Kartka miłości/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XVIII.

Nazajutrz Rozalia dopiero koło dziewiątej mogła podać kawę. Helena wstawała późno; była blada i znużona. Dotknęła ręką kieszeni u sukni; uczuła w niej list i nic nie mówiąc — siadła przed stolikiem. Joanna także miała głowę ciężką i wyraz twarzy niespokojny. Niechętnie wstała z łóżka; tego rana nie miała już serca do zabawy. Niebo pochmurne blade światło rzucało na pokój, i od czasu do czasu nagła ulewa biła o szyby okna.
— Panienka w czarnem usposobieniu — rzekła Rozalia. która sama tylko mówiła dzisiaj. — Dwa dnie z rzędu nie może być w różowym humorze... Nie trzeba było skakać wczoraj tak wiele!
— Czyś słaba, Joanno? — spytała Helena.
— Nie, mamo — odpowiedziała mała. — To ten, brzydki czas.
Helena zapadła znowu w milczenie. Skończywszy pić kawę siedziała zamyślona, patrząc na ogień. Wstając, powiedziała sobie, że obowiązkiem jej było rozmówić się z Julią i skłonić ją do zaniechania tej schadzki. Jak miała dokonać tego, nie wiedziała, ale krok ten wydawał się jej teraz koniecznym; myśl o nim opanowała ją wyłącznie. Kiedy dziesiąta wybiła, ubrała się. Joanna patrzała na nią. Zobaczywszy, że matka bierze kapelusz, zacisnęła swe małe rączką jak gdyby z chłodu, a na twarzy pojawił się wyraz cierpienia; Zwyczajnie budziła się w niej zazdrość, kiedy matka wychodziła; nie chciała zostawać się z nią, żądała wszędzie iść za nią.
— Rozalio — rzekła Helena — spiesz się sprzątać pokój i nie wychodź nigdzie. Ja zaraz wracam.
Pochyliła się, spiesznie ucałowała Joannę, nie spostrzegając jej zmartwienia. Jak tylko wyszła, dziewczynka która przez dumę nie skarżyła się, wybuchła płaczem.
— O! jak to brzydko, panienko! — powtarzała Rozalia, pocieszając niby. — Nikt przecie nie ukradnie mamy twojej. Trzeba pozwolić jej zajmować się interesami, jakie ma... Nie można przecie wisieć zawsze u jej spódnicy.
Helena zawróciła na ulicę Vineuse; szła koło samego muru chroniąc się przed deszczem. Piotr otworzył drzwi przed nią; ujrzawszy ją, jak gdyby zmięszał się.
— Pani Deberle u siebie?
— Tak, pani; tylko, nie wiem.
I kiedy Helena, jako domowa, zmierzała do salonu pozwolił sobie zatrzymać ją.
— Proszę panią zaczekać, pójdę dowiedzieć się.
Wśliznął się do pokoju, otwierając drzwi, jak mógł najmniej, i w tej chwili dał się słyszeć głos Julii, która gniewała się.
— Jakto, wpuściłeś! Wyraźnie ci zakazałam... To do nieuwierzenia, ani jednej chwili spokojnej.
Helena pchnęła drzwi; postanowiła spełnić to, co uważała za swój obowiązek.
— Ah! to pani! — rzekła Julia spostrzegając ją. — Nie zrozumiałam dobrze...
Ale miała wciąż minę niezadowolnioną. Widocznie obecność Heleny przeszkadzała jej!
— Czy zawadzam pani? spytała Helena.
— Nie, nie.. Zaraz wytłómaczę się. Gotujemy niespodziankę. Powtarzamy „Kaprys”, bo chcemy go grać tutaj w którą środę. Wybraliśmy na to ranek, ażeby się nikt nie domyślił... O! teraz zostań. Zachowasz tajemnicę, nic więcej.
