Karjera panny Mańki/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział I.
POD CZERWONYM KOGUTEM

— Jakie to wszystko nudne...
Mańka skrzywiła się z wyrazem niezadowolenia. Z niechęcią obrzuciła wzrokiem i sam znakomity lokal knajpy „Pod czerwonym kogutem” i szereg ustawionych przed nią na bufecie butelek i smakowite zakąski, dumę i twór pulchnych rączek pani Lucki.
— Nudne... powtórzyła nieomal głośno, poczem ziewnęła tak przeciągle, aż z podziwieniem na nią spojrzał, wyrwany z zadumy tym odgłosem Balas. Była jedenasta przed południem i siedzieli we dwójkę w sali, gdyż o tej wczesnej jeszcze porze zrzadka tylko zaglądał do szynku gość, a ciszę październikowego dżdżystego ranka mącił jeno brzęk much i głośna komenda pani Lucki, dobiegająca z kuchni przez drzwi na pół otwarte.
— Te Magda! Dolij no wody do bigosu! A pilnuj kichę! Co tam z ontrubką?...
Balas jakoś przeciągle spojrzał na Mańkę. Odkąd dzięki hojności Welskiego[1] stał się właścicielem „pierwszoklaśnej restauracji” zrobił się ważny, małomówny, a palce jego zdobiła jeszcze większa ilość pierścieni. Gdy niczem Jowisz gromowładny, potężny w ramionach, barczysty, o piersi wyprężonej, stawał za bufetem, a wzrokiem wiódł po zebranych, jak pogromca po zespole dzikich zwierząt — „swoje chłopaki” chętnie odwiedzający szynk, uciszali się pod tym spojrzeniem, a każdy z nich wiedział, że lepiej tu nie nawalać, flachy na kredę nie doić a grandy nie robić — bo w „trimiga” na zbity łeb wyleje i będziesz kości zbierał na chodniku ulicy Belwederskiej. Tytułowano go też z respektem „panem gospodarzem” i z nie mniejszym respektem ściskano jego prawicę, o ile w swej łaskawości raczył on ją któremu dawnemu kamratowi podać.
Siedział więc Balas, jakośmy rzekli, zamyślony, dopóki z tej zadumy nie wyrwał go okrzyk Mańki. Może medytował, iż jeśli tak dalej pójdzie, a „ferajna” nadal zechce knajpkę popierać a gorzałę golić i „jompę” zagryzać — na czem zarabia się wcale nieźle — rychło swój zakład zamieni na lepszy, a tamten na jeszcze lepszy i kto wie, może wreszcie dojdzie w śródmieściu do naprawdę wielkiej restauracji, a żywota dokona otoczony szacunkiem i dygnitarstwami. Bo może Balasowi i jakie dygnitarstwo społeczne się śniło?... W każdym razie te dumy musiały być słodkie a przyjemne, bo na obliczu jego, na którem zwykle gościł wyraz surowej powagi, błąkał się lekki uśmieszek i wcale też przyjaźnie zagadał do dziewczyny:
— Cóż to szwagierka się tak ciąga a ziewa?
— Ot tak...
— A ja wiem, bez co!...
— Ciekawam?
— Ano, bez tego hrabiego, co tu się pęta...
— Et, głupstwa gadasz Wawrzon...
Balas śmiał się zadowolony. Mańka poruszyła ramionami i odwróciwszy się do okna, niby to obojętnie spozierała na szarą, zalaną deszczem ulicę. Choć tak wyraźnie podkreśliła swą obojętność dla owego „hrabiego”, o którym wspominał Balas — jeśli miała być zupełnie szczera, on to właśnie, a nie kto inny w owej chwili zaprzątał jej myśli. Zaprzątał od paru dni.
