczynam nucić, cicho — ale śpiewam pod nosem.
A pani:
— Kto śpiewa?
Ja i wtedy nawet nie oprzytomniałem, tylko się oglądam, kto śpiewa. A Borowski mówi na mnie. Pani się pyta:
— Ty śpiewałeś?
— Nie.
Bo naprawdę nie zauważyłem. I zupełnie znów zapomniałem i drugi raz zaczynam. Chyba jeszcze głośniej — I pani się rozgniewała. A Borowski:
— Może teraz powiesz, że nie ty?
Mówię:
— Ja.
Teraz dopiero widzę, że naprawdę i wtedy i teraz.
Pani zdziwiona spojrzała:
— Nie wiedziałam, że umiesz na złość robić i umiesz kłamać.
Czy pani nie zauważyła, że sam przecie mam minę ździwioną, że jestem zmartwiony? Przecież panią lubię, i ona jest dobra dla mnie. Poco miałbym robić jej przykrość? — Zwiesiłem głowę, zaczerwieniłem się i już. — Będę się tłumaczył, pani i tak nie uwierzy. — Teraz już wiem, że można nagle krzyknąć albo gwizdnąć, jak we śnie. Więc zaraz mówią:
— Na złość. Niesforny.
Obrzydliwy wyraz: «niesforny». Gorzej, niż łobuz, niż wszystko. Taki ubliżający jakiś. Niby — sfora psów. — Nie lubię także wyrazu: «karność». — Naprzykład na gimnastyce:
— Karność — dyscyplina.
Zaraz czuję, jakby miał karać, pasem bić, rzemieniem.
— Niesforny malec.
«Malec» — też paskudny wyraz. I obrzydliwe: «dzieciarnia». Zaraz się przypomina — psiarnia.
Są niedelikatne wyrazy, których się w szkole nie powinno mówić. — Często można człowieka nie lubić za jaki wyraz niemiły, który często powtarza.
A pani kazała mi iść najprzód do kąta, a potem zaraz do tablicy. Kazała rozwiązać zadanie. Zupełnie łatwe. Odrazu wiedziałem odpowiedź. — Po cichu obliczyłem i mówię:
— Piętnaście.
Pani udaje, że nie słyszy:
— Powtórz zadanie.
Zły jestem. Mówię:
— Będzie piętnaście. Czy nie?
A pani:
— Jak zrobisz, będziesz wiedział. Rób dla całej klasy.
Zaczynam niechętnie powtarzać. I poplątałem. Chłopcy zaczęli się śmiać.
— Idź na miejsce. Masz dwójkę.
A Wiśniewski się pyta:
— Czy ma iść na miejsce do ławki, czy do kąta?
Idę i nie mogłem się powstrzymać, bo Wiśniewski naumyślnie wystawił łokieć w przejście, więc go pchnąłem. A on jak nie wrzaśnie z całej siły:
— Czego się pchasz?
Świnia. Bał się, że pani nie zauważy. — A pani się zawahała, czy dalej nademną się znęcać, czy jego ukarać.
I już się zaczął w całej klasie niepokój. Jak siedzą cicho, to cicho, a jak się zacznie z jednym, to zaraz — uwagi, przedrwinki, żarty, śmiech i rozmowy. Już wtedy trudno uciszyć. A za wszystko odpowiada pierwszy, który zaczął.
— A niech robią, co chcą.
Położyłem głowę na rękach i udaję, że płaczę. Tak często się robi. To najlepsze. Wtedy dają spokój. — Ale nie płaczę, bo bardzo cierpię, bardzo jestem nieszczęśliwy.
Nagle pomyślałem:
— Gdyby Marychna była nauczycielką, onaby była inna.
Bo jeśli źle się sprawuję, można inaczej ukarać, a nie dwójka z przedmiotu. — Bo ten, co po mnie stękał przy tablicy i mętlił to samo zadanie, — też mu wkońcu wypadło piętnaście.
— Marychnaby tak nie zrobiła. — Ale ona mała, i ona — Marychna — wyjeżdża. Całą noc będzie koleją tak daleko — do Wilna. I już nie zobaczę. Może nigdy już nie zobaczę. Nigdy już śpiewać nie będzie. A Marychna uśmiecha się mile i ma niebieską kokardę. I ma mięciutkie włosy, wcale nie jak cyganka.
Pani musiała być bardzo rozzłoszczona, bo na pauzie podchodzi i mówi:
— Jak jeszcze raz będziesz miał muchy w nosie, powiem kierownikowi. Już cię nie będę więcej broniła.
I pani odeszła. Nie pozwoliła się usprawiedliwić. A gdyby pozwoliła, co powiem?
— Że kocham Marychnę?
Śmierć raczej, niż takie wyznanie.
«Muchy w nosie». Nie mam much w nosie, a pani wymawia, co było dawniej. Nie powinno się przysług wymawiać. Niech pamiętają dorośli, że to drażni, najbardziej gniewa. Bo znaczy, że myślą, że zapominamy łatwo, nie umiemy być wdzięczni.
To oni zapominają, my dobrze pamiętamy. I rok i dłużej. Każdy nietakt i niesprawiedliwość, każdą uwagę, każdy ich dobry czyn. Wszystko rzetelnie zawsze rozważymy — i mają w nas sojusznika, lub wroga. I wiele przebaczyć możemy, jeżeli widzimy dobroć i szczerość. — Ja pani też przebaczę, kiedy się uspokoję.
Podchodzi Mundek i zaczyna żartować. Widzi, żem smutny, więc chce pocieszyć.
— Co, będziesz się bał rachunków? Dostaniesz pięć pion, a jedna dwója sama ze strachu ucieknie. Tak będzie drałowała, że fiii! — Ty przecie matematyk wlazł na patyk.
Powiedziałem cicho:
— Zooostaw.
Wychodzę na podwórze, ale się nie bawię. — I głupie mi się wydaje latanie.
— Jakby dobrze było, żeby wszystkie dziewczynki do niej były podobne. — A może naprawdę pojedziemy do Wilna? Może tata dostanie tam robotę? Wszystko stać się może.
