Kevehaza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor János Arany
Tytuł Kevehaza
Pochodzenie Przekłady
z poetów obcych
Wydawca „Gazeta Polska”
Data wydania 1899
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
KEVEHAZA
(BÓJ HUNNÓW.)
(Rok 540)
Mert vijjog a saskeselyü? mert szàllong
a turul s’ölyü?

Dlaczego żałobnie tak kracze pstry sokół?
Dlaczego w lazurze sęp lata naokół?
Dlaczego tak krążą te nieszczęść zwiastuny
Nad brzegiem szerokich, błękitnych wód Duny?
Dlatego żałobnie tak kracze pstry sokół,
Dlatego w lazurze sęp krąży naokół,
Że jutro w tem miejscu, o tejże godzinie,
Tysiące rycerzy w strumieniach krwi zginie.


Od Duny szerokiej na lewo, na prawo,
Niepróżno tłum ludów mknie z wróżbą tą krwawą.
Ze wschodu, z zachodu różnego narodu
Gromada nadpływa, jak wilki w dni głodu.
Napełnij się dzisiaj falami, o rzeko,
Bo jutro twym nurtem krew pójdzie daleko
I łzy szerokiemi zapełnią cię ściegi,
Bo matki zapłaczą na wód twoich brzegi.

Lecz rzeka falami nie huczy w powodzi,
Spokojnieby można przepłynąć ją w łodzi.
A Makryn Rzymianin, ze Sasem Dytrychem,
Ucztują na drugiem wybrzeżu, na cichem.
„Podnieśmy puhary! Niech pije, kto łaknie!
Nie bójmy się Hunnów, bo czółen im braknie!“
I krążą puhary i Szazhalom dzikim
Szeroko, daleko rozbrzmiewa okrzykiem.

Rozliczne tam ludy, rozliczne plemiona,
Rozlicznych języków tam ćma połączona:
Czerń obcych rycerzy, czerń obcej odzieży,
Kołczanów, i hełmów, i strzał, i pancerzy;
Alany, Herule, Lombardy i Goty,
I Syryan, i Celtów i hordy i roty,
I stroje rozliczne stubarwnie się świecą
Pod murem Potencyi, pod sławną stolicą.

„Podnieśmy puhary! Niech pije, kto łaknie!
Nie bójmy się Hunnów, bo czółen im braknie!“
A Makryn wciąż wzywa: Lej wina, lej piwa!
A Dytrych podwójną go miarą zażywa.
Dytrychu, ty Sasie, nie szalej, nie szalej,

I ty, Rzymianinie, zbyt wina nie nalej.
Bo trunek i taniec wam będą ku szkodzie,
Bo wilk już u celu, bo wilk już w ogrodzie.

Spójrz, oto pod górą, hen, tam przy Kelenie,
Jak mroczy się czyste niebiosów sklepienie,
Zmroczona, ściemniona, keleńskich nieb strona:
Porusza, porusza się łąka zielona...
A każdy pył kurzu — to rycerz odważny,
A każda tam słomka — pień włóczni żelazny,
A dwustu tysięcy płuc męskich dech mocny
Rozżarza swym ogniem wiatr chłodny, północny.

I Keve, wódz dzielny na czele szeregów,
Z walecznem rycerstwem już stanął u brzegów,
Lecz fala przez głębie szerokie tu bieży:
Ni mostu, ni łodzi dla tylu rycerzy.
A gdyby i most był — to byłby zamały,
A łodzi i setki wnetby się złamały —
Bo tłum ten gdy zajął zielony brzeg wody,
Brzeg trzęsie się cały, jak szklane zim lody.

Więc Hunnów wódz rozkaz dał wnet, by drużyna
Z swych miechów wylała szlachetną ciecz wina.
A rozkaz dowódcy — nie puste to śmiechy,
Więc Hunny natychmiast opróżnią swe miechy.
Dunaju, ty stary, napij się do syta!
Bo może już nigdy twe sine koryta
Pić wina nie będą — i niech po tem winie
Wić Hunnów walecznych w spokoju przepłynie.

A noc takim mrokiem dokoła oblana,
Że ledwie czasami zabłyśnie wód piana,

I cała kraina zapadła tak w ciszę,
Że ledwie się czasem plusk fal zakołysze.
Lecz fala coś pluszcze, lecz fala klekocze,
Pocichu, powoli przez wody przezrocze
Mkną, zda ci się, ciemne, olbrzymie delfiny —
Mkną chyżo a cicho przez Dunaj, przez siny.

