Kartka miłości/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


VII.

Pewnego wtorku. podczas obiadu Helena przerwała chwilową ciszę, mówiąc:
— Co za ulew#, słyszycie?... Biedni przyjaciele, przemokniecie dzisiaj.
— Oh! troszkę — szepnął ksiądz, którego stara sutana już była mokra na ramionach.
— Ja mam spory kawałek drogi przed sobą, ale wrócę pieszo; lubię taki czas.. Zresztą mam parasol.
Joanna zamyśliła się, poważnie spoglądając na ostatnią łyżeczkę swego makaronu. Wreszcie rzekła powoli.
— Rozalia mówiła, że nie przyjdziecie bo brzydki czas... Mama mówiła, że przyjdziecie... Jesteście bardzo grzeczni, przychodzicie zawsze.
Wszyscy się uśmiechnęli. Helena przyjaźnie kiwnęła głową dwom braciom. Ze dworu dochodził głuchy szum ulewy, i od czasu do czasu wicher wstrząsnął żaluzjami- Zdawało się, że zima wróciła Rozalia zasunęła firanki z czerwonego rypsu. Mała salsa jadalna, ze wszystkich stron zamknięta i oświecona spokojnem światłem białej lampy, staja się miłem, zacisznem schronieniem wśród łoskotu burzy. Spokojne światło odbijało się w porcelanie, stojącej na mahoniowem bufecie. Biesiadnicy, siedząc spokojnie naprzeciw nakrycia, wzorowo czystego, rozmawiali, nie śpiesząc się wcale i cierpliwie oczekując dania, które służąca wnosiła.
— Ach! państwo czekali, tem gorzej! — rzekła poufale Rozalia, wchodząc z półmiskiem, Jest to ryba przysmażona z bulką dla pana Rambaud, a smażyć trzeba dopiero przed samem podaniem.
Pan Rambaud udawał gastronoma, chcąc zabawić Joannę i zrobić przyjemność Rozalii, bardzo dumnej ze swoich kucharskich wiadomości Obrócił się więc do niej — pytając:
— No jakże, cóż nam dzisiaj dasz?... Zawsze przynosisz coś smacznego, kiedy mi się. już jeść nie chce.
— Oh! — odpowiedziała — trzy dania, jak zawsze; nic więcej... Po rybie będzie udziec barani i kapusta brukselska... Naprawdę nic więcej.
Pan Rambaud z ukosa spojrzał na Joannę Dziewczynka niezmiernie ubawiona, dusiła się ze śmiechu i potrząsała głową, jak gdyby mówiąc, że sługa kłamała. Wówczas i on klasnął językiem z miną powątpiewania, a Rozalja udała, że się gniewa.
— Nie wierzy mi pan — rzekła — dla tego, że panienka śmieje się... No, to dobrze, niechże pan temu wierzy i zachowa apetyt na to, czego nie będzie, a wróciwszy do domu będzie pan musiał zasiąść znowu do stołu.
Kiedy sługa wyszła, Joanna śmiejąc się jeszcze mocniej, ogromną miała chętkę do mówienia.
— Nadto łakomy jesteś — zaczęła; — ja byłam w kuchni...
Tu przerwała sobie.
— Ale nie, nie trzeba mu tego mówić, nieprawdaż marnot... Niema nic, zupełnie nic. Chciałam cię zwieść i dla tego się śmiałam.
Scena ta powtarzała się co wtorku, zawsze w jednakowem powodzeniem. Helenę rozczulała uprzejmość pana Rambaud, który podzielał tę zabawkę, bo wiedziała, że przez długi czas żył bardzo skromnie, prawdziwie po prowansalsku, zadawalniając się jednym serdelkiem i kilku oliwkami dziennie. Co do księdza Jouve, ten nigdy nie wiedział co je, często bardzo żartowano nawet z jego nieświadomości pod tym względem i z roztargnienia. Joanna śledziła go błyszcącemi oczyma. Kiedy wniesiono półmisek — rzekła zwracając się do księdza:
— Jaka to dobra ryba, witlinek!
— Bardzo dobra, kochaneczko — odpowiedział — Prawda, to witlinek; sądziłem, że to płaszcz.
