Kazimierz Brodziński. Studyum/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Kazimierz Brodziński
Podtytuł Studyum
Data wydania 1881
Wydawnictwo Redakcja „Muzeum“
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Zawód autorski rozpoczął Brodziński artykułem o życiu i pismach Wincentego Reklewskiego. Praca to jednak bardzo słaba.
O Reklewskim, jako poecie, wiele więcej powiedzieć było można, niżeli on to uczynił, widać, że miał więcej chęci i miłości, niż wyrobienia, że próbował z trudnością sił swoich na nowem dla siebie, krytycznem polu. Sam nie znał jeszcze własnej miary ani też posiadał techniką pióra, jakiej nabył później, był to bowiem pierwszy jego utwór pisany prozą.
W roku 1817 wydał wraz z Elsnerem dzieło, dziś zupełnie prawie zapomniane, O metryczności i rytmiczności języka polskiego, które wywołało drugie podobnej treści, wydane we dwa lata później przez Królikowskiego, ojca naszego utalentowanego artysty dramatycznego, pod tytułem: O prozodyi polskiej.
Prawdziwy jednak i zasłużony rozgłos zjednała dopiero Brodzińskiemu sławna rozprawa O klasyczności i romantyczności, w której rozwinął swoje znakomite przymioty, trzeźwość poglądów, umiarkowanie, znajomość literatur zagranicznych i styl jasny, wdzięczny, jakkolwiek dzisiaj język doszedł do nieporównanie większego wyrobienia. Głównie tej rozprawie zawdzięczał nasz autor profesurą i godność członka Towarzystwa przyjaciół nauk. Wypowiedział w niej swoje literackie credo i określił jasno stanowisko, jakie zająć zamierzał.
Była to właśnie chwila, w której ciasne formy tak zwanej klasycznej formy krępowały wszelki polot samoistnej myśli.
Wymowny, dowcipny, gładki i złośliwy Osiński stał się głównym rzecznikiem tego kierunku, on też był bożyszczem opinii. Dziwić się temu nie można, ogół zazwyczaj wybiera sobie za ulubieńców ludzi, którzy nie przenoszą go miarą swoją, co nie rażą ani nowością poglądów, ani żadnym pierwiastkiem niezrozumiałym dla średniego umysłowego poziomu. Ogół lubi wznosić na piedestał wielkości swoją własną miernotę, bóstwie przymioty, które w sobie odnajduje i sobie samemu palić kadzidła w osobie swoich ulubieńców.
Geniusz zatrważa ludzi, a jak słusznie powiedział Bagchot w Prawach rozwoju narodów, każden, co przynosi myśl nową uważanym jest poniekąd za nieprzyjaciela przez ludzi, których idee ułożyły się do pewnej równowagi, skoro równowaga przez tego nieproszonego gościa jest zakłóconą.
Tutaj leży tajemnica wielu sław i wielu niepowodzeń. A jednym z powszednich przykładów podnoszenia mierności nad istotną wyższość była cześć ogólna dla Osińskiego.
Tymczasem potrzeba reformy literackiej leżała w koniecznościach czasu, ciasne formuły Boileau nie mogły starczyć nowym prądom, zanim zawrzała sławna walka klasyków z romantykami, już niewzruszone zasady pierwszych kwestyonowane były przez tych nawet, którzy z romantyzmem nic nie mieli wspólnego.
Kiedy Towarzystwo przyjaciół nauk miało zamiar ogłosić rozprawę o rozmaitych rodzajach poezyi w ten sposób, by te rozprawy stanowiły prawidła poetyczne, do którychby się odnieść można w każdym razie wątpliwym, i rozdało je do opracowania członkom swoim, Franciszek Wężyk miał sobie powierzony dział poezyi dramatycznej, ale w pracy tej dopuścił się tak gorszących herezyj względem panujących zdań, iż Towarzystwo odmówiło jej swojej sankcyi i rozprawy tej nie wydrukowało.
Sam Osiński nawet, naczelnik klasyków, osławiony później zparodyowaniem Dziadów Mickiewicza

Ciemno wszędzie, głupio wszędzie,
Nic nie było, nic nie będzie.

tłumacząc Horacyuszów Corneilla, poczynił w nich niektóre zmiany gwoli większego prawdopodobieństwa, a nawet poważył się odciąć piąty akt, jako niezwiązany z całością. Te drobne fakta świadczyły wymownie o bezwiednej potrzebie pogodzenia prawideł sztuki, które wówczas za niewzruszone uważano, z koniecznościami czasu, świadczyły, że w wielu umysłach kiełkowały zarody kierunków, które starły się i w starciu nabrały konkretności.
Brodzińskiemu wszechstronniejsze wykształcenie i badawczy umysł nadały przeciwne stanowisko. Zaznajomiony wcześnie z literaturą niemiecką, kształcony na ich wzorach, a nadto zaczerpnąwszy w pierwszej młodości wśród życia na łonie natury i pomiędzy ludem przedziwne poczucie prawdy i wstręt do wszystkiego co tchnęło konwencyonalnością i fałszem, nie mógł pogodzić się z panującemi prądami, czuł, że z rzeczy, które czczono i za wzór stawiano, dawno uleciał duch, a pozostała forma tylko, i że forma ta nie mogła już odpowiadać potrzebom i aspiracyom obecnej chwili.
Z drugiej strony romantyzm przekradający się wówczas do literatury ojczystej nosił cechę ślepego naśladownictwa kierunku germańskiego, a tym sposobem zarówno jak klasycyzm był obcą naleciałością niezwiązaną wcale z duchem i potrzebami naszemi.
Walczył więc przeciw temu podwójnemu prądowi, bo jeden jak drugi uważał zarówno szkodliwy dla samoistnego rozwoju języka i piśmiennictwa. I tutaj to pokazuje się cała trafność jego sądu i ważność stanowiska, jakie pomiędzy dwoma skrajnemi obozami zająć usiłował, występując w imię tradycyj narodowych, których nić wysnuwał z głębokiej znajomości naszej literatury.
