Karjera panny Mańki/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział III.
W APARTAMENTACH MAŃKI.

Siedząca naprzeciwko Mańki dziewczyna — może dziewiętnastoletnia osóbka o utlenionych na kolor jasno-blond włosach, na której przedwcześnie zwiędłej, ładnej twarzyczce znać było ślady pijaństwa i rozpusty — z podziwieniem pokręciła głową. Choć ubrana elegancko, a raczej z krzykliwym, tanim szykiem, czuła się w tem luksusowem środowisku nieswojo.
— Aleś się fajno urządziła, Mańka, — odezwała się, zakładając nogę na nogę w cielistych pończochach i lakierkach o przebajecznie wysokich, czerwonych obcasach, — fajno... Miałaś fart... I za to ciebie lubię, żeś nie ważna i mnieś tu do siebie w goście zaprosiła... tak...
Urwała i zdziwionym wzrokiem, w którym przebijało nieco zazdrości, powiodła po niskiej otomanie, zasłanej skórą białego niedźwiedzia a przyozdobionej niezliczoną ilością jedwabnych pierrotów, lalek, poduszeczek i poduszek i po białych lakierowanych ze złoceniami, mebelkach i po tualecie, uginającej się pod ciężarem przeróżnych flakonów, flakoników i puderniczek — i po łożu szerokiem i po dywanie puszystym, wreszcie po pięknych, w złotych ramach, sztychach z XVIII wieku, zdobiących jasne obicia.
— Cie... cie... fajno... — powtórzyła.
Mańka, leżąc niedbale na otomanie, ćmiła długiego papierosa i z wyrazem wyższości a pobłażania słuchała zachwytów byłej koleżanki.
Od dwóch tygodni zajmowała ten wspaniały apartament, składający się z trzech pokojów, łazienki i kuchni. Coprawda, mieszkanie nie było jej własnością, bo wynajął je Doriałowicz od jakiejś artystki, która na czas dłuższy wyjechała zagranicę — lecz czyż miała w te szczegóły wtajemniczać koleżankę? Poco? Przecież dlatego głównie ją zaprosiła, spotkawszy przypadkiem na ulicy, aby się pochwalić swoją wspaniałością. Czyż nie zaznaczał Doriałowicz, iż skoro tylko okoliczności pozwolą, kupi jej na własność podobne mieszkanko. Napewno spełni swą obietnicę, bo czyż, w każdym razie, nie wydał na nią ładnych paru tysięcy? A chwilowo wszystko to jest jej — i ten pokój sypialny, i salonik, z empire’owemi meblami, i stołowy z gdańską szafą, i ta łazienka, cała wyłożona lustrami... Podobnego apartamenciku nie powstydziłaby się księżniczka i dobry gust miała prawdziwa właścicielka mieszkania, urządzając je w ten sposób... Jedno tylko niepokoiło Mańkę...
Tymczasem przyjaciółka wykładała dalej:
— Miałaś, siostro, fart i dobrego frajera udało się tobie znaleźć... Nie każda ma takie szczęście, bo pieskie czasy dziś poszły... Granda i sama granda, a porządnego człowieka nie napotkasz... Nietylko każdy chce grosze zapłacić a kobietę wykorzystać, ale... Ja tobie opowiem, jak mnie nawalili... a cwaniaczka jestem. Siedzę ci w „Italji” wieczorem, kikuję na prawo, na lewo, żeby choć jaki pentak za czarną zapłacił, a tu nic... same szczeniaki te, co po gazetach piszą... Taki kobicie głowę kręci, a jak przyjdzie do płacenia za kawę, to zwieje... Siedzę więc zła. Niema gliku. Na lewą stronę chyba pończochy włożyłam... Naraz podchodzi do mnie jeden, powiadam ci — elegancki — i gada: „Pani Lolu, tak dawno podziwiam panią, możebyśmy dziś razem zjedli kolację?” Oglądam go: szyk garnitur, lakiery, na nosie amerykańskie okulary, słowem solidny facet. Ja mu z początku, dla fasonu, że kolację już jadłam, że tak odrazu iść nie wypada... Bujam gościa, żeby się lepiej rozpalił... Wreszcie idę... Idziemy do „Gastronomji”. Koniak, kawior, pulardy, lody... Kolacja taka, że myślę — hrabiego złapałam... A przy czarnej kawie z likierem, to on mówi, że tylko pójdzie zatelefonować... Jak poszedł, tylem go i widziała... Zjechał... Musiałam za rachunek dać srebrną torbę pod zastaw, bo chcieli mnie brać do komisarjatu, — a później z własnej forsy ją wykupić... Widziałaś, co za cholerne tera poszły łobuzy...