— Oj, mężczyźni! — mruknęła. — Wszyscy djabła warci! — I podczas gdy nibyto uważnie śledziła, jak krople dżdżu z bryzgiem uderzają o wielkie kałuże, myśl jej biegła wstecz. Rok prawie upłynął od owej z Welskim przygody i rok prawie sterczy tu, za bufetem pod „Czerwonym kogutem”, sama nie wiedząc poco, ani bez żadnego powziętego zamiaru na przyszłość.
Czuje jeszcze żal do Welskiego? Jeśli rzecz całą i minione dzieje brać rozumowo — nie mogła doń czuć żadnego żalu i pojmowała, że nie mógł on inaczej postąpić. Lecz mimo wszystko na dnie duszy pozostała gorycz i ból. Czyż nie był on jedynym, który mógł ją wyrwać z tego błota? Aczkolwiek chwilowo nie tkwiła w tem błocie, bo sama chętnie przystała na propozycję Balasa i Lucki, objęcia u nich posady bufetowej, dość mając spelunek, domów schadzek i hotelików podrzędnych — lecz czy długo tu wytrwa? Czyż wiecznie ma więdnąć pochylona nad „kielonkiem” alembiku lub zakąską ze śledziem? Wszak młodość szybko mija, a ona tyle już przeszła.
Wprawdzie w szynku kręciły się różne chłopaki wcale niedwuznacznie dając do zrozumienia, iż starają się o jej względy i swemi umizgami, w postaci licznych „kolejek”, zasilając kieszeń Balasa. Ale mało zwracała na te zaloty uwagi, choć pomiędzy niemi zdarzali się i tacy potentaci, jak rzeźnik z przeciwka i wcale przystojny subiekt kolonjalnego sklepu. Ci nawet wręcz oświadczali, że chętnie powiedliby pannę Mańkę do ołtarza, a później byłaby ozdobą ich „interesów”. Nawet i te ponętne propozycje nie mogły jej skusić.
Właściwie w Mańce zachodziła walka dwóch pierwiastków. Otrzymawszy wychowanie staranne i nabrawszy nieco poloru światowego, jako „artystka Mary” czuła odrazę do chamstwa i zachowania prostackiego. Z drugiej strony sama pochodząc z środowiska wielkomiejskich szumowin i z temi szumowinami spokrewniona — rozumiała, iż nikogo lepszego na męża nie znajdzie i z nikim innym swego bytu nie ustali, niźli z kimś w rodzaju Balasa, czy też rzeźnika, „świniobójcy” z przeciwka. A taki towarzysz był jej wstrętny!
Cóż więc dalej miała robić? Siedzieć za bufetem, kontentując się, iż ma zapewniony byt i dach nad głową? Czy też porzuciwszy tę pewną, acz niezbyt wykwintną przystań, znów pożeglować po zdradzieckich falach wielkomiejskiego życia? I ta perspektywa mało nęciła Mańkę. Zbyt dobrze znała tonie owego pełnego na pozór szczęścia i blasku życia. Zbyt dobrze wiedziała, jak nie łatwo zostać wielką kurtyzaną, a jak łatwo poniewierać się nad brzegiem rynsztoku. Bo Mańka zasad etycznych miała bardzo nie wiele. Ale jeśli się sprzedać, to sprzedać chciała się dobrze...
Chwilami ogarniała ją rozpacz i zniechęcenie takie, że rozpiłaby się byle nie myśleć o niczem. Opanowywała się wnet, bo wszak przepowiedziała jej wróżka-kabalarka, że i jej rychło królewicz wyśniony z bajki się zjawi. Ale czy się zjawi? Czekała tak długo. O bo królewiczami temi nie mogli być ani opasły rzeźnik, ani właściciel mydlarni, ani też paru literatów od czasu do czasu odwiedzających „Czerwonego Koguta”, ani też Den, który niekiedy do Balasa zaglądał... Tamten królewicz powinien był wyglądać inaczej i... tu znów Manka wspomniała o aluzji uczynionej przez Balasa.
— Czyżby on?...
