Kartka miłości/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


VI.

Jednego rana Helena układała książki w biblioteczce swojej, którą przerzucała od dni kilku, kiedy Joanna wbiegła skacząc i klaskając w ręce.
— Mamo! — zawołała — żołnierz! żołnierz!
— Co? żołnierz? — rzekła młoda kobieta. — Czego chcesz, z tym twoim żołnierzem?
Ale dziecię było w jednym ze swoich napadów szalonej wesołości; skakała coraz mocniej powtarzając: „Żołnierz! żołnierz!“ i nie tłumacząc się wcale. Helena podniosła się i przez drzwi, które Joanna zostawiła otwarte, ze zdziwieniem ujrzała żołnierza w przedpokoju. Rozalja wyszła była a Joanna musiała się bawić w sieni, pomimo wyraźnego nakazu matki.
— Czego chcesz, mój przyjacielu? — spytała Helena.
Żołnierz, zmieszany widokiem tak pięknej i tak białej pani, w rannym, ozdobionym koronkami ubiorze, pocierał nogą o posadzkę, kłaniał się i pośpiesznie jąkał:
— Przepraszam... przepraszam...
I na nic więcej nie mógł się zdobyć; suwając wciąż nogami cofał się aż do ściany. Dostawszy się tutaj i nie mogąc już dalej posunąć się stanął, a widząc, że pan uśmiechając się, czeka na odpowiedź, żywo sięgnął do kieszeni prawej i wyciągnął z niej niebieską chustkę, nóż i kawałek chleba. Na każdy z tych przedmiotów popatrzał a potem wetknął na powrót. Następnie, przeszedł do lewej, kieszeni; tu był kawałek sznurka dwa gwoździe zardzewiałe i obrazki, obwinięte w kawałek dziennika. Wszystko to wepchnął nazad i z miną niespokojną zaczął uderzać się po biodrach. I z nieśmiałością jąkał:
Przepraszam... przepraszam...
Nagle przytknął palec do nosa i szeroko zaśmiał się Głupiec! przypomniał sobie. Odpiął dwa guziki surduta swego i przetrząsnął kieszeń, na piersiach będącą, do której wsunął ręce aż po łokieć. Nakoniec, wyjął list, który mocno strząsnął, jak gdyby z kurzu i podał go Helenie.
— List do mnie, jesteś tego pewny? — rzekła ta ostatnia.
Na kopercie było wypisane jej imię i adres wielkiem chłopskiem pismem. Dziwna ortografja i nadzwyczajne zwroty listu czyniły go dość niezrozumiałym; pojąwszy nareszcie o co w nim chodzi, Helena uśmiechnęła się znowu. Był to list od ciotki Rozalii; przysyła jej Zefiryna Lacour, na którego los padł „pomimo dwóch mszy, odprawionych przez księdza proboszcza“. A zatem, ponieważ Zefiryn jest narzeczonym Rozalii, prosi przeto panią, by pozwoliła dzieciom widywać się w niedzielę. Do prośby tej wracała wciąż, na wszystkich trzech stronicach i zawsze w tych samych wyrazach, tylko coraz bardziej zawikłanych, usiłując koniecznie wypowiedzieć coś, co jeszcze zostało niedomówionem. Wreszcie, zanim się podpisała, trafiła odrazu niby na to o co jej chodziło, i napisała: „ksiądz proboszcz pozwala“ i szeroką kresę zrobiła piórem wśród mnóstwa kleksów.
Helena powoli złożyła list. Sylabizując go, dwa czy trzy razy podniosła głowę i rzuciła okiem na żołnierza. Przyklejony jak do muru, poruszał ustami i, lekko kiwając głową, zdawał się potwierdzać każdy wyraz; musiał umieć list cały na pamięć.
— A za tem, nazywasz się Zefiryn Lacour? — rzekła.
Zaczął się śmiać i potrząsnął głową.
— Wejdź tutaj, mój przyjacielu; nie stój tam.