— A to cię urządził...
— Na kobitę poluje, żeby nawalić, — skarżyła się dalej podniecona panna Lolka. — Ach, żebym drania spotkała, tobym spuściła grzanie... Ale go nigdzie nie widać... A inni, myślisz, lepsi? Zabierzesz łachudrze parę złotych, bo skąpi się kobicie porządnie zapłacić, to ci zara przyleci z policajem... i jak mu wzięłaś dwadzieścia, krzyczy — oddaj sto! Tak, Mańka, pieskie życie! Lepiej koniem być dorożkarskim, jak kobitą. A masz fart, zarobiłaś z trudem parę groszy, to kochanek ci je w domu odbierze i przepije, albo przegra...
Mańka z współczuciem pokiwała głową. Tak, znakomicie znała nędzę tego życia i przez to wszystko sama przeszła. Znała głębię, leżącą pomiędzy pozorną świetnością a istotną biedą tych egzystencyj. Znała i wyczekiwanie na „gościa”, niby na łakomą zdobycz i rozczarowania i wieczne zatargi z policją i konszachty z kelnerami drugorzędnych spelunek i długi u różnych lichwiarzy i właścicielek podejrzanych domów i tyranję kochanków, wyciągających od dziewczyn ostatni grosz pod pozorem rzekomej opieki czy też rychłego ożenku. Choć sprytniejsza od innych, dobrze świadoma była owego „szczęścia” i dlatego chwilami tak nienawidziła ludzi. Na życie podobne nie zgodziłaby się więcej nigdy. Lecz teraz wszak co innego, tylko...
— Ty karjerę zrobiłaś, — prawiła przyjaciółka. — I gdzie go złapałaś? Mówili, że jesteś bufetową u Wawrzona. Tam takiego pana spotkać trudno...
— Ot, przypadkiem... — mruknęła, nie chcąc koleżanki wtajemniczać w szczegóły znajomości z Doriałowiczem.
— Stary, młody?
— Starszy pan, ale bardzo elegancki, może się jeszcze podobać...
— Stary lepszy, — z przekonaniem oświadczyła panna Lola. — A bardzo cię kocha?
— Naturalnie!
W ostatnim wykrzykniku nie zabrzmiało tyle przekonania, ile zabrzmieć było powinno, i owo „naturalnie” wymówiła Mańka jakoś bez wielkiego przekonania. Przyjaciółka poruszyła mimowoli zagadnienie, które dręczyło ją od paru dni. Czy kochał ją Doriałowicz i jakie były względem niej jego zamiary? Choć wynajął luksusowe mieszkanie, choć odział ją od stóp do głowy, nie szczędząc pieniędzy, postępował dziwnie... Naprawdę był jej opiekunem, a nie kochankiem i po dwutygodniowej znajomości nie łączył ich bliższy stosunek. Tego nie mogła pojąć Mańka. Nie bolała na tem szczególnie, będąc daleką od „rozmiłowania się” w starszym panu, który śmiało mógł uchodzić za jej rodzica. Ale postępowanie podobne napawało ją pewnym lękiem o przyszłość, jak i niejakim lękiem napawała sama osoba dyrektora. Ten, napozór, spełniając wszystkie zachcianki, nie darzył jej jednak serdeczniejszem słowem, nie dawał się wyciągnąć na szczerszą rozmowę. Przychodząc codziennie na chwil parę, zapytywał, czy jej czego nie brak, poczem znikał, zimny, oschły, rzekłbyś, obojętny. Doprawdy, zastanawiające... W platoniczne uczucia niezbyt wierzyła Mańka, wiedząc, że zmysłami trzyma się mężczyzn. Czego on właściwie chciał, jeśli nie pociągała go jej uroda? Opiekować się, jak ojciec córką? W takim razie, lepszą mógł sobie wyszukać pupilkę, bo o przeszłości Mańki coś niecoś musiał słyszeć, lub się domyślać. Nie wyglądał na takiego, który wyszukuje „przybrane córki” nad rynsztokiem... A może tylko starszy pan, chcąc podrażnić zblazowane podniebienie, wyrafinowanie przygotowywał potrawę?...
