Katorżnik (Zapolska, 1923)
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Katorżnik |
| Pochodzenie | W zamyśleniu |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Jak mi ciężko jakoś, jak strasznie patrzeć przez me okno w czarną jamę, z której odzywają się tylko złe słowa i ciężki oddech człowieka, który cierpi i dźwięk kajdan i żałobny głos dzwonów, zwołujących na stypę duszy.
Jakieś młoty walą gwoździe w wieko trumny — jakieś młoty — a na nich, na rękojeści wyryte słowo: Sprawiedliwość.
Dreszcz mnie przechodzi, serce boli.
Nie skończyłam prawa — nie mogę ustroić się w maskaradowe odzienie togi — niewolno mi zasłaniać się kodeksem, jak poświęconym parawanem.
Ale ja mam instynkt, który kobiety nie zawodzi nigdy. Bez formuły przysięgi — bez dwóch światełek i Chrystusa rozpiętego na krzyżu — ma on w sobie majestat przysięgi...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ronikier nie zabił! — nie zabił! nie zabił!...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ja znam Ronikiera od lat kilkunastu. Na targu dramatycznej twórczości pojawiła się wówczas legenda o sztuce niezwykłej — o sztuce genjalnej w koncepji, ale którą wystawić trudno.
Dlaczego?
Bo na scenie jest konsyljum — jest za sceną... operacja.
To przecież bardzo niemiłe dla osób, które przychodzą do teatru poto, aby odpowiednio móc od czasu do czasu rozewrzeć usta i pozwolić się żołądkowi natrząść w formie śmiechu. Podobno jest to higjena psychiczna, ułatwiająca trawienie.
Mnie zaś, która wróciłam właśnie od Antoine’a, gdzie grano Une belle operation, z całym aparatem tragizmu operacji, wydawało się to wszystko trochę dzikie. Zaczęłam domagać się i prosić o sztukę, o owego autora, o kawałek sceny dla niego, aby można było zagrać jego dzieło.
Znalazłam sztukę — przeczytałam. Ogarnęło mnie zdumienie. Fabuła sztuki, pogłębienie charakterów, tragizm tak silny, że taranem bił w duszę, porywał. Chciałam widzieć autora.
I przyszedł.
Młody, wytworny panicz.
Tak — panicz — rasowy, piękny, ślicznie ułożony — nieśmiały. Powiedziałam odrazu, że mu zazdroszczę, ale „poczciwie“. Nie pisałam wtedy dla sceny. Dopiero w 1895 roku ośmieliłam się wystawić „Żabusię“, za którą dostałam porządne cięgi. Odesłano mnie nawet do tłumaczeń, które są dla mnie odpowiedniejsze, jak pisanie rzeczy własnych. Ale to minęło, jak mija ból dawno przebytej choroby. Lecz wtedy jeszcze byłam dla sceny tylko aktorką.
I zapragnęłam widzieć i słyszeć na scenie dzieło Ronikiera, bo widziałam i czułam grozę piękna a raczej piękno groźne, jaką miało w sobie. Wreszcie — znalazłam przytułek dla tego dzieła, które bezwarunkowo stoi na czele naszej twórczości dramatycznej. Był to wodewil — ogródek — nic więcej tylko ogródek. Było to obojętnie — szło głównie o to, aby „Nieszczęśliwych“ grano.
I grali.
Graliśmy — bo i mnie przypadł w udziale zaszczyt grania głównej roli kobiecej w tej sztuce. Nie pamiętam, tak pięknego, rozumnego triumfu w dziejach sceny. Od aktorów zacząwszy — skończywszy na publiczności, wszyscy czuliśmy, że jesteśmy w jakiejś niezwykłej, ponad poziom wybujałej sferze. Gdy po zapadnięciu kurtyny wyprowadziłam przed rampę drżącego, pobladłego Ronikiera — publiczność, krytyka cisnęła się do nas, na barjery orkiestry, podnosząc w górę ręce. Ronikier cieszył się, śmiał się do mnie, do ludzi, do świata, do życia. Na drugi dzień krytyka była „une belle presse“. Matka była dumną i szczęśliwą ze swego syna. Uśmiechała się do niego przez łzy i kwiaty, które mi podawała — dla Ronikiera roztwierała się czarująca ścieżka życiowa...