„Cóżby nam pomógł spór, woła (str. 470 Tom IV), czy na pieniądzach stempel francuzki czy niemiecki jest lepszy. Wszakże potrzeba, żebyśmy mieli stempel własny, wybity na własnym kruszczu.“
Kiedy ogół był zaślepiony panującą modą i nie śmiał podawać w wątpliwość rozmaitych konwencyonalnych form przyjętych w sztuce, Brodziński już czuł ich próżnią. W tragedyach uderzała go śmieszność Turków, Chińczyków, dzikich Indyan przemawiających jednako dyalektem dworskiej etykiety. Powstawał już otwarcie przeciw sławnej zasadzie jedności miejsca i czasu, uważając ją za wymysł zepsutego smaku i powołując się na greckie wzory, które nie krępowały się wcale podobnemi dobrowolnemi trudnościami.
„Lubo nauczycielami Corneille’a, pisze (str. 16 Tom III), był Eurypides i romantyczność hiszpańska, geniusz jego atoli potrafił utworzyć z nich właściwą Francuzom tragedyą. Wielkie jednak zalety francuzkich tragedyj co do sztuki, nie nagrodzą nigdy tego, czem zajmuje teatr innych narodów.“
„Czyż nie znudzą na koniec owe moralne sentencye, które z ust tyranów i osób w stanic nieszczęścia zostających nie morałami, ale samym czynem nauczać mających dystychami deklamowane słyszymy?“
„Czyliż tragiczne fatum nagrodzi nam owe dworskie intrygi, w które tragedya francuzka wikła owych żywych, prosto i silnie za popędem uczucia działających Greków?“
Poczyniwszy te zarzuty klasycyzmowi, Brodziński przechodzi do romantyzmu i zastanawia się nad jego definicyą.
„Jedni chcą rozumieć pod tem słowem (str. 10 Tom III) odstąpienie od wszelkich przepisów, na których gruntuje się klasyczność, drudzy zowią ją sztuką obudzania tęsknych uczuć, lub przerażenia, inni chcą mieć w niej malowanie prostej natury, u wielu jest ona duchem rycerstwa i Chrześciaństwa średnich wieków; niektórzy uważają ją jako igraszkę niczem nie ograniczającej się imaginacyi, w której nadzwyczajne istoty, czary, duchy niebieskie lub piekielne łudzą i przerażają.“
Brodziński, wyprowadzając ten wyraz romantyczność od romancero trubadurów, dowodzi słusznie, iż jest to rodzaj właściwy pewnym narodom, które rozwijając dalej dawne tradycje, wyrobiły sobie samoistnie ten kierunek literatury. I że każden naród, mając sobie właściwe poemata i tradycye, nie potrzebuje ich zapożyczać u obcych.
Przechodzi dalej pierwotne poezye rozmaitych ludów, nie przepominając hymnów hebrajskich i sielanek indyjskich, zastanawia się nad poezyami północnemi, Eddą, Ossyanem, którego, nawiasem mówiąc, wraz z całą epoką brał na seryo i wyprowadza ztąd rozmaite poglądy na odrębne właściwości różnych literatur, w których przemawia duch każdemu narodowi właściwy.
Kierunek ten stanowi główną zasługę Brodzińskiego i dlatego kładziemy nań największy nacisk.
I on też wypowiedziawszy jawnie poglądy swoje, rozsnuwa je niby nić przewodnią, i pośród labiryntu różnorodnych zdań rozwija dalej zdrowe krytyczne zasady, a zwracając się znowu do romantyczności pisze (str. 36 Tom III).
„Nigdy o niemieckich poetach sprawiedliwie sądzić nie będziemy mogli, jeźli ich naszym gustem, obyczajami i usposobieniem mierzyć zechcemy. Przyznajmy im tę prawdę, że zajmują swoich ziomków, że noszą cechę ducha narodowego, poezyą nie za narządzie kadzidła uważają, w tem oceniamy ich zasługi, w tem ich jedynie naśladując.“
Brodziński broni tym sposobem romantyzmu przeciw niesłusznym napaściom, zaraz jednak, nie chcąc za jego bezwarunkowego stronnika uchodzić, dodaje.
„Powtarzam to, że wcale nie myślą być apostołem romantyczności, ale zdaniem jest mojem, że chcąc sprawiedliwie ocenić czyje przymioty lub wady, potrzeba wejść, ile możności, w grunt jego serca i usposobienia, abyśmy się w ufności ku niemu nic zawiedli i z pozoru źle nie sądzili. Poezya zaś jest, jak człowiek, nigdy niewyczerpaną, zawsze coś do odgadnięcia zostawiającą.“
Jak widziany miał on rzadką odwagę i bezstronność zająć pomiędzy dwoma ścierającemi obozami stanowisko pośrednie, nie przez chęć dogodzenia wszystkim, nie z bojaźni wyrzeczenia otwartego zdania, ale dlatego, że po jednej i po drugiej stronie zarówno prawdy nie dostrzegał, że jeden i drugi zarówno nie odpowiadał barwie narodowej, którą słusznie za konieczną w literaturze uważał.
Dlatego wskazywał drogą tradycyj rodzinnych i swojskich wzorów, bo w niej widział jedyne źródło odrodzenia, według tej zasadniczej myśli, każden naród powinien mieć stempel własny.
Zwracając się też do przeszłości, wyszukuje wśród niej wielkie indywidualności, poetyczne prądy i świetne momenta, mogące natchnąć dzieła prawdziwie odpowiadające potrzebie obecnej chwili.
Widzieliśmy już, że tragicy nasi zwracali się ku historyi krajowej. Brodziński nie poprzestawał jednak na tem, on chciał, by dla myśli swojskiej, znaleziono i swojską szatą, by literatura obecna, kształcąc się na wielkich pisarzach złotej epoki Zygmuntowskiej, zdobyła sobie oryginalność ducha jak formy i wytworzyła prawdziwie swojski kierunek tak odległy od klasycyzmu, jak i od romantyzmu.
Dawał więc rady zdrowe i trafne, które dziś zarówno jak wówczas mogłyby znaleźć przystosowanie i powinnyby być wyryte w myśli każdego pisarza, jak n. p. kiedy mówi: „Myślmy bogato i po swojemu, a język nasz ubogim nie będzie“; a dalej:
„Nie róbmy z poezyi umiejętności, ażeby się tylko znawcom podobać mogła, nie jest ona dla odrębnej klasy, dobry gust sobie przyznawającej, ale dla całej publiczności. Każdy naród odmawia z pamięci swego Racine’a, Shakespeare’a, Tassa, Krasickiego, Szyllera, bo każdy z nich dla swojego pisał narodu, według właściwego mu gustu“.