Ów hrabia o którym Wawrzon napomykał, ów królewicz z bajki zjawił się istotnie, zgoła niespodzianie i w sposób, jak królewicze się zjawiają niezwykły. Może tydzień temu do „Czerwonego koguta” zawitał gość zgoła odmienny od stałych bywalców. Był nim starszy, koło pięćdziesiątki liczący pan, szpakowaty, o krótko przyciętym wąsie, ubrany w jaknajszykowniejszy garnitur, a w którego krawacie błyszczała jaknajautentyczniejsza perła. Pojawienie się gościa, tyle niepodobnego do typów zazwyczaj zapełniających szynczek, łatwo dawało się wytłómaczyć.
Nieopodal, przed wejściem, na ulicy stał wspaniały Cadillac — najmniej pięć tysięcy dolarów, jak odrazu oceniła biegła w takich sprawach Mańka — przy którym uwijał się szofer, pragnąc naprawić defekt motoru. Właściciel zaś, zapewne wolał doczekać się końca tych skomplikowanych zabiegów pod dachem, niźli ziębnąć na październikowej słocie. Usiadł tedy przy stoliku z brzega, popijając z pewną podejrzliwością mętną herbatę zaprawioną rumem, paląc papierosa za papierosem i wciąż spozierając na zegarek. Nagle zerknął na Mańkę, drgnął i począł się jej uważnie przyglądać. Wykonał ruch, jakgdyby chciał wstać od stolika i podejść do bufetu, lecz ponieważ w tejże chwili w drzwiach ukazał się szofer z wiadomością, że auto już gotowe do dalszej drogi — zapłacił i opuścił knajpkę, rzuciwszy Mańce na pożegnanie przeciągłe spojrzenie.
W tem wszystkiem nic nie było jeszcze dziwnego. Czyżby ją poznał? Bo Mańka pamiętała go znakomicie. Pamiętała go z czasów, gdy jako Mary — artystka filmowa — odwiedzała najdroższe i najwykwintniejsze lokale. Nieraz nawet pragnęła z nim zawrzeć znajomość, a później tę znajomość wykorzystać „należycie”. Choć obce jej było nazwisko a również pozycja socjalna dystyngowanego starszego pana — lecz wszystko wskazywało, że musi być bardzo zamożnym człowiekiem, zajmującym jeden z wyższych szczebli drabiny społecznej. Czyżby i on ją poznał i dla tego tak się przyglądał? Wątpliwe. Wszak nie znali się osobiście a Mańka jako bufetowa, odmiennie się wszak prezentowała od eleganckiej Mary...
Dotychczas wszystko było w porządku. Przypadkiem zaszedł, przyglądał się jej, bo może nasunęła mu jakie wspomnienia, a może wprost uderzyła go jej uroda — wiedziała dobrze Mańka, że jest ładna i może się podobać — przyjrzał się, zapłacił i bez słowa wyszedł. Tak, to było w porządku rzeczy. Ale daleko ciekawsza, no i więcej zastanawiająca była ta druga wizyta.
Otóż, w parę dni później pojawił się znowu. Tym razem nie przyjechał Cadillac’iem, ale zapewne taksówką, z której wysiadł na rogu. Zajął miejsce przy stoliku, coś tam obstalował i wciąż zupełnie wyraźnie, niemal natarczywie, przyglądał się Mańce. Ona nic na to. Bo jeśli nawet wyczuła, że jest tym magnesem, jaki przyciągnął pod „Czerwonego Koguta” starszego pana a nie mętna herbata i podły arak — to już zasadę miała taką, że aby „chłopa” zdobyć, należy na początek udać zupełnie obojętną. Taktyka podobna osiągnęła swój rezultat. Starszy pan bowiem, widocznie zniecierpliwiony, że przystojna bufetowa na jego oczkowania nie zwraca najmniejszej uwagi, sam podszedł do niej i korzystając z tego, iż w szynczku mało o tej porze znajdowało się gości, rozpoczął rozmowę:
— Mam wrażenie — rzekł jakby niepewnie, — że gdzieś już panią widziałem!