I kiedy wszyscy zaczęli się śmiać, ksiądz naiwnie pytał, czego się śmieją. Rozalia, która nadeszła na to, zdawała się być obrażoną. Oh! ksiądz proboszcz w jej wsi znał się doskonale na tych rzeczach; krając tylko ptastwo, umiał oznaczyć wiek jego; nie potrzebował wchodzić do kuchni, po samym zapachu dowiadywał się, co będzie miał na obiad. Mój Boże! gdyby była służyła u takiego proboszcza jak ksiądz, nie umiałaby jajecznicy usmażyć. Słuchając tych wymówek, ksiądz tłumaczył się z miną zakłopotaną jak gdyby zupełny brak łakomstwa w naturze jego był wadą, z której nie miał już nawet nadziei poprawić się. Ale, naprawdę, za wiele innych kłopotów miał na głowie.
To nie udziec barani — rzekła Rozalia, stawiając półmisek na stole.
Wszyscy znowu zaczęli się śmiać, a naprzód sam ksiądz Jouve. Wyciągnął wielką swą głowę i mrugnął małemi oczkami.
— Tak z pewnością, to udziec barani. Sądzę, że poznałbym go.
Tego dnia zresztą ksiądz więcej jeszcze niż kiedy był roztargniony. Jadł prędko jak człowiek, który się nudzi u stołu i który u siebie jada stojąc; potem czekał na drugich; zamyślony, odpowiadał tylko uśmiechem. Co chwilę rzucał spojrzenie na brata, a w spojrzeniu tem była i zachęta i niepokój zarazem. Pan Rambaud także zdawał się być wzruszony; ale niepokój swój zdradzał jakąś potrzeby ciągłego mówienia i kręcenia się na krześle, co nie było zwyczajnem w jego charakterze, zamkniętym1 w sobie. Po kapuście brukselskiej nastąpiła cisza; Rozalja opóźniła się z przyniesianiem deseru. Na dworze ulewa gwałtownie wzmogła się, woda zdawała się opłukiwać dom cały. W jadalnej sali zaczęły być duszno. Helena uczuła także jakąś zmianę Iw powietrzu wiszącą, jakieś coś między dwoma braćmi, czego nie mówili przed nią. Spojrzała na nich z wyrazem troskliwo, ci i szepnęła.
— Mój Boże! co za straszny deszcz!... Nieprawdaż? to na was działaj, obaj zdajecie się być cierpiący.
Zaprzeczyli temu, zapewniając ją, że nic im nie było. W tej chwili Rozalja weszła niosąc ogromny półmisek, i pan Rambaud chcąc pokryć wzruszenie swoje, zawołał:
— Czy nie mówiłem? znowu niespodzianka!
Niespodzianką dnia tego był krem z wanilią, jeden z tryumfów kucharki. To też trzeba było widzieć jej szeroki i niemy uśmiech, z jakim postawiła go na stole. Joanna klaskała w ręce powtarzając:
— Wiedziałam o tem, wiedziałam!.. W kuchni widziałam jaja.
— Ale mnie się już jeść nie chcę? wołał pan Rambaud z miną zrozpaczoną. — Nie mogę już jeść.
Rozalja zasępiła się, tłumiąc w sobie gniew. Z miną pełną godności, rzekła tylko:
— Jakto! krem, który zrobiłam dla panów!... Dobrze, sprobójcie nie jeść... Tak, sprobójcie...
Pan Rambaud musiał ustąpić i wziął sporą ilość kremu. Ksiądz wciąż był roztargniony. Zwinął serwetę i wstał przed końcem deseru, jak mu się to często zdarzało. Chwilę jakąś chodził po pokoju ze spuszczoną głową; potem, kiedy Helena powstała od stołu, rzucił wzrokiem porozumienia na pana Rambaud i uprowadził młodą kobietę do je sypialnego pokoju. Przez drzwi otwarte natychmiast dały się słyszeć ich głosy, chociaż słów rozróżnić nie można było.
— Spiesz się — mówiła Joanna do pana Rambaud, który zdawał się nie módz dokończyć biszkopcika. — Chcę ci pokazać moją robotę.
Ale on się nie spieszył. Kiedy jednak Rozalja zaczęła sprzątać ze stołu, musiał powstać także.
— Poczekajże, poczekaj — mówił, kiedy dziecię chciało go pociągnąć do pokoju.
I usuwał się ode drzwi, jak gdyby przestraszony i zakłopotany. A kiedy w tej chwili ksiądz podniósł głos, zrobiło mu się tak słabo, że musiał znowu usiąść przed stołem. Wyjął z kieszeni dziennik.