Wziąłem z bibljoteki książkę. Opowiadania historyczne. Będę czytał.
Wracam sam. Mundek nie mógł czekać. Idę i tylko kawałek lodu nogą podbijam. Trzeba się starać równo kopnąć, przed siebie, bo i tak skręci w prawo albo w lewo. A ja gzygzakami za nim. Żeby się nie zatrzymać, tylko ciągle naprzód. Najgorzej, kiedy się o przechodnia odbije, bo wtedy zupełnie w bok poleci, albo trzeba wracać. — Powiedziałem, że wolno mi dziesięć razy zawrócić.
Ale spotkałem ojca, i gniewał się, że buty niszczę, bo nosek się obija.
Wchodzę do bramy, a tu się już chłopaki sankami wożą. Więc i ja. Ale nie było bardzo przyjemnie. Bo jak się ma zmartwienie, można się bawić, ale się co chwila przypomina. Jakby kto chodził i mówił:
— Zapomniałeś? Nie pamiętasz?
To nie wyrzuty sumienia, a taka tylko natrętna myśl. — Wyrzuty sumienia zupełnie inaczej: groźne są — Boga się boisz.
Jeden chłopak mówi, że wcale niema Boga, tylko ludzie sobie wymyślili. Powiada, że wie napewno. Założyć się chciał, — głupi taki.
Ja ich dwa razy powoziłem sankami, a oni mnie raz. I już dosyć.
Posiedziałem koło okna, a potem obrazki w książce oglądam. Nie podobają mi się. — Bo pierwszy obrazek bohaterski. Rycerz na koniu. Bój. Dokoła pękają pociski. A on podniósł szablę i wygląda, jak lalka. Tak sztywno wyprostowany.
Czy wypadkiem tak nie jest, że dla dzieci gorsze się wszystko robi? Dobry malarz dla dorosłych, a marny dla dzieci. I powiastki dla nas jak z łaski, byle kto pisze, i wierszyki, i piosenki. Kogo nie chcą słuchać dorośli, ten idzie do dzieciaków.
A przecież my właśnie najbardziej kochamy bajki, obrazki i śpiewki.
I zawołali mnie, że będą sanki nowe robić, żebym dał swoje dwie deski, sznurek i blachę.
Skrzywili się, że blachy mało, a sznurek krótki.
— Ale mocny.
Jedna deska poszła na siedzenie, a druga, żeby umocnić na spodzie. — Żeby było więcej blachy, możnaby całe podkuć i wtedy łatwiej wozić. Ale dobrze, że choć z przodu blacha. I gwoździe dałem: jeden długi, prosty — znalazłem na ulicy.
Każdy pamięta, co daje, bo tyle ma prawa, ile daje.
Przyjemniej zrobić samemu i mieć dla siebie. Od nikogo się nie jest zależnym. Ale dzieci rzadko coś mają naprawdę.
Ubranie niby moje, a rodzice kupili. Za książki i zeszyty odpowiada się i w domu i w szkole. Każdy ogląda i ma prawo się wtrącić.
Nauczycielce wolno książkę zwinąć w trąbkę, a niech z nas kto spróbuje. Zaraz powiedzą, że nie szanujemy. Bo u dzieci wszystko musi być wzorowe.
Niedobre są spółki. Musimy się przecie pokłócić. Jeden tego zacznie wozić, a drugi tego. Jeden szarpie i przewraca się — mówi mu się, że złamie, a on nic. Dał parę desek, więc też ma prawo.
Albo wozić sam nie chce, tylko siedzi jak hrabia. — Kłócimy się często — to prawda, ale pomyślcie tylko, jak u nas wszystko samopas puszczone.
Ile różnych sądów mają dorośli. A my tylko na skargę. A dorośli naszych skarg nie lubią. Rozsądzą byle zbyć, albo rację ma ten, kogo więcej lubią, albo młodszy, albo starszy ma słuszność, albo dziewczynka, albo obaj winni, bo brzydko się kłócić.
Może tam kiedyś będą ludzie żyli w zgodzie i koleżeństwie, ale jeszcze nie teraz.
O byle co się obrazi i zaraz:
— Jak nie, to oddajcie moje deski i gwoździe.
Wie, że nie oddamy. Bo co? Chyba rozbić sanki, i cała robota na nic. Szukaj innego wspólnika i morduj się od początku.
— Dzieci lubią majstrować.
Pewnie, że lubią, ale jak się zrobi, to się chce, żeby było.
Narysuję co, a on mi przez głupi żart podrze, albo zamaże — to szkoda. — Wyszukałem kijek, sznurek — zrobiłem bat — nie chcę, żeby złamali. Jak sanki, to sanki.
Czasem lepiej zepsuć, bo drugie lepiej się uda. Ale trzeba zgóry wiedzieć, że się chce i dlaczego znowu od początku. Że albo mamy lepsze narzędzia, albo więcej materjału.
Bo jak sanki robić bez młotka? Musieliśmy wbijać kamieniem. I żeby choć kamień był wygodny. Jest jeden, ale w bruku. Nawet chcieliśmy wykopać, a potem znów wsadzić. Ale niechby stróż tylko zauważył, dałby nam, że nooo! Tydzień się potem na dwór nie pokazuj.
Więc wbijam okrągłym, niewygodnym, — i uderzyłem się w palec. Aż się czarna kulka zrobiła na palcu. I jeszcze drutem obdarłem skórę między palcami: teraz jak zginać, — boli. — Bo w jednem miejscu trzeba drutem ściągnąć, bo potrzebny był długi gwóźdź, a myśmy wbili trzy małe, i deska się rozłupała. Trzeba było ściągnąć.
I tak ciągle się coś psuje, i trzeba ciągle poprawiać.
Przychodzi Józiek.
— Ooo, sanki zrobili, a nie mogą jechać.
— To zrób lepsze.
— Pewnie, że jakbym chciał, tobym zrobił.
— No, to chciej.
— Jak mi się zechce.
— Odejdź już, nie dogaduj. Nie podoba ci się, to nie patrz.
A on:
— Nie dasz patrzeć?
— No, nie dam.
Jeden reperuje, a dwóch go odpycha.
