Karjera panny Mańki/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XII.
CO SIĘ DZIAŁO WEWNĄTRZ WILLI.

Znaleźli się wewnątrz hallu. Hall był spory, oświetlony rzęsiście, a ściany jego zdobił szereg rogów jelenich i sztychy przedstawiające scenki myśliwskie. Wzdłuż ścian ciągnął się rząd wysokich rzeźbionych krzeseł dębowych, w głębi widniała duża gdańska szafa, a wprost wejściowych drzwi — schody zasłane dywanem, wiodły na górę.
Powitany niskim ukłonem przez służącego, Doriałowicz zbliżył się do tych schodów.
— Przepraszam, że pójdę pierwszy — odezwał się do Mary, — ale wszak nie znasz jeszcze twojego państewka...
Rozpromieniona podążyła w ślad za nim. Zajaśniał na górze przed niemi długi korytarz, z którego szereg drzwi wiódł na prawo i na lewo. Spory musiał był pałacyk i znaczną obejmować liczbę pokojów — co bynajmniej nie zmartwiło Mańki.
Tymczasem dyrektor pchnął drzwi, znajdujące się w głębi korytarza — i wszedł do małego gabineciku, snać przygotowanego na ich przyjęcie, gdyż na kominku trzaskał wesoło ogień.
— Rozgość się tutaj — rzekł do niej, wskazując szerokim gestem po wytwornym saloniku — zejdę tylko na chwilę, wydam służącemu niezbędne zarządzenia i wnet powrócę. Wtedy obejrzymy resztę!...
Nie czekając na odpowiedź, oddalił się pospiesznie, zamykając drzwi za sobą.
Pozostała sama. Zrzuciwszy futro, ciekawie rozpatrując się dokoła, zajęła miejsce w jednym z głębokich foteli, ustawionych w pobliżu kominka.
A więc tak wygląda jej królestwo! Dziwne jest życie i nigdy nie wiadomo, co za chwilę kogo spotka. Wczoraj o tej porze nie wiedziała niemal co z sobą począć, w jednej sukience zamierzając powrócić do Wawrzona, za bufet — dziś jest narzeczoną zamożnego człowieka, byt ma zabezpieczony, ta cudna willa należy do niej. Wczoraj, prawie że o tej porze była zamięszana w niebezpieczną intrygę, z której cudem udało jej się wyplątać, dziś ma spokój, ten upragniony od lat spokój i nie musi się troszczyć, co przyniesie jutro. Nareszcie przyszłość poczyna się rysować pięknie i wyraźnie. A komu to zawdzięcza! Doriałowiczowi! Niesprawiedliwa była wobec dyrektora! Nie jej to wina! Wszystkiemu winien Korski! Co za łajdak. Lecz jaki cel miał, różniąc ją z Doriałowiczem? Niezrozumiałe! Psia krew! O mało nie rozeszła się z dyrektorem przez niego i o mało przez niego nie wpadła w tę całą historję z rzekomą Weleszową. Bo gdyby nie pamiętne zajście w „Citouche”, wywołane podbechtywaniem Korskiego, nie przyczepiłby się do niej Hipcio, i owa tajemnicza „szajka” nie obrałaby jej sobie za narzędzie do swoich machinacji.
Nagle dokuczliwe i przykre wspomnienie odezwało się w mózgu dziewczyny z całą siłą. Nie było to już wspomnienie o straszliwym wieczorze, i szeroko rozwartych, rzekłbyś grożących pomstą, martwych oczach Weleszowej, ale wspomnienie o szajce, działającej z ukrycia, która raz już na nią zarzucała swe sieci... Wspomnienie to, przytłumione niespodziewanemi oświadczynami Doriałowicza, zamiejską wycieczką i pobytem w willi, znów wysunęło się na plan pierwszy, coraz to bardziej dręczące!
— Et! — postarała się rozgonić myśli ponure — co oni mają do mnie, a ja do nich! Niech się Den martwi! Czemuż mieliby nadal zajmować się moją osobą? Tajemnicza dama zapewne powtórnej nie złoży wizyty... Doprawdy zbyt nerwowa się staję...