Z miechami pustemi tak mkną niewidomie
Hunnowie, jak gdyby na moście, na promie,
I stają bezpieczni aż na Szazhalomie —
Pod nocy oponą, w swym dzikim ogromie.
Lecz cicho, junaki! w spokoju, w milczeniu,
Wystąpcie z fal cichych Dunaju! I w cieniu,
Gdy ziemię mgła czarnym pokrywa wyziewem,
Na brzeg wchodzą Hunny pod wodzem, pod Keven.

A Makryn pijany nie czuje i nie wie,
Że śmierć mu na karku zasiadła już w gniewie.
Nie czuje i nie wie nic Dytrych, Sas dzielny,
Że płonie Potencya, gród jego weselny.
O, płonie! o, gore! A kto zeń ucieka,
Na tego cios włóczni zkądś spada zdaleka!
Zwęglona, zniszczona, w perzynie, w ruinie —
Potencya, największy gród w całej krainie.

I żaden się kamień nie został w grabieży,
I żadne niemowlę u łona macierzy.
Lecz ciągle w dolinie śmiertelny bój krwawy
Trwa jeszcze śród jęków, i szczęków, i wrzawy.
I ciągle upada pstra ludów gromada,
Gdzie każdy językiem odmiennym ci gada

I biegnie tłum cały związany, zmięszany,
Gotowie z Altany, Celtowie z Rzymiany.

O mroki, zakryjcie różany blask zorzy!
O nocy, niech łono twe ranka nie tworzy!
O, niechaj w swej drodze zatrzyma się słońce,
By ukryć te tłumy narodu jęczące.
Niech światłem swem wieści skrwawionej nie szerzy,
Że martwy śród martwych wódz Hunnów już leży,
I niech nie pokaże, jak Hunn w pstrym nieładzie,
Pomimo zwycięztwa, ucieka w gromadzie.

Sas Dytrych toć rycerz dzielności nadmęskiej,
Lecz nie on powodem tej Hunnów jest klęski.
I ostrą jest włócznia żelazna Makryna,
Lecz nie w nim jest śmierci Kevego przyczyna.
To bóg sam swe oko odwrócił od niego,
I żołnierz to własny uranił Kevego;
W zatrutych strzał deszczu, pod mroków oponą,
Ta krwawa omyłka została spełnioną.

Gdy o tem na góry dowiedział się szczycie
Sas Dytrych, wnet biegnie na śmierć i na życie.
I spada na huńskiej ucieczki nawały;
Podobnie wstrzymują bieg sinych fal — skały:
A w pięści swej dzierżył Sas Dytrych waleczny
Trzon włóczni potężnej na cios obosieczny,
Tym końcem on kole, a tamtym on wali,
I świszczy, i błyszczy iskrami swej stali.

Bóg nocy niejeden już żywot ukrócił,
Niejeden duch pyszny w pył nędzy obrócił,

I tak, jak nad falą podnosi się fala,
Nad tłumem umarłych — tłum żywych przewala.
I chociaż umarłych jest dużo w dolinie,
Lecz żywych wciąż tłumy — i tłum ten znów ginie.
Ze stron wszech od łąk i od lasów zielonych
Wojsk idą szeregi, krwi wrażej spragnionych.

Hej, Belo, Kadoszu, podnieście swe miecze,
Bo mocniej bój siecze, czerwieniej krew ciecze.
O! Hunnów potomku, ty piękny, ty śniady,
I cóż ci pomogą strzał lotne gromady?
Choć tarcza słoneczna, pod huńskich strzał chmurą,
Zapadła w toń mroków śmiertelnie ponurą,
Lecz nic nie pomaga rycerzy odwaga,
Bezsilnie opada i orzeł, i flaga.

Hej naprzód, hej naprzód, synowie Atylli,
Śmierć groby wam swoje niedługo odchyli!
A burz czarownice, a chmur błyskawice
Tak lśnią, że bóg od nas odwrócił źrenice.
Lecz naprzód, niech wali miecz Hunnów najdalej,
Niech wrogi padają od groźnej, od stali.
Rycerze, popchnijcie ostrogą rumaki.
I ślijcie do niebios swych wrogów orszaki.

Oburącz tnie Kadosz po wrażych głów fali
I świszczy i błyszczy iskrami swej stali.
Na ślepo udziela wkrąg ciosów swych Bela,
Zagłada tam spada, gdzie grot jego strzela.
Lecz tak, jak gdy w skały kto dawne uderzy,
Wnet piasek się sypie, jak z morskich wybrzeży,

Lub jako gdy w falę znów fala się wlewa, —
Tak rycerz, ściśniony tłumami, omdlewa.