I klasnąwszy w ręce, zwróciła się do pani Berthier, która stała na środku salonu, i nie zwracając już uwagi na Helenę — rzekła do niej:
— Pracujmy zatem... Nie tak, jak trzeba wymawiasz ten frazes: „Robić po kryjomu sakiewkę dla męża, to w oczach wielu ludzi wydałoby się więcej niż romansowem..“ Powtórz to.
Helena zadziwiona, że zastała ją zatrudnioną czemś podobnem, usiadła na stronie. Stół i krzesła przysunięto do ściany, a dywan pozostawiono swobodny. Pani Berthier, delikatna blondynka, powtarzała swój monolog i, przypominając sobie wyrazy jego, podnosiła głowę w górę; pani Guirand, piękna brunetka, która przyjęła na siebie rolę pani de Lery, siedziała w fotelu, oczekując chwili w której miała wystąpić. Panie te w porannej toalecie nie zdjęły ani kapeluszy, ani rękawiczek. Przed niemi Julia rozczochrana, osłonięta wielkim podwłośnikiem z białego kaszmiru trzymała w rękę tom Mussea i z pewną miną reżysera wskazywała artystkom, jak mają naginać swój głos, jak mówić, jak grać. Dzień był ponury, podniesiono przeto firanki z haftowanego tiulu i zaczepiono je na zasuwce u okna i po za niemi widać było ciemny, wilgotny ogród.
— Za mało wzruszenia okazujesz — oświadczyła Julia. — Więcej znaczenia nadawaj słowom, każde z nich powinno trafiać do serca. „A więc, moja droga mała sakiewka dokończmy teraz stroju twojego...“ Powtórz to.
— Będę bardzo grała — rzekła pani Berthier tonem omdlewającym. — Czemu nie grasz tego pani sama. Byłabyś doskonałą Matyldą.
— Oh! ja, nie. Naprzód, trzeba do tego blondynki. A potem, jestem bardzo dobrym profesorem, ale sama wykonywać nie potrafię... Pracujmy, pracujmy.
Helena siedziała w swoim kąciku. Pani Berthier, zajęta swą rolą, nie odwróciła się nawet. Pani de Guirand lekko skłoniła jej głową. Helena sama czuła, że była natręną, że nie powinna była siadać tutaj. Zatrzymywała ją teraz już nie tyle myśl obowiązku, który miała do spełnienia ile szczególne jakieś uczucie, głębokie a nieokreślone, którego niekiedy doświadczała tutaj. Cierpiała nad obojętnem przyjęciem jakiego doznawała czasem od Julii. Ta ostatnia w uczuciach swoich zawsze się kierowała chwilowym kaprysem jedynie; przez trzy miesiące wielbiła kogoś, rzucała mu się na szyję, oddychała tylko jego życiem; potem pewnego poranku, nie wiedzieć po co i na co zdawała się go nie poznawać wcale. Zapewne, tak w tem jak i w innych rzeczach szła za modą, potrzebą kochania tych, których inni kochali. Te nagłe skoki czułości boleśnie raziły Helenę, której umysł rozległy i spokojny zawsze marzył o wieczności. Często wychodziła od Deberle ów bardzo smutna, prawdziwie zrozpaczona tem, że tak mało rachować można na uczucia ludzkie. Ale dnia tego w przełomie uczuć, w jakim się znajdowała, boleść ta jeszcze żywszą była.
— Opuścimy scenę Chaviguy‘ego — rzekła Julia. — Nie przyjdzie dzisiaj... Teraz wchodzi pani Lery. Na panią kolej, pani Guirand... Proszę odpowiedzieć.
I przeczytała:
— „Wyobraź sobie — pokazuję mu tę sakiewkę!...”