Dopiero Franek:
— Puśćcie go, potrzymajcie lepiej, bo sam nie mogę.
— A bo poco stoi i dogaduje?
— Niech sobie. Nie ma sanek, więc przez zazdrość.
— Ooo, mam czego zazdrościć: takiego drapaka.
Czasem z kłótni bójka wyniknie, a czasem pomoże naprawdę.
Tak właśnie teraz:
— Bez młotka nic nie zrobicie.
Więc ja:
— No, to daj młotek, kiedy się mądrzysz.
— Będę wam dawał, żebyście złamali.
— A masz?
— Pewnie, że mam.
Stawia się, czy naprawdę?
Ale poleciał i przyniósł.
— Twój?
— A czyj?
— Może ojcu wziąłeś?
— No, to ja wziąłem, a nie ty.
A jak bez pozwolenia weźmie, i będzie awantura, — wszystkim się dostanie.
A on i gwoździe ma.
— Jak pozwolicie jeździć, to dam i pożyczę.
Nie trzeba było brać, bo łobuz. Ale czasu szkoda, każdy chce choć trochę. I zgodziliśmy się. A szkoda. — I młotek nie pomoże, jak deska spróchniała. A on ciężki i tak jedzie, jakby umyślnie chciał zepsuć.
Na nic cała robota.
Znów się zaczyna kłótnia. Więc już idę do domu.
Smutno, smutno, smutno.
Irenka patrzy na mnie, a widzi, że mam zmartwienie, więc nie mówi, żeby się bawić. Przysunęła stołeczek, usiadła obok i oparła rękę o moje kolana.
A ja nic, tylko myślę:
— Gdyby Marychna była moją siostrą.
I wiem, że to grzeszna myśl, bo tak jakbym chciał, żeby umarła, żeby mieć inną siostrę.
Przymknąłem oczy i położyłem rękę na jej głowie. A ona zaraz głowę na kolana i prędko zasnęła. A ja się pomodliłem swoją modlitwą: żeby Irenka żyła i była zdrowa i żeby Marychna była szczęśliwa.
No bo tak: kocham ją, Marychnę.
Co się wszystko dzieje w człowieku, jakie tam wszystko różne. — Bo kiedy patrzyć, to się widzi domy i ludzie i konie i samochody. Tysiąc, albo miljon różnych rzeczowników: żyjących i nieżyjących. I w myślach są te same rzeczowniki. W człowieku. Zamknę oczy i widzę tak samo: domy, ludzi, konie. No, tak. I każdy rzeczownik ma dużo przymiotników. — Duży dom, ładny koń, miły człowiek. A od rzeczownika z przymiotnikiem zależy dopiero, czy lubię, czy mi się podoba.
I tu znów taka sama idzie rozmaitość. Inaczej kocham Łatka, inaczej rodziców, inaczej Mundka, inaczej tę Marychnę z Wilna.
No, bo co powiem:
— Lubię, bardzo lubię, kocham.
I koniec.
A czuję, że inaczej.
I dopiero na szczycie jakby — Bóg.
Bardzo dziwnie.
Gdybym nie był już kiedyś dorosłym, możebym nawet nie wiedział. — A teraz już wiem, że dzieci kochają, tylko nie wiedzą, jak to się nazywa. A może wstydzą się przyznać. Nie — że nie chcą powiedzieć, ale w myślach dla siebie wstydzą się przyznać — i tylko mówią, że lubią.
Boją się nawet powiedzieć:
— Ta dziewczynka miła. — Lubię. — Ona przyjemna.
Bo już najchętniej dorośli wyśmiewają miłość. I tu dopiero widać, jacy są niedelikatni.
Powiedzą:
— Kawaler i panna.
Albo:
— No, pocałujcie się.
Albo:
— Narzeczeni.
Albo jeszcze gorzej:
— Mąż i żona.
Jakby nie można było kogoś lubić. Żeby rozmawiać, popatrzeć, bawić się razem w jaką zabawę i podać rękę na pożegnanie. — Ale żeby nikt o nic nie wypytywał. I żeby nikt nawet nie zauważył.
Cóż, kiedy nie można.
Spytam się niby niechcący:
— Czy Marychna to ładne imię?
Albo powiem, że ma ładną, niebieską wstążkę we włosach. Albo: dlaczego jak się śmieje, robią się dołeczki?
Niech tylko coś się zapytam, albo powiem, zaraz zaczną szpiegować:
— A czy ci się podoba? Możebyś się z nią ożenił?
Głupie żarciki i nieprzyjemne śmiechy.
No, bo wiem.
Są tacy, co tylko małpują. Chcą się dorosłym przypodchlebić, podlizać, więc zaraz weźmie pod pachę i:
— Moja żona. Moja narzeczona.
Dorośli chcą niby, żebyśmy byli mądrzy, nie lubią niby naszego błaznowania; a sami zmuszają.
Nie wiedzą, jak czującej istocie przykro błazna robić ze siebie. — Jedno dziecko się psuje naprawdę, a drugie tylko żal ma do was i niechęć. — Za tę ciekawość i za to, że wiecie.
Siedzę sobie cicho i myślę. I tak samo jak ja, tysiące dzieci po różnych pokojach o zmierzchu rozmyśla o dziwach i smutkach życia. Co dzieje się w niem, co wokoło. — I tych rozmyślań naszych dorośli nie znają. Najwyżej:
— Co ty tam robisz? Dlaczego się nie bawisz? Dlaczego tak cicho?
No bo dziecko pohałasuje, pobiega, napatrzy się różności, a potem chce w zaciszu samo z sobą porozmawiać. A tylko jedno, jedyne z tysiąca znajdzie pomoc w dorosłym. Albo u przyjaciela.
Bo naprzykład, jaki dziwny jest sen. Śpi sobie Irenka i nic nie wie. Albo się jej coś śni, bo westchnęła. — Pewnie i ona ma w przedszkolu dzieci, które lubi i też może nie chce powiedzieć.
Porównywam Irenkę ze sobą, przypominam sobie przeszłość, kiedy byłem duży, i widzę, żeśmy wszyscy podobni, jednacy. Dziecinny jest człowiek dojrzały, dojrzałe jest dziecko. Myśmy się tylko jeszcze nie porozumieli ze sobą.