Napróżno się Kadosz obronnie w tył chyli,
Wrogowe żelazem mu piersi przeszyli,
I ten, co go dotąd nie pobił nikt w boju,
Od miecza Dytrycha upada w krwi zdroju.
I Bela, tłumami otoczon dokoła,
Choć zwinnie odpycha grot wrogów od czoła,
Lecz w końcu samotny, podobny do wieży,
Raniony upada i martwy już leży.

Nie prędko, ach, ujrzą te łąki, te kępy
Tak dzielne, tak piękne rycerskie zastępy.
Nie prędko, nie prędko się tu zazieleni
I kwiecie i trawa na pustej przestrzeni.
Szeroka dolina pod kopyt napadem,
Pod wojsk niezliczonych potężnym stóp śladem
Powiędła i wyschła. Gdzie Hunny stąpali,
Tam trawa nie rośnie w pobliżu, ni w dali.

Sto tysięcy Hunnów poległo tu w chwale,
Dwakroć tyle wroga w krwi leży i w kale.
Niewrogi i wrogi — zmięszani w dolinie,
I falą czerwoną krew razem ich płynie.
Kto tutaj zwycięzca, a kto zwyciężony?
Osłabły jednako obydwa legiony.
Pobity z zwycięzcą zmęczeni — i bledną —
I stali się masą bezwładną — i jedną.

A walka śmiertelna wciąż trwa nieustanna,
Aż zorza na niebie zabłysła poranna.

A kiedy się krwawe kończyły rozprawy,
Zamroczył niebiosa północy cień krwawy.
Hunnowie, zmęczeni od ran i od bolu,
Tysiącem umarłych leżeli na polu.
Cofając się tłumnie, lecz Dytrych zwycięski
Wnet pogna za nimi, łez zwiastun i klęski.

„Niechaj mi tu zaraz dwa konie przywleką,
Jak noc ma być jeden, a drugi jak mleko.
A oba niech będą bez skazy, bez wady —
Tak wielki chce Mano, bóg naszej gromady,“
Rumaków chcąc pary, tak Torda zwie stary,
I pali, i żarzy stos bożej ofiary.
Buchają płomienie na chwałę dla Mana —
I noc zda się zorzą wieczorną oblana.

„O pięknych wy Hunek synowie waleczni,
Nie traćcie nadziei, boście już bezpieczni.
Bo zemstę ofiarą już dosyć zrównano,
I znów się uśmiecha nam wielki bóg Mano.
Lecz zanim blask zorzy ozłoci sklep nieba,
Umarłych nam zacnie pochować potrzeba,
Bo gdybyśmy wraz nie złożyli ich w tumy,
To w gniewie by rzucił bóg na nas żar dżumy.“

Hunnowie słuchają słów mądrych kapłanów:
Połowa rycerzy wnet kopie śród łanów,
A druga połowa nagrobki układa,
Gdzie w ciszy ma spocząć umarłych gromada.
Wnet ziemię przynoszą z okolicy całej,
Budują kurhany dla braci swych chwały

A każdy tam grób — to stóg ziemi wysoki,
Na każdym poległych popielą się zwłoki.

Tonęła śród nocy ponurej pomroku
Szeroka, głęboka dolina Tarnoku.
Lecz śród niej szeroko, daleko płomienie
Od ogni pogrzebnych wciąż lśnią nieskończenie.
Gdy zdala się patrzysz śród mgły nieprzejrzystej,
To zda ci się błękit niebiosów gwiaździsty,
U stóp zaś każdego krwawego ogniska
Tłum ludu, że, zda ci się, widzisz mrowiska.

O, śmierć wojownika jakże jest wspaniała!
Na polu bojowem otacza go chwała,
Kamraci na tarczy go niosą w mogiłę
I w rękę mu kładą to wszystko, co miłe
Mu było za życia: więc groty i włócznie,
Więc miecz i siekierę. A potem mu hucznie
Nad grobem zapalą żar stosu płomienny,
Co, gasnąc, w blask chwały się zmienia promienny.