Ośmielił się wejść, ale stanął przy drzwiach; Helena usiadła. W niezbyt jasnym przedpokoju nie przypatrzyła mu się dobrze. Wzrostem musiał być zupełnie równy Rozalii; gdyby o jeden centymetr mniej, toby go nie przyjęto do wojska. Miał włosy rude, bardzo nisko ostrzyżone, brodę gładziutką, twarz zupełnie okrągła, jak gdyby przyprószoną otrębami, i małe oczka jak świderki. Nowy surdut, który miał na sobie, za wielki na niego, jeszcze bardziej zaokrąglał jego figurkę. Szeroko rozstawił nogi, okryte czerwonemi spodniami i machał czapeczką o szerokim daszku, którą trzymał w ręku. Głupowata mina poczciwego człowieka, pod mundurem którego czuć było rolnika, śmieszyła, ale i rozczulała zarazem.
Helena chciała coś więcej dowiedzieć się od niego.
— Opuściłeś Beance ośm dni temu?
— Tak, pani.
— I oto jesteś w Paryżu. Nie gniewasz się o to?
— Nie, pani.
Ośmielał się i spoglądał po pokoju; obicia z niebieskiego aksamitu wielkie wrażenie sprawiały na nim.
— Rozalii niema — rzekła Helena; ale wróci zaraz... Jej ciotka pisze mi, że jesteś jej narzeczonym.
Żołnierz nie odpowiedział nic; spuścił głowę, śmiejąc się niezręcznie, i końcem nogi zaczął pocierać dywan.
— A zatem masz ją zaślubić, jak tylko wyjdziesz ze służby? — mówiła dalej młoda kobieta.
— Z pewnością — rzekł mocno czerwieniejąc się — z największą pewnością, to obiecane...
I ujęty uprzejmym wyrazem pani obracając kepi między palcami, ośmielił się mówić dalej.
— Och! dawno temu... kiedyśmy byli oboje mali, chodzillśmy na owoce. Niemało kijów dostało się nam, co to, to prawda... Trzeba pani wiedzieć, że Lacour’owie i Pichon’owie mieszkali na tej samej ulicy, tuż koło siebie. A zatem, nieprawdaż? Rozalia i ja, to tak, jak gdybyśmy się przy jednej misce wychowali.. Potem, wszyscy jej wymarli. Ciotka Małgorzata wzięła ją na swój Chleb. Ale ona filutka piorunem już wówczas wszystko robiła..
Zatrzymał się, czując, że się zapala, i głosem niepewnym zapytał:
— Może ona już to wszystko opowiadała?
— Tak, ale to nic — mów dalej — odpowiedziała Helena, którą to bawiło.
— Jednem słowem — opowiadał — była silna co się zowie, chociaż nie większa od skowronka; trzeba było widzieć, jak u niej robota szła! Pewnego razu, jednego z moich znajomych palnęła, ale palnęła! ho! ho! Cały tydzień miał siną rękę. I ot tak to jakoś przyszło do tego. Wszyscy tam u nas żenili nas. No, i mając lat dziesięć umówiliśmy się.. I umowa stoi, pani, stoi...
Położył rękę na sercu, rozszerzając palce. Helena spoważniała, słuchając go. Myśl wpuszczenia żołnierza do kuchni swojej, niepokoiła ją. Mógł ksiądz proboszcz zezwalać na to, ale jej się to trochę za śmiałem wydawało. Na wsi panuje zupełna swoboda kochankowie nie widzą żadnych przed sobą przeszkód. Wyraziła więc swoje obawy. Kiedy Zefiryn zrozumiał ją, o mało nie pękł ze śmiechu, ale przez szacunek powstrzymywał się.
— Oh! pani, oh! pani... Widać, że ją pan! nie zna. Coż już ja od niej miałem! ho, ho! Nie lubi żartów! Mój Boże! chłopcy lubią się pobawić, ale ona paf! pali prosto w ucho! To ją ciotka nauczyła tego, nieraz jej mówiła: „Bądź ostrożna z chłopcami, to nie daje szczęścia.“ A do tego ksiądz proboszcz coś tam dorzucił jeszcze, i może dla tego przyjaźń nasza wytrwała dotąd... Mieliśmy się pobrać zaraz po ciągnieniu Jasów. Ale bywaj zdrów! wszystko źle poszło. Rozalja powiedziała, że pójdzie na służbę do Paryża i, czekając na mnie, będzie sobie składała posag... I oto wszystko oto wszystko...