Ocknęła się z zadumy, spostrzegając, że zbyt długo samotnie siedzi w pokoju. Spojrzała na zegarek — dochodziła dziesiąta! Wedle jej obliczeń musieli tu przybyć około dziewiątej — godzina więc blisko upłynęła odkąd wyszedł Doriałowicz. Dla czego nie wraca? Wszak miał wydać tylko parę zleceń służącemu?
Powstawszy z miejsca, zbliżyła się do drzwi i nacisnęła klamkę.
— Co takiego?
Z ust jej wyrwał się okrzyk zdziwienia. Drzwi były zamknięte. Zamykały się od zewnątrz i zatrzasnął je ze sobą Doriałowicz.
— Zastukam!
Uderzyła ręką — natrafiając na jakąś miękką materję. Przyjrzała się bliżej. Drzwi obito wojłokiem, nie przepuszczającym najmniejszego odgłosu...
— Dziwne...
Jednym susem znalazłszy się przy portjerze, zasłaniającej okno i szarpnąwszy ją mocno — rozwarła szeroko oczy ze zdziwienia... Ukazał się gładki mur — a aksamit zręcznie tylko symulował, że zasłania otwór na zewnątrz.
— Więc jestem w pułapce?
Jeszcze nie chciała wierzyć. Ale czemże innem, jak nie pułapką, mógł być pokój, w którym nie było okien a jedyne drzwi obito wojłokiem.
— Cóż u licha! Przecież Doriałowicz... Oświadczyny... Willa jest moja?
Choć nic niezbicie nie potwierdzało przypuszczenia, iż ją umyślnie zamknięto, ten dziwny instynkt, niezawodny instynkt, który tyle razy jej dopomagał, gdy przy boku Balasa przez niejedno przebrnęła niebezpieczeństwo awanturniczego żywota, instynkt ten twierdził — iż zwabiono ją tu podstępnie, aby uwięzić..
Dla czego? W jakim celu? Nie potrafiła dać sobie odpowiedzi, — ale wszystko wskazywało, że niepokojące domysły są słuszne.
— A śniło mi się! — zawołała niemal głośno, — że w takiej willi znajdę śmierć! Pocom tu wlazła? Toć zabiło mi serce!
I nagle miast trwogi, ogarnął Mańkę niepohamowany gniew. Gniew tem silniejszy, że doprawdy przeskok od marzeń o spokojnem i szczęśliwem życiu do smutnej rzeczywistości był zanadto wielki.
— Co, do cholery! — krzyknęła, przypomniawszy sobie cały swój andrusowski repertuar — na tom zeszła, żeby każdy warjatkę ze mnie robił? Wczoraj... dzisiaj... Ta niby Weleszowa... teraz Doriałowicz... Psia że wasza, drańskie syny, mać!... Zachciało wam się frajerkę strugać z Mańki, co największych cwaniaków, do wiatru wystawiała? Niedoczekanie!...
Pochwyciła ją taka pasja, że gdyby Doriałowicz znalazł się pod ręką, napewno pięknie wymanicurowanemi paznokietkami zagłębiłaby się mocno w jego oblicze. Niestety, nikogo w pokoju nie było. Przystanęła przed lustrem, grożąc piąstką własnemu odbiciu.
— Ach ty durna!
Lecz tamta „Mańka” nie wiele snać sobie czyniła z tej groźby, zda się, uśmiechając złośliwie. Teraz gniew dziewczyny, spotęgował się do tego stopnia, iż poczuła, że rozsadzi jej piersi, o ile nie wyładuje go na jaki martwy przedmiot.
— Masz... — palnęła z całej siły ręką, mierząc w swego sobowtóra w zwierciadle.
Miast okrzyku ulgi, z ust jej wyrwał się jęk bólu, ale jednocześnie nastąpiło coś takiego, co jej kazało zapomnieć o gniewie i o bólu. Bo oto Mańka, uderzywszy nie tyle w lustro, ile w szeroką złoconą, okalającą je ramę, — przypadkiem potrąciła ukrytą sprężynę. Lustro, rzekłbyś wmurowane w ścianę, z cichym skrzypem, obróciło się na zawiasach, ukazując potajemne przejście...
