Kartka miłości/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XXIII.

Wstając od stołu, doktór Deberle powiedział żonie, że zapewne będzie musiał przepędzić noc tę przy jednej z mocno chorych swoich. Wyszedł o godzinie dziewiątej, spuścił się na brzeg rzeki i w ciemną noc przechadzał się po pustem wybrzeżu; mały, wilgotny wiaterek dął, wezbrana Sekwana toczyła swe wody. Kiedy jedenasta wybiła, wrócił na wyniosłość Trocadero i począł błądzić koło domu, którego czarna masa zdawała się być tylko zgęszczoną ciemnością. Ale w sali jadalnej świeciło się jeszcze. Okrążył dom, z okien kuchni biło żywe światło. Zatrzymał się wówczas zdziwiony i niespokojny. Cienie przesuwały się po firankach, zamęt jakiś zdawał się panować w mieszkaniu. Może pan Rambaud pozostał był na obiedzie? Ale ten nie bawił nigdy dłużej jak do godziny dziesiątej. Henryk nie śmiał wejść; cóżby powiedział, gdyby Rozalja otworzyła mu drzwi? Nakoniec, około północy, szalejąc z niecierpliwości i zapominając o wszelkich ostrożnościach zadzwonił; i nie odpowiadając, przeszedł mimo izdebki pani Bergeret. Na górze Rozalja przyjęła go.
— A, to pan. Proszę wejść. Zawiadomię panią że pan przyszedł... Pani musi czekać na pana.
Nie okazywała najmniejszego zdziwienia, że go widziała o tej godzinie. Nie mogąc się zdobyć na jedno słowo, doktór wchodził do sali jadalnej; służąca mówiła dalej:
— Och! panienka bardzo słaba, bardzo słaba... Co za noc! Nie czuję nóg.
Pozostawiła go samego. Doktór machinalnie usiad. Zapomniał, że był doktorem. Chodząc nad Sekwaną, marzył o tem, jak Helena wprowadzi go do swego pokoju, kładąc palec na ustach, by nie obudził Joanny, śpiącej w sąsiednim gabinecie; lampka paliła się, pokój tonął w cieniu, pocałunki ich nie wydawały żadnego szmeru. A teraz siedział tu, jak z wizytą, czekając z kapeluszem w ręce. Po za drzwiami uparty kaszel rozdzierał wielką ciszę.
Rozalia ukazała się znowu i z miednicą w rękach, szybko przesunęła się przez jadalny pokój, rzucając mu tylko te słowa:
— Pani mówiła, żeby pan nie wchodził.
Nie ruszył się z miejsca; nie mógł wyjść. A zatem schadzka pozostanie na inny dzień? Wprawiło go to w osłupienie, jako rzecz niemożebna. Potem pomyślał sobie w istocie, ta biedna Joanna nie miała zdrowia; dzieci sprawiają tylko kłopot i zmartwienie. Drzwi się otworzyły znowu, i doktór Bodin wszedł, przepraszając go mocno. Z kwandrans jaki nizał frazesa: posłano po niego, będzie mu zawsze bardzo przyjemnie poradzić się znakomitego kolegę i t. d.
— Zapewne, zepewne — powtarzał doktór Deberle, któremu dzwoniło w uszach.
Stary doktór, uspokoiwszy się, udawał, że się waha co do diagnostyki. Zniżywszy głos, roztrząsał symptomata wyrazami technicznymi, które, urywał, a potem kończy mrugnięciem oczu. Był to kaszel suchy, bez odpływu, ogromny upadek sił i mocna gorączka. Może to była gorączka tyfoidalna. Nie orzekał jednak stanowczo; od tak dawna leczono chorą od nerwowej, chloro-anemicznej słabości, że bał się teraz nieprzewidzianych komplikacyi.
— Co pan myślisz o tem? — pytał za każdym frazesem.