— Zrobię ci wózek — rzekł.
Tu już Joanna przestała naglić, by szedł do pokoju. Pan Rambaud zachwycał ją zwykle sztuką, z jaką tworzył z jednego arkusza papieru tysiące zabawek. Robił łódki, wózki, biskupie infuły, klatki. Ale teraz palce jego trzęsły się składając papier i nie mogły jakoś podołać temu. Za najmniejszym szelestem, wychodzącym z przyległego pokoju spuszczał głowę. Joanna ogromnie zajęta, oparła się o stół i pochyliła nad nim.
— Potem zrobisz konia — rzekła — i zaprzęgniemy go do wózka.
W pokoju ksiądz Jouve stał w półcieniu, który zasłona lampy rzucała dokoła. Helena siedziała na zwykłem swem miejscu, przed stołem, a że wtorkowi goście nie zawadzali jej przy robocie, więc też i teraz szyła czepeczek dziecinny; w kole żywego światła, które padało od lampy, widać było bezustanne poruszenie białych jej rąk.
— Joanna już ci nie sprawia żadnego niepokoju — zapytał ksiądz.
Potrzęsła głową, zanim odpowiedziała.
— Doktór Deberle zdawał się być zupełnie spokojny — rzekła. — Ale małe biedactwo jest jeszcze bardzo zdenerwowane... Wczoraj znalazłam ją na krześle leżącą bez czucia:
— Brak jej ruchu — odrzekł ksiądz — Nadto się odosabniasz i nie żyjesz jak wszyscy.
Zamilkł, nastała cisza. Musiał znaleść drogę, której szukał; ale chciał się namyśleć, zanim przemówił. Wziął krzesło, usiadł obok Heleny i rzekł:
Posłuchaj moja córko, oddawna już chcę się rozmówić z tobą... Życie, jakie tu prowadzisz, nie jest dobre. W twoim wieku nie można się tak zamykać; tak dla dziecięcia twego, jak i dla ciebie samej, odosobnienie takie złem jest... Niebezpicznem tak dla zdrowia, jak i dla innych jeszcze względów...
Helena podniosła głowę, w oczach jej był wyraz zdziwienia.
— Co chcesz powiedzieć przez to, mój przyjacielu? — spytała.
Mój Boże! mało znam świat — mówił dalej ksiądz z lekkiem zakłopotaniem — wiem jednak, że kobieta jest w nim bardzo narażona, jesteś nadto sama, i samotność w jakiej żyjesz nie jest zdrowa, wierz mi. Przyjdzie kiedyś dzień, a sama będziesz cierpiała nad tem.
— Ale ja się nie uskarżam, bardzo mi dobrze tak, jak jest! — zawołała z pewną żywością.
Stary ksiądz powoli potrząsł wielką swą głową.
Zapewne, bardzo to przyjemne. Czujesz się zupełnie szczęśliwą, rozumiem bardzo dobrze. Ale po tej drodze samotności i marzeń, człowiek sam nie wie, gdzie dojdzie... Oh, znam cię, wiem, że nie możesz zbłądzić... Mogłoby kiedyś stać się zapóźno i miejsce, które teraz w sobie i koło siebie zostawiasz pustem, mogłoby zająć jakieś uczucie bolesne, którego byś wyznać nie chciała już łub nie mogła.
Na twarz Heleny wystąpił rumieniec. A więc ksiądz czytał w jej sercu? A więc spostrzegł ten niepokój co wzmagał się w jej łonie, to wewnętrzne wzburzenie, które napełniało jej życie teraz, a którego źródła sama dotąd nie chciała dochodzić? Robota upadła jej na kolana. Jakaś niemoc ogarniała ją: spodziewała się, że ksiądz weźmie udział w tem badaniu, że pozwoli jej wyznać głośno i określić wyraźnie to, co nieokreślone jeszcze spoczywało w jej duszy. Ponieważ wiedział o wszystkiem, mógł ją pytać, będzie starała się odpowiedzieć mu.
— Składam losy moje w wasze ręce, przyjacielu — szepnęła. — Wiecie, żem wam zawsze była posłuszna.
Kapłan milczał przez chwilę, potem powoli, poważnie wyrzekł:
— Moja córko, trzeba, byś wyszła za mąż.