A no.
Widziałem drugi raz Marychnę.
Jeszcze jedyny raz była u nas Marychna. Nawet się nie rozebrała. Mówią, że muszą iść, że tylko się przyszły pożegnać.
Raz — pierwszy raz przywitać — i już zaraz pożegnać.
Ja stoję przy swojej doniczce i groch zasiałem, i wyrosło w doniczce. Już nawet ma cztery listki. Tu dwa i tu dwa. Tak przyjemnie zasadzić, jak wyrośnie. Podlewa się. I z wody i z ziemi i z ziarna wyrośnie. I zielone. I malusieńkie. Że nie było nic, a jest.
Ja stoję i mam pocztówkę: że anioł stoi i ma skrzydła, a dwoje dzieci nad przepaścią. Nad bezdenną. — Pochyliły się nad przepaścią i kwiatki zrywają. A anioł pilnuje, żeby nie wpadły w tę bezdenną przepaść.
Przyszła ta obca ciotka z Marychną. Ją też pierwszy raz w życiu widzę. I ona jest daleka jakaś krewna.
I myślę:
— Jeżeli Marychna zacznie ze mną rozmawiać, dam na pamiątkę pocztówkę. A jak nie, to nie.
Kupiłem ją dla Marychny, bo wiedziałem, że przyjdzie, tylko się bałem, że może będę w szkole.
Zaraz przylatam ze szkoły — tak codzień. Mundek się pyta:
— Czego się tak spieszysz?
Mama się dziwi:
— Czy wcześniej szkoła się kończy?
A ja nic. No, bo co im powiem?
A Marychna ma białą czapeczkę z puszku i kołnierzyk taki sam. I włosy kręcące.
Jej mama rozmawia z moją mamą — coś o jakichś znajomych we Wilnie.
Ona nic.
Bo tę ciotkę z Wilna prędko pocałowałem w rękę i do mojej doniczki.
A ona stanęła oparta o swoją mamę.
I wyjąłem pocztówkę z książki. Tę pocztówkę z aniołkiem.
A ona Marychna odrazu, jak stała, odrazu prędko podeszła do mnie. W pośpiechu, jakby podbiegła. A ja prędko pocztówkę znów w książkę i zdaje się, że jestem pewnie chyba czerwony, bo się więcej jeszcze zażenowałem.
Stanęła, mufką z tego puszku zasłoniła się, i ja się uśmiechnąłem. I ona też. I się odwróciłem, niby na doniczkę patrzę.
I Irenka przybiega i pokazuje jej lalkę. Irenka mówi:
— Patrz, ma trzewiczki.
Więc ja się już znów odwróciłem. I Marychna wzięła lalkę i się pyta:
— A czy zamyka oczy?
A ja:
— Nie. Małe lalki nie zamykają.
Więc Marychna już zupełnie podeszła i mówi, że i małe mogą zamykać. Dopiero jak zupełnie małe, to nie.
I potem mówi:
— Już jadę.
Ja się przestraszyłem, że już zaraz, i prędko wyjąłem pocztówkę z aniołkiem, bo się przestraszyłem, że nie zdążę. Że już nie będę mógł jej dać.
Pokazuję. I:
— Czy ładna?
Ona cicho powiedziała:
— Ładna.
Więc mówię zupełnie już cicho:
— Może chcesz?
Nie chciałem, żeby Irenka widziała. Bo małe dzieci lubią się wtrącać. I może coś głośno powie.
Ale mama z ciocią rozmawiały i nic nie wiedzą.
Marychna mówi:
— Napisz, że na pamiątkę.
Z taką prośbą powiedziała i patrzy, czy się zgadzam.
Dobrze się ułożyło. Bo prędko zaraz napisałem:
«Pamiątka z Warszawy».
I przyłożyłem bibułę.
A Marychna:
— Oj, bo zamażesz.
A ja:
— Patrz, wcale się nie zamazało.
Powiedziałem: «patrz». — To znaczy, że jej «ty» powiedziałem.
Ale się «p» trochę zamazało.
Powiada:
— Nic nie szkodzi.
I później:
— Bardzo ładnie piszesz.
I jeszcze:
— Napisz dla kogo i od kogo.
— Poco?
Marychna pomyślała, głowę wbok przechyliła i mówi:
— Prawda.
Ale napisałem:
«Dla Marychny z Wilna».
I zawinąłem w srebrny papier od czekolady. — Bo wszystko miałem już przygotowane.
Ale widzę, że się zanadto świeci, więc wydarłem kartkę z zeszytu i zawinąłem jeszcze.
A ona:
— Ooo, kartkę wyrywasz.
Ja mówię:
— To nic.
A mama mówi:
— Rozbierzcie palta.
A jej mama:
— Nie, musimy zaraz iść.
Marychna wzięła tę pocztówkę, to zawiniątko do mufki i pyta się:
— Jaką literę najlepiej lubisz pisać?
Ja mówię:
— Duże R.
— A ja duże W. — Daj papier, to ci napiszę. Ale ołówkiem. Zobaczymy, kto ładniej pisze.
I napisała. A ja też. Ale się nie staram. Żeby jej było ładniejsze. I ona mówi:
— No, czyje ładniejsze?
Śmieje się, a ząbki ma równiuśkie, białe.
I mówi:
— Na pocztówce ładniej napisałeś.
Ja się zarumieniłem i mówię:
— Raz się uda, a raz nie.
Pisaliśmy: Warszawa, Wilno — różne wyrazy, a potem liczby.
— Strasznie ósemki nie lubię pisać — mówi. — Zawsze jakaś kręcona wyjdzie.
A ja:
— No, tak. Ósemka rzadko się uda. No i Marychnie w palcie trudno pisać.
Więc ona spojrzała na swoją mamę i mówi:
— Rozebrać się chyba, czy jak.
Ale już mają iść.
Ona — Marychna chce tę kartkę podrzeć, ale nie dałem.
— No i poco ci to?
— Niech sobie będzie.
— Poco?
Powiedziałem cicho:
— Na pamiątkę.