Panna Lola nie zwróciła uwagi na milczenie przyjaciółki i plotła dalej, ćmiąc namiętnie papierosa za papierosem:
— Co, jak głupia pytam, czy cię kocha... Pewnie kocha, jak ciebie tak oporządził i obsprawił... Wielki los na loterji wygrałaś, Mańka... Bo to nawet ze starymi panami trzeba być bardzo ostrożną.
— Jakto? — zapytała, nie rozumiejąc, co przyjaciółka chce przez to powiedzieć.
— Nie o tobie gadam, bo twój ze wszystkiego widać, człowiek uczciwy... Ale jest tu jedna taka banda w Warszawie, co dziewczynom złote góry obiecuje, a potem wywozi...
— Stary kawał, — przerwała — jak która głupia, to się nabierze! Handel żywym towarem! Angażują na artystki filmowe, a później wywożą do Argentyny.
— Wcale nie, Mańka! To nie handel żywym towarem! Nie wywożą zagranicę, tylko gdzieś pod Warszawę, a tam, czort wie, co robią... Mordują kobiety!... O, to bardzo ciekawa historja...
Mańka była przyzwyczajona, że w sferach wesołych panienek od czasu do czasu pojawiały się baśnie o tajemniczych upiorach, wampirach, Kubach rozpruwaczach i innych zbrodniarzach, krających kobiety na kawałki. To należało nieomal do zawodu. Była nawet cecha specjalna, charakteryzująca podobnego sadystę — podwójne zęby na przedzie. Dlatego też, panny, często, niby niechcący, oglądały uzębienie swoich przyjaciół. Do podobnych opowiadań przyzwyczajona była Mańka, — i choć więcej wykształcona od innych, nie wierzyła im wcale — jednak słuchała z przyjemnością.
— Bajdy! — zawołała, pragnąc niedowierzaniem podrażnić przyjaciółkę i wyciągnąć z niej więcej szczegółów, — banda, mordująca kobiety? Et...
— Ty się nie mądrz, Mańka... Jak ja powiadam, musi być prawda... Sama znam jedną i ty ją znasz...
— Ja znam? Kto?
— Józka!
— Józkę porwali?
Lolka zadowolona, że jej wiadomość sprawiła należyte wrażenie, poprawiła się na swem siedzeniu, wyżej jeszcze pokazując nogi w cielistych pończochach, poczem głosem tajemniczym, w którym przebijało nieco lęku, jęła wykładać:
— Tak, porwali... Najlepiej mogę opowiedzieć, bo sama przytem tak, jak byłam... Widzisz... Od paru już miesięcy gadają po Warszawie, że jacyś tajemniczy ludzie zwabiają kobiety... Bo trzy czy cztery nagle zginęły i niewiadomo, co się z niemi stało. Myślałam, bujda! Może same wyjechały, może zamelinowały się przed gliną... A tu naraz Józka...
— Gadaj, Lola, porządnie — od początku, — przerwała Mańka, którą niecierpliwiły długie wstępy, — co jest i co ty wiesz?