— Wątpliwe! — krótko ucięła, nie pragnąc go wtajemniczać w swe poprzednie dzieje.
— Bo ja wiem... Możem się pomylił... A napije się pani ze mną koniaku?...
— Dziękuję, nie pijam — odparła bardziej jeszcze oschle. — Ale panu naleję...
I zanim stary dżentelmen zdążył zaprotestować, napełniła duży kieliszek.
— Proszę...
Spojrzał na nią, uśmiechnął się lekko, poczem wyciągnąwszy z kieszeni banknot pięćdziesięciozłotowy oświadczył:
— Ja również nie wypiję! A resztę zechce pani zachować dla siebie!
Pogardliwie odsunęła banknot.
— Dziękuję, ale nie przyjmuję naddatków!
Stropił się nieco, poczerwieniał i bąknął.
— Ależ bynajmniej obrazić nie chciałem!
— Naturalnie! Tylko zechce łaskawie pan zapamiętać, że nie w każdej drugorzędnej restauracyjce panują te same obyczaje i że nie z każdą bufetową na wszystko sobie pozwolić można!
Teraz był doprawdy zmięszany, miął w palcach banknot i zupełnie innym tonem tłómaczył:
— Dała mi pani dobrą naukę... Nie sądziłem... Pani się gniewa? Sam nie wiem, jak mam przeprosić...
— Wcale...
— A czy wolno mi będzie tu kiedy wpaść na pogawędkę z panią?...
— Wstęp do restauracji mają wszyscy o ile płacą, bo kredytu nie udzielamy... Co zaś do rozmowy ze mną...
W tej chwili paru „badylarzy” z hałasem weszło do szynczku i zbliżywszy się do bufetu uniemożliwili dalszą słowną utarczkę. Starszy pan, skłoniwszy się z szacunkiem Mańce, szybko opuścił „Czerwonego Koguta”.

Oto jakie wspomnienia nasuwały się Mańce, gdy spozierała przez szybę na zalaną jesiennym deszczem ulicę i o tym to „hrabi” uczynił niedwuznaczną aluzję Balas. On właściwie z całej tej historji był najdumniejszy. Obserwując zdala rozmowę, a nie słysząc jej treści, chełpił się już przed stałemi bywalcami, że i jego „restauracje” teraz tylko „fajne panowie” odwiedzają.
Czy nie nazbyt szorstko postąpiła Mańka? A może uraziła nieznajomego swemi odezwaniami? Kto wie? Cała dotychczasowa praktyka mówiła jej, że mężczyzn tylko tak się „bierze” a kobieta im bardziej bywa oporna tem bardziej staje się pikantna, a nic równie nie podnieca starszych panów, niźli udana cnota. Ale czy te obliczenia okażą się słuszne? Toć minęło dwa dni, a tamten ani zajrzał. Właściwie powinien się był zjawić nazajutrz po pamiętnej rozmowie. Czego właściwie chciał od niej? Czy tylko pobawić się czy miał jakie poważniejsze zamiary? Pewnie tylko pobawić się i pięćdziesięciozłotowym banknotem ją kupić, bo to dziś rzadko który chłop na kobietę uczciwie pieniądze chce wydać. Nawet i stary. Ci się nauczyli od młodych, a chcą udawać jeszcze młodszych. Głowę pokręci, coś tam „postawi”, byle jaki prezent przyniesie — i tyłeś go widziała. I ten. Jak zobaczył, że się łatwo nie uda — uciekł.
— A panna Mańka zawsze, jak królowa! — wyrwał ją nagle głos z zadumy — ino bez okienko patrzy, a usteczka wydyma!
Ocknęła się. Przed bufetem stał opasły rzeźnik.
— Ano za zdrowie królowej se wypijem! — oświadczył, poczem dodał sentencjonalnie. — Jak człek nie wypije, to nie długo żyje! Większa czysta z kropelkamy...