— Ooo, co to za pamiątka. Ja ci z Wilna ładną kartę przyślę.
Ale zostawiła.
I pokazałem jej doniczkę. — Żeby chciała wziąć. Ale jak się tam będzie z doniczką wozić.
A Marychna każdy listek pogładziła palcem.
A jej mama mówi:
— No, idziemy.
I wstaje. I Marychna prędko stanęła przy swojej mamie.
Już nie rozmawialiśmy więcej. Ja przy doniczce zostałem. I długo jeszcze rozmawiały tak stojąc. A może nie długo, tylko chciałem już, żeby sobie poszły.
Boję się pożegnania.
I naprawdę:
— No, dzieciaki, żegnajcie się.
Ja się jeszcze bardziej odwróciłem.
— No co, nie pożegnacie się? Możeście się pokłócili już? Nie pocałujecie się na pożegnanie?
Marychna mówi:
— Ja się z chłopakami nie całuję.
— Oj ty, ty — powiada moja mama. — A nie zaśpiewasz nam na pożegnanie?
— Mogę zaśpiewać.
— Już jak innym razem przyjedziemy. Bo teraz gardło zagrzejesz.
Marychna pocałowała się z mamą i z Irenką, a mnie tylko rękę podała. I tak dumnie. Nawet się nie uśmiechnęła. W rękawiczce.
I wyszły. A mama:
— Jesteś mruk. Marychna — to przynajmniej zuch dziewczynka. A ty trzech zliczyć nie umiesz.
Wdzięczny jestem Irence.
Pocałowałem ją — tak przygarnąłem do siebie i pocałowałem w głowę.
— Bardzo grzeczna byłaś, Irenko, — powiedziałem.
I zaczynam lekcje odrabiać.
I tak mi dobrze — cicho. I tak się dobrze z tą pocztówką udało. — Ładna jest. — Bo naprzód chciałem kupić z kwiatami, potem widoczek: że las, a koło lasu domek i koń stoi. Jeszcze były dwie ładne, ale na jednej napis: «z powinszowaniem imienin». Ale z aniołem chyba najładniejsza. Bo i góry i przepaść i kwiaty i ten anioł stróżuje.
Brzydko się nazywa: anioł-stróż. — Powinno być inaczej: «obrońca» — czy ja wiem.
Jak będę miał pieniądze, dla siebie taką samą kupię. Bo Marychna pewnie nie przyśle — zapomni — jak już wróci do tego Wilna.
Przepisuję wiersz na jutro. A obok leży lalka Irenki. Od tej lalki wszystko się przecież zaczęło. I doniczka z temi czterema listkami. — Bo jak później będzie rosła w górę, wyżej nowe listki powyrastają, a te cztery będą na dole. I one pewnie pierwsze odpadną. — Czy zaczekać, aż pożółkną i same odpadną, czy je zielone jeszcze zerwać i na pamiątkę zasuszyć? — Teraz jeszcze nie wiem.
Przepisuję wiersz na jutro. Piszę bardzo starannie. Jedno duże W było w tym kawałku. Postarałem się najładniej napisać. I już nie wiem, czy duże R, czy duże W jest ładniejsze i najprzyjemniej pisać.
I tak sobie na tę kartkę patrzę, cośmy litery pisali.
A no, trudno: kocham i więcej jej nie zobaczę. Tylko kartka z literami i cztery listki grochu. — A może naprawdę napisze? A może mi się przyśni? Albo jaką podobną dziewczynkę zobaczę na ulicy. — Tak przecie z Łatkiem było.
Nie są miłe dziewczynki. Dumne, kłótliwe i robią miny. Lubią udawać. Że niby dorosłe i że chłopcy — to łobuzerja.
I stronią od nas, a chcą, — tylko niby łaskę robią.
I jeżeli już która chętnie się z nami bawi, to gorsza, niż my: bo i łobuz i inne przywary ma dziewczyńskie — też.
No tak.
Są jakieś delikatniejsze. Bo i sukienka i kokarda, i koraliki, różne ozdóbki ponawieszają. — Ładnie wygląda. — A gdyby chłopiec, byłoby śmiesznie. — Bo są i chłopcy z długiemi włosami. Jak laleczki. Czy oni się wcale nie wstydzą?
No, tak.
Ale dlaczego mamy im ustępować? Że dziewczynki nie wolno uderzyć, ani pchnąć. Zaraz powiedzą:
— Dziewczynka.
I to w nas żal wytwarza i zniechęcenie. A nawet wrogość.
Bo co?
Jak w szkole uczą się razem chłopcy i dziewczyny, i chłopiec się pani poskarży, zaraz mówią:
— Ty chłopak, a nie możesz sobie z dziewczyną poradzić.
Kiedy tak, to sobie na drugi raz radzę. Więc znów awantura. I niewiadomo, co naprawdę robić.
Gdyby dorośli nie przypominali ciągle, że to chłopiec, a to dziewczynka, mybyśmy pewnie zapomnieli. Ale gdzie tam: czy dadzą zapomnieć. — Niby mówią, że niema różnicy, a tymczasem wychodzi przeciwnie.
Przykro mi, że tak muszę myśleć, ale trudno. Nie mogę kłamać. — Marychna nie jest przecie winna. A może naprawdę tylko w Warszawie tak jest?
A ona napisała. Naprawdę napisała. — Dotrzymała słowa. Przysłała Ostrobramską pocztówkę. I adres i marka i wszystko. Nie wstydziła się pisać do chłopca.
Ona śmiała.
I śpiewać się nie wstydzi i pierwsza powiedziała, że będzie tańczyła.
I naprawdę napisała. — I mam razem z kartką i listkami. Jeden listek się złamał.
I była wycieczka. Nie koleją, ale przez most do parku. Przyjemnie było.
Chcieliśmy iść czwórkami środkiem ulicy, nie pchać się parami, żeby potrącali. Ale pani nie pozwoliła. I słusznie. Bo zaraz złamią szeregi i wyjdzie bałagan. Ten kopie ztyłu, ci znowu się wloką, — jeden w prawo, drugi w lewo. — Nawet parami nie idą, żeby były równe odstępy i w nogę.