Tym sposobem, zamiast chwytać przelotną, przemijającą stroną kwestyi, wstrząsającej wówczas cały świat piśmienniczy, brał on ją głębiej nierównie przez namiętna walkę stronnictw, dopatrywał jej nieprzemienny charakter, i na miejsce chwilowych argumentów, stawiał wiekuiste zasady, na których wspierać się musi każda sztuka i każde piśmiennictwo.
Głos ten bezstronny, rzucony jak rószczka oliwna pokoju pomiędzy zwaśnionych zapaśników, jak zwykle bywa, w chwilach gwałtownej zażartości i zaślepienia, należycie ocenionym nie został.
Zamiast pogodzić walczących, Brodziński stał się podejrzanym w obozie klasyków, a u romantyków nie zyskał uznania. Jedni i drudzy widzieli w nim antagonistę.
Jan Śniadecki wystąpił w imieniu pierwszych w dzienniku wileńskim (w numerze styczniowym 1819 r.). Nie wymienia on wyraźnie Brodzińskiego, przecież znać, że pisze pod wrażeniem jego sławnej rozprawy, że wszystkie pociski szyderstwa i oburzenia, któremi miota, ku niemu są wymierzone.
Niestety, pociski te były arcy-słabe, znakomity myśliciel i uczony, zstępując w szranki zapasów piśmienniczych, wdał się widocznie nie w swoje rzeczy i naraził na szwank powagę, zdobytą na innem polu, dając smutną miarę ciasnoty swoich pojęć o poezyi, a to tem bardziej, że przemawiał w tonie nieomylnego profesora, karzącego rzeszę nieumiejętnych żaków. Naprzód stara się on określić granice i zasady poezyi, i przyznać trzeba, że w tym względzie nie wysila się wcale ani na nowość, ani na głębokość pomysłów. „Prawdziwa poezya, pisze, może być tylko klasyczną, wszystko zaś jest klasyczne, co stosuje się ściśle do prawideł, jakie dla Francuzów zakreślił Boileau, dla Polaków Dmochowski, a dla wszystkich wypolerowanych narodów Horacy.“
Dalej, jako zaślepiony jednostronnością, nie mogąc pojąć piękności utworów Shakespeare’a, Śniadecki bardzo sumarycznie się z nim obchodzi, dowodząc, iż „jestto pisarz nieokrzesany i karczemny, że nie ma w jego dziełach ani jednej tragedyi, tylko drammy rodzaj zły i zamiarom sceny przeciwny“.
Wprawdzie napisawszy to wszystko, autor przyznaje Shakespearowi niektóre zalety i ubolewa, że nie był należycie wykształcony, a dalej zastanawia się, czy w tym ostatnim przypadku Shakespeare byłby lub też nie był pisał? Pytanie to najlepiej oznacza, jak mało pojmował geniusz wielkiego angielskiego dramaturga.
Na zakończenie swojej rozprawy rzuca Śniadecki wszystkie gromy oburzenia na obóz romantyków, których bez ceremonii nazywa stekiem szaleńców i burzycieli, ludźmi bez talentu i nauki.
W Pamiętniku Warszawskim ukazała się wkrótce recenzya Śniadeckiego. Recenzya ta była bezimienna, wszystko jednak domyślać się każe, iż wyszła z pod pióra Brodzińskiego, przynajmniej na razie przyjaciele jego nie wątpili o tem. Powody, dla których występował bezimiennie, nie są nam wiadome. Być może, iż polemika była mu wstrętną i nie chciał jawnie ujmować się za samym sobą. Może też miał jakie inne przyczyny, dość że w artykule tym podrażniony jednostronnością swego antagonisty, staje w obronie romantyczności, zbijając jego zarzuty, które, co prawda, niezbyt trudnemi były do zbicia.
Przedewszystkiem, oddawszy sprawiedliwość zasługom Śniadeckiego, ubolewa, iż mąż znany ze światła staje się echem błahych i nieugruntowanych przesądów, które w jego ustach nabierają wcale innej powagi, niż gdyby je ogół powtarzał. Zastojowi sztuki i poezyi, określonej na wieczność nieruchomemi formułami, przeciwstawia postęp konieczny na każdej drodze i woła. „Po dziś dzień jeszcze, w naszem rozumieniu, około ziemi obracałoby się słońce, gdyby nie był szukał Kopernik nowej drogi dla astronomii.“
Dzisiaj są to wszystko rzeczy znane, przebrzmiałe od dawna, jednak, ażeby zrozumieć doniosłość reform, jakie Brodziński starał się przeprowadzić, trzeba przenieść się w jego epokę i zmierzyć siłę panujących przesądów.
Wszakże sam Mickiewicz należał wówczas do obozu klasyków, jak tego dowodzi napuszony rozbiór Jagiellonidy Bończy Tomaszewskiego, drukowany w roku 1819 w Pamiętniku Warszawskim, z którego niktby się nie domyślił ani geniuszu, ani burzliwego reformatorskiego charakteru, z jakim miał wystąpić przyszły poeta.
Brodziński wszędzie stał na straży piśmiennictwa naszego i jego kierunków, najlżejszy objaw nie uszedł jego uwagi. Podnosił on wszystko, co było zacne i szlachetne, gromił każden zwrot niebezpieczny, w jakiejbądż pojawiłby on się stronie. Z tego więc powodu napisał rozprawkę o sztuce dramatycznej w formie listu do pustelnika z Krakowskiego przedmieścia, pełną jak zwykle zdrowych i swojskich myśli.
Była to chwila, w której moda tworzyła mnóstwo pustelników, chociaż ci nie mieli nic wspólnego z ascetami i pokutnikami chrześciańskimi. Moda ta, jak zwykle, przyszła do nas z Paryża, w którym dwaj autorzy Jay i Jony pisali pod nazwą: l’Ermite de la Chaussée d’ Antin. Z powodu wziętości, jakiej ten mniemany pustelnik używał, zaczęto go wszędzie naśladować i Warszawa też miała swego pustelnika z Krakowskiego przedmieścia w osobie Gerarda Maurycego Witowskiego. Wystąpił on w Gazecie Warszawskiej z artykułem, w którym, jakoby odpowiadając na zadane sobie pytania przez ucznia chcącego być autorem dramatycznym, jakich prawideł trzymać się należy w tym zawodzie, rozwijał zasadą, iż teatr nie powinien się wiązać z żadną miejscową tradycyą, a zatem należy autorowi unikać swojskich przedmiotów.