— Zaraz... Otóż, od pół roku mieszkałam razem z nią na Górnej u Wielgusowej. Znasz Wielgusową, ta wdowa po złodzieju, odnajmuje dwa pokoje, sama mieszka w kuchni. Do niej można sprowadzić, kogo się chce... Mieszkałam więc u Wielgusowej, Józka w jednym pokoju, ja w drugim i było nam bardzo dobrze, bo ona szczera dziewczyna... A tu naraz Józka zaczyna mieć przede mną tajemnice... Uśmiecha się, powiada: zobaczysz u mnie, Lolka, niedługo wielką odmianę losu... Ja się rozpytuję, co to znaczy, ona nic, klepie, że jeszcze powiedzieć nie może. Bardzo mnie to zdziwiło, bo Józka nigdy nie była sekretna... To ja, wiesz, jestem trochę ciekawa, zaczęłam ją podglądać... I goście do niej nie przychodzą, a forsę ma... Aż tu ona jednego dnia pyta: Lolka, będziesz dziś popołudniu w domu? — Powiadam: nie! Widzę, że się ucieszyła. To niby udaję, że wychodzę, ale naprawdę schowałam się w pokoju, drzwi zamknęłam na klucz. To ona gdzieś wyprawia na miasto Wielgusową, daje babie forsę na kino, czy cukiernię, znaczy: sama chce zostać. Czekam godzinę, nic. Kichać mi się chce, jak cholera, siedzę cicho... Wtem, dzwonek... Józka otwiera. Mężczyzna... Coś rozmawiają, idą do pokoju Józki. Między moim pokojem a jej, jest taka szpara... To ja na palcach, jak kot, podkradam się, patrzę... Choć ona jemu klaruje, że w mieszkaniu nikogo niema, on gada tak cicho, że nic zrozumieć nie mogę... Coś: wyjazd, tajemnica... Potem odpala forsę... Widzę same setki... będzie może tysiąc.
— Nie widziałaś, jak ten pan wyglądał? — zapytała zaciekawiona Mańka.
— Właśnie, że bez te szpare dobrze widzieć nie mogłam. Tylko tyle, że wysoki, starszy, z brodą...
— A co było dalej?
— Dał forsę, coś jeszcze poszeptał, poszedł... Za nim w parę chwil potem, Józka... Wychodzę i ja, a wracam dopiero wieczorem, niby wcale w domu nie byłam... Józka jest. Jak ci nie zacznie mnie całować, a tańczyć, a skakać... Lola — powiada — karjerę zrobiłam... Ale co, jak, jeszcze sekret... Jest jeden taki gość, co mnie angażuje do siebie, ale chwilowo nic mi gadać nie wolno. Jutro się wyprowadzam, a dziś stawiam fest kolację... Postawiła. To i trunki piła i wlała się nawet porządnie, a ja ciągłam za język... Nic nie chciała powiedzieć. Na drugi dzień wyjechała, a Wielgusowej zapłaciła za trzy miesiące.
— Jakież to porwanie?
— Czekaj. Mija tydzień, drugi... Kombinuję — napisze. A tu żadnego listu od niej. Mija miesiąc — myślę, ważna się zrobiła, zapomniała o koleżance i nie chce jej znać, nie tak, jak ty, co do siebie zaprosiłaś.... Świnia jest i tyle...
— Nie wiesz, co się z nią stało?
— Powiadam: czekaj! A tu przedwczoraj, naraz w nocy ktościk puka do Wielgusowej. Baba leci do drzwi i jak ci nie zacznie lamentować! Wypadam i ja. Patrzę... Oczom nie wierzę... Przed nami stoi Józka, pokrwawiona, pobita, w podartej sukni balowej, włosy poczochrane, bez kapelusza... Stoi, niby nas poznaje, a nie poznaje...
— Co ty mówisz?! — zawołała Mańka.
— My ją zaraz z Wielgusową do łóżka. A ona to się śmieje, to płacze, to krzyczy, że się boi... Lecimy po doktora. Doktór powiada: wstrząs nerwowy, silna gorączka, przejdzie za parę dni, potrzebny spokój...
— Nadzwyczajna historja! — przerwała Mańka, której z podniecenia wystąpiły aż wypieki na policzki — nadzwyczajna! Ale skąd wiesz, że to jakaś banda? Że porwali Józkę i chcieli się nad nią znęcać? Może poprostu znudził się jej ów starszy pan, uciekła od niego i zwąchała się z jakimś łobuzem, który jej pieniądze zabrał a na dodatek pobił?