Przestępował z nogi na nogę, przekładając kepi z jednej ręki w drugą. Helena milczała — jemu się zdawało wówczas, że wątpi o wierności jego. To go mocno dotknęło.
— Może pani myśli, że ja ją oszukam — zawołał z ogniem. — Kiedy mówię pani, żeśmy sobie przysięgli! Ożenię się z nią, to tak pewne jak to, że teraz dzień... Gotów jestem podpisać to... Tak, jeżeli pani chce, zaraz podpiszę na papierze...
Mówił to z wielkim wzruszeniem. Zaczął chodzić po pokoju, oczami szukając papieru i pióra. Helena usiłowała uspokoić go. On powtarzał:
— Wolałbym podpisać papier... Co to pani szkodzi? byłaby pani spokojniejsza potem.
Ale w tejże chwili Joanna, która była znowu znikła, wbiegła, tańcząc i klaskając w dłonie.
— Rozalja! Rozalja! Rozalja! — śpiewała na skaczącą nutę, tańcząc i klaskając w ręce.
W istocie, przez drzwi otwarte słychać było sapiący oddech służącej, która wracała z miasta, z pełnym koszem. Zefiryn cofnął się w róg pokoju; śmiał się cicho, a usta jego rozszerzyły się od ucha do ucha; w małych, świdrujących oczkach świeciła złośliwość chłopska. Rozalja weszła wprosi do pokoju; stało się to już u niej poufałym zwyczajem, że co rano przynosiła do pani dla pokazania zakupione zapasy.
— Pani — rzekła — kupiłam kalafiory... Proszę zobaczyć!... Ośmnaście susów za dwa, to nie drogo...
I pokazywała na wpół otwarty koszyk, kiedy podnosząc głowę, ujrzała Zefiryna, stojącego z drwiącą miną. Osłupiała ze zdziwienia. Dwie lub trzy sekundy upłynęły, zanim go poznała pod mundurem. Okrągłe jej oczka rozszerzyły się mała, tłusta twarzyczka zbladła; a twarde, czarne włosy poruszyły się.
— Och! — rzekła tylko.
I ze zdziwienia upuściła z rąk swój kosz. Wszystko się z niego posypało: kalafiory, cebule, jabłka i t. d. Joanna zachwycona, wydała okrzyk i rzuciła się na ziemię, na środek pokoju, uganiając się za jabłkami i szukając ich pod fotelami i pod szafą. Tymczasem, Rozalja jak gdyby sparaliżowana. nie ruszała się z miejsca i powtarzała tylko:
— Jakto! to ty!... Co tu robisz, powiedz? co tu robisz?
Odwróciła się do Heleny — i zapytała:
— To pani wpuściła go tutaj?
Zefiryn nie mówił nic, żartobliwie tylko mrugał oczami. Łzy rozczulenia zabłysły w oczach Rozalii: dla okazania mu radości swojej, że go widzi, zaczęła szydzić z niego; na nic lepszego nie potrafiła się zdobyć.
— Patrzcie! — rzekła zbliżając się — jaki on ładny, jaki zgrabny w tem ubraniu!... Mogłabym była przejść tuż koło ciebie i nie powiedziałabym nawet: niech będzie pochwalony!... Jak ty wyglądasz! Jak gdybyś miał budę na plecach. A jak ślicznie ogolili ci głowę; jesteś teraz zupełnie podobny do pudła zakrystjana.. — Boże miłosierny! jakiś ty brzydki, jakiś brzydki!
Mocno zadraśnięty, Zefiryn nareszcie otworzył usta.
— To nie moja wina przecież... Gdyby ciebie posiano do pułku, zobaczylibyśmy jakby to było.
Oboje zapomnieli zupełnie, gdzie się znajdowali; ani też widzieli Heleny i Joanny, która wciąż zbierała jeszcze jabłka. Rozalia stanęła wprost naprzeciw żołnierza, z rękami na piersiach.
— A więc, wszystko u nas dobrze?
— A tak, tylko krowa Gniguard’ów zachorowała. Sprowadzili konowała i ten powiedział, że u niej w środku woda.