I trup bohatera Kevego — wraz z ciałem
Kadosza i Beli — w orszaku wspaniałym
Ponieśli na grobu wieczyste posłanie —
I kurhan ozdobił ich grób. Na kurhanie
Wzniesiono głaz czarny, przez wieków pleśń — święty:
W kurhanie spoczywa wódz Hunnów zamknięty.
I wokół z bojaźnią i ze czcią tłum cały
W łzach śpiewa po zmarłych żałobną pieśń chwały.

Tak owa błoń bitwy, krwi straszna wylaniem,
Na wieki się stała Kevego mieszkaniem,

I tam, gdzie spalony on z wojskiem był razem,
Do dzisiaj się miejsce to zwie Kevehazem.
I mnogie od bojów tych lata minęły,
Płynęły jak ptaki, jak fale płynęły —
Rok żaden Kevego nie zbudził z uśpienia
I żaden nie zaćmił sławnego imienia.

Na trzeci dzień Hunny nabrali znów ducha,
Jak morze, co wichrem szalonym wybucha,
I zadął w róg złoty u stopni kurhana
Bendegus szlachetny, syn Tordy, kapłana.
Wiatr wschodni podnosił do góry wspaniale
Chorągiew, co dotąd spadała niedbale,
I godło ich — orzeł, wzniesiony zuchwale,
Na zachód, na zachód, na zachód mknie stale!

W pobliżu Tarnoku gród Zezimor leży:
Tam Makryn się chował śród trzcin u wybrzeży.
I huńskich wojaków nań runie nawała,
A z góry spadali, jak spada z niej skała.
I słońce południa ściemniły obłoki,
Od zgrozy promienie zapadły się w mroki —
I słońce zmroczyło swe blaski promienne,
Spojrzawszy na krwawe te boje plemienne,

I jasną dolinę pokryły wnet mroki,
I znikli wojacy w ciemności głębokiej,
I bój był straszliwy w ciemności tej piekle,
A każdy z rycerzy krwi żądzą wrzał wściekle.
Lecz Bóg chciał, że w groźnej rozprawie tych bojów
Zwycięztwo zabłysło dla huńskich, dla wojów.

I rzeka z gór spływa krwią ludzką gorąca,
I wrogów w czerwienie mogilne swe strąca.

Bendegus rozlewa deszcz śmierci obfity,
Ilekroć wyrzuca swój grot jadowity.
Jak orkan szalony, w krwi płynąc potoku,
Miecz jego nie próżno mu wisiał u boku,
I, w czaszkę Makryna raz bijąc za razem,
Na miazgę mu strzaskał ją groźnem żelazem.
A Sasa Dytrycha gdy grotem ukole,
Jak gwóźdź wbity mocno — grot stanął mu w czole.

I nigdy już Makryn nie widział zórz słońca,
Bo upadł w ciemności, co w groby go strąca.
A słońce znów blaskiem wesołym zalśniło,
Lecz nie dla Makryna już ono świeciło.
A Dytrych, jak bawół, co wyje szalenie,
Gdy czuje, jak w głowę go walą kamienie,
W tył z bólu się rzucił i gromy wyzywa,
I, łamiąc na dwoje, grot z czoła wyrywa.

„Poddaj się, Dytrychu, waleczny ty Sasie!“
— Dopókim jest żywy, nie poddam ci ja się!“
„Oddaj się na łaskę — niełaskę mej woli!“
— Nie, nigdy, przenigdy nie zniosę niewoli!“
I Dytrych, podobnie jak buldog zażarty,
Gdy sforą rozjadłą opadną go charty, —
To w tył się potoczy, to naprzód poskoczy,
A grot mu tkwi w czole i miga mu w oczy.

„O, szkoda cię, wodzu walecznych zastępów,
Byś już dla zgłodniałych miał żerem być sępów.

I leżąc samotny śród krwawych tych szlaków
Bez ruchu, byś nie mógł odegnać tych ptaków.
Masz dłoń mą, choć ona raniła, lecz szczerze
Oddaje ci wojny i miru przymierze.“
I w końcu Bendegus ze Sasem Dytrychem
Dłoń sobie podali nad brzegiem wód cichym.

Trzy dni jeszcze wojsko spoczywa — i sypie
Mogiły dla zmarłych, i pije na stypie,
I bogu dań składa w dziękczynnej ofierze.
Za kwiaty zwycięztwa i wojsk dwu przymierze.
I lutnie zabrzmiały. A złote ich struny
Śpiewają, jak mężnie toczyli bój Huny,
Śpiewają, jak mężnie naddziady walczyli,
Tak, jak my ich czyny śpiewamy w tej chwili.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: János Arany i tłumacza: Antoni Lange.