— I ja tak na początku se kalkulowałam, — szybko odparła Lolka, — bo te uderzenia na jej ciele i rany, to nie były poważne i wyglądało, jak żeby kto ją kułakiem albo kijem zgrzał.. Ale kiedy ona gadała takie rzeczy...
— Co mówiła?
— W gorączce, jednym ciągiem: stary drań... morderca... ledwie uciekłam... dom pod Warszawą... Tam zabijają... podziemia... ratujcie... za mną goni... Zbóje... zbóje!
— Okropne! — zawołała Mańka, — okropne.. No, ta banda, to twój domysł... Ale w każdym razie...
— Jaki domysł, — oburzyła się przyjaciółka, — trzy kobiety przedtem zginęły, teraz Józka wraca pobita i w gorączce takie rzeczy klepie... Ja ci raz jeszcze powiadam: jest banda!...
Snułaby może dłużej swoje wywody panna Lola, zmierzając do niezbitego udowodnienia, że w Warszawie grasuje tajemnicza szajka, mająca na celu porywanie kobiet, i że jedną z ofiar tej szajki stała się jej koleżanka, — gdyby ożywionej rozmowy nie przerwał nagle dzwonek.
— To pewnie mój stary! — Pewne zmięszanie przebiegło po twarzy Mańki. Poderwawszy się z otomany, pośpieszyła do przedpokoju.
Nie zawiodły przewidywania — na progu ukazał się Doriałowicz. Śród ożywionej pogawędki z Lolą, zapomniawszy o wizycie dyrektora, patrzyła nań obecnie stropiona, nie wiedząc, jak zapatrywać się on będzie na obecność przyjaciółki. Wszak jednym z warunków ich „umowy” było dobieranie przez Doriałowicza wyłącznie, odpowiedniego dla pupilki towarzystwa. Nawet Balas i Lucyna wykluczeni zostali z królestwa Mańki i musieli poprzestać na jednej wizycie. Złamała dziś świadomie zakaz, zapraszając do siebie koleżankę — bo nacoż jej właściwie były te świetności, jeśli się niemi nawet pochwalić nie mogła? Lękając się wymówek, poczęła głosem rozpieszczonego dziecka:
— Jak to dobrze, że pan przyszedł... Stęskniłam się! Jest u mnie jedna znajoma, ale wnet ją wyproszę...
I nim Doriałowicz zdążył się zorjentować, ucałowała go głośno w policzek. Po surowej twarzy dyrektora przebiegł jakiś cień i doprawdy trudno było rzec, czy rad jest z równie serdecznego powitania. Lekko musnął czoło dziewczyny wargami, odwzajemniając się za pieszczotę, poczem zapytał:
— Kto to taki?
— Jedna znajoma... z lat dziecięcych, — odparła nieśmiało, obawiając się, iż po paru zdaniach pozna zawód owej „znajomej”, — znamy się od dzieci, odszukała mnie, chciałabym jej dopomóc... dobra dziewczyna... — kłamała, nie wiedząc, jak usprawiedliwić bytność Lolki, a w oczach dyrektora pragnąc nadal uchodzić za skromną pannę, bufetową z podrzędnego ale przyzwoitego szynczku, — dobra dziewczyna... tylko tak w życiu... nie jak ja....
Twarz Doriałowicza stawała się coraz bardziej posępna.
— Moja droga Mary, — rzekł niby serdecznie, — rozumiem, że z poprzedniego... hm... okresu twego życia mogło ci pozostać nieco niewłaściwych znajomości. Ale dlatego też prosiłem cię wyraźnie, jeśli pragniesz naprawdę zająć jakie stanowisko... hm... być, że się tak wyrażę, moją córką... abyś nie przyjmowała tych koleżanek u siebie... Zgoda? W przeciwnym razie byłbym bardzo niezadowolony, a chyba nie chcesz się ze mną pogniewać?
— Ja z panem? Nigdy! Zaraz ją wyprawię!