Brodziński, wyznający gorąco wprost przeciwne zasady, wystąpił energicznie w Orle białym przeciw tak zgubnym radom pseudo-estetyka, dowodząc przeciwnie, że chcąc napisać znakomite dzieło, tylko na gruncie rodzinnym trzeba szukać doń przedmiotu, rozwijać go na tle historyi i obyczajów miejscowych, jak to sam pięknie określa w wierszu o poezyi (Tom I, str. 68).

Na jakiej ziemi, z jakim ludem żyjesz razem,
Takiego twoje pienia niech będą obrazem,
Niechaj inni śpiewają Arkadyjskie gaje,
Krwawe brzegi Skamandru i Saturna kraje,
Ty, ceniąc wszędzie piękność, własną śpiewaj ziemię,
Wspólne czucie w przygodach i zwyczajach plemię.
Zagrody, gdzie młodości minęły ci lata,
Za które wszystkie kraje zbroczył krwią Sarmata,
Na której złożysz kiedyś uśnieżoną głowę,
Która grób twój umai w gałązki świerkowe.
Maluj to morze kłosów, pod skałami Tatrów,
Z skromnym gnące się skarbem przed wściekłością wiatrów,
Wiecznie zielone bory, zbożo-pławne rzeki,
Stada błądzące w polach, sady i pasieki,
Ruiny, smutne świadki dawnej przodków chwały,
Mogiły, co z ojczyzną synów pogrzebały.
Śledź zgasłych ojców czyny, łańcuchem niezłomnym
Sprząż dawną miłość kraju z plemieniem potomnym.
W ziomkach ucz się znać ludzi, w nich czerpaj natchnienie
Ich uczuciem wzbudzone, im poświęcaj pienie.

Tego dzieła są drogie i chwała nie płocha,
Kto zna kraj jak Krasicki, jak Niemcewicz kocha.

Te same myśli spotykamy obszerniej wyrażone w rozprawie o dążeniu literatury polskiej, o której szczególnych marzeniach wspominaliśmy przy teoryach estetycznych Brodzińskiego. Obok tego jednak wyraża on w niej pojęcia o tyle zdrowe i logiczne, o ile takowe dziwacznemi były. W tej to rozprawie wypowiada postulat, który podzielać muszą wszyscy, zastanawiający się głębiej nad niedoborami i potrzebami czasu, by ostateczne rezultaty wiedzy stały się dostępne wszystkim bez wyjątku.
I dlatego pisze:
„Nie o to nam iść powinno (Tom IV, str. 308), abyśmy licznemi skarbami biblioteki uposażali, ale o to, aby w rychły bieg poszły, aby wszystkich potrzeb dosięgły, aby ich cząstka rąk ostatniego wyrobnika dojść mogła.“
Postulat ten, jakkolwiek trudny do urzeczywistnienia, świadczy o gorącej żądzy Brodzińskiego, obdzielenia wszystkich skarbami nauki, dopuszczenia wszystkich do tej duchowej cząstki, która się każdemu członkowi społeczeństwa należy, i zrównania ludzi wobec praktycznej mądrości.
Za jeden z głównych dotychczasowych objawów praktycznej mądrości narodów uważał przysłowia. I był na tem polu jednym z pierwszych u nas badaczów. W listach swoich o literaturze, w których rozbierał nieraz kwestye wielkiej doniosłości w sposób łatwy i popularny, zwracał uwagę, jak wiele mądrości skrysztaliło się w nie i przeszło za ich sprawą z dziedziny abstrakcyi w codzienność życiową.
Jeden z tych listów poświęcony jest określeniu wzajemnego stosunku nauk ścisłych z tak zwaną belletrystyką. Brodziński nie rozdziela wcale tych dwóch kierunków inteligencyi, jak to czynią zbyt często uczeni lub poeci, z krzywdą zarówno nauki i sztuki, według niego gruntowna wiedza powinna być podwaliną każdego utworu wyobraźni, wyobraźnia znów powinna czynić wiedzę przystępną, urozmaicać jej suche formuły, uplastyczniać ją niejako. Zasady te, tak proste z pozoru, tak jasno i dotykalnie wyłożone, nie trafiły jednak do przekonania ogółu, i do dziś dnia jeszcze nie weszły w krew i życie naszego społeczeństwa. Wszak można łatwo spotkać się ze zdaniem, iż nauki ścisłe wysuszają serce, stają się zgubne dla wyobraźni. Wszakże na tej zasadzie niektórzy w imię sentymentalnych zasad, sprzeciwiają się naukowemu kształceniu kobiet, ażeby w rzekomo nie zagłuszyć w nich serca, nie pozbawić wrodzonego wdzięku. Ściśle złączona z tą kwestyą jest druga, którą także rozbierał Brodziński w jednym z listów swoich o wdzięku naturalności, autor dotyka w nim niezmiernie ważnych pedagogicznych kwestyj, nie zatrzymując się wcale na pozorach opisywanego zjawiska, ale sięgając do samego jądra kwestyi, do przyczyn działających.
Powstaje przeciw zgubnym dążeniom wychowania, co pod pozorem powierzchownej ogłady stara się zatrzeć wszelkie oryginalne piętno jednostki, wyrabiając w niej natomiast sztuczne nawyknienia, sztuczne gusta i nieledwie sztuczną naturę. Wychowanie to uważał on słusznie za jedną z klęsk naszego wieku, powstawał więc gwałtownie przeciw formule powtarzanej powszechnie „trzeba być takim, jak wszyscy“.
Trafność tego zdania uderza tem więcej dzisiaj przy obudzonym ruchu pedagogicznym, który działa w tymże samym kierunku i powstaje na też same błędy, jakie przed pół wiekiem wytykał Brodziński, bo dzisiaj, tak jak on to czynił, daremnie staramy się zgubną formułę „trzeba być takim, jak wszyscy“, zastąpić racyonalnem hasłem Emersona: „Umiej być samym sobą“. Brodziński stosował słusznie tę zasadę nietylko do osobnika, ale i do narodu, a nawet prawdopodobnie doszedłszy do niej przez studya literatury, naprzód wypowiedział ją jako zasadę literacką, a dalej dopiero, idąc za logicznym rozwojem myśli, doszedł do przekonania, iż stosuje się ona także do każdego człowieka poszczególe.