Doktór Deberle wymijająco odpowiedział na to. Słuchając kolegę, powoli zaczynał się wstydzić, że był tam. Czego przyszedł
? — Przystawiłem jej dwie wizykatorje — mówił dalej stary doktor. Czekam, cóż mam robić!... Ale sam ją zobaczysz. Potem powiesz zdanie swoje.
I uprowadził go do sypialni. Henryk wszedł drżąc. Jedna lampa słabo oświecała pokój. Przypominał sobie inne noce, tę samą ciepłą woń, to samo powietrze ścieśnione, zamknięte z wklęsłościami cienia, gdzie spały meble i obicia. Ale nikt nie wyszedł na jego spotkanie, z rękami wyciągniętemi jak dawniej. Pan Rambud zmęczony, zdawał się drzemać w fotelu. Helena, stojąc przy łóżku w białym podwłośniku, nie odwróciła się: biała ta postać wydała mu się bardzo wielka. Przez chwilę przypatrywał się Joannie. Tak była osłabiona, że samo podnoszenie powiek już ją męczyło. Oblana potem, z twarzą bladą, z wypalonymi rumieńcami na jagodach, ciężko oddychała.
— Galopujące suchoty — wyrzekł głośno niechcący i nie okazując żadnego zdziwienia, jakgdyby oddawna był to przewidział.
Helena usłyszała i spojrzała na niego. Zimna, ze strasznym spokojem stała z suchemi oczami.
— Tak sądzisz pan? — rzekł doktor Bodin, kiwając głową z potwierdzającą miną człowieka, który nie chciał pierwszy wypowiedzieć zdania swego.
Znowu osłuchał chorą. Joanna nieruchomie poddawała się badaniu, zdając się nie rozumieć, po co ją męczono. Dwaj doktorowie zamienili z sobą kilka słów szybkich. Stary doktór wyszeptał wyrazy o amferycznym oddechu i szmerze rozbitego garnuszka; pomimo to jeszcze udawał, że się waha i mówił o nieżycie drobnych oskrzeli. Doktor Deberle tłumaczył, że jakaś przypadkowa przyczyna musiała sprowadzić chorobę, zaziębienie zapewne, ale już razy kilka zauważał, że chloro-anemia sprzyja rozwijaniu się chorób piersiowych. Helena, stojąc za nimi, czekała.
— Posłuchaj pan sam — rzekł Bodin, ustępując miejsca Henrykowi.
Tan pochylił się, chciał podnieść Joannę. Nie otworzyli powiek; rozpalona gorączką, poddawała się badaniu. Z pod rozpiętej koszulki ukazywała się pierś dziecka; nic czystszego, nic bardziej rozrzewniającego być nie mogło nad to ciałko dojrzewającej już kobiety, a jeszcze dziecka dotknięte palcem śmierci. Nie buntowała się wcale przeciw rękom starego doktora. Ale zaledwie palce Henryka dotknęły jej, targnęła się jak gdyby uderzona jakąś straszną siłą. Uczucie wstydu nagle zbudziło ją z tego stanu nieczułości, w jakim była pogrążona. Jak młoda kobieta, niespodzianie zaskoczona, przycisnęła swe biedne chude rączki do piersi drżącym głosem wyjąkała:
— Mamo... mamo!...
I otworzyła oczy. Kiedy poznała człowieka — stojącego koło niej, przeraziła się gwałtownie. Spostrzegła, że leży naga, i żywo zakrywając się prześcieradłem, płakała ze wstydu. Zdawało się, że umierając postarzała o lat dziesięć i że zbliżając się do śmierci, dwanaście jej lat dojrzały na tyle, że zrozumiała, iż mężczyzna ten nie powinien dotykać jej i odnaleść w niej matkę. Znowu krzyknęła — wołając na pomoc:
— Mamo... mamo... proszę cię...
Helena, która dotąd nie przemówiła jeszcze ani słowa, teraz stanęła tuż przy Henryku. Z twarzą marmurową silnie wpatrywała się w niego. Wreszcie głosem przytłumionym to tylko wymówiła:
— Odejdź stąd!