Dobrze było. Dwa wozy i samochód się zatrzymały, jakeśmy przechodzili przez jezdnię. Przyjemnie jakoś, że i my przecie coś znaczymy, że się muszą zatrzymać.
Idę z Mundkiem w parze. Bardzo ważne wybrać dobrą parę i wiedzieć, kto przede mną, kto za mną.
Najładniej było na moście, bo woda zamarzła.
— A są tacy, co się kąpią w przeręblu.
— A tybyś się nie bał?
— A czego?
— Nnoo, zimnooo.
— To co, że zimno?
Przecie przyjemnie się wypróbować, albo pokazać, że się nie boję.
Z wody może się zrobić lód albo para.
— Dziwne?
— A to nie dziwne, że mucha może chodzić po ścianie, a ryba w wodzie oddycha.
— Albo żaba. Z kijanki się zrobi i koniec.
I tak myśmy się zamyślili. Niby, że kto mógł tak wszystko zrobić? Bo jeśliby Boga nie było, no to kto?
I rozmawiamy z Mundkiem, że niby mamy łódkę — wzięliśmy chleba, sera, jabłek — i w podróż do Gdańska. — Przez jakie dopływy Wisły, niziny i wzgórza płyniemy, obok jakich miast historycznych.
Rozmawiamy na żarty, a jest jakby lekcja, jakby egzamin.
Dobra jest szkoła. Pozwala człowiekowi myśleć długo o różnych rzeczach. Jednego się dowiem na geografji, drugiego na przyrodzie, na historji — i nie spodziejesz się nawet, jak się wszystko to w myśleniu przydaje.
— Do Gdańska, czy do Krakowa?
— Eee, pod wodę trudno.
— No, a motorówką.
Mogłaby każda szkoła mieć jedną szalupę. — Stałaby w porcie, a my stoimy na warcie. Codzień czterech innych, na zmianę: dzień i noc. — A niech Wisła ruszy, zaraz się żagle rozwija — i dalej w drogę.
Jedna klasa tydzień, druga tydzień. I na zmianę: w kajucie, przy żaglach, przy sterze.
Bo już sami nie wiemy, czy to ma być żaglowiec, statek, motorówka, czy krypa, albo nawet tratwa.
A słońce ładnie lśni się w śniegu.
I w parku bielusienieczko.
Dopiero się gonimy. Aż niektórzy palta chcą rozbierać. Pani nie pozwoliła. — Przecie w bieganiu ciepło. Przecie na podwórku bez palt się bawimy?
Niebardzo się naprzykrzamy, bo nie chcemy, żeby pani krzyczała. Najgorsza jest złość, jak ma być przyjemnie.
Pani skrzyczy jednego, a przykro wszystkim. — U dorosłych rzadko się zdarzy awantura podczas zabawy. A u nas najczęściej. Zawsze się taki znajdzie.
A dziś Malicki. Kazała mu pani iść z Rudzkim. Odrazu nie chciał; bo się nie lubią. I tamten całą drogę go pchał. — Pani się rozzłościła, że idziemy jak banda i więcej z nami chodzić nie chce, — że ludzie się oglądają, — i wstyd. A Malicki na złość włazi pod dorożki, — i pani się boi, że go przejadą. — No, przecież codzień sam idzie i wraca ze szkoły, i nikt go nie pilnuje. Więc niechby sam sobie szedł. — No, wiem, że nie można, bo jak jednemu pozwolić, zaraz inni się porozłażą.
I w parku nie zebrali się zaraz, trzeba było zaganiać do domu. Już jak tyle drogi zrobiliśmy, chcieliśmy dłużej pobyć. Ładnie było, i nie chce się wracać. — I tak. — Jedni się posłuchali i stają. Ale widzi, że pary niema, więc nudno stać samemu, albo idzie go szukać. I widzą, że inni się bawią, a im nogi marzną. Więc się niecierpliwią:
— Chodźmy już.
Żałują, że posłuchali i odrazu się ustawili. Tamci latają, a oni patrzyć się muszą, jak pani się irytuje.
Postoją, postoją, znów się wymykają. A ci znów widzą, że mało się zebrało, więc się nie spieszą. Każdy chce być ostatni, żeby nie czekać.
Jabym się tam nie złościł. Gdyby pani odrazu ruszyła, żeby choć z trzema parami, — inni musieliby przecie dogonić, i potrochuby się zebrali. — Może tam który powie:
— Niech idą. Sam trafię do domu.
Pewnieby się bał sam zostać, bo będzie miał karę i teżby dopędził. A jak nie, to on jeden. Nie wolno się zaraz na wszystkich obrażać.
Gdyby się dorośli nas zapytali, mybyśmy niejedno dobrze doradzili. Przecie my lepiej wiemy, co nam dolega, przecie my więcej czasu mamy, żeby patrzeć i myśleć o sobie, przecież my lepiej siebie znamy, więcej razem jesteśmy. Jedno dziecko wiele może nie wiedzieć, a w gromadzie zawsze się ktoś znajdzie, co lepiej rozumie.
My jesteśmy rzeczoznawcy naszego życia i naszych spraw. My tylko milczymy dlatego, że nie wiemy, co wolno mówić, co nie. My się boimy nietylko dorosłych, ale więcej jeszcze kolegów, którzy nie chcą porozumienia, nie chcą porządku, wolą w mętnej wodzie kłótni i niezadowolenia łowić ryby własnych korzyści. — Gdybym był dorosły, powiedziałbym:
— Anarchja i demagogja.
Bo jaka tam solidarność! Każdy ma jednego, kogo bardzo lubi, kilku miłych, kilku niemiłych, czy obojętnych i paru wrogów.
Może się zdarzyć jaki wyjątkowy, co go wszyscy lubią, albo wszystkich lubi. A tak to najwięcej się tylko boją. Kto silny, może się rozporządzać i robić, co chce. Albo jak się znajdzie taki, kogo pani, albo pan bardzo lubi.
Więc w powrotnej drodze ze spaceru powiedziałem Mundkowi o Marychnie z Wilna.