Niestety, dotąd pojedyncze głosy nie zdołały zatrzymać ślepego prądu rutyny, ani znieść tej olbrzymiej niwelli, za pomocą której, społeczeństwo stara się indywidualność podciągnąć pod jeden mianownik.
Brodziński zastanawia się, ile sama literatura traci na zatarciu się cech osobistych, stanowiących właśnie wartość autorską i na ślepem naśladowaniu wzorów, z których powstać mogą zatarte ogólnikowe dzieła.
Brodziński miał wszelkie prawo mówić o oryginalności, bo sam posiadał jej niezmiernie wiele.
Był on rzeczywiście zawsze i wszędzie sam sobą, nie miał nic konwencyonalnego i konwencyonalizmu pod żadnym względem znieść nie mógł, dlatego to raził go niezmiernie napuszony kierunek zarówno klasycyzmu, jak romantyzmu ówczesnego. Posiadał w wysokim stopniu przymiot niebłyskotliwy i dlatego niedość powszechnie oceniony, przymiot, bez którego jednak żaden talent nie wyda właściwego owocu — zdrowy rozsądek. Dlatego też w poezyi — zamiast konwencyonalnej napuszności, żądał prawdy, w naukach i pięknie — dostępnej dla wszystkich formy, w literaturze — zwrotu do ożywczych źródeł dawnych zabytków i ludowych tradycyj, w języku — utrzymania jego właściwości i bogactw niezrozumiałych dla tych tylko, co nie wniknęli w jego ducha.
To były zasady, jakie przeprowadzał niezmordowanie w tych wszystkich kierunkach przez czas kilkonasto-letniej działalności, jako profesor, publicysta i członek Towarzystwa przyjaciół nauk.
Dopełnieniem niejako rozprawy o klasyczności i romantyczności była druga o entuzyazmie i egzaltacyi, która niemniej od pierwszej, lubo z innych powodów wywołała niezmiernie wiele krzyku.
Brodziński, nieprzyjaciel wszelkiej krańcowości, w tej pracy, pod pozorem scharakteryzowania wyrazu, w tej drugiej rozprawie wypowiedział się cały. Tak, jak w pierwszej, usiłował działać przeciw zastarzałym formom piśmienniczym i nowej szkole, nieuznającej prawideł żadnych, i wynaleźć pomiędzy dwoma prądami drogi właściwej, tak tutaj powodowało nim pragnienie, wśród donioślejszych, bo życiowych prądów, wyrobienia pojęć zgodnych ze zdrowym rozsądkiem, którego zawsze i wszędzie nie przestawał być rzecznikiem.
Występował on tutaj przeciw ideom i kierunkom, jakie znalazły swój wyraz w słynnej Odzie do młodości Mickiewicza, a głównie przeciw wyrazom: Łam, czego rozum nie złamie, które stały się następnie punktem wyjścia całej szkoły, powstającej w imię poezyi i uczucia przeciw niewzruszonym prawom rozumu. Dostrzegł on w zarodku niebezpieczeństwa grożące społeczeństwu, dobru kraju, literaturze i wiedzy narodowej, i nie wahając się narazić na niepopularność, wypowiedział głośno zarzuty, jakie dopiero dzisiaj spóźniona i oświecona wypadkami krytyka szkole romantycznej czynić się ośmiela.
Nie powstaje wcale przeciw zapałowi, tylko żąda by regulatorem jego był rozum, dowodzi iż tylko za jego pomocą można wznosić trwałe budowy. Ujmuje się za lekceważonemi władzami, za praktycznością życia, za rozsądkiem zdrowym, którego nazywa powszednim chlebem ducha, i twierdzi słusznie bardzo, iż nikt bez niego obejść się nie może i nie powinien. A uniesiony swoim przedmiotem zdobywa się nawet na siłę wysłowienia na której zbywa mu najczęściej i mówiąc o ludziach gardzących rzeczywistością pisze (Tom VIII str. 13). „Dla nich nie dość na zaszczycie szczycie być człowiekiem, w całem znaczeniu tego wyrazu, zwyciężać trudność... Oni pogardzają rzeczą najoczywistszą dlatego tylko, że ją wieki za taką uznały. Chcieliby wypuścić z pacierza prośbę o chleb powszedni dlatego tylko że to jest chleb wszystkim potrzebny, a co powszechnie uznane, to pospolite. W ich rozumieniu wszystko co nadzwyczajne, to zaraz wielkie. Głosząc się uprzywilejowanemi dziećmi natury powstają przeciw temu co przez samą prostotę swoją jest w ludziach i naturze najciekawsze“.
A dalej.
„Są krytycy którzy wołają, że geniusz nie ma nic z ludźmi wspólnego, że nawet obce są dla niego względy moralne, że tylko do imaginacyi i uczuć przemawia, i tym sposobem czynią go nadludzkim i razem niżej od ludzi stawiają“.
Walka którą opisywał wielki publicysta, jest to walka przejawiająca się na każdem polu pomiędzy prawdą a abstrakcyą; realnością a czczym ideałem, ale oprócz tego miała ona wówczas swoje doraźne polityczne znaczenie które nadawało jej stokroć większą doniosłość. O niej to myślał autor, kiedy powstawał na exaltowanie młodzieży i wypowiadał owe wielkie słowa o geniuszu „który nie może być szalonym Ikarem ale spokojnym i świadomym drogi swojej“.
Kto jednak wpośród burzy zmąconych żywiołów ma odwagę rzucać podobne zdania, musi przygotować się na to że pojętym ani usłuchanym nie będzie.
Ale on od zasad swoich nie odstępował, a przeciwnie im więcej były lekceważone tem wypowiadał je głośniej bo uważał to za obywatelski obowiązek i na kształt żeglarza stojącego na rei okrętowej wołał, że ster skierowany jest ku skałom gdzie rozbić się musi...
Zresztą nauczanie Brodzińskiego zawsze miało za cel umiarkowanie i praktyczność.