Piętnaście lat katorgi! teraz piętnaście lat katorgi!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Spotykałam go jeszcze często w mojem życiu. W Krakowie — po jego sztuce „Czy warto?“. Nie pospolite było także to usiłowanie. Pawlikowski zajął się twórczością Ronikiera z całym zapałem. Przed czytaną próbą miał przemowę do artystów, starając się natchnąć ich także wiarą w Ronikiera. Była to wielka jasna myśl — duży poszum skrzydeł ta sztuka. Nieuki krytyczne czynią zarzut Ronikierowi, iż idzie w kierunku Ibsena. Czy to nie dowód, że raczej ku głębinom duszy, a nie taniej popularności rzeczy płytkich rwała się twórczość dzisiejszego katorżnika? Był znów częstym u mnie gościem, miłym, ciągnącym ku sobie serca. Zauważyłam w nim skłonność do pewnego rodzaju blagi, ale nie miałam mu tego za złe. Przyzwyczaiłam się w otoczeniu artystycznem do tej choroby blagierskiej. A przytem gdzie jest człowiek bez blagi? Jeżeli mówi, że nie jest blagierem, to i wtedy blaguje, że nie blaguje. U Ronikiera było to prawie dziecinne. I raz z tego powodu była pomiędzy nami dłuższa i szczersza rozmowa.
Jest ona mi w tym dniu żałobnym tak żywą, że słyszę ją dokładnie z mroków przeszłości.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Chora byłam wtedy ciężko.
Walczyłam ze śmiercią. — Grano na scenie krakowskiej „Tamtego“ — grano już inne sztuki... Pielęgnował mnie bardzo serdecznie Ronikier. Znosił mi kwiaty — czytał pisma — bez niego było smutno w domu, jak bez jakiegoś miłego, dobrego dziecka. Zapadał zmrok. Ronikier siedział przy mnie strojny, miły — panicz rasowy duszą i ciałem — taki, nie zbrodniarz — taki, który nie mógłby nigdy nawet mieć zbrodniczej myśli. Lecz był to mały blagierek — nawet nie na wielką skalę — zupełnie różny od tego wielkiego wysokiego pędu twórczego, który miał w sobie. I żal mi było, gdy pomyślałam, że pierwszy lepszy błazen śmieje się z tej słabostki, podnosząc ją do rozmiarów pierwszorzędnych w linjach wytycznych duszy pisarza.
Zapytałam więc poprostu:
— Ronikier — czemu ty blagujesz?
Zmieszał się. Milczał chwilę. Dodałam z wysiłkiem:
— Bo widzisz... płaskie natury z tego się śmieją i kują ci błazeńskie dzwonki u czapki.
(Okuły mu kajdany na ręce!).
Ronikier odparł:
— To moja przeklęta natura. Ja ciągle piszę i piszę... wyobraźnia moja pracuje, a potem...
Umilkł. Posmutniał tak dziwnie. Piękna jego twarz zmieniła się, postarzała — patrzył smutno w zmierzch.
Powiedziałam mu:
— Ja panu powiem, co jest z tobą. Jesteś, jak Twardowski, miedzy niebem a ziemią. Wychowano cię na panicza — dano ci podstawę z lodu, który topnieje pod gorącem tchnieniem realnego życia... biedny jesteś... szamoczesz się...
Z oczu Ronikiera zaczęły płynąć łzy.
— Biedny jestem! powtórzył, jak echo. Nietylko materjalnie, bo to mniejsza. Ale mam jedną nędzę, która się za mną wlecze. To mój tytuł. — Ja nigdy nie będę przez ludzi serjo brany, ani moja wytwórczość, ani moja praca. — Mnie zawsze ośmieszą i wydrwią. Jestem „hrabia“ i to ubogi hrabia. Tego się nie przebacza...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
I nie przebaczono.
Bo Ronikierowi niewolno było nic z tego, co wolno przeciętnym ludziom.
Pisał — miano mu to za złe; szedł w kierunku Ibsena, jak śmiał, czy nie lepiej iść w kierunku jakiej pornograficznej farsy? Był za pięćdziesiąt koron współpracownikiem jakiegoś pisma!
To ohydne — godne wzgardy, nic więcej.
Kupuje sanatorjum, skąd rozdaje przeważnie biednym, bezpłatnym pacjentom, bilety na inhalacje; tłum obecnie wrzeszczy: „marnotrawnik! nikczemnik!“, zamiast obdzierać chorych, on leczy ich darmo. Inni dodają jeszcze: „to chęć reklamy“... Żeni się z kobietą, którą kocha. Co znowu? on kochać nie może — żeni się dla pieniędzy.
Żyje najuczciwiej, najserdeczniej z żoną, podłość! to komedja. — Już w dniu ślubu umyślił zabić jej brata. I tak dalej, dalej, dalej... Jakaś wiedźma w pałacu Nienawiści przy syczącym kołowrotku snuje te nici...