— Jeżeli w środku woda, to już po wszystkiem... A zresztą, wszystko dobrze?
— Tak, tak, pastuch tylko złamał sobie rękę... Ojciec Cemire umarł... Ksiądz proboszcz, wracając z Grandral‘u zgubił woreczek, w którym było trzydzieści susów... Zresztą wszystko dobrze.
Zamilkli oboje. Błyszczącemi oczami patrzyli na siebie, lekko poruszając zaciśniętemi ustami. Musiał to być ich sposób całowania się, bo przy powitaniu nie podali byli sobie nawet rąk. Nagle Rozalia otrzęsła się z tego zapomnienia i zaczęła utyskiwać nad rozsypanemi jarzynami. Śliczny porządek! i to wszystko z jego łaski! Pani powinna była kazać mu zaczekać na schodach. I tak gderząc, pochylnia, się, zbierała rozsypane po podłodze jabłka, cebulę, kalafiory i wkładała je na powrót do kosza, co mocno gniewało Joannę, która nie chciała, by jej w tem pomagano. Kiedy wychodziła już do kuchni, nie patrząc więcej na Zefiryna. Helena, przejednana spokojnem zachowaniem się narzeczonych, zatrzymała ją — mówiąc:
— Posłuchaj, moja kochana, ciotka twoja prosi mnie bym pozwoliła temu chłopcu przychodzić do ciebie w niedzielę. — Przyjdzie zatem po południu, ale staraj się by służba nie bardzo ucierpiała na tem.
Rozalja zatrzymała się i głowę tylko odwróciła. Bardzo była zadowolona, pomimo to jednak miała minę nadąsaną.
— O! pani, będzie mi on przeszkadzał! — zawołała.
I przez ramię spojrzała na Zefiryna i znowu z wyrazem czułości poruszyła ustami. Żołnierz stał nieruchomy przez chwilę, wciąż śmiejąc się cicho. Wreszcie wyszedł, cofając się w tył, a zarazem dziękując i przyciskając swą kepi do serca. Drzwi były już zamknięte, a on jeszcze się kłaniał na schodach.
— Mamo, to brat Rozalji? — spytała Joanna.
Pytanie to zakłopotało Helenę, i zaraz pożałowała pozwolenia, które dała w niespodzianym przystępie dobroci, a teraz temu się dziwiła. Milczała chwil kilka — wreszcie rzekła:
— Nie. to jej kuzyn.
— Ah! rzekło dziecię poważnie.
Kuchnia Rozalji wychodziła na ogród doktora Deberle i zwrócona była na samo południe. Latem gałęzie wiązów wchodziły przez bardzo szerokie okno. Najweselszy to był pokój z całego mieszkania i tak mocno oświecony, że Rozalja musiała nawet zawiesić firankę z niebieskiego perkalu i zasłaniała nią okno po południu. Skarżyła się tylko na to, że kuchnia za mała i długa jak kiszka; piec był po prawej stronie, stół i bufet po lewej. Ale tak dobrze poustawiała kuchenna naczynia i meble, że przy oknie urządzić, mogła mały kącik, gdzie pracowała wieczorem. Dumę swą zakładała na utrzymaniu w nadzwyczajnej czystości rądlów, samowarów, blatów. Toteż, kiedy słońce weszło do kuchni mury jaśniały; mosiądz sypał złociste iskry, blacha świeciła jak srebro, tylko niebieskie i białe kafle pieca łagodną swą barwą gasiły ten pożar. Następnej soboty Helena usłyszała taki stuk w kuchni, że poszła zobaczyć, co się tam dzieje.
— Co to jest; spytała — bijesz się z meblami?
— Myję. proszę pani — odrzekła Rozalja rozczochrana i cała spocona. Przykucnąwszy na ziemi, małemi swemi rękami z całych sił szorowała podłogę.
Skończyła — wytarła. Nigdy kuchnia nie była tak piękna. Panna młoda mogłaby była tu spać, wszystko tu było białe jak do ślubu. Stół i bufet zdawały się być wyheblowane na nowo, tak je wygłądała palcami swemi. A jaki porządek panował wszędzie! rądle i garczki zawieszone rzędem, podług wielkości swej, wszystko na swojem miejscu, nawet patelnia i ruszt, na którym nie było ani jednej plamki sadzy. Helena, milcząc, postała chwilkę; potem uśmiechnęła się i wyszła.