Pani de Guirand powstała. Mówiła głosem gardłowym, przybrała oraz minę roztrzepaną i mówiła:
— „Patrzcie, to wcale ładne. Zobaczymy.“
Helena, wchodząc tutaj, wyobrażała sobie zupełnie inną scenę. Sądziła, że znajdzie Julię zdenerwowaną, bladą bardzo, drżącą na myśl schadzki, wahającą się a nie mającą siły oprzeć się pokusie; wyobrażała sobie przytem, jak sama będzie ją zaklinała, by się zastanowiła nad tem, co robi aż nareszcie młoda kobieta, łkając rzuci się jej na szyję. Obie wówczas płakałyby razem. Helena odeszłaby z myślą, że Henryk stracony odtąd dla niej na zawsze, ale że zapewniła mu szczęście. Tymczasem inaczej zupełnie stało się; trafiła na powtórzenie teatralne, którego wcale nie rozumiała, widziała Julię z twarzą spokojną, wypoczętą jak po nocy dobrze przespanej, z umysłem na tyle swobodnym, że mogła roztrząsać giesta pani Berthier, nie troszcząc się o to, co ma sama robić po południu. Ta obojętność, ta lekkomyślność mroziły Helenę: która pałała uczuciem.
Chciała coś powiedzieć i na los szczęścia spytała:
— A któż ma być Chavigny?
— Malignon — odpowiedziała Julia, obracając się z miną zadziwioną. Całą przeszłą zimę, grał Chavigny’ego... To jest nieznośna rzecz, że nie można go mieć na powtórzeniach... Słuchajcie panie, przeczytam rolę Chavigny’ego. Bez tego nigdy nie dojdziemy do końca.
I ona wreszcie zaczęła grać także, przedstawiając mężczyznę; porwana prądem zabawy, mimowolnie przybierała grubszy głos i męski układ. Pani Berthier gruchała; gruba pani de Guiraud zadawała sobie niesłychaną pracę, by okazać się żywą i dowcipną. Piotr przyniósł drzewa do pieca i z pod oka przypatrywał się tym paniom; wydawały mu się bardzo zabawne.
Helena, chociaż serce jej ściskało się, trwała jeszcze w zamiarze swoim i w tym celu usiłowała odprowadzić Julię na stronę.
— Na chwileczkę tylko. Mam coś do powiedzenia pani.
— Oh! niepodobna, moja droga... Widzisz, jak jestem zajęta... Jutro, jeżeli będziesz miała czas.
Helena umilkła. Lekceważący ton młodej kobiety obrażał ją. Czuła w sobie gniew, widząc ją tak spokojną, podczas kiedy ona sama tak okropnie dręczyła się od wczoraj. Była chwila, kiedy już miała powstać i pozostawić rzeczy ich biegowi. Co za niedorzeczność z jej strony, chcieć uratować tę kobietę; nocna jej męka rozpoczęła się na nowo rozpaloną od gorączki ręką ścisnęła list, który miała w kieszeni. Dla czegóż miała kochać innych, kiedy inni nie kochali jej i nie cierpieli jak ona?
— Oh! bardzo dobrze — nagle zawołała Julia.
Pani Berthier oparła była głowę na ramieniu pan Guiraud i, łkając — powtarzała.
— „Jestem pewna, że kocha ją, jestem tego pewna“.
— Będziesz miała szalone powodzenie — rzekła Julia. — Zatrzymaj się, nieprawdaż?... „Jestem pewna, że kocha inną, jestem tego pewna...“ I spuść głowę. Ślicznie... Na panią kolej, pani de Guirand.
„Nie, moje dziecię, to być nie może; to kaprys, to fantazya deklamowała gruba pani.
— Doskonale! Ale scena trochę długa. Nieorawdaż? Odpoczniemy... Musimy dobrze przygotować scenę.
Wszystkie trzy wówczas zaczęły roztrząsać kwestyę urządzenia salonu. Drzwi sali jadalnej na lewo miały służyć do wchodzenia i wychodzenia aktorom; na prawo miał stanąć fotel, w głębi kanapa, a stół koło komina. Helena powstała także, gdyż i ją również obchodziły te projekta zabawy. Wyrzekła się już pierwszego zamiaru swego, nie myślała wywoływać żadnego objaśnienia, chciała tylko jeszcze ostatniego użyć środka, któryby przeszkodził Julii udać się na tę schadzkę.