Aż zadźwiękły kajdany — aż wyrok padł i słychać było tylko głuchy, rozpaczliwy głos: „Boże, strzeż moje dzieci i moją żonę!“... „Boże, strzeż moją biedną starą matkę!“...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Gdy czytam całokształt sprawozdania z procesu Ronikiera ogarnia mnie przestrach na myśl, jakich zdań nie wahały się wygłaszać tam niektóre usta. Mówiono, że kto pisze o zbrodniach, jest wstanie... zabić. A więc gołębio sercowy Sienkiewicz mógłby odrazu ściąć trzech ludzi, bo przecież u niego apoteozują się takie zbiorowe jatki. Żeromski, przerabiając w „Dziejach grzechu“ słynny proces Gabrjeli Prongsard, zabijającej i pakującej w kosz Goaffego, jest zdolny zabić i wpakować ów jasnogórski trup?...
Dlaczego się nie czepiają nas wszystkich, skoro jakiś apasz zamorduje wyrostka, zaciągnąwszy go w spelunkę? Wszakże my, a nasze twory wyobraźni, to jedno... Jeszcze dziś wywlekają przepiękną postać Maupassanta krzycząc, że „źle skończył“. Każdy z nas gotów na taką śmierć, byle postawić po sobie skrystalizowanie swych myśli tak cudowne, jak to uczynił Maupassant.
Na śmierć — tak!
Tylko nie na katorgę!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ronikier w ostatniej chwili wołał głucho:
— Bóg moim świadkiem...
Nie znam w dziejach kryminalnych, aby rzeczywisty zbrodniarz w tej strasznej chwili, gdy rozegrywa się jego życie wołał: „Bóg moim świadkiem!“
Ronikier tak zawołał — wołał prawdę.
Ten „hrabia“, który po gęsto cierniami zasianej drodze szedł na wyżyny twórczości, ten duch wielki, który nie miał tchu, aby mógł znieść bez zarysowania się walenia obuchem zato, że nie był szablonem i przezto usuwał się, ale zawsze uczciwie, bez skazy, całą szlachetnością, jaka była cechą jego duszy — ten smutny „arystokrata“ — został żerem, pastwą całej masy, nawet tej, która winna mu była, jako członkowi przybranemu swej rodziny, pewną względność, a nie ohydną nienawiść.
Ten tragiczny katorżnik, zbierający nędzne proszki, aby umrzeć z godnością — dziś żyje tak, jak żyje jego żona; to wielkie, piękne serce, które za miłość swoją ogromną, za wiarę niezachwianą, niech od nas, serc kobiecych, będzie kwieciem łez i współczucia otoczone. — Trup zmarłego pociągnął za sobą trupy żywe dwojga ludzi, i trupy sławy i honoru wnuków Leona Chrzanowskiego.
Sztuczne dowody, które tak adw. Makowski, jak Bobryszczew-Puszkin zbijali z jasnością najwyższą kontrdowodami, były to marne kulki śniegowe, które jednak wystarczyły, aby zabić całą rodzinę. Zabójstwo, dokonane przy uczcie w jamie schadzkowej, urosło do potwornego czyhania na miljony — i tu raczej możnaby wskazać na pewne początki manji prześladowczej i obłędu, któremu ulegają ludzie bogaci, a skąpi.
Lecz — rzecz stała się.
Życie pójdzie dalej swoim torem. Miljony zostaną nietknięte. Wątpię, czy dzieci Ronikiera, przeczytawszy kiedyś cały przebieg procesu, zobaczywszy na jak kruchej, a z jaką nienawiścią ukutej podstawie budowano oskarżenie ich ojca, zechciałyby z tych miljonów korzystać. — Ten „wypadek“, który się wczołgał w życie Ronikiera, wykreślił go ze świata ludzi egoistycznych — i stawiających Nienawiść za cnotę swych dusz.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Lecz jest jeszcze inny świat — i w tym cichym świecie, w którym wirują moje żałobne myśli... tragiczny katorżnik pozostaje niewinnym i nad tym światem — wierzcie — czuwa Bóg! — nie ten z sali sądowej, wśród dwóch świateł milczący, nieruchomo znoszący obelgę fałszywych przysiąg i komedjanckich popisów krasomówczych — lecz ten, który jest naszą wyżyną i głębią — ten, który jest Jednością i Ogromem, który jest może tylko Uzewnętrznieniem pragnienia naszej własnej duszy.
Tak duszy katorżnika, który go wołał w ostatniej tragicznej chwili swojego „życia“ — jak i tych, którzy temu katorżnikowi wierzą.