Pomyślała z rozpaczą, że świniobójca — adorator znów ją nudzić pocznie. Przewidywania okazały się słuszne, bo tamten łyknąwszy „kielunek” i poprosiwszy o nowy, dalej sentymentalnie tłómaczył:
— Więdnie panna Mania, za bufetem, jak ten kwiatuszek cyprusowy... Ot, nie lepi by za mnie se za mąż przejść?... Interes je, jak się patrzy... Królową by była między świniokami...
Nie, tego jej było za wiele.
— Wawrzon — zawołała do Balasa — postój chwilę za bufetem! Muszę pomóc Luci w kuchni!
Jak bomba wpadła do siostry. W kuchni rozwinęła tak ożywioną działalność, że aż z przerażeniem spojrzała na nią pani Lucka. Szturgnąwszy grubą Magdę w bok, jęła majstrować coś koło bigosu, poprawiać przy „jompie” a przewracać w cynaderkach.
— Mańka, a ciebie co dziś ugryzło?... — zawołała siostra, zaniepokojona o wynik tych kulinarnych zabiegów.
Ale Mańka nie zważała na nic. Gotowa była cały dzień spędzić nawet w tym aromacie smażonego szmalcu i łoju, byle tylko nie być tam, nie słyszeć płaskich dowcipów, trywialnych zalecanek i ordynarnych oświadczyn. Nie zwróciła też uwagi na pełny niepokoju okrzyk siostry, jeno gospodarowała dalej. I nie wiadomo, jak długo potrwałaby ta gospodarka i czy wyszłaby na pożytek podniebieniom gości a kieszeni gospodarstwa, gdyby w drzwiach kuchenki nie ukazał się Balas.
— Mańka! Proszą ciebie na sale...
— Nie idę! — odparła niechętnie.
— Nie bądź frajerką! To ten twój gość...
— Ktoo?
— Ano, ten twój „hrabia”! Przyszedł. Powiada, co ma do ciebie jenteres! Jaki on może mieć jenteres?
Mańka nie zaspokoiła ciekawości Wawrzona. Poprawiła włosy, obciągnęła sukienkę i przejrzawszy się w małem zawieszonem na ścianie lusterku, zaczerwieniona od ognia, ale z wyrazem triumfu na twarzyczce, powoli niby niechętnie wyszła na salę.

— Czem mogę służyć? — zagadnęła starszego pana, siedzącego w głębi przy stoliku za butelką francuskiego wina, najdroższego traktamentu, jaki w swej restauracji posiadał Balas — wspomniano mi, iż pragnie pan mnie widzieć...
Starszy pan powstał z miejsca i pocałował ją na powitanie w rękę.
— Tak — rzekł — istotnie pragnąłem porozmawiać z panią!
— Więc słucham!
Usiadła przy stoliku z miną niby to znudzoną, jak gdyby wcale ją nie ciekawiło to, co miała usłyszeć za chwilę. W rzeczy samej drgał w niej każdy fibr i z niepokojem łowiła dobiegające ją z ust towarzysza słowa. Mówił powoli, zająwszy z powrotem swe miejsce, cicho, by ona tylko mogła go posłyszeć, czyniąc częste przestanki i dobierając wyrazów:
— Istotnie pragnąłem bardzo porozmawiać... i dla tego prosiłem... zdaje się szwagra... aby zechciał panią o... mojej bytności powiadomić... Przedewszystkiem przepraszam za niewłaściwe ostatnim razem... hm... zachowanie... Ale zapewniam...
— Wcale nie czuję do pana żalu!
— Szczerze jestem rad... Szczerze... Naprawdę było mi przykro... Dała mi pani... świetną naukę... Nie powinienem się był tak zachować... Powinienem był wnet poznać... iż... jest pani kimś... lepszym, niedopasowanym... Hm... do tego milieu... Tylko proszę się znowu za moją szczerość nie obrażać...
— Ale... — przerwała, nie rozumiejąc dokąd zmierzają te wywody.
— Otóż... istotnie niedopasowane milieu dla tak czarującej osóbki, jak pani... Pardon, czy pani ma narzeczonego?
— Nie! — odparła nieco zdziwiona.
— Ani nic panią tu... z tą restauracją nie wiąże?
— Nie rozumiem, o co właściwie panu chodzi? — zawołała żywo. — Nie mam narzeczonego, nic mnie z tą restauracją nie łączy, choć jej właściciel jest mężem mojej siostry, w każdej chwili porzucić mogę moją posadę... Ale, doprawdy, pocóż potrzebne są te informacje? Czy pan wszędzie tak bada bufetowe?
— Ach nie... proszę nie żartować... Lecz dowiedziałem się, co pragnąłem wiedzieć. Jest pani kobietą wolną.
— Każda kobieta jest dziś wolna, bo każda tylko to robi, co sama zechce...
Chwilę zaległo milczenie. Z pod opuszczonych rzęs Mańka mogła go świetnie obserwować. Widziała ostro zarysowany profil o nieco wysuniętym, znamionującym silną wolę podbródku, oczy szare, stalowe, w których przebijała jakaś moc. Jeśli taki się zakocha, to zakocha się silnie — pomyślała. — Ale czy takiemu kobiet brak, by aż musiał je wynajdywać na Belwederskiej? Bo, choć starszy pan miał z górą pięćdziesiątkę, wielka perła i kilku karatowy brylant w pierścieniu — po mijając drogiego Cadillac’a — mogły uwieść nie jedno lekkomyślne niewieście serduszko.
Co on dalej wyzna?
— Skoro... hm... jest pani wolna i niczem nie związana... pragnąłem wysunąć... pewną propozycję.
— Słucham...
— Tylko... powtarzam... proszę się nie obrażać... Otóż powiem szczerze uderzyła mnie pani uroda, doszedłem do przekonania, że marnuje się tu pani...
— Tyle razy już to słyszałam...
— Tak... ale ja... Jestem sam, nie mam w życiu nikogo... Pragnąłbym się kimś zaopiekować, komuś dopomóc...
— Wyraźnie chce mnie wziąść na utrzymanie — pomyślała — a ja przez chwilę sądziłam, że to może jaki właściciel wytwórni filmowej. Niechaj i tak będzie. Czy to aby poważne? — Głośno tedy zagadnęła. — Więc pan...
— Tylko w dalszym ciągu zastrzegam się... proszę mnie źle nie rozumieć. Dawno szukam kogoś, kogo pragnąłbym otoczyć opieką. Pani poza urodą, ma wiele dystynkcji, no i ową przyrodzoną uczciwość.
— Dobrześ trafił! — zauważyła w duchu.
— Gdyby więc pani zechciała wyjść z tego środowiska a mnie przyjąć za opiekuna, traktować, niczem niespodzianie odnalezionego ojca...
— No, na ojca, to pan nie wygląda — przerwała, pragnąc ostatecznie zaskarbić sobie jego względy komplementem, choć w rzeczy samej, co do różnicy wieku mógł on uchodzić za jej rodzica — na ojca, to pan nie wygląda! Nie jest pan młodzikiem, ale jeszcze bardzo przystojnym mężczyzną i niejedna kobieta... Tylko...
Widać było, że ostatni frazes mile połaskotał ambicję starszego pana.
— Ach, jak byłbym szczęśliwy, gdyby tak było! Tylko chciała pani zaznaczyć, iż nie wie czy całą moją propozycję można traktować poważnie?
Mańka skinęła głową.
— Żeby więc panią przekonać, przedewszystkiem przedstawię się... a później...
Wyciągnął wykwintny skórzany portfel z kieszeni i wyjąwszy z niego wizytową kartę podał Mańce przez stół. Widniał na niej napis:

KAZIMIERZ TOPÓR — DORIAŁOWICZ
dyrektor Sp. Akc. „Prodlas”

Gdy czytała kartę, podsunął ku niej banknot pięćsetzłotowy.