— Chciałam — rzekła — zapytać panią, czy nie dzisiaj to masz być u pani de Chermette?
— Tak popołudniu.
— A więc, jeżeli pozwolisz pani, przyjdę cię zabrać i pójdziemy razem; oddawna już obiecałam tej pani odwiedzić ją.
Julia zmięszała się na chwilę, ale natychmiast odzyskała przytomność.
— Zapewne, że byłoby mi to bardzo przyjemnie... Ale mam być w wielu miejscach i za rozmaitemi sprawunkami; nie wiem przeto prawdziwie, o której godzinie będę mogła być u pani de Chermette.
— Nic to nie szkodzi — odpowiedziała Helena; — użyję przechadzki.
— Posłuchaj mię pani, mogę mówić z tobą szczerze... Nie nalegaj, proszę, zawadzałabyś mi... Odłóżmy to na inny poniedziałek.
Powiedziała to bez najmniejszego wzruszenia, tak wyraźnie i z tak spokojnym uśmiechem, że Helena zmięszana nie odpowiedziała już wcale. Musiała podać rękę Julii, która chciała zaraz przenieść stolik do komina. Potem cofnęła się, a powtórzenie szło dalej. Po zakończeniu sceny, pani de Guirand w monologu swoim, z wielką siłą wypowiedziała te dwa frazesa:
— „Ależ jaka to przepaść to serce mężczyzny! Ah! na honor, więcej niż oni warte jesteśmy!”
Cóż miała począć teraz? I na to pytanie w głowie jej postał straszny zamęt gwałtownych myśli. Czuła nieprzepartą potrzebę pomszczenia się nad pięknym spokojem Julji, jak gdyby ten spokój był obelgą dla gorączki, która nią samą miotała. Myślała o zgubie Juli, chciałaby widzieć, czy i wówczas jeszcze potrafi zachować zimną krew swoją. Wreszcie pogardzała sobą za delikatność i skrupuły, którymi się rządziła dotąd. Ileż razy powinna była już powiedzieć Henrykowi! „Kocham cię, bierz mnie, uciekajmy,“ i nie drżeć i mieć spokojną, białą twarz tej kobiety, która na trzy godziny przed swoją pierwszą schadzką, grała komedyę u siebie. Teraz jeszcze Helena drżała więcej niż ona, i to właśnie doprowadzało ją do szaleństwa. Wśród uśmiechniętego spokoju salonu tego wrzała gniewem i bała się wybuchnąć nagle w namiętnych wyrazach. Czy byłaby tchórzem?
W tej chwili drzwi otwarły się i głos Henryka dał się słyszeć.
— Nie będę przeszkadzał... Przejdę tylko.
Powtórzenie miało się ku końcowi, Julia, wciąż czytając rolę Chavigny’ego, chwyciła była właśnie rękę pani — de Guirand.
— „Ernestyno, uwielbiam cię!“ — wołała w szczerem uniesieniu.
— „A więc nie kochasz już pani de Blainville?” — wyrzekła pani de Guirand.
Ale Julia nie chciała czytać dalej, dopóki jej mąż nie odejdzie. Niepotrzeba, żeby mężczyźni wiedzieli o tem. Doktór okazywał się bardzo uprzejmym względem tych pań; chwalił je i obiecywał wielkie powodzenie. Z twarzy, ogoloną, w czarnych rękawiczkach, wracał z wizyt. Wchodząc, pozdrowił był Helenę lekkiem skinieniem głowy. Mówił tym paniom, że widział niegdyś w komedyi francuskiej wielką jedną artystkę w roli pani de Lery i wskazywał przytem pani de Guirand pewne tajemnice sceny.
— W chwili kiedy Chavigny ma paść do nóg pani, zbliżasz się do kominka i rzucasz sakiewkę w ogień. Zimno, bez gniewu, jak kobieta, która udaje miłość.
— Dobrze, dobrze, zostaw nas — powtarzała Julia. — Wszystko to wiemy.