— Wiesz, Mundku, dostałem z Wilna pocztówkę. Kwiaty. Niezapominajki. Bardzo ładna pocztówka.
A potem:
— Od jednej dziewczynki.
Powiedziałem, jak się nazywa i w którym jest oddziele.
— Tylko pamiętaj, że to tajemnica.
Powiedziałem, że z nią tańczyłem na imieninach i że ładnie śpiewa.
I że ma ciemne włosy.
— Widzisz, Mundek. A ty się wtedy gniewałeś, że Bączkiewiczowi wpierw powiedziałem o Łatku. Przecie musiałem, bo mi nie chciał pożyczyć. I wtedy jeszcze dobrze ciebie nie znałem.
No więc wzięliśmy się za rękę i już tak idziemy. A on mówi, że i jemu się jedna dziewczynka podoba.
— Bo zawsze smutna.
— A moja Marychna musi być wesoła.
Na moście niceśmy już nie mówili. Dopiero później.
— Czy ty się nie gniewasz, że ja wtedy na ojca twojego powiedziałem?
Myślałem, że nie usłyszy, bo akurat samochód ciężarowy jechał. Wojskowy samochód — ciężki. Łańcuchy tak brzdękały. Siedziało na nim trzech żołnierzy, a szofer był w cywilnem. Nie wiem dlaczego. A jeden żołnierz trzymał psa. A pies oparł się łapami o poręcz, i głowa mu podskakiwała. Taką miał przestraszoną minę.
No i Mundek usłyszał.
— Nie gniewam się, — powiada, — tylko ty tak nie mów. Bo przykro. — Zdaje mi się, że ojciec może być nie wiem jaki. No i każdy wie, jaki jest. A nieprzyjemnie, jeżeli kto powie.
— Ja ci nie chciałem dokuczyć, — mówię. — Tak mi się tylko wymknęło.
— Przecież wiem, — mówi Mundek.
No i teraz już jestem przyjacielem z Mundkiem. Pocztówkę mu też przyniosę i pokażę.
Przeprosiliśmy się za tamto, powiedziałem mu sekret, żeby nie myślał, że tylko o nim chcę wszystko wiedzieć. I pewnie poproszę, żeby do mnie do domu przyszedł.
Bo jak śmiesznie dorośli każą przepraszać. Dopiero co zrobiłeś — i zaraz:
— Idź, przeproś.
Nie bójcie się. Jeśli wiem, że nie mam słuszności, przeproszę, ale później kiedy. Już sobie wybiorę taką chwilę, że będzie można. — Bo inaczej wychodzi tylko kłamstwo i fałsz.
A Marychna śmiesznie napisała:
«Kochany Kuzynie.
Jestem w Wilnie i nie chodzę do szkoły. Jechałam całą noc i zaziębiłam się i miałam gorączkę. Całuję cię 1000000000 razy. — Kochająca cię Marja».
Wstydzę się tę pocztówkę pokazać Mundkowi.
No i kazała pani opisać spacer do parku. Mają być cztery części opowiadania: droga do parku, pobyt w parku, powrót — i zakończenie.
Pochwaliła mnie pani, że dobrze.
Napisałem:
«Wówczas była ładna pogoda, i pani zabrała nasz oddział na przechadzkę. Szliśmy przez rozmaite ulice. Po obu stronach ulicy wznoszą się wysokie domy, a w środku był ruch uliczny. Po szynach jadą tramwaje, a nie po szynach taksysy, dorożki, wozy i temu podobne. Przechodnie się snują, a na rogach stoją milicjanci.
W parku bawiliśmy się w różne gry. Park zasłany jest śniegiem. Drzewa są nagie, bo nie mają liści. Ich wierzchołki sięgają wysoko. Park nie ma historycznych pamiątek, tylko w lecie rośnie trawa. Krzewy pokryte są soczystemi liśćmi.
A w drodze powrotnej znów szliśmy przez most żelazny. Patrzyliśmy na lód. I szliśmy całą drogę parami.
Wycieczka do parku była bardzo przyjemna, bo słońce świeciło cały czas i w parku bawiliśmy się w różne gry».
Nieprzyjemne są wypracowania, bo się nigdy prawdy nie pisze, tylko że w szkole kazali.
Marychna się przeziębiła i była chora. I mogła bardzo zachorować, a ja nic nie wiedziałem. I mogła umrzeć, bo dzieci też umierają. — Niby się cieszę, że mam pocztówkę, a naprawdę jestem niespokojny.
I poco ona tu przyjechała?
Tylko wiedziałem dawniej, że mam w Wilnie ciotkę, może słyszałem, że ma jakieś dzieci, może nawet mówili, że to dziewczynka — Marychna. — Aż nagle ją zobaczyłem.
I poco?
Co mnie ona właściwie obchodzi?
Tylko daleka krewna, jakaś kuzynka?
Gdyby nie wuj, nawetbym z nią nie rozmawiał, gdyby się przyszła pożegnać, kiedy byłem w szkole, jużbym więcej nie widział?
Może podrzeć pocztówkę i skończyć?
Poco się dręczyć? Poco myśleć? Poco myśleć, czy zdrowa, czy się co złego nie stało?
I tak jej już nie odpiszę, bo nie mam pieniędzy.
I właśnie, że dostałem.
— Masz, łobuzie, — powiedział ojciec i dał mi złotówkę. Kup sobie, co ci potrzebne, albo idź do kina.
A mama:
— Oj, nie dawaj chłopcu pieniędzy, bo się rozpuści.
I jakoś głupio wziąłem, niezdarnie. Tak niespodzianie się stało.
Bo ojciec liczył pieniądze, naliczył coś 31 czy 41, — tylko że jeden złoty zadużo do równego rachunku. Ja akurat stoję. Więc dał. Niespodzianie.
Jak już wziąłem, żal mi się ojca zrobiło. Przecież nie ma zawiele, i dzieci dużo kosztują. — Zamiast sobie kupić — musi nam — a palto, a buty — jedzenie i szkoła i wszystko. — A ma z tego tylko więcej kłopotu i zmartwień, jeżeli się źle sprawuję.
Kiedy chciałem być dzieckiem, zapomniałem zupełnie, że nie będę na siebie zarabiał, że będę ciężarem.