Doktor Bodin starał się uspokoić Joannę, którą paroksyzm kaszlu straszliwie wstrząsał. Upewniał ją, że nikt się jej sprzeciwiać nie będzie, że wszyscy odejdą i pozostawią ją w spokoju.
— Odejdź stąd — powtórzyła Helena swoim głębokim, nizkim głosem na ucho kochankowi swemu. Widzisz, przecie, żeśmy ją zabili.
Henryk wyszedł, nie odpowiedziawszy ani słowa. Chwilę jeszcze pozostał w sali jadalnej, czekając sam nie wiedział na co. Widząc wreszcie, że doktor Bodin nie wychodzi, opuścił mieszkanie Heleny; po omacku zeszedł ze schodów, bo Rozalia nie poświeciła mu nawet. Rozmyślał nad piorunowym przebiegiem galopujących suchot, które specjalnie studjował był: płucowe krostki rozszerzą się szybko, duszność coraz bardziej zwiększać się będzie Joanna nie przeżyje zapewne i trzech tygodni.
Tydzień minął. Słońce wschodziło i zachodziło po nad Paryżem, ale Helena nie miała wyraźnego pojęcia o miarowym, bezlitośnym biegu czasu. Wiedziała, że córka jej skazana na śmierć, i była jak gdyby ogłuszona tym ciosem, co już teraz rozdzierał jej serce. Było to beznadziejne wyczekiwanie, pewność, że śmierć nie przebaczy. Nie miała łez na to; cicho przesuwała się po pokoju i zawsze na nogach, powoli i dokładnie usługiwała chorej. Czasami znużona, padała na krzesło i patrzyła na nią godzinami całemi. Joanna słabła wciąż; gorączka nieustawała, boleśne wymioty zabierały resztę sił. Doktor Bodin przychodził przypatrywał się jej chwilę, zostawiał receptę; a kiedy wychodził, w twarzy jego był wyraz takiego bezradnego zwątpienia, że matka nie wychodziła nawet za nim, bo nie miała o co go pytać.
Nazajutrz po kryzysie, ksiądz Jouve przybiegł. On i brat jego przychodzili co wieczór, milcząc ściskali rękę Heleny; nie śmieli pytać ją o nowiny. Chcieli po kolei czuwać przy chorej, ale ona odprawiała ich koło dziesiątej nie chciała nikogo mieć w pokoju swoim w nocy. Jednego wieczora, ksiądz, który od wilii dnia tego zdawał się być mocno czemś zajęty, odprowadził ją na stronę.
— Przyszła mi na myśl rzecz jedna — szepnął. — Zdrowie dziecka nie pozwoliło dotąd... Mogłaby tutaj przyjąć pierwsza komunie...
Helena nie zrozumiała z początku, o co mu chodzi. Pomimo całej tolerancyi swojej, ksiądz w tej chwili był tylko księdzem, troszczącym się o sprawy nieba; to ją zadziwiło a nawet uraziło trochę. Z niedbałym ruchem odpowiedziała:
— Nie, nie, nie chcę jej męczyć... Bądź pewny, że jeżeli jest raj, to ona i tak wejdzie do niego.
Ale dnia tego Joanna w nowym stanie polepszenia, co tak zwodzi umierających, ostrym słuchem chorej usłyszała, co mówił ksiądz.
— To ty, mój kochany — rzekła. — Mówisz o komunji... To nastąpi w krótce, nieprawdaż?
— Zapewne, kochanko — odpowiedział.
Przywołała go do siebie, chciała z nim mówić. Matka podniosła ją i oparła na poduszce. Siedziała tak, malutka; spalone usteczka uśmiechały się, a z błyszczących oczu przeglądała już śmierć.
— Oh! bardzo mi dobrze — rzekła — wstałaby, gdybym chciała... Powiedz, dasz mi białą sukienkę z bukietem?... Czy kościół będzie tak piękny, jak na nabożeństwo Maryi?
— Piękniejszy jeszcze, moja pieszczotko.
— Naprawdę? i tyle kwiatów będzie, i tak ładnie będą śpiewali? Wkrótce, wkrótce, obiecujesz mi to?
Promieniała radością. Patrzyła przed siebie, na firanki łóżka, i wpadając w zachwycenie, mówiła, że kocha bardzo dobrego Boga i że widziała go kiedy śpiewano hymny. Słyszała organy, widziała światła wirujące i kwiaty latające jak motyle. Wtem gwałtowny kaszel porwał ją i bezsilną odrzucił na łóżko. Ale uśmiechnęła się jeszcze, zdawała się nie czuć tego, że kaszle.
— Wstanę jutro — powtarzała — nauczę się katechizmu bez omyłki, wszyscy będziemy bardzo radzi.
Helena, stojąc przy nogach jej, załkała. Ona, co nie mogła płakać, słysząc teraz śmiech Joanny, uczuła, że łzy ją duszą. Kryjąc swą rozpacz, uciekła do sali jadalnej. Ksiądz poszedł za nią. Pan Rambaud szybko powstał i zbliżył się do małej, starając się odwrócić jej uwagę.
— Co to? mama krzyknęła, czy ją zabolało co? — spytała.
— Mama? — odpowiedział. — Ależ mama nie krzyknęła wcale, tylko się zaśmiała; tak wesoła jest, bo ty masz się lepiej.
W jadalnym pokoju Helena z głową, opartą na stole, ze złożonemi rękami, tłumiła łzy swe. Ksiądz pochylał się nad nią błagając, by się uspokoiła. Ale ona podniósłszy twarz zalaną łzami, oskarżała siebie, mówiąc, że zabiła córkę, i krótkiemi, urywanemi słowy wyznała mu wszystko. Nigdy nie byłaby upadła, gdyby Joanna była przy niej. Wypadek zrządził, że się spotkała z nim w tym nieznanym pokoju. Mój Boże! powinnaby umrzeć wraz z dzieckiem. Nie mogła żyć dłużej. Ksiądz przestraszony uspakajał ją,, obiecując przebaczenie nieba.
Zadzwoniono, głosy odezwały się w przedpokoju. Helena ocierała łzy, kiedy Rozalia weszła.
— Pani, to doktór Deberle...
— Nie chcę, żeby wchodził.
— Zapytuje jak się panienka ma.
— Powiedz mu, że umiera.
Drzwi były otwarte, Henryk słyszał te słowa. Nie czekając powrotu sługi, wyszedł. Codziennie przychodził, tę samą odbierał odpowiedź i wychodził.
Wizyty szczególne męczyły Helenę. Te kilka pań, które poznała była u pani Deberle, uważały za swój obowiązek odwiedzać ją i pocieszać. Pani de Chermette, pani Levasseur, pani de Guirand i inne jeszcze przychodziły. Nie żądały widzieć chorej, ale tak głośno rozpytywały o nią Rozalię, że głosy ich przebijały cienkie ściany mieszkania. Zniecierpliwiona wówczas Helena przyjmowała je w sali jadalnej, stojąc i odpowiadając krótko. Cały dzień była w kaftanie, a piękne swe włosy poprostu zwijała i przypinała. Twarz miała zaczerwienioną; zmęczone oczy zamykały się, a z ust słowa wychodziły ciężko, powoli. Kiedy Julia przychodziła, nie mogła zamknąć przed nią pokoju i musiała pozwolić jej usiąść na chwilę przy łóżku chorej.
— Moja droga — rzekła raz Julia przyjaźnie — nadto się poddajesz smutkowi. Trzeba mieć trochę odwagi.
I Helena musiała odpowiadać na to, kiedy pani Deberle chcąc ją rozerwać, mówiła o wypadkach, które zajmowały Paryż.
— Wiesz, że stanowczo będziemy mieli wojnę... Bardzo mi to przykro, mam dwóch kuzynów, co pójdą na wojnę.
I tak wracając ze swych wycieczek po Paryżu, ożywiona gadając, wnosiła do cichego pokoju chorej szelest długiej sukni i próżną paplaninę światowej kobiety; napróżno zniżała głos, przybierała litościwą minkę, przez to wszystko wrodzona jej obojętność przebijała; łatwo się było domyślić, że czuła się szczęśliwą i tryumfowała ze zdrowia swego. Helena podwójnie cierpiała przy niej, dręczona zazdrością!
— Pani — szepnęła jednego wieczora Joanna — czemu Lucyan nie przychodzi tu pobawić się?
Julia zażenowała się na chwilę i uśmiechnęła tylko.
— Czy i on także słaby? — ponownie spytała mała.
— Nie, kochaneczko, on nie chory... W szkole jest.
I potem, kiedy Helena przeprowadzała ją do przedpokoju, chciała wytłumaczyć jej swe kłamstwo.
— Oh! przyprowadzę go, wiem, że to nie jest zaraźliwe... Ale dzieci przestraszają się tak łatwo, a Lucyan taki głupi! Gotów byłby rozpłakać się, spojrzawszy na twega biednego anioła...
— Tak, tak, masz pani słuszność — przerwała Helena — a serce jej rozdzierało się, patrząc na tę kobietę tak wesołą, i która miała u siebie zdrowe dziecko.
Drugi tydzień upłynął. Choroba szła swoja drogą i co godzinę zabierała trochę życia Joannie. Nie spieszyła się wcale, niszcząc to wątłe, śliczne stworzenie; nie ominęła ani jednego kroku w bezlitośnym pochodzie swoim, nie darowała biedaczce ani jednej chwili wytchnienia. Joanna przestała plwać krwią, chwilami kaszel ustawał. Taka duszność przygniatała dziecię, że po ciężkim jej oddechu można było poznać, jak wielkie spustoszenie sprawiła choroba w jej słabej piersi.
Było to za wiele na tak słabe siły; oczy księdza i pana Rambaud napełniały się łzami, słuchając tego. Całymi dniami, całemi nocami słychać było za firanką ciężki oddech; biedne stworzenie, które, jak się zdawało, jedno potrącenie zabić powinno było, w pocie czoła pracowało nad zakończeniem swego życia i nie mogło umrzeć. Matka, która goniła ostatkiem sił, nie mogąc znieść dłużej chrapania tego, uciekała do sąsiedniego pokoju i tam głowę o mur opierała. Powoli Joanna odosobniała się od świata. Nie widziała już ludzi, na twarzy miała wyraz rozmarzenia i roztargnienia, jak gdyby żyła już gdzieś zupełnie samotnie. Kiedy osoby, które ją otaczały, chciały ściągnąć jej uwagę i wymieniały nazwiska swoje, chcąc by je poznała, wówczas patrzyła na nie przez chwilę niewzruszenie, bez uśmiechu, a potem odwracała się do muru z miną zmęczoną. Cień jakiś otaczał ją, odchodziła zadąsana, i rozgniewana, jak za owych smutnych dni swoich przystępów zazdrości. Czasami jednak jakiś kaprys budził ją z odrętwienia. Jednego rana zapytała matkę:
— To niedziela, dzisiaj?
— Nie, moje dziecię — odrzekła Helena. Mamy dopiero piątek... Dla czego pytasz o to.
Ale ona zdawało się zapominać, o co pytała. Na trzeci dzień jednak; kiedy Rozalia była w pokoju — rzekła do niej półgłosem: — To niedziela... Zefiryn jest tam, poproś go, żeby przyszedł.
Służąca wahała się; ale Helena dała jej znak przyzwolenia. Dziecię powtarzało:
— Przyprowadź go, przyjdźcie oboje — będę rada.
Kiedy Rozalia weszła z Zefirynem, dziewczynka podniosła się z poduszki. Żołnierz, z nagą głową, z rękami opuszczonemi, kołysał się dla ukrycia wielkiego wzruszenia. Bardzo lubił panienkę, i prawdziwie przykro mu było, że ją widział w takim stanie. To też pomimo przestróg Rozalii, która nakazała mu, by był wesoły, spostrzegłszy chorą tak bladą, tak zeszczuplałą, stanął jak głupi z twarzą zmienioną. Pomimo miny zdobywcy, zachował serce czułe. Nie mógł zdobyć się ani na jeden z owych pięknych frazesów, które teraz przychodziły mu z taką łatwością. Sługa uszczypnęła go z tyłu, by go rozśmieszyć. Ale on wyjąkał tylko:
— Przepraszam... panienkę i kompanią...
Joanna podnosiła się jeszcze na swych chudych rączkach, otwierała swe wielkie bez wyrazu oczy, jak gdyby szukała czegoś. Główka jej trzęsła się, światło raziło ją zapewne, co się pogrążała już w cieniu.
— Zbliż się, mój przyjacielu — rzekła Helena do żołnierza. — Panienka chciała widzieć.
Słońce wchodziło do pokoju przez okno, tworzące wielki otwór żółty, w którym prochy dywanu tańczyły. Marzec nadszedł, wiosna rozpoczynała się. Zefiryn zrobił krok naprzód i stanął na słońcu; okrągła jego twarzyczka miała złotawy odbłysk, niby zboże dojrzałe; guziki surduta świeciły się, a pąsowe spodnie czerwieniły niby pole, zasiane makiem. Joanna dostrzegła go nareszcie. Ale oczy jej znowu niespokojne, niepewne błądziły z jednego kąta w drugi.
— Czego chcesz, moje dziecię? — spytała ją matka. Jesteśmy tu wszyscy.
Ale zaraz zrozumiała, o co dziecku chodzi.
— Rozalio, zbliż się... Panienka chce ciebie widzieć.
Rozalia z kolei stanęła na słońcu. Miała na głowie czepek, którego szarfki, obrzucone na ramiona, podlatywały jak skrzydła motyle. Złocista kurzawa padała na jej twarde czarne włosy i na poczciwą twarz o spłaszczonym nosie i grubych wargach. I w promieniu słonecznym dwoje ich tylko stało w pokoju, żołnierz i kucharka. Joanna patrzała na nich.
— I cóż, moja droga — nic im nie mówisz?... Oto stoją razem.
Joanna patrzała na nich; głowa jej lekko trzęsła się jak u bardzo starej kobiety. Stali tak jak mąż i żona, ca mają się zaraz wziąć pod rękę i wrócić do kraju. Wiosenne powietrze ogrzewało ich, a chcąc rozweselić panienkę, zaczęli się śmiać do siebie z miną głupowatą a czułą. Gdyby byli sami, z pewnością byłby objął Rozalią i dostałby od niej za to potężnego policzka. Widać to było z ich oczu.
— I cóż, kochanko — nie masz nic do powiedzenia im?
Joanna patrzyła na nich wciąż; oddech jej stawał się co raz cięższy. Nie rzekła ani słowa. Nagle zalała się łzami. Zefiryn i Rozalia musieli natychmiast wyjść z pokoju.
— Przepraszam.... panienkę i kompanię... powtórzył wychodząc żołnierz, który zgłupiał na ten widok.
Był to jeden z ostatnich kaprysów Joanny. Wpadła w usposobienie ponure, z którego nic ją wyrwać nie mogło. Rozstawała się ze wszystkiem, nawet ze swą matką. Kiedy ta pochylała się nad nią, szukając jej spojrzenia, dziecię zachowywało twarz martwą, jak gdyby tylko cień firanek padł na jej oczy. Milcząca i smutnie zrezygnowana, podobna była do nieszczęśliwej, opuszczonej istoty, która czuje się skazaną na śmierć. Czasami długo leżała z powiekami na wpół przymkniętemi, a z zamglonego spojrzenia niepodobna było odgadnąć jaka uparta myśl pochłaniała ją. Nie istniało już dla niej nic, nic, tylko ta wielka lalka, co leżała koło niej. Pewnej nocy podano ją dziewczynce — dla rozerwania jej myśli przy straszliwych cierpieniach; i nie chciała odtąd rozstać się z nią, broniła jej dzikim ruchem, jeżeli chciano ją zabrać. Lalka z głową, złożoną na poduszce, leżała wyciągnięta i przykryta kołdrą, jak osoba chora. Zapewne dziecię pielęgnowało ją, bo od czasu do czasu rozpalone jej rączki dotykały różowej skóry i biednych powykręcanych członków. Godzinami całemi wpatrywała się w te oczy z emalii, zawsze nieruchomie patrzące, i te zęby białe, które wiecznie się uśmiechały. Czasem przychodziły napady czułości; przyciskała ją do piersi, opierała policzek o małą peruczkę, której dotknięcie zdawało się jej ulgę przynosić. I tak szukała ucieczki w miłości ku swej wielkiej lalce; budząc się, oglądała, czy ją ma koło siebie, rozmawiała z nią, czasami nawet na twarzy jej przemknął niby cień uśmiechu, jak gdyby lalka szepnęła jej coś na ucho.
Trzeci tydzień kończył się. Jednego poranku stary doktór zamiast wyjść jak zwykle po krótkiej wizycie został przy chorej. Helena zrozumiała znaczenie tego kroku: dziecię jej nie miało przeżyć dnia tego. Od wczoraj już sama była w takiem osłupieniu, że nie wiedziała co robi. Nie walczono już ze śmiercią jej dziecięcia, rachowano tylko godziny jego życia. Chora miała straszne pragnienie i doktór kazał jej podawać napój, zawierający opium dla ułatwienia konania; to zaniechanie wszelkich lekarstw pozbawiło Helenę przytomności umysłu. Dopóki jeszcze lekarstwa stały na stole, spodziewała się jak gdyby cudu, który miał uleczyć je córkę. Teraz kiedy flaszeczka i pudełka poznikały, ostatnia nadzieja uchodziła z niemi. Jedno już tylko pozostało jej uczucie: instynktowa potrzeba nie opuszczania Joanny ani na chwilę i ciągłego patrzenia na nią. Doktór, chcąc przeszkodzić temu strasznemu wpatrywaniu się w konającą, starał się pod rozmaitymi pozorami usuwać Helenę z pokoju Ale ta wracała do niego wciąż: fizyczna siła przyciągała ją do łóżka chorej. Wyprostowana z rękami opuszczonemi, z okropnymi wyraząmi rozpaczy na twarzy, czesała ostatniej strasznej chwili.
Koło pierwszej godziny ksiądz Jouve i pan Rambaud przybyli. Doktór wyszedł na ich spotkanie i szepnął słów kilka. Obydwaj pobledli. Stanęli jak wryci, a ręce ich trzęsły się gwałtownie. Helena nie odwróciła się nawet.
Dzień byt przepyszny, jeden z owych jasnych, słonecznych dni kwietniowych. Joanna poruszyła się. Usta jej, spalone gorączką, chwilami trzęsły się z lekka w skutek pragnienia, które ją trawiło. Wysunęła z pod kołdry swoje biedne, przezroczyste rączki i powoli przesuwała je w powietrzu. Głucha praca choroby skończyła się, kaszel ustał, a głos konającego stał się podobnym do oddechu. Zaczęła obracać głową, oczami szukała światła. Doktór Bodin szeroko otworzył okno. Chora przestała się poruszać i z twarzą opartą na poduszce, z ciężkim oddechem, który się 6tawał coraz wolniejszym, spoglądała na Paryż. Przez te trzy tygodnie cierpienia nieraz zwracała wzrok swój na miasto. Wyraz twarzy jej stawał się wówczas poważny,myślała. W ostatniej godzinie życia jej Paryż uśmiechał się pod młodocianymi promieniami kwietniowego słońca. Ciepły powiew powietrza, śmiechy dziecięce, świergotanie wróblów dolatywały aż do niej. Joanna, ostatkiem sił swoich goniła okiem słupy dymów, roznoszących się po nad odległemi przedmieściami. Odnajdywała dawnych swych znajomych: Inwalidów, Panteon, wieżę świętego Jakóba; po za niemi rozpoczynał się nieznany świat. Zmęczone powieki dziewczęcia przymykały się na wpół przed rozległem morzem dachów. Może myśliła o tem, że powoli sama stawała się coraz lżejszą, że odlatywała jak ptak. Nakoniec, miała się dowiedzieć o wszystkiem: poruszy tylko skrzydłami razy kilka i uniesie się na szczyt kopuł i wież, a ztamtad ujrzy to, co ukrywają przed dziećmi. Nowy niepokój ogarnął ją po chwili; ręce zaczęły szukać czegoś; uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy znalazła swoją wielką lalkę; ujęła ją, przycisnęła do swojej piersi. Chciała ją zabrać z sobą. Wzrok jej tonął w dali, błąkając się wśród kominów, zaróżowionych od słońca.
Czwarta godzina wybiła, wieczorem zasłona cieniów powoli się osuwała. Był to koniec, konanie powolne i spokojne. Drogi anioł nie miał już siły bronić się. Pan Rambaud, pokonany wzruszeniem, łkał po cichu, kryjąc się za firanką. Ksiądz ukląkł u wezgłowia i ze złożonemi rękami szeptał modlitwy za konających.
— Joanno, Joanno — przemówiła Helena — a niewysłowiony przestrach ścinał lodem krew jej w żyłach.
Odepchnęła doktora, rzuciła się na ziemię i oparła się o łóżko, by módz z bliska patrzeć na córkę. Joanna otworzyła oczy, ale nie spojrzała na matkę. Wzrok jej wciąż szedł tam na Paryż, który znikał. Mocniej jeszcze przycisnęła do serca lalkę, swą ostatnią miłość. Pierś jej podniosła się ciężkiem westchnieniem, potem dwa razy jeszcze lżej westchnęła. Oczy bladły, na twarzy chwilowo pojawił się wyraz żywego niepokoju. Ale wkrótce drobne rysy wypogodziły się; przestała oddychać, usta pozostały otwarte.
— Skończyło się — rzekł doktór — biorąc ją za rękę.
Joanna wielkiemi swemi, martwemi oczami patrzała na Paryż. Długa twarzyczka przeciągnęła się jeszcze, rysy stały się ostre, szary cień padeł na nie od brwi ściągniętych; po śmierci zachowała blade oblicze kobiety zazdrośnej. Lalka z odrzuconą głową, z obwisłymi włosami, zdawała się być martwa jak ona.
— Skończyło się — powtórzył doktór — puszczając małą, zimną rączkę.
Helena dłońmi ścisnęła skronie swe, jak gdyby czuła, że czaszka jej ma pęknąć. Nie płakała, obłąkanym wzrokiem tylko patrzyła przed siebie Ściskało ją w gardle, w nogach łóżka spostrzegła parę małych trzewiczków zapomnianych. Skończyło się, Joanna nie włoży ich już więcej, trzewiczki można oddać ubogim. Łzy jej popłynęły; klęczała na ziemi, opierając twarz swą na ręce umarłej, która się osunęła. Pan Rambaud płakał. Ksiądz podniósł głos; Rozalia, stojąc w nawpół otwartych drzwiach jadalnego pokoju, kąsała chustkę swą, tłumiąc łkanie.
W tej właśnie chwili doktór Deberle zadzwonił. Nie mógł przezwyciężyć w sobie pragnienia dowiedzenia się czegoś.
— Jak się ma, chora? — zapytał.
— Ach! panie — wyjąkała Rozalia — umarła.
Stanął nieruchomy, zadziwiony tem rozwiązaniem, którego z dnia na dzień sam się spodziewał. Wreszcie szepnął:
— Mój Boże! biedne dziecię! — jakie nieszczęście!
I nie potrafił zdobyć się na nic więcej. Drzwi zamknęły się, doktór zeszedł ze schodów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.