Kiedy nakoniec mąż jej otworzył drzwi do gabinetu swego, znowu powtórzyła:
— „Ernestyno, uwielbiam cię!“
Henryk, zanim wyszedł, pożegnał znowu Helenę kiwnięciem głowy. Ona stała w milczeniu, spodziewając się jakiejś katastrofy. To niespodziane ukazanie się męża zdawało się jej bardzo groźnem. Ale kiedy wyszedł, wydał się jej śmiesznym ze swą grzecznością i swem zaślepieniem. On także1 zajmował się tą głupią komedyą! A oczy jego nie zabłysły nawet, gdy spostrzegł ją tutaj! Cały dom wydał się jej teraz nieprzyjaznym i zimnym. Wszystko runęło, nic ją tu już nie zatrzymywało, bo nienawidziła teraz Henryka tyleż co Julię. Zakurczonymi palcami trzymała list w głębi kieszeni. Wyjąkła „do widzenia“ i wyszła przy takim zawrocie głowy, że meble tańczyły jej w oczach. Wyrazy które pani de Guirand wyrzekła była właśnie, dzwoniły jej w uszach:
— „Do widzenia. Dzisiaj może się będziesz gniewał, ale jutro uczujesz trochę przyjaźnie dla mnie, a wierzaj mi, że to więcej warte jak kaprys.”
Zamknąwszy za sobą drzwi domu, Helena znalazła się na chodniku; gwałtownym i jak gdyby mechanicznym ruchem wyciągnęła list z kieszeni i wsunęła go do puszki.
Zrobiwszy to, stała jeszcze chwilę z osłupiałym wzrokiem, patrząc na wąską blaszkę mosiężną, która opadła na swe miejsce.
— Stało się — rzekł i Helena do siebie półgłosem.
Widziała przed sobą dwa pokoje, obite różowym kreponem, berżerki, wielkie łóżko: Malignon i Julia byli tam; magle ściany rozsunęły się, i mąż wszedł, i dalej już nic nie wiedziała, a była przytem zupełnie spokojna. Instynktowo obejrzała się, czy nie widział ją kto, jak wkładała list. Ulicą była pusta. Obeszła róg domu i wróciła do siebie.
— Grzeczna byłaś? kochanko — rzekła, całując Joannę.
Mała siedziała na tym samym fotelu. W odpowiedzi „na to zapytanie podniosła zadąsaną twarzyczkę i zarzuciła ręce na szyję matki i całując ją głęboko, westchnęła. Bardzo była zmartwiona.
Przy śniadaniu Rozalia dziwiła się.
— Pani musiała być gdzieś daleko?
— A to dla czego? — spytała Helena.
— Bo pani je z takim apetytem... Dawno już nie jadła pani tak dobrze...
Była to prawda. Helena bardzo była głodna; apetyt wrócił bo nagłej doznała ulgi. Czuła się spokojną i zupełnie zadowolnioną. Po gwałtownem wstrząśnieniu dwóch ostatnich dni, wielka cisza zrobiła się w jej sercu; członki jej były wypoczęte giętkie jak po wyjściu z kąpieli. Doznawała jednak uczucia jakiegoś ciężaru gdzieś, ciężaru nieokreślonego, który ją przygniatał.
Kiedy weszła do pokoju, oczy jej skierowały się wprost na zegar; na nim było dwadzieścia pięć minut na pierwszą. Schadzka Julii wyznaczona była na trzecią godzinę. A zatem jeszcze dwie i pół godziny pozostawało. Machinalnie to obrachowała. Zresztą nie spieszyło się jej wcale, wskazówki posuwały się, i nikt w świecie nie mógłby już teraz zatrzymać ich; pozostawiała rzeczy ich własnemu biegowi. Oddawna już zaczęty czepeczek dziecinny walał się po stole. Wzięła go i zaczęła szyć przed oknem. Wielka cisza zapadła w pokoju. Joanna usiadła na zwykłem swem miejscu, ale zmęczone swe rączki bezczynnie opuściła.