Nie, dzieci nie darmozjady. Pracą jest szkoła. Prawda, że więcej mamy wakacyj, ale i nauczyciel także odpoczywa. My ciężej pracujemy, niźli nauczyciel. Bo dla nas wszystko i trudne i nowe.
A nazywa się, że dzieci nic nie robią, darmo chleb jedzą.
Kiedy chciałem być dzieckiem, zapomniałem zupełnie, jak trudno nie mieć własnych pieniędzy, jaka to niewola.
Naprzykład mam złą linijkę. Ktoś mi poszczerbił. Zostawiłem całą, przychodzę po pauzie — niema. Szukam, aż znalazłem na innej zupełnie ławce. Cóż, kiedy brzegi poodbijane. — Już się taką linijką równo nie rysuje: ołówek się zahacza. — Bo są i okute żelazem, ale drogie. A nasze jak na złość, z miękkiego drzewa. Zapomnisz się, uderzysz o ławkę, — zaraz się zrobi rowek, wgłębienie.
Ile my mamy szkód różnych i strat, a nic nie mówimy. Bo się poskarżysz, pani powie:
— Pilnuj.
Przecie na pauzie nie wolno być w klasie, a zresztą czy można ciągle tylko pilnować?
Teraz mam złotówkę.
Już tak widać chciał Pan Bóg.
Kupię dla Marychny pocztówkę. Bączkiewiczowi oddam dziesięć groszy, — zakończę z Łatkiem. Kupię linijkę, żeby mieć na zapas. Może sznurowadła? Bo jak mi się podrze, żeby od mamy przykrego słowa nie usłyszeć. — Może Mundek czego potrzebuje, więc mu pożyczę. — Byłoby dobrze iść także do kina, ale co? — Sam pójdę i przed Mundkiem ukryje? — A powiem, że byłem, Mundkowi będzie przykro.
Niby złoty — to dużo. A zaczniesz wyliczać, przekonasz się, że i to nie starczy.
A dorośli myślą, że dzieciak jest lekkomyślny. No, są: i między nami i między dorosłymi. Dlaczego ojciec Mundka wydaje na wódkę? — Są tacy, a są znów i tacy. — Ojcu ukradnie i pójdzie fundować. Powie, że na zeszyt, wyda na czekoladę. Pożyczy, nie zwróci. Zgubi, bo ma kieszeń dziurawą, albo z chustką do nosa wyrzuci. — Ale inny wyda tylko gdy potrzeba. Długo będzie ciułał, po parę groszy, zbierze na prezent dla ojca, albo na coś, co drożej kosztuje.
Poszliśmy z Mundkiem szukać ładnej pocztówki. — Aniołka już ma, niezapominajki sama mi przysłała. Była jedna, że chłopiec i dziewczynka, ale się wstydzę, bo to znaczy, że ona i ja.
Żeby można wejść do sklepu, byłoby łatwiej. Ale nieprzyjemnie. Patrzą, żeby czego nie zabrać, nie zgnieść, nie zaplamić. Spieszą się, nie lubią, żeby oglądać. Powiedzą:
— No, prędzej.
I widać, że chcą, żeby iść sobie.
Bo dzieci mają tylko groszaki, więc zarobek z nich mały.
Dorosły też nie odrazu za dużo kupuje. Dorosłemu pozwolą przejrzeć wszystkie albumy. Bo jeżeli dziś tylko pocztówkę kupi, to może jutro przyjdzie za więcej. A my co? — Grosze i grosze.
Zaraz oddałem Bączkiewiczowi. Dopóki nie miałem pieniędzy, nawet nie miałem śmiałości się pytać.
— Masz dziesięć groszy, coś mi pożyczył na mleko.
— Przecie mówiłem, że ci daruję.
— Nie chcę. — Co Łatek robi?
— A co ma robić?
Jakoś nie odpowiada. Może rodzice nie pozwolili, może go wyrzucił?
— Czy jest u ciebie?
— A gdzie ma być, jak go rzuciłeś?
— Nie rzuciłem go wcale, tylko tobie oddałem.
— A jak jabym nie wziął?
— To może inny?
— A ty myślisz, że zaraz pozwolą brać psa do domu?
Zły jestem, bo taki się robi wyniosły.
Mówię:
— Dlaczego nie mają pozwolić?
— A twoi nie pozwolili.
— Bo się nie pytałem.
Zły jestem, że jemu tak łatwo, a ja dalej samotne życie wiodę. Bo pies jest przyjacielem człowieka.
Wiem, że zazdrość — brzydkie uczucie. Ale czy można nie zazdrościć, jeśli komu się dobrze powiedzie i nawet nie umie ocenić?
I ciekawy jestem, czyby Łatek mnie poznał. Więc tylko ukrywam urazę i mówię:
— A czy będę mógł go kiedy zobaczyć?
— Nnoo, jak przyjdziesz, to ci pokażę.
— A wziąć go do domu na jeden dzień aby?
— Ooo, zaraz chcesz wszystko. Jak mój, to mój. Zresztą, czy myślisz, że zechce teraz iść z tobą?
— Skąd wiesz? Może zechce?
— Już do mnie się przyzwyczaił.
— No, to go sobie trzymaj.
— Pewnie, że będę.
Odchodzę. Co będę z nim gadał? I tak nie zrozumie.
Bo niby ludzie mówią ze sobą, a każdy inaczej czuje. Dlatego się porozumieć nie mogą.
Już tylko jeden Mundek mi został.
Już z nim ciągle razem.
Rano się spotykamy i razem idziemy do szkoły.
Podczas przerwy razem.
I razem wracamy.
Jeden on tylko mi został.
A może grzech tak myśleć?
Mam przecie ojca, mamę, Irenkę.
Zapomniałem jeszcze, żeśmy na tej pożegnalnej wizycie zdmuchiwali kółeczko ze stołu. Bo leżało takie kółeczko, od zegarka, czy czego. I Marychna powiedziała:
— Kto mocniej dmucha?
No i ona w jedną stronę dmuchała, a ja w drugą.
Irence też pozwoliliśmy parę razy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.