Tyle pokory zadźwięczało w głosie Mańki, iż ten, ktoby ją znał oddawna, zdziwiłby się niepomiernie. Ona zwykle taka samowolna i niezależna, tym razem odpowiadała ulegle, obawiając się urazić Doriałowicza. O, bo nie na nim zależało jej tyle — nie czuła doń żadnego przywiązania, lękiem raczej napawała ją jego oschłość, — obawiała się tylko utracić mieszkanie i to wszystko, co ją otaczało dokoła. Doriałowicz był taki niezrozumiały, dziwny i nigdy jeszcze podobnych nie spotykała mężczyzn. Czyż nie mówiła mu dotychczas „panie”, podczas gdy on ją zwał „Mary”, lub „kochane dziecko”.
Uległość ta widocznie spodobała się Doriałowiczowi.
— Kochane dziecko, — rzekł zwykłym sobie sposobem, — uczyniłem dla twego dobra ze szczerego serca uwagę, lecz nie jestem takim tyranem, abym cię miał pozbawić miłego towarzystwa... Dokończ rozmowy, ja zaczekam w pokoju obok...
— Wnet ją wyprawię...
Mańka zakręciła się na wysokim obcasie, zamierzając pobiec do saloniku, aby pod zręcznym pozorem pożegnać przyjaciółkę. Jeszcze chwila, a nastąpiłoby to — i zapewne Doriałowicz nigdyby nie poznał wysmukłej i utlenionej panny Loli. Plany pokrzyżowała ciekawość tej uroczej osóbki. Bo oto, kiedy Mańka stała już na progu, równocześnie w drzwiach ukazała się i Lola. Słysząc, iż rozmowa prowadzona cicho przeciąga się dość długo, „stary” może zwiać i nie pozna ona podobnego krezusa, obsypującego złotem pupilkę, — nibyto śpiesząc się z odejściem, wpadła do przedpokoju, pragnąc go ujrzeć koniecznie.
— Ach, przepraszam, — udała zmięszanie. — Ale, Mary, zasiedziałam się... Lecę do domu... Zresztą, jesteś zajęta...
Policzki Mary oblał pons. Teraz napewno rozzłości się Doriałowicz. Nie mając innego wyjścia, mruknęła:
— Pozwoli pan, że was zapoznam. Panna ...wska...
Lola pierwsza wyciągnęła rękę:
— Bardzo mi miło...
Doriałowicz badawczym wzrokiem obrzucił dziewczynę i wykonał gest, jakby zamierzając się cofnąć. Opanował się jednak, uścisnął wyciągniętą rękę i niespodziewanie odezwał się uprzejmie:
— I mnie bardzo miło... Lecz nie chcę spotkać się z zarzutem, że to ja wypłoszyłem panią. Może pani pozostanie jeszcze... Bardzo proszę...
Mańka nie mogła wyjść z podziwu — czyżby mu się ta z kolei spodobała? — przemknęło jej przez głowę. Przesadnie serdecznym ruchem, pokrywającym niezadowolenie, zatrzymała przyjaciółkę. Pannie Loli zaproszenia dwa razy nie trzeba było powtarzać.
— Skoro chcecie — zostaję! — oświadczyła z godnością, rzekłbyś, czyniąc ze swego czasu dla przyjaciół ofiarę.
Z powrotem zajęto miejsca w saloniku.
Chwilę panowała cisza. Podczas, gdy Doriałowicz, poważnie częstował papierosami, a panna Lola, zapalając swego, na wszelki wypadek robiła do dyrektora „oko” — Mańka zastanawiała się, czemu zatrzymał jej koleżankę. Czyż był kobieciarzem i przypadła mu ona do gustu? Wnet jednak porzuciła podejrzliwą myśl, widząc, że Doriałowicz wcale nie reaguje na awanse Loli. Wtedy wyszukując tematu do rozmowy, przypomniała sobie niezwykłe opowiadanie przyjaciółki, które uczyniło na niej wielkie wrażenie.
— Wie pan, dyrektorze — rzekła, zwracając się do Doriałowicza, — Lola opowiadała historję, że mnie aż dotychczas przechodzi mrowie...
— Cóż takiego? — zapytał zaintrygowany.
Pannę Lolę świerzbił język, jednocześnie, chcąc na siebie zwrócić uwagę, żywo przerwała przyjaciółce:
— Jest w Warszawie banda, porywająca kobiety!