Mamo — rzekła — nie mogę pracować, nie bawi mnie to.
— A więc nie rób nic, kochanko... Masz, nawlekaj mi igiełki...
Dziecię, milcząc, powolnym ruchem zajęło się nawlekaniem igieł. Starannie ucinała równe kawałki nitek, i długo bardzo szukała dziurki w igiełce. I kończyła w samą porę: matka zmieniała po kolei igiełki, które jej przygotowywała.
— A — Widzisz — szepnęła — tak idzie prędzej... Dziś wieczór, może sześć czepeczków będą skończone.
I odwróciła się, spojrzeć na zegar. Dziesięć minut na, drugą. Jeszcze dwie godziny prawie. Teraz Julia zapewne zaczyna się ubierać. Henryk otrzymał już list. Oh! z pewnością pójdzie. Wskazówki były dokładne, znajdzie natychmiast. Ale wszystko to wydawało się jej jeszcze bardzo dalekiem, i czuła się zupełnie obojętną. Szyła równymi ściegami, pilnie jak robotnica. Minuty upływały jedna zadrugą Druga godzina wybiła.
W tej chwili uderzenie dzwonka zadziwiło ją.
— Któż to taki? mateczko — spytała Joanna, która podskoczyła na krzesełku.
A kiedy pan Rambaud wszedł rzekła.
— To ty!... Dla czego dzwonisz tak mocno? Przestraszyłeś mnie. Poczciwy człowiek zmięszał się. W istocie, trochę za silnie pociągnął był dzwonek.
— Niegrzeczna jestem dzisiaj, boli mię — mówiło dalej dziecię. — Nie trzeba mię przestraszać.
Pan Rambaud zaniepokoił się. Cóż to było biedna| dziecinie? I nie uspokoił się, nie usiadł, aż spostrzegł lekki znak, który mu Helena dawała, że dziecię było w czarnym humorze, jak mówiła Rozalja... Zwykle rzadko kiedy przychodził we dnie. To też zaraz wyjaśnił cel swej wizyty. Chodziło mu o ziomka jednego, starego robotnika, który nie mógł znaleść pracy dla podeszłego wieku swego, i który miał żonę sparaliżowaną a mieszkał w małym jak dłoń pokoiku. Trudno było wyobrazić sobie podobną nędzę. Tegoż rana pan Rambaud był u nich dla przekonania się. Mieszkanie ich, to była dziura pod dachem z maluśkiemi okienkami; przez szyby wybite deszcz swobodnie lał do mieszkania. Wewnątrz siennik, na nim kobieta owinięta w starą firankę i mężczyzna ogłupiały, siedzący na ziemi i nie mający sił, by zamieść przynajmniej izdebkę.
— Oh! nieszczęśliwi, nieszczęśliwi! — powtarzała Helena — wzruszona do łez.
Nie o starego robotnika troszczył się pan Rambaud. Wziąłby go do siebie i znalazłby jakie zajęcie dla niego. Ale co zrobić z kobietą sparaliżowaną, której mąż nie śmiał pozostawić samą na chwilę, i którą trzeba było podnosić i kłaść jak tłomok; co z nią począć?
— Pomyślałem o pani — mówił dalej; — trzeba, żebyś się postarała natychmiast, by ją przyjęto w szpitalu... Byłbym poszedł wprost do pana Deberle, ale sądzę, że pani znając go bliżej łatwiej i prędzej dokonasz tego... Jeżeli tylko zechce zająć się tem, wszystko się da jutro jeszcze załatwić.
Joanna blada, wzruszona litością, słuchała uważnie. Złożyła ręce i szepnęła:
— O! mamo, bądź dobra, umieścić tą kobietę w szpitalu.
— Ale z pewnością! — rzekła Helena, co raz bardziej wzruszona. — Pomówię z doktorem jak tylko będę mogła, sam poczyni potrzebne kroki... Proszę o nazwisko i adres, panie Rambaud.
Pan Rambaud zrobił notatkę na stoliku. Potem wstając rzekł.
— Teraz jest trzydzieści pięć minut na trzecią. Możebyś pani mogła znaleść już doktora w domu.
Helena powstała także popatrzyła na zegar i podskoczyła prawie z przerażenia. Tak było w istocie, trzydzieści pięć minut na trzecią. Zaczęła się jąkać, tłumaczyć, że doktór musiał już wyjść z wizytami. Oczy jej nie schodziły z zegara. Tymczasem pan Rambaud, stojąc z kapeluszem w ręku, zatrzymywał ją, na nowo rozpowiadając historyę biedaków. Nieszczęśliwi wszystko sprzedali, piecyk swój nawet; całą zimę dnie i noce spędzali bez ognia.. W końcu grudnia cztery dni nic nie jedli. Helena wykrzyknęła boleśnie. Wskazówki posunęły się o pięć minut dalej Pan Rambaud jeszcze dwie minuty zabawił.
— A więc rzekł nareszcie — liczę na panią —
I pochylił się dla ucałowania Joanny:
— Do widzenia, moja droga.
— Do widzenia.. Bądź spokojny, mama nie zapomni, ja będę przypominała jej.
Kiedy Helena wróciła z przedpokoju, dokąd była przeprowadziła pana Rambaud, zegar wskazywał trzy kwadranse. Za kwadrans wszystko się skończy. Nieruchomie stojąc przed kominem, żywo wyobraziła sobie scenę, która miała się tam odegrać: Julia była w różowym pokoju, Henryk wchodził i znajdował ją. Znała pokój, z przerażającą dokładnością odtwarzała sobie wszystkie szczegóły jego. Poruszona bolesną historyą pana Rambaud, uczuła wielki dreszcz, co ją przebiegł od stóp do głowy. I w sercu jej podniósł się krzyk wielki. To co zrobiła, ten list napisany, ta haniebna denuncyacya, to była podłość. Teraz przy olśniewającem świetle sumienia własnego, pojęła to nagle. I to ona dopuścić się mogła takiej podłości! I przypomniała sobie, jak wrzucała do puszki list z odrętwiałością osoby, która patrzała na zły czyn, nie starając się przeszkodzić mu. Teraz budziła się jak gdyby ze snu. Co zaszło takiego? czego stała przed zegarem i śledziła bieg wskazówek jego1? I znowu upłynęły dwie minuty.
— Mamo — rzekła Joanna — jeźli chcesz, razem pójdziemy dziś wieczór do doktora... Przejdę się trochę. Duszno mi dzisiaj.
Helena nie słyszała. Jeszcze trzynaście minut. Nie mogła przecie pozwolić, by tak haniebna rzecz spełniła się W tem przebudzeniu dawnych pojęć o prawości górowała teraz gwałtowna chęć przeszkodzenia złemu. Trzeba przeszkodzić, inaczej żyć by nie mogła. I jak szalona wbiegła do pokoju swego.
— Ah! weźmiesz mię — zawołała Joanna radośnie. Pójdziemy zaraz do doktora, nieprawdaż mateczko?
— Nie, nie — odpowiedziała matka jej, szukając bucików i nachylając się po nie aż pod łóżko.
Nie znalazła ich; niedbale pomyślała sobie, że wyjść może w małych pokojowych trzewikach, które miała na sobie. Zaczęła przewracać w szafie, szukając szalu. Joanna zbliżyła się.
— To nie do doktora idziesz, mateczko? — rzekła z pieszczotliwą minką.
— Nie.
— Ale weź mię z sobą... Oh! weź z sobą, zrobisz mi taką przyjemność!
Nakoniec znalazła szal, zarzuciła go na ramiona. Mój Boże! dwanaście minut, tyle tylko, by przebiegnąć ulicę. Pójdzie tam, co zrobi, mniejsza o to, namyśli się w drodze.
— Mateczko, weź mię — prosiła Joanna głosem coraz cichszym i coraz tkliwszym.
— Nie mogę cię wziąć — rzekła Helena. — Idę tam, gdzie dzieci nie chodzą... Daj mi kapelusz mój.
Twarzyczka Joanny pobladła. Oczy jej pociemniały, głos stał się ostry.
— Gdzie idziesz? — spytała.
Matka nie odpowiedziała nic; zajęta była kapeluszem, który podwiązywała. Dziecię mówiło dalej:
— Zawsze teraz wychodzisz bezemnie... Wczoraj wychodziłaś; dzisiaj także, i teraz znowu wychodzisz. To nadto smutno, boję się tu sama... Oh! umrę, jeżeli mię zostawisz... Słyszysz, mateczko, umrę...
Tu łkając z bólu i gniewu, uczepiła się sukni Heleny.
— No, puść mię bądź rozsądna, zaraz wrócę — powtarzała matka.
— Nie! nie chcę... nie, nie chcę... — jąkało dziecię.
— Oh! nie kochasz mię już, inaczej wzięłabyś mię... Oh! czuję dobrze, że innych kochasz więcej niż mnie... Zabierz; mię, zabierz mię, albo będę leżała na ziemi, znajdziesz mnie na ziemi...
I małemi rękami swemi opasała nogi matki; płacząc, kryła twarz między fałdami jej sukni, czepiają; się jej, wieszając, by nie dopuścić do wyjścia. Wskazówki posuwały się, dziesięć minut tylko brakowało do trzeciej. Wówczas Helena pomyślała, że nigdy nie dojdzie na czas, i tracąc głowę, gwałtownie odepchnęła Joannę, wołając:
— Co za nieznośne dziecko! To prawdziwa tyrania!... Jeżeli będziesz płakała, to ja się rozprawię z tobą!
Wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Joanna, słaniając się, cofnęła do okna; zbladła, zdrętwiała, łzy jej zatrzymały się pod wpływem tego szorstkiego obejścia się. Wyciągnęła ręce ku drzwiom i dwa razy jeszcze zawołała: „Mamo! mamo! Upadła na krzesło; oczy miała rozszerzone, a twarzą wzburzoną na tę myśl zazdrosną, że matka ją oszukiwała.
Znalazłszy się na ulicy, Helena przyspieszyła kroku. Deszcz ustał; wielkie krople, spływając z rynien, ciężko spadały jej na ramiona. Miała namyślić się, ułożyć plan jakiś w drodze. Ale teraz chodziło jej o to już tylko, by przybyć na czas. Wszedłszy do pasażu wód zawahała się chwilę. Schody zamieniły się w potok; rynsztoki z ulicy Raynouard wystąpiły z brzegów i wpadały z szumem. Wzdłuż stopni, między ścieśnionemi ścianami bryzgała piana, ostra wierzchołki kamyków opłukane deszczem, migotały. Blade światło z zasłoniętego chmurami nieba oświecało pasaż z pomiędzy czarnych gałęzi drzewa. Zeszła zaledwie podnosząc suknię swą. Woda sięgała kostek jej, małe trzewiki omal nie ugrzęzły w kałużach. Wzdłuż pochyłości słyszała koło siebie wyraźny szept, podobny do szmeru strumyków,, płynących pod trawą w lasach.
Nagle znalazła się na schodach, przed drzwiami. Zadyszana, wzburzona, zatrzymała się tam. Potem przypomniała sobie, że lepiej zapukać do kuchni.
— Jakto, to pani! — rzekła matka Fétu.
Głos jej nie był już płaczliwy. Małe oczka świeciły się, wyraz uśmiechniętej usłużności drgał w tysiącznych zmarszczkach twarzy. Słuchając urywanych słów Heleny, śmiało już teraz klaskała w jej ręce. Helena dała jej dwadzieścia franków.
— Bóg ci to wynagrodzi! — wyjąkała matka Fétu przez przyzwczajenie. — Rób co chcesz, moja mała.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.