— Tym razem pani przyjąć może — rzekł nachyliwszy się blisko — skoro zna istotne moje zamiary. Spotkamy się jutro, ale nie tu tylko... po południu, choćby o szóstej, w Italji omówimy szczegóły... A ta drobna pożyczka pójdzie na to, aby pani tam godnie wystąpić mogła...
Mańka dobierała słów, aby coś odpowiedzieć.
— Ale — poczęła.
— Nie słucham! — zawołał żywo — nie słucham żadnych zastrzeżeń... i uciekam, bo tu doprawdy rozmawiać nie wygodnie... Czekam jutro o szóstej w „Italji”.
I zanim oszołomiona Mańka zdążyła się obejrzeć już zniknął za drzwiami.
Nie, taka przygoda zdarzyła się jej po raz pierwszy. Mięła w dłoniach banknot, który chyba również po raz pierwszy otrzymała, bez żądania natychmiastowego rewanżu. Spojrzała czy się nie pomyliła. Naprawdę w jej dłoni spoczywał cenny papierek.
— Co, frajer na dobre się wlepił? — posłyszała nad sobą głos Balasa — trajlował tobie, szwagierka głowe bez pół godziny...
— Chce się mną opiekować — odrzekła, wskazując na spoczywający w jej dłoni banknot — dał pięćset złotych... Mamy się jutro spotkać. Myśli zupełnie poważnie...
Pierwszym odruchem Wawrzona, było zawołać: „oddaj Mańka z pięćsetki dolę!”. Ponieważ jednak czasy się zmieniły, choć z bólem serca powstrzymał cisnący się na usta okrzyk i poważnie oświadczył:
— A no cóż? Uczyć cię nie trza! Sama wisz jakie szczęście tobie będzie najlepsze!
W głosie jego przebijało trochę niezadowolenia. Lubił Mańkę po swojemu, no i nie prędko zdobędzie równie ładną bufetową, która umiałaby tylu gości przyciągnąć. Ale Mańka jest mądra. Skoro czuje, że ów „stary frajer” stworzy jej karjerę niechaj próbuje i tej karjerze nie można stawać na przeszkodzie.
— A ty Lucka co na to? — zapytał żonę, która wyszedłszy z kuchni przysłuchiwała się tej rozmowie.
Pani Lucyna nagle poczęła chlipać, łzy spływały na jej obfity biust, przykryty kucharskim fartuchem.
— Dałabyś se pokój Mańka — jęła śród szlochów tłómaczyć. — Źle ci tu u nas... I dach masz i wikt... i wszystko, wedle tego co potrza... I męża byśmy tobie znaleźli... A tak znowuj na poniewierkę...
— Ależ nie na poniewierkę — zaprzeczyła — to bardzo solidny i poważny pan. Dyrektor!
— Ostawiłabyś ty już raz i tych hrabiów i derektorów. Powojenne te hrabie i derektory, to jedna granda! Gorsze od doliniarza! Już ja tobie powiadam! Opamiętaj się Mańka!
Pani Lucyna szczerze była przywiązana do siostry i bolała ją przewidywana rozłąka oraz niepewność o jej dalsze losy, której zgoła inaczej w swej głowie ułożyła. Widząc jednak, że mąż milczy i z tej strony niema co liczyć na pomoc, a siostra już powzięła decyzję, chlipała nadal tak głośno, że aż oglądać się poczęli na nią siedzący przy stolikach goście, zdziwieni nagłym tym wybuchem smutku.
Wtem rozwarły się drzwi, stanął w nich nowy przybysz. Ku niemu zerknęła pani Lucka, w poszukiwaniu sprzymierzeńca.
— Panie Den! — zawołała żywo, przybyszem był bowiem detektyw — niech pan tu idzie i sam powie... Co ta warjatka znowu se kombinuje...
W ten sposób zainterpelowany Den, nieco się stropił, poczem podszedł do grupy, utworzonej przez Balasa, jego żonę i Mańkę. Oddawna czuł do Wawrzona pewną słabość, to też odkąd Balas ustatkował się, chętnie odwiedzał szynczek, zdobywając tam czasem pożyteczne dla siebie informacje. Dla Mańki czuł sympatję; wiedziony instynktem odgadywał w niej pod pokrywką zepsucia wiele prawości i dobrego serca. Był jak zwykle elegancki, ubrany w szary sportowy garnitur, wygolony starannie, a w zębach trzymał nieodstępną fajeczkę.
— Cóż wam się stało? — rzekł, zbliżając się do pomienionej grupy. — Czemu pani Lucyna aż na mój sąd się powołuje?
— At, nic — począł Balas — tylko, rozumisz szanowny pan, chodzi o to, że Mańka, niby szwagierka idzie na utrzym... to jest co gadam... — poprawił się — znalazła jednego takiego opiekuna, jak się rozumi...
— Przestałbyś Wawrzon — ostro ucięła Mańka — robię, co mi się podoba!
Detektyw w lot zrozumiał sytuację i wiedział, co ma sądzić o tych niedomówieniach.
— Czy pani dobrze się zastanowiła, panno Maniu, począł głosem, w którym zadźwięczała nuta serdecznej perswazji — wszak...
— A cóż? — zawołała podraźniona dziewczyna — cóż gnić tu mam wiecznie, a może wyjść za mąż za łachudrę, rzeźnika, flaczarza... Et...
— Mojem zdaniem — mówił dalej Den, nie zmięszany gniewnym wykrzyknikiem — lepszy biedak, lub robotnik uczciwie zarabiający na chleb, ale posiadający uczciwe zamiary, niźli najbogatszy nawet...
Mańka jednak, gdy co jej utkwiło w głowie, a czuła, że postępuje niezbyt dobrze, stawała się przekorna i impertynencka.
— Pan Den — zawołała, zgoła niegrzecznie — to, się wygolił, fajkę w zęby wsadził, ucharakteryzował na Szerlocka Holmesa... i myśli, że wszystkie rozumy zjadł! Ja też mam swój rozum i od nikogo nauki nie potrzebuję!
Den pojął, iż w obecnym stanie rzeczy żadne argumenty nie pomogą. Odniechcenia tylko rzucił:
— A wolno wiedzieć, kim jest ten szczęśliwy wybraniec?
Dziewczynę udobruchało nieco to pytanie.
— Detektyw z pana wyłazi! Taki ciekaw! Cóż, nie będę czyniła tajemnicy! Dyrektor Topór-Doriałowicz! Może go pan zna?
Z pewnym odcieniem dumy podała, otrzymaną od starego dżentelmena wizytówkę, śledząc uważnie jakie wrażenie wywrze nazwisko to na Dena.
— Zna go pan? — powtórzyła.
Den uważnie patrzył na bilet, jakby analizował każdą literę. Z bladej jego, opanowanej twarzy trudno było cokolwiek wyczytać.
— Znam i nie znam — odrzekł wreszcie powoli — wiem, że jest bardzo wytworny i wydaje dużo pieniędzy. Może i poznam. Dziś o znajomość z detektywem tak łatwo. Chyba po lombardzie największą wziętość mają detektywi...
— Nie rozumiem, co pan chce powiedzieć? Czyż to ostrzeżenie?
— Bo ja wiem. I tak i nie! Zresztą, cokolwiek powiem, to dziś mnie pani nie usłucha. Mam tylko jedną prośbę...
— Jaką?
— Gdy pani będzie w tych nowych splendorach, czy pozwoli się pani odwiedzić?
— Ależ zawsze, panie Den! — odrzekła nieco zdziwiona.


Przypisy

  1. Patrz St. A. Wotowski: „Rycerze mroku”.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.