— A to mi się udało!...
Tłumiąc okrzyk radości, jednym susem znalazła się w ciemnym korytarzyku. Skoro istnieje potajemne przejście, dokądś musi ono prowadzić i może dzięki niemu wolność odzyska. A nuż po drodze uda się zbadać sekrety Doriałowicza? Bo człowiek uczciwy nie zamyka „narzeczonej” w pokoju bez okien.
— Naprzód!
Postąpiła parę kroków, pozostawiając za sobą drzwi uchylone, tak że światło padające z pokoju rozwidniło korytarzyk. Wnet jednak spotkało ją rozczarowanie znaczne. Gładka ściana zamykała wąskie przejście. Gorączkowo błądziła dłonią po murze nie natrafiając na nic, nawet na najmniejszą szparę, mogącą służyć jako ślad, iż tam znajdują się inne drzwi ukryte.
Zniechęcona, powrócić już miała do pokoju, gdy nagle jakieś odgłosy zwróciły jej uwagę. Był to przytłumiony szmer przyciszonych rozmów, dobiegających od zewnątrz. Jakgdyby parę osób rozprawiało na dole.
— Och!
W jednej z podłużnych ścian korytarzyka, na wysokości wzrostu ludzkiego, znajdowały się trzy niewielkie otwory, rzekłbyś okienka kabin okrętowych. Dwa z nich były ciemne — przez trzecie dobiegał słaby odblask światła i z tamtąd to dolatywały owe przyciszone głosy.
Chciwie przywarła okiem, aż syknąwszy z podziwienia:
— Cóż to ma znaczyć? Teatr?
Istotnie to, co ujrzała, przypominało nieco przedstawienie — lecz przedstawienie osobliwszego rodzaju.
Dokoła niewielkiej salki, znajdującej się o piętro niżej — na niskich otomanach siedziało grono osób — kobiet i mężczyzn. Salę widocznie urządzono specjalnie w podziemiach willi, bo nie widać było nigdzie śladu okien. W głębi jej znajdowała się niewielka scenka, obecnie zasłonięta niebieską, pluszową kotarą. Takiż niebieski dywan zaścielał podłogę a otomany tonęły śród puszystych skór białych niedźwiedzi. W kątach komnaty stały złocone, bronzowe trójnogi, z poustawianemi na nich kadzielnicami — a płonące w nich kadzidła musiały być bardzo mocne — bo ich odurzający aromatyczny zapach dochodził nawet do Mańki. W obrazie, który tak niespodzianie ujrzała — aczkolwiek zgoła nieoczekiwanym w pustej na pozór willi — nic tak dalece nie byłoby niezwykłego, gdyby... Gdyby nie stroje uczestników...
Bo zarówno postacie kobiet, jak i mężczyzn otulały — rzekłbyś jedwabne kąpielowe płaszcze — panie czerwone, panów zaś czarne, — a twarze osłaniały maski... Nie wiele pod tą szatą musiało pozostać stroju, bo tu i ówdzie połyskiwał nagi tors — gdzie niegdzie zaś obnażona kobieca nóżka.
— Tam, do licha!...
Zaklęła cicho, usiłując zrozumieć cel tego zgromadzenia. Pojęła już, że willa, do której podstępem zwabił ją Doriałowicz, jest miejscem tajemniczych i niezbyt wyraźnych zebrań, ukrytych starannie przed ludzkiem okiem. Widać to z urządzenia sali, i widać, że byle kto, niewtajemniczony, łatwo przystępu tam nie znajdzie. Pojęła dalej, że korytarzyk z wybitemi w ścianie okienkami, służy li tylko do tego, żeby móc niepostrzeżenie poglądać i szpiegować zgromadzonych na dole. Pojmowała to wszystko łatwo — ale tyle jeszcze rzeczy pozostawało dla niej niejasnych...
Co zamierzał uczynić z nią Doriałowicz, przywożąc do tej willi i okłamując tak bezczelnie?