Jeden z rzadkich dziś żyjących jeszcze uczniów jego, opowiadał nam, że na czele kompozycyi zostawionej dowolnemu wyborowi postawił dewizę: „błogo jest i zaszczytnie umrzeć za ojczyznę“. Brodziński przeczytawszy kompozycyą uśmiechnął się i wyrzekł:
„Większa stokroć jest zasługa żyć niż umrzeć dla tego co się kocha“.
I miał słuszność, śmierć wymaga jednej chwili heroizmu gdy tymczasem życie pożyteczne poświęcone wysokiemu celowi składa się z pasma ciągłych prób i ofiar.
Miał on pole doświadczyć tego sam na sobie, z powodu rozprawy O exaltacyi i entuzyazmie, natchnionej prawdziwie obywatelskiem uczuciem, gdyż cała fantazya młodych pisarzy, pomiędzy którymi stał Mochnacki, rzuciła się na niego ze stromością z góry powziętego zamiaru. A krytyka ich była tego rodzaju iż jakkolwiek nielubiący polemiki, odpowiedział jednemu z nich J. B. Ostrowskiemu w sposób pełen godności i umiarkowania, wykładając znowu swoją teoryą zdrowego rozsądku jako kierowniczej władzy zmysłowej, którą to teoryą przekręcono w złej wierze.
Ta zła wiara najbardziej go bolała w napaściach przeciw sobie skierowanym, i ona to wywołała ciekawy artykuł. Recenzenci i estetycy, w którym oburzenie jego dochodzi do satyry, bo redaktorów pism przyrównywa do oberżystów „którzy każdemu pozwalają u siebie wrzeszczeć i myślą, niech sobie goście głowy urywają byle oberża pełną była“.
Pod tym względem Brodziński stał wobec powstającej szkoły na stanowisku niezmiernie ważnem, które podnosi jego znaczenie, i rzuca na tę cichą, skromną a niezachwianą nigdy w przekonaniach swoich postać, światło wielkie nadając jej znaczenie dotąd nie dość wybitnie określone.
Gdyby wypadki nic były mu wytrąciły z ręki steru inteligencji, gdyby romantyzm był pozostał takim jakim on go chciał rozumieć, i nie ogłosił się antagonistą w teoryi przynajmniej wiedzy i rozumu, nie byłby zasłużył na zarzuty jakie stawia mu dzisiaj krytyka, a co ważniejsze nie byłby się stał hasłem które sprowadziło na kraj wiele nieszczęść przewidywanych przez bystry umysł Brodzińskiego.
Krytyka bowiem słusznie zarzuca romantyzmowi iż krzywdząc najszlachetniejsze władze rozumu i logiki przyczynił się do mnóstwa fałszywych kierunków i błędów będących ich następstwem.
Fantastycznem jednak i bezpożytecznem jest zastanawiać się nad tem co byćby mogło. Skoro bowiem Brodziński tak jasno rozumiejący tę kwestyą nie zdołał zwrócić romantyzmu na właściwą drogę, widocznie albo zadanie to było niemożliwe, albo też nie posiadał dostatecznej siły talentu ani przekonywającej władzy ażeby tego dokazać. Zresztą nie mógł pod żadnym względem mierzyć się z Mickiewiczem który był koryfeuszem ruchu romantycznego jakkolwiek nie zdawał sobie może dokładnej sprawy z doniosłości i skutków jego.
Nie myślimy tutaj wdawać się pod tym względem w dalsze rozbiory, zaznaczamy fakta a głównie niezmiernie ważne i trafne stanowisko Brodzińskiego, któremu jednak nie dość pod tym względem oddano sprawiedliwości i nie dość podniesiono odrębnego stanowiska, jakie zajął, a które zgadza się zupełnie z poglądami jakie dzisiaj z odległości półwieku na romantyzm wydano.
Mickiewicz i Brodziński jakkolwiek na jednym poziomie kłaść ich niepodobna, mieli dla siebie wzajem strony niezrozumiałe. Mickiewicz nigdy nie był sprawiedliwy dla Brodzińskiego a ten ostatni znów nie miał bezwzględnego uwielbienia dla wszystkich utworów wielkiego ale burzliwego romantyka. Skromny, cichy a niezłomny charakter tego człowieka, którego żaden sofizmat obłąkać nie mógł, którego z drogi jaką mu wskazywała miłość społeczeństwa i zdrowy rozsądek, nic uwieść nie mogło, leżał poniekąd po za promieniem wzroku namiętnego piewcy Konrada.
Dowiódł on tego w swoich prelekcyach, gdzie poświęcając tyle rozdziałów dziełom, co na to nie zupełnie zasługiwały, o Brodzińskim odzywał się krótko bardzo, ale w sposobie nie odpowiednim jego charakterowi nadając małoznaczącym faktom doniosłość jakiej nie miały, i przedstawiając kierunek jego w fałszywem świetle.
„Po upadku Napoleona, pisze Mickiewicz w lekcyi 29 mianej dnia 14 czerwca 1842 r. Brodziński wrócił do prywatnego życia złamany i zniechęcony, zagrzebał się w literaturze.
Brodzińskiego powołaniem nie była wcale wojskowość, jeżeli zaciągał się w szeregi walczących, czynił to jeszcze jako dziecko pochwycone ogólnym prądem, nie piastował też żadnej godności, którą złożywszy mógł powrócić do prywatnego życia. Po krótkim epizodzie wojennym, co zostawił w sercu jego wieczne żałobne wspomnienia, szukał pracy i stanowiska najodpowiedniejszego swoim zdolnościom.
Późniejsze też fakta i położenie Brodzińskiego sądzone są widocznie pod wpływem uprzedzeń stronniejszych, Mickiewicz zarzuca mu, iż chwiał się pomiędzy stronnictwami, że nie miał odwagi swoich przekonań, a przez to omal nie popadł w pogardę ogólną i musiał odwoływać swoje zdania i jakoby żałować za grzechy.
Tymczasem rzeczy miały się inaczej, Brodziński jakieśmy to widzieli, bronił szkoły romantycznej przeciw niesłusznym napaściom, jeszcze wówczas, gdy Mickiewicz był zapalonym klasykiem a jakkolwiek niedowierzający sobie, wypowiadał zawsze swoje zdanie z otwartością uczciwego człowieka, nie bacząc czy wywoła oburzenie czy pochwałę.