Helena oniemiała ze zdziwienia, w jakie ją wprawiły te słowa Z opuszczonemi rękami czekała, co dalej powie, nie rozumiała go. Tymczasem ksiądz mówił dalej, usiłując dowodami skłonić ją do małżeństwa.
— Pamiętaj, żeś młoda jeszcze... Nie możesz tak żyć dalej w tym zakątku Paryża, nie śmiejąc prawie wyjść z domu i nie znając wcale życia. Trzeba, byś wróciła do zwyczajnego życia, bo inaczej gorzko pożałujesz kiedyś tego osamotnienia twego... Sama nie spostrzegasz wpływu, jaki wywiera już na tobie to zamknięcie się w sobie; ale przyjaciele twoi widzą twoją bladość i niepokoją się o ciebie.
Za każdym słowem zatrzymywał się, spodziewając się, że mu przerwie, i że będzie roztrząsała podany projekt. Ale nie, siedziała niema, jak gdyby skamieniała ze zdziwienia.
— Zapewne, masz dziecię — mówił jeszcze. — To zawsze trochę utrudnia rzecz... Ale przyznaj się sama, że nawet dla Joanny twojej ręka męska bardzo użyteczna byłaby... Oh, wiem, że trzebaby na to największej dobrci. coby był prawdziwym ojcem...
Nie dała mu dokończyć. Nagle i z nadzwyczajnym wstrętem przemówiła, buntując się.
— Nie, nie, nie chcę... Co mi radzisz przyjacielu!... Nigdy, rozumiesz, nigdy!
Oburzyła się cała, a zarazem przestraszyła gwałtowności swej. — Wniosek księdza oświecił ten ciemny zakątek jej serca, w którym dotąd czytać nie śmiała; a ból, który uczuła przytem, wskazywał jej, jak głębokie korzenie zapuściło już w niem uczucie.
Pod jasnem, uśmiechniętem wejrzeniem starego kapłana zaczęła się bronić.
— Ależ ja nie chcę! ja nie kocham nikogo!
Lecz widząc wzrok jego wciąż w nią utkwiony, sądziła, że z twarzy jej wyczytuje kłamstwo; zaczerwieniła się i wyjąkała:
— Parę tygodni temu zaledwie zrzuciłam żałobę.. Nie, to nie podobna...
— Moja córko — rzekł ksiądz spokojnie — długo myślałem, zanim przemówiłem. Sądzę, że od tego zależy szczęście twoje... Uspokój się. Zrobisz tak, jak ci się będzie podobało.
Rozmowa urwała się. Helena usiłowała powstrzymać się od zarzutów, które tłumnie cisnęły się jej na usta. Wzięła znowu robótkę w ręce i z pochyloną głową zrobiła w niej kilka ściegów. Wtem wśród ciszy dał się słyszeć z sali jadalnej cienki głosik Joanny:
— Trzeba konika do wózka... — Czyż nie umiesz robić koni?
— Oh, nie. Koni, to za trudno — odpowiedział pan, Rambaud. — Ale, jeżeli chcesz nauczę cię robić wozy.
Na tem się zwykle kończyła zabawa. Joanna z największą uwagą patrzyła, jak jej kochany składał papier w mnóstwo drobniutkich kwadracików; potem sama próbowała; nie udawało się jej, tupała wówczas nóżką. Łódki i infuły biskupie umiała już jednak robić.
— Patrz — powtarzał cierpliwie pan Rambaud, najprzód zrobisz cztery rogi tak, potem odwrócisz.
Od chwili już słuchał z natężeniom, musiał pochwycić słów kilka, które dochodziły z sąsiedniego pokoju, biedne ręce jego trzęsły się coraz bardziej, a język się plątał, że połykał połowę słów, które mówił.
Helena, która się nie mogła uspokoić, wróciła do rozmowy.
— Wyjść za mąż i za kogo? — nagle spytała księdze kładąc robotę na stole. — Macie kogoś na myśli nieprawdaż?
Ksiądz Jouve powstał był i zwolna chodził po pokoju. Nie zatrzymując się, zrobił głową znak twierdzący.
— A więc! proszę mi wymienić osobę — rzekła.
Na chwilę stanął przed nią i potem lekko wzruszy?; ramionami i szepnął:
— Po co! — odmawiasz przecie?