Na co właściwie oczekiwali zebrani tam na dole?
Na drugie pytanie znalazła się wnet odpowiedź. Bo oto rozległ się jakby głos fletu, rozmowy na dole ucichły i powoli rozchyliła się niebieska kurtyna, ukazując niewielką scenkę, tonącą w potokach blado-zielonkawego światła. Zabrzmiały takty przytłumionej, snać ukrytej muzyki i po chwili na wzniesienie wbiegło tanecznym krokiem sześć nagich dziewcząt. Wszystkie bez wyjątku zbudowane świetnie, zapewne ładne — choć zdala ich twarzy nie dawało się dobrze rozróżnić. Cały strój ich stanowiły jeno długie pończoszki i złociste pantofelki — i każdej z nich śmiało dla osłony, mogła wypożyczyć pramatka Ewa swój figowy listek...
Z zapartym oddechem śledziła Mańka ich pląsy... Jeśli to miał być tanieć, to był to taniec wielce szczególny — a właściwie coś po stokroć gorszego. Na pozór odtwarzały dziewczęta, łącząc się po dwie lub trzy, coś na kształt żywych obrazów, scen wzorowanych z grup, widniejących na antycznych, greckich lub rzymskich posągach. Ale pozy te, pod pokrywką klasycznego piękna, zawierały coś tak nieprzystojnego a lubieżnego, były taką najznakomitszą imitacją wszelakiej perwersji — a przyklękania, pocałunki, uściski, cechowało wyuzdanie równie bezwstydne, że nawet ona, Mańka, co nie obce jej były żadne tajniki, mruknęła przez zęby:
— No... ale...
Nagle zapadła kurtyna. Czyżby spektakl już się zakończył? Zerknąwszy na siedzących na dole widzów, spostrzegła, iż rozpustne obrazy, wywarły zamierzony skutek. Pod wpływem nagich ciał kobiecych, a może oszałamiających narkotyków, zapalonych w kadzielnicach, których dym snuł się po salce gęstemi kłębami, nastrój stawał się swobodny, ręce szukały uścisków, i wszędzie widziałeś parki ku sobie przywarte, parki ledwie, ledwie wstrzymujące swe żądze! Coś z atmosfery orgji eleuzyjskich i z misterjów średniowiecznego sabatu powiało po sali...
— Czyżby?
Nie, przedstawienie nie było skończone. Zdala zabrzmiały tony przyciszonej muzyki, lecz tym razem skoczniejsze, bardziej wyzywające...
I oto poszła kurtyna do góry, znów na scenie ukazując te same dziewczęta, lecz nieco inaczej przyodziane. Miały na sobie przerzucone skóry jakichś dzikich zwierząt, nogi ich tkwiły, niby u amazonek w wysokich lakierowanych butach, w dłoniach trzymały spicruty. A pośród nich stał — a właściwie wprowadziły go one — nagi mężczyzna. Był całkowicie nagi, tylko twarz jego zasłaniała maska. Chwiał się rzekłbyś na nogach i rozglądał dokoła niepewnie.
I znów rozpoczął się taniec — dokoła mężczyzny — taniec opętańczy, szaleńczy. Dziewczyny draźniły jakby obojętnego partnera umyślnie, to przysuwając się ku niemu, to znów oddalając... On również pod wpływem tych zalotów zmieniał się zupełnie. Początkowo chwiejny na nogach, niezdecydowany, więcej teraz uwagi zwracał na swoje towarzyszki. Nagle rozwarły się jego dotychczas zaciśnięte usta a z nich wyrwał jakiś bełkot niepewny pożądania... Bełkot ten dreszczem przejął Mańkę, rozpoznawała w nim głos dobrze znajomy.
— Korski? — szepnęła. — Niemożliwe...
Wpiła się wzrokiem w aktora bezecnej sceny i choć nadal odległość i maska uniemożliwiały dokładne rozpoznanie rysów, wszystko inne w nim tyle jej było znane, że powtórzyła:
— Ależ Korski... Doprawdy, oszaleć można... Co to znaczy?