Odtąd każdej soboty powtarzało się to samo; cztery godziny z rzędu przepędzone w kurzu i w wodzie. Rozalja chciała pokazać Zefirynowi w niedzielę, jak jest czystą i porządną. Tego dnia przyjmowała u siebie. Byłaby się wstydziła, gdyby znaleziono u niej choć jedną pajęczynę. Kiedy wszystko już błyszczało dokoła niej, wówczas była wesoła i śpiewała. O trzeciej godzinie myła sobie jeszcze ręce i kładła czepek z wstążkami. Potem, zasunąwszy do połowy firankę perkalową, zmniejszała światło i oczekiwała Zefiryna. największy porządek panował wszędziej a zapach tymianku i bobkowego drzewa rozchodził się dokoła.
O do czwartej Zefiryn zjawiał się; chodził po ulicy dopóki na miastowym zegarze nie wybiło pół. Rozalja przysłuchiwała się, jak jego buty stukały o schody i otwierała mu drzwi, jak tylko zatrzymał się przed niemi. Zabroniła mu dzwonić. Za każdym razem też same przy spotkaniu zamieniali z sobą słowa.
— To ty?
— Tak, to ja.
I tak stali tuż naprzeciw siebie, a małe ich oczka błyszczały i usta zaciskały się. Potem Zefiryn szedł za Rozalją, ale ta nie pozwalała mu wejść, zanim nie odebrała od niego kaszkietu i szabli. Nie chciała tego wcale w swej kuchni i chowała je zaraz w szafie, koło okna, i nie pozwalała mu ruszać się stamtąd.
— Siedź spokojnie... Jeżeli chcesz, możesz patrzeć, jak będę gotowała obiad dla pani.
Ale Zefiryn nigdy prawie nigdy nie przychodził z próżnemi rękami. Zwykle ranek spędził był z kolegami, włócząc się po lasku Meudon, błąkając się po nim, próżnując i z nieokreśloną tęsknotą do rodzinnego miejsca łykając powietrze. Chodząc, rznął pręciki, obcinał je i ozdabiał rozmaitemi arabeskami; zwalniając wówczas kroku, zatrzymywał się nad rowami i z kaszkietem, zsuniętym na szyję, nie spuszczał z oczu noża, z którym szperał po lesie. Potem nie chcąc już porzucać tych patyczków, przynosił do Rozalii; ta odbierała mu je z rąk i gniewała się trochę, że jej zanieczyszcza kuchnię. W rzeczywistości jednak zbierała je; pod łóżkiem swojem miała cały ich pęk, rozmaitej wielkości i rozmaitych deseni, Jednego dnia przyniósł całe gniazdo pełne jaj; ułożył je był w głębi kaszkietu swego i przykrył chustką. Jajecznica z ptasich jaj doskonała jest, mówił. Rozalia wyrzuciła to szkaradzieństwo, ale schowała gniazdo, które poszło do pręcików. Zresztą, zawsze miał pełniutkie kieszenie. Wydobywał z nich rozmaite osobliwości: przezroczyste kamyczki, znalezione na brzegu Sekwany; stare żelaziwo; dzikie, uschnięte jagody i nie wiedzieć jakie szmatki, które gałganiarze już odrzucili byli. Obrazki lubił namiętnie. Zbierał papierki, którym; obwinięte były niegdyś czekolada lub mydło, bo były na nich wizerunki murzynów i palm, bajader i krzewów róż. Wierzchy starych popsutych pudełek, na których znajdowały się piękne, rozmarzone blondynki; ryciny lakierowane i srebrny papier od osmażonego cukru, rzucone na targach okolicznych, to były wielkie zdobycze, któremi serce jego niesłychanie radowało się. Cały łup znikał w kieszeniach; najpiękniejsze kawałki osobno obwijał papierem. A w niedzielę, kiedy Rozalia miała wśród swego gotowania swobodną chwilę czasu, pokazywał jej swoje obrazki. Były dla niej jeżeli chciała; tylko, ponieważ papier dokoła nie zawsze był czysty, on sam wykrawał obrazki, co go niezmiernie bawiło. Rozalia gniewała się, strzępki papieru leciały aż do potraw, i trzeba było widzieć, z jaką przebiegłością chłopską chwytał u niej nożyczki. Czasami, chcąc się go pozbyć, nagle sama mu je dawała.