Umiarkowanie zaś jego nie pochodziło z bojaźliwości, ale z głębokiego taktu, który każe mierzyć słowa ażeby nie drażnić nikogo, a tem samem łatwiej zamierzony skutek otrzymać, oraz z tego wewnętrznego przekonania, że bezwzględna prawda nie leżała ani po jednej ani po drugiej stronie, co z chwiejnością nie ma nic wspólnego, tem bardziej że wskazywał jasno i wyraźnie kierunek jaki jedynie za właściwy uważał.
Nie zawsze i nie wszystkie zdania jego przypadały do smaku ogółu, szczególniej kiedy gromiąc exaltacyą powstawał przeciw właściwościom które z literackiego przechodziły na polityczne pole, przecież nic był nigdy ani opuszczonym ani w zapomnieniu u współczesnych, tak samo jak nie używał znowu tak nadzwyczajnego rozgłosu jak to chce mieć Mickiewicz. Sąd naszego wielkiego poety, stokroć większego poety niż krytyka, widocznie nacechowany jest z góry powziętym nieprzychylnym zamiarem dla Brodzińskiego.
Pomiędzy temi dwoma ludźmi, tak odmiennych sił, kierunków i potęgi talentu, wyradzało się mimowolne współzawodnictwo. Sumienny, rozważny i pełen miłości Brodziński, nie mógł zgodzić się bezwarunkowo na niektóre zdania genialnego wieszcza. Współzawodnictwo wyradzało się między nimi samą siłą rzeczy chociaż porównanie każde byłoby tutaj niesprawiedliwością, siła twórcza Mickiewicza i Brodzińskiego była zanadto różną, ale spotykali się na wszystkich drogach nie szukając i nie myśląc o tem i spotykali w sprzecznych kierunkach. I tak naprzykład Mickiewicz napisał wspaniałą Odę do młodości, która wstrząsnęła nierozważnie niedojrzałemi umysłami, odbiła się w taktach historycznych i okazała się niejednokrotnie zgubną w skutkach. Brodziński zaś mając ciągle na myśli użyteczność literatury, napisał skromną rozprawę O powołaniach i obowiązkach młodzieży akademickiej.
Czytał on ją na publicznem posiedzeniu Uniwersytetu d. 15 lipca 1826 roku, a rzecz ta obudziła tak powszechne zajęcie, odpowiadała tak zupełnie potrzebom ówczesnym, iż zwierzchność Uniwersytecka, wydrukować ją kazała i wręczała każdemu zapisującemu się na Uniwersytet, jako rodzaj moralnego i umysłowego kodeksu. Rady i nauki jakie w nim daje Brodziński, obejmują w najrozleglejszem tego słowa znaczeniu, wszystko co może być zbawienne, nietylko do rozwoju umysłu, ale do ukształcenia charakteru a nawet zewnętrznej ogłady.
Dziwić się jednak nie można że rady powszednie nie mogły zrównoważyć wpływu poezyi genialnego wieszcza.
Rady te nie gubią się wcale w ogólnikach, nie zamykają się w wielkich frazesach, ale pełne są tej praktycznej mądrości, która na każdej drodze była wierną przewodniczką Brodzińskiego, a świadczą jak dobrze pojmował on zadanie wychowania, jak chwytał nie chwilową ale nieprzemienną stronę tej ważnej kwestyi, bo dzisiaj tak samo jak wówczas, ojciec syna, nauczyciel ucznia puszczając go w świat o swoich silach, nie mógłby nic więcej nad te rady powiedzieć.
Autor naprzód zastanawia się nad tem, czego rodzina, społeczeństwo i przyszłość ma prawo oczekiwać od młodzieży uniwersyteckiej, składającej istotny kwiat narodu, scharakteryzowawszy zaś w kilku słowach różnicę pomiędzy szkołami gimnazyalnemi, których zadaniem jest ogólne wykształcenie człowieka, a szkołami głównemi, gdzie kształcą się specyaliści, uważa jednak, iż te ostatnie powinny być zarazem szkołą porządnego myślenia i wyższej oświaty, nie zaś jedynie źródłem fachowych wiadomości.
Do tej zasadniczej prawdy, zbyt często pominiętej z powodu coraz większego specyalizowania zawodów i nauk powracają dziś powszechnie myśliciele.
Przekonano się bowiem że bez ogólnego wykształcenia zarówno na najwyższym jak i na najniższym stopniu nauki, człowiek będzie rzemieślnikiem tylko, w jakimkolwiek pracowałby zawodzie, a wiadomości jego, nie łącząc się z innemi pokrewnemi wiadomościami ale odcięte niejako od ogólnego drzewa wiedzy, muszą z konieczności ścieśniać umysł nie będąc odżywiane wszechstronniejszą myślą. Dlatego to nie pojmujemy by jaka bądź gałęź wiedzy mogła nie budzić ciekawości, w indywiduach oddanych innemu zajęciu, a nieśmiertelna dewiza Terencyusza że człowiekowi nic ludzkiego obcem być nie powinno, pozostanie zawsze zasadą tych wszystkich, co pragną dojść do zupełnego rozwoju.
W owych czasach już Brodziński zaleca kształcenie się w naukach przyrodniczych, bo jako prawdziwy miłośnik natury, rozumiał dobrze, iż kochać ją trzeba temwięcej, im lepiej się pojmuje, a przytem rozumiał dobrze praktyczne pożytki tej gałęzi wiedzy.
Dalej uważa także poznanie historyi i literatury jako niezbędne dla myślącego człowieka.
„Nie mogą jeszcze pominąć, pisze (Tom VIII str. 56) ile znajomość fizyczności człowieka i rzeczy do jego życia należących, na zdrowie nasze ma wpływu. Żyjącym w wyższym stanie; pracującym umysłowo i wystawionym na ponęty zbytku, jest ona więcej niż sądzimy potrzebną.“
„Ona zapobiega wykroczeniom przeciw nam samym, czego natura nic zostawia nigdy bezkarnie; uczy nawet wybaczać moralnym słabościom bliźnich, gdyż te często w fizyczności mają przyczynę“.
Nie poprzestaje jednak na planie nauk i wskazaniu ich ogólnego pożytku, rady jego względem tego jak uczyć się należy, świadczą o gruntownym rozmyśle, stwierdzonym nie tylko własnem doświadczeniem, ale i pilnem wpatrywaniem się w bliźnich. Nie chodzi mu o powierzchowne ukończenie nauk, o wzbogacenie pamięci, o zdanie dobrego egzaminu, tylko o istotną korzyść uczących się.