— Co takiego? — powtórzył wolno Doriałowicz, — banda, porywająca kobiety?
— Tak, tak... Okropna banda... właśnie — jęła pleść prędko, opisując niezwykłe wypadki. W czasie opowiadania twarz Doriałowicza zwykle bez wyrazu, obojętna na wszystko, parękroć zabarwiła się żywszym rumieńcem. Wykwitał na niej wyraz niekłamanego oburzenia. Znać było, że ci, którzy oporządzili w ten sposób biedną dziewczynę są mu wstrętni i że budzą w mim wielki gniew. A gdy Lola skończyła swą opowieść, zawołał z mocą:
— To wstrętne!....
Obie dziewczyny przywtórzyły mu wykrzyknikami:
— Wstrętne!... Ohydne!...
— Jednej rzeczy tylko nie rozumiem, — mówił Doriałowicz, uspokoiwszy się nieco. — Nie rozumiem, czemu panna Lola, przepraszam, że się tak poufale wyrażam, — na zasadzie jednego oderwanego faktu znęcania się niewiadomego łotra nad bezbronną kobietą, wysnuwa daleko idące wnioski o jakiejś bandzie, grasującej po Warszawie?
— A te poprzednie wypadki? A słowa, wypowiadane przez Józkę w gorączce?
— Hm... tak... Tylko tamte zniknięcia mogły mieć inną przyczynę, i może owe panie cieszą się jak najlepszem zdrowiem. A co się tyczy słów, wypowiedzianych w malignie, również nie koniecznie muszą one wyrażać to, co przeżyła biedna ofiara....
— Więc pan sądzi?...
— Że prawdy dopiero wówczas się dowiemy, gdy odzyska przytomność owa panna Józka.
Oświadczenie to niezbyt zadowoliło obie panie. Lola, a pod jej wpływem Mańka święcie wierzyły już w tajemniczą bandę. Pokręciły głowami, rzekłbyś, niezadowolone ze sceptycyzmu dyrektora. Tymczasem Doriałowicz, jakby przypomniawszy sobie pewien szczegół, rzucił:
— A czy pani, panno Lolu, nie poznałaby owego tajemniczego starszego dżentelmena?
— Mówiłam już Mary, że nie poznałabym go... Przez szparę widziałam tylko, że był średniego wzrostu i miał brodę... Ciągle stał odwrócony plecami. Głosu też dobrze nie mogłam dosłyszeć.
— Hm.... Ciężka sprawa! Całe szczęście, że nie mam brody?
— Dlaczego?
— Bo pani taka podejrzliwa, że mnieby jeszcze posądziła, iż jestem tym zbrodniczym jegomościem!
Żart dyrektora rozwiał pełną napięcia atmosferę. Prawdopodobnie świadomie rzucił go Doriałowicz, chcąc rozmowę skierować na inne tory i skrócić bytność panny Loli, względem której spełnił obowiązki towarzyskiej uprzejmości. Rzekł bowiem:
— Będziesz się musiała przebrać, Mary. Porywam cię na wieczór dzisiejszy... Mamy za godzinę być daleko, a ty się ubierasz pewnie powoli.
Odezwanie się to sprawiło Mary prawdziwą niespodziankę. Dotychczas Doriałowicz ograniczał się li tylko do odwiedzin, lecz nie zabierał jej nigdzie ze sobą. Byłaż to dobra wróżba? Niemal z radością zawołała:
— Już idę się przebrać!
Tylko pannie Loli nieco zachmurzyła się twarzyczka. Nie w smak jej poszło tak rychło opuszczać towarzystwo dyrektora. Aluzja jednak nadto była wyraźna. Poczęła się żegnać. Rozchmurzył ją trochę frazes Doriałowicza:
— Bardzo, bardzo zaciekawiła nas pani swą opowieścią, — rzekł, ściskając na odchodnem jej rękę. — Wiesz co, Mary? A możebyśmy odwiedzili biedną chorą? Może i ja się na co przydam i moje stosunki dopomogą do ujęcia sprawców?
Mańka nie mogła wyjść z podziwienia:
— Ależ to moje najgorętsze życzenie! — zawołała żywo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.