Rzekomy Korski czy inny mężczyzna, przyjmujący udział w wyuzdanym obrazie, wyciągał teraz ku dziewczętom swe ramiona z niemą prośbą... Tego snać tylko potrzeba było kusicielkom, bo powoli jęły się przybliżać, groźnie podnosząc swe śpicruty... W milczeniu oczekiwał ciosu... Lecz wnet opuściły one swą broń, rozjaśniły się ich twarze i rzuciwszy się na niego, powaliły na podłogę... A później....

Kurtyna dawno już zapadła — Mańka nie mogła jeszcze wyjść z odrętwienia.
— Cóż za łajdactwo! — wyszeptała — Korski...
Tymczasem na dole ponownie powiał aromat sabatu. Ściemniały się światła a dymy kadzielnic gęstym całunem kryły komnatę. Usta obecnych wydawały nieartykułowane charkoty a raz po raz słychać było histeryczne śmiechy kobiet. Nagle mrok zapadł — zupełny — a wykrzykniki, dobiegające z dołu świadczyły że rozpoczyna się tam niebywała orgja...
— Co za łajdactwo! — powtórzyła.
— Nie podobały się pani nasze żywe obrazy? — zabrzmiał tuż koło niej jakiś głos.
Pytanie nastąpiło tyle nieoczekiwanie a Mańka tak była pochłonięta przeżytą przed chwilą sceną i pewna, że w korytarzyku znajduje się sama, iż wzdrygnęła się mimowoli. Przed nią stała wysoka brunetka, lat koło czterdziestu, ubrana wytwornie w ciemną suknię wieczorową, uśmiechając się lekko.
— Więc się nie podobały? — zagadnęła powtórnie.
Mańka, zdążywszy już opanować pierwsze wrażenie, spojrzała uważnie na mówiącą. Choć bezwzględnie widziała ją po raz pierwszy, w głosie i w ruchach było nie wiedzieć co, ale coś znajomego.
— Kim pani jest? — odrzekła dość ostro — i skąd pani się tu wzięła?
Nieznajoma uśmiechała się nadal, nie zrażona szorstkiem odezwaniem.
— Jestem właścicielką tej willi! — wyjaśniła spokojnie — i ja raczej winnam zapytać skąd pani się tu znalazła, bo ten korytarzyk nie jest przeznaczony dla wszystkich..
— Pani właścicielką tej willi? Przecież Doriałowicz?...
— Jaki Doriałowicz?
Tyle zdziwienia zabrzmiało w głosie rzekomej właścicielki willi, że Mańka poczuła, iż poczyna mieszać się jej coś w głowie.
— Przywiózł mnie tu pan Doriałowicz! — szybko wyrzucała z siebie słowa — mówił, że ta willa ma być moja... Mniejsza z tem!... Zamknął w pokoju, wyszedł i nie wrócił... Przypadkowo nacisnęłam sprężynę, znalazłam się tutaj i widziałam...
— I zobaczyła pani to, czego nie powinna była widzieć!... Istotnie odbywają się tu u mnie zebrania dla niektórych przyjaciół... Co się tyczy jakiegoś pana... jak pani twierdzi... Doriałowicza to go nie znam... W każdym razie, może przejdziemy do pokoju...
Istotnie gwar dzikich wykrzykników, chrapliwego zmysłowego bełkotu, dobiegający z dołu, stawał się coraz silniejszy i widocznie nieznajoma uważała, że ten akompanjament przy ich rozmowie jest zbyteczny. To też odwróciwszy się dała znak, by Mańka podążyła za nią. Postępując te parę kroków za nieznajomą — w głowie dziewczyny, niczem błyskawice, przelatywały myśli... Azali jest obłąkana, czy zawieziono ją do domu warjatów?
— Twierdzi pani — rzekła wielce podniecona gdy znalazły się w znajomym gabinecie, w którym ją pozostawił dyrektor — twierdzi pani, że ta willa jest jej własnością, że Doriałowicza nie zna i nie rozumie w jaki sposób ja się tu znalazłem! Doskonale!... Sama nie rozumiem, czy oszalałam, czy też wszyscy zmówili się, aby ze mnie zrobić szaloną!... Ale o jedno proszę!... Proszę natychmiast mnie wypuścić z tego domu!... Później nieporozumienie się wyjaśni....