— Mniejsza o to, chcę wiedzieć; nie mogę nic postanowić, jeżeli nie będę wiedziała.
Nie odpowiedział zaraz, i stojąc przed nią, patrzał na nią tylko. Smutny trochę uśmiech przemknął mu po ustach.. Prawie po cichu rzekł:
— Jakto! nie domyśliłaś się?
Nie, nie domyśliła się. — Pytała i dziwiła się. Ksiądz ruchem głowy wskazywał tylko na salę jadalną.
— On?!... — zawołała, tłumiąc głos.
I zamyśliła się. Nie zaprzeczała już teraz gwałtownie. Na twarzy jej tylko był wyraz zadziwienia i troski. Długo siedziała zamyślona z oczami spuszczonemi. Nie, z pewnością, nigdyby nie była odgadła; a jednak żadnego zarzutu już teraz zrobić nie mogła. Pan Rambaud był jedynym człowiekiem, w którego rękę złożyłaby uczciwie i bez żadnej obawy dłoń swoją. Znała dobroć jego i nie śmiała się wcale z mieszczańskiej jego niezgrabności. Pomimo jednak wielkiej przyjaźni, jaką dla niego czuła, sama myśl, że ją kocha, przeszywała ją mrozem.
Tymczasem ksiądz znowu zaczął chodzić po pokoju; mijając drzwi, prowadzące do sali jadalnej, zatrzymał się, przy nich i przywołał zcicha Helenę.
— Chodź, zobacz.
Pan Rambaud usadowił Joannę na swoim krześle. Najprzód oparł się o stół, potem usunął do nóg dziewczynki. Ukląkł przed nią i jednem ramieniem swojem objął ją. Na stole leżał wózek, łódki, pudełka, czapki biskupie.
— A więc, kochasz mię bardzo? — mówił — powtórz, że mię bardzo kochasz.
— Ależ tak, kocham cię bardzo, wiesz o tem.
Wahał się i drżał, jak gdyby mił na myśli oświadczenie miłosne.
— A gdybym chciał pozostać tutaj na zawsze, z tobą cóżbyś powiedziała na to?
— O, byłabym rada; bawilibyśmy się razem, nieprawdaż? to byłoby ślicznie?
— Na zawsze, rozumiesz, pozostałbym na zawsze Joanna trzymała w ręku jedną z łódek i chciała ją przerobić na kapelusz żandarma. Przerabiając paluszkami szeptała.
— Tak! ale trzeba, żeby mama pozwoliła na to.
Ta odpowiedź wróciła mu cały niepokój. Los jego rozstrzygał się.
— Zapewne — rzekł. Ale jeżeliby mama pozwoliła, ty nie powiesz nic, nieprawdaż?
Joanna, która kończyła kapelusz żandarma, zachwycona nim, zaczęła śpiewać po swojemu tak, tak, tak... Zobacz jaki śliczny kapelusz
Pan Ramaaud, rozczulony do łez, wyprostował się i uścisnął ją; Joanna zarzuciła mu ręce na szyję. Bratui polecił prosić Helenę, a sam starał się uzyskać zezwolenie Joanny.
— Widzisz — rzekł ksiądz, uśmiechając się; — dziecię zgadza się chętnie.
Helena nie spierała się już — rozmyślała. Ksiądz wrócił do przedmiotu i wychwalał zalety pana Rambaud. Czyż nie byłby to prawdziwy ojciec dla Joanny? Znała go przecie i powierzając mu siebie, liczyłaby na pewność a nie na przypadek. Helena milczała, wówczas ksiądz z wielkiem wzruszeniem a zarazem godnością |dodał, że jeżeli podjął się tego polecenia, to wcale nie przez wzgląd na swego brata, ale na jej szczęście.
— Wierzę wam, wiem, jak mię kochacie — żywo przerwała mu wówczas Helena. — Zaraz, przy was, odpowiem, waszemu bratu.
Dziesiąta biła. Pan Rambaud wszedł do sypialnego pokoju. Helena podeszła ku niemu i wyciągając do niego rękę, rzekła:
— Dziękuje ci, przyjacielu, za twoją propozycję, i bardzo ci wdzięczna jestem. Dobrześ zrobił, żeś powiedział...
Patrzyła na niego spokojnie i wielką rękę jego zatrzymała w swej dłoni. On, drżąc cały, nie śmiał podnieść oczu.