„To tylko, pisze (Tom VIII str. 64), jest naszą prawdziwą własnością cośmy sami badaniem i ćwiczeniem wypracowali. Sama pamięć niewiernym jest składem. Prawdziwy słuchacz nie jest nosicielem cudzej własności, nauki nie są powiastkami, które się przez tradycyą coraz mniej wierne w pokoleniach przechowują, powinny to być tylko materyały do własnego obrobienia“.
„Pszczoła nie znosi gotowego miodu, lecz go wyrabia, kto tylko to wie co z lekcyi słyszał, nabiera tylko historycznie wiadomości.“
Niepodobna wyraźniej powstawać przeciw pamięciowej jedynie nauce, którą nawet od nazwy nauki odsądza.
Dalej daje zbawienne wskazówki względem metody praktycznej, służącej do przyswojenia sobie nauk, mówiąc zaś o stronic umysłowej, nie zapomina i moralnej.
Zachęca do łączenia się w jedno koło bez różnicy stanu, położenia społecznego i obranego wydziału, a wykazując ztąd zobopólne korzyści, odwodzi od sprzeczek i partyj, dysputy naukowe radząc raczej prowadzić na piśmie jak ustnie.
Zaleca obok tego, by nie zaniedbywać, nawet dla miłości nauki, obowiązków codziennego życia, dodając iż z tego zaniedbania wyrabia się niepraktyczność, często paraliżująca najlepsze chęci, i wysokie zdolności.
Rozliczając każde pismo Brodzińskiego, uderzyć musi doskonała równowaga i harmonija tego umysłu, ład pomiędzy rozmaitemi sprzecznemi z pozoru władzami, nie zostawiający nigdy w żadnej kwestyi wątpliwości, ale rozwiązujący je w sposób zawsze trafny i jasny.
Snadź wedle pięknego porównania, którego użył właśnie w rozprawie wyżej wspomnianej, umysł jego posiadał porządnie przygotowane ramy, gdzie świeżo nabyte wiadomości układały się same, dopełniając jedne drugich. Do porządku tego przyszedł zapewne samoistną pracą myśli i dlatego zalecał ją tak gorliwie. Na krytykę Brodziński był niezmiernie czuły nie należał on wcale do tych co z jakiej bądź przyczyny lekceważą cudze zdanie. Przeciwnie, skromny pomimo zasług, niedowierzający sobie, chętnie słuchał każdej rady, a słowo nagany, chociaż niezdolne było nim zachwiać, budziło wątpliwość, jeśli nie co do zasad, to do sposobu ich wypowiedzenia a nadewszystko budziło w nim wątpliwość co do własnych zdolności.
Krytyka wytrącała mu pióro z ręki i wyrządziła literaturze niezmierną szkodę, gdyż powstrzymała go jeśli nie od pisania to od ogłoszenia je drukiem.
Przygotował był własne wydanie dzieł swoich w trzech tomach i ogłosił na nie prenumeratę, kiedy zrażony burzą jaką wywołała jego rozprawa o exaltacyi i entuzyazmie, zmienił swój zamiar, pomimo wielkiej materyalnej straty tem spowodowane, i żadne namowy przyjaciół nie zdołały przezwyciężyć wstrętu, jaki poczuł, do narażania się znowu na ciosy krytyki. Może nie mógł przebaczyć niesprawiedliwości sobie wyrządzonej, prędzej jednak zwątpił o własnych siłach i umilkł niepewny, czy głos jego miał wartość jaką.
Z tego to powodu utraciliśmy wiele szacownych dzieł, które doszły nas tylko w urywkach, lub nie doszły wcale a które właśnie miały być pomieszczone w tem wydaniu.
Do pierwszych należą kursa uniwersyteckie o literaturze i estetyce, nigdy nie odtworzone w zupełności i tłumaczenie ksiąg Hioba, z których odnaleziono tylko fragmentu, wiele zaś drobniejszych pism zaginęło w zupełności. Pomiędzy temi ostatniemi znajdowała się rozprawa czy recenzya o sonetach Mickiewicza, rzecz ta przynajmniej objęta jest w spisie własnoręcznym dzieł Brodzińskiego, który Dmochowski wynalazł i ogłosił w swoim artykule, o życiu i pismach Brodzińskiego, drukowanym w Bibliotece Warszawskiej w roku 1871.
Byłby to ciekawy przyczynek do historyi spółczesnej literatury i stosunku wzajemnego dwóch wieszczów.
Jaki był sąd Brodzińskiego o sonetach nie wiemy, z ustnych podań tylko przyjaciół znakomitego krytyka, dowiadujemy się że Walenrod nie budził w nim wcale zachwytu.
Jego wysoki zmysł moralny oburzał się przeciw apoteozowaniu zdrady, w jakim bądź celu byłaby ona podjęta. Nie przyzwalał na tę obłudną zasadę, by cel uświęcał środki i czuł dobrze ile szkody podobna doktryna, podjęta przez potężny geniusz Litewskiego wieszcza mogła uczynić tak w abstrakcyjnym świecie pojęć, jak i na realnym gruncie faktów.
Cała działalność Brodzińskiego odznacza się zbyt jednolitym kierunkiem, zbyt nieubłaganą wiernością szlachetnym zasadom, by fakt ten mógł zadziwić. Jest on przeciwnie w ścisłym związku z wszystkiemi jego krytycznemi sądami, których ani cześć dla talentu, ani przyjaźń, ani zaślepienie stronnicze, ani żadne względy poboczne, z drogi prawdy nigdy unieść nie zdołały.
Te cnoty krytyka zasługują na tem większą uwagę iż sprzeczały się z łagodnem i miękkiem sercem poety, pochodziły wprost z jego sumienia, świadczyły o nieugiętości zasad człowieka i obywatela, skoro te górowały nawet nad usposobieniem.
Były względy droższe mu nad wszystko, dla których umiał nawet przełamać swoją naturę, były rzeczy które czuł się w obowiązku wypowiedzieć, a przed obowiązkiem nie cofnął się nigdy.
Wpośród mnogich zasług jego kto wie czy ta właśnie nie jest najwyższą chociaż była najmniej ocenioną i niestety najmniej naśladowaną.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.