W ryneczce masło rumieniło się i syczało. Rozalia z drewnianą łyżką w ręce pilnowała sosu; Zefiryn z pochyloną głową, z szerokiemi ramionami, które podnosiły jeszcze czerwone epolety, wykrawał obrazki. Włosy tak miał nizko ostrzyżone, że z pod nich widać było skórę; żółty kołnierz odstawa! z tyłu, odkrywając opaloną szyję. Godzinami całemi czasem nie mówili do siebie wcale. Zefiryn, podniósłszy głowę, z żywem zajęciem patrzał na Rozalię, jak brała mąkę, siekała pietruszkę, soliła lub pieprzyła. Wówczas, od czasu do czasu, jakieś słówko wyrywało mu się.
— Patrzcie! jak to pachnie!
Kucharka, cała zaabsorbowana czynnością swą, nie raczyła odpowiedzieć mu zaraz. Po długiem dopiero milczeniu, rzekła z kolei:
— Bo to widzisz, trzeba żeby się na wolnym ogniu gotowało.
I cała ich rozmowa kończyła się tem. Nawet o rodzinnych stronach nie mówili z sobą. Jeżeli coś przypomnieli sobie, dość im było jednego słówka, a zrozumieli się doskonale i śmieli się sami do siebie całe poobiedzie. To im wystarczało. Kiedy Rozalia wyprawiała Zefiryna za drzwi oboje już przyjemnie się ubawili.
— No, idź! Będę podawała do stołu.
Oddawała mu kaszkiet i szablę i wypychała go z kuchni; potem z rozpromienioną twarzą podawała pani obiad a Zefiryn, machając rękami, wracał do koszar, unosząc z sobą zapach tymianku, który go przyjemnie upajał. Z początku Helena sądziła, że musi pilnować ich. Czasami niespodzianie wchodziła do kuchni, niby dla wydania jakiegoś rozkazu. I zawsze znajdywała Zefiryna w jego kąciku, między stołem a oknem. I jak tylko pani wchodziła, stawał wyprostowany i nie ruszał się z miejsca. Jeżeli przemówiła do niego, odpowiadał tylko ukłonem i mruczał coś niezrozumiale. Powoli, Helena się uspokoiła, widząc, że nigdy wejście jej nie przeszkadza im, i że zawsze na twarzach swych mają wyraz cierpliwych kochanków.
A nawet Rozalia wyglądała wówczas daleko śmielszą od Zefiryna. Od kilku miesięcy była w Paryżu i okrzesała się trochę, chociaż trzy ulice tylko znała dotychczas: ulicę Passy, ulicę Franklina i ulicę Vineuse. Zefiryn i w pułku pozostał gapiem. Rozalia utrzymywała, że „głupiał,“ bo we wsi z pewnością był mądrzejszy. To pochodziło od munduru, mówiła; chłopcy, co zostaną żołnierzami, strasznie głupieją W istocie, Zefiryn odurzony nowem życiem, miał okrągłe oczy i kołysał się, chodząc, jak gęś. Pod epoletami żołnierza pozostała w nim ociężałość chłopa: Nie nauczył się w koszarach ani pięknej mowy, ani zwycięzkiego ujmującego układu elegancików paryskich, O! pani mogła być spokojna! to nie jemu swawola w głowie!
To też Rozalja traktowała go po macierzyńsku. Ustawiając roszt, uczyła Zefiryna, nie żałowała dobrych rad i przestróg, jak ma unikać przepaści; on słuchał i kiwnięciem głowy popierał każdą jej uwagę. Każdą niedzielę musiał jej przysięgać, że był w kościele na mszy i że pobożnie odmówił ranne i wieczorne pacierze. Zachęcała go także do porządku; kiedy wychodził, czyściła jego ubranie, przyszyła odpruty guzik; oglądnęła od stóp do głowy, patrząc, czy ma wszystko w porządku. Troszczyła się też o jego zdrowie i dawała mu przepisy od rozmaitych chorób. Zefiryn, wywdzięczając się za jej przychylność, zaproponował, że przyniesie wody do zbiornika. Długo sprzeciwiała się temu, bojąc się by nie rozlał wody. Ale raz wniósł dwa wiadra na górę i nie rozlał ani kropli, odtąd zawsze w niedzielę napełniał zbiornik. Za tem poszły inne posługi; wszystkie cięższe roboty on wykonywał, a nawet jeżeli zapomniała wziąć masła, kupował je bardzo dobrze w owocarni Nakoniec, wziął się do kuchni. Najprzód obierał jarzyny. Potem pozwolono mu siekać je. Po sześciu tygodniach, nie dotykał się wprawdzie do sosów, ale z drewnianą łyżką w ręku pilnował je. Rozalia zrobiła z niego pomocnika swego i czasami wybuchała śmiechem, patrząc, jak w czerwonych swych majtkach i w żółtym kołnierzu ze ścierką na ramieniu jak kuchcik kręcił się koło pieca.
Jednej niedzieli Helena weszła do kuchni. Kroków jej nie było słychać, bo była w pantoflach; stanęła na progu tak, że ani służąca, ani żołnierz nie usłyszeli jej. Zefiryn siedział w kąciku przed filiżanką dymiącego się bulionu. Rozalia plecami do drzwi odwrócona, krajała mu długie kromki chleba.
— Na, jedz mój mały! — mówiła. — Zawiele chodzisz i to cię męczy... Masz! czy dosyć już! czy chcesz jeszcze?
I czułem a niespokojnem okiem patrzyła na niego. Zefiryn szeroko się rozparł na stole przed filiżanką i za każdym kęsem połykał kromeczkę chleba. Twarz jego żółta jak otręby zaczerwieniła się od pary, co ją oblewała.
— A niechże cię! co za sok! — mruczał żołnierz — Ca ty tam kładziesz do tego?
— Zaczekaj — odrzekła — jeżeli lubisz pory...
Ale obróciwszy się, spostrzegła panią i lekko krzyknęła. Oboje skamienieli z przerażenia. Ale po chwili Rozalia zaczęła się tłumaczyć potokiem słów.
— To moja część, pani, naprawdę... Nie byłabym już wzięła bulionu.. Przysięgam na wszystko! Powiedziałam mu jeżeli chcesz moją część bulionu, to ci ją dam... No, mówże — by wiesz przecie, że to tak było...
I zaniepokojona milczeniem swej pani, sądząc, że się gniewa na nią, mówiła dalej złamanym głosem:
— Umierał z głodu, pani; ukradł mi był surową marchew... Tak ich źle karmią! I chodził Bóg wie jak daleko — wzdłuż rzeki... Pani sama byłaby mi powiedziała; Rozalia, dajże mu bulionu...
Helena spojrzawszy na żołnierza, który stał wyprostowany z pełną gębą, nie śmiejąc połknąć, nie mogła być surową i odpowiedziała łagodnie.
— Ą więc, moja kochana, kiedy będzie głodny, to go zaprosisz na obiad, ot i wszystko... Pozwalam ci.
I znowu, wobec tych dwoje kochanków uczuła się rozrzewnioną jak wówczas, kiedy mu pozwoliła przychodzić do kuchni. Tak szczęśliwi byli tutaj! Przez firankę na pół przysłoniętą widać było zachodzące słońce. Miedziane naczynia paliły się w głębi na murze i czerwone światło rzucały na pokój. A w cieniu dwie małe, okrągłe twarzyczki, spokojne i jasne odbijały jak księżyc. Z sercem wesołem, ze spokojem ducha i ciała, żyli tu wśród kuchennych zapachów, żadnem pragnieniem nie wylatując po za ciasne ściany, co ich otaczały.
— Mamo — spytała Joanna wieczorem po długim namyśle — dla czego kuzyn Rozalii nie całuje jaj nigdy?
— A dla czego chcesz, żeby się całowali? — odpowiedziała Helena. Pocałują się w dzień swych imienin.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.