— Wypuścić?
— Oczywiście... Dość już mam tego wszystkiego... i na... dość obrazków się napatrzyłam...
— Właśnie dla tego pani wypuścić nie mogę!..
— Pani nie może?
Głos nieznajomej zabrzmiał twardo.
— Widziała pani to, czego nie powinna była widzieć. Nie jestem pewna jej dyskrecji i dla tego zmuszona będę ją tu zatrzymać przez czas pewien...
— Pani chce mnie uwięzić?...
Nieznajoma poruszyła wzgardliwie ramionami, jakby nie chcąc dać odpowiedzi na to zapytanie. Spojrzawszy w kierunku drzwi wykonała jakiś ruch, a w ręku jej błysnął klucz.
Mańka jednym susem znalazła się pomiędzy nią a wyjściem.
— Proszę mnie natychmiast wypuścić! — gniewnie błysnęła oczami — jeśli pani po dobrej woli drzwi nie otworzy, siłą utoruję sobie drogę!
Nieznajoma, skrzywiwszy się nieco ironicznie i spozierając na nią po przez przymrużone powieki, rzuciła niby od niechcenia, podchwytując jej groźbę:
— Więc siłą?
— Tak, siłą odbiorę klucz...
Stały chwilę, mierząc się wzajem złem spojrzeniem, niczem dwie tygrysice przed walką. Wreszcie Mańka, kocim, szybkim ruchem pierwsza rzuciła się naprzód. Nerwy jej podniecone do ostatka domagały się czynu. Pochwyciwszy za rękę tajemniczą kobietę, już miała wyszarpnąć z dłoni jej klucz — otwierający drogę do pożądanej wolności, gdy nagle zaciśnięte palce dokoła ręki nieznajomej opadły, a usta wyszeptały bezdźwięcznie.
— Cztery palce!... Brakuje palca u prawej ręki!...
Wpijała się w nią teraz wzrokiem. I nagle, choć na pozór nie zachodziło żadne podobieństwo, wykrzyknęła:
— To pani była u mnie!... Poznaję, tak poznaję!... Rzekoma Weleszowa!...
Tamta cofnęła się o parę kroków, nie zmięszana gwałtownym wykrzyknikiem... Po twarzy jej przebiegł nawet cień lekkiego uśmiechu.
— Hm... — rzekła — poznała mnie pani, panno Mary! Tem lepiej!... Choć blond peruka i welon żałobny zmieniły mój wygląd porządnie... Co zaś się wzrostu i rysów twarzy tyczy, wiedziałam, że jestem bardzo podobna do Weleszowej...
Mańka, zacisnąwszy usta, słuchała tego bezczelnego wyznania. Tylko jej oczy, świecące niczem u rysia znamionowały, że wzbiera w niej nowa fala niepohamowanego gniewu.
— Ach, ty gadzino!... — wywarło się jej niespodziewanie — i zanim nieznajoma zdążyła się usunąć, pochwyciła ją za gardło...
Teraz postanowiła Mańka zwyciężyć za wszelką cenę. Chwilę trwało szamotanie — lecz z zadowoleniem stwierdzała, iż jest od swej przeciwniczki silniejsza. Wreszcie powaliwszy ją na podłogę i wciąż trzymając w uścisku, postarała obezwładnić całkowicie.
Tamta nie broniła się prawie już wcale, wykonywując tylko nieokreślone ruchy ręką. Jeszcze parę szarpnięć i będzie Mańka w posiadaniu zbawczego klucza...
Nagle, jakby otchłań rozwarła się przed nią. Coś silnie uderzyło ją z tyłu, oszołomiona przymknęła oczy, rozluźniając uścisk. Później poczuła, że usuwa się jej podłoga z pod nóg, i że dokądciś leci w niewiadomą czarną otchłań...
Ach, jeszcze cios... Zawirowały przed oczami czarne i złote koła, straciła przytomność...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.