— Ale potrzebuję się namyśleć — mówiła dalej. — Może nawet wiele czasu będę potrzebowała na to.
— O, ile zechcesz, pół roku, rok i więcej, — wyjąka szczęśliwy, że go natychmiast nie wygania od siebie.
Ona lekko się uśmiechnęła.
— Ale musimy i nadal pozostać przyjaciółmi. Będziesz przychodził jak zawsze; tylko musisz mi obiecać, że nie pierwej wspomnisz o tem, aż ja sama zacznę mówić... Czy zgoda?
Usunął rękę swą i gorączkowo począł szukać kapelusza, na wszystko przystając kiwnięciem głowy tylko. Dopiero jak miał wychodzić, odzyskał mowę.
— Posłuchaj — szepnął — teraz wiesz już, że zawsze jestem na rozkazy twoje, nieprawdaż? A więc powiedz sobie, że bądź co bądź zawsze pozostanę tem, czem jestem, Ksiądz to tylko powinien był wytłomaczyć ci... Za dziesięć, lat, jeżeli zechcesz, dasz znak tylko, a usłucham cię.
Teraz on sam już wziął rękę Heleny i uścisnął ją tak, że ledwie nie zgniótł. Na schodach bracia obrócili się jak zawsze, mówiąc:
— Do wtorku.
— Tak, do wtorku — odpowiedziała młoda kobieta.
Kiedy weszła do pokoju, szum ulewy, która uderzała — o żaluzję, zmartwił ją bardzo. Mój Boże! co za deszcz, jakże oni zmokną! Otworzyła okno i spojrzała na ulicę. Gazowy płomień latarni drżał i poruszał się silnie od nagłych uderzeń wichru. Wśród strumieni deszczu ujrzała zaokrąglone plecy pana Rambaud, który szedł szczęśliwy, tańcząc w ciemności i nie dbając wcale o ulewę.
Joanna posłyszawszy ostatnie słowa swego kochanego, spoważniała nagle. Po wyjściu braci rozebrała się; zdjęła była właśnie buciczki swoje i siedząc w koszulce na brzegu łyżeczka, głęboko zamyśliła się, kiedy Helena wesoła na to i znalazła ją w takiej postawi.
— Dobrej nocy, Joanno. Pocałuj mię.
Dziecię zdawało się nie słyszeć; Helena pochyliła się przed nią i objęła ją w pół. I spytała półgłosem.
— Rada byłabyś, żeby mieszkał z nami?
Joanna nie okazała zdziwienia. Musiała właśnie myśleć o tem. Powoli potwierdziła głową.
— Ale wiesz — mówiła dalej m3tka — byłby tu zaważę: w nocy, we dnie, u stołu, wszędzie.
Wyraz niepokoju wzmagał się w błyszczących oczach dziewczynki. Oparła twarzyczkę o ramię matki, ucałowała jej szyję i drżąc cała, spytała na ucho:
— Mamo, czy on by cię całował?
Różowa łuna pokryła czoło Heleny. Zrazu nie wiedziała, co ma odpowiedzieć na to pytanie dziecięce. Wreszcie wyszeptała:
— Byłby, jak twój ojciec, kochanko.
Małe rączki Joanny wyprężyły się; gwałtownem wybuchła łkaniem, które przerywała, jąkając:
— O, nie chcę..., O, mamo, proszę cię, powiedz mu, że nie chcę, idź mu powiedz, że ja nie chcę...
Rzuciła się na pierś matki, oblewając ją łzami i pocałunkami obsypała. Helena starała się uspokoić ją, powtarzając, że to się da załatwić. Ąle Joanna pragnęła stanowczej odpowiedzi.
— Powiedz, że nie, mateczko, powiedz: nie... Widzisz, że inaczej umrę... Nigdy! nieprawdaż? nigdy
— Dobrze! niech będzie: nie, obiecuję ci; bądź-że, grzeczna, połóż się.
Czas jakiś jeszcze dziewczynka, milcząca i wzruszona, ściskała ją raczkami, jak gdyby nie mogąc się oderwać od niej i broniąc od tych, którzy chcieli ją zabrać. Nakoniec Helena położyła ją; ale część nocy musiała czuwać przy niej. Rzucała się we śnie i co pół godziny otwierała oczy chcąc się zapewnić, czy matka przy niej, potem zasypiała, przyciskając